Wydawca: WAB Kategoria: Literatura faktu, reportaże, biografie Język: polski Rok wydania: 2009

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 227 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Wytępić całe to bydło - Sven Lindqvist

 

Na wszystkim, co żyje, można wymusić postęp wyłącznie przez kary – głosił pogląd Herberta Spencera. Istnieją dziś, między małpami i cywilizowanym człowiekiem, formy przejściowe, jak goryle i dzikusy, mówił Karol Darwin. Georges Cuvier o negroidach pisał, że grupy należące do tej rasy pozostaną na zawsze w stanie barbarzyństwa. Joseph Conrad naoczny świadek tamtych wydarzeń, pisał: „Europejczycy to przekleństwo Wschodu. Co mają do zaproponowania? Broń palną, proch, dżin, kiepskie ubrania, często brak uczciwości, zastępującą rękodzielnictwo kobiet tandetę, nowe wymagania, nowe obyczaje i niezadowolenie z tego, co się ma... Takie to dobrodziejstwa przynoszą z sobą Europejczycy”. Zainspirowany Jądrem ciemności Josepha Conrada, Sven Lindqvist ukazuje historię terroru przełomu XIX i XX wieku oraz filozofię unicestwiania ras niższych w imię poszerzania przestrzeni życiowej dla ras wyższych. Wyruszając do współczesnej Afryki Północnej, bada ślady europejskiego kolonializmu, obnaża dzisiejsze skutki działalności białych na Czarnym Lądzie – niszczenie zasobów natury, niewolniczy wyzysk i mordowanie miejscowej ludności. Pokazuje, jak biali uczeni, w myśl europejskich teorii antropologicznych pozwolili sobie na ludobójstwo, traktowane jako efekt postępu. To kolaż historii, dziennikarstwa i literatury pięknej.

 

Jeden z najoryginalniejszych i obdarzonych wyobraźnią pisarzy. Jest pionierem gatunku, w którym podróż w przestrzeń jest też podróżą w czasie.

Richard Gott

 

Wyjątkowa książka… my, nasi władcy i ich poddani powinniśmy to przeczytać… jest to przesłanie na przyszłość.

The Guardian

 

Ta niezwykle wartościowa książka chodziła za mną miesiącami.

The Sunday Times

Opinie o ebooku Wytępić całe to bydło - Sven Lindqvist

Fragment ebooka Wytępić całe to bydło - Sven Lindqvist

Sven Lin­dqvist

WY­TĘ­PIĆ CAŁE TO BY­DŁO

Prze­ło­ży­ła Mi­le­na Hay­kow­ska

Ty­tuł ory­gi­na­łu: Utro­ta va­ren­da jävel

Co­py­ri­ght © Sven Lin­dqvist, 1992

Pu­bli­shed by ar­ran­ge­ment with Agen­ce Lit­te­ra­ire Pier­re Astier & As­so­ci­és

ALL RI­GHTS RE­SE­RVED

Co­py­ri­ght © for the Po­lish edi­tion by Wy­daw­nic­two W.A.B., 2009

Co­py­ri­ght © for the Po­lish trans­la­tion by Wy­daw­nic­two W.A.B., 2009

Wy­da­nie I

War­sza­wa 2011

Olo­fo­wi La­ger­crant­zo­wi1, po­dró­żu­ją­ce­mu z Ją­drem ciem­no­ści

Etien­ne Gla­se­ro­wi2, gra­ją­ce­mu Adol­fa w sztu­ce Dzie­ciń­stwo Hi­tle­ra3

Na do­brą spra­wę po­win­no się wy­tę­pić wszyst­kich Ży­dów i  mu­rzy­nów. Zwy­cię­ży­my. Po­zo­sta­łe rasy znik­ną i wy­mrą.

Or­ga­ni­za­cja Opo­ru Rasy Aryj­skiej, Szwe­cja 1991

Mo­że­cie nas wy­tę­pić. Dzie­ci Gwiazd jed­nak nig­dy psa­mi nie będą.

So­ma­bu­la­no, Ro­de­zja 1896

I

do Ajn Salih

1

Wiesz już wy­star­cza­ją­co dużo. Ja też. To nie wie­dzy nam bra­ku­je. Brak nam od­wa­gi, by zro­zu­mieć to, co wie­my, i wy­cią­gnąć z tego wnio­ski.

2

Tad­ma­it, „pu­sty­nia nad pu­sty­nia­mi”, to naj­bar­dziej mar­twa część Sa­ha­ry. Bez śla­du ro­ślin­no­ści. Wszel­kie ży­cie tu zga­sło. Zie­mię po­kry­wa czar­ny, lśnią­cy pu­styn­ny wer­niks, ża­rem wy­ci­śnię­ty z ka­mie­ni.

Noc­ny au­to­bus, je­dy­ny z El Go­lea do Ajn Sa­lih, je­dzie, przy odro­bi­nie szczę­ścia, sie­dem go­dzin. O miej­sce sie­dzą­ce trze­ba sto­czyć ba­ta­lię z gro­ma­dą żoł­nie­rzy w cięż­kich bu­cio­rach, wy­tre­no­wa­nych w al­gier­skiej szko­le wal­ki wręcz w Sidi bel-Ab­bes. Ktoś, kto dźwi­ga pod pa­chą kwin­te­sen­cję my­śli eu­ro­pej­skiej za­mknię­tą w nie­mal już mu­ze­al­nym kom­pu­te­rze, jest w tej sy­tu­acji z góry prze­gra­ny.

Przy bocz­nej dro­dze do Ti­mi­mun przez wy­łom w mu­rze sprze­da­ją cie­płą kar­to­flan­kę z chle­bem. Po­tem wy­bo­isty, roz­jeż­dżo­ny as­falt koń­czy się i au­to­bus to­czy się da­lej przez bez­droż­ną pu­sty­nię.

To praw­dzi­we ro­deo. Po­jazd za­cho­wu­je się jak nie­ujeż­dżo­ny mło­dy koń. Grze­cho­cąc szy­ba­mi, skrzy­piąc re­so­ra­mi, ko­ły­sze się i pod­ska­ku­je, prąc na­przód. Każ­dy wstrząs prze­no­si się na kom­pu­ter, któ­ry trzy­mam na ko­la­nach, i czu­ję to aż w mięk­kich chrząst­kach krę­go­słu­pa, chwie­ją­ce­go się jak wie­ża z kloc­ków. Kie­dy już nie moż­na sie­dzieć, chwy­tam się pół­ki na ba­gaż i pró­bu­ję po­zy­cji wi­szą­cej lub przy­ku­cam.

