Wyspa - Ragnar Jonasson - ebook
Opis

Elliðaey – piękna, surowa i niedostępna Wyspa u poszarpanych fiordami
najbardziej odległych i odludnych wybrzeży Islandii.
Czworo przyjaciół przybywa tu, by uczcić pamięć dziewczyny, która dziesięć lat temu przyjechała tu na romantyczne wakacje i nie wróciła.

Teraz jedno z nich też nie wróci...

Śledztwo prowadzi komisarz Hulda Hermannsdótti r. Czuje, że coś łączy obie zbrodnie. Szukając prawdy, będzie musiała zanurzyć się w najgłębszym mroku spowijającym to miejsce oraz sumienia ludzi związanych nicią kłamstw, szantażu, manipulacji. I zmierzyć się z ciemnością jej własnej duszy...

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 280

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Redaktor inspirująca i prowadząca

Małgorzata Cebo-Foniok

Korekta

Barbara Cywińska

Hanna Lisińska

Projekt graficzny okładki

Małgorzata Cebo-Foniok

Zdjęcie na okładce

© TRphotos/Shutterstock

Tytuł oryginału

Drungi

DRUNGI

Copyright © 201 Ragnar Jónasson, 2016

Published by agreement with Copenhagen Literary Agency ApS,

Copenhagen.

All rights reserved.

Wszelkie prawa zastrzeżone.

Żadna część tej publikacji nie może być reprodukowana

ani przekazywana w jakiejkolwiek formie zapisu

bez zgody właściciela praw autorskich.

For the Polish edition

Copyright © 2019 by Wydawnictwo Amber Sp. z o.o.

ISBN 978-83-241-7056-2

Warszawa 2019. Wydanie I

Wydawnictwo AMBER Sp. z o.o.

02-954 Warszawa, ul. Królowej Marysieńki 58

www.wydawnictwoamber.pl

Konwersja do wydania elektronicznego

P.U. OPCJA

Dla Maríi

Umysł można zmienić jednym okrutnym

Prolog

Kópavogur, 1988

Babysitterka spóźniała się.

Rzadko wychodzili wieczorami, więc starali się z góry upewnić, że dziewczyna będzie wolna. Zajmowała się ich dzieckiem już kilka razy i mieszkała na sąsiedniej ulicy, ale poza tym niewiele wiedzieli o niej i o jej rodzinie, chociaż rozmawiali z jej matką, kiedy przypadkiem się z nią spotykali. Ale ich siedmioletnia córka patrzyła z podziwem na dziewczynę, która miała dwadzieścia jeden lat i w jej oczach wyglądała na bardzo dorosłą i wspaniałą. Zawsze mówiła, jak świetnie się bawiły, jakie śliczne miała ubrania i jakie pasjonujące historie opowiadała jej przed pójściem spać. Radość, z jaką córka czekała na babysitterkę, sprawiała, że małżonkowie czuli się mniej winni, przyjmując zaproszenie. Byli pewni, że dziewczynka trafi w dobre ręce i będzie się dobrze bawiła. Zamówili opiekę od szóstej do północy, ale już minęła szósta, zbliżało się wpół do siódmej, a kolacja miała się zacząć o siódmej. Mąż już miał dzwonić żeby zapytać, co się stało, ale żona nie chciała robić zamieszania: opiekunka przyjdzie.

Był marcowy, sobotni wieczór i dopóki opiekunka nie zaczęła się spóźniać, z radością czekali na wyjście. Miał to być wesoły wieczór z kolegami żony z ministerstwa. Córeczka cieszyła się, że będzie wieczorem oglądać filmy z babysitterką. Nie mieli magnetowidu, ale okazja była szczególna, więc ojciec poszedł z nią do pobliskiej wypożyczalni wideo i wziął urządzenie razem z trzema taśmami, a dziewczynka dostała pozwolenie, że może pójść spać, kiedy będzie chciała, jak już opadnie z sił.

Było kilka minut po wpół do siódmej, kiedy wreszcie zadzwonił dzwonek do drzwi. Rodzina mieszkała na pierwszym piętrze małego bloku w Kópavogur, miasteczku tuż na południe od Reykjavíku. Była to senna mieścina pomiędzy Reykjavíkiem a innymi miasteczkami w stołecznym rejonie.

Matka odebrała domofon. Nareszcie babysitterka. Chwilę później stanęła w drzwiach przemoczona do suchej nitki i powiedziała, że szła na piechotę. Padało tak mocno, że wyglądała, jakby ktoś wylał jej na głowę wiadro wody. Przeprosiła zawstydzona, że tak bardzo się spóźniła.

Oboje machnęli ręką na przeprosiny, podziękowali, że ich zastąpi, przypomnieli główne zasady panujące w domu i zapytali, czy umie obsługiwać odtwarzacz wideo. Wtedy wtrąciła się córeczka i powiedziała, że w tym nie trzeba jej pomagać. Było widać, że nie mogła się doczekać, kiedy rodzice wyjdą i rozpocznie się święto z filmami.

Na dworze już czekała taksówka, ale matkę trudno było wyciągnąć z domu. Wychodzili rzadko, i nie była przyzwyczajona do zostawiania córeczki.

– Niech się pani nie martwi – powiedziała wreszcie babysitterka. – Zajmę się nią jak trzeba. – Wyglądała na bardzo wiarygodną, a wcześniej zawsze dobrze sobie dawała radę. Wreszcie wyszli na ulewę, żeby wsiąść do taksówki.

Wieczór się ciągnął, matka coraz bardziej niepokoiła się o córkę.

– Daj spokój – powiedział mąż. – Na pewno świetnie się bawi. – Zerknął na zegarek i dodał: – Teraz oglądają drugi albo trzeci film i zjadły do czysta wszystkie lody.

– Jak myślisz, pozwolą mi skorzystać z telefonu w recepcji? – zapytała żona.

– Chyba trochę za późno, żeby do nich dzwonić. Myślę, że zasnęły przed odtwarzaczem.

W końcu ruszyli do domu, trochę wcześniej niż planowali, tuż po jedenastej. Trzydaniowa kolacja już się skończyła i szczerze mówiąc, nie była szczególnie zachwycająca. Główne danie, jagnię, było w najlepszym wypadku mdłe, a po posiłku goście ruszyli na zatłoczony parkiet. Na początku didżej puszczał popularne stare przeboje, ale potem przeszedł do nowszych hitów, których małżonkowie nie lubili, chociaż nadal uważali się za młodych. W końcu nie byli jeszcze nawet w średnim wieku.

Kiedy jechali w milczeniu do domu, deszcz spływał z okien taksówki. Prawdę mówiąc, nie byli imprezowiczami, za bardzo lubili domowe wygody, a wieczór ich wymęczył, chociaż wypili tylko po kieliszku czerwonego wina do kolacji.

Kiedy wysiedli z taksówki, żona powiedziała, że chciałaby, żeby córeczka już spała. Wtedy oboje mogliby od razu pójść do łóżka.

Nie spiesząc się, weszli po schodach i zamiast dzwonić, sami otworzyli drzwi. Bali się, że obudzą dziecko.

Ale okazało się, że córeczka nie śpi. Podbiegła, żeby ich przywitać, i bardzo mocno ich objęła. Ku ich zdziwieniu wcale nie kleiły się jej oczy.

– Tryskasz energią – powiedział ojciec, uśmiechając się do niej.

– Tak się cieszę, że jesteście w domu – oznajmiła dziewczynka. Dziwnie na nich patrzyła: coś poszło nie tak.

Z salonu wyszła babysitterka i słodko się uśmiechnęła.

– Jak było? – zapytała matka.

– Naprawdę dobrze – odpowiedziała opiekunka. – Wasza córka jest taka grzeczna. Obejrzeliśmy dwa widea, dwie komedie. Naprawdę się jej podobały. I zjadła pulpety, które przygotowaliście – prawie wszystkie – i mnóstwo popcornu.

– Dziękuję, że przyszłaś. Nie wiem, co byśmy bez ciebie zrobili.

Ojciec wyjął z marynarki portfel, odliczył kilka banknotów i podał jej.

– W porządku?

Przeliczyła pieniądze i kiwnęła głową.

– Tak, świetnie.

Kiedy wyszła, ojciec zwrócił się do córeczki.

– Kochanie, nie jesteś zmęczona?

– Tak, może troszeczkę. Ale moglibyśmy jeszcze trochę pooglądać?

Ojciec pokręcił głową i powiedział miłym głosem.

– Przepraszam, ale jest strasznie późno.

– Och, proszę. Jeszcze nie chcę iść do łóżka – odparła dziewczynka, jakby miała się rozpłakać.

– No już dobrze. – Zaprowadził ją do salonu. Program telewizyjny już się skończył, więc włączył wideo i włożył nową kasetę.

Potem usiadł przy niej na kanapie i czekali, aż film się zacznie.

– To był przyjemny wieczór, prawda?

– Tak… tak, było fajnie – powiedziała dziewczynka bez przekonania.

– Była… miła dla ciebie?

– Tak – przyznało dziecko. – Tak, obie były miłe.

Ojciec był zdumiony.

– Jak to obie? – zapytał.

– Były dwie.

Odwrócił się i spojrzał na nią. Potem zapytał łagodnym głosem.

– Co to znaczy, dwie?

– Były dwie.

– Wpadła jedna z jej koleżanek?

Dziewczynka odpowiedziała dopiero po chwili. Ojciec, widząc strach w jej oczach, mimowolnie się wzdrygnął.

– Nie. Ale tato, to było trochę dziwne…

Część 1 1987

1

Weekend na odległym północnym zachodzie to był niespodziewany kaprys, sposób na zwalczenie następstw jesiennych ciemności. Wrzucili swoje rzeczy do starej toyoty Benedikta i bardzo podekscytowani wyjechali z Reykjavíku. Ale długa droga, często po marnych żwirowanych trasach, zajęła całe godziny. Już zapadała noc, zanim dotarli do półwyspu West Fjords. Do odległej doliny, która była ich celem zostało jeszcze kawał drogi, a Benedikt robił się coraz bardziej niespokojny.

Jechali przez położone wysoko wrzosowiska, przez pozbawiony drzew krajobraz, ponury i złowrogi w gęstniejącym mroku. Zjechali na brzeg przy położonej pośrodku odnodze wielkiego fiordu zwanego Ísafjarðardjúp.

Benedikt rozluźnił dłonie na kierownicy, bo droga przez jakiś czas biegła przytulona do niskiego brzegu. Potem wzniosła się na kolejną przełęcz. Kostki ponownie mu zbielały, kiedy zaczęła opadać, wijąc się ostrymi zakrętami w stronę morza. Wzdłuż trasy, w mroku, ledwie było widać góry. Połyskiwały tylko punkciki światła. Fiord był niezamieszkany, farmy od dawna opustoszałe, mieszkańcy uciekli na ląd przed ciężkim życiem, niektóry do miasteczka Ísafjörður, sto czterdzieści kilometrów od zębatej linii brzegowej fiordu, inni do jasnych świateł Reykjavíku na dalekim południowym zachodzie kraju.

– Nie wyjechaliśmy za późno? – zapytał Benedikt. – W ciemności nie znajdziemy chaty, prawda? – Wcześniej sam nalegał, żeby wyjechać, mimo że jeszcze nie był w tej części kraju.

– Wyluzuj – powiedziała. – Znam drogę. Latem byłam tutaj wiele razy.

– Właśnie, latem – odparł Benedikt, skupiając się ponuro na cienkiej wstędze drogi i jej nieprzewidywalnych zakrętach.

– No, no – rzuciła lekkim głosem, w którym śmiech czaił się tuż pod powierzchnią.

Długo czekał na tę chwilę, podziwiał z daleka tę drobnej budowy, energiczną dziewczynę. Miał nadzieję, że ona czuje to samo do niego. Ale do niedawna żadne z nich nie uczyniło pierwszego kroku. Dopiero parę tygodni temu coś wreszcie zaiskrzyło między nimi, a iskra rozpaliła ogień.

– Niedaleko stąd jest skręt w Heydalur – oznajmiła.

– Mieszkałaś tu kiedyś?

– Ja? Nie, ale tato jest z West Fjords. Dorastał w Ísafjörður. Letni dom należał do jego rodziny. Zawsze przyjeżdżaliśmy tu na wakacje. To prawie raj.

– Wierzę ci, chociaż pewnie niewiele dziś wieczorem zobaczę. Nie mogę się doczekać, kiedy ta ciemność się skończy. – Przerwał i dodał z powątpiewaniem: – Tam jest elektryczność, prawda?

– Zimna woda i światło świecy – odpowiedziała.

– Poważnie? – Benedikt jęknął.

– Nie, żartuję. Jest gorąca woda, mnóstwo gorącej wody, elektryczność też.

– Powiedziałaś… hm, powiedziałaś swoim rodzicom, że tutaj przyjedziemy?

– Nie. To nie ich sprawa. Mama wyjechała, a poza tym robię, co chcę. Tacie powiedziałam tylko tyle, że w weekend nie będzie mnie w domu. Mój brat też wyjechał, więc i jemu nic nie mówiłam.

– Okej, chodziło mi tylko o to… że to ich letni dom, prawda? – Naprawdę chciał się dowiedzieć, czy jej rodzice wiedzą o ich wspólnym wyjeździe. Byłby to wyraźny znak, że zaczynają być ze sobą. Do tej pory cała sprawa była tajemnicą.

– To dom taty, ale wiem, że nie ma zamiaru tu przyjeżdżać. I mam klucz. Benni, będzie wspaniale. Tylko wyobraź sobie gwiazdy tej nocy: niebo ma być prawie zupełnie bez chmur.

Kiwnął głową, ale nadal miał wątpliwości co do tej wyprawy.

– Tutaj, skręć tutaj – powiedział nagle.

Wcisnął hamulce, prawie stracił kontrolę nad samochodem, ledwie udało mu się skręcić. Droga zrobiła się węższa, niewiele szersza od ścieżki, więc zaczął jechać jeszcze wolniej.

– Musisz dodać gazu, bo nie dojedziemy przed świtem. Nie martw się, dasz sobie radę.

– Ale ja nic nie widzę. I nie chcę skasować wozu.

Roześmiała się, ten śmiech oczarował go, nagle poczuł się lepiej. To jej głos i szczery śmiech przyciągnęły go do niej na samym początku. Potem udało mu się usunąć wszelkie przeszkody z ich drogi. Opanowało go przemożne uczucie, że to jego przeznaczenie, sam początek, przedsmak przyszłości.

– Nie mówiłaś czegoś o gorącej kąpieli? – zapytał. – Byłoby świetnie poleżeć w niej po całym dniu obijania się po tych drogach. Poważnie, czuję to we wszystkich kościach.

– Hm, tak, zgadza się – odrzekła.

– Zgadza się? Co chciałaś przez to powiedzieć? Jest wanna z gorącą wodą czy nie?

– Zobaczysz… – Kiedy się z nią było, zawsze pojawiała się nęcąca niepewność. W tym też był jakiś powab, że miała zdolność zamieniania zwykłych spraw w tajemnice.

– Cóż, wszystko jedno, co to jest, nie mogę się doczekać.

Wreszcie wjechali w dolinę, w której stał letni dom. Benedikt nadal nie widział w mroku żadnych zabudowań, ale powiedziała, żeby zatrzymał samochód, i oboje wysiedli na zimne, świeże powietrze.

– Chodź za mną. Musisz oswoić się, żeby mieć więcej zaufania.

Śmiejąc się, wzięła go za rękę lekkim jak piórko dotknięciem. Poszedł za nią. Miał wrażenie, że to jakiś piękny czarno-biały sen.

Nagle zatrzymała się.

– Słyszysz morze?

Pokręcił głową.

– Nie.

– Ćś. Czekaj. Nie ruszaj się i nic nie mów. Tylko słuchaj.

Skupił się i usłyszał ciche westchnienia fal. Wszystko wydawało się takie nierealne, magiczne.

– Brzeg jest niedaleko. Jutro możemy tam zejść. Chciałbyś?

– Oczywiście. Bardzo chętnie.

Trochę dalej zobaczyli zarysy letniego domu. Mimo ciemności dostrzegł, że dom nie jest ani duży, ani nowoczesny. Wyglądał jak jedna z tych chat z lat siedemdziesiątych z dachem schodzącym ukośnie prawie do ziemi po obu stronach i z oknami z przodu i z tyłu. Wyszperała klucze w kieszeni watowanej kurtki, otworzyła drzwi i pstryknięciem włączyła światło, które rozproszyło mrok. Weszli do przytulnego pomieszczenia pełnego starych mebli, które dodawały wnętrzu wiejskiego uroku. Benedikt natychmiast wyczuł pozytywną aurę.

Chciał przyjemnie spędzić weekendową przygodę w samym środku pustki. Uczucie odosobnienia potęgowała myśl, że nikt nie wiedział o ich przyjeździe. Całą dolinę mieli dla siebie. To naprawdę było jak senne marzenie.

Część mieszkalna zajmowała większą część chatki, ale była tu też mała kuchenka, sąsiadująca z nią łazienka i schody drabina z tyłu pomieszczenia.

– Co jest na górze? – zapytał. – Sypialnia na poddaszu?

– Tak, chodź, szybko. – Weszła po drabinie paroma zręcznymi ruchami.

Benedikt poszedł za nią. Pod ukośnym sufitem była rzeczywiście sypialnia wyposażona w materace, kołdry i poduszki.

– Chodź tutaj – powiedziała, kładąc się na jednym z materaców. Nie miał sił, żeby się opierać.

2

Benedikt stał pod rozgwieżdżonym niebem i w chłodnym jesiennym wietrze grillował hamburgery na starym ruszcie opalanym węglem. Podróż dobrze się zaczęła, z optymizmem myślał o tym, co nadejdzie. Chociaż był do szpiku kości miastowym chłopakiem i zawsze uważał West Fjords za zimne i niedostępne, zdumiewało go, jak dobrze się tu czuje. Oczywiście, nie mógł mieć lepszego towarzystwa, ale i samo miejsce coś w sobie miało: samotność. Napełnił płuca chłodnym, czystym powietrzem, zamknął oczy i próbował znów usłyszeć morze. Zapach jesiennych liści mieszał się z apetycznym aromatem unoszącym się znad grilla. Otworzył oczy. Stał za domem. Dopiero teraz dotarło do niego, że nigdzie nie zauważył wanny z gorącą wodą.

Kiedy skończyli kolację, zapytał:

– Więc gdzie jest ta gorąca kąpiel, którą mi obiecałaś? Obszedłem dom kilka razy i niczego nie znalazłem.

Roześmiała się figlarnie.

– To nie zajmie ci wiele czasu.

– Unikasz odpowiedzi.

– Wcale nie. Chodź ze mną.

Wstała i zanim zorientował się, wyszła za drzwi. Wybiegł za nią w październikową noc.

– Masz zamiar wyczarować gorącą kąpiel?

– Po prostu chodź ze mną. Zimno ci?

Wahał się przez chwilę, bo w cienkim swetrze było mu trochę chłodno, ale nie chciał się do tego przyznać. Czytając mu w myślach, wróciła do środka i wyszła z grubym, wełnianym lopapeysem. Był szary i miał tradycyjny czarno-biały wzór.

– Chcesz pożyczyć? To taty. Podwędziłam mu, żeby tutaj przywieźć. Jest na mnie dużo za duży, ale taki ciepły.

– Nie włożę swetra twojego taty. To byłoby nie w porządku.

– Twój wybór. – Wrzuciła sweter z powrotem do środka. Upadł na podłogę. Zamknęła drzwi.

– To jakieś pięć, dziesięć minut drogi doliną – powiedziała, wyciągając rękę.

– Co to takiego?

– Gorąca sadzawka – rzuciła przez ramię. – To fantastyczne naturalne gorące źródło, świetnie się nadaje dla dwojga.

Kiedy jedli kolację, wzeszedł księżyc w pełni i zalał całą dolinę zimnym światłem. Benedikt pomyślał w duchu, że nie chciałby iść tą drogą w ciemną noc, bo nigdzie nie było widać świateł. Ani śladu ludzkich domostw, nie licząc letniego domu, który już za nimi zniknął. Ale przecież to była przygoda, a on kochał się po uszy w tej dziewczynie i chciał wykorzystać sytuację do końca.

Zdążył się już zorientować, że gorącej sadzawki nie ma nigdzie w pobliżu.

– Daleko jeszcze? – zapytał niepewnie. – Nie nabierasz mnie, co?

Roześmiała się.

– Nie, jasne, że nie. Popatrz. – Pokazała na koniec wąskiej doliny, a tam, u podnóża góry, zobaczył jakiś budyneczek, a obok niego białe smugi pary, które unosiły się w świetle księżyca.

– Tak, to tam. Widzisz szopę? Stoi przy sadzawce. To stara chatka używana jako przebieralnia.

Poszli w stronę sadzawki, ale kiedy znaleźli się bliżej, Benedikt zorientował się, że drogę przecina górski strumień. Widział jak światło księżyca odbija się od strugi i wirów.

– Gdzie mostek? – zapytał, gwałtownie się zatrzymując. – A może mamy to obejść?

– Zaufaj mi. Znam tę okolicę jak własną dłoń.

Kiedy doszli do brzegu strumienia, powiedziała:

– Tu nie ma mostka, ale tędy da się przejść. Widzisz kamienie?

Benedikt pokiwał głową. Zobaczył kilka kamieni wystających nad powierzchnię, ale kiedy zrozumiał, w czym rzecz, bardzo nie spodobał mu się ten widok.

– To nic takiego. Po prostu po jednym kamieniu na raz i już przeszedłeś. – Zdjęła buty, skarpetki i przeszła, jakby robiła to przez całe życie. Zwinna jak kot, pomyślał Benedikt.

No cóż, nie dało się tego uniknąć. Za bardzo się wstydził, żeby pokazać, że się boi, więc idąc za jej przykładem, zdjął buty, wcisnął w nie skarpetki i wziął buty do ręki. Przygotował się, wszedł do wody, wzdrygnął się i cofnął. Przeklinał w duchu, bo poczuł, że woda jest lodowato zimna.

– No dalej, miejmy to już za sobą! – krzyknęła, stojąc na pozór nieprawdopodobnie daleko po drugiej stronie.

Znów wszedł do rzeki, stanął na pierwszym kamieniu, przeskoczył na kolejny. Potknął się, kiedy robił susa na trzeci. Ledwie udało mu się znaleźć oparcie dla palców i uniknąć katastrofy. Wreszcie przeszedł, westchnął z ulgą. Trochę drżał.

Podniósł wzrok i stwierdził, że rozebrała się i stanęła golutka na brzegu sadzawki.

– No, dalej – powtórzyła, wchodząc do gorącej wody.

Nie czekał na kolejne zaproszenie, zdjął ubranie, wszedł za nią i mało nie upadł na twarz, tak śliskie były kamienie na dnie.

– To absolutnie… niewiarygodne – powiedział, spoglądając na niebo, księżyc, gwiazdy i otaczającą ich ciemność. W parującej gorącej wodzie czuł się jak w kokonie. Podszedł blisko do dziewczyny.

3

Benedikt nie mógł powstrzymać szczękania zębami, kiedy wrócił do letniego domu po wyprawie do sadzawki. Nie miał pojęcia, która jest godzina. Zegarek zostawił w samochodzie, a jedyny zegar, mały, wiszący na ścianie salonu, zatrzymał się. Miało się wrażenie, że w tej pustce między górami a morzem czas przestał płynąć.

– Chodźmy zaraz do łóżka – zaproponował. – Przykryjemy się, marznę.

– Okej – powiedziała. – Pospiesz się. Pierwszy wchodzisz na górę. – Jej pieszczotliwy głos rozgrzał go trochę.

Benedikt chciał na nią zaczekać, ale skoro się nie ruszała, zaczął wchodzić po drabinie. W sypialni na strychu panował mrok. Na próżnio szukał włącznika światła.

– Czy tu, na górze, jest oświetlenie? – zawołał.

– Nie, głupku – zaprzeczyła czule. – To letni dom, a nie luksusowa willa.

Wymacywał drogę w słabym księżycowym świetle z maleńkiego okna. Pościel zostawili w samochodzie, ale Benediktowi było za zimno, żeby schodzić do salonu, nie mówiąc już o wychodzeniu na dwór. Połączył dwa materace i wszedł pod kołdrę. Przeszedł go dreszcz, ale mimo to ogarnęło go szczęśliwe oczekiwanie. Na dole drabiny stała jego dziewczyna, zaraz miała do niego dołączyć, a byli tacy samotni, całe kilometry od najbliższego osiedla. Jakby na świecie nie było nikogo poza nimi.

Wkrótce usłyszał lekkie kroki. Wchodziła po drabinie i towarzyszył jej – dosłownie – blask. Oburącz trzymała stary świecznik, a płomień oświetlał jej twarz, nadając jej tajemniczego, jakby zauroczonego wyrazu. Obraz był tak nierealny, że Benedikt znów zadrżał.

Ostrożnie postawiła świecznik na podłodze. Pomyślał, że jeśli w tej starej, drewnianej chacie zaprószą ogień, konsekwencje będą z góry wiadome. Ale w tym momencie jego uwagę rozpraszał fakt, że była półnaga.

– Och! – powiedział mimowolnie. Była tak niesamowicie piękna. Ale potem, patrząc na świecznik, jednak zapytał. – Czy to nie jest niebezpieczne, żeby przynosić tutaj świecznik?

– Benni, a myślisz, że jak ludzie sobie radzą na wsi? Słowo daję, ależ z ciebie mieszczuch.

Roześmiał się.

– Nie wejdziesz pod kołdrę? Nie zimno ci?

– Wiesz, mi nigdy nie jest zimno. Naprawdę nie wiem dlaczego. – Zobaczył jej uśmiech w świetle świecy. Odwróciła się i bez wyjaśnień zeszła z drabiny.

– Wracasz na dół?

Nie odpowiedziała. Przesunął się trochę bliżej świecy, jakby jej ciepło miało przegnać chłód z jego kości. To samo słowo – nierealne – znów przyszło mu do głowy. Albo nie z tego świata. Tak, chyba tak to powinno brzmieć. Jednocześnie było w tym coś zakazanego, co czyniło wszystko jeszcze bardziej podniecającym.

Wróciła niemal natychmiast z butelką czerwonego wina i dwoma kieliszkami.

– To jest f…fantastyczne – zadygotał.

Wsunęła się pod kołdrę tuż obok niego.

– Proszę. Teraz przytulniej, Benni?

Nie byłby w stanie opisać uczucia, które go ogarnęło, gdy usłyszał, jak wymawia jego imię, tutaj i w taki sposób.

– Tak – odpowiedział, ale to słowo nie wyraziło wszystkiego co czuł.

– Wiesz, jeden z moich przodków mieszkał w pobliżu – rzekła, a z jej tonu wynikało, że zacznie opowiadać. Zawsze opowiadała historie i była to jedna z rzeczy, które w niej uwielbiał. Łatwo było się w niej zakochać. Zbyt łatwo, ale nie żałował niczego. Już nie.

– Ludzie mówią… – Przerwała, żeby uzyskać teatralny efekt i dodała żartobliwie. – Nie wiem, czy chcesz słuchać…

– Oczywiście, że chcę.

– Ludzie mówią, że jego duch nawiedza tę dolinę.

– No tak, oczywiście.

– Benni, możesz mi wierzyć albo nie, ale ludzie tak mówią. I dlatego nigdy w życiu nie chciałabym spędzić tu samotnej nocy. – Mocniej się przytuliła.

– Widziałaś go? – zapytał, czekając aż przestanie go zwodzić. Jednocześnie czerpał z historii skrytą przyjemność. Uwielbiał słuchać jej opowiadań, chociaż nie zawsze wiedział, kiedy mówi serio.

– Nie… – odparła, ale w następującej po tym ciszy było coś, co zaniepokoiło Benedikta. – Nie, ale wyczuwałam go… Słyszałam… słyszałam coś, czego nie potrafię wyjaśnić.

Powiedziała to tak poważnym głosem, że Benedikt poczuł się zdezorientowany.

– Pewnego razu, kiedy byłam tutaj z tatą – jako mała dziewczynka, a byliśmy tutaj tylko we dwoje – objawił się, kiedy poszłam do łóżka. W każdym razie obudziłam się i byłam sama. To był wieczór, wczesna wiosna, więc noce były jeszcze ciemne. Próbowałam zapalić świeczkę, ale knot nie chciał się zająć… i wtedy usłyszałam hałasy i – wiesz co, Benni? – nigdy w życiu tak się nie bałam.

Benedikt nic nie powiedział. Zaczął żałować, że zgodził się na wysłuchanie tej historii.

Odwrócił się, żeby na nią popatrzeć, i przez chwilę wydawało mu się, że widzi prawdziwy strach w jej oczach. Zamknął oczy, żeby się otrząsnąć z przykrego uczucia… że też nabrał się na takie bzdury.

– Nie wierzę w… – Nie skończył.

– Benni, to dlatego, że nie znasz całej historii – powiedziała cicho, a jej ton wskazywał na to, że nie powiedziała czegoś przerażającego.

– Całej historii? – powtórzył bezradnie.

– Spalono go na stosie. Wyobraź sobie: spalono na stosie.

– Bzdura. Nabierasz mnie?

– Myślisz, że tak bym zrobiła? Nie czytałeś o paleniu czarowników na Islandii?

– Paleniu czarownic? Masz na myśli siedemnasty wiek, kiedy palili stare kobiety za uprawianie czarnej magii?

– Stare kobiety? Bardzo rzadko palono kobietę, to byli głównie mężczyźni. Mój przodek był jednym z nich. Pomyśl Benni, postaraj się przez chwilę wyobrazić sobie jak to jest być spalonym w ognisku. – Zrobiła nagły gest, żeby podkreślić swoje słowa i przewróciła stary świecznik. Benedikt jęknął.

Świeczka upadła na drewnianą podłogę.

4

Szybko zareagowała, chwyciła świeczkę i włożyła ją z powrotem do świecznika.

Uśmiechnęła się.

– To mogło się źle skończyć.

– Uważaj, na litość boską – powiedział, na chwilę tracąc oddech ze strachu.

– I wiesz co? – mówiła dalej, tym samym cichym, urzekającym głosem, jakby nic się nie stało. – Sądzę, że był winny.

– Winny?

– Tak, czarodziejstwa. Nie zrozum mnie źle. Nie mówię, że zasługiwał na śmierć na stosie, ale najwyraźniej ocierał się o czarną magię. Zajmowałam się tymi, wiesz, magicznymi symbolami i tego rodzaju sprawami. To jest naprawdę fascynujące.

– Fascynujące? Wygłupy z okultyzmem?

– Nie, poważnie, uważam, że to dziedziczne, mam to w genach.

– Co? Czarną magię? – zapytał, nie wierząc własnym uszom.

– Tak, magię.

– Chyba sobie żartujesz.

– Benni, nie robię sobie żartów z takich spraw. Trochę eksperymentowałam. To jest ekscytujące. – Lekko go szturchnęła.

– Eksperymentowałaś?

– Tak, rzucałam zaklęcia – dodała filuternie. – Myślisz, że jak mi się udało złapać cię w moje sieci?

– Och, daj spokój.

– Wierz, w co chcesz. To twoja sprawa.

– Trudno mi uwierzyć, że jestem tutaj z tobą.

Roześmiała się.

– Nie napijemy się? – Butelka wina i kieliszki stały zapomniane przy świecy.

– Nie wyjdę spod kołdry, nadal jest mi za zimno.

– Zimno? – spytała przekornie. – A co, nie boisz się?

Nie odpowiedział.

– Na serio, boisz się?

– Oczywiście, że nie. – Znów się do niej przysunął, poczuł ciepło promieniujące z jej nagiego ciała.

– Nic się nie stanie. Póki świeczka się pali, on się nie odezwie. Tylko w ciemności, Benni, tylko w ciemności…

Sięgnęła do świecy, zgasiła płomień palcami i odwracając się do Benedikta, pocałowała go w usta z ogromną czułością.

5

Benedikt, ku swemu wielkiemu zaskoczeniu, obudził się wcześnie. Spodziewał się, że w miejscu, skąd tak daleko było do hałasu z ulicy i budzików, będzie spał jak suseł i obudzi się późno.

Spało mu się też nie najlepiej. Może winna temu była bajka na dobranoc, o czarnej magii i paleniu czarowników na stosie. A może po prostu był podniecony, że wreszcie spędził z nią noc.

Nadal mocno spała, więc zszedł ostrożnie po drabinie, włożył sweter, spodnie, buty i wystawił głowę na dwór. Zapowiadał się piękny dzień. Było trochę zimno, ale nie wiało. Poszedł w stronę morza i w bladym porannym świetle po raz pierwszy dokładnie się rozejrzał po okolicy. Myślał, że północny zachód to wielkie, masywne góry stojące nad fiordami tak głębokimi, że zimą nie widać nad nimi słońca, ale tutaj, w samym środku Ísafjardardjúp, krajobraz był łagodniejszy, a porośniętą trawą dolinę z trzech stron otaczały długie, łagodne wzgórza. Braki w dramatyzmie krajobraz nadrabiał wszechogarniającym spokojem, poczuciem przestrzeni i pustki. Jedynymi akcentami koloru w tym pozbawionym drzew krajobrazie były plamy jagód i bażyn i spokojne, błękitne wody fiordu.

Nad brzeg szedł dłużej, niż się spodziewał. Kiedy już tam dotarł, usiadł na kamieniu, żeby odpocząć, i patrzył na to, co było za wodą. Po drugiej stronie ujścia fiordu, na północnym brzegu Djúp, lśniła biel wiecznych śniegów, przypomnienie, że blisko stąd do północnego koła podbiegunowego. Dziewczyna powiedziała mu, że teraz prawie cały północny półwysep, od Hornstrandir do Snæfjallaströnd, jest niezamieszkany, nie licząc garsteczki farm, które jeszcze się tu trzymały. Na myśl o tym poczuł się trochę osamotniony.

Nie chciał za długo być poza domem, na wypadek gdyby się obudziła i nie wiedziała, gdzie jest. Szybkim krokiem poszedł z powrotem pod górę. Dobrze było rozprostować nogi, ale nie mógł już się doczekać, kiedy wróci do ciepłego pomieszczenia.

Nadal spała, gdy wszedł na górę, żeby zajrzeć do sypialni na strychu. Zdumiało go, że może tak długo spać.

Cóż, to pierwsza okazja, żeby przygotować dla dziewczyny śniadanie do łóżka. Nic nadzwyczajnego, po prostu chleb, ser i trochę soku pomarańczowego. Zabrał ten prosty posiłek na strych.

Była taka piękna, gdy spała. Lekko ją trącił, ale nie odpowiedziała, tylko poruszyła się, kiedy nachylając się, wyszeptał jej do ucha, że śniadanie gotowe.

– Śniadanie? – zapytała. Uchyliła powieki i ziewnęła.

– Tak. Poszedłem do sklepu.

– Do sklepu?

– Żartowałem. Zrobiłem ci kanapkę.

Uśmiechnęła się i wyszeptała:

– Dziękuję, ale jeszcze w środku śpię. Będzie w porządku, jak zjem później?

– Tak, oczywiście. Chcesz pospać trochę dłużej?

– Byłoby super.

Benedikt pomyślał o krajobrazie – pusta dolina podbiła mu serce, mimo że wcześniej miał wątpliwości.

– Okej, nie ma problemu. Może pójdę na spacer, a potem zanurzę się w gorącej sadzawce.

– Tak, świetny pomysł. Zrób tak – powiedziała, przekręcając się na bok. – Nie spiesz się.

Benedikt szedł bez szczególnego celu. Bardzo mu się to spodobało. Po raz pierwszy od lat był całkowicie sam. Nikt nie mógł go zatrzymać. Otaczająca go przyroda niespodziewanie poprawiła mu nastrój. W powietrzu nadal unosił się wyraźnie odczuwalny przymrozek, ale tym razem włożył puchową kurtkę i podczas marszu szybko się rozgrzał. Chciał wymoczyć się w gorącej sadzawce, ale kiedy dotarł nad strumień, postanowił iść dalej i poznać dalszą część doliny. Trudno było zgubić się za dnia, szczególnie że góry wytyczały mu kierunek.

Czasem dobrze mieć czas tylko dla siebie, czas na myślenie. Wiedział, że znalazł odpowiednią kobietę, chociaż sam początek znajomości był trudny. Uważał, że świetnie do siebie pasują, że są dla siebie stworzeni, a przy tym na tyle różni, żeby życie nie było nudne. Nie miał jej za złe demonicznych opowieści o duchach, było w nich trochę wdzięku, chociaż nie bardzo wierzył we wszystko, co powiedziała mu wieczorem. Przodek spalony za czary… cóż, to możliwe. Na myśl o tym poczuł ciarki. To był przykry wstrząs, kiedy przewróciła świecę. Podejrzewał, że to nie był przypadek, że zrobiła to rozmyślnie dla – hm – efektu. Była nieprzewidywalna, ale teraz liczyło się tylko to, że się w niej zakochał, w jej wadach, we wszystkim, że wreszcie była jego.

Teraz potrzebował przede wszystkim spokoju, żeby pomyśleć o przyszłości. Jego od dawna pielęgnowane marzenie, żeby studiować sztukę dostało ostatnio przyspieszenia, kiedy kolega z college’u postanowił kandydować do jednej z najlepszych uczelni artystycznych Holandii. Benedikt, zachęcony jego przykładem, wysłał prośbę o formularz zgłoszeniowy, który teraz leżał na biurku i przypominał o podjętej decyzji. Zostało mu trochę czasu przed ostatecznym terminem.

Było kilka powodów, że do tej pory nie podjął decyzji. Przede wszystkim zakochał się, co nie pozwalało mu się skoncentrować na czymś innym. Ale do początku studiów był prawie rok, a rozłąka, jeśli nie będzie zbyt długa, nie musi zniszczyć ich związku. Na dobrą sprawę powinien napomknąć, że mogłaby przeprowadzić się z nim do Holandii. W końcu, tak jak on, lubiła przygody. Dalej była kwestia pieniędzy. Jego rodzina nie była zbyt bogata, więc nie miał własnych pieniędzy, z których mógłby skorzystać. Ale gdyby był ostrożny, mógłby żyć z pożyczki studenckiej. Wreszcie, jego rodzice. Był ich jedynym dzieckiem, które poczęli dość późno. Oboje zbliżali się teraz do sześćdziesiątki. Może miał podświadome poczucie winy, że ich porzuca. Ale szczerze, to prawdziwym powodem rozterek był prosty strach przed podjęciem decyzji. To było jasne jak słońce. Zawsze wybierał w życiu linię najmniejszego oporu, poszedł do college’u wybranego przez rodziców, brał udział w działalności społecznej i w sportach, bo się tego po nim spodziewano, a jesienią zaczął się uczyć, żeby zostać inżynierem, bo tak jak jego rodzice, był dobry z matematyki. Ale sam fakt, że łatwo mu szło w tej dziedzinie, nie oznaczał, że wykłady wzbudzają w nim choćby najmniejszy entuzjazm.

W ten weekend, kiedy inni pierwszoroczni zagrzebani w książkach, denerwowali się, żeby nie zostać w tyle, Benedikt miał zamiar na jakiś czas zapomnieć o studiach. I tak nie widział siebie jako inżyniera, czuł, że wrze w nim bunt. Czyste powietrze na pustkowiu wywierało na niego dziwnie elektryzujący wpływ, jakby wreszcie mógł zobaczyć wszystko we właściwych proporcjach. Dotarło do niego z oślepiającą jasnością, że nie przyjdzie na kolejny, cholerny wykład. Lepiej zostawi to – liczby i równania – innym, tym, których to naprawdę interesowało. Musiał znaleźć odwagę, żeby stawić czoło nie tyle rodzicom, co własnemu tchórzostwu, i zrobić to, co uważał za właściwe. Oczywiście, to byłby cios dla mamy i taty, gdyby im powiedział, że rzuca uniwersytet i jedzie do Holandii studiować sztukę… Niemal śmieszyło go, kiedy wyobrażał sobie ich miny. Ale przecież wiedzieli, że nigdy nie był szczęśliwszy niż w garażu, zamknięty z pędzlami, farbami i płótnami. Tak było od lat i na swój sposób wspierali go, nawet zachęcali, zarazem nie odstępując od przekonania, że powinien studiować coś praktycznego. Sztuka nie może być czymś więcej niż hobby.

Dobrze pamiętał, jak nauczyciel sztuki rozmawiał z nimi po zakończeniu roku i próbował wyjaśnić, jak obiecującym artystą jest ich syn. Powiedzieli, że doskonale są tego świadomi. Ale kiedy nauczyciel powiedział, że chłopiec o potencjale Benedikta powinien zająć się malarstwem zawodowo, odpowiedzieli uprzejmymi frazesami. Od tamtego czasu Benedikt wiedział, że od niego zależy wybór drogi życiowej, i wiedział, jaka ta droga będzie. Brakowało mu tylko odwagi, żeby jego marzenia się spełniły.

Tak, może teraz będzie łatwiej, gdy ona stanie przy nim… Popatrzył na góry, optymizm podnosił go na duchu. Ku swemu zaskoczeniu stwierdził, że zaszedł dalej, niż zamierzał. Był szczęśliwy, podjął decyzję, powietrze było rześkie i świeże, a intuicja mówiła mu, że ten poranek okaże się znaczącym punktem zwrotnym i ukształtuje jego przyszłość. Wszyscy jesteśmy kowalami swojego losu, powiedział do siebie i uwierzył w to bez zastrzeżeń. Kiedy wróci do domu, musi pójść za głosem serca.

Usiadł u podnóża góry, żeby odetchnąć po męczącej wędrówce, ale wkrótce zaczęło mu się robić zimno. Chłód podnosił się z ziemi, przenikał przez ubranie. Benedikt musiał się rozruszać.

Nie spieszył się, chciał dać jej czas, żeby dobrze się wyspała. W drodze powrotnej często się zatrzymywał, żeby nasycić się krajobrazem. Nie mógł się doczekać długiej kąpieli w gorącej sadzawce. Byłoby szkoda z tego zrezygnować. Musiał też nabrać doświadczenia w przechodzeniu przez rzekę. Nie będzie się gramolić jak idiota na jej oczach, kiedy znów wybiorą się razem. Nie pokaże po raz drugi, jaki z niego beznadziejny mieszczuch.

Idąc, folgował fantazjom na temat przyszłości, zastanawiał się, czy razem przeprowadzą się do Holandii, a jeśli tak, gdzie zamieszkają. Wyobraził sobie mieszkanko, przytulną studencką kawalerkę w jednym z tych nieprawdopodobnie wysokich, wąskich holenderskich domów nad kanałem. A po studiach zapewne wrócą na Islandię, najlepiej do starego centrum Reykjavíku, gdzie czułby się jak w domu.

Sercem nastawiony był na sztukę, ale teraz także na tę dziewczynę.

Po energicznym marszu znów znalazł się nad gorącą sadzawką. Tym razem udało mu się utrzymać równowagę na kamieniach prowadzących przez rzekę, chociaż były równie śliskie i zdradzieckie, co poprzedniego wieczoru. Dopiero kiedy osiągnął drugi brzeg, dotarła do niego myśl, co by się stało, gdyby się poślizgnął, a nawet złamał kostkę. Wołanie o pomoc na pewno nie dotarłoby do letniego domu, a stamtąd nie widać sadzawki.

Przestał o tym myśleć, rozebrał się i wszedł do parującej wody cudownie kontrastującej z przenikliwym jesiennym chłodem. Tak, usiądzie tu na dłuższy czas, a geotermalna woda będzie ochlapywała ciepłem jego ciało. Wokół sadzawki leżały płaskie kamienne płyty, cienki strumyk gorącej wody lał się z rury. Położył się, patrzył na nagie góry z długimi, poziomymi skalnymi warstwami porżniętymi wąwozami, na jesienną roślinność błyszczącą rdzawo i żółto w słońcu stojącym nad horyzontem. Był przyzwyczajony do geotermalnych basenów pływackich w Reykjavíku, ale to tutaj było autentyczne: w samym środku przyrody, z ptakami świergoczącymi nad głową, z szumem płynącej wody. Prawdziwa idylla. Miał nadzieję, że wizyty w tym miejscu staną się stałym obyczajem w ich życiu.

Benedikt stracił poczucie czasu. Jak długo był poza chatą? Bał się, że za długo. Miał nadzieję, że się nie obudziła, nie zniecierpliwiła się przez niego. Powinien wyjść, ale woda jakby ciągnęła go za kończyny, nie pozwalała wywlec się z ciepła. Powiedział sobie, że zasługuje na trochę dłuższy wypoczynek po wędrówce. Pewnie nie zaczęła się jeszcze zastanawiać, dokąd poszedł.

W końcu niechętnie wstał, uważając, żeby nie pośliznąć się na śliskim dnie ani nie zranić się o ostre kamienie.

Zapomniał wziąć z sobą ręcznik, więc najlepiej jak potrafił osuszył się ubraniem. Potem włożył wilgotne ciuchy. Drżał i trochę się bał, że zepsuje wycieczkę, łapiąc przeziębienie. Znów stanął wobec wyzwania. Musiał przejść przez rzekę po kamieniach. Denerwował się, ale prowadziło go uczucie: wróci do letniego domu i do niej, swojej prawdziwej miłości.