Wydawca: Biblioteka Analiz Kategoria: Humanistyka Język: polski Rok wydania: 2014

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 274 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka WYSPA Kwartalnik Literacki - nr 2/2014 (30) - Opracowanie zbiorowe

Najnowszy numer „Wyspy” otwiera „Utwór na cztery ręce” – zaskakująca przypowiastka Janusza Drzewuckiego, jak „napisał wspólnie” wiersz z Tadeuszem Różewiczem – i to przez telefon! W ten nietypowy sposób, poetycki, lecz pozbawiony nawet najmniejszej nutki patosu, więc utrzymany w „różewiczowskim” nastroju, redakcja składa hołd wielkiemu poecie zmarłemu w kwietniu tego roku.

W dziale prozy zamieszczono cztery krótkie teksty Pawła Potoroczyna, przed tym nie publikowane, a które z pewnością potwierdzają wartość jego pisarstwa tak wysoko ocenionego przez jurorów dwóch najważniejszych nagród literackich – Nagrody Nike i Nagrody Gdynia, którzy w obu przypadkach nominowali do swoich nagród wydaną w ubiegłym roku powieść „Ludzka rzecz” (W.A.B.). Dodajmy jeszcze, że powieść ta została już w styczniu nagrodzona przez redakcję „Magazynu Literackiego KSIĄŻKI” tytułem Książki Roku 2013 w kategorii proza polska wraz z „Ostatnim rozdaniem” Wiesława Myśliwskiego (Znak).

W części poświęconej poezji zamieszczono cztery nowe wiersze Bohdana Zadury oraz pięć wierszy Stanisława Czerniaka, o którego twórczości obszerny esej napisał Janusz Drzewucki, co składa się na szczególny „Dwugłos”, wprowadzoną w tym roku nową rubrykę w „Wyspie”. Drugi „Dwugłos” tworzą wiersze Genowefy Jakubowskiej-Fijałkowskiej i esej Karola Maliszewskiego o jej poezji. Zamieszczono również utwory poetyckie Kazimierza Nowosielskiego i Edy Ostrowskiej.

Teksty prozatorskie uzupełnia jeszcze opowiadanie Marka Ławrynowicza, inicjatora i pierwszego redaktora naczelnego „Wyspy”, zatytułowane „Rusek”, oraz utwory Ryszarda Lenca „Po spektaklu” Łukasza Suskiewicza „Ubaw”.

W dziele eseju zamieszczono tekst Michała Jagiełły wykraczający poza ramy recenzji o wydanym w ubiegłym roku zbiorze nieznanych wcześniej w Polsce drobnych utworów Jaroslava Haška zatytułowanym „O Podhalu, Galicji i ... Piłsudskim. Szkice nieznane”, w wyborze i przekładzie Anny Doroty Kamińskiej (Oficyna Wydawnicza Przybylik). Autorem drugiego eseju zatytułowanego „Nie zatrzymuj się, idź w górę” jest Wojciech Kaliszewski. Zgodnie z podtytułem jest to rzecz „O najnowszym tomie wierszy Adriany Szymańskiej”.

W rubryce pod znamiennym tytułem „Nowe nazwiska”, która istnieje w „Wyspie” od samego jej początku, zamieszczono wiersze Grzegorza Janusza Ostrowskiego i opowiadanie „Kloszard na telefon, bezdomny na zamówienie” Daniela Łyska.

W nowej „Wyspie” są też dwa wywiady: Dorota Hoffman rozmawiała z mieszkającym w Berlinie Krzysztofem Niewrzędą („Z pięciu minut wielki zamęt”), a Krystyna Chwin z Mirosławem Tomaszewskim („Gdybym miał młotek”). W dziale recenzji znajduje się tekst poświęcony intrygującej książce Mirosława Tomaszewskiego „Marynarka” (W.A.B.).

Poza tym w nowym numerze „Wyspy” jak zwykle felietony czterech stałych autorów: Jerzego Górzańskiego, Karola Maliszewskiego, Piotra Wojciechowskiego i Mirosława Bańko, poczta redakcyjna w rubryce „Persykop” oraz „Kronika” i „Kronika regionalna”, jak też dziesięć innych recenzji, a także – w części końcowej alternatywny „Cypel” z tekstami Dagmary Ciećwierskiej i Piotra Wojdata.

W numerze jak zwykle „Galeria na Wyspie” – zbiór prac jedego artysty-grafika. Tym razem Agaty Czeremuszkin-Chrut, o twórczości której pisze tradycyjnie Małgorzata Karolina Piekarska.

Współwydawcą Kwartalnika Literackiego WYSPA jest Narodowe Centrum Kultury.

Opinie o ebooku WYSPA Kwartalnik Literacki - nr 2/2014 (30) - Opracowanie zbiorowe

Fragment ebooka WYSPA Kwartalnik Literacki - nr 2/2014 (30) - Opracowanie zbiorowe

Wyspa
KWARTALNIK LITERACKI nr 2 (30) lipiec 2014 
Utwór na cztery ręce

W ostatnich latach Tadeusz Różewicz niemal nie kończył swoich wierszy. Zatrzymywał je w rękopisie, w stanie „fragmentu” – zgodnie ze swoją poetyką wypowiedzianą w tytule zbioru z roku 1996 Zawsze fragment. Te, które uznał jednak za skończone, drukował w czasopismach, do jakich miał zaufanie, w „Odrze”, „Toposie” i „Twórczości”. Bywało, że podczas spotkań wyjmował nagle z szuflady nowy wiersz, dawał mi go do przeczytania, po czym niemal natychmiast chował rękopis w tej samej szufladzie. Wiele z tych utworów nie ukazało się drukiem do dzisiaj, między innymi przejmujący wiersz powstały natychmiast po śmierci ks. Jana Twardowskiego, poety. Pan Tadeusz pokazał mi go w swoim pokoju w domu pracy twórczej w Konstancinie, dokąd od lat zjeżdżał z Wrocławia mniej więcej dwa razy do roku, wiosną i jesienią. Gdy go potem przepytywałem, kiedy wreszcie da ten wiersz do publikacji, kiedy go ogłosi, nieodmiennie odpowiadał, że jeszcze nie teraz, bo wiersz ciągle nie tyle nieskończony, co niegotowy do druku.