To jest wła­śnie to, cze­go się oba­wia­łem. To jest to, za czym tę­sk­ni­łem.

Wspa­nia­ła noc księ­ży­co­wa. Go­dzi­na za go­dzi­ną obok nas pły­nie bia­ła prze­strzeń: ka­mie­nie i pia­sek, ka­mie­nie i żwir, żwir i pia­sek – wszyst­ko skrzy się jak śnieg. Go­dzi­na za go­dzi­ną. Nie dzie­je się nic aż do mo­men­tu, kie­dy na­gle w ciem­no­ści roz­pa­la się pło­mień. To sy­gnał. Je­den z pa­sa­że­rów za­trzy­mu­je po­jazd, wy­sia­da i ru­sza pro­sto przed sie­bie w pu­sty­nię.

Od­głos jego kro­ków zni­ka w pia­sku. Wkrót­ce zni­ka i on. Tak­że i my zni­ka­my w tym bia­łym mro­ku.

34

Kwin­te­sen­cja my­śli eu­ro­pej­skiej? Tak, ist­nie­je zda­nie, krót­kie i pro­ste zda­nie, trzy lub czte­ry sło­wa opi­su­ją­ce dzie­je na­szej czę­ści świa­ta, na­sze­go czło­wie­czeń­stwa, całą hi­sto­rię na­szej bios­fe­ry od ho­lo­ce­nu po Ho­lo­caust.

Nie mówi ono jed­nak nic o Eu­ro­pie jako oj­czyź­nie hu­ma­ni­zmu, de­mo­kra­cji i do­bro­by­tu. Nie mówi więc nic o tym wszyst­kim, z cze­go nie bez ra­cji je­ste­śmy dum­ni. Nie­sie je­dy­nie tę praw­dę, któ­rą naj­chęt­niej wy­ma­za­li­by­śmy z pa­mię­ci.

Stu­dio­wa­łem to zda­nie wie­le lat. Ze­bra­łem ogrom­ny ma­te­riał, na któ­re­go prze­ana­li­zo­wa­nie nig­dy nie zna­la­złem cza­su. Chciał­bym znik­nąć gdzieś w tej pu­sty­ni, gdzie nikt by mnie nie zna­lazł, gdzie miał­bym czas tyl­ko dla sie­bie. Znik­nąć i nie wró­cić, do­pó­ki nie zro­zu­miem tego, co już wiem.

45

Wy­sia­dam w Ajn Sa­lih.

Księ­życ już nie świe­ci. Au­to­bus za­bie­ra z sobą świa­tło i zni­ka. Do­oko­ła mnie pa­nu­je gę­sta ciem­ność.

To wła­śnie pod Ajn Sa­lih na­pad­nię­to i ob­ra­bo­wa­no Alek­san­dra Gor­do­na La­in­ga, szkoc­kie­go po­dróż­ni­ka i od­kryw­cę. Do­stał pięć cio­sów w cie­mię i trzy w lewą skroń. Je­den z nich, lą­du­jąc na le­wej ko­ści po­licz­ko­wej, strza­skał szczę­kę i zmiaż­dżył ucho. Po­twor­na rana na kar­ku uszko­dzi­ła tcha­wi­cę, a kula wy­strze­lo­na w bio­dro do­szła aż do krę­go­słu­pa. Trzy cio­sy w pra­we ra­mię i rękę, zła­ma­ne trzy pal­ce, zmiaż­dżo­ny nad­gar­stek etc., etc.

Gdzieś da­le­ko, w ciem­no­ści, miga blask ognia. Za­czy­nam wlec w jego kie­run­ku moją cięż­ką elek­tro­ni­kę i jesz­cze cięż­szą tor­bę.

Ła­chy na­nie­sio­ne­go wia­trem czer­wo­ne­go pia­chu prze­ci­na­ją dro­gę. Na zbo­czach wydm syp­ki pia­sek zbie­ra się, two­rząc za­spy. Ro­bię dzie­sięć kro­ków, od­po­czy­wam i znów dzie­sięć kro­ków. Świa­tło wca­le nie sta­je się bliż­sze.

La­in­ga na­pad­nię­to w stycz­niu 1825 roku. Ale strach jest po­nad­cza­so­wy. Tho­mas Hob­bes w XVII wie­ku bał się sa­mot­no­ści, nocy i śmier­ci tak samo jak ja. „Ist­nie­ją na świe­cie lu­dzie okrut­ni” – mó­wił do swe­go przy­ja­cie­la Au­breya – „któ­rym za­bi­cie czło­wie­ka spra­wia więk­szą przy­jem­ność niż to­bie upo­lo­wa­nie dzi­kie­go pta­ka”.

Ogień wy­da­je się nadal bar­dzo od­le­gły. Czy mam „za­par­ko­wać” kom­pu­ter i tor­bę, aby było mi lżej iść? Nie. Usią­dę w tym pyle i po­cze­kam do świ­tu.

I na­gle do­cie­ra do mnie po­dmuch wia­tru nio­są­cy tuż nad zie­mią woń pa­lo­ne­go drew­na.

Czy za­pa­chy pu­sty­ni czu­je się in­ten­syw­niej dla­te­go, że jest ich tu nie­wie­le? A może na pu­sty­ni drew­no jest bar­dziej skon­den­so­wa­ne i z tego po­wo­du bar­dziej aro­ma­tycz­ne? Pew­ne jest, że ogień, któ­ry dla oka wy­da­wał się tak da­le­ki, na­gle dla nosa oka­zu­je się o wie­le bliż­szy.

Wsta­ję i ru­szam da­lej.

Z moc­nym po­sta­no­wie­niem osią­gnię­cia celu do­cie­ram w koń­cu do sie­dzą­cych wo­kół ogni­ska lu­dzi.

Po­zdra­wiam. Py­tam. I do­wia­du­ję się, że idę w cał­kiem prze­ciw­nym kie­run­ku. Wy­star­czy za­wró­cić, mó­wią.

Do­cho­dzę więc po swo­ich śla­dach do przy­stan­ku, na któ­rym wy­sia­dłem.

A po­tem da­lej, na po­łu­dnie, wciąż w ciem­no­ściach nocy.

