Wyspa na Księżycu - William Blake - ebook + książka

Wyspa na Księżycu ebook

William Blake

0,0
16,00 zł

lub
Opis

Zbiór złożony z najważniejszych w dorobku Williama Blake’a Pieśni niewinności oraz Pieśni doświadczenia i uzupełniony o nieznaną dotąd prozę Wyspa na Księżycu ukazuje autora jako jednego z pierwszych diagnostów słabości nowoczesnej cywilizacji. Z tekstów pisanych na przełomie XVIII i XIX wyłania się obraz świata niebywale podobnego do współczesnego, w którym zysk i skarlała polityka zawładnęły ludzkimi umysłami, a jednostka praktykuje wolność jedynie w sferze marnej rozrywki. Summa poetycka genialnego angielskiego wizjonera w arcydzielnym przekładzie jego najlepszego interpretatora – Tadeusza Sławka.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB

Liczba stron: 64




Wyspa na Księżycu

Rozdz. 1

Na Księżycu jest pewna Wyspa nieduża opodal wielkiego kontynentu, która to wysepka zda się trochę przypominać Anglię, a co nadzwyczaj szczególne – ludzie są do Anglików podobni nad wyraz, a mowa ich tak bliska jest angielskiej, iż rzekłbyś, że wśród ziomków przebywać ci przyszło. Na Wyspie mieszka trzech Filozofów: epikurejczyk Przyssawka, stoik Ktosiek i Chłapołyk, który jest pitagorejczykiem. Określam ich mianem tych sekt, chociaż o samych sektach nie wspomina się tam nigdy, bo nazwy ich uchodzą za zamierzchłe; poglądy wszelako utrzymują się, podobnie jak próżność nadmierna ich ambicji. Trzej Filozofowie siedzieli sobie razem, a umysłów ich nie zaprzątało zgoła nic. Aż tu wchodzi pan Kolumna Etruska – antykwarysta znamienity – i po długiej wymianie zdań, niesłużącej niczemu, rozsiada się i wywód zaczyna prowadzić, którego nikt nie słucha. Tym się też trudzili, kiedy nadeszła (lekko zawiana) p. Obrotna. Kąciki jej ust – nie wiem, czemu mam to przypisać, może temu, iż chciała, byśmy jak najlepsze o niej powzięli mniemanie – dziwnie w dół opuszczone, zdały się znakiem, że za marne nas miała kreatury! Usadowiła się wygodnie i zdawała się słuchać z wielką atencją, jak antykwarysta rozprawia o czymś, a był to chyba wywód na temat cnotliwości kotów. Ale pozór był to jeno, bo myślała tylko o swoich ustach i oczach, on zaś własną sławę wieczystą miał na myśli. Z trzech Filozofów zaś każdy z wielkim wysiłkiem starał się, by nie roześmiać się nie tyle z siebie samego, ile z własnych fantazji. Tak miały się sprawy w tym wzniosłym towarzystwie, kiedy wpadł w wielkim pośpiechu imć Gaz Łatwopalny, zwany też Wiatrów Łapaczem. Tedy zerwać się z miejsc chcieli, by cześć sobie oddać wzajemną. Kolumna Etruska i Gaz Łatwopalny, spojrzenia w sobie utkwiwszy, języki rozpuścili w zalewie pytań i odpowiedzi, ale myśli ich trudniły się czymś innym zupełnie.

– Nie podoba mi się jego spojrzenie – rzekł Kolumna Etruska.

– Głupi niedorostek – uśmiechnął się doń Gaz Łatwopalny.

Temu zaś wielce budującemu dyskursowi z rozdziawionymi gębami przysłuchiwali się trzej Filozofowie – przy czym Cynik uśmiechał się, Epikurejczyk zdawał się badać uważnie płomień świecy, Pitagorejczyk zaś zabawiał się z kotem.

– Słuchaj, waszmość – rzekł antykwarysta. – Widziałem te dzieła i przysiąc mogę, że nie ma wśród nich nic wartościowego. Zda się, że to najmarniejsze, najnędzniejsze i najbardziej pokraczne rzeczy, jakie w ogóle...

