Wyspa wspomnień - Dorota Milli - ebook + audiobook
Opis

„Zatęskniłam za morskim smakiem powietrza, za dobrze znanymi uliczkami. Tutaj przeżyłam najwspanialsze chwile. Na wyspie...”
Pełna niepewności Lilianna wraca do miejsca, które wypełnione jest radosnymi, ale i mrocznymi wspomnieniami z przeszłości. Kiedyś ona i jej dwie przyjaciółki obiecały sobie, że dziesięć lat później ponownie spotkają się na wyspie, która w młodości była ich domem. Dawne miejsca witają kobiety nowymi obietnicami.
W pięknym nadmorskim Dziwnowie spotykają starych przyjaciół, udaje im się także zawrzeć nowe, interesujące znajomości. Wspólnie z przystojnym policjantem i intrygującym prokuratorem wędrują dawnymi ścieżkami, szukają rozwiązania starych, zapomnianych tajemnic. Ale przede wszystkim muszą odnaleźć prawdę o sobie.
Czy i tym razem powrót okaże się nowym początkiem, szansą na miłość i obietnicą spełnienia dawnych marzeń?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 443

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 11 godz. 41 min

Lektor: Joanna Domańska

Popularność


Pamięci mojej kochanej Babci

Kiedy poczujesz się komfortowo ze swoją niepewnością,

w Twoim życiu pojawią się nieskończone możliwości.

Eckhart Tolle

PROLOG

Biegła, potykając się o wystające konary. Cienie nocy maskowały ich kontury, jasność przegrywała z mrokiem, a szum morza przepędzał ciszę, wraz z ruchem gałęzi ukrywając jej obecność. Mimo że nie była sama, nie czuła się bezpiecznie. Oddalały się od plaży, od bezpiecznej poświaty księżyca, który przez gąszcz drzew nie miał szansy zajrzeć.

Słysząc głosy, wstrzymała oddech i gwałtownie się zatrzymała. Jeden był niewyraźny, szepczący, drugi głośny, piskliwy, zrzędliwy. Znała go bardzo dobrze.

Ciekawość zwyciężyła i zrobiła kilka kroków naprzód, chcąc się wspiąć. Zobaczyła mętne sylwetki rozmazujące się w cieniach. Musiała podejść jeszcze bliżej, wtedy nadepnęła na gałązkę, która pękła z głośnym trzaskiem, rozbudziła hałas. Wszystko jakby znieruchomiało, morze w oddali ucichło, wiedziała, że zwróciła na siebie uwagę. Chciała krzyczeć, lecz głos utknął w gardle. Chciała uciekać, lecz nogi jakby wrosły w ziemię. Poczuła szarpnięcie, przerażona podniosła głowę, by zobaczyć, co ją czeka, gdy nagle rozległ się krzyk. Ogłuszający, przeraźliwy.

1

Zerwała się ze snu, łapczywie chwytając powietrze. Rozejrzała się po sypialni, zerknęła na ściany o ciepłych barwach rozświetlone uspokajającym blaskiem księżyca. Opadła na poduszki i patrzyła w odsłonięte okno. Na leniwie przepływające chmury, które zawsze ją wyciszały.

Wiedziała, że już nie zaśnie. Zły sen odszedł jak zwykle, zostawiając niesmak i wyczuwalną bliznę minionych wspomnień, ale jak z każdym wyzwaniem, i z tym musiała się zmierzyć. Nie było odwrotu. Jutro wracała do przeszłości, by zawalczyć o lepszą przyszłość.

Ruszyła w drogę. Opuszczała głośny, ruchliwy Poznań, po drodze mijając połacie rozpościerających się łąk. W tle leciała muzyka z radia, ale ona skupiła się na rozważaniach. Odczuwała ekscytację wymieszaną z obawami. Dwa tygodnie temu podjęła decyzję i teraz całkowicie zawierzyła intuicji. Wewnętrznemu głosowi, który nigdy jej nie zawiódł.

Czekały ją ponad cztery godziny jazdy, ale się nie śpieszyła. Rozkoszowała się tym chwilowym zawieszeniem w próżni pomiędzy teraźniejszością, którą chciała zmienić, a przeszłością, do której wracała.

Trasa dłużyła się, ale nie narzekała. W końcu z daleka wypatrzyła Zalew Kamieński tworzący Zatokę Wrzosowską i cieśninę Dziwny, przez którą woda wpada do Morza Bałtyckiego. Dziesięć lat minęło, a wszystko się zmieniło – otoczenie nie miało już tych samych znajomych kształtów, choć ona czuła się wciąż taka sama. Nie czuła w sercu tylko tego ucisku, tak jak za pierwszym razem, gdy została tu sprowadzona.

Dzień znikał w szarościach zbliżającego się mroku. Była połowa czerwca, formalnie kalendarzowe lato jeszcze nie obowiązywało, choć w powietrzu wyczuwało się ciepłe porywy wiatru i słońce coraz mocniej grzało, dłużej zatrzymując się na niebie, rozświetlając jego bezkres.

Na drodze był większy ruch, mimo że weekend minął i rozpoczął się kolejny tydzień. Specjalnie wybrała ten dzień, bo zmiany najlepiej rozpocząć w poniedziałek. Nowy tydzień, nowe plany, nowe wyzwania.

Zwolniła i wiele aut ją wyprzedziło. Zwlekała, oddalając moment dotarcia do celu. Szukała odpowiedzi na liczne pytania. Najwłaściwsze brzmiało, dlaczego wciąż się nie uleczyła?

Praca i osiągnięcie sukcesu były jej głównymi celami, które rozbudziły jej serce i przyśpieszały oddech. Uzmysłowiła sobie, że naprawdę żyje i odczuwa. Zdobywanie ciekawych i dobrze płatnych zleceń było marzeniem, które zaspokoiło jej głód, choć, jak się okazało, tylko powierzchowny. Potrawy, które serwowała jej codzienność od dłuższego czasu, nabrały mdłego smaku. Straciła apetyt, zatraciła cel i nie potrafiła znaleźć motywacji. Gnała do przodu byle dosięgnąć niemożliwego, bo liczyła na zaspokojenie wielu pragnień, a z czasem domagała się więcej. Jakkolwiek się starała, wciąż czuła pustkę. Paraliżującą i ziejącą chłodem, która po latach ponownie ją wypełniła i to ze zdwojoną siłą. Aż w końcu nadszedł dzień, który prześladował ją przez dziesięć lat.

Obiecała, przysięgała, więc wyruszyła na spotkanie. Czy tego potrzebowała, nie miała pewności. Czy chciała zrezygnować, wiele razy, ale teraz, gdy jej życie smakowało jak wióry, postanowiła wywiązać się z danego słowa. Zdecydowana zamknąć dawny rozdział i na dobre przegonić przeszłość, której tak naprawdę wciąż nie pozwoliła odejść.

Zjechała na stację, wciąż wydłużając czas dotarcia do mety. Zatankowała i zamówiła hot doga. Stała przed wejściem i opierała się o samochód, podziwiając zachodzące słońce. Tęskniła za tym widokiem. Gdy nie mogła zasnąć, to właśnie wschody i zachody słońca przywracała w pamięci. Powolny ruch żarzącej się tarczy, która opadała w fale morza, uspokajał ją i wyciszał. Tego jej brakowało i to miała zamiar podziwiać przez najbliższe trzy tygodnie.

Otrzepując ręce i strzepując okruszki bułki z ubrania, wsiadła za kierownicę. Po chwili włączyła się do ruchu, tym razem jechała powyżej dozwolonej prędkości. Ruch na drodze zmalał. Cienie łatwiej nabierały mocy, woalem mroku przykrywając leśne otoczenie. Opuściła kolejną miejscowość i wjechała na dwukilometrowy odcinek bez zabudowań, tylko asfalt z przytłumionymi światłami latarni w uścisku drzew i krzewów, a po obu stronach woda.

Wyspa, jak ją nazywały, była częstym wspomnieniem. Kawałek lądu, który z jednej strony otaczały wody Zatoki Wrzosowskiej, a z drugiej fale Morze Bałtyckiego. Dla pełnych marzeń nastolatek stał się odległą, bezludną i spokojną wyspą, o której świat zapomniał, ale do czasu. Pewnej nocy zostawił bliznę, o której przypominały sny.

Uśmiech jak ślad minionych wesołych dni zniknął, gdy powrócił koszmar. Popatrzyła w leśną gęstwinę, przełykając głośno ślinę. Nie pamiętała, co dokładnie się wydarzyło, ale na pewno miało miejsce. Nocna mara nigdy nie pozwoliła jej o tym zapomnieć.

Zapatrzona wcisnęła pedał gazu, by jak najszybciej ominąć ten odcinek, który na nowo rozbudził strach. Odwróciła wzrok od ciemności lasu, gdy nagle oślepiona reflektorami mijanego auta puściła pedał gazu i zjechała z drogi. Zaczęła kręcić kierownicą na boki, aby jak najszybciej wrócić na właściwy pas ruchu. Niestety, zahaczyła o pobocze i wjechała na ścieżkę rowerową. Wykonała gwałtowny zwrot na drogę, tuż przed znakiem informującym o niebezpiecznym zakręcie. Autem rzuciło i usłyszała głośny huk. Krzyknęła i nerwowo zahamowała, dysząc jak po biegu.