56

„Lęk po­zo­sta­je za­wsze” – mówi Con­rad. – „Czło­wiek może znisz­czyć w so­bie do­szczęt­nie wszyst­kie uczu­cia – mi­łość i nie­na­wiść, i wia­rę, i na­wet zwąt­pie­nie. Ale póki lgnie do ży­cia, nie może znisz­czyć lęku”.

Hob­bes zgo­dził­by się z nim. Mo­gli­by więc, po­przez wie­ki, po­dać so­bie ręce.

Dla­cze­go nie­ustan­nie po­dró­żu­ję, sko­ro tak bar­dzo boję się po­dró­ży? Dla­cze­go po­dró­żo­wał Ar­tur Lund­kvist7, któ­ry też się bał?

Może w lęku szu­ka­my spo­so­bu na wy­ostrze­nie na­szych zmy­słów, in­ten­syw­niej­szej for­my eg­zy­sten­cji? Boję się, więc je­stem. Im bar­dziej się boję, tym bar­dziej ist­nie­ję?

6

W Ajn Sa­lih jest tyl­ko je­den ho­tel – duży, dro­gi, pań­stwo­wy ho­tel Ti­di­kelt. Kie­dy wresz­cie uda­je mi się go zna­leźć, ma do za­ofe­ro­wa­nia je­dy­nie mały, ciem­ny i lo­do­wa­to zim­ny po­kój, któ­re­go sys­tem ogrze­wa­nia już daw­no temu prze­stał funk­cjo­no­wać.

Wszyst­ko poza tym ta­kie jak za­wsze na Sa­ha­rze: ostry za­pach de­ter­gen­tów, skrzy­pią­ce drzwi z nie­na­oli­wio­ny­mi za­wia­sa­mi i opusz­czo­ne do po­ło­wy ro­le­ty. Do­sko­na­le roz­po­zna­ję zna­jo­my ki­wa­ją­cy się stół z krót­szą jed­ną nogą, wo­al­kę pia­sku na jego bla­cie, na po­dusz­ce i umy­wal­ce. Nie jest mi też obcy kran, któ­ry po cał­ko­wi­tym od­krę­ce­niu za­czy­na po­wo­li ka­pać, a na­peł­niw­szy do po­ło­wy szklan­kę do my­cia zę­bów, pod­da­je się z cięż­kim wes­tchnie­niem. Do­brze znam tak­że su­ro­wo, nie­mal po woj­sko­we­mu za­ście­lo­ne łóż­ko, na któ­rym nie da się po­ło­żyć in­a­czej niż w po­zy­cji „na bacz­ność”. Po­ściel, przy­mo­co­wa­na do dol­nej czę­ści łóż­ka, wy­star­cza na przy­kry­cie po­ło­wy cia­ła mniej wię­cej do wy­so­ko­ści pęp­ka, bro­niąc dzie­wi­czo nie­na­ru­szo­ne­go po­sła­nia.

OK, po­dró­żo­wać może i trze­ba, ale dla­cze­go aż tu?

7

Dźwięk ude­rzeń cięż­kie­go mło­ta. Spa­da­ją na krtań. Od­głos przy­po­mi­na­ją­cy zgnia­ta­nie sko­rup­ki jaj­ka i char­cze­nie bi­tych lu­dzi usi­łu­ją­cych roz­pacz­li­wie zła­pać od­dech.

Bu­dzę się w koń­cu póź­nym po­po­łu­dniem ubra­ny w to, w czym przy­je­cha­łem. Łóż­ko jest czer­wo­ne od pia­sku, któ­ry przy­nio­słem z au­to­bu­su. Każ­dy ko­lej­ny cios miaż­dży krtań. Ostat­ni pew­nie zmiaż­dży moją.

8

Ho­tel leży otu­lo­ny lot­nym pia­skiem, sa­mot­ny przy pu­stej dro­dze wio­dą­cej przez ja­ło­wą rów­ni­nę. Brnę w głę­bo­kim pia­chu. Sło­necz­ny młot pul­su­je nie­ubła­ga­nie. Świa­tło jest rów­nie ośle­pia­ją­ce jak ciem­ność. Go­rą­ce po­wie­trze tnie twarz jak cie­niut­ka war­stew­ka lodu.

Pół go­dzi­ny zaj­mu­je doj­ście do pocz­ty, od któ­rej z ko­lei jest rów­nie da­le­ko do ban­ku i ryn­ku. Sta­re mia­sto leży sku­lo­ne w so­bie, nie­do­stęp­ne dla słoń­ca i pia­sko­wych burz. Na­to­miast nowa część roz­cią­ga się sze­ro­ko i no­wo­cze­sny­mi roz­wią­za­nia­mi pla­ni­stycz­ny­mi usi­łu­je spo­tę­go­wać sa­ha­ryj­ską pust­kę.

Czer­wo­no­brą­zo­we gli­nia­ne fa­sa­dy w cen­trum mia­sta oży­wia­ją bia­łe ko­lum­ny i por­ta­le, bia­łe wie­życz­ki i ko­ro­ny mu­rów. Styl na­zy­wa­ny jest „su­dań­skim”, czar­nym, od „Bled es-Su­dan” – zie­mia czar­nych. W isto­cie ten pe­łen fan­ta­zji styl stwo­rzo­ny zo­stał przez Fran­cu­zów spe­cjal­nie na Wy­sta­wę Świa­to­wą w Pa­ry­żu w 1900 roku, a do­pie­ro póź­niej prze­nie­sio­ny tu, na Sa­ha­rę. No­wo­cze­sna część mia­sta jest sza­ra od sto­so­wa­ne­go na ca­łym świe­cie be­to­nu.

W dro­dze po­wrot­nej czu­ję na twa­rzy ostry wiatr wie­ją­cy od wscho­du. W ho­te­lu prze­wa­ża­ją kie­row­cy cię­ża­ró­wek i ob­co­kra­jow­cy, w więk­szo­ści Niem­cy – wszy­scy w dro­dze „do góry” lub „na dół”, jak­by byli na scho­dach. Każ­dy pyta każ­de­go o dro­gę, o ben­zy­nę, o ekwi­pu­nek, wszy­scy po­chło­nię­ci są jed­ną my­ślą: wy­ru­szyć w dal­szą dro­gę naj­szyb­ciej jak to moż­li­we.

