Wyspa lalek - Isabel Guerra - ebook
Opis

Wyspa lalek to niewątpliwie jedno z najbardziej przerażających miejsc na ziemi. To miejsce należące do tysiąca upiornych lalek, które według legendy ożywają, śmieją się, szepczą i poruszają kończynami. Pewnego razu nieznany nikomu turysta przybywa na wyspę, gdzie postanawia zatrzymać się przez całe siedem dni. Dociera do miejsca, które bardzo szybko przekształca się w prawdziwe piekło, a zamieszkujące je lalki doskonale wiedzą, jak przeobrazić jego życie w koszmar, o jakim nawet nie śnił.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 186

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Isabel Fuentes Guerra

Wyspa lalek

© Isabel Fuentes Guerra, 2016

© Isabel Fuentes Guerra, fotografie, 2016

Wyspa Lalek to niewątpliwie jedno z najbardziej przerażających miejsc na ziemi. To miejsce należące do tysiąca upiornych lalek, które według legendy ożywają, śmieją się, szepczą i poruszają kończynami. Pewnego razu nieznany nikomu turysta przybywa na wyspę, gdzie postanawia zatrzymać się przez całe siedem dni. Dociera do miejsca, które bardzo szybko przekształca się w prawdziwe piekło, a zamieszkujące je lalki doskonale wiedzą, jak przeobrazić jego życie w koszmar, o jakim nawet nie śnił.

ISBN 978-83-8104-157-7

Książka powstała w inteligentnym systemie wydawniczym Ridero

Rozdział 1

Łódź płynęła powoli. Genaro stał na jej dziobie i wsłuchując się w dobiegające zewsząd odgłosy dzikich zwierząt, co jakiś czas zanurzał wiosło w wodzie. Był zamyślony, przejęty i niespokojny. Czuł się tak za każdym razem, kiedy płynął w tamtym kierunku. Czasami miał wrażenie, że w połowie drogi ogarniał go paniczny strach, że tym razem jednak nie da rady i że jak najszybciej powinien zawrócić. Dopiero kiedy na kilka sekund zamykał oczy i sprowadzał myśli na spokojne tory, nabierał odwagi i płynął dalej. Mijając uginające się w stronę wody drzewa oraz tylko gdzieniegdzie przymocowane do lądu łodzie, czuł się odosobniony jak w żadnym innym miejscu na ziemi.

Za jego plecami zawsze jednak siedział „ktoś”. Ktoś, kto nie do końca świadomy powagi miejsca, do którego płynęli, traktował je jak przekleństwo. Przekleństwo Jeziora Xochimilco, gdzie można było spędzić najwyżej kwadrans, zrobić kilka zdjęć i jak najszybciej popłynąć dalej. Większość przyjezdnych omijała tę wyspę z daleka. Uważano ją za źródło zła, za kolebkę nieczystych mocy i za główną przyczynę nieszczęść, jakie spotykały odwiedzających te rejony turystów. Z tego właśnie powodu tylko nieliczne trajineras[1] decydowały się na przeprawę do zakazanych brzegów wyspy. Miejscowa ludność za wszelką cenę starała się utrzymać piękny, sielankowy wizerunek dzielnicy, dlatego też wielką tajemnicę tego położonego pośród licznych kanałów lądu odkrywano wyłącznie przed tymi, którzy byli na to gotowi.

Genaro Santibáñez, jako jeden z niewielu przewoźników zabierających turystów na wyspę, pokonywał tę trasę zaledwie raz w tygodniu. Podróż rozpoczynał w Embarcadero Fernando Celada[2] punktualnie o siódmej trzydzieści, by po czterech godzinach przedzierania się przez kanały Jeziora Xochimilco w końcu dotrzeć do celu. Większość turystów, szczególnie tych o wygórowanych ambicjach, zamierzała pozostać na wyspie co najmniej przez połowę dnia, by dopiero późnym popołudniem ponownie wsiąść do łodzi i wrócić na główny ląd. Za każdym razem los jednak chciał, aby już po kilku minutach biegli do czekającego na brzegu przewoźnika, prosząc go o natychmiastowy powrót. I tak było zawsze. No, może prawie zawsze.

