Wydawca: WAB Kategoria: Dla dzieci i młodzieży Język: polski Rok wydania: 2011

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Wyspa Przeznaczenia - Pierre Bottero

TRZECIA CZĘŚĆ TRYLOGII

Rewelacyjna literatura. Nie ma słowa przesady w recenzjach, które ukazały się po wydaniu książki we Francji. Radziłbym zabrać się do czytania dopiero wtedy, gdy będziemy pewni, że nie mamy ważnych spraw na głowie! Trudno odłożyć książkę, bo cały czas coś się dzieje i jesteśmy ciekawi, co będzie dalej z Ewilan i jej przyjacielem. Czytając - niemal widzimy fantastyczny świat Ewilan. Rzadko się zdarza taka książka. Po przeczytaniu ostatnich kartek pomyślałem o tym, że już warto czekać na kolejny tom o przygodach Ewilan. Pierre Bottero jest mistrzem!

z recenzji czytelnika, merlin.pl (o „Wyprawie”)

Opinie o ebooku Wyspa Przeznaczenia - Pierre Bottero

Fragment ebooka Wyspa Przeznaczenia - Pierre Bottero

Pierre Bottero

Ewilan z dwóch światów, tom 3

WYSPA PRZEZNACZENIA

Przełożyła Barbara Wicher

Tytuł oryginału: La Quête d’Ewilan. Volume 3: L`île du destin

Copyright © Editions Rageot, 2003

International Rights Management: Susanna Lea Associates

Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo W.A.B., 2011

Copyright © for the Polish translation by Wydawnictwo W.A.B., 2011

Wydanie I

Warszawa 2011

WPROWADZENIE DO TAJEMNIC GWENDALAVIRU ORAZ HISTORIA WYZWOLENIA

– Młodzi ludzie...

Doume Fil’ Battis położył pomarszczone dłonie na kamiennym pulpicie. Zapowiadało się niezbyt dobrze...

– Młodzi ludzie, czy moglibyście, proszę, usiąść i się uciszyć?

Ogłuszająca wrzawa w sali wykładowej nie ucichła. Żaden z kandydatów nie zwracał najmniejszej uwagi na nauczyciela.

– Proszę, żeby wszyscy usiedli i zamilkli...

Twarz Doume’a Fil’ Battisa, ukryta częściowo pod gęstą brodą, nagle poczerwieniała.

– Siadać, psiakrew, i zamknąć się!

Wybuch gniewu mężczyzny, zaakcentowany gwałtownym uderzeniem pięścią w marmurowy pulpit, podziałał na wszystkich jak huk pioruna. Zapanowała martwa cisza. Stary człowiek skinął z uznaniem głową.

– Tak lepiej – stwierdził, mierząc wzrokiem słuchających teraz z uwagą zebranych. – Nazywam się Doume Fil’ Battis, jestem kronikarzem Imperium, i jeżeli nie będziecie odpowiednio się zachowywać, zadbam o to, żeby jedyną akademią, na którą będziecie mieli wstęp, była akademia zamiataczy ulic w Al-Poll. Zrozumiano?

Mężczyzna podniósł rękę na znak, żeby nie odpowiadano na to retoryczne pytanie, po czym podjął:

– Jak co roku tematem mojego pierwszego wykładu będzie Ewilan Gil’ Sayan. Nie zrozumiecie tej legendarnej postaci, jeżeli nie postaracie się wyobrazić sobie Gwendalaviru takiego, jaki ona odkryła, i jeżeli nie skupicie się na trzech zasadniczych punktach. Chodzi mi o: niezwykłość, wojnę oraz Sztukę Rysunku. Po pierwsze, niezwykłość, ponieważ żyjemy w innym świecie niż ten, z którego przybyła Ewilan; w świecie, którego istnienia absolutnie nie podejrzewała, w pewnym sensie równoległym1... Ewilan pochodziła z Gwendalaviru, jednak nie wiedziała o tym. Nie zachowała żadnych wspomnień z wczesnego dzieciństwa i żyła, pod nazwiskiem Camille Duciel, w niezbyt kochającej rodzinie adopcyjnej, aż do dnia, w którym – w celu uniknięcia wypadku – przeniosła się tutaj.

Kronikarz zamilkł na chwilę, sprawdzając, czy słuchano go uważnie. Tak właśnie było, jak na większości jego wykładów. Usatysfakcjonowany, podjął:

– Po drugie, wojna, gdyż walczyliśmy wtedy z najazdem naszych nieczłowieczych sąsiadów Raïsów, manipulowanych przez inną złowrogą rasę, Ts’żerców. Wartownicy, jedyni ludzie zdolni zmienić przebieg wojny, byli więźniami Ts’żerców, ponieważ Éléa Ril’ Morienval, sama również będąca Wartowniczką, zdradziła. Kiedy przybyła Ewilan, hordy Raïsów zalewały Imperium, miażdżąc stopniowo alaviriańską armię. Sytuacja wydawała się rozpaczliwa, gdy...

– A trzeci punkt?

Osobą, która przerwała wykładowcy, była smukła, młoda dziewczyna o figlarnym spojrzeniu i płomiennie rudych włosach. Doume Fil’ Battis postanowił nie zareagować wybuchem gniewu.

– Zaraz do tego dojdę. Sztuka Rysunku jest narzędziem, które pozwoliło Ewilan zbudować legendę, będącą dzisiaj tematem naszych studiów. Ta Sztuka nie jest znana w tamtym świecie i tylko przypadkiem Ewilan odkryła, że jest w stanie, wyłącznie za pomocą woli, uczynić prawdziwym to, co sobie wyobraziła, czy też przenieść się w jednej chwili z jednego miejsca w drugie, z jednego świata do drugiego, wykonując tak zwane przejście w bok. Nadążacie za mną?

Ruda dziewczyna skinęła z szacunkiem głową i kronikarz uśmiechnął się. W sumie nie wszyscy ci młodzi ludzie byli źle wychowani...