– Co też mówisz, panie? Co też mówisz? – odparł Gaz Łatwopalny. –

Doprawdy... Skąd też to przyszło ci do głowy, rad bym twe zdanie zobaczyć na piśmie.

– Ależ, panie – mówił dalej antykwarysta – utrzymuję, że autor tego to dureń patentowany, a rozum jego błądzi w ciemności.

– A jakież powody sądu takiego, powody jakie? – Gaz Łatwopalny na to. – Nieładnie to durniem mianować kogoś, o kim pojęcia nie ma się żadnego.

– O powód pan pytasz? – prawił antykwarysta. – Przykład tedy taki ci podam, byś wiedział. Gdym szedł sobie ulicą, zoczyłem wielkie mrowie jaskółek na płocie starego gotyckiego placu. Pewnie, jak z Pliniusza dowiedzieć się można, do innych krain przelatywały. I gdym się tak ptakom przyglądał, dziwny jakiś jegomość, za rękaw mnie pociągnąwszy, głośno mnie spytał: „Powiedz mi, panie, do kogóż one wszystkie należą?”. Zwróciłem się tedy do niego z pogardą, mówiąc: „Idźże sobie, głupcze!”. „Głupcze?” – on na to – „czemu zwiesz mnie głupcem? Grzecznie tylko cię o coś spytałem”. Wielka mnie naszła ochota, by skórę mu mocno przetrzepać, tyle żem widział, że większy jest ode mnie.

W tym miejscu Kolumna Etruska rzecz urwał, Gaz Łatwopalny zaś, zebrawszy się w sobie, rzekł:

– Doprawdy, myślę, że jegomość ten nie był głupcem, pragnął wszak tylko zgłębić tajniki dzieła natury.

– Ha! Ha! Ha! – ozwał się Pitagorejczyk. Gaz Łatwopalny zaś powtórzył jego słowa, by zmienić na swą korzyść koleje sporu.

Kolumna Etruska zerwał się i pięści zacisnąwszy, już miał im dać odpór stosowny, gdy Anguł Rozwarty, wszedłszy do pokoju i grzecznie się wszystkim skłoniwszy, wyjął z kieszeni wielki kłąb papierów, usiadł, twarz chustką obtarł i oczy zamknąwszy, w czoło drapać się począł.

– Cóż to, panowie – ozwał się – o co ten spór zawzięty?

– Nic, tylko o Woltera tak się wadzą – objaśnił go Cynik.

– W rzeczy samej – dodał Epikurejczyk. – I mocno się z niego natrząsają.

– A duszom swym chcą nadać kształt materialny – rzekł Pitagorejczyk.

Anguł Rozwarty uśmiechnął się szyderczo i rzekł:

– Wolter w ogóle nie pojmował Matematyki, a kto nie pojmuje Matematyki, jest głupcem.

Gaz Łatwopalny obrócił się żywo na krześle i rzekł:

– Co tam Matematyka! On ważnych w Filozofii dociekał Pytań!

Anguł Rozwarty, oczy zamknąwszy, bowiem utrzymywał, że lepiej wszystko rozumiał, gdy oczy miał zamknięte, odparł:

– Zacznijmy od tego, że rzecz nie w tym, by zadawać pytania, lecz aby dawać odpowiedzi. Można bowiem być głupcem, zadając pytania, ale trzeba wykazać się rozsądkiem, by znać odpowiedzi. Pytanie i odpowiedź tak się różnią, jak linia prosta różni się od zawijasa. A dalej...

– A dalej, a dalej, a dalej, wynika z tego, że Wolter jest głupcem – rzekł Epikurejczyk.

– Phi – prychnął Matematyk, w głowę się drapiąc ze zdwojoną siłą – spierać się o to nie warto.