Kilka razy z powodu fatalnych warunków pogodowych podróż na główny ląd była niemożliwa. Wówczas to Genaro zabierał turystów do położonego w głębi wyspy domu. Tam spędzali noc, by zaraz następnego dnia wyruszyć w drogę powrotną. Doświadczenie to jednak za każdym razem okazywało się prawdziwym przekleństwem. Nie dla niego. Dla nich. Traumatyczne przeżycia, jakich doznawali w ciągu nocy, często wywoływały coś w rodzaju paraliżu umysłowego. Ludzie ci byli całkowicie niezdolni do logicznego myślenia, stawali się drażliwi, niespokojni, owładnięci jakimś niewyjaśnionym uczuciem strachu. Nie wiadomo, jaki był ich los po powrocie na główny ląd, niemniej jednak tego typu historie nie zniechęcały innych śmiałków do podejmowania tej jakże ryzykownej wyprawy.

— O czym tak myślisz? — zapytał nagle głos za plecami.

Genaro odwrócił się i spojrzał na siedzącego w tyle łodzi mężczyznę. Mężczyznę, z którego twarzy ani na chwilę nie znikał ten dziwny, ironiczny uśmiech wyrażający pogardę dla ziemi Xochimilco, zamieszkującej ją ludności, jej wierzeń i obyczajów. Człowiek ten pojawił się znienacka. Przybył do Embarcadero Fernando Celada późnym popołudniem żądając, by jeszcze tego samego dnia zabrano go na wyspę.

— Jest już za późno — tłumaczyli przewoźnicy. — Aby wrócić przed zmrokiem, trzeba wypłynąć rano.

Mężczyzna nalegał. Nie zamierzał ustąpić tylko dlatego, że jakiemuś Meksykańcowi nie chciało się płynąć w nocy. Sytuacja zaczęła przybierać nie do końca pożądany przez wszystkich obrót i z całą pewnością zakończyłaby się źle, gdyby nie fakt, że w tej właśnie chwili na brzegu pojawił się Genaro.

— Ja popłynę — powiedział spokojnie.

Wszystkie oczy zwróciły się ku niemu. Przewoźnicy z dezaprobatą kręcili głowami, a kobiety sprzedające kwiaty szeptały coś między sobą. Nikt bowiem nie zdecydowałby się na kilkugodzinną przeprawę kanałami Xochimilco, wypływając o tak późnej porze. Wszyscy jednak doskonale zdawali sobie sprawę, że jeśli miałby znaleźć się szaleniec, który na to przystanie, to będzie nim właśnie Genaro.

— Długo jeszcze? — zapytał mężczyzna, nie spuszczając oczu ze stojącego na dziobie przewoźnika.

Czterogodzinna podróż wydawała się nie mieć końca. Przez cały ten czas zamienili ze sobą tylko kilka słów, które ani dla jednego, ani dla drugiego nie miały większego znaczenia.

— Jakiś kwadrans — odparł Genaro.

Mężczyzna westchnął, okazując wyraźne zniecierpliwienie. Robiło się ciemno, a oni nadal płynęli. Zwierzęce odgłosy dobiegające z sąsiednich wysp stawały się coraz bardziej przejmujące. Widoczność nadal była dobra, lecz powrót w tych warunkach byłby prawdziwą męką. Po pierwsze, wydłużyłby się o godzinę lub dwie. Po drugie, naraziłby ich obu na zderzenie z ukrytymi w ciemnościach, przycumowanymi do lądu łodziami. I po trzecie, musieliby spędzić pół nocy z pustymi żołądkami, jako że zaopatrzenie się w żywność o tej porze dnia było po prostu niemożliwe.

— Proponuję, aby spędził pan noc na wyspie — zasugerował Genaro.

— Taki mam zamiar — odparł mężczyzna. — Co więcej, zamierzam tam spędzić całe siedem dni.