– Postanowiłem rozpocząć opowieść o Ewilan w nietypowy sposób, przedstawiając najpierw postać, o której właśnie wspomniałem: Éléę Ril’ Morienval. Éléa była Wartowniczką, tak jak rodzice Ewilan. Istniało dwunastu Wartowników, których zadaniem było nadzorować Wyobraźnię, wymiar pozwalający rysownikom uczynić prawdziwym to, co sobie wyobrażą, jak również Zwoje, czyli ścieżki, które przez nią przebiegają. Éléa Ril’ Morienval była ambitna i pozbawiona skrupułów. Zapragnęła zawładnąć Imperium. W tym celu nie zawahała się zawrzeć paktu z Ts’żercami oraz bojownikami Chaosu, grupą satanicznych ludzi. Altan i Élicia Gil’ Sayan...

– Powszechnie wiadomo jednak, że bojownicy...

Tym razem odezwał się kandydat o pewnej siebie minie. Doume Fil’ Battis zareagował niezwłocznie.

– Jeszcze słowo i wyleci pan za drzwi! – zagrzmiał. – Może chce mi pan udzielić lekcji na temat faktów historycznych, które badam od lat? Przemądrzały karaluch!

Chłopak, który spowodował wybuch gniewu wykładowcy, skulił się, a siedzący obok niego koledzy na wszelki wypadek odsunęli się. Kronikarz zaczerpnął głęboko powietrza.

– Altan i Élicia Gil’ Sayan, jak mówiłem, byli jedynymi Wartownikami, którzy sprzeciwili się Éléi Ril’ Morienval. Wcześniej przedsięwzięli pewne środki ostrożności. Umieścili swoje dzieci, Ewilan i Akira, w drugim świecie, dla bezpieczeństwa wymazując ich wspomnienia. Dobrze zrobili, gdyż wkrótce ponieśli klęskę i zaginęli. Sytuacja wymknęła się jednakże spod kontroli Éléi. Z kolei ona została zdradzona przez Ts’żerców i uwięziona z dziewięcioma innymi Wartownikami na skrajnej północy Imperium, w opuszczonym mieście, legendarnym Al-Poll, stworzonym częściowo przez Merwyna. Tajemniczy i budzący trwogę Strażnik miał za zadanie uniemożliwienie komukolwiek zbliżenia się do nich. Następnie Ts’żercy zablokowali dostęp do Wyobraźni, zakładając zatrzask w Zwojach, i hordy Raïsów napadły na Imperium. Gwendalavir, pozbawiony wsparcia rysowników, opierał się z wielkim trudem. Jakieś uwagi?

Nikt ze słuchających nie zareagował. Doume zmarszczył brwi. Z roku na rok kandydaci stawali się bardziej tchórzliwi, zanikały tradycje. Mężczyzna z trudem powstrzymał pomruk rozczarowania i podjął:

– Tak wyglądała sytuacja w momencie przybycia Ewilan i jej przyjaciela Salima. Ewilan natychmiast została wciągnięta w wir rozbieżnych interesów. Posiadała właściwie nieograniczoną moc, przewyższającą zdolności jakiegokolwiek rysownika. Świadomi tego Ts’żercy chcieli jej śmierci, podczas gdy Éléi Ril’ Morienval, której udało się z nią skontaktować, zależało, aby dziewczyna odnalazła swojego brata, który uwolniłby więzionych Skrzepłych Wartowników, co w jej mniemaniu potrafił uczynić. Wrócimy jeszcze do tematu Skrzepłych i przestudiujemy rysunek Ts’żerców, który zdołał unieruchomić elitę alaviriańskich rysowników i pozbawić ją władzy. Wiedzcie po prostu, że zbudzenie Skrzepłych było zadaniem niesłychanie skomplikowanym, wymagającym wyjątkowej mocy. Na szczęście Ewilan otoczona była przyjaciółmi. Edwin Til’ Illan, generał alaviriańskiej armii i legendarny wojownik; Duom Nil’ Erg, słynny analityk, który w tamtych czasach nie był już młodzieńcem; Bjorn, rycerz o lojalnym sercu; Maniel, żołnierz o barkach tytana; jak również...

Kronikarz przerwał, widząc, że dziewczyna o rudych włosach podniosła rękę.

– Słucham?

– Czy Edwin Til’ Illan, o którym pan mówi, to ten sam, który jako pierwszy pokonał Ts’żercę w pojedynku?

– Tak, to właśnie ten. Gratuluję bystrości.

– I pięknych oczu... – szepnął ktoś z przekąsem.

Uwaga wywołała dyskretne śmiechy, które kronikarz, jako doświadczony mówca, zignorował.

– Nieco później do tej grupy dołączyła Ellana Caldin, tajemnicza i buntownicza kobieta należąca do gildii cieniołazów. Wszyscy razem wyruszyli do Al-Jeit, naszej stolicy, stawiając czoło tysiącu niebezpieczeństw. Mistrz Duom, chociaż przekonany o zdradzie Éléi Ril’ Morienval, mimo wszystko zgodził się z jej słowami. Akiro, starszy brat Ewilan, wydawał się najodpowiedniejszą osobą do zbudzenia Skrzepłych. Należało umieścić Ewilan w bezpiecznym miejscu, do czasu, aż będzie w stanie wyruszyć na jego poszukiwanie. Los Imperium spoczywał w jej rękach.

W sali rozległ się lekki szmer zaniepokojenia, świadczący o tym, że słuchano z uwagą. Doume położył mu kres jednym chrząknięciem.