Przy­mo­co­wu­ję mapę do ścia­ny i oce­niam od­le­gło­ści. Dwie­ście dzie­więć­dzie­siąt ki­lo­me­trów pu­styn­nej dro­gi na wschód do naj­bliż­szej oazy Reg­gan. Naj­bliż­sza na pół­no­cy El Go­lea, z któ­rej wła­śnie do­tar­łem – czte­ry­sta ki­lo­me­trów. Na wschód oaza Bordż Omar Driss – pięć­set ki­lo­me­trów w pro­stej li­nii. Na po­łu­dnie – Ta­man­ras­set, sześć­set. Do naj­bliż­sze­go mo­rza, Śród­ziem­ne­go – ty­siąc ki­lo­me­trów w pro­stej li­nii i ty­siąc trzy­sta do naj­bliż­szej rze­ki, Ni­gru. Na za­cho­dzie mo­rze jest w od­le­gło­ści ty­sią­ca pię­ciu­set ki­lo­me­trów, na wscho­dzie zaś leży tak da­le­ko, że nie ma to już żad­ne­go zna­cze­nia.

Za każ­dym ra­zem, kie­dy wi­dzę te od­le­gło­ści od miej­sca, w któ­rym się znaj­du­ję, za każ­dym ra­zem, kie­dy uświa­da­miam so­bie, że je­stem tu, w ze­ro­wym punk­cie pu­sty­ni, prze­szy­wa mnie dreszcz szczę­ścia. Wła­śnie dla­te­go tu je­stem.

98

Że­bym tyl­ko mógł uru­cho­mić kom­pu­ter. Czy zniósł wstrzą­sy i pył. Dys­kiet­ki nie są więk­sze od kart­ki pocz­to­wej. Mam ich z sobą kil­ka se­tek, w her­me­tycz­nych opa­ko­wa­niach. To cała bi­blio­te­ka, któ­ra nie waży wię­cej niż jed­na książ­ka.

Mogę w każ­dej chwi­li wejść w do­wol­ny mo­ment hi­sto­rii Za­gła­dy, od po­cząt­ków pa­le­on­to­lo­gii, gdy Tho­mas Jef­fer­son uwa­żał za nie­wy­obra­żal­ne, by z sys­te­mu bio­lo­gicz­ne­go mógł znik­nąć choć­by je­den ga­tu­nek – aż do dzi­siej­szej wie­dzy, we­dług któ­rej 99,99 pro­cent wszyst­kich ga­tun­ków już na do­bre wy­mar­ło, i to tych naj­więk­szych. Nie­omal całe ży­cie zga­szo­ne ma­so­wy­mi za­bój­stwa­mi.

Dys­kiet­ka waży pięć gra­mów. Wsu­wam ją do kom­pu­te­ra i włą­czam prąd. Ekran roz­ja­śnia się bla­skiem i fra­za, któ­rą od tak daw­na stu­diu­ję, ośle­pia mnie w mro­ku po­ko­ju.

„Eu­ro­pa” wy­wo­dzi się z se­mic­kie­go sło­wa ozna­cza­ją­ce­go mrok. Li­te­ry pło­ną­ce na ekra­nie ukła­da­ją się w praw­dzi­wie eu­ro­pej­skie zda­nie. To po­gląd ist­nie­ją­cy na dłu­go za­nim na prze­ło­mie lat 1898 i 1899 sfor­mu­ło­wał go pol­ski pi­sarz, któ­ry czę­sto my­ślał po fran­cu­sku, ale pi­sał po an­giel­sku: Jo­seph Con­rad.

Kurtz, głów­ny bo­ha­ter Ją­dra ciem­no­ści, koń­czy swój ra­port o nie­sie­niu cy­wi­li­za­cji wśród dzi­kich w Afry­ce od­ręcz­nym post­scrip­tum. Wy­do­by­wa ono z gór­no­lot­nej re­to­ry­ki dzie­ła jego praw­dzi­wą treść.

I to zda­nie te­raz świe­ci z ekra­nu:

„Exter­mi­na­te all the bru­tes”.

109

Ła­ciń­skie „exter­mi­no” ozna­cza „wy­gnać poza gra­ni­ce”, „ter­mi­nus” – „ska­zać na wy­gna­nie”. Z tych po­jęć po­wsta­ło an­giel­skie „exter­mi­na­te”, co zna­czy „wy­gnać poza gra­ni­ce ży­cia, de­por­to­wać z ży­cia”.

W ję­zy­ku szwedz­kim nie znaj­du­ję bez­po­śred­nie­go od­po­wied­ni­ka tego sło­wa. Moż­na po­wie­dzieć „wy­tę­pić”, choć jest to wła­ści­wie zu­peł­nie inne sło­wo, od­po­wia­da­ją­ce an­giel­skie­mu „extir­pa­te” z ła­ciń­skie­go „stirps”, czy­li „ko­rzeń, ple­mię, ród”.

Za­rów­no w szwedz­kim, jak i w an­giel­skim już z sa­me­go cza­sow­ni­ka wy­ni­ka, że po­ję­cie to rzad­ko od­no­si się do po­je­dyn­cze­go osob­ni­ka, czę­ściej zaś do­ty­czy ca­łej gru­py, na przy­kład perzu, szczu­rów czy też na­ro­du.

Dal­szy ciąg zda­nia „all the bru­tes” w sta­rym szwedz­kim prze­kła­dzie brzmi „wszyst­kie be­stie”. Rzecz ja­sna „bru­te” moż­na tłu­ma­czyć jako „be­stia”. Przede wszyst­kim jed­nak po­ję­cie to ozna­cza zwie­rzę, ze szcze­gól­nym na­ci­skiem na to, co w nim naj­bar­dziej zwie­rzę­ce. Eu­ro­pej­czy­cy od pierw­szych kon­tak­tów z miesz­kań­ca­mi Afry­ki na­zy­wa­li ich wła­śnie zwie­rzę­ta­mi i opi­sy­wa­li jako rude and be­astli­ke, like to bru­te be­asts orazmore bru­tish than the be­asts they hunt.

W no­wym tłu­ma­cze­niu sło­wo „bru­te” jest tak­że prze­kleń­stwem i zna­czy „ho­ło­ta”. Jest to wer­sja ła­god­niej­sza. Ja chcę jed­nak za­cho­wać bru­tal­ną moc tego pier­wot­ne­go zda­nia i tłu­ma­czę je: „Wy­tę­pić całe to by­dło”10.