W jego głosie dało się słyszeć dziką satysfakcję. Stojący na dziobie przewoźnik zanurzył wiosło w wodzie, po czym odwrócił się i powiedział:

— To dość ryzykowne.

— Doprawdy? — zapytał mężczyzna. — A niby dlaczego?

— Bo to nie jest kurort wakacyjny. To nie miejsce dla ludzi takich jak pan.

Genaro mówił cicho, spokojnie, z typową dla siebie powagą i szacunkiem do lądu, który właśnie pojawił się na horyzoncie.

— To ziemia związana z miłością, cierpieniem i śmiercią. Kto tego nie rozumie, nie powinien się do niej zbliżać.

— Bzdury — stwierdził mężczyzna. — Nie wiem jak wy, Meksykańcy, możecie wierzyć w takie rzeczy. Bo według mnie, to tylko kawałek ziemi. Jak ten czy tamten — dodał, wskazując na sąsiednie wyspy. — A to, co wymyślają ludzie, to już ich problem. Kurort nie kurort, założyłem się z kumplami i zakład muszę wygrać.

Genaro milczał. Z tajemniczym błyskiem w oku patrzył na ląd, który w swoim życiu widział już setki razy, ale który za każdym razem wywoływał w nim strach i zachwyt jednocześnie. Coraz rzadziej zanurzał wiosło w wodzie, starając się dobić do brzegu najłagodniej, jak tylko potrafił. Wiedział, że za chwilę pokażą się również one. Zwisające na skrawkach własnych ubrań, zabrudzone błotem, pokryte pleśnią i pajęczynami. Jeszcze tylko jeden ruch wiosłem. I już… Tam są… Wiszą. Wiszą i obserwują. Z na wpół otwartymi oczami wypatrują, kto tym razem przybył, by zakłócić ich spokój. A wzrok ich był silny. Silny i przenikliwy. Strzegący miejsca, w którym przyszło im pozostać na wieki.

— Jesteśmy — oznajmił Genaro, dobijając do brzegu. — Oto Wyspa Lalek.

Za oknem było ciemno. Tak ciemno, że nawet światło palącej się od kilku godzin lampy nie zdołało przeniknąć przez panujący na zewnątrz mrok. W pomieszczeniu unosił się zapach stęchlizny, z którym nie radził sobie nawet przedostający się przez nieszczelne okna wiatr. Pośród pochłaniającej wszystko ciszy i jakiejś dziwnej, trudnej do opisania pustki, pochylona nad stertą sporządzonych przez siebie notatek oraz własnoręcznie wykonanych szkiców Gabriela Montesinos dokonywała dogłębnej analizy zgromadzonych dotychczas informacji. Co jakiś czas dopisywała kolejne słowa, innym razem przekreślała pełne zdania, a następnie stawiała przy nich po jednym lub po kilka znaków zapytania. Przecierając zmęczone oczy, mocno zaciskała usta i próbowała uspokoić rozbiegane myśli. Wiedziała, że pośpiech nie był jej sprzymierzeńcem. Że logiczne wnioski mogła wyciągnąć tylko poprzez trzeźwe zestawienie faktów i rzetelną analizę danych, jakie udało się jej zdobyć. A szczerze mówiąc, nie miała tego zbyt wiele. Nawet zdjęcia, które co jakiś czas przewijały się na ekranie aparatu, nie pomagały jej tak, jak tego oczekiwała.

Stojący przy lampie zegar wskazywał dwudziestą pierwszą trzydzieści. Gabriela Montesinos miała jednak wrażenie, że był już środek nocy. Jak gdyby siedziała przy biurku przez co najmniej pół doby, choć tak naprawdę zabrała się do pracy kilka minut po osiemnastej. Zaraz po tym, gdy wróciła do domu. Do tego dziwnego, chwiejącego się domu, w którym nie były bezpieczne nawet muchy na suficie.

