Wydawca: Sonia Draga Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2018

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 397

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Pobierz fragment dostosowany na:

Zabezpieczenie: watermark

Opis ebooka Wyspa dusz - JOHANNA HOLMSTRÖM

Pewnej jesiennej nocy w 1891 roku Kristina Andersson topi dwoje swoich śpiących dzieci w rzece Aurze. Potem wiosłuje w stronę domu. Kristina zostaje wysłana na Sjalö, wyspę w archipelagu Turku, którą rzadko kto opuszcza. Czterdzieści lat później trafia tam siedemnastoletnia Elli Curtén. Dziewczyna z mieszczańskiej rodziny marzy o życiu, które składa się z czegoś więcej niż skrojona na miarę egzystencja w rodzinnym domu. Zostaje wciągnięta w szaloną karuzelę przestępstw i nieposłuszeństw, a następnie wysłana do szpitala psychiatrycznego, w którym czas stanął w miejscu. Pielęgniarka Sigrid Friman będzie łączniczką między Kristiną a Elli, tym, co stare i nowe – w okresie, gdy nad Europę nadciąga potworna wojna. Powieść Johanny Holmström jest oparta na prawdziwych zdarzeniach. To historia o tym, jak szaleństwo definiowano ze względu na płeć i czas, o macierzyństwie, archeologii milczenia i o szpitalu psychiatrycznym – miejscu, które jest jednocześnie więzieniem i azylem.

Opinie o ebooku Wyspa dusz - JOHANNA HOLMSTRÖM

Fragment ebooka Wyspa dusz - JOHANNA HOLMSTRÖM

Tytuł oryginału: Själarnas ö

Copyright © Johanna Holmström 2017

Published by agreement with Salomonsson Agency

Copyright © 2018 for the Polish edition by Wydawnictwo Sonia Draga

Copyright © 2018 for the Polish translation by Justyna Czechowska under exclusive license to Wydawnictwo Sonia Draga

Ta książka została opublikowana przy finansowym wsparciu FILI – Finnish Literature Exchange.

Projekt graficzny okładki: Mariusz Banachowicz

Redakcja: Agnieszka Radtke

Korekta: Grzegorz Krzymianowski, Iwona Wyrwisz

ISBN: 978-83-8110-648-1

Wszelkie prawa zastrzeżone. Nieautoryzowane rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci jest zabronione i wiąże się z sankcjami karnymi.

Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.

Szanujmy cudzą własność i prawo!

Polska Izba Książki

Więcej o prawie autorskim na www.legalnakultura.pl

WYDAWNICTWO SONIA DRAGA Sp. z o.o.

ul. Fitelberga 1, 40-588 Katowice

tel. 32 782 64 77, fax 32 253 77 28

e-mail:info@soniadraga.pl

www.soniadraga.pl

www.facebook.com/wydawnictwoSoniaDraga

E-wydanie 2018

Skład wersji elektronicznej:

konwersja.virtualo.pl

Dla Ciebie, która zastanawiałaś się kiedyś,czy jesteś szalona, albo myślałaś, że zaraz oszalejesz.Prawdopodobnie masz rację.

KILKA SŁÓW NA POCZĄTEK

Pewnego ciepłego jesiennego dnia w 2015 roku znajduję Amandę w archiwum wojewódzkim w Turku. Nagle po prostu tam jest, w księdze rachunkowej. Staje mi przed oczami, wybucha ponad stronicami tym swoim porywczym temperamentem, z tendencją do wrzeszczenia, wściekania się i rozkazywania. W napisanym odręcznie pełnym złości liście żąda, by oddano jej ubranie. Zabrano je, kiedy tam przybyła, do szpitala na Seili w archipelagu Nagu w 1891 roku. Ma dwadzieścia sześć lat. Wędrowniczka w czasach, kiedy włóczenie się bez celu było zabronione. Puszcza się i chleje. Jest dzika. Niebezpieczna.

Po przybyciu na Seili staje się jedną z wielu. Pielęgniarki zapisują przebieg jej choroby, znajduję ją jako imię, obok niego różnego rodzaju opisy dotyczące humoru i wydzielin ciała. Wszystko bardzo dokładnie odnotowane. Miesiączkę oznaczono czerwonym kolorem. Z biegiem lat zapiski stają się coraz bardziej oszczędne. Może się uspokoiła. A może lekarze po prostu przestali się nią interesować. Przecież to zakład dla nieuleczalnie chorych psychicznie.

Opowieść o kobietach na Seili nie zaczyna się od Amandy. Nie zaczyna się nawet w roku 1889, kiedy szpital na odległej wyspie stał się miejscem wyłącznie dla kobiet. Tak naprawdę ta historia zaczyna się w latach pięćdziesiątych osiemnastego wieku we Francji, gdzie niejaki doktor Pierre Pomme stoi nad wanną i notuje. Jean-Martin Charcot otworzył swój histeryczny teatr w szpitalu psychiatrycznym Salpêtrière w Paryżu, gdzie w drugiej połowie dziewiętnastego wieku pokazywał słynne pacjentki Blanche i Augustine licznie zgromadzonej publiczności. Działo się to przed psychoanalizą Zygmunta Freuda i przed testem na inteligencję Alfreda Bineta. Nowoczesna psychiatria i dyscyplina diagnozowania wciąż znajdowały się w stadium embrionalnym, a Pierre Pomme odkrył, że pacjentki uspokajają się pod wpływem gorących lub zimnych kąpieli.