1111

Kil­ka lat temu wy­da­wa­ło mi się, że zna­la­złem źró­dło Con­ra­dow­skie­go „exter­mi­na­te all the bru­tes” w pra­cach fi­lo­zo­fa Her­ber­ta Spen­ce­ra, rzecz­ni­ka li­be­ra­li­zmu.

Pi­sze on w So­cial Sta­tics (1850), że im­pe­ria­lizm przy­słu­żył się cy­wi­li­za­cji usu­nię­ciem z po­wierzch­ni zie­mi ras niż­szych.

Siły re­ali­zu­ją­ce wszech­ogar­nia­ją­cą kon­cep­cję cał­ko­wi­te­go szczę­ścia nie bio­rą pod uwa­gę cier­pie­nia, ja­kie nie­sie ze sobą pod­po­rząd­ko­wa­nie, i usu­wa­ją (exter­mi­na­te) te sfe­ry ży­cia, któ­re sto­ją na dro­dze do suk­ce­su. Czy to bę­dzie ludz­ka isto­ta, czy też zwie­rzę (bru­te) – prze­szko­da musi zo­stać usu­nię­ta.

Tu od­naj­du­je­my za­rów­no cy­wi­li­za­cyj­ną re­to­ry­kę Kurt­za, jak i sło­wa-klu­cze „exter­mi­na­te” i „bru­te”, a tak­że czło­wie­ka, któ­ry na do­da­tek zo­stał wy­raź­nie po­sta­wio­ny na rów­ni ze zwie­rzę­ciem jako obiekt prze­zna­czo­ny do wy­tę­pie­nia.

Wy­da­wa­ło mi się, że do­ko­na­łem ma­łe­go na­uko­we­go od­kry­cia, wy­star­cza­ją­co war­to­ścio­we­go, by kie­dyś od­no­to­wa­no je w hi­sto­rii li­te­ra­tu­ry. Sło­wa wy­po­wie­dzia­ne przez Kurt­za „wy­ja­śnia” fi­lo­zo­fia wy­nisz­cze­nia Spen­ce­ra. Ona zaś z ko­lei była – jak są­dzi­łem – od­bi­ciem oso­bi­stych prze­żyć z dzie­ciń­stwa, kie­dy to całe ro­dzeń­stwo my­śli­cie­la za­bra­ła śmierć. Uspo­ka­ja­ją­cy i bez­piecz­ny wnio­sek.

1212

Gdy­bym za­koń­czył prze­my­śle­nia w tym punk­cie, wie­rząc, że wiem już wy­star­cza­ją­co dużo, po­peł­nił­bym błąd. Drą­ży­łem więc pro­blem da­lej.

Dość szyb­ko prze­ko­na­łem się, że Spen­cer nie był od­osob­nio­ny w swo­ich prze­ko­na­niach. Nie były one wów­czas ni­czym nie­zwy­kłym, a sta­ły się jesz­cze bar­dziej po­pu­lar­ne w dru­giej po­ło­wie XIX wie­ku. To­też nie­miec­ki fi­lo­zof Edu­ard von Hart­mann mógł na­pi­sać w dru­gim to­mie swo­jej pra­cy Phi­lo­so­phie des Unbe­wus­sten, Ver­such einer We­ltan­schau­ung, któ­rą Con­rad czy­tał w an­giel­skim tłu­ma­cze­niu (1884):

Je­śli mu­si­my ob­ciąć psu ogon, to nie przy­słu­ży­my się zwie­rzę­ciu, ob­ci­na­jąc go stop­nio­wo, cal po calu. Rów­nie nie­ludz­kie jest prze­dłu­ża­nie sztucz­ny­mi me­to­da­mi wal­ki ze śmier­cią dzi­kie­go ludu i tak sto­ją­ce­go na skra­ju za­gła­dy.

Praw­dzi­wy przy­ja­ciel czło­wie­ka nie może pra­gnąć ni­cze­go in­ne­go, kon­ty­nu­uje Hart­mann, jak tyl­ko przy­spie­sze­nia ago­nii tego dzi­kie­go ludu i po­wi­nien dzia­łać na rzecz tego celu.

To, co sfor­mu­ło­wał Hart­mann, nie było ni­czym nie­zwy­kłym w owym cza­sie. Pry­wat­nie ani jego, ani Spen­ce­ra nikt nie po­trak­to­wał­by jako nie­ludz­kich. Za to Eu­ro­pa taka wła­śnie była.

Fra­zę „Wy­tę­pić całe to by­dło” dzie­li od ser­ca hu­ma­ni­zmu dy­stans nie więk­szy niż od­le­głość od Bu­chen­wal­du do domu Go­ethe­go w We­ima­rze. Ta świa­do­mość zo­sta­ła pra­wie cał­ko­wi­cie wy­par­ta – na­wet przez Niem­ców zmu­szo­nych sa­mot­nie dźwi­gać winę za Za­gła­dę, któ­ra w grun­cie rze­czy jest wspól­ną wła­sno­ścią ca­łej Eu­ro­py.

1313

Co pe­wien czas po­przez nie­miec­kich po­dróż­ni­ków do­cie­ra do mnie na pu­sty­ni echo trwa­ją­ce­go w Niem­czech spo­ru o wciąż obec­ną tam prze­szłość. Ten „Hi­sto­ri­ker­stre­it”14, jak się go na­zy­wa, ob­ra­ca się wo­kół py­ta­nia: Czy za­gła­da Ży­dów jest ein­zi­gar­tig, a więc je­dy­na w swo­im ro­dza­ju, czy też nie?

Ernst Nol­te w jed­nej ze swo­ich prac okre­ślił „tak zwa­ną za­gła­dę Ży­dów przez Trze­cią Rze­szę” jako „re­ak­cję lub znie­kształ­co­ną ko­pię, a nie pier­wot­ne, ory­gi­nal­ne przed­się­wzię­cie”. Wzor­cem była, jego zda­niem, li­kwi­da­cja ku­ła­ków w Związ­ku Ra­dziec­kim w la­tach dwu­dzie­stych XX wie­ku i sta­li­now­ska czyst­ka lat trzy­dzie­stych. Te wła­śnie dzia­ła­nia sko­pio­wał Hi­tler.

Na to za­re­ago­wał Ha­ber­mas i w ten spo­sób roz­po­czął się spór.