Dwa lata temu, dokładnie 27 kwietnia 2012 roku, podczas cotygodniowej rozmowy telefonicznej, znów zagadnąłem Mistrza Tadeusza o nowe wiersze. I znów się żachnął, że wszystko, co pisze, raczej nie do druku, poza tym: to, co miał do napisania, już napisał, można znaleźć w jego książkach, nie ma obowiązku pisania nowych utworów, zresztą pisanie wcale nie jest ważniejsze od niepisania, niewykluczone nawet, że niepisanie to stan dla poety uprzywilejowany. A że byłem jednak dość natrętny i dopytywałem dalej, że nie mogę uwierzyć, że nie pisze, że przecież dawał mi do lektury utwory, których ciągle nie opublikował ani w prasie, ani w książkach i jestem ciekawy losu tych utworów, odparł z lekka zniecierpliwiony, że chyba przesadzam z tą ciekawością i nie bez przekory skonstatował, że pisanie wierszy to żadna sztuka, chce pan wiersz, proszę bardzo... I w tym momencie pan Tadeusz zaimprowizował.

Natychmiast po skończonej rozmowie zanotowałem na kartce tę improwizację, dzieląc ją na charakterystyczne dla autora Ocalonego wąskie wersy, pamiętając, że jest on twórcą IV systemu wersyfikacyjnego w poezji polskiej, co już w roku mojego urodzenia, przekonująco, bo na wieki wieków, opisał profesor Zbigniew Siatkowski w rozprawie Wersyfikacja Tadeusza Różewicza wśród współczesnych metod kształtowania wiersza i ogłosił na łamach „Pamiętnika Literackiego” (1958, nr 3).

Krótko potem pojechałem na kilka dni do Pragi, po której wędrowałem szlakiem Franza Kafki, bohatera sztuki Różewicza Pułapka. Po powrocie z Pragi przepisałem ów wiersz w komputerze, pozwoliłem go sobie zatytułować Wiersz przez telefon, przygotowałem jego wydruk i postanowiłem ów tekst wysłać Mistrzowi Tadeuszowi. Z jednej strony byłem ciekawy jego reakcji, z drugiej – miałem duszę na ramieniu, nie miałem bowiem zielonego pojęcia, jak na moją prowokację zareaguje. Znałem go od lat i zdawałem sobie sprawę z tego, że tego rodzaju eksperyment nie musi być wcale mu w smak. Aby złagodzić jego ewentualnie krytyczną reakcję, skreśliłem do niego kilka słów na przywiezionej z Pragi pocztówce. Pocztówka ta przedstawiała pomnik Kafki opisany przez Różewicza w wierszu Tego się Kafce nie robi, zamieszczony w czwartym tomie Poezji (2006), ściślej: w wieńczącym ten tom cyklu Cóż z tego, że we śnie. Wiersz Różewicza został zainspirowany kuriozalnym pomnikiem Kafki dłuta Jaroslava Rony, jaki został odsłonięty w Pradze obok Synagogi Hiszpańskiej. Wiersz ów najpierw pod tytułem Nie odsłaniajcie mnie ogłosił poeta na łamach miesięcznika „Odra” w roku 2005 (nr 11). Wierszowi towarzyszyło zdjęcie pomnika. Niestety, zdjęcie wykonane z profilu, więc nieukazujące w pełni rzeźbiarskiej ekstrawagancji. Niemal rok wcześniej, w grudniu 2004 roku, dostałem od poety pocztówkę z reprodukcją tego pomnika sfotografowanego en face i to dopiero robiło wrażenie. „Niech Pan sobie »wyobrazi«, że to jest »pomnik« Kafki w Pradze. Ten dziwny otwór, to pewnie po głowie biednego Ojca Franza...” – napisał na odwrocie widokówki autor Pułapki i jeszcze: „prócz pomnika w Pradze jest sklep z »pamiątkami«, a także towarzystwo Kafki, itd.”, ale wtedy jeszcze nie wiedziałem, że niebawem powstanie wiersz na ten temat, wiersz o niezrozumieniu ducha Franza Kafki, ducha pisarza. Po latach nową pocztówką pomnika Kafki w Pradze rewanżowałem się Różewiczowi za starą pocztówkę tego samego pomnika. To się chyba nazywa metafora.

Kilka dni później dostałem od Mistrza Tadeusza przesyłkę: pocztówkę z miejscowości Lututów z informacją, że zaraz po otrzymaniu pocztówki z Pragi napisał ze mną wiersz, który odsyła po trzech godzinach (18 lipca 2012, o godz. 11) i wydruk komputerowy tego wiersza z jego odręcznymi dopiskami oraz przewrotnym komentarzem.

Wiersza tego – wiersza na cztery ręce: Tadeusza Różewicza i moje – nie należy traktować zbyt poważnie. A już na pewno nie jako wiersz Tadeusza Różewicza. Raczej jako żart. Najlepiej świadczy o tym data, jaką pod tym wierszem Mistrz Tadeusz postawił: 1 kwietnia, a więc Prima Aprilis! Jeśli za namową redaktora Piotra Dobrołęckiego, decyduję się teraz ów wiersz upublicznić to tylko dlatego, aby dać świadectwo wielkiego poczucia humoru, jakim wyróżniał się autor Niepokoju, Kartoteki i Śmierci w starych dekoracjach, czyli ktoś, kto przez całe życie starał się rozwikłać zadanie postawione przez sobą samym expressis verbis w wierszu Widziałem cudowne monstrum, mianowicie: „Stworzyć poezję po Oświęcimiu”.