– W czasie podróży – kontynuował – Ellana została ciężko ranna, ratując życie Ewilan. Ponieważ Ewilan opanowała już wykonywanie przejścia w bok, postanowiła dłużej nie zwlekać. W towarzystwie Salima opuściła nowo odkryty świat w celu odnalezienia Akira i przekonania go, żeby uratował Gwendalavir. Niestety, ich wysiłek nie przyniósł zamierzonych efektów. Akiro nie miał najmniejszej ochoty rzucić się w wir przygód i, co najistotniejsze, zdawał się posiadać tylko zalążkową moc, niewspółmierną do zadania, które zamierzano mu powierzyć. W zaistniałej sytuacji Ewilan i Salim postanowili wrócić sami, żywiąc jednak w sercach nikłą nadzieję: Élicii Gil’ Sayan udało się nawiązać kontakt z córką. Matka Ewilan żyła.

Kronikarz zamilkł. Kandydaci wpatrywali się w niego zasłuchani, czekając w prawie nabożnej ciszy, aż podejmie opowieść. Doume wypił niespiesznie szklankę wody, wytarł usta wierzchem dłoni i ze swadą zamiłowanego mówcy rozpoczął drugą część historii:

– Zadanie zbudzenia Wartowników i wyzwolenia Gwendalaviru przypadło teraz Ewilan. Dziewczyna w otoczeniu przyjaciół wyruszyła w drogę do stolicy. Do podróżnych przyłączył się marzyciel z Ondiany, Artis Valpierre, który dzięki swej uzdrowicielskiej mocy wielokrotnie uratował uczestnikom wyprawy życie. Ts’żercy zdawali sobie sprawę, że jeżeli Wartownicy zostaną uwolnieni, zniszczą niezwłocznie zatrzask założony w Zwojach, zmieniając w ten sposób przebieg wojny. Z tego względu za nadrzędny cel postawili sobie wyeliminowanie Ewilan. Żeby to osiągnąć, nasłali na uczestników wyprawy hordy Raïsów. Na szczęście Ewilan i jej towarzysze zdołali im uciec. Kiedy ostatecznie doszło do starcia, walczącym przyszli z pomocą Faëlsi, osobliwy lud, żyjący na terenach położonych za lasem Baraïl. Wtedy właśnie do wyprawy dołączył Faëls Chiam Vite. W Al-Jeit wszyscy spotkali się z Sil’ Afianem, Cesarzem Gwendalaviru, po czym wyruszyli w kierunku Al-Poll, miasta, w którym przetrzymywani byli Wartownicy. Popłynęli statkiem w górę Pollimage, aż do jeziora Chen. Tam Ewilan spotkała Damę, olbrzymiego wieloryba o niezwykłej mocy, który wyjawił jej, że jest mu potrzebna, nie tłumacząc nic więcej. Później, kiedy Ewilan została zaatakowana przez ghula, interwencja Damy ocaliła jej życie2.

Kronikarz pochylił się do słuchaczy i wiedząc, że wywoływało to dobry efekt, zniżył głos, jakby przechodził do poufnych zwierzeń.

– W drodze do Marchii Północnej Ewilan stopniowo nabierała pewności, że jej rodzice żyją, i przysięgła sobie, że gdy tylko będzie to możliwe, wyruszy na ich poszukiwanie. Dlatego przy okazji spotkania z Éléą Ril’ Morienval musiała zdobyć najważniejszą informację: gdzie Altan i Élicia byli przetrzymywani.

Studenci podnieśli ręce, żeby zapytać o szczegóły, jednak Doume Fil’ Battis zignorował ich i podjął zwykłym tonem:

– Wyprawa dotarła w końcu do Al-Poll. Tam okazało się, że Wartowników pilnuje Smok, trzymany na uwięzi przez rysunek Ts’żerców. Ewilan zrozumiała, że jest on Bohaterem Damy i że Dama oczekuje od niej, iż go wyzwoli. Dziewczyna dokonała tego, po czym uwolniła Wartowników. Smok odwdzięczył się jej, przychodząc z pomocą Bjornowi, Manielowi i Chiamowi, którzy osłaniali tyły wyprawy przed hordą Raïsów. Wyswobodzeni Wartownicy udali się do Cytadeli Przygranicznych, żeby wspomóc armię cesarską. Ewilan nie zdążyła wypytać Éleę Ril’ Morienval o los swoich rodziców, wiedziała jednak, że spotka Wartowniczkę w Cytadeli oddalonej o kilka dni marszu. Skrzepli byli wolni, Wyobraźnia znowu dostępna, a ludzie na drodze do zwycięstwa. Ewilan ocaliła Gwendalavir!

Ruda studentka wstała.

– Misja Ewilan na tym się nie kończy. Ona...

Kronikarz uciszył ją uspokajającym gestem.

– Spokojnie, młoda damo! Ewilan spełniła pokładane w niej nadzieje, lecz jej misja tak naprawdę dopiero się zaczynała. Musiała teraz dotrzeć do Cytadeli, żeby spotkać się z Éléą Ril’ Morienval i w pewnością stawić jej czoło. Ufała, że powiedzie się jej w tym starciu, mimo to decyzja Ellany przyćmiła jej radość. Młoda kobieta postanowiła opuścić grupę i udać się na południe, a Salim, który przysiągł, że będzie jej towarzyszył, odjeżdżał wraz z nią! Nic nie zdołało zmienić decyzji Ellany i Ewilan z ciężkim sercem ruszyła w dalszą drogę. Bez przyjaciela!

Cytadela

1

Wilki północy: potężne i niezwykle inteligentne ssaki, polujące w stadach. Są groźniejsze od ogrów i prawie tak niebezpieczne jak ghule. Na szczęście bardzo mało interesują się ludźmi i ich poczynaniami. Chyba że są głodne...

Encyklopedia wiedzy i mocy

Bjorn, czy to normalne, że latem pada śnieg?

Rycerz podrapał się po podbródku z kilkoma włoskami na krzyż, które starał się przeistoczyć w brodę.

– Nie mam pojęcia, Ewilan – oświadczył w końcu. – Nie mam najmniejszego pojęcia! Wkraczamy do Marchii Północnej, krainy Przygranicznych. Na temat tego regionu krąży wiele opowieści. Tutaj pewne jest tylko jedno: nic nie jest takie, jak zazwyczaj!