Wy­da­je się, że teza, ja­ko­by los ku­ła­ków stał się przy­czy­ną za­gła­dy Ży­dów, zo­sta­ła za­rzu­co­na i więk­szość utrzy­mu­je, że wszel­kie wy­da­rze­nia hi­sto­rycz­ne są w tym sen­sie ein­zi­gar­tig, sta­no­wią uni­ka­to­we zja­wi­ska, nie­bę­dą­ce wza­jem­ny­mi ko­pia­mi. Moż­na je na­to­miast po­rów­ny­wać. Do­szu­ki­wać się po­do­bieństw i róż­nic mię­dzy za­gła­dą Ży­dów a in­ny­mi ma­so­wy­mi mor­da­mi, po­cząw­szy od naj­czę­ściej wy­mie­nia­nej tu­rec­kiej ma­sa­kry Or­mian na po­cząt­ku XX wie­ku po zbrod­nie Pol Pota.

Nikt jed­nak nie wspo­mi­na o wy­mor­do­wa­niu przez Niem­ców, w la­tach gdy Hi­tler był dziec­kiem, ludu He­re­rów w po­łu­dnio­wo-za­chod­niej Afry­ce. Nikt też nie mówi o lu­do­bój­stwach po­peł­nia­nych przez Fran­cu­zów, Bry­tyj­czy­ków czy Ame­ry­ka­nów. Nikt nie wska­zu­je na wi­docz­ną w okre­sie dzie­ciń­stwa Hi­tle­ra ce­chę eu­ro­pej­skie­go poj­mo­wa­nia ludz­ko­ści. Było nią prze­ko­na­nie, że „rasy pod­rzęd­ne” już przez samą na­tu­rę ska­za­ne zo­sta­ły na za­gła­dę, a uła­twia­nie tego pro­ce­su jest tyl­ko prze­ja­wem praw­dzi­we­go mi­ło­sier­dzia „ras wyż­szych”.

Wszy­scy nie­miec­cy hi­sto­ry­cy uczest­ni­czą­cy w de­ba­cie spo­glą­da­ją, jak się wy­da­je, w jed­nym kie­run­ku. Ża­den z nich nie pa­trzy na Za­chód. Hi­tler tym­cza­sem tam wła­śnie kie­ro­wał swój wzrok. To, co chciał stwo­rzyć, szu­ka­jąc „prze­strze­ni ży­cio­wej” na Wscho­dzie, mia­ło być kon­ty­nen­tal­nym od­po­wied­ni­kiem bry­tyj­skie­go im­pe­rium. U Bry­tyj­czy­ków i wśród in­nych za­chod­nich spo­łe­czeństw znaj­do­wał wzo­ry, któ­rych „zde­for­mo­wa­ną ko­pią” sta­ło się uni­ce­stwie­nie Ży­dów.

placówka cywilizacji

Exter­mi­na­ting all the nig­gers

1415

22 czerw­ca 1897 roku, w tym sa­mym roku, gdy w Niem­czech po­ja­wi­ło się po­ję­cie „prze­strze­ni ży­cio­wej”, bry­tyj­ska po­li­ty­ka eks­pan­sji osią­gnę­ła punkt kul­mi­na­cyj­ny. Naj­więk­sze im­pe­rium w hi­sto­rii świa­ta czci­ło swo­je na­ro­dzi­ny z nie­spo­ty­ka­ną aro­gan­cją.

Re­pre­zen­tan­ci wszyst­kich pod­le­głych Bry­tyj­czy­kom na­ro­dów i te­ry­to­riów, bli­sko jed­nej czwar­tej kuli ziem­skiej i jej miesz­kań­ców, zgro­ma­dzi­li się w Lon­dy­nie, by uczcić sześć­dzie­sią­tą rocz­ni­cę wstą­pie­nia na tron kró­lo­wej Wik­to­rii.

W owym cza­sie uka­zy­wa­ło się pi­smo „Co­smo­po­lis”, skie­ro­wa­ne do wy­kształ­co­nej war­stwy Eu­ro­pej­czy­ków, z ar­ty­ku­ła­mi w ję­zy­kach nie­miec­kim, fran­cu­skim i an­giel­skim.

Przed wy­bra­ną i świa­tłą eu­ro­pej­ską wi­dow­nią po­rów­ny­wa­no w nim Wik­to­rię z Da­riu­szem, Alek­san­drem Wiel­kim i Au­gu­stem. Ża­den z tych sta­ro­żyt­nych kró­lów nie mógł się jed­nak po­chwa­lić eks­pan­sją na tak wiel­ką ska­lę.

Jej im­pe­rium po­więk­szy­ło się o trzy­dzie­ści i pół mi­lio­na ki­lo­me­trów kwa­dra­to­wych i o sto pięć­dzie­siąt mi­lio­nów pod­da­nych. Prze­ra­sta­ło ono Chi­ny, któ­re z czte­ry­sto­ma mi­lio­na­mi miesz­kań­ców uwa­ża­ne były do­tych­czas za naj­lud­niej­sze pań­stwo na zie­mi.

Po­zo­sta­łe mo­car­stwa eu­ro­pej­skie, twier­dzo­no, nie zda­wa­ły so­bie spra­wy z po­tę­gi mi­li­tar­nej Im­pe­rium Bry­tyj­skie­go. Bry­tyj­czy­cy w więk­szym stop­niu niż ja­ki­kol­wiek inny na­ród od­zna­cza­li się in­stynk­tem wal­ki i żoł­nier­skim du­chem. Je­śli cho­dzi o flo­tę, Im­pe­rium nie tyl­ko mia­ło prze­wa­gę, ale bez­a­pe­la­cyj­nie pa­no­wa­ło na mo­rzach.

Bry­tyj­czy­cy nie upa­ja­li się suk­ce­sa­mi nie­ma­ją­cy­mi bez wąt­pie­nia od­po­wied­ni­ków w hi­sto­rii, lecz peł­ni po­ko­ry łą­czy­li je ze szcze­gól­ną ła­ską, jaką ob­da­rzał ich wszech­mo­gą­cy Bóg.