Otworzyła oczy i odruchowo włączyła światła awaryjne. Próbowała się uspokoić. Wspomnienia uderzyły w nią z mocą, przez co straciła wewnętrzną równowagę, którą zazwyczaj trzymała na wodzy.

Rozejrzała się niepewnie, choć wzrok jak magnez przyciągała wyspa, jej wyspa wspomnień. Biła czernią sączącą się pomiędzy drzewami. Światła latarni usytuowanych zbyt daleko nie otuliły jej auta jasnością. Stała jakby w ciemnym kącie z dala od sztucznego blasku miasta. Kiedyś wyspa dawała jej poczucie bezpieczeństwa, teraz jedynie budziła obawy.

„Odwaga jest początkiem działania, szczęście jest jego końcem”[1] – zacytowała dzisiejszą sentencję, jaką wyciągnęła ze słoja. To jej zawód i ambicje spowodowały, że zbierała cytaty i powiedzenia. Codziennie łowiła ze szklanego naczynia kolorową karteczkę zapełnioną jej okrągłym pismem z mądrymi słowami. Dziś to odwaga była hasłem dnia, której – jak widać – najbardziej potrzebowała.

Wysiadła z auta, wdychając dobrze znane powietrze. Słona wilgoć morza i zapachy lasu mieszały się ze sobą, ponownie cofając ją w czasie. Dziesięć lat nie miało już znaczenia. Ponownie poczuła się, jakby miała piętnaście lat. To wtedy zawitała do nadmorskiej miejscowości, która przez trzy lata była jej domem i podarowała jej więcej pozytywnych emocji i uczuć, niż doświadczyła przez całe życie.

Wróciła do rzeczywistości i zobaczyła przebitą oponę. Oparła się o maskę i opuściła głowę. Poczuła się bezradna, a nie lubiła tego uczucia niemocy. Teraz stała na odludziu, z dala od świata i cywilizacji. Wyciągnęła telefon, by wezwać pomoc drogową. Po chwili oderwała wzrok od smartfona, obserwując zbliżające się światła reflektorów. Zeszła z drogi, by auto bezpiecznie ją ominęło, lecz ono zwolniło i zatrzymało się tuż za nią. Kierowcą okazał się mężczyzna w czapce z daszkiem i rozpiętej koszulce w kratę, która odsłaniała biały podkoszulek. Dżinsy i traperki dopełniały stroju.

– Dobry wieczór. Coś się stało?

– Przebita opona – odpowiedziała z powagą, nie wiedząc, czego się spodziewać. Normalnie poprosiłaby o pomoc, ale nie była u siebie. Przyglądała się mężczyźnie, by poznać jego zamiary, ale cienie i daszek maskowały jego twarz.

– Pomogę. Ma pani dojazdówkę? – zapytał, cofając się do swojego auta i wyłączając silnik. – Koło zapasowe? – dopytał, kiedy nie odpowiedziała.

– Chyba mam. – Ocknęła się z mrocznych wizji i poszła sprawdzić. Skoro chciał jej pomóc, jak najbardziej na to pozwoli. Otworzyła klapę bagażnika. Drgnęła, gdy tuż za plecami usłyszała głos.

– Ja wyciągnę? – zaproponował, zerkając na jej białe spodnie i beżową bluzkę wyróżniające się w ciemnościach.

– Dziękuję. – Obserwowała pewne ruchy mężczyzny, przyglądając się jego szerokim dłoniom, które z łatwością poradziły sobie z wyciąganiem opony. Reflektory auta na chwilę odkryły jego twarz.

– Na urlop? – Poluzował śruby z najmocniejszego docisku i wtedy podstawił lewarek.

– Tak jakby – rzuciła zaskoczona pytaniem. Faktem było, że wykorzystywała zaległy urlop, ale o dokładnym celu przyjazdu nie zamierzała wspominać.

– To znaczy? – Mężczyzna zerknął na kobietę, z której twarzy mógł wyczytać wiele emocji. Była ładna, wysoka i szczupła. Krótkie blond włosy postawione na sztywno dodawały jej twarzy powagi. Nie widział tylko barwy oczu.

– Mam się z kimś spotkać. Pan stąd? – zapytała, by nie zadał kolejnego pytania.

– Tak jakby – odpowiedział z nikłym uśmiechem.

Zmarszczyła brwi, nie wiedząc, czy ją przedrzeźnia, czy tak jak ona miał sprawy, którymi nie chciał się dzielić.

– To znaczy?

– Też muszę się z kimś spotkać.

Nie zapytała z kim. Przyjrzała się jego twarzy – kilkudniowy zarost zacierał jej kontur. Gdy się uśmiechnął, obudził nikłe wspomnienie, które szybko zniknęło.

– Gotowe. – Schował koło do bagażnika. – Proponuję oddać koło do…

– Dziękuję, dalej sobie poradzę. Nie będę już pana zatrzymywać.

– Natan – przedstawił się zaskoczony jej nagłym dystansem.

– Dziękuję, Natan, ale się śpieszę.

– Naprawdę? Czy nie wspomniałaś, że jesteś na urlopie?

– Powiedziałam, że tak jakby… Przepraszam incydent z kołem trochę mnie zdenerwował – zreflektowała się. – Ile?

– Chcesz mi zapłacić?

– Nie o tym rozmawiamy?

– Kawa? Niedaleko jest przytulna kawiarnia – zaproponował z uśmiechem, ciekawy, co na to odpowie.

– Za późno na kawę…

– Herbata?

– Natan, jestem ci bardzo wdzięczna, ale nie za bardzo mam chęć na spotkania towarzyskie – wytłumaczyła łagodnie z nadzieją, że odmowa do niego dotrze.

– Długo zostajesz?

– To zależy od spotkania.

– Masz wobec mnie dług.

– Z przyjemnością go ureguluję.

– Nie przyjmuję w gotówce ani w plastiku, tylko w naturze. Oczywiście, chodzi o kawę – zastrzegł z rozbawieniem, gdy się gwałtownie cofnęła, unosząc brodę, jakby szykowała się do ataku.

– Schlebiasz mi – rzuciła z krzywym uśmiechem. Nie sądziła, że załapie się na słaby podryw. – Natan, kawa i inne rzeczy w naturze nie wchodzą w grę, tylko gotówka. Bierzesz?

– Będę dopraszał się kawy i twojego towarzystwa przy następnym naszym spotkaniu… – Urwał wymownie, czekając, aż się przedstawi.

– Anna… Lilianna – poprawiła się, czując potrzebę odkrycia. Do tej pory chowała się za typowym imieniem, urywkiem jej prawdziwego, od dziś musiało się to zmienić. Nie miała nic do stracenia, poza tym chciała spróbować wszystkiego, by się uleczyć.

– Lilianno, liczę na kawę z uśmiechem.

– Pod warunkiem że się jeszcze spotkamy. – Skierowała się do auta. Mężczyzna wysyłał pozytywne fluidy, ale ona nie miała na nie ochoty. Z czasem i tak wszystko pękało i kruszyło się, zostawał tylko popiół.

– Dziwnów? – zapytał dla formalności.

– Tak, Dziwnów.

– To na pewno się spotkamy.

[1] Demokryt z Abdery (ok. 460–370 p.n.e.).

2

Obudziła się, czując słony smak powietrza napływającego od lekko uchylonego okna. Otworzyła oczy. Była w przytulnym pokoju, w pensjonacie, który mieścił się w centrum przy ulicy Mickiewicza. Wczoraj tylko przemknęła przez miejscowość, zmierzając prosto do wynajętej kwatery. Zapłaciła za pobyt i wspięła się po schodach, taszcząc dużą walizkę. Szybki prysznic i sen, na szczęście bez powracającego koszmaru, dodały jej sił.

Kucnęła przy otwartej walizce i wyciągnęła wysoki słoik ze wstążeczką. Wsunęła rękę i zaczęła losować, ciekawa, jaką sentencję dziś ma dla niej wyrocznia.

„I ślepemu zdarzy się, że coś znajdzie, kiedy długo szuka” – przeczytała cytat z „Panny z mokrą głową” Kornela Makuszyńskiego. Obawiała się tylko tego, co faktycznie znajdzie.

Na początek planowała poszukać zakładu wulkanizacji, by załatwić sprawę uszkodzonej opony. W Dziwnowie nie potrzebowała samochodu, ale bez niego czuła się unieruchomiona. Chciała zachować swobodę, bo nie wiedziała, co się wydarzy.

Wyszła pospacerować. Dawne miejsca były pełne wspomnień, i tych wesołych, i tych smutnych, chciała się przekonać, które z nich przeważą. Miała nadzieję, że nie spotka znajomych. Tylko czy ktoś ją jeszcze rozpozna?

Zmieniła kierunek, kiedy z północy poczuła gwałtowny wiatr. Uwodzona jego ciepłymi podmuchami roznoszącymi smak morza ruszyła na plażę. Mijała dobrze znane niskie domki i bogato zaopatrzone stragany. Niektóre odnowione, inne zachowały dawny kolor i drewnianą konstrukcję, choć powstały też nowe budowle prezentujące nowoczesne kształty. Unosił się gwar. Wczasowiczów łatwo było odróżnić od mieszkańców. Stali bywalcy w pośpiechu zmierzali do pracy i swoich zajęć, przyjezdni ubrani na tęczowo, w krótkich szortach i sukienkach, z pstrokatymi parawanami i nadmuchanymi zabawkami poganiali swoje pociechy, kierując się ku piaskom.