Camille westchnęła. Przed jej ustami pojawił się obłoczek pary, który po chwili zdmuchnął zimny, wiejący od gór wiatr. Dziewczyna opatulona była w grubą wełnianą pelerynę, na głowie miała kaptur podbity futrem, a mimo to zimno przenikało ją na wskroś i była przekonana, że przy najmniejszym uderzeniu jej palce rozbiłyby się na tysiąc kawałków.

Barwy traw i drzew zacierały się w oddali pod cienką warstwą na razie delikatnego, przezroczystego śniegu. Niebo było zachmurzone, a słońce całkiem niewidoczne. Pierwsze płatki zaczęły prószyć wczesnym popołudniem, dostrajając pejzaż do nastroju Camille.

Dziewczyna po raz kolejny przypomniała sobie rozstanie z Salimem i po raz kolejny zacisnęła szczęki, żeby się nie rozpłakać.

Wyjechali wcześnie. Ellana nie chciała przedłużać bolesnego rozstania, pożegnali się więc szybko. Mimo to w oczach wielu osób pojawiły się łzy, a Bjorn otwarcie płakał.

Salim, jak nigdy, prawie się nie odzywał. Spojrzenie miał nieobecne, jakby celowo uciekał od niemożliwej do zniesienia rzeczywistości, i starannie unikał zbliżania się do Camille. Zarzucił torbę na ramię, zdając się nie odczuwać szczególnych emocji, i dopiero po przejściu kilku kroków wybuchnął:

– Trzy lata i ani dnia więcej! Przysięgam, Camille!

Następnie odwrócił się do Ellany:

– Na co czekasz? Musimy jechać, już czas!

Młoda kobieta przeciągle westchnęła. Jej zachowanie świadczyło o wewnętrznym rozdarciu. Patrzyła raz po raz to na Salima, to na Camille, zatrzymując czasami wzrok na Edwinie, który przyglądał jej się uważnie.

Otworzyła usta, jakby chciała coś powiedzieć, lecz zmieniła zamiar i chwyciła wodze konia.

– W drogę! – rzuciła niepewnym głosem.

Ellana i Salim powędrowali na południe, nie odwracając się, a Szmer podążył spokojnie za nimi. Camille poczuła ból w piersi, jakby jej serce zgnieciono jak papierową kulkę.

Bjorn i Maniel również postanowili udać się do Cytadeli, aby dołączyć tam do cesarskiej armii. Natomiast Artis Valpierre i Chiam Vite, nie zwlekając, ruszyli swojądrogą.

– My musieć pokonać płaskowyż Astariul – wyjaśnił Faëls. – Wy nie być zdziwieni, że my chcieć jechać szybko i wykorzystać jasność dnia...

– Tak rzeczywiście będzie rozsądniej – przyznał Edwin. – Bądźcie ostrożni – dodał. – Ghule, chociaż najniebezpieczniejsze, nie są jedynymi stworzeniami grasującymi na płaskowyżu.

Jednak Chiam tylko nonszalancko wzruszył ramionami.

Zanim się rozstali, Artis podszedł do Camille.

– Do widzenia, panienko – rzekł. – Będę przy tobie myślami. Jestem przekonany, że odnajdziesz swoich rodziców.

Camille pocałowała Marzyciela w oba policzki, co spowodowało, że mężczyzna się zaczerwienił.

Upłynęły trzy dni, a grupie nadal trudno było odzyskać równowagę. Nawet nadzieje związane z powrotem Skrzepłych Wartowników nie były w stanie przeciwważyć rozpaczy Camille. Edwin także był w dziwnie ponurym nastroju, a mistrz Duom, który powoził zaprzęgiem, stracił wszelką ochotę na rozmowę. Bjorn i Maniel podejmowali nędzne próby, mające na celu rozbawienie towarzyszy, przeważnie jednak bez rezultatu.

Camille nie potrafiła skupić myśli na czekającym ją zadaniu. Chociaż z całego serca pragnęła uwolnić rodziców, prześladował ją obraz Salima. Przeżyli wspólnie tak wiele, że bez przyjaciela czuła się jak okaleczona. Bardzo za nim tęskniła i wciąż sobie wyrzucała, że nie potrafiła go zatrzymać. Brakowało jej wszechobecności Salima, jego słów, jego nieustających żartów...

Z ponurych rozważań wytrąciło ją zachowanie jej wierzchowca. Jabłkowita klacz była wyraźnie zdenerwowana.

– Spokojnie, Akwarelo – zanuciła łagodnie Camille. – Spokojnie...

Po chwili ogiery Bjorna i Maniela zatupały niecierpliwie kopytami, a Kokoszka i Koszałka, konie zaprzęgowe, potrząsnęły uprzężą. Pokrzywa, która podążała za grupą, przywiązana do wozu, zarżała przeciągle.

Przy rozstaniu z Salimem i Ellaną wspólnie ustalili, że najlepiej będzie, jeśli dodatkowa klacz, która towarzyszyła im od Al-Jeit, zostanie z większą częścią grupy. Salim nie umiał jeździć konno, a Maniel i Bjorn potrzebowali konia na zmianę. Ellana zakończyła dyskusję, stwierdzając, że znajdzie wierzchowca dla Salima, kiedy chłopiec będzie gotowy do podjęcia nauki jazdy konnej.

Edwin nie nalegał. Pokrzywa była narowistą klaczą, która łatwo się płoszyła, czemu właśnie dawała dowód, wzmagając niepokój innych zwierząt.

– Dlaczego są takie pobudzone? – zapytała Camille, odwracając się do przyjaciół.

– Wyczuwają coś, czego my nie dostrzegamy i co wzbudza w nich strach. Trudno stwierdzić, co...

– Patrzcie! – zawołał Bjorn, wyciągając ramię w kierunku pagórka porośniętego gęstą roślinnością. – Wraca Edwin. Może on będzie wiedział coś więcej.