Kobieta siedzi w jego miksturze od dawna; dokładnie od dziewięciu miesięcy, przez dziesięć do dwunastu godzin dziennie. Wreszcie zaczyna się coś dziać. W notatkach doktor stwierdza, że powoli, lecz zdecydowanie pacjentka zaczyna rozpuszczać się od środka. Cząsteczki przypominające membranę jej organów trawiennych wypływają z uryną, niczym kawałki wilgotnego pergaminu. Woda otacza ją jak w macicy, ale w przeciwieństwie do wód płodowych, które są ciepłe, te zimne kąpiele mają kobietę powoli doprowadzić do śmierci.

Pod koniec dziewiątego miesiąca, po tym jak prawy moczowód wypłynął w całości, po tym jak części organów trawiennych zostały wydalone, wewnętrzne tkanki odrywają się i przechodzą przez odbytnicę. Przełyk, tchawica i język odpadają płatami, a ona wydala je, wymiotując i kaszląc. Później, pod sam koniec, za lekkim dotknięciem skóra odrywa się od ciała. Kobietę można obrać. Jak sparzony wrzątkiem pomidor. W ten sposób Pierre Pomme odpowiedział na pytanie, którego tak naprawdę nikt nie postawił: jak długo należy namaczać kobietę, żeby rozpuściła się od wewnątrz? W swoich ostatnich notatkach na jej temat stwierdza, że kąpiele wyleczyły ją z histerii, ale pacjentka niestety zmarła podczas kuracji.

Współczesna medycyna opiera się na fundamentach z kości i martwych ciał, z niewypowiedzianego ludzkiego cierpienia, a pytanie, które można zadać, brzmi: czy te ofiary były uzasadnione, skoro umożliwiły zrozumienie chorób i ich leczenie? To samo nastawienie nadało swoje piętno chorobom duchowym. Chorobom umysłu. Tych, których niegdyś okrzyknięto prorokami i jasnowidzami, pieczęć nowoczesności zamieniła w histeryków i schizofreników, pozamykano ich. Zniesiono granicę między zdrowym a chorym, zerwano kontakt z językiem ekstazy, ogłupiania i kazania. Myślący człowiek nie rozumiał już i nie potrafił interpretować tego języka, stał się on za to językiem choroby – językiem milczenia. W ten sposób francuski filozof Michel Foucault opisuje wkroczenie nowoczesnej psychiatrii w ludzkie istnienie. Jednocześnie zaprzepaszczono coś bardzo istotnego. Foucault twierdzi, że musimy nauczyć się słuchać. Musimy przeprowadzić archeologię milczenia, gdzie znajdziemy wszystkie te zapomniane głosy i wydobędziemy je na powierzchnię. Dopiero wówczas będziemy mogli wtargnąć w istotę szaleństwa i odnaleźć to, co się tam kryje.

Pod plątaniną zbrązowiałej trawy za kościołem na wyspie Seili, ledwo widoczny, znajduje się bardzo zniszczony szaroblady nagrobek. Płyta leży płasko na ziemi, tekst jest w gruncie rzeczy nieczytelny. Grób został wchłonięty przez łąkę. Potykam się o niego, kiedy po raz trzeci – i ostatni – odwiedzam wyspę. Żeby rozszyfrować napis, muszę przesunąć opuszkami palców po chropowatej powierzchni, serce opada mi na dno piersi, gdy odczytuję imię.

PROLOG

Turku, 1991

Sigrid wypływa po raz ostatni. Połowa września, powietrze i woda wciąż są ciepłe. Całą drogę do Kąpieliska Obłąkanych przeszła boso. Od gospodarstwa pastora, gdzie mieszka. Po wilgotnym, zimnym trawniku. Obok kościoła zakrywającego drzewa po lewej. Latarnia morska na wprost i pralnia po prawej. Na Wzgórzu Szaleńców – szpital.

Ścieżka prowadząca aż do wody usiana jest malutkimi czarnymi ślimakami; uważa, by nie nadepnąć na nie. Za szopą z drewnem i łąką zaczyna kłuć ją w stopy od igieł z lasu wspinającego się po Ängesnäsberget, gdzie kilka lat temu znaleziono fiolki po lekach wypełnione ręcznie zapisanymi karteczkami. Spogląda w tamtą stronę, ale od dawna nie ma siły, by wspiąć się na samą górę. Gdy dociera na plażę, zostawia ręcznik na wygładzonym brązowym piachu. Chłód znieczula jej stopy, kiedy wchodzi do wody, a potem się zanurza.

Gdy odpływa od wyspy, która przez ponad sześćdziesiąt lat stanowiła jej dom, wyobraża sobie, jak poczucie ciężkości i życia w drodze do świata zostaje zastąpione przez uczucie bycia niesioną. Teraz jest lekka, waży jedynie czterdzieści dziewięć kilo, ale wciąż pozostała wytrwała. W zdrowym ciele zdrowy duch. Tak opisał ją kiedyś doktor Mikander, dawno temu. Ramiona rozdzielają wodę i ciągną ciało, dalej nogi podążają za tym ruchem, kiedy wystrzeliwują ją do przodu.

Tego ranka panuje przedziwny spokój. Sosnowymi gałęziami nie porusza najmniejszy podmuch wiatru. Żadne fale nie marszczą powierzchni zatoki. W powietrzu czuć jakieś oczekiwanie, ale ona tego nie zauważa. Odwraca się na plecy i rozpościera kończyny. Uszy zatkane wodą, słyszy własny oddech, nic poza tym. Pod jasnoniebieskim niebem nietrudno poczuć się jak ktoś inny, ktoś, kim była, zanim zaczęła zauważać w ciele wiek. Woda pozbawia ją ciężaru, jakby latała. Przepływają przez