Nie miała jednak wyboru. Było to jedyne miejsce, gdzie mogła się zatrzymać, by w komfortowych — jak to określiły lokalne władze — warunkach pracować nad przydzieloną jej sprawą. Boże… Gdyby tylko wiedziała, w co się wpakowała. Tak naprawdę sama wyszła z propozycją, aby tu przyjechać. Wręcz nalegała, aby instytut przydzielił to zadanie właśnie jej. I tak się stało. Na własne życzenie opuściła dotychczasowe miejsce pracy i z jedną walizką przyjechała właśnie tutaj. Do miejsca, w którym nie było nic oprócz jednego, rozpadającego się domu, sięgającej po pas trawy i tych małych, powykrzywianych kukieł. Na samą myśl o nich dostawała gęsiej skórki. Przez długi czas zastanawiała się nad tym, co dokładnie chciały powiedzieć lokalne władze, mówiąc o komfortowych warunkach pracy. Bo dla niej, warunki te były koszmarne. W każdym tego słowa znaczeniu.

Nawet teraz, kiedy siedziała w zamkniętym pomieszczeniu, nie mogła pozbyć się uczucia, że wciąż ją obserwują. Że zwisając z otaczających dom krzaków i drzew, śledziły każdy jej ruch. Patrzyły na nią z na wpół otwartymi oczami, uśmiechały się złowrogo i szeptały coś między sobą. Niejednokrotnie miała wrażenie, że słyszała ich śmiech, jak gdyby znajdowały się tuż obok. A przecież były tam. Wisiały w tych swoich podartych łachmanach lub zupełnie nagie, z głowami powykręcanymi na wszystkie strony świata, a przy silniejszych podmuchach wiatru poruszały się w dziwny sposób. Wyglądały upiornie. Sam fakt, że było ich tutaj ponad trzy i pół tysiąca, że niektóre z nich miały ponad sześćdziesiąt lat i pomimo tego nadal wisiały w tym samym miejscu, przyprawiłby o dreszcze każdego. Nawet ją.

Jako antropolog sądowy, widziała w swoim życiu wiele. Śmierć stanowiła nierozerwalną część jej egzystencji i już dawno temu przestała robić na niej wrażenie. Widok rozkładających się ciał, niszczejących kości czy nawet pobyt na trupich farmach stał się dla niej czymś tak naturalnym, jak chodzenie czy oddychanie. Dokładnie wiedziała, czego się spodziewać i jakie kroki należało podjąć. Żadne miejsce, jakie dotychczas odwiedziła, nie wywoływało w niej tak mieszanych uczuć. Takiej niepewności i fascynacji jednocześnie. Pomimo że tak naprawdę nie było się czym fascynować, Gabriela nie potrafiła oprzeć się pokusie, by za każdym razem, kiedy przechodziła obok nich, nie zatrzymać się choćby na chwilę, nie spojrzeć i nie pomyśleć, jakie są przerażające. Potem już mogła spokojnie kontynuować przeprawę przez sięgające po pas krzaki, by jakiś czas później dotrzeć do całkowicie oczyszczonego kawałka ziemi, na którym leżały dwa niekompletne szkielety i kilkanaście porozrzucanych kości.

Tak wyglądało jej miejsce pracy. Od ósmej do szesnastej. Dłużej nie mogła, gdyż przed zmrokiem musiała być w domu. Tak przynajmniej powiedział Santiago. Mężczyzna opiekował się wyspą od ponad dziesięciu lat i doskonale wiedział, co można, a czego nie można było robić. Znał każdy, nawet najmniejszy zakątek tej ziemi oraz ryzyko, jakie ze sobą niósł. Dlatego kiedy Santiago mówił, Gabriela słuchała. Wiedziała, że ten starszy, lecz ciągle zdrowy i silny mężczyzna chciał wyłącznie jej dobra. Chciał, aby podczas pracy nie groziło jej żadne niebezpieczeństwo i żeby co wieczór wracała do domu w takim samym stanie, w jakim go opuszczała.