I jeszcze dwa, trzy słowa komentarza: Kraków pojawia się w tym tekście nieprzypadkowo. Różewicz studiował zaraz po wojnie na Uniwersytecie Jagiellońskim historię sztuki, ja zaś trzydzieści lat po nim studiowałem na UJ filologię polską, nie raz i nie dwa wspominaliśmy – każdy swoje – dobre czasy krakowskie. Podczas jednej z rozmów Mistrz Tadeusz zapytał mnie, czy byłem w wojsku – odparłem, że tak i nie bez dumy dodałem, że od września do grudnia 1983 roku służyłem w Szkole Podchorążych Rezerwy przy Wyższej Szkole Oficerskiej Wojsk Zmechanizowanych im. Tadeusza Kościuszki we Wrocławiu, czyli w jego mieście, a potem od stycznia do sierpnia w jednostce w Olsztynie. Dodałem też, że kiedy zameldowałem się we Wrocławiu, tzw. Zmech był pogrążony w żałobie, bowiem latem tego roku zmarł uwielbiany przez podchorążych komendant szkoły generał Leszek Kozłowski. Pan Tadeusz zaskoczył mnie wówczas wyznaniem, że generał Kozłowski to był brat jego żony, a zaraz potem zapytał jakiego stopnia w wojsku się dochrapałem. Gdy powiedziałem, że plutonowego podchorążego rezerwy, odparł z błyskiem ironii w oku, że w takim razie powinien stanąć przede mną na baczność i oddać mi honory, gdyż on – żołnierz Armii Krajowej – jest tylko starszym szeregowym rezerwy. Moja natychmiastowa riposta brzmiała: Panie Tadeuszu, przed panem na baczność winni się prężyć generałowie, a nie tylko plutonowy podchorąży rezerwy.

Tu dygresja: nigdy nie zapomnę świetnej riposty Michała Jagiełły, który prowadził spotkanie w Sali im. Stefana Dembego Biblioteki Narodowej z Tadeuszem Różewiczem w roku 1999, gdy poeta po lekturze poematu Gawęda o spóźnionej miłości, poświęconego Wandzie Rutkiewicz, zdobywczyni Mount Everestu, wyznał, że bardzo się ucieszył, gdy dowiedział, że mieszka ona w tym samym mieście co on, we Wrocławiu, tym bardziej, że nawet nie śmie marzyć o wyprawie w Himalaje. Ależ panie Tadeuszu – powiedział wtedy Michał Jagiełło – pan w poezji nieustannie kroczy po szczytach Himalajów (cytuję z pamięci).

Od czasu rozmowy pół żartem, pół serio na temat służby wojskowej, każdą następną rozmowę z Mistrzem Tadeuszem kończyłem niemal sakramentalnym: panie Tadeuszu, życzę zdrowia, mówię do widzenia i trzaskam obcasami. Mistrz Tadeusz na zakończenie jednej z rozmów dwa, trzy lata temu, dodał nie bez śmiechu: nie musi pan tak cały czas przede mną trzaskać obcasami. Dopisek: „nie trzaskam obcasami bo jestem w ciap-ciach” jest więc sympatyczną złośliwością pod moim adresem. Tak myślę.

Gdy w poniedziałek rano, 28 kwietnia po uroczystościach żałobnych w domu pogrzebowym na cmentarzu przy ulicy Kiełczowskiej we Wrocławiu wyprowadzano trumnę ze zwłokami Mistrza Tadeusza (dzień później urna z jego prochami została złożona na cmentarzu ewangelicko-augsburgskim przy kościele Wang w Karpaczu), wyprostowałem się, odruchowo stanąłem na baczność i trzasnąłem obcasami.

Janusz Drzewucki

DwugłosyKAROL MALISZEWSKI Gdzie jest poezja? Przypadek Genowefy Jakubowskiej-Fijałkowskiej

Gdy wracam pamięcią do pierwszych zbiorków Genowefy Jakubowskiej-Fijałkowskiej, to myślę o problemie z poezją. Gdzie jest poezja i jak się objawia? Co trzeba robić, żeby dostąpić łaski wiersza? Na pozór niczego nie trzeba robić – poezja staje się sama i na przekór, bo nawet wtedy, gdy wkoło czczo i brzydko, czuć fetor i słychać przekleństwa. Tu trzeba zapomnieć o tym, co ładne i brzydkie – poezja jest ponad tym, jest poza estetyką ułatwiającą jej powstawanie, jest ważniejsza od jakichkolwiek warunków tradycyjnie kojarzonych z decorum i weną. Najprościej mówiąc, kosztem estetyki rośnie wartość etyki...

Ten dzisiaj bardzo poetycki i jednoznacznie kojarzący się Mikołów we wczesnych wierszach Gali to miasteczko jak ze złego snu, o atmosferze łapiącej za gardło, smętne i martwe. Byt w takim miejscu określał tytuł debiutanckiego tomiku – Dożywocie:

w Mikołowie

upał

otwarte okno

wróble

dożywocie wróbli

Paradoksalnie to miejsce (zazwyczaj określane negatywnie) prowokuje do bycia poetką, rodzi następne „niechętne wiersze”. Bo poezja, taka poezja, nie potrzebuje łąk kwitnących w maju, osadza się na marginesie wegetacyjnej szarzyzny, a wersy toczą się po brudnej, ciemnej ulicy. Olśnienie pojawia się właśnie wtedy, gdy najbardziej boli:

poezja boli

albo boli

i potem jest poezja

poezja

nie siedzi w słońcu

poezja siedzi

w poczekalni snów

na dworcach

w kałuży deszczu

w kropelkach moczu

na białym sedesie

W pierwszym tomiku pojawiały się zdania świadczące o odczuwaniu czy widzeniu granicy. Można było brać z codzienności wszystko, nawet to, albo szczególnie to, co przejaskrawione, nabrzmiałe czy wręcz ohydne (zauważmy, że tu tego typu określanie-wartościowanie nie funkcjonuje jak należy), lecz było coś opierającego się obcesowości i naturalizmowi. Ta granica dotyczyła zmarłych. O żywych można było powiedzieć wszystko, o ich cierpieniu, wypaleniu, zgorzknieniu, bezwstydzie, brzydocie. Milkło się dopiero w obliczu zmarłych. To w debiutanckim tomiku pada znamienne wyznanie:

we śnie przychodzą

kochani umarli

szarpią moje ciało

mam brzuch pełen robaków

z tego nie można

zrobić poezji

Widzimy, czytając kolejne książki mikołowskiej autorki, jak się dojrzewało do podjęcia i tego tematu. To znaczy napomykało się nim wcześniej, ale nie trafiało w istotę. A tutaj istota zdarza się wtedy, gdy wiersz uderza, drażni, uwiera. Gdy się o nim tak łatwo nie zapomina. Na początku poetka nie umiała o śmierci mówić tak dobrze, tak trafnie, tak okrutnie jak o życiu, miłości, seksie i ciele. Śmierć w pewnym sensie była za święta, zbyt patetyczna.

Zastanawiam się, czy najnowsza książka nie jest dowodem na to, że już znaleziono właściwe słowa („i z robaka wiersze”), że zaczęto trafiać prosto w świadomość śmierci i z niej wywodzić najpiękniejsze zdania. Czy zdania o śmierci mogą być piękne? Tak. Jeśli poruszają.

Oto etyka, która znów – przepraszam za słowo – estetycznieje; jeśli piękno jest poruszeniem, to przede wszystkim chodzi o ten błysk sumienia w nas samych, o drżenie moralnej wrażliwości. To nie sztuka dla sztuki, epatowanie dla epatowania, tu się w pewnym sensie cierpi za pozostałe beznamiętne i nieme miliony, w ich imieniu odgrywa spektakl oczyszczenia. I niektórzy z nas chcą w tym uczestniczyć.

Ale wcześniej – w drodze do spełnienia, bo najnowszy zbiór czymś takim mi się wydaje – była bardzo ważna przemiana. Po wierszach w miarę podobnych i jednorodnych zgromadzonych w tomikach Dożywocie, Pan Bóg wyjechał na Florydę, Pochylenie, Czuły nóż i Ostateczny smak truskawek, utwory powstające około 2010-2011 roku, zebrane w zbiorze „Performance”, musiały fanów tej twórczości mocno zaskoczyć. Przecież już wszyscy ją sobie zaszufladkowaliśmy. Mniej więcej tak, jak pisałem na okładce Czułego noża:

Sama sobie robi cięcie niemal w każdym wierszu, bo rozumie poezję jako rozdrapywanie, kąsanie i szczere aż do bólu nagabywanie samej siebie. No i jeszcze świat – dostaje mu się w tych wierszach za brud i okrucieństwo, za pozory i złudzenia. Poezja o czystości dawno przeze mnie nie doświadczanej. Czystość formy, czystość przesłania.

I co się nagle stało? Dla każdej poezji utkwienie, stanie w miejscu jest zabójcze. A dla tej – tak wyczulonej na fałsz, stereotypy i głuche powtórki – to już szczególnie. Ascetyczna do tej pory, spełniająca się w przejmujących, suchych oświadczeniach, otworzyła się na narrację, na sugestywną opowieść, która nabiera rozpędu, ogarniając coraz więcej z przenikliwie postrzeganego świata. Może to jest jedno ze znaczeń przywołanego w tytule słowa „performance”? Odbywa się poetycka akcja, która ma przykuć uwagę zabieganych przechodniów-czytelników. Także zawodowych czytelników, krytyków, którzy zdążyli swoje zrobić przy poprzednich tomikach. Zdążyli coś bezpiecznie zaklasyfikować. Żeby mieć spokój. A z taką poezją nie powinno się mieć spokoju.

Ta nieujarzmiona młodzieńcza energia starzejącej się bohaterki tych wierszy, jej niepokój i napięcie nie wyrażają na to zgody. Wybuchają nową ekspresją i nie ma w tym wyrachowania, zastanawiania się, czy tak wypada, czy nie. Prawda jest tu motywem i przesłaniem. Nieprzyjemna, niegrzeczna, bezceremonialna. Do takiej prawdy trzeba się przymierzać bez przerwy, dla niej trzeba się zmieniać. Stąd performance jako eksperyment na sobie samej, na własnym, spetryfikowanym niegdyś języku. To nowa, zaskakująca próba nazwania zmieniających się, dynamizujących relacji ze światem. W tej opowieści o uwarunkowaniach owych relacji obok chęci wypowiedzenia dręczącej, własnej prawdy ważna jest wola określania granic i zasad oporu. Energia, o której wspomniałem, ma charakter kontestacyjny. Genowefa Jakubowska-Fijałkowska jak na współczesną, wyrazistą poetkę przystało w demonstracyjny sposób nie wyraża zgody na łatwość konserwowania obyczajowych form stanowiących o męskości i kobiecości, ona te formy ośmiesza, rozwala i wreszcie po swojemu niweczy. Cóż pozostaje? Strumień rozgorączkowanej, chwilami zjadliwej mowy chwytającej życie na gorąco; i nie dającej się życiu, jego schematom, uproszczeniom i uzurpacjom wodzić za nos.