Jak rów­nież, rzecz ja­sna, z oso­bą sa­mej kró­lo­wej. Siła jej cha­rak­te­ru nie dała się być może zmie­rzyć z na­uko­wą pre­cy­zją, lecz wpływ kró­lew­skie­go au­to­ry­te­tu był nie­wąt­pli­wie ogrom­ny. Jak do­no­sił za­gra­nicz­ny kro­ni­karz:

Dzi­siej­sza ce­re­mo­nia świad­czy o trium­fie, ja­kie­go jesz­cze nig­dy nie świę­to­wa­no: sil­niej­sze po­czu­cie toż­sa­mo­ści na­ro­do­wej, oży­wio­ny han­del, wię­cej upra­wia­nej zie­mi, mniej be­stial­stwa, wię­cej po­ko­ju i wol­no­ści. To nie prze­sa­da, to pro­sta sta­ty­sty­ka...

Na­ród świa­do­mie i z peł­nym zro­zu­mie­niem wy­ra­ził apro­ba­tę dla swej wiel­kiej po­tę­gi, ko­lo­nial­nych suk­ce­sów, au­ten­tycz­nej jed­no­ści i dla wiel­kie­go, obej­mu­ją­ce­go dużą część świa­ta, te­ry­to­rium. I cie­szył się z tego.

Okrzy­ki hur­ra ozna­cza­ły: Nig­dy nie by­li­śmy tak sil­ni. Niech cały świat wie, że nie za­mie­rza­my być słab­si tak­że w przy­szło­ści!

Tak brzmiał rok 1897. Nie­miec­cy i fran­cu­scy wy­daw­cy pi­sma przy­łą­cza­li się do wi­wa­tu­ją­ce­go chó­ru. Wszyst­kie spoj­rze­nia kie­ro­wa­ły się w tę samą stro­nę. Dla­te­go opo­wia­da­nie otwie­ra­ją­ce nu­mer ju­bi­le­uszo­wy mu­sia­ło wy­wo­łać wy­jąt­ko­wo sil­ny wstrząs.

1516

Mówi ono o dwóch Eu­ro­pej­czy­kach, Kay­ert­sie i Car­lie­rze, ze­sła­nych przez cy­nicz­ne­go dy­rek­to­ra spół­ki na małą pla­ców­kę han­dlo­wą u brze­gu wiel­kiej rze­ki.

Ich je­dy­ną lek­tu­rą jest po­żół­kła ga­ze­ta, gdzie w pom­pa­tycz­nych sło­wach sła­wio­no „na­szą eks­pan­sję ko­lo­nial­ną”. Po­dob­nie w ju­bi­le­uszo­wym nu­me­rze „Co­smo­po­lis” przed­sta­wia­no ko­lo­nie – jako świę­te dzie­ło w służ­bie Cy­wi­li­za­cji. Ar­ty­kuł w po­żół­kłej ga­ze­cie wy­sła­wiał przy­mio­ty pio­nie­rów nio­są­cych świa­tło, wia­rę i han­del w „ciem­nych za­kąt­kach” zie­mi.

Po­cząt­ko­wo dwaj kom­pa­ni dają wia­rę wiel­kim sło­wom. Stop­nio­wo jed­nak od­kry­wa­ją, że to tyl­ko dźwię­ki, so­unds. A dźwię­ki wy­rwa­ne z kon­tek­stu spo­łecz­ne­go, w któ­rym po­wsta­ły, po­zba­wio­ne są ja­kiej­kol­wiek tre­ści. Do­pó­ki po­li­cjant stoi na rogu uli­cy, do­pó­ki w skle­pi­ku moż­na ku­pić coś do je­dze­nia i je­steś wy­da­ny na osąd opi­nii pu­blicz­nej – tak dłu­go two­je dźwię­ki nio­są z sobą po­czu­cie przy­zwo­ito­ści. Spo­łe­czeń­stwo jest wa­run­kiem po­sia­da­nia su­mie­nia.

Wkrót­ce obaj są go­to­wi do pod­ję­cia się han­dlu nie­wol­ni­ka­mi i ma­so­wych mor­dów. Kie­dy koń­czy się pro­wiant, wy­bu­cha mię­dzy nimi kłót­nia o ka­wa­łek cu­kru. Kay­erts ucie­ka, są­dząc, że jego to­wa­rzysz ści­ga go z pi­sto­le­tem. Gdy więc nie­spo­dzie­wa­nie wpa­da­ją na sie­bie, Kay­erts strze­la. Jest głę­bo­ko prze­ko­na­ny, że czy­ni to w obro­nie wła­snej. Do­pie­ro po chwi­li do­cie­ra do nie­go, że w pa­ni­ce za­bił bez­bron­ne­go czło­wie­ka.

Ja­kie to ma jed­nak zna­cze­nie – po­ję­cia „cno­ta” i „zbrod­nia” to prze­cież tyl­ko dźwię­ki. Ty­sią­ce lu­dzi umie­ra każ­de­go dnia, my­śli Kay­erts, sie­dząc przy zwło­kach. Może na­wet i set­ki ty­się­cy – kto wie? Je­den wię­cej lub mniej nie po­wi­nien mieć więk­sze­go zna­cze­nia, przy­najm­niej dla isto­ty my­ślą­cej.

A on, Kay­erts jest prze­cież isto­tą my­ślą­cą. Do tej pory, po­dob­nie jak resz­ta ludz­ko­ści, drep­tał w kół­ko i wie­rzył w masę non­sen­sów. Dziś wresz­cie, po raz pierw­szy, na­praw­dę my­śli. Te­raz już wie. Te­raz wy­cią­ga wnio­ski z tego, co wie.

Kie­dy nad­szedł po­ra­nek, przez mgłę prze­bił się nie­ludz­ki, wi­bru­ją­cy dźwięk. Pa­ro­wiec spół­ki, na któ­re­go po­wrót obaj męż­czyź­ni cze­ka­li od mie­się­cy, do­bił do brze­gu!

Dy­rek­tor wiel­kiej fir­my Cy­wi­li­za­cja scho­dzi na ląd i do­strze­ga cia­ło Kay­ert­sa, któ­ry po­wie­sił się na na­grob­nym krzy­żu swo­je­go to­wa­rzy­sza. Choć wisi w po­zy­cji na bacz­ność, przy­najm­niej tak to wy­glą­da, w śmier­tel­nym od­ru­chu po­ka­zu­je ję­zyk dy­rek­to­ro­wi.

1617

I nie tyl­ko dy­rek­to­ro­wi. Kay­erts po­ka­zu­je czar­ny opuch­nię­ty ję­zyk sła­wią­cym ju­bi­le­usz ar­ty­ku­łom to­wa­rzy­szą­cym opo­wia­da­niu, ca­łej ide­olo­gii trium­fu­ją­ce­go im­pe­ria­li­zmu.