— Idź prosto. Na końcu drogi skręć w prawo i trzymaj się blisko drzew. Kiedy dojdziesz do wzniesienia, wejdź w głąb lasu. Wydeptana ścieżka doprowadzi cię do wzgórza, z którego szczytu zobaczysz otwartą przestrzeń. Tam znajdziesz szkielety. Nie oglądaj się za siebie i niczego nie dotykaj. Wracając, idź dokładnie tym samym szlakiem. Im mniej będziesz widziała, tym lepiej. Pamiętaj, że nie lubią być obserwowane.

Słowa te miała w pamięci za każdym razem, kiedy opuszczała dom i za każdym razem, gdy do niego wracała. Na początku jednak nie mogła się powstrzymać. Uważnie przyglądała się wszystkiemu, co napotkała na swej drodze. Z rozchylonymi ustami i powiekami mrugającymi rzadziej niż kiedykolwiek, patrzyła wprost na nie. Na ich pokryte pleśnią twarze, owinięte pajęczyną ciała i bezwładnie wiszące kończyny. Niektóre z nich huśtały się na skrawkach własnych ubrań, inne nieruchomo tkwiły na gałęziach, pozostałe natomiast obserwowały świat przybite gwoździami do pali. Wszystkie jednak wyglądały tak samo strasznie i tak samo przenikliwie spoglądały na każdego, kto przechodził obok.

Czując na sobie ich wzrok, Gabriela wstrzymywała oddech i szła dalej. Im częściej przemierzała szlak prowadzący do grobowca, tym rzadziej miała odwagę na nie patrzeć. Czwartego dnia jej oczy były skierowane już tylko na grunt, po którym stąpała. Tak czuła się lepiej, bezpieczniej. Miała nadzieję, że po jakimś czasie przestaną zwracać na nią uwagę. Że przyzwyczają się do jej obecności i zaakceptują tak samo, jak zaakceptowały Santiago. Nie wiedziała bowiem, ile czasu przyjdzie jej spędzić na wyspie. Tydzień, dwa… Może dłużej. Jedyne, czego była pewna to fakt, że musiała żyć obok nich. A to należało do zadań trudnych. Prawdopodobnie jednych z najtrudniejszych, z jakimi przyszło się jej zmierzyć.

Oprócz Santiago i Vanessy nie było tutaj nikogo. Raz w tygodniu pojawiała się grupka turystów, która po kwadransie, najwyżej dwóch, wsiadała z powrotem do łodzi i czym prędzej wracała na główny ląd. Na tym zazwyczaj kończyła się wizyta jedynych na wyspie gości, a na następną trzeba było czekać kolejny tydzień. Co więcej, Gabriela i tak nie mogła uczestniczyć w żadnej z nich, gdyż miejsce, w którym przyszło jej pracować, znajdowało się w odległej części wyspy. Tam, gdzie oprócz Santiago, nie docierał nawet sam diabeł. Jedynym więc towarzystwem pani antropolog stały się dwa szkielety leżące w jednej i tej samej pozycji oraz tysiące upiornych lalek zwisających ze wszystkiego, z czego zwisać się dało. Gdyby nie kilka słów, które każdego wieczoru zamieniała z Vanessą, każdy kolejny dzień spędzony na wyspie byłby torturą nie do zniesienia.

Gabriela Montesinos nie mogła zrozumieć, jakim cudem ta młoda, kipiąca energią dziewczyna mieszkała na tym odludziu od przeszło siedmiu lat. Oczywiście, przywiązanie do ojca robiło swoje, ale poświęcanie własnego życia na prowadzenie domu w tak przerażającym miejscu to już zupełnie co innego.

— Mnie tu jest dobrze — twierdziła, uśmiechając się szeroko. — Na początku było ciężko, ale w końcu dałam radę. Skoro ojciec mógł się przyzwyczaić, to ja tym bardziej.

Gabriela słuchała ze zdumieniem. Ze zdumieniem i podziwem jednocześnie. Każdy dzień i każda noc na wyspie wydawały się nie mieć końca. Pomimo że w normalnych okolicznościach większość swojego czasu i tak spędzała z trupami, brak kontaktu z ludźmi nie był niczym przyjemnym. Nawet dla niej. A co dopiero dla dziewczyny tak młodej, tak wesołej i tak spragnionej życia. Dziewczyny, która całymi dniami przesiadywała w tym dużym, drewnianym domu, gotując i sprzątając bez ustanku. Aż trudno uwierzyć, że ktokolwiek na jej miejscu mógłby być szczęśliwy.