Lilianna cieszyła się, że wmieszała się w tłum, choć jej strój odznaczał się, bo był zbyt oficjalny. Beżowe spodnie i błękitna bluzka idealnie sprawdzały się w firmie, w której od kilku lat pracowała. Jedynie japonki odrobinę przełamywały ten formalny szyk.

Przeczesała krótkie włosy palcami, czując, że jej postawiona blond fryzura nie przetrwa wiatru i wilgoci. Nie musiała wyglądać jednak oficjalnie. Nie czekały na nią spotkania ze zleceniodawcami ani z współpracownikami. Tutaj mogła przestać udawać dużą dziewczynkę.

Szła ulicą Parkową, najszerszą w starym Dziwnowie. Uśmiechała się i upajała rześkim powietrzem, a fala wilgoci, tak jak fala wspomnień napłynęła do jej myśli. Pamiętała leżenie na piasku w promieniach słońca, nurkowanie w spienionych bałwanach, które pragnęły ją zatrzymać i porwać dalej w morze. Zapatrzyła się w linię horyzontu, która przyciągała, ale i obiecywała więcej ciekawych przygód. Wierzyła, że czeka ją coś lepszego, że tylko musi spróbować i wyruszyć we właściwym kierunku. Wszystkie wtedy tak myślały, niestety nie udało jej się tego czegoś dosięgnąć.

Lilianna miała nadzieję, że tutaj, w Dziwnowie, uda się jej zajrzeć w głąb siebie, że pozwoli sobie na wnikliwą analizę przeszłości, która podsunie jej odpowiedzi i receptę na radość, którą straciła.

Ściągnęła klapki i zanurzyła stopy w ciepłym i sypkim piasku, delektując się jego dotykiem. Słońce oślepiało na błękitnym niebie, choć chmury gęstymi kłębami co chwilę skrywały jego żar.

Uśmiechała się naturalnie, co rzadko się jej zdarzało. Morze biło chłodem, więc trzymała się z dala od fal, stąpając po piasku. Wypatrywała dobrze znanego punktu. Miejsca, które kiedyś rozbudzało jej wyobraźnię. Dom na wydmie kojarzył się jej z bezpieczeństwem, którego nie zaznała, z rodziną, której nie mogła kochać, i spotkaniami, których nie doświadczyła. Wierzyła, że to szczęśliwe gniazdo, że mieszkająca tam rodzina była głośna, wesoła i liczna. Przeciwieństwo jej chłodnej, małej, odseparowanej.

W końcu go wypatrzyła i tym energiczniej ruszyła w tamtą stronę. Była ciekawa, czy dobrze go pamiętała. Z niebieską dachówką, z białymi murami i dużymi oknami do ziemi. Z łatwością mogła narysować jego kształt. Nie był nowoczesny, lecz tradycyjny, wręcz zwykły, i to najbardziej jej odpowiadało. Wydawał się cudowną ostoją, stałością w świecie niepewności.

Wspięła się na wydmę, żeby zobaczyć go z bliska. Kępy zieleni i krzaki oddzielały dom od plaży, tak samo jak niewysokie, drewniane ogrodzenie. Podeszła bliżej. W domu odbywała się jakaś uroczystość. Kilka okrągłych stołów było zastawionych półmiskami wypełnionymi jedzeniem. Chciała odejść, ale coś trzymało ją w miejscu, więc stała i przyglądała się jak zahipnotyzowana.

Dom zmienił się, zestarzał i podupadł. Nie pamiętała, żeby farba odchodziła od drewnianych okiennic ani szarości ścian z naleciałościami zieleni, które kiedyś bielą odbijały promienie słoneczne, wręcz oślepiając.

Gdy na taras wyszli ludzie, zaskoczona zrobiła krok w tył. Ich stroje przyciągały uwagę. Żadnych wesołych kolorów, tylko czerń, która współgrała z powagą i smutkiem na twarzach. Zmienił się nie tylko dom, ale i jego atmosfera.

Po chwili na tarasie pojawił się mężczyzna, jego twarz była znajoma. Miał ciemne falujące włosy. Był wysoki i postawny, czym zwracał uwagę. Ubrany w czerń tak jak inni. Witał się z lekkim uśmiechem, zamieniał z każdym kilka słów i poklepywał po ramieniu, jakby pocieszając.

Lubiła obserwować rodzinne spotkania, tak wiele można było wyczytać z gestów, więcej niż ze słów, choć to mężczyzna na dłużej przyciągnął jej wzrok. Chłonęła emocje, jakie roztaczał. Każdy uśmiechał się na jego widok i zapraszał do stołu. Znała takich ludzi. Pozytywnych, z którymi wszyscy chcieli przebywać, choćby zamienić kilka zdań. Nim się spostrzegła on też ją dojrzał. Spotkały się ich oczy i wtedy go rozpoznała.

To on jej pomógł. Wymienił koło, które nagle odmówiło współpracy. Nie mogła uciec, było za późno, zmierzał prosto do niej.

– Dzień dobry – rzucił z uśmiechem. – Niespłacony dług nie dał ci spokoju i postanowiłaś mnie odnaleźć?

– Przepraszam, spacerowałam i jakoś tutaj mnie zaniosło. – Zrobiło jej się żal samej siebie. Została przyłapana na podglądaniu, w dodatku dukała, jak uczennica schwytana na paleniu papierosów na terenie szkoły. Zaskoczona nie potrafiła zachować profesjonalnego tonu, jakim zazwyczaj się posługiwała.

– Czyli to przeznaczenie?

– Przypadek. Pójdę już, miłego dnia.

– A kawa i uśmiech? – Podszedł do furtki i ją otworzył, tym samym znajdując się bliżej dziewczyny.

– Może innym razem, nie chciałabym… przeszkadzać. – Popatrzyła wymownie na zebranych gości.

– Tak, to nie najlepszy moment na pierwszą randkę.

– Nie zgodziłam się na randkę, prawdę mówiąc, nie zgodziłam się nawet na kawę.

– To jak chcesz spłacić dług?

– Gotówką.

– Mówiłem, że nie przyjmuję pieniędzy. – Popatrzył jej w oczy, teraz w blasku dnia z łatwością mógł ocenić wygląd kobiety.

Drobna twarz z małym noskiem i niewielkimi ustami, duże brązowe oczy, które w promieniach słońca nabrały ciepłego miodowego blasku. Krótkie jasne włosy rozwiane przez wiatr dodające rysom łagodności i dziewczęcości, mimo że strój wciąż był oficjalny.

– Ta rozmowa raczej nie jest na miejscu w takich okolicznościach – oświadczyła zadowolona, że wróciła do wyćwiczonego stylu i dystansu.

– Z tym muszę się zgodzić, tym bardziej że będę musiał tam wrócić. – Lekko się uśmiechał, choć jego zielone oczy wyrażały smutek.

Zebrani goście zajmowali miejsca przy stołach, inni wciąż dochodzili.

– Wystarczy, że pan przyszedł. Jest sporo osób. W tłumie raczej nikt nie zauważy pana zniknięcia.

– Natan – przypomniał. – Musimy spotkać się na kawie, byś zapamiętała moje imię, Lilianno. I niestety zauważą wszyscy.

– Ktoś bardzo bliski? – Powinna odejść, ale była ciekawa, kto odszedł. Kto opuścił dom, który kiedyś rozbudził jej pragnienie o własnym.

– Ojciec.

– Bardzo współczuję, to duża strata.

– Była, wiele lat temu, teraz to formalność – wyznał z brutalną szczerością.

– Faktycznie nie możesz uciec. – Była zaszokowana, że to jego dom i zdumiona tymi słowami, lecz czy miała prawo oceniać, w jej rodzinie było podobnie. Była ostatnią, która mogła kogokolwiek krytykować.

– Skoro sam jestem organizatorem, byłoby to dziwne.

– Nie będę więc przeszkadzać, miłego… Wszystkiego dobrego – poprawiła się speszona.

– Dziękuję i do zobaczenia, Lilianno. – Natan jeszcze chwilę obserwował jej kobiecą sylwetkę, po czym przywdziewając uśmiech, wrócił na stypę, żeby pożegnać ojca.

***

Spłoszona uciekła z plaży, wracając na miejskie uliczki. Wciąż przed oczami miała przystojną twarz Natana. Dobrze pamiętała jego imię, ale wolała zachować pozory oficjalności, w ten sposób czuła się pewniej. Zasady wyznaczały granice, po takich korytarzach wiedziała, jak się poruszać.

Mężczyzna był wyższy, niż zapamiętała z wczorajszego spotkania. Szerszy w ramionach i zdecydowanie umięśniony, co widać było po opiętej koszuli. Nie wyglądał jednak na kogoś, kto pracuje nad sylwetką na siłowni. Jego opalona skóra, malowana promieniami intensywnego słońca i wiatrem, zdradzała, że wiele czasu spędzał na świeżym powietrzu. Była ciekawa, czym się zajmował, i kim byli jego bliscy. Interesowało to ją ze względu na dom, który kiedyś rozbudził w niej pragnienie stałości i posiadania prawdziwej, kochającej rodziny.

Rozejrzała się, bo nie wiedziała dokąd iść. Musiała nareperować oponę, więc na tym postanowiła się skupić. Nie lubiła dnia bez planu, ale z kolei wszystko, co zaplanowała, ulegało modyfikacjom. Jedynie, co udało jej się osiągnąć z długiej listy pragnień, to niezależność. Praca była jej ostoją, jedyną stałą w życiu.