Interesująca jest ta nowa odsłona twórczości mikołowskiej poetki. Gorąca, wylewna, niepokorna. I jednocześnie zaprzeczająca prostocie, sentymentalizmowi i jednoznacznemu odczytaniu. Wewnętrznie sprzeczna, tym bardziej prawdziwa. Kontynuacją tego nowego otwarcia ( i jego tymczasowym zwieńczeniem) jest opowieść, jaką kreują najnowsze utwory, tworzące zbiór ze mnie robaka i z robaka wiersze.

Czy w takiej sytuacji, w poczuciu stałego zagrożenia i dyskomfortu można mieć swoją opowieść? Te wiersze z pasją odpowiadają: tak. A nawet więcej – nie pozostaje ci nic innego, bracie (a raczej – siostro), jak tylko własna opowieść. I pilnuj się, żeby nie była prostym odwzorowaniem podłości świata, twoją wersją nienawiści, bowiem wtedy nie będzie już własną i oryginalną. Twierdzę z uporem maniaka: świat przedstawiony w tych tekstach nie jest tylko prostym odpowiednikiem mimesis. Za impulsywnym, neurotycznym odwzorowaniem, odbiciem kolejnego uderzenia i pomówienia, stoi coś jeszcze. Przekonanie o możliwości opanowania tej wojny wszystkich ze wszystkimi i uratowania godności. Kobieta staje nad codziennym pobojowiskiem i jakoś je ogarnia.

Kobieta, dziewczynka, staruszka – one wszystkie starają się utrzymać w ryzach trwanie i orzekanie o nim, usiłują zmieścić się w ramach jednorazowych, dosadnych narracji o sensie budowania wspólnoty albo chociaż jej pozorów. Te bohaterki nie ustają w porządkowaniu rzeczywistości, np. w sprzątaniu mieszkania, gotowaniu posiłków i myciu okien. Dręcząc się pytaniami w stylu „na chuj to wszystko?”, dalej robią swoje. I ta dreptanina je ocala, tak jak podmiot liryczny ocala gorączkowe notowanie kolejnych zapisków. Chropawych, nieefektownych, celowo nieładnych, ale tak wiarygodnych, aż utwierdzających w przekonaniu, że chaosowi udało się wyrwać kolejny soczysty kawałek. Teraz czytelnik ogryzie go do kości, wysysając gorycz i czczość, śmiertelny smak identycznego poczucia bezsensu.

Wynika z tych wierszy, że kobiecości o wiele trudniej borykać się z określonymi przez kulturę formami. Faceci mają łatwiej. O, taki Bukowski na przykład... Facet kontestuje bez poważniejszych konsekwencji. Kobieta ma więcej do stracenia. Dobre imię, pozycję, znaczenie. I jeszcze ta odpowiedzialność za własne ciało, jego granice i pragnienia, za umierającą matkę i niedojrzałych synów. Kobieta musi być bardziej, a na mniej może sobie pozwolić.

Fenomen tej poezji wynika chyba właśnie z tego typu rozpaczy: patrzcie, jak ja sobie mimo wszystko pozwalam, jak bawię się waszym męskim językiem, jak przymierzam formy kontestacji i niezgody, jak przedmiesiączkowym napięciem ogarniam cały świat łącznie z waszym Kościołem, Bogiem, Obyczajem, Tradycją i pustymi rytuałami. Chcę od razu podkreślić: mamy do czynienia z czymś stojącym zupełnie obok przyjętych norm, a więc ujawniana tu wulgarność nie jest wcale wulgarna. Nie wiem, jak to się dzieje, że te kobiece złorzeczenia wydaje się uzasadnione i czyste. Sięga się po takie formy wyrazu, demonstracyjnie rozmijające się z „kulturą wysoką” i „dobrym smakiem”, gdyż kultura ta nie wykształciła rzeczywiście nośnych możliwości wykrzyczenia przez kobietę „innego bólu”, poczucia zbędności i braku miejsca dla siebie.

Bo to są wiersze o braku miejsca. Nawet te słynne miejsca wspólne (topoi) ulegają, jeśli nie rozkładowi, to rozchwianiu, bo nie znajdują odpowiedniego, w pełni poświadczonego kobiecym doświadczeniem zastosowania. Coś zawsze uwiera. Czy na pogrzebowej mszy, czy na intelektualnym spotkaniu dotyczącym filozofii i poezji, czy podczas miłosnego aktu. We wszystkim i ze wszystkim jest coś nie tak. Chwilami bohaterka czuje się jak Żydówka czekająca na śmierć w krematorium. Czeka się, czyli żyje się czekaniem, żyje się obok prawdziwego życia, zastępczo. Żyje się brzydko. Brzydota wypełnia wnętrza ludzi, ich mieszkania i widoki za oknem. Tęsknota za pełnią, pięknem i wzniosłością pozostaje kolejnym wyszydzonym fantazmatem. Bohaterka oprowadza nas po swoim świecie niczym „pracownica socjalna” otwierająca drzwi kolejnego, pełnego brudu i rozkładu, mieszkania.

Co zatem pozostaje? Co nas, czytelników, jeszcze trzyma przy tych wierszach? Czy nie oczekujemy od sztuki pocieszenia, zapewnienia o sensie i wartości? Jakubowska-Fijałkowska pisze widocznie dla tych, którzy nie oczekują. Jest w tym szczera i konsekwentna, układając swoją mozaikę z pokrwawionych szkiełek, pordzewiałych igieł i kawałków rozlatujących się pampersów. I w tym jest prawdziwa.

Wydaje mi się, że pisze także dla mnie. I ja nieraz czuję się głęboko zbędny, rozdarty sprzecznymi emocjami i intuicjami, niewyrażalny, szukający siebie w formach zwichniętych czy grubiańskich. Tak, to jest moja opowieść. Z rodzaju tych najtrudniejszych, które usiłują dobrać głos do wiarygodnego mówienia o seksualności i śmiertelności, samobójstwie i szaleństwie.