Gabriela przetarła zmęczone oczy i po raz kolejny spojrzała na zegarek. Dwudziesta druga pięć. Późno. Szczególnie tutaj, gdzie po zapadnięciu zmroku nikt już nie wychylał nosa poza dom. Nawet Santiago. Dlatego też zdziwiła się, kiedy chwilę później usłyszała męski głos dobiegający z zewnątrz. Natychmiast zgasiła lampę i wyjrzała przez okno. Na podwórzu było ciemno. Tak ciemno, że z ledwością mogła dostrzec ludzką postać zmierzającą w stronę domu. Otworzyła szerzej oczy i w napięciu czekała na to, co się wydarzy. Nie wiedziała, co należało zrobić w takiej sytuacji. Była jednak pewna, że Santiago i Vanessa wiedzieli doskonale. I nie pomyliła się.

Już po chwili usłyszała głos dziewczyny, która żwawym krokiem wyszła na podwórze i radośnie powitała nadchodzącego z oddali człowieka. Jak gdyby znali się od zawsze. Uważnie nasłuchując, Gabriela próbowała ustalić, skąd ten mężczyzna przybył i jakim cudem znalazł się na wyspie o tak późnej porze. Po chwili zrozumiała, iż był to nie kto inny, jak przewoźnik łodzi. Ten sam, który dwa tygodnie temu przywiózł tutaj i ją. Ale z tego, co wiedziała, przewoźnicy z Embarcadero Fernando Celada wypływali na wyspę tylko rano. Żaden z nich nie chciał wracać na główny ląd po zapadnięciu zmroku.

Wytężając wzrok tak mocno, jak tylko była w stanie, Gabriela dostrzegła coś jeszcze. Na plecach przewoźnika znajdował się worek. Worek o nadzwyczaj dużych rozmiarach. Mężczyzna zdjął go z wielkim trudem i ostrożnie ułożył na ziemi.

„Ale zaraz…”, myślała, przyciskając twarz do szyby. „To chyba nie jest worek.”

Tkwiła tak jeszcze przez dłuższą chwilę, kiedy nagle oderwała się od okna, zakryła dłonią usta i przerażona powiedziała do samej siebie:

— Boże… Przecież to człowiek! To ciało człowieka!

Jej przypuszczenia potwierdziły się, kiedy chwilę później usłyszała donośny głos Vanessy.

— Co mu się stało? — zapytała dziewczyna, patrząc na leżące tuż przy niej ciało.

— Zemdlał — odparł przewoźnik.

[1] Kolorowe łodzie przypominające gondole, służące jako środek transportu po kanałach Jeziora Xochimilco.

[2] Przystań im. Fernando Celada.

Rozdział 2

Poranek był deszczowy. Chłodny i deszczowy. Gabriela Montesinos wyglądała przez okno i z wyraźnie zmartwioną miną obserwowała, jak leżąca na podwórzu warstwa błota powiększała się z każdą mijającą chwilą. Codzienne opuszczanie domu już samo w sobie nie należało do zajęć przyjemnych, a co dopiero przedzieranie się na drugą stronę wyspy przez sięgającą do pasa trawę i zapadającą się od wilgoci ziemię.

„Koszmar”, pomyślała.

Wiedziała jednak, że bez względu na pogodę, musiała dotrzeć do grobowca, aby zabezpieczyć szkielety przed ulewą, która mogła trwać przez kilka następnych godzin. Krążenie po wyspie w takich warunkach nie było rzecz jasna wskazane. Oprócz niebezpieczeństw stworzonych przez samą naturę, ogromnym problemem mogła stać się utrata orientacji w terenie czy najzwyklejsze wyziębienie organizmu. Otwarta przestrzeń nie dostarczała bowiem zbyt wielu miejsc, w których człowiek mógł schronić się przed deszczem. Santiago twierdził, że przy takiej pogodzie powinno się zostać w domu i odłożyć pracę na dzień następny. Sam jednak wychodził. Bez względu na wszystko.