Zajrzała do miejscowego sklepiku, żeby poznać adres najbliżej położonego warsztatu wulkanizacyjnego. Okazało się, że jest niedaleko, więc szybko załatwiła sprawę, odstawiając tam auto. Miała sporo czasu do wieczornego spotkania, dlatego ruszyła na spacer.

Dziwnów ma prawa miejskie i dzieli się na górny i dolny, oraz obszar Dziwny, leżący w południowo-wschodniej jego części, który przecina cieśnina o tej samej nazwie. Otaczają go lasy oraz wody zatok, zalewu i Morza Bałtyckiego.

Lilianna spacerowała, mijając nowo powstałe i stare domy. Doszła do przystani sezonowej, która było nowością. Doki powoli zapełniały się jachtami, łódkami i żaglówkami. Chciała skorzystać z ławki, żeby podziwiać ich kształty, dzięki którym z łatwością pokonywały fale. Miejsca jednak były zajęte, co zmusiło ją do dalszego spaceru. Westchnęła, z rozmarzeniem patrząc na wycieczkowy statek zbliżający się do mostu.

Dwa przeciwległe brzegi miasta łączył wyjątkowy, bo zwodzony, most na Dziwnie. Gdy tylko dotarła do znajomego kształtu, wspomnienia powróciły wezbraną falą. Odmalowany na czerwono i z wymienionymi barierkami na nowo zachwycał. Pamiętała, ile razy na nim stała i podziwiała tę powoli się unoszącą ruchomą konstrukcję, żeby umożliwić przepłynięcie jednostkom. Tym razem też musiała się zatrzymać i zaczekać, aż przepłynie statek piracki. Drewniany kadłub z ozdobami i kolorowymi chorągiewkami, które powiewały na wietrze, wypełniony był uśmiechniętymi turystami wyruszającymi na nową przygodę.

Lilianna nigdy nie była na rejsie, choć zawsze o tym marzyła. Miała słabość do jednostek pływających, nawet kajak ją zachwycał. Pojazd, który unosiłby ją na falach, żeby mogła żeglować w nieznane poddając się fantazjom, był jej niezrealizowanym marzeniem.

Często rozkładała mapę wyobraźni i wyznaczała nowe kierunki. Zobaczyć i przeżyć morską eskapadę, podczas której odkryje inny ląd i ludzi. Miejsce, gdzie wszyscy są szczęśliwi i radośni, a smutki zostają daleko za horyzontem. To było jej niespełnionym pragnieniem. Wyrosła jednak z tych mrzonek. Ludzie wszędzie byli tacy sami, zarówno dobrzy, jak i źli.

Starała się wszystko wyrównać, by emocje jej nie utożsamiały, nie pokazały, kim jest i co nosi w sercu. Tak było bezpieczniej i bardziej oficjalnie, dzięki temu nikt nie mógł jej zranić. Przepłoszyła smutne wnioski z nadzieją, że może wypłynie w rejs i na kilka chwil odda się morzu.

Minęła most, wraz z innymi pieszymi weszła na drugi brzeg, oglądając tamtejsze atrakcje i sprawdzając, jak wiele zmian się dokonało. Nowe budynki, osiedla i pensjonaty powstały w pustych przestrzeniach, choć stare budynki wojskowe stały puste z oknami zabitymi deskami.

Nie napotkała znajomej twarzy, co znacznie ją uspokoiło. Zawróciła, choć jeszcze wiele było do zobaczenia. Droga powrotna zleciała jej znacznie szybciej. Poszła na obiad i z ogromnym apetytem zjadła dorsza.

Rozważała, czy odwiedzić miejsce, które zaważyło na jej życiu do tego stopnia, że ponownie tu przyjechała. Zrezygnowała, wiedząc, że wieczorne spotkanie, jeżeli w ogóle dojdzie do skutku, będzie i tak kosztować ją wiele. Dużo zależało od tego wieczoru, choć tak naprawdę nie wiedziała, czego się spodziewać.

Wróciła do pensjonatu i odpaliła laptopa, by zająć czymś myśli. Zajrzała do poczty mailowej, ale nie czekały na nią żadne wiadomości, co tylko wywołało zdenerwowanie. Ucieczka w pracę zawsze pomagała jej się wyłączyć i uspokoić.

Położyła się na łóżku, zastanawiając się, czy dobrze zrobiła. Przysięga, jaką złożyła, teraz po dziesięciu latach wydała się zabawnym rytuałem nastolatek, choć czuła się zobowiązana, by ją wypełnić. Gdyby jej życie nabrało kolorów, gdyby potrafiła je właściwie docenić i poczuć, może nie pojawiłaby się w Dziwnowie. Próbowała, naprawdę się starała, ale wciąż nie osiągnęła tego, czego głęboko w sercu pragnęła. Przyjechała dowiedzieć się, gdzie popełniła błąd, czy tylko ona poniosła fiasko i tylko jej nie wyszło. Nie chciała myśleć o fatum, stawiając na zbyt rozbudzoną wyobraźnię.

Nie wytrzymała tego bezruchu i nudy. Usiadła do laptopa i zaczęła pisać maile. Chciała zapewnić współpracowników, że mimo urlopu mogą informować ją o nowych zleceniach. Musiała być na bieżąco, a przede wszystkim chciała znaleźć odskocznię od rzeczywistości.

***

Przygotowała się do spotkania, robiąc świeży makijaż i układając włosy. Chciała wyglądać profesjonalnie, tak jak na co dzień prezentowała się w biurze. To wizerunek świadczył o tym, jak nas postrzegano, liczyło się pierwsze wrażenie.

Nie wiedziała, czego się spodziewać. Liczyła na przychylność i zrozumienie, dawną więź, mimo że sama ją przerwała.

Włożyła jasną sukienkę do kolan. Popatrzyła na siebie w lustrze, wciąż pytając, czy jest gotowa. Jedyna nić przeszłości właśnie miała się ponownie połączyć, ale czy zwiąże, sama nie wiedziała. Niepewność biła z każdego jej ruchu, była jej cieniem. Brak odpowiedzi na liczne pytania blokował kolejne kroki i nie ułatwiał podjęcia decyzji, w którą stronę się udać. Brakowało jej stałości i bezpieczeństwa, miała nadzieję, że zamykając dawny niedokończony rozdział, otworzy nowy, nadający bieg jej przyszłości, a życiu smak.

Nastał wieczór, lecz było jasno jak za dnia, za co najbardziej uwielbiała tę porę roku. Opuściła pensjonat, kierując się na wschodnią część plaży. Musiała dotrzeć do ostatniego zejścia, gdzie kończyły się zabudowania, a zaczynała wyspa, na której od pamiętnej nocy nie odważyła się stanąć. Miejsce było ich bramą, tak jak wyspa – podłużny skrawek lądu, który zagarnęły na swoje terytorium, jedyny teren, gdzie czuły się jak u siebie.

Wiatr przybrał na sile, ciemne chmury zbierały się nad miastem, lecz Lilianna nie zwracała na to uwagi. W myślach przetwarzała scenariusz spotkania. Czy rzucą się sobie w ramiona, czy zachowają wymowny dystans, choć najważniejsze było, czy będą w stanie otworzyć się tak jak kiedyś.

Skryta za bezpiecznym murem niedostępności nie tworzyła przyjaznych relacji międzyludzkich. Zależało jej na tym, lecz przeszłość zbyt mocno zaważyła na jej życiu, by trzymała serce na dłoni, narażając się na urazy. Wolała schować się za swoim wyuczonym zachowaniem, obserwować i powoli nabierać przekonania. Walczyła z tym wycofaniem, lecz blokada była silniejsza od woli. Budowana przez lata, wzmocniła się i stopiła z jej osobowością. Głęboko w sercu pragnęła pozbyć się skrępowania i obaw. Oprócz złożonej przysięgi to również możliwość uwolnienia się z kajdanek strachu sprowadziło ją do Dziwnowa.

Pomrugała, żeby przepędzić łzy. Kilka lat temu bezsilność stanowiła jej determinację i wywoływała złość, teraz został płacz i smutek. Przestała walczyć z czymś, co – jak się okazało – stało się częścią jej duszy. Pytanie tylko, czy potrafiła się jej pozbyć i uleczyć.

Weszła na plażę. Stopy zanurzyły się głęboko w piasku. Stała przez chwilę bez ruchu, rozglądając się i szukając wzrokiem znajomej twarzy i sylwetki. Znieruchomiała i tylko materiał sukienki i włosy powiewały pochwycone dłońmi wiatru.

Sprawdziła godzinę, było przed dziewiątą, więc miała jeszcze czas. Wiedziała, że nie powinna się zniechęcać. Obietnicą było, że spotkają się po dziesięciu latach przy ostatnim zejściu z plaży. W czerwcu, który był miesiącem ich pożegnania. Dokładnego dnia nie ustaliły, by dostosować się do swoich planów, możliwej pracy i rodziny. Lilianna tego zmartwienia nie miała, wciąż była sama, choć próbowała i bardzo starała się to zmienić.