Dwugłosy GENOWEFA JAKUBOWSKA-FIJAŁKOWSKA

Lustro

ktoś stoi przede mną jakby nie mógł za mną zgasić światła

opowiedzieć historii która zdarzyła się

gdzieś tam mnie tobie temu kto przede mną

temu co go nie ma za mną

historii w której za dużo wilgoci

pary pasty do zębów szczoteczek grzebieni

pojedynczych włosów długich krótkich zwiniętych jak ślimak mały

(kto ty jesteś orzeł biały?)

historii strachu między piersiami jak mandarynki zielone kiwi

mogły być pomarańcze hiszpańskie

słodkie albo tylko zapach kwiatów pomarańczy

to tak pachnie pięknie w tej historii której nie opowiadasz

kostka Ambi Pur niebieska różowa mniej ale nie ma jej w tej historii

(tak jak nie ma pomarańczy ani piersi)

jest ucho kolczyk czerwone cyrkonie

szyja łabędzia podcięta zachodem słońca którego tu nie ma

jest wjeżdżając w miasto i w łazience jest lustro

Melatonina

strefy czasowe dalej od wschodu bliżej do zachodu

w stronę odwrotną południa i północy

na środek do wnętrza pokoju na piętrze

na mokrym dywanie po mopie dotyk stopy

już jestem w Arabii przez mokry dywan

za chwilę znowu tu nie na Capri sennie idziemy do łazienki

w miasteczku musi być jakiś równoleżnik

wychodzę z wody ja nie Wenus

piana morska płynie na posadzkę przez twoje i moje nogi

śpię krótko w twoim ręczniku kąpielowym

minęłam fazę REM

znikam senna pora obiadu senna po obiedzie

nie mam czym oddychać

we śnie który się nie śni dławi mnie łonowy włos

czuwanie przy tobie to sen żyrafy

schodzę do wodopoju i nie mogę wstać

od tyłu atakują mnie gepardy

paznokcie wyrywa mi w tym bezśnie gdy już widzę ogień

oficer KGB

Mdłości

ale mnie zemdliło sorry Ameryko

chyba będę rzygać

coś mi pewno zaszkodziło w McDonaldzie

a nie dojadłam nawet frytek

po szesnastej spojrzałam w niebo

nad Katowicami wschodził księżyc prawie pełnia

w końcu rzygnęłam przed starym dworcem naprzeciw redakcji

w torebce miałam chusteczki higieniczne intymne z Avon

ale wytarłam usta rękawem płaszcza

(nie zdążyłam wyjąć chusteczki)

potem gdy już księżyc wzbijał się w niebo jak samoloty w WTC

padłam na kolana

dalej wycierałam usta w chodnik

pomyślałam że może jestem w ciąży bo te mdłości

dzieciaki wydrąża mi brzuch jak dynię od środka

zapalą świeczki na Halloween

Dawca

miasto potrzebuje mojej krwi

między Mariacką a Bankową stoją oznakowane ambulanse

mgła spada na mury wojewódzkie rozbite berlińskie to prawie obok

na Kubę Rozpruwacza londyńska spada

a on stąd nasz wampir śląski z młotkiem

na mnie niż ze Skandynawii

Jezu jaki kicz renifery i niebieskie polodowcowe jeziora landszaft

słaniam się resztkami krwi

bierzcie ciało i krew moją podzielcie się

pijcie tyskie stawiajcie w parku chorzowskim ławki

gdy już będę miała białe żyły i blade łydki rzućcie się jak psy

na mnie

ostatnia krew jest jeszcze na palcach na białej kartce

i zapach sierści to zwierzę dzikie

ty ostatnia moja miłość w czerwonych rajstopach

DwugłosyJANUSZ DRZEWUCKI Poezja, filozofia i erudycja

1.

Nie ukrywam: jestem pod wrażeniem studium krytycznoliterackiego Krzysztofa Derdowskiego o poezji Stanisława Czerniaka Mistyka, zwierzęta i koany. I to z kilku powodów. Po pierwsze – z uwagi na bohatera tej książki. Urodzony w 1948 roku Stanisław Czerniak nie jest pierwszoplanową postacią współczesnej literatury polskiej tak jak jego rówieśnicy, np. Stanisław Barańczak, Adam Zagajewski czy Stanisław Stabro – przedstawiciele pokolenia ’68, zwanego także generacją Nowej Fali – bądź Józef Baran lub Adam Ziemianin – członkowie polemicznej w stosunku do Nowej Fali (pod względem programowym i artystycznym) grupy poetyckiej Tylicz. Czerniak jest outsiderem, czy jak kto woli tzw. poetą osobnym, podobnie jak Bohdan Zadura i Bogusław Kierc, należący wszak do tego samego pokolenia. Tyle tylko, że Czerniak nigdy dotąd nie cieszył się ani takim rozgłosem, ani takim uznaniem jak Zadura i Kierc.

A przecież jako poeta zadebiutował wtedy, kiedy powinien, czyli w roku 1967 na łamach katowickich „Poglądów”; miał wówczas 19 lat. Niestety, nie włączył się w główny nurt życia literackiego, swój debiutancki zbiór wierszy zatytułowany Samowiedza wydał dopiero w 1990 roku. Niestety, zbiorek ten, podobnie jak ogłoszone tego samego roku 1991 tomiki Wnętrze oraz Impas, zostały przeoczone przez krytykę literacką, która z jednej strony oczekiwała wielkich przemian artystycznych, jakie miały nadejść po 4 czerwca 1989 roku, zaś z drugiej – zachłystywała się wstępującym podówczas na scenę literacką poetami z kręgu czasopisma „bruLion”. W tej sytuacji pojawienie się w literaturze polskiej osobowości twórczej – dodajmy: oryginalnej i samoistnej oraz niezależnej, jaką Czerniak jest dla piszącego te słowa ponad wszelką wątpliwość – nie tylko, że nie zostało docenione, ale zostało wręcz przeoczone. W efekcie poeta czekał przez długie lata na swojego odkrywcę, egzegetę, krytyka. W tym miejscu dochodzę do drugiego powodu, dla którego jestem pod wrażeniem – tak mocnym, jak i dobrym, bardzo dobrym – studium Krzysztofa Derdowskiego.