Wpatrzona w nieustannie powiększającą się warstwę błota, Gabriela Montesinos pomyślała nagle o człowieku, który jeszcze kilka godzin temu leżał nieprzytomny przed domem. Wczorajszego wieczora widziała, jak przewoźnik łodzi zarzucił go na plecy niczym worek i wszedł do środka razem z Vanessą. Co wydarzyło się później, nie wiedziała.

Chowając do szuflady rozłożone na biurku notatki, zerknęła raz jeszcze na zegarek, po czym wyszła z pokoju i udała się w stronę kuchni. Już na korytarzu słyszała ćwierkający głos Vanessy, która szykując śniadanie, każdego ranka śpiewała jedną i tę samą piosenkę.

— Buenos días, señorita[1] — powiedziała dziewczyna, widząc stojącego w progu gościa. — Zapraszam.

Gabriela uśmiechnęła się, choć odruch ten przychodził jej dosyć ciężko. Bez słowa usiadła przy stole i dopiero po wypiciu kilku łyków świeżo zaparzonej kawy, zaczęła rozmowę na interesujący ją temat:

— Czy to możliwe, że wczoraj wieczorem był tu ten chłopak od łodzi? — zapytała, jak gdyby od niechcenia.

Vanessa spojrzała na nią, ukazując szereg dużych, białych zębów.

— Genaro — wyjaśniła. — Tak, był tutaj.

— To trochę dziwne — zauważyła Gabriela. — Podobno pływają tylko do zmroku.

— Owszem — przyznała dziewczyna. — Ale wczoraj zrobił wyjątek.

— I nie przybył tu sam, prawda?

Vanessa odwróciła się i powiedziała wyciszonym głosem:

— Przywiózł do nas turystę. A raczej przytachał na plecach, bo tamten zemdlał.

— Czyli obaj zostali tu na noc? — zapytała Gabriela.

— Tak. Ale Genaro już wyszedł. Powiedział, że chce dotrzeć na główny ląd przed porannymi rejsami. Ten drugi jeszcze śpi. I kto wie, kiedy się obudzi. Nie wygląda na takiego, co wstaje wcześnie.

— Skąd te przypuszczenia?

Vanessa usiadła na krześle i nachylając się nad stołem powiedziała:

— To cudzoziemiec. Odpicowany po czubek głowy. Cały ranek wietrzyłam korytarz po jego perfumach. Nie było czym oddychać.

— Dlaczego przypłynęli tak późno? — dopytywała się Gabriela.

— Bóg raczy wiedzieć — odparła dziewczyna, wzruszając ramionami. — Genaro powiedział, że facet chciał dotrzeć na wyspę jeszcze wczoraj. Bez względu na porę. I że zamierza tu zostać przez cały tydzień.

Gabriela ze zdumienia otworzyła szerzej oczy. Dopijając kawę, zastanawiała się, jakim typem człowieka musiał być ktoś, kto chciał pozostać na wyspie z własnej, nieprzymuszonej woli. I czy w ogóle zdawał sobie sprawę z tego, co go tutaj czekało. Jej też na początku wydawało się, że legendy krążące na temat tego miejsca są mocno przesadzone. Że ludzie szukali sensacji tylko po to, aby przyciągnąć turystów z pełnymi kieszeniami i zachęcić ich do tworzenia własnej wersji jednej lub kilku opowieści. Im bardziej oderwanych od rzeczywistości, tym lepiej.