Na­tu­ral­ną re­ak­cją na opu­bli­ko­wa­ne po raz pierw­szy w „Co­smo­po­lis” opo­wia­da­nie Jo­se­pha Con­ra­da Pla­ców­ka po­stę­pu było trak­to­wa­nie tego tek­stu jako ko­men­ta­rza do ob­cho­dzo­ne­go ju­bi­le­uszu. W isto­cie jed­nak na­pi­sał je rok wcze­śniej, w czerw­cu 1896, w cza­sie po­dró­ży po­ślub­nej Con­ra­da po Bre­ta­nii. Był to zresz­tą je­den z pierw­szych jego utwo­rów.

Ma­te­riał do nie­go Con­rad za­czerp­nął z po­by­tu w Kon­gu. Pły­nął w górę rze­ki na jed­nym z pa­row­ców na­le­żą­cych do Kom­pa­nii. Wi­dział te małe sta­cje han­dlo­we i słu­chał opo­wie­ści współ­pa­sa­że­rów. Je­den z nich na­zy­wał się wła­śnie Key­erts.

Całe sześć lat Con­rad trzy­mał ma­te­riał z tej po­dró­ży. Dla­cze­go zo­stał przy­wo­ła­ny aku­rat te­raz? Po­waż­ną de­ba­tę na te­mat Kon­ga roz­po­czę­to w roku 1903. Co więc spo­wo­do­wa­ło, że w lip­cu 1896 roku Con­rad nie tyl­ko prze­rwał po­dróż po­ślub­ną, ale tak­że pra­cę nad nową po­wie­ścią, by za­miast niej na­pi­sać inną, o Kon­gu?

17

Prze­pro­wa­dzi­łem się. Wy­naj­mu­ję tani po­kój w byle ja­kim ho­te­lu Ba­dżu­da, na­prze­ciw­ko wej­ścia na targ. Sto­łu­ję się u Ben Ha­szem Mu­laya w „Re­stau­ra­cji Przy­ja­ciół”. O zmierz­chu prze­sia­du­ję na ru­chli­wej uli­cy pod igla­sty­mi drze­wa­mi, piję kawę z mle­kiem i ob­ser­wu­ję prze­chod­niów.

Sto lat temu targ w Ajn Sa­lih był peł­nym ży­cia miej­scem spo­tkań na Sa­ha­rze. Nie­wol­ni­ków z po­łu­dnia wy­mie­nia­no na trans­por­to­wa­ne z pół­no­cy zbo­że, dak­ty­le i to­wa­ry prze­my­sło­we. Nie­wol­ni­ków nie trze­ba było trzy­mać w za­mknię­ciu – uciecz­ka z Ajn Sa­lih ozna­cza­ła pew­ną śmierć na pu­sty­ni. Tych nie­licz­nych po­dej­mu­ją­cych mimo wszyst­ko pró­by uciecz­ki bar­dzo ła­two chwy­ta­no i ka­ra­no. Miaż­dżo­no im ją­dra, prze­ci­na­no ścię­gna i zo­sta­wia­no na pa­stwę losu.

Na tym nie­gdyś słyn­nym tar­go­wi­sku dziś moż­na zna­leźć tro­chę nędz­nych im­por­to­wa­nych ja­rzyn, zwięd­nię­tych już w mo­men­cie do­star­cze­nia ich na ba­zar. Ma­te­ria­ły tek­styl­ne pro­du­ko­wa­ne w kra­ju pla­no­wej go­spo­dar­ki krzy­czą wście­kły­mi, ja­do­wi­ty­mi bar­wa­mi.

Księ­gar­nia wy­spe­cja­li­zo­wa­ła się w dru­gich to­mach kla­sycz­nych ar­cy­dzieł, ta­kich jak Don Ki­chot i dzie­ło Ma­da­me de Sta­ël o Niem­czech. Tomy pierw­sze zo­sta­ły prze­ka­za­ne do ja­kiejś in­nej oazy, naj­praw­do­po­dob­niej na pod­sta­wie roz­dziel­nic­twa po­li­tycz­ne­go – nie by­ło­by prze­cież spra­wie­dli­we po­zwo­lić, by za­rów­no tom pierw­szy, jak i dru­gi po­szu­ki­wa­nych ksią­żek tra­fił do jed­nej oazy.

Je­dy­na na­praw­dę in­te­re­su­ją­ca rzecz, jaką moż­na zna­leźć na tym tar­go­wi­sku, to ska­mie­nia­łe drew­no, reszt­ki wiel­kich drzew umar­łych mi­lio­ny lat temu i po­grze­ba­nych w pia­sku. Kwas krze­mo­wy prze­isto­czył drew­no w ka­mień, któ­ry uwol­niw­szy się z wę­dru­ją­ce­go da­lej pia­sku, tra­fił wła­śnie tu.

Zbie­ra­nie ska­mie­nia­łych ka­wał­ków drew­na więk­szych od ludz­kiej pię­ści jest su­ro­wo za­ka­za­ne. Ale na­wet w tej za­ci­śnię­tej pię­ści jest wy­star­cza­ją­co dużo miej­sca dla zie­lo­nych la­sów Sa­ha­ry. Mój ka­wa­łek leży na sto­le. Daje złu­dze­nie ży­we­go drze­wa, peł­ne­go za­pa­chu mo­krych od desz­czu li­ści i szu­mu gę­stej ko­ro­ny.

18

Kie­dy by­łem mały, oj­ciec, po po­wro­cie z pra­cy naj­pierw szedł do bab­ci i z nią się wi­tał.

To nie po­do­ba­ło się mat­ce. Za każ­dym ra­zem czu­ła się za­wie­dzio­na.

Czy mi­łość mię­dzy mat­ką a sy­nem nie była moc­niej­sza i praw­dziw­sza od tej, jaka łą­czy męża i żonę? Oj­ciec był prze­cież uko­cha­nym sy­nem bab­ci, któ­re­go no­si­ła pod ser­cem, kie­dy zmarł jej mąż. Sy­nem, któ­re­go uro­dzi­ła jako sa­mot­na mat­ka. Mój oj­ciec, któ­ry nig­dy nie wi­dział wła­sne­go ojca, na nią wła­śnie prze­lał całą mi­łość.