Otóż, czytając opasły, bo liczący 450 stron, tom Mistyka, zwierzęta i koany, miałem pewność, że liryka Czerniaka czekała przez wszystkie te lata właśnie na kogoś takiego jak Derdowski. Młodszy o prawie dziesięć lat od Czerniaka Derdowski jest poetą, prozaikiem, dramaturgiem, a także dziennikarzem. Na każdym polu twórczej aktywności odnosił (i mam nadzieję: będzie odnosił nadal) sukcesy. Jego teksty krytycznoliterackie znam z publikacji na łamach rozmaitych pism stricte literackich nie od dzisiaj. Co znamienne, Derdowski nie jest krytykiem akademickim, a właśnie tacy nadają ton polskiej krytyce literackiej od ponad pół wieku. Krytyk akademicki to zazwyczaj zatrudniony na wyższej uczelni historyk literatury, uprawiający krytykę z mocno ograniczającej jego horyzonty poznawcze pozycji historyka, dziejopisa i – jak na uniwersyteckiego badacza przystało – broni się, jak może, przed wszelką nowinką artystyczną; od tego, co nowe, a więc nieznane, woli to, co stare, a więc znane. Derdowski nie ma tych ograniczeń. Rzuca się w świat poezji Czerniaka powodowany fascynacją, jaką żywi wobec liryki autora Samowiedzy, pełen wiary, że obcuje oto z poetą, którego nie tylko warto, ale nade wszystko trzeba, bezwzględnie trzeba dla dobra kultury polskiej odkryć i odzyskać.

2.

Myślę, że to dobry czas dla poezji Stanisława Czerniaka. Cztery lata temu ukazał się przecież potężny wybór wierszy Nagie ŻE, zawierający nie tylko utwory wybrane ze wspomnianych wcześniej trzech zbiorków z lat 1990-1991, ale także, a raczej przede wszystkim wybór wierszy z lat 1992-2008, które to utwory w pierwszej kolejności stały się przedmiotem literaturoznawczego oglądu Krzysztofa Derdowskiego. Co więcej, rok temu pod redakcją Derdowskiego ukazała się książka Antropologia podmiotu lirycznego. Wokół Nagiego ŻE Stanisława Czerniaka (Wydawnictwo Rolewski, Nowa Wieś nad Drwęcą k/ Torunia 2012), zawierająca szkice takich poetów, krytyków i literaturoznawców, jak m. in. Krzysztof Lisowski i Leszek Szaruga, Andrzej Biskupski i Henryk Pustkowski, Paweł Dybel i Marek Kazimierz Siwiec, Jerzy Suchanek i Robert Mielhorski. Dwa szkice samego Derdowskiego pomieszczone w tym tomie: Outsider, czyli o poezji Stanisława Czerniaka oraz Wątpiący to de facto zapowiedź Mistyki, zwierząt i koanów.

Trzeci i chyba najważniejszy powód, dla którego książkę Krzysztofa Derdowskiego czytałem z wielką satysfakcją, ma wieloraką naturę, której specyfikę postaram się teraz wyłuszczyć. Derdowski nie jest profesjonalnym literaturoznawcą, ale jego praca jest robotą literaturoznawczą pełną gębą. Pod względem metodologicznym to robota niemal wzorcowa. Co jednak istotne, rozprawa Derdowskiego nie jest tylko i wyłącznie rozprawą naukową. Owszem, badacz posługuje się słownictwem teoretycznoliterackim i historycznoliterackim, ale idiom naukowy jego rozprawy zostaje zrównoważony dzięki – inteligentnie wprowadzonemu do narracji – idiomowi literackiemu, a ściślej eseistycznemu.

Derdowski pisze uważnie i poważnie, ale przy tym lekko i z wdziękiem, zachowując równowagę pomiędzy wywodem analitycznym a wywodem interpretacyjnym. O sprawach trudnych i skomplikowanych opowiada jasno i prosto na tyle, na ile tylko jest to możliwe. A nie jest to łatwe, biorąc pod uwagę intelektualny i erudycyjny charakter twórczości poetyckiej Czerniaka, pracownika naukowego Instytutu Filozofii i Socjologii Polskiej Akademii Nauk w Warszawie, autora kilku książek poświęconych myśli filozoficznej Maxa Schelera, Maxa Horkheimera czy Jürgena Habermasa.