Antykwarysta powstał i odkaszlnąwszy dwa razy, by siłę swych płuc wykazać, tak się ozwał: – Ależ, drogi panie, Wolter w materii pogrążył się bez reszty i to jedynie pojmował, co ukazywało się jego oczom, niczym ten zwierzak, który na kolanach Pitagorejczyka z własnym igra ogonem.

– Ha! Ha! Ha! – Gaz Łatwopalny znów na to. – Wielką był chlubą Francji. A ja mam flakonik z powietrzem zdolnym szerzyć zarazę.

W tym momencie antykwarysta, wzruszywszy ramionami, zamilkł, Gaz Łatwopalny zaś perorował przez jakieś pół godziny.

Jurysta Stalownik, skradając się, wszedł chyłkiem, i dzierżąc w dłoni sejmowy edykt, rzekł, że trapi go wielce to, iż w wolnym kraju sejm edykty musi stanowić, a myśl ta tak dalece go pochłonęła, że z towarzystwem zgromadzonym przywitać się zapomniał.

Pani Obrotna skrzywiła się jeszcze bardziej.

Rozdz. 2

Oto weszli do pokoju: pan Lala Lalicki, który był siptipidistą, następnie Aradobo, Dziekan Maroka, panna Wylewna, pani Miłoczajnikowa, pani Siostrobramna, trzej Filozofowie, pani Bełkotka Trajkotka – żona Gazu Łatwopalnego – i niepokaźny pan Zakreślny.

Jeśli nie przedstawiłem wam wszystkich postaci w tym rozdziale, to zwijcie mnie osłem alibo wręcz dupą.

Rozdz. 3

Na Księżycu, gdy Febus wzszedł już nad swym Ogrodem orientalnym:

– Posłuchajcie – powiedział Cynik – zaśpiewam wam piosenkę.

– Do kapelusza trębacz nasrał – rzekł Epikurejczyk.

– I na głowę sobie wsadził – dorzucił Pitagorejczyk.

– Zacznę od początku – powiedział Cynik.

Wszedł Mały Febus kroczkiem drobnym,

Z buzią pyzatą, w brzuszek zdobny.

Czegóż byś tutaj życzył sobie?

Ho! Ho! Ho!

Nie przepuszczę tu pewnej osobie.

Pani Obrotna przybrała taką minę, jakby to ją mieli na myśli. Lala Lalicki zaśmiał się, a śmiech jego był niczym grzechotka. Aradobo zaś spytał:

– Kim był ten cały Febus?

Anguł Rozwarty odrzekł mu natychmiast:

– Był Bogiem Fizyki, Malarstwa, Perspektywy, Geometrii, Astronomii, Gastronomii, Chemii, Mechaniki, Taktyki, Patologii, Frazeologii, Teologii, Mitologii, Astrologii, Osteologii, Somatologii – krótko mówiąc, wszelkie sztuki i nauki zdobiły go niczym naszyjnik z paciorków.

Aradobo zaś zdziwił się i spytał, czy znał się także na Sztuce Rytownictwa.

Anguł Rozwarty odparł, że owszem.

– A więc – rzekł Arodobo – wielkością dorównywał Chattertonowi.

Lala Lalicki zwrócił się ku Angułowi Rozwartemu, by dowiedzieć się, kto taki miałby niby dorównać Chattertonowi.

– A skąd niby mam wiedzieć? – obruszył się Anguł. – Aradobo, powiedz, kto to był?

Ten zaś odrzekł:

– A któżby inny, jak nie ten jegomość, o którym była ta piosenka.

– Ach – westchnął Lala Lalicki – niestety, nie słyszałem jej. Angule drogi, powiedzże, o kim mowa?

– Phi – prychnął Anguł – to jakaś bzdura!

– Mhm – mruknął Lala Lalicki.

– Ależ to był Febus – powiedział Epikurejczyk.

– A, to o tym jegomościu mowa – ozwał się Aradobo.

– W takim razie powiedzże mi, panie, kim był ten Febus? – spytał Lala Lalicki.

Anguł Rozwarty odrzekł:

– Poganie