Konie żołnierzy, przyzwyczajone do posłuszeństwa, uspokoiły się, natomiast Pokrzywa stanęła niespodziewanie dęba. Postronek, którym była przywiązana, zerwał się i klacz popędziła na południe. Maniel chciał ruszyć za nią w pościg, lecz zatrzymał go okrzyk nadjeżdżającego galopem Edwina:

– Nie!

Fechtmistrz zatrzymał się gwałtownie koło wozu. Na jego twarzy malowało się napięcie.

– Wilki! – powiedział zdyszanym głosem. – Stado wilków północy! Sądząc po ich wyciu, są bardzo głodne. Nie zawahają się zaatakować ludzi. Jesteśmy w niebezpieczeństwie...

Mężczyzna rozejrzał się uważnie dookoła, po czym wskazał skraj iglastego lasu, oddalony o kilkaset metrów.

– Tam się schronimy. Ruszajmy!

W czasie jazdy Camille odwracała się kilkakrotnie, jednak padający teraz gęsty śnieg zasłaniał widok. Kiedy dotarli do drzew, Edwin zeskoczył na ziemię.

– Wspinaj się! – polecił Camille, wskazując wysoką choinę.

– Ale...

– Nie dyskutuj! Wilki północy są groźne jak ogry. Musimy schronić się w bezpiecznym miejscu.

Camille zamilkła, uchwyciła się pierwszej gałązi, weszła bez przeszkód na wysokość, którą oceniła jako wystarczającą, i stanęła na rozwidleniu gałęzi. Edwin rzucił jej trzy torby, które udało jej się jakoś przymocować obok siebie. W tym czasie mistrz Duom z trudem wspinał się na pobliskie drzewo o niskich gałęziach.

Bjorn i Maniel z kolei, wykonując rozkazy Edwina, wyprzęgli Kokoszkę i Koszałkę.

Edwin wydawał żołnierzom pospieszne polecenia.

– Uwolnimy nasze wierzchowce i zaczekamy na ziemi. Sprowokujemy wilki do zaatakowania nas, żeby dać koniom czas do ucieczki. Na mój znak natychmiast schronicie się na drzewach. Nie mamy żadnej szansy w bezpośrednim starciu z tymi bestiami, chodzi tylko o to, by chwilowo je zatrzymać. Zrozumiano?

Wprowadzając słowa w czyn, Edwin klepnął swojego konia. Zwierzę, które grzebało kopytami w ziemi, coraz bardziej nerwowe, ruszyło galopem, a za nim podążyły dwa konie pociągowe i ogiery żołnierzy. Akwarela podniosła łeb ku swojej pani, jakby wahała się, czy ją zostawić.

– Uciekaj, Akwarelo, szybko! – zawołała Camille. – Wilki są tuż-tuż!

Słowa Camille oraz uderzenie, które Edwin wymierzył w zad klaczy, spowodowały, że Akwarela wyskoczyła do przodu. Nie zwlekając już, ruszyła w ślad za innymi.

Był najwyższy czas.

Camille usłyszała pierwszy odgłos wycia i poczuła w sercu lęk. Głosy drapieżnych zwierząt obudziły w niej pierwotny strach, który spowodował, że miała ochotę się ukryć. Rozdzierające wycie przybrało na sile, aż wypełniło całą przestrzeń, po czym stopniowo osłabło i ucichło.

Stojący pod drzewami Bjorn i Maniel ściskali niespokojnie broń, a Edwin starał się przeniknąć wzrokiem gęstą zasłonę śniegu.

Niespodziewanie na wycie wilków nałożył się odgłos kopyt cwałującego konia.

Pole widzenia Camille, tkwiącej na drzewie, nie przekraczało trzystu metrów, niemniej to ona pierwsza zauważyła dwóch jeźdźców, zbliżających się pędem na jednym wierzchowcu.

Za uciekającymi gnało stado ciemnych, zatrważających kształtów, które trudno było rozpoznać, takie były masywne i szybkie. Wilki północy miały niewiele wspólnego z trzymanymi w niewoli zwierzętami, które Camille widziała w dzieciństwie w zoo i które zawsze kojarzyły się jej z wychudłymi, niemrawymi psami.

Przywódcą stada było zwierzę o sierści czarnej jak noc, mierzące ponad metr w kłębie. Wilk gnał tuż za uciekinierami.

Camille z przerażeniem pomyślała, że jeszcze moment i jego kły niechybnie wbiją się w pęciny konia. Zmrużyła oczy, starając się rozpoznać jeźdźców. Kiedy jej się to udało, z zaskoczenia omal nie spadła z drzewa. Przytrzymała się w ostatniej chwili i wykrzyknęła:

– To Salim! To Salim i Ellana!

2

Czy porozumiewanie się za pomocą telepatii jest naprawdę ściśle związane ze Sztuką Rysunku? Różne są w tej kwestii zapatrywania. Z jednej strony bezsporny jest fakt, że tylko rysownik wysokiego szczebla jest w stanie skontaktować się w myślach z wybraną osobą, jednak z drugiej strony nie można zaprzeczyć, że kiedy kontakt zostanie już nawiązany, każdy potrafi prowadzić w ten sposób rozmowę...

Elis Mil’ Truif, mistrz rysunku Akademii w Al-Jeit

Edwin wbił szablę w ziemię i trzymał łuk w gotowości. Naciągnął cięciwę, zbliżając lotkę strzały do policzka, i czekał.

Ellana i Salim usłyszeli krzyk Camille i odbili w kierunku grupy. Koń Ellany, obciążony podwójnym brzemieniem, wyprzedzał zaledwie o metr pierwszego wilka. Dzikie zwierzę skoczyło nagle do przodu.

Edwin rozwarł palce. Był znakomitym strzelcem, a jego łuk stanowił zatrważającą broń. Śmiercionośna strzała pomknęła tak szybko, że była prawie niewidoczna, a mimo to wilk, jakby ostrzeżony szóstym zmysłem, uniknął jej, robiąc zdumiewający przewrót. Strzała wpadła w zarośla.