Podążając za swoim poetą, krytyk wkracza na teren już to filozofii, już to malarstwa i muzyki, już to socjologii, a nawet teologii oraz antropologii. Co najważniejsze, na terenie każdej z tych dziedzin Derdowski czuje się pewnie. Kiedy trzeba, sięgnie do Pisma Świętego i św. Tomasza z Akwinu, do filozofów starożytnych, do Epikteta i Marka Aureliusza, a także nowożytnych, do Kanta i Hegla, ale również do filozofów współczesnych, do Derridy, Foucaulta, Baudrillarda, a nawet do modnych ostatnio autorów, do Gao Xingjiana, Dona DeLillo czy Stanleya Fisha. Z równie wielką swobodą nawiązuje w rozmyślaniach o liryce Czerniaka do klasyków psychologii i socjologii, do Freuda i Fromma, MacLuhana i Marcuse. Stosowną orientacją w temacie musiał się Derdowski wykazać, omawiając zwłaszcza tak wyrafinowane pod względem poznawczym utwory Czerniaka jak Antropologia Helmutha Plessnera, Przesłanie Odo Marquarda, Trzeci świat Karla Poppera i Kos Martina Heideggera. Poniekąd zmuszony przez poetę badacz wraca do dawnych lektur Mikołaja Sępa-Szarzyńskiego, Adama Mickiewicza i Bolesława Leśmiana, ale także do Szekspira, Dostojewskiego i Rilkego, do Rimbauda, Sartre’a i Camusa, do Bretona i Aragona, o Franzu Kafce i Witoldzie Gombrowiczu, ulubionych autorach Czerniaka, nawet nie wspominając. Jakby tego było mało, eseista z podobną odwagą pisze o obrazach Boscha i Rembrandta, o rzeźbiarstwie Michała Anioła, o kompozycjach Bacha i Beethovena. Kiedy trzeba, zajrzy do Marco Polo, kiedy wyda mu się to konieczne, do Gogola czy Gonczarowa. Zaletą niniejszego studium jest i to, że jego autor korzysta z dobrodziejstwa, jakim są książki naukowe samego Czerniaka (np. Wokół klasyków socjologii wiedzy, Kontyngencja, tożsamość, człowiek czy Cielesność, kompensacja, mimesis, przy czym ta ostatnia została napisana do spółki z Rafałem Michalskim, co odnotowuję gwoli ścisłości).

3.

Intelektualną i erudycyjną twórczość poetycką Stanisława Czerniaka Krzysztof Derdowski umieszcza w szerokim kontekście kultury i tradycji, pokazując, skąd się Czerniak wziął, z czego wzięła się jego liryka. Ale że sam Derdowski jest poetą, więc nic dziwnego, że od tego, co intelektualne i erudycyjne w poezji Czerniaka, co filozoficzne i socjologiczne, co antropologiczne i kulturoznawcze, ważniejsze wydaje mu się to, co literackie i poetyckie. Godny podkreślenia wydaje mi się fakt, że Derdowski nigdy z pola widzenia nie traci poezji Czerniaka. Snując krytycznoliteracką refleksję, nigdy nie oddala się zbyt daleko od poety. Nic więc dziwnego, że do najlepszych stron tej książki należą te, na których eseista poddaje wielostronnemu oglądowi konkretne utwory Czerniaka, zwłaszcza takie jak: Poeta, Śmierć poezji?, Pieta Rondanini, Pochwała rozkoszy, Praczłowiek i nadczłowiek, utwory z serii Ars poetica oraz cykle Samowiedza i Wnętrze. Podoba mi się emocjonalna pasja, ale i racjonalna dociekliwość, z jaką Derdowski omawia elementy „poetyki ascetycznej” Czerniaka, z jaką objaśnia pojęcie „koanu”, czy zjawisko, a może raczej proces „wy-że-rzania” – fundamentalny dla poetyckiego światoodczuwania autora Nagiego ŻE.

Podoba mi się także humor i ironia, z jaką Derdowski rozpoczyna swoją opowieść o poezji Czerniaka, wychodząc od eseju Isaiaha Berlina Jeż i lis, konkretnie zaś od stwierdzenia Berlina, że Lew Tołstoj „był z natury lisem, ale wierzył, że jest jeżem”, podoba mi się również brawurowo napisany szkic końcowy Powinowactwa z wyboru i bez, w którym eseista pokazuje, jak ma się twórczość Czerniaka do twórczości jego rówieśników, do wspomnianych wcześniej Barańczaka, Zagajewskiego i Stabry, a ponadto do Juliana Kornhausera, Ryszarda Krynickiego i Jacka Bierezina. Intrygująco prezentuje się w narracji Derdowskiego niejednoznaczny, czyli dyskusyjny i polemiczny stosunek Czerniaka do Czesława Miłosza, Wisławy Szymborskiej i Zbigniewa Herberta, a nawet Tadeusza Różewicza. Wiele do myślenia dają rozważania Derdowskiego o związkach Czerniaka z poetami lingwistycznymi, poszukującymi nowych form wyrazu, z Mironem Białoszewskim i Tymoteuszem Karpowiczem (od siebie dorzuciłbym tutaj Witolda Wirpszę i chyba też Edwarda Balcerzana), nawiązania do eseistyki Ryszarda Przybylskiego i Jarosława Marka Rymkiewicza. Kapitalne znaczenie mają te fragmenty książki, w których Derdowski pisze o jawnych i ukrytych pokrewieństwach Czerniaka z tzw. poetami przeklętymi.

Niezwykle cenne wydaje mi się zamieszczenie w tej książce Appendixu, a w nim dwóch zestawów wierszy Stanisława Czerniaka. Ten pierwszy to Niagara, obejmujący wiersze najnowsze z lat 2009-2012, ogłoszone na łamach prasy literackiej i filozoficznej (być może w stosownym przypisie dobrze byłoby podać tytuły tych czasopism), natomiast ten drugi to Szuflada, czyli ponad czterdzieści najbardziej reprezentatywnych utworów Czerniaka w wyborze Derdowskiego, którym zresztą w swoich rozważaniach poświęca najwięcej miejsca. Dzięki temu czytelnik studium ma szansę – biorąc pod uwagę to, że zbiory wierszy Czerniaka należą na naszym rynku wydawniczo-księgarskim do tych najtrudniej dostępnych, czyli do tzw. białych kruków – błyskawicznie sprawdzić interpretacje Derdowskiego i następnie skonfrontować jego interpretacje z własnymi interpretacjami.

Dwugłosy STANISŁAW CZERNIAK

Piramida

W pewnym wieku

w każdym śnie

może się pojawić ktoś,

kogo nie ma.

Głównym celem piramid było zagradzanie drogi

do cudzego snu, przecieranie szlaku

do nieba.

Lecz złamano pieczęcie, przesunięto głazy,