Kiedy jednak pani antropolog po raz pierwszy spojrzała na ten ląd z daleka, kiedy jeszcze z wnętrza łodzi dostrzegła zwisające w bezruchu ciała i skierowane wprost na przystań oczy, zrozumiała, że na wyspie tej było coś znacznie więcej niż tylko kilka tysięcy kukieł w opłakanym stanie. Na tej wyspie było życie. Nie do końca takie, jakie znała ona czy inni śmiertelnicy, ale nie miała wątpliwości, że w powietrzu unosiło się „coś”. Coś, co oprócz niej czuł zapewne każdy, kto zbliżał się do wyspy. Coś, co musiał poczuć również i mężczyzna, który przypłynął na ląd zeszłej nocy, który z jakiegoś powodu stracił przytomność i który od kilku godzin nie mógł wybudzić się ze snu.

— Na mnie już czas — rzekła Gabriela, wstając od stołu.

Vanessa spojrzała na nią zdumiona.

— Panienka chyba nie chce pracować przy takiej pogodzie.

— Pracować nie — wyjaśniła. — Ale muszę zabezpieczyć szkielety. Nie chcę, aby pod wpływem wody ugrzęzły w ziemi.

Po tych słowach zarzuciła na siebie długi, ciemnoniebieski płaszcz, mocno naciągnęła na głowę kaptur i ściskając w ręku torbę z narzędziami, opuściła dom.

Kiedy Genaro zbliżał się do głównego lądu, Embarcadero Fernando Celada świeciło pustkami. Na przycumowanych do brzegu łodziach nie było nikogo oprócz stojących pod zadaszeniem przewoźników, którzy co jakiś czas spoglądali w niebo, niecierpliwie czekając na poprawę pogody. Nic jednak nie wskazywało na to, aby słońce miało wyjrzeć lada moment. Deszcz padał nieprzerwanie od co najmniej dwóch godzin, skutecznie odstraszając wszystkich tych, którzy tego ranka zamierzali wybrać się na przeprawę po Jeziorze Xochimilco.

Przemoczony i zziębnięty Genaro dobił do brzegu punktualnie o godzinie siódmej trzydzieści. Gdyby wiedział, że tego ranka zostanie zaskoczony przez ulewę, bez wahania pozostałby na wyspie dłużej. Tym bardziej, że Vanessa nalegała, aby w drogę powrotną wyruszył dopiero po śniadaniu. On jednak uparł się, aby dopłynąć do przystani jeszcze przed porannymi rejsami. Nie ukrywał, że każdy klient był dla niego na wagę złota i jeśli miał możliwość zarobienia kilkudziesięciu dolarów więcej, nie zamierzał z nich rezygnować.

Wszystko wskazywało jednak na to, że cały wysiłek poszedł na marne. Bo nawet jeśli przestałoby padać w przeciągu kilku minut, pierwsi turyści pojawiliby się na przystani nie wcześniej niż za godzinę. Szanse na szybką poprawę pogody były jednak znikome. Dla niego oznaczało to nic innego jak siedzenie wewnątrz łodzi i czekanie na cud. Mógł co prawda wrócić do domu i rozpocząć rejsy dopiero przed południem, ale to wiązałoby się z utratą znacznej części zarobku.

— Buenas, jóven![2]- krzyknął starszy mężczyzna siedzący pod zadaszeniem swojej łodzi.

— Buenas![3] — zawołał Genaro, unosząc dłoń.

Chwilę później zeskoczył na brzeg, odklejając od skóry przesiąknięte wodą ubrania. Wiedział, że przy takiej pogodzie dalszy pobyt na przystani zupełnie mijał się z celem.

— I jak? — zapytał nagle głos za plecami.

Genaro odwrócił się. Widok stojącego przed nim mężczyzny był tak samo przygnębiający, jak krajobraz dookoła. Pomimo że Efraín miał na sobie płaszcz przeciwdeszczowy, znajdujące się pod spodem ubrania tak czy inaczej ociekały wodą. Twarz mężczyzny była zmęczona, jak gdyby nie spał od kilku dni. Rzadko kiedy jednak przewoźnikom zdarzały się kilkunastogodzinne rejsy, po których zamiast wrócić do domu i odpocząć, decydowali się na podjęcie kolejnej zmiany.

— Wszystko w porządku? — zapytał Genaro