Usiadła na piasku blisko morza. Wiatr chłodził jej skórę, ale nie zamierzała jeszcze wracać. Zapatrzyła się w pieniste fale wypływające wachlarzem na brzeg. Spojrzała w powoli zachodzące słońce nabierające czerwonej oślepiającej barwy. Plaża była wyludniona, ale dostrzegła niewyraźny kształt, który z każdym krokiem nabierał wyrazistości. Jak zahipnotyzowana obserwowała postać i jej ciemne włosy. Nie mogła się ruszyć, wstać, by wyjść jej naprzeciw. Nadzieja rozpaliła się w sercu, nie chciała jej na to pozwolić, bojąc się, że to pomyłka.

Postać zaczęła biec, po chwili usłyszała głos. Dziewczyna krzyczała na całe gardło.

– Lili! To ty! Lili, to naprawdę ty! – Niewysoka brunetka dobiegła do nieruchomej blondynki, zatrzymując się tuż przed nią.

– Wiki! – wykrzyknęła z niedowierzaniem i zerwała się z miejsca. Jednak dawna przyjaciółka stała przed nią, tak jak ona, zalewając się łzami. – Chciałam ładnie wyglądać i zobacz… – Pokazała na mokre policzki.

Wiktoria dłużej się nie zastanawiała, wzięła przyjaciółkę w objęcia i mocno uściskała.

– To naprawdę ty. Przyjechałaś, jak się cieszę. Moja siostra.

– Siostra na każde niebezpieczeństwo i mimo rozłąki na zawsze w pamięci – zacytowała Lili, przypominając dawną przysięgę, którą złożyły sobie jako piętnastolatki.

– Na zawsze – powtórzyła Wiktoria z mocą. – Lilianno, wyglądasz zjawiskowo. Krótkie włosy dodały ci powagi, ale jesteś piękna.

– Wiki, a ty przepiękna i wciąż zachwycasz uśmiechem. I gdzie twoje tęczowe pasemka i krótkie włosy?

– Kiedyś trzeba było dorosnąć. – Z uśmiechem wzruszyła ramionami.

– Zgodziłaś się z własnej nieprzymuszonej woli dorosnąć?

– Stwierdziłam, że bycie dzieckiem w świecie dorosłych nazbyt ogranicza. Wolę sama ustalać zasady.

– Pewnie jeszcze szybciej je łamać.

– Jak ty mnie dobrze znasz. – Przytuliła się, chwytając przyjaciółkę pod ramię. Razem podjęły spacer, ale to Wiktoria nadała im kierunek. – Powiedz, wciąż Lilianna Markiewicz czy może Lizak?

– Nadal Markiewicz – zapewniła z rozbawieniem. Przypomniała sobie, jak przepowiadały sobie przyszłość i nazwiska mężów, które nie dość, że formalnie odetną je od rodziny, to jeszcze stworzą na nowo. Uwielbiały słodycze, tęskniły do ich smaku, więc w tej kategorii szukały nazwisk. Jej przypadł lizak, niby niepozorny, ale pełen kolorów i smaków, gdy się go spróbuje. Lili nie pamiętała, jaką słodkość wybrały dla Wiki. – A ty, Popławska? Czy znalazł się facet, który cię utemperował? – Pamiętała, że przyjaciółka zawsze mówiła, jeszcze szybciej działała, a dopiero później się zastanawiała. Zdała sobie sprawę, jak bardzo za nią tęskniła.

– Jeszcze się taki nie znalazł. Kiedy przyjechałaś?

– Wczoraj wieczorem. Miałam drobną przygodę.

– Chcę ją poznać. Wszystko, co robiłaś przez ostatnie… Przypomnij mi, kiedy przestałaś odpisywać na listy, odbierać telefony? – zapytała z przytykiem. – W słuchawce słyszałam tylko sygnał cofania ciężarówki.

– Przepraszam, wtedy dużo się w moim życiu działo. Dostałam telefon firmowy, prywatny zostawiałam w domu. Wiesz, że niewiele osób mogłoby dzwonić.

– Ja mogłam dzwonić, właśnie z tego powodu powinnaś go nosić.

– Przepraszam. Miałam masę pracy, musiałam się wykazać, pokazać, że potrafię.

– Pisałaś, że poznałaś jakiegoś mężczyznę.

– To już przeszłość. Wszystko się zmieniło, a raczej wróciło do normy. – Potrząsnęła głową, chcąc przepłoszyć nieprzyjemne myśli. – Kiedy ty przyjechałaś?

– Pięć lat temu – wyznała, przystając.

– Dlaczego, przecież ty pierwsza pragnęłaś opuścić Dziwnów? – Nie dowierzała. To Wiktoria namawiała je do wyjazdu, po nowe przygody.

– Okazało się, że to tutaj naprawdę czułam się jak u siebie, zwłaszcza kiedy wróciłam. Większość miejsc znam, tak samo jak mieszkańców.

– Czuję podobnie. Kiedy wjechałam do Dziwnowa, nawet po ciemku byłam u siebie. To jak powrót do rodzinnego domu z wakacji, choć dziesięć lat to szmat czasu. Wiele się zmieniło, pewnie ja też – wyszeptała, niepewnie patrząc w oczy przyjaciółki.

– Z tego, co widzę, nadal jesteś wycofana i się zastanawiasz nad każdym ruchem i słowem. Przyznaj, sama byś nie podeszła i mnie nie przytuliła. Stałabyś i się wahała.

– To się nie zmieniło. – Zaśmiała się z ulgą, nie słysząc słowa wyrzutu. Poczuła się akceptowana. – Gdzie zamieszkałaś? Mam tyle pytań.

– Ja mam jeszcze więcej. Wszystko mi opowiesz po kolei i ze szczegółami, a teraz chodź.

– A ty zrewanżujesz się tym samym.

– Oczywiście. – Wiktoria bliżej przyciągnęła przyjaciółkę i pociągnęła ją na zachodnią plażę. – Najpierw poznasz mojego partnera.

– Przed chwilą mówiłaś, że nie masz nikogo?

– Nie mówimy o facecie, ale o kimś wyjątkowym. Widzisz, tam w oddali?

– Pies?

– Łasuch. Kochany psiak. Wzięłam go ze schroniska, ale nie wspominaj o tym przy nim. Myślę, że jego traumy jeszcze się nie zagoiły. Starowinek, ale lojalny i wpatrzony we mnie jak w obraz. Kochamy się miłością prawdziwą od pierwszego wejrzenia. – Wiktoria zerwała się gwałtownie, ciągnąc przyjaciółkę za rękę.

Lili zaśmiała się i biegiem ruszyła przez plażę. Powróciło wspomnienie, jak ścigały się z wiatrem, krzycząc na całe gardło. Na plaży, na ich wyspie, mogły wszystko.

– Och, jaki słodki. Nie ugryzie?

– Łasuch nie atakuje i nie szczeka. On potrzebuje tylko miłości i uwielbia drożdżówki. To mieszaniec golden retrievera, czyli jedyny w swoim rodzaju.

– Nie może chodzić. – Pogłaskała jego miękką złotobrązową sierść. Uśmiech momentalnie pojawił się na jej twarzy.

Pies przyjmował atencję z wiszącym na boku językiem. Domyśliła się, że z ich dwójki to Wiki dążyła do zabawy. Przyjaciółkę zawsze roznosiła energia.

– Może, ale mu się nie chce. Codziennie chodzimy na spacery i tak daleko zaszedł. – Wiktoria z miłością potarmosiła mordkę psa. – Łasuch, wracamy. – Pies słysząc komendę, nie zastanawiał się, tylko podniósł na drżących łapach. Wiktoria patrzyła na niego z miłością. – Wolę mówić, że jest leniwy, by mu nie przypominać koszmaru – szeptała. – Poprzedni właściciel znęcał się nad nim. Ma uszkodzone nerwy w łapach, weterynarz robił wszystko, by stanął na nogi. Przygarnęłam go, bo najbardziej potrzebował miłości.

– Jest cudowny. Idealnie do siebie pasujecie. – Nie chciała nawet myśleć o tym, co makabrycznego musiał przeżyć Łasuch, ale była pewna, że w ramionach Wiktorii dojdzie do siebie, dostając sporo miłości. – Wiki, myślisz, że do nas dołączy? – Nie musiała mówić głośno, o kogo chodzi, w końcu kiedyś tworzyły jedność.

– Skoro ty przyjechałaś, to się zjawi. Byłaś najsłabszym ogniwem. Zawsze z dystansem i w zawieszeniu.

– Nie zawsze, czasem zdarzało mi się zaszaleć.

– Na przykład nie umyć rąk przed obiadem?

Lili potarmosiła włosy Wiki, pamiętając, że tego nie znosiła.

– Złośliwa jak zawsze.

– Za to mnie kochałaś? – Wiktoria zawahała się, czekając na upragnione potwierdzenie.

– Nadal cię kocham, siostro. – Lili objęła ją ramieniem i przytuliła już bez żadnego skrępowania. Traktowała Wiktorię jak młodszą nieznośną siostrę, którą musiała się opiekować i której musiała wszystko spokojnie tłumaczyć i przestrzegać przed konsekwencjami szalonych czynów. – Gdzie mnie prowadzisz?

– Do swojego domu. Prawdziwego domu – zapewniła ze wzruszeniem.

Słowa przyjaciółki wiele dla niej znaczyły.

– Udało ci się? – wyszeptała z czcią.

– Tak, Lili, bo czy nie o tym wszystkie marzyłyśmy w domu dziecka.