Dzięki akcji Edwina uciekinierzy zyskali jednak kilka cennych sekund. Znaleźli się przy wozie i zeskoczyli na ziemię.

– Przywiążcie konia! – nakazał im Edwin. – Jeżeli ucieknie, będzie po nim!

Ellana i Salim natychmiast wykonali polecenie, jakby nigdy nie opuścili grupy, po czym młoda kobieta rzuciła do Salima:

– Wchodź na drzewo!

Salim wahał się tylko przez moment, po czym błyskawicznie wspiął się po gałęziach choiny rosnącej nieopodal tej, na której schroniła się Camille.

Wilki się zatrzymały. Mogłoby się wydawać, że nagle przestały interesować się ludźmi. Oczywiście, wcale tak nie było. Jakby wprowadzając w życie starannie opracowaną strategię, rozproszyły się i bardzo szybko otoczyły swoje ofiary. Samiec przewodzący stadu znalazł się na wprost ludzi i przypatrywał im się uważnie wzrokiem błyszczącym inteligencją.

Edwin znowu napiął łuk i wypuścił strzałę. Wilk uniknął jej z nie większym trudem niż poprzedniej. Mężczyzna się skrzywił.

– Paskudna sytuacja! Będziemy musieli schronić się na drzewach.

– Nie zostawię Szmera na pastwę tych bestii! – zawołała Ellana. – To tylko wyrośnięte dzikie psy.

– Mylisz się – mruknął Edwin. – Mamy do czynienia z wilkami północy. Dobrze je znam. Nie mamy żadnej szansy...

Tkwiąca na drzewie Camille zamierzała właśnie odezwać się do Salima, kiedy poczuła, że mistrz Duom zaczyna rysować. Natychmiast przeklęła w myśli swoje rozkojarzenie i podążyła za nim do Wyobraźni.

Wyłoniła się już po sekundzie.

Doznanie było niewiarygodne. Znajdowała tylko jeden sposób na określenie tego, co czuła: ześlizgiwała się jak po tafli lodu! Wznowiła próbę i ponownie została wyrzucona z Wyobraźni.

Mistrz Duom tupnął ze złością nogą na konarze.

– Hiatus! Tylko tego nam brakowało!

– Co się dzieje? – zaniepokoiła się Camille. – Nie udaje mi się rysować.

– Marchia Północna to kraina szaleńców! – uniósł się stary analityk. – Jedynie tutaj tworzą się Hiatusy! Te miejsca nie podlegają klasycznym prawom Rysunku! Moc w nich pulsuje: niekiedy jest bardzo intensywna, a czasem, jak teraz, zupełnie zanika.

– Ale dlaczego? – zapytała, nie rozumiejąc, Camille.

– Często tłumaczy się to zjawisko przygranicznym pochodzeniem Merwyna. To uproszczone wyjaśnienie, które mnie nie satysfakcjonuje, ale niech skrzepnę, jeśli istnieje inne!

U ich stóp Bjorn wydał ostrzegawczy okrzyk. Wilk o brunatnej sierści ruszył prosto na nich, lecz w ostatniej chwili zwinnie wyminął ludzi i wycofał się, zostawiając miejsce innemu zwierzęciu, które skoczyło z boku. Bjorn ledwie uniknął jego kłów, a cios toporem, który wymierzył bestii, nawet jej nie musnął. Dzikie zwierzęta znowu oddaliły się miękkim krokiem poza zasięg broni.

Camille jeszcze raz spróbowała wejść do Zwojów, jednak i tym razem jej się nie udało. Zaczęła natomiast wyczuwać moc emanującą z lasu, w którym się schronili. W jej głowie rezonowały coraz mocniejsze głuche uderzenia. Salim poruszył się niespokojnie.

– Camille... – zaczął, po czym umilkł. Zadrżał, a jego stopa zsunęła się z gałęzi, na której stał. Na czole chłopca pojawiły się wielkie krople potu. Camille krzyknęła alarmująco, lecz sytuacja stała się krytyczna i nikt nie zwrócił na to uwagi.

Wilki już atakowały. Ludzie, którzy zostali na ziemi, ustawili się plecami do siebie, obok przerażonego Szmera.

Atak wilków okazał się pozorny. Zalśniły kły, kłapnęły szczęki, nie popłynęła jednak krew. Ostrza świsnęły w powietrzu, a wilki wycofały się nietknięte.

– Musimy schronić się na drzewach! – zdecydował Edwin. – W przeciwnym razie przy następnym ataku jeden z nas zginie. Koń jest stracony, nic nie możemy dla niego zrobić.

Nie czekając na odpowiedź, mężczyzna wyciągnął rękę do postronka, którym przywiązany był Szmer. Ellana patrzyła na to w milczeniu, z rozdartym sercem.

W tej samej chwili Salim zawył i zeskoczył z drzewa. Wylądował miękko, przekoziołkował i znalazł się w przysiadzie, o mniej niż krok od czarnego wilka.

Zwierzę obnażyło dziąsła, ukazując przerażające kły, a jego uszy stanęły w szpic. Już miał zaatakować, kiedy Salim zaczął wydawać wibrujące, gardłowe dźwięki. Edwin znieruchomiał z naciągniętym łukiem w dłoni.

Wilki, ignorując swoje potencjalne ofiary, zbliżyły się do dwóch przeciwników, formując wokół nich krąg uważnych spojrzeń. Postawa czarnego samca stała się jeszcze bardziej agresywna, sierść na jego karku się zjeżyła. W odpowiedzi wzmogło się warczenie Salima. Chłopak zaczął przemieszczać się powoli w bok. Wilk podążył za tym ruchem i wkrótce Salim znalazł się twarzą do przyjaciół.

Camille powstrzymała okrzyk zdumienia. Oczy Salima lśniły dzikim blaskiem widocznym z odległości kilku metrów. Były żółte!