***

– Mieszkam na Osiedlu Rybackim, bliżej portu, ale za to przy samym zejściu na plażę – pochwaliła się Wiktoria, trzymając przyjaciółkę pod ramię, jakby nie chciała jej puścić, żeby nie zniknęła. Łasuch leniwie podążał przed nimi, powoli przebierając łapami.

– Jak ci się udało? – Lili uśmiechała się, delektując dotykiem przyjaciółki. Poczuła się pewnie, już nie była sama. Dziesięć lat, które upłynęły, niczego w ich relacjach nie zmieniły. Uspokoiła się, nabrała nadziei, licząc, że teraz będzie dobrze.

– Powoli, po kolei i w swoim czasie. – Wymownie zaciągnęła się morskim powietrzem i przymknęła oczy. – Nie tęskniłaś za tym?

– Bardzo, ale wiesz, dlaczego wyjechałyśmy. Miałyśmy plany i marzenia. – Lili nie wymieniła najważniejszego powodu, który jej rozłączył.

– Udało ci się je spełnić?

– Tylko jedno – rzuciła z rozczarowaniem.

– Nie przejmuj się, jeszcze wszystko przed tobą, ja tak to sobie tłumaczę. Myślę, że ze spełnianiem marzeń jest tak jak z jedzeniem zupy, całej od razu nie zjesz, bo się poparzysz, tylko łyżkę, co wcale nie jest takie złe, bo masz czas na delektowanie.

– Naprawdę dorosłaś i chcę wierzyć, że masz rację. – Dziś nie chciała rozkładać swoich losów na czynniki pierwsze, szukając przeciwności, które w najmniej odpowiednim momencie pojawią się na drodze. – Zdobyłam niezależność i ciekawy zawód, w którym jestem dobra – wyznała z dumą, przynajmniej tym może się pochwalić.

– Myślę, że najlepsza. Zawsze byłaś cierpliwa i metodyczna. Pewnie, jak już ustaliłaś cel, oczywiście po długich namysłach i rozważaniach, wtedy z determinacją do niego dążyłaś.

– A ty miałaś tysiące pomysłów na minutę i wszystkie naraz chciałaś realizować. Co zabawne, zazwyczaj ci się to udawało.

– Wyrosłam z podejmowania decyzji na szybko.

– Niemożliwe.

– Tak, zostałam bizneswoman.

– Wiktoria Popławska bizneswoman?

– Prowadzę własną firmę i nieźle mi idzie – pochwaliła się z szerokim uśmiechem. – W Szczecinie było tłoczono, po miesiącu stwierdziłam, że popełniłam błąd, ale utknęłam. Wiesz, skąd pochodzę, zawsze lubiłam mniejszą społeczność. Większość mieszkańców się zna, choćby z widzenia, i wiadomo, czego się po nich spodziewać.

– Ale w dużym mieście jesteś anonimowa.

– To do ciebie bardziej pasuje.

– Też tak myślałam, ale okazuje się, że i do Poznania nie pasuję. – Zaskoczyła samą siebie prawdą. – Nie wiem, czy w ogóle gdzieś pasuję.

– Miałam ten sam dylemat do czasu, gdy tu wróciłam. W Szczecinie zaczęłam studia na ekonomii, ale potrzebowałam kasy, więc łapałam dorywcze prace. Wtedy nauka zaczęła mi przeszkadzać, dlatego ją rzuciłam.

– To zazwyczaj pracę się rzuca, gdy koliduje z nauką – powiedziała z rozbawieniem. Pamiętała jednak, że to Wiktoria decydowała, co jest ważne, a co zbędne.

– Nuda z tą nauką, wolałam zarabiać. W każdym razie sporo odłożyłam i wróciłam. Zatęskniłam za morskim powietrzem, za dobrze znanymi uliczkami. Tutaj przeżyłam najwspanialsze chwile. Na wyspie…

– Ja też – wyszeptała Lili, patrząc w morze. W Dziwnowie poznała, co to prawdziwa radość, przyjaźń i bliskość.

– Gdzie się zatrzymałaś?

– W „Dorszu” – odpowiedziała ich dawnym kodem, stwierdzając, że nazw budynków też jej brakowało. Większość dziwnowskich domów to pensjonaty lub kwatery do wynajęcia. Wszystkie budynki miały nazwy, więc one zmieniały je po swojemu, czasem prześmiewczo, a czasem godnie.

– To niedaleko, ale wolałabym, żebyś przeniosła się do mnie.

– Jesteś pewna?

– Co za pytanie? Znowu połączyłyśmy się i musimy trzymać się razem, zwłaszcza samozwańcze siostry. Chcesz się zastanowić, to zostawię cię na plaży, tu najlepiej się myśli.

– Nie muszę. Dziękuję. – Zanim zeszły z plaży, popatrzyła na wschód, na oddaloną, już niewidoczną wyspę. Wiktora zatrzymała się i podążyła za jej spojrzeniem. – Na niej miałyśmy najlepsze pomysły – powiedziała z sentymentem. – Byłaś tam po tym, co się stało?

– Tylko na plaży. Do lasu się nie zapuszczałam. Wolę trzymać się z daleka. – Opuściła plażę, pomagając Łasuchowi.

Lili po raz ostatni spojrzała na morze i ciemne chmury, które woda przyciągała jak magnez. Ocknęła się i dogoniła przyjaciółkę i jej towarzysza.

***

Dom był parterowy z użytkowym poddaszem. Lili podziwiała drewniany niski płotek i barwny front budynku, który mieścił restaurację serwującą śniadania, dania obiadowe, szybkie przekąski i desery – gofry i lody. Kilkoro klientów siedziało przy okrągłych stoliczkach z drewna w otoczeniu roślin, które feerią barw wylewały się z donic. Ogródek dla gości wabił wzrok mieszaniną ozdób. Drewniane dzwonki wisiały przy oknach, w wiatraki z dużymi śmigłami dmuchał wiatr, tworząc kolorową tęczę. Nie zabrakło motyli na żyłkach, latających w kółko i rozświetlonych lampionów, rozdzielonych trójkątnymi chorągiewkami. Miejsce przyciągało mieszaniną barw, twórczym chaosem, smakami potraw, a przede wszystkim bliskością morza. Miało się ochotę przysiąść i wsłuchać w szum fal.

– Wiki, to twoje? Twój dom?

– Tak! Moja restauracja, moje mieszkanie na poddaszu, moja mała budka z pamiątkami. – Wskazała drewniany domek, w którym zmieści się jedna osoba. – Co prawda, wciąż spłacam kredyt, ale to kwestia kilku lat, bym miała sto procent udziałów. Pamiętasz, jak wyglądał wcześniej. Niepozorny domek z szarym dziurawym dachem i białą odchodzącą farbą. Nawet drewniany płot odpychał. Chodź, musisz coś zobaczyć. – Wiktoria niecierpliwiła się, pobiegła do budki z pamiątkami, otworzyła ją i zniknęła w środku. – Podoba ci się? – Wręczyła jej metalowy breloczek. Miał powierzchnie gładkie od wewnątrz i chropowate na zewnątrz, które stworzyły różne odcienie.

– Kotwica, twój ukochany symbol.

– Tak! Mam kubki, podkładki, co tylko chcesz i potrzebujesz. – Prezentowała, robiąc zamieszanie w niewielkiej przestrzeni. – Spójrz na nazwę restauracji.

– „Kotwica” – przeczytała Lili. Wiedziała, skąd wzięła się ta obsesja przyjaciółki. W Dziwnowie, przy nabrzeżu cieśniny, znajdował się pomnik poświęcony rybakom, którzy oddali życie na morzu. Wielokrotnie po drodze do szkoły mijały go, Wiktoria zawsze tam zachowywała ciszę i wpadała w melancholijny stan.

– Kotwica ma wiele znaczeń, choć dla mnie to nadzieja, że zawitam do właściwego portu i zarzucę kotwicę w miejscu, które stanie się moim domem, a Dziwnów nim jest.

– Patrząc na to, co stworzyłaś, możesz mieć tę pewność – stwierdziła Lili, czując łzy pod powiekami. Jej marzeniem było znaleźć miejsce, które kiedyś też nazwie swoim domem.

– Zapraszam cię do siebie, Lili, do domu. – Nie skomentowała łez przyjaciółki, bo sama też je czuła. – Mam coś dla ciebie. – Wyjęła z kieszeni mały złoty woreczek przewiązany wstążką. – To prezent na nasze spotkanie. Mam taki sam.

Lili ostrożnie wyciągnęła srebrny łańcuszek z zawieszką kotwicy.

– Cudowny, ale ja nic ci nie kupiłam – powiedziała z żalem.

– Najważniejsze, że przyjechałaś. Z tego najbardziej się cieszę. Chodź, pokażę ci, gdzie będziesz mieszkać.

Lili od razu założyła łańcuszek, czym uradowała Wiktorię. Ruszyła za przyjaciółką. Decyzja o przeprowadzce była przesądzona, choć to Wiki ją podjęła. Czy nie po to miało się siostrę, nawet tę nieprawowitą, niepołączoną więzami krwi, która czasem popychała nas do działania?

Została oprowadzona po barwnym wnętrzu restauracji. Poznała Marcina – kucharza, który przez swoje gabaryty ledwo mieścił się w korytarzach części kuchennej, i jedną z czterech kelnerek.

Wiktoria zorganizowała swój świat co do szczegółu. Gdy klienci dopisali, sama zakładała fartuch i była kelnerką albo pomagała w kuchni. Sezon letni to żniwa dla restauratorów nadmorskich miejscowości. Latem zarabiało się na cały rok.

– Zimą też mamy otwarte, ale bez ogródka. Zamieniam lody na grzańca i piwo. – Wiktoria opisywała swoje codzienne życie w Dziwnowie. – Kelnerki wracają do szkoły, ale Marcin zostaje. To szef kuchni z powołaniem. Miał trochę burzliwą przeszłość, ale ja nie oceniam i daję szansę każdemu – wyznała z dumą. – W końcu tak łatwo wydawać wyroki, nie? – Wyszły na klatkę schodową i drewnianymi, odnowionymi schodami wspięły się na piętro do mieszkania. – Zapraszam. Czuj się jak u siebie, Lili. – Puściła ją przodem, czekając na reakcję.

Parter to sto metrów kwadratowych, ale piętro traciło przez skosy dachu, choć tak jak na dole, i tu było kolorowo i przytulnie. Meble były nie od kompletu, jakby kupowane według bieżących potrzeb i z różnych zestawów. Nawet siedziska nie miały bliźniaków, choć ozdobione kocami i poduszkami idealnie się ze sobą łączyły. Wiktoria oprowadziła przyjaciółkę po mieszkaniu, które składało się z trzech pokoi, obszernej łazienki i połączonego z kuchnią salonu.

Lili pozazdrościła przyjaciółce ekscytacji. Cieszyła się z jej dokonań, sama pragnęła na własnej skórze poznać smak takiej euforii. Zawsze zastanawiała się, jak to jest czuć pełnię szczęścia w sercu. Taką, którą widać w roziskrzonych oczach, radosnych dźwiękach słów i postawie. Uwielbiała oglądać roześmianych ludzi. Miała nadzieję, że i ona kiedyś tego doświadczy, w każdej sferze swojego życia odniesie zwycięstwo.

***

Napiła się ciepłej herbaty i zapadła w poduszki na miękkiej kanapie. Wiktoria biegała, bo zastawiała stolik przekąskami z restauracji. Kiedy nie było już na nim miejsca, usiadła naprzeciwko Lili w obszernym zielonym fotelu, a przy jej nogach ułożył się Łasuch. Lili miała pewność, że to idealne miejsce dla przyjaciółki.

– Opowiadaj, pojechałaś do Poznania, tak jak chciałaś, i co było dalej. Skończyłaś jakieś studia?

– Tak, choć wtedy nie miałam pomysłu, gdzie pracować, ale to się zmieniło, gdy wygrałam konkurs. Wiki, to było niesamowite. – Lili się rozluźniła, a uśmiech przyjaciółki i ciepły klimat jej mieszkania podziałały kojąco. Ułożyła się wygodnie i zaczęła opowiadać, co wydarzyło się od czasu, gdy przestała odpowiadać na listy.

Została copywriterem, z poświęceniem i determinacją na ten tytuł zapracowała. Ukończyła studia, filologię polską. Wybrała ten kierunek, bo kochała słowa, to, co wyrażają, a w zdaniach tworzyły ciekawą historię. Nauka pozwoliła jej badać język literatury, poznawać jego smaki i melodie, które połączone wygrywały. Może dla innych to nuty wydawały dźwięki, dla niej słowa dobrane w rymy były ulubioną muzyką.

Chciała zostać polonistką. To odważne wyzwanie przegrywało z rzeczywistością. Występ przed młodzieżą czy inną grupą nie wchodził w grę – to ostatecznie przekreślało jej szansę na bycie nauczycielem. Myślała o pisaniu, ale z niczego nie była zadowolona i zdecydowanie jej nie szło. Wolała krótkie treściwe formy.

O ostatecznym kierunku zdecydował traf. Potrzebowała pieniędzy, więc szukała łatwych, ale dobrze płatnych zajęć. W sieci znalazła konkurs, który polegał na stworzeniu hasła reklamowego dla mebli ogrodowych. Wzięła w nim udział. To miała być zabawa, nie spodziewała się więc odpowiedzi, a tym bardziej wygranej. Stworzyła jedno hasło dla firmy i kilka do poszczególnych zestawów i nie tylko wygrała, ale jeszcze dostała propozycję współpracy.

Zwycięstwo ją odurzyło i wyznaczyło ciekawy kierunek. Zostanie copywriterem stało się jej celem. W trakcie studiów znalazła pracę na pół etatu w firmie reklamowej. Po ukończeniu nauki miała więc spore doświadczenie i sięgała wyżej. Podjęła pracę w agencji reklamowej, w której przygotowywano hasła do reklam telewizyjnych. W końcu robiła to, co sprawiało jej przyjemność – bawiła się słowami, by tworzyć muzykę szybko wpadającą w ucho odbiorcy.

– W tamtym czasie nie mogłam uwierzyć w swoje szczęście i nie chciałam się chwalić czymś, co było niepewne. Później poznałam Marka. – Urwała, tracąc radość w oczach. – Odnosiłam sukcesy, byłam doceniana i angażowana w większe projekty, a dzięki temu stałam się niezależna finansowo. Na polu zawodowym wszystko układało się idealnie, tylko na innych, na których zależało mi najbardziej, ponosiłam porażki. – Napiła się, żeby dać sobie chwilę na oddech. Nie chciała, by ten wieczór opływał w smutki i żale. – Gdy się spostrzegłam, minęło kilka miesięcy. Po tak długim czasie bałam się do ciebie napisać. – Słowa skruchy wybrzmiały. Z niepewnością czekała na reakcję Wiktorii.

Przyjaciółka zerwała się z miejsca, wzięła ją w objęcia i tym gestem wywołała potok łez.

– Jesteśmy siostrami, możemy nie gadać przez wiele lat, ale i tak o sobie nie zapomnimy i zawsze się znajdziemy – zapewniła z mocą i głęboką wiarą w prawdziwość tych słów.

Lili nie sądziła, że spotkanie po latach tak się potoczy, że wydobędzie z niej łzy szczęścia. Wróciła, naprawdę tu była i poczuła się potrzebna.

– Dość płaczu! – Wiktoria przetarła łzy i się roześmiała. – Wino nas rozluźni. – Hałas w kuchni rozbudził Łasucha, który przekręcił się na bok. – Więc co z tym Markiem? – Przyjaciółka trzymała się tylko strefy zawodowej, o prywatnej niewiele mówiła.

– Wprowadził coś nowego w moje życie, coś, na co czekałam, tylko że nie wypaliło – rzuciła, bo nie chciała do tego wracać. Musiałaby wyznać, że to z jej winy. Wahanie, niepewność i dystans zdecydowały. Nigdy się ich nie pozbyła.

– Jego czy twoja wina? Lili, ja też próbowałam – zapewniła ze spokojem, gdy przyjaciółka popatrzyła w stronę drzwi. Znała ten odruch bardzo dobrze, Lili zawsze wybierała ucieczkę, gdy czuła się niepewnie.

– Nie wyszło?

– Nie nadaję się do związków damsko-męskich. Tylko damsko-zwierzęce. – Zaśmiała się i nachyliła, żeby pogłaskać Łasucha. Opróżniła kieliszek i nalała kolejną porcję. – Umawiałam się ze strażakiem Piotrkiem, pamiętasz go?

– Mało osób pamiętam.

– Na pewno pamiętasz. Było nieźle, ale on bardzo chciał zakładać rodzinę.

– To powinno cię ucieszyć.

– Może i tak – rzuciła z wahaniem. – Tylko że on planował wyprowadzkę do Szczecina. Mnie tu dobrze, wiem, gdzie jest mój dom.

– Wyjechał.

– Co dowodzi, że nasza miłość niewiele dla niego znaczyła.

– A dla ciebie?

– Przecież wiesz, jak jest. Czy nie nauczyłyśmy się w dzieciństwie, że nic nie trwa wiecznie i nie wszystko jest prawdziwe – stwierdziła z uśmiechem, choć w oczach dominował smutek.

– Masz rację, mamy skazę.

– A może zaletę? – Wzruszyła ramionami. – Ty zostałaś tekściarzem i naciągasz biedaków na rzeczy, których nie potrzebują.

– Copywriterem – poprawiła z rozbawieniem. – Tworzę hasła reklamowe, nawet telewizyjne.

– Da się to lubić?

– Nawet bardzo, ale ostatnio nie czuję dawnej ekscytacji, coś się zmieniło… – Urwała, bo nie potrafiła odpowiednio tego wytłumaczyć.

– Wiesz, jak temu zaradzić? Pewnie masz plan B. Lilianna Markiewicz zawsze miała coś w zanadrzu. Przewidywałaś rezultaty moich pomysłów, a raczej ich konsekwencje.

– Co i tak cię nie powstrzymywało przed działaniem.

– Doświadczenie na własnej skórze zostaje w pamięci na dłużej. To, co z tym planem?

– Tym razem nie mam planu ani pomysłu – przyznała z żalem. – Mam nadzieję, że może na urlopie coś wymyślę.

– Gdzie indziej, jak nie nad morzem najlepiej się myśli. Na ile przyjechałaś? – zapytała Wiki, głaskając Łasucha i odwracając wzrok, żeby ukryć emocje.

– Mam do wykorzystania trzy tygodnie. Od dawna nie brałam wolnego.

– Masz więc sporo czasu na ułożenie nowego planu. – Wiktoria nie przyznała się, że sama stworzyła swój, który poprawił jej nastrój. – A jak dziadkowie? – rzuciła, jednocześnie wytykając sobie głupotę. W ten pierwszy wieczór nie powinna o to pytać, jednak jak zawsze język był szybszy od myśli.

– Dziadek odszedł.

– Przepraszam nie powinnam, dzisiaj…

– To nic, chcę, byś wiedziała. Byłam na jego pogrzebie. Z babcią nic mnie nie łączy. Nie mamy kontaktu. Nie jestem nikomu nic winna. Spłaciłam dług.

– Starali się to naprawić?

– Nieudolnie, na swój sposób.

– To nic dziwnego, że się nie udało.

Wiki tym razem zatrzymała wnioski dla siebie. Zraniona Lili z trudem wybaczyła nie tylko najbliższym, ale i sobie.

– Za spotkanie! – Wzniosła toast, by zmienić atmosferę.

– Za siostry. – Przyłączyła się Lili z uśmiechem.

Siedziały do późna i wspominały. Nie poruszały już trudnych tematów, dziś odpuściły sobie te najgorsze wyznania. Wiele ich łączyło, jeszcze więcej połączyło. Wiedziały, że cokolwiek się wydarzy, na nowo mogły na sobie polegać.

Zrobiło się późno i Lili postanowiła wrócić do pensjonatu, choć Wiki nalegała, by została. Musiała jednak odpocząć, wyciszyć wzburzone wspomnienia, które odżyły.

Wiktoria odprowadziła ją i zawróciła, gdy Łasuch odmówił dalszego spaceru. Lili szła uliczkami rozświetlonymi latarniami. Wracała w myślach do rozmowy i poczuła się, jakby znowu miała piętnaście lat, jakby spieszyła się do szkoły na lekcje, a po nich na zajęcia w domu dziecka. Powtarzające się zajęcia i dokładnie zaplanowany dzień zapewniały jej wtedy spokój i pewną stałość. To samo próbowała odtworzyć w Poznaniu. Nauka, dodatkowa praca, zlecenia i praca na etacie. Dawała radę, dokładnie w terminie. Chciała, by równowaga wróciła, by niepewność w działaniu ją na dobre opuściła.

Przeraziła się, że nawet utarty schemat nie zapewniał już spokoju, że w dobrze zorganizowanym dniu nie czuła się bezpiecznie. Bariery, za którymi się ukrywała, uległy zniszczeniu i teraz nic jej nie chroniło. Praca, która była wyzwaniem, tak nie cieszyła. Związek, jaki próbowała stworzyć, szybko się rozsypał. Wszystko leciało jej z rąk. Znów czuła się opuszczona i sama, jak wtedy gdy po raz kolejny została porzucona i trafiła do domu dziecka.

Powrócił ból i chłodny dotyk strachu. Położyła się do łóżka, licząc na szybki sen, jednak jak na złość umysł mimo lekkiego alkoholowego szumu pracował na najwyższych obrotach, po raz kolejny przywracając niezagojoną traumę z dzieciństwa. To, co zakopała w zakamarkach pamięci, powróciło z niszczycielską siłą.

Zasnęła, ale przyśnił jej się sen, jak w mroku lasu ucieka, słysząc głośny krzyk.

3

Włożyła krótkie dżinsowe szorty i białą koszulę z krótkim rękawem. Wybrała swobodny strój, w końcu tak ubierali się ludzie na urlopie. Włosów nie postawiła, tylko pozwoliła im opaść. Wycieniowane pazurki okalały jej twarz, nadając młodzieńczego szlifu, a delikatny makijaż współgrał z naturalnym wizerunkiem.

Ze słoja wylosowała cytat dnia, jak zwykle traktując go jako proroczy.

„A na nieznajomych można czasem bardziej liczyć, chociażby dlatego, że jest ich więcej”[2] – przeczytała, licząc, że kogokolwiek dzisiaj spotka nie popsuje jej humoru.

Zapobiegawczo zapytała w recepcji o możliwość rezygnacji z pobytu i ewentualny zwrot pieniędzy. Koszt nie był duży, więc rozważała skorzystanie z propozycji Wiktorii. Z jednej strony już by się pakowała i gnała do ciepłego mieszkanka na poddaszu, z drugiej wahała się, czy to wypada, czy jest na to gotowa.

Wolała prywatność, własną przestrzeń. W domu dziecka przekonała się, że to przywilej, więc ją ceniła. Zdecydowała się z niej odrobinę zrezygnować, gdy pomieszkiwała z Markiem, do którego przeniosła część ubrań. Ale nawet wtedy wyznaczała granice ich prywatności, co zniechęcało i rodziło konflikty. Niepotrzebnie się przy tym upierała, jakby walczyła o swoją tożsamość. Dopiero po czasie zobaczyła, jakie to było błahe i nieznaczące. Nie pozwoliła Markowi się do siebie zbliżyć, sobie nie pozwoliła się przed nim otworzyć. Odeszła, wyprowadziła się, a on jej nie zatrzymał. Łączyło ich coś wartościowego, ale zbyt słabego, by przebić się przez jej pancerz.

Decyzję o przeniesieniu odłożyła na później. Nie wiedziała, czy przyjaciółka ponowi zaproszenie. Poczuła, że znowu się dystansuje, tworzy pesymistyczne scenariusze, by się przygotować na taki obrót spraw. Głęboko w sercu jednak wiedziała, że Wiki jej nie zawiedzie i za to ją kochała. Przepędziła złe wizje, żeby nie tracić na nie czasu.

Szybko dotarła do celu, teraz w blasku dnia mogła obejrzeć dom i restaurację przyjaciółki. Kolorowy świat, jaki stworzyła Wiktoria, przyciągał wzrok. Liczne wiatraki kręciły się na wietrze, a drewniane dzwonki wygrywały przyjemną melodię. Wszystkie stoliki były zajęte, unosił się gwar i słychać było stukot sztućców. Zapach potraw uwodził, aż poczuła głód.

Wiki biegała z talerzami w ręku przyodziana w fartuszek z logo „Kotwicy” na kieszonce.

– Lili! Dobrze, że jesteś. – Przytuliła przyjaciółkę, po czym szybko pociągnęła za rękę do kuchni. – Masz, jedz. – Podała jej talerz wypełniony naleśnikami z jagodami i chmurką bitej śmietany.

– Dziękuję. Zazwyczaj nie jadam śniadań, ale temu nie potrafię się oprzeć.

– To dobrze, bo to łapówka. Pomożesz przy roznoszeniu zamówień. Szybko zjedz i do pracy.

Lili osłupiała i po chwili roześmiała się w głos. Wiki i jej szalone pomysły, wymyślone na prędko i jeszcze szybciej realizowane. Nieraz zwracała jej uwagę, protestowała i się sprzeciwiała, co z tego, skoro musiała jej pilnować. Tak było z huśtaniem się na drzewie. Wybrały odpowiedni konar i go przetestowały. Problem pojawił się przy zdobyciu liny. Wiki uważała, że rybacy mają ich tak dużo, że nie zauważą braku jednej. Lili nie była przekonana, ale też chciała bujać się na huśtawce. Wymknęły się więc nocą, uważając, by nie natknąć się na konserwatora, który był jednocześnie stróżem w domu dziecka, a to było jego powołaniem. Wyszły na szczęście niezauważone.

Zgodnie ze wskazówkami Wiki wymazały twarz ziemią, by w ciemności trudno było je rozpoznać. Do portu przemykały w cieniach budynków i choć miały się zachowywać cicho, wciąż chichotały. Dotarły do celu i wybrały linę, która wytrzyma ich ciężar. Wszystko szło dobrze, ale okazało się, że nie mogą rozplątać węzła. Niepocieszona Wiki zrezygnowała i znalazła cieńszą linę. Nie przejmowała się już rozplątywaniem fachowego węzła, tylko wyjęła z kieszeni nóż i zaczęła przecinać połączone sznurki. Lili, widząc tępy nóż ze stołówki, który lewo przekroił kotleta, czuła, że to się źle skończy.

Odchodziła od zmysłów, popędzała, ale przyjaciółka nie zamierzała rezygnować. Niebo zaczęło się przejaśniać, a one wciąż nie mogły zabrać łupu. Dopiero kiedy miasto budziło się do życia, a z daleka widać było pierwszych ludzi, lina puściła. Okazało się, że węzeł trzymał niewielką łódź rybacką, która po jego przecięciu zaczęła dryfować. Na tę chwilę pojawiali się rybacy i podniosły się krzyki. Dziewczyny rzuciły się do ucieczki. Wiki nie zamierzała jednak zostawić liny, więc Lili pomagała jej dźwigać. Dopiero przy domu porzuciły ją w krzaki. W panice zapomniały o skorzystaniu z okna i wbiegły przez główny korytarz, wpadając na konserwatora. Wiki perfekcyjnie odwróciła jego uwagę, kopiąc w kostkę. Zamknęły się w pokoju, ale nie zdążyły uspokoić przyśpieszonych oddechów, gdy zawitała tam siostra Stefcia. Opiekunka na widok ich umazanych twarzy przeżegnała się i przegoniła do łazienki. Lili dopiero za drzwiami usłyszała jej śmiech. Ich nocny rabunek nie był tajemnicą, bo o dryfującej łodzi mówiło całe miasto.