Salim zdawał się nabierać mocy i ruszył prosto na przeciwnika. Wilk już nie warczał. Po chwili niespodziewanie przywarł do ziemi z uszami przylegającymi do głowy. Stado poruszyło się niespokojnie i kilka rozsierdzonych zwierząt obnażyło kły. Kiedy jednak Salim wydał głuchy pomruk, uspokoiły się w jednej chwili. Chłopak położył rękę na łbie samca nadal leżącego na ziemi i pochylił się nad nim. Camille przestała oddychać.

Kiedy jej przyjaciel wbił energicznie zęby w ucho czarnego wilka, nie udało jej się powstrzymać krzyku.

Nie rozległ się żaden inny dźwięk.

Jak gdyby ugryzienie było potwierdzeniem porażki zwierzęcia, wielki samiec podniósł się i otrząsnął. Jeden z pozostałych wilków przygotowywał się, żeby skoczyć mu na kark, jednak stary przywódca przewrócił go bez trudu na grzbiet i złapał za gardło. Chwilę trzymał go na swej łasce, a kiedy miał już pewność, że tamten się poddał, rozluźnił uścisk kłów.

Przywróciwszy w ten sposób swoje zwierzchnictwo nad stadem, odwrócił się i odszedł drobnymi krokami. Reszta wilków podążyła za nim, nie obdarzając ludzi nawet przelotnym spojrzeniem.

Salim runął na ziemię i już się nie poruszył.

Edwin i Ellana rzucili się do niego. Camille zeszła prędko z drzewa i pędem dotarła do przyjaciela.

– Co to... – zaczęła, po czym urwała, zdając sobie z czegoś sprawę. Jej oczy rozszerzyły się ze zdumienia.

Salim spał głębokim snem.

3

Cóż takiego, do diabła, mógłbym wam zdradzić na temat Merwyna Ril’ Avalona, co do tej pory jeszcze nie zostało powiedziane? Może pewną wątpliwość albo raczej podejrzenie, które zrodziło się w moim umyśle kilkadziesiąt lat temu i które rosło, aż stało się przekonaniem: Merwyn nie był rysownikiem! Był kimś znacznie więcej...

Mistrz Duom Nil’ Erg, przemowa rozpoczynająca 345. posiedzenie zgromadzenia gildii analityków

Zapadła noc. Na polanie nieopodal skraju lasu paliło się ognisko. Zgromadzeni wokół płomieni podróżni starali się ogrzać. Przychodziło im to z trudem. Wprawdzie śnieg przestał już padać, jednak powietrze nadal było mroźne, a silny wiatr przenikał przez ubrania.

Przed nastaniem zmroku Bjorn i Maniel zdemontowali drabiny oraz ławkę wozu i użyli ich do skonstruowania prymitywnych platform w koronach drzew.

– Nie sądzę, żeby wilki wróciły – stwierdził Edwin. – Mimo to lepiej nie ryzykować. Tę noc spędzimy na wysokości.

Salim nadal spał. Bardzo mocno. Nie zdołali go obudzić. Owinęli więc go dwiema kołdrami, po czym położyli w kręgu ciepła promieniującego od ogniska.

– Czy ktoś może mi wytłumaczyć, co przydarzyło się temu chłopcu? – zapytał Bjorn.

– Efekt Merwyna... – odparł lakonicznie mistrz Duom.

– To znaczy? – Bjorn nie dawał za wygraną.

– W Marchii Północnej można zaobserwować dziwne zjawiska związane ze Sztuką Rysunku, które analitycy od wieków na próżno starają się wyjaśnić. Wszystkie prowadzone badania wiodą w ślepy zaułek, na którego końcu znajduje się Merwyn!

– Nie rozumiem, jaki to ma związek z Salimem... – drążył Bjorn.

– Zaraz do tego dojdę. Niektóre miejsca są dosłownie przesycone mocą Merwyna. Czy to dlatego, że w nich przebywał, czy też dlatego, że miały dla niego szczególne znaczenie. Nazywa się je Hiatusami. Wszystkie nie są znane, daleko od tego, i jeżeli niektóre są bardzo rozległe, to inne z kolei można pokonać jednym krokiem. Rysowanie w Hiatusie często okazuje się niemożliwe i zawsze jest ryzykowne. Zdarzają się w nich osobliwe rzeczy i Alavirianie zazwyczaj ich unikają. Co ciekawe, w Cytadeli nie zauważono nigdy żadnego dziwnego wypadku, chociaż aura Merwyna jest tam niezwykle silna. Mury, sale dosłownie się w niej pławią. Jak daleko sięga pamięć analityków, nikt tam nigdy nic nie narysował.

– Pomijając Strażnicę... – uściślił Edwin.

– Tak, to prawda – przyznał mistrz Duom. – Strażnica jest wyjątkiem potwierdzającym regułę!

Bjorn podrapał się po podbródku.

– Jestem tylko nędznym rycerzem, który z pewnością zbyt wiele razy oberwał po głowie, ale nadal nic nie rozumiem! Jak to się stało, że oczy Salima nagle stały się żółte? I dlaczego zaczął udawać wilka?

– Jesteśmy w Hiatusie, Bjorn! – wykrzyknął stary analityk. – Coś musiało drzemać w duszy chłopca. Moc Merwyna wydobyła to na powierzchnię i wywołała przemianę.

– Salim przemieni się w wilka?

Mistrz Duom wzniósł oczy do nieba.

– Prędzej ty przemienisz się w ropuchę! Salim tak naprawdę nie stał się wilkiem i jego „przemiana” jest jedynie tymczasowa! Najprawdopodobniej, kiedy się obudzi, w ogóle nie będzie pamiętał, co się wydarzyło. Hiatusy, nawet jeżeli są źródłem dziwnych zjawisk, nigdy nie wywołują fatalnych skutków. Prawdę mówiąc, sądzę, że to sposób, który Merwyn znalazł, żeby na przestrzeni wieków przychodzić ludziom z pomocą. Przypominam ci, że nieoczekiwana interwencja Salima wybawiła nas z poważnej opresji.

Przez kilka minut ciszę przerywało jedynie trzaskanie palących się gałęzi, po czym Edwin splótł dłonie na karku i się przeciągnął.

– A więc? – zapytał lakonicznie, nie zwracając się do nikogo w szczególności, mimo to wszystkie spojrzenia bezwiednie skierowały się na Ellanę.

Na twarzy młodej kobiety pojawił się uśmiech.

– A więc brakowało nam was! Przepraszam, ale publiczne mówienie o uczuciach nie jest w moim stylu i nie powiem nic więcej.

Bjorn pogłaskał się po zaczątkach brody i otworzył usta. Oczy śmiały mu się już na myśl o żartobliwych słowach, które miał zamiar wypowiedzieć, Ellana jednak zepsuła jego plany:

– Zanim coś powiesz, lepiej się zastanów! – poradziła z błyskiem w oczach. – Widzę, że przydałoby ci się golenie, nie prowokuj mnie...

Bjorn machnął ręką z rezygnacją, a Maniel wymierzył mu przyjacielskiego szturchańca.

Edwin przypatrywał się uważnie młodej kobiecie. Kiedy to zauważyła, na jej policzki wypłynął rumieniec.

– Ogromnie się cieszę, że wróciliście... – powiedział.

Ellana wstała i kryjąc zmieszanie, podeszła do Salima zwiniętego w kłębek pod przykryciami. Camille podążyła za nią. Chłopak cicho chrapał, oddychał jednak głęboko i regularnie.

– Dziękuję – szepnęła Camille, ujmując rękę Ellany.

– Nie powinnaś mi dziękować – odparła młoda kobieta. – Nie zrobiłam tego wyłącznie dla ciebie...

Camille spojrzała znacząco na Ellanę.

– O tym chyba wiedzą wszyscy...

Przyjaciółki wybuchnęły śmiechem. Po chwili Camille spoważniała.

– Nie będziesz miała problemów z gildią? – zmartwiła się.

Ellana wzruszyła ramionami.

– Przystępując do organizacji, cieniołaz akceptuje pewne zasady, których nigdy nie naruszy, jednak poza tym jest całkowicie wolny. Salim zostanie wtajemniczony i do mnie należy wybór odpowiedniego momentu, żeby to uczynić. Do tego czasu nadal będę go kształcić.

– Dlaczego więc od nas odeszłaś? – zapytała ze zdumieniem Camille.

– Być może bałam się uczuć, które sobie uświadomiłam i do których nie chciałam się przyznać.

– Chodzi o Edwina?

– Tak. I o ciebie. I Bjorna. I nawet Maniela i mistrza Duoma! Opuszczenie was pozwoliło mi zrozumieć, jak bardzo mi na was zależy.

Camille pochyliła się i pocałowała Ellanę w policzek.

– Byłabym naprawdę idiotką, gdybym nie wróciła! – zakończyła Ellana.

Noc nie przyniosła podróżnym wytchnienia.

Było bardzo zimno, a spanie na desce umocowanej na drzewie nie należało do najprzyjemniejszych. O świcie Camille obudziła się cała zdrętwiała. Przeciągnęła się niespiesznie. Poprzez gałęzie widziała, jak niebo zabarwia się na idealny błękit. Nie dostrzegła na nim ani jednej chmurki.

Odwiązała linkę, która zabezpieczała ją w czasie snu, i ześliznęła się na ziemię. Maniel, który jako ostatni pełnił wartę, spojrzał na nią zdziwiony, Camille jednak uspokoiła go, wskazując wymownie najbliższe krzaki. Żołnierz zrozumiał, uśmiechnął się i odwrócił wzrok.

Pokryta szronem ściółka trzeszczała pod stopami. Camille zdumiała ilość śladów pozostawionych przez nocne zwierzęta. Chwilę szła, po czym nagle zmarszczyła brwi.

Głuche uderzenia, które słyszała wczoraj, rozległy się znowu, bardziej intensywne, bardziej określone. Camille zdawała sobie sprawę, że tak naprawdę nie były to realne dźwięki i że być może tylko ona je wychwytywała. Zlokalizowała mniej więcej źródło pulsowania, odruchowo odsunęła niską gałąź i zagłębiła się w zagajnik.

Drzewa o niebieskawych igłach rosły tu wyższe, bardziej strzeliste. Oszałamiająco zielone krzewy jałowca pokryte były intensywnie czerwonymi jagodami. Pnie przerzedziły się i przed Camille otworzyła się polana pachnąca żywicą, tchnąca spokojną, przyjemną atmosferą.

Camille wydawało się najpierw, że polana jest pusta, jednak po chwili zdała sobie sprawę, że tętnienie, które ją przyciągnęło, dochodziło z jej centrum. Na opadającej łagodnym stokiem ziemi leżała cienka warstwa śniegu, poprzecinana gdzieniegdzie kępami trawy, która oparła się przymrozkowi.

Camille czuła się dobrze. Pławiła się w dobroczynnej harmonii. Dziwne uderzenia naśladowały rytm jej serca.

Stopniowo na polanie zaczął materializować się kształt. Najpierw był przezroczysty, niemal iluzoryczny, następnie stał się wyraźniejszy, aż wreszcie sięgnął granicy rzeczywistości.

Na oczach Camille rodził się rysunek, a ona nie rozumiała, dlaczego się pojawiał i skąd pochodził.

Był to tęczowy blok o zaokrąglonych rogach, wysokości prawie metra i szerokości dwóch metrów. Spoczywał na różowym marmurowym cokole poprzecinanym białymi żyłkami. Promieniował mocą. Obiekt był tak doskonały, że mógł być wieczny, nie znajdując się tak naprawdę tutaj, mógł pojawiać się i znikać za sprawą mocy, której Camille nie pojmowała. Zagłębiał się tak daleko w rzeczywistość, że polana organizowała się wokół niego jak ostryga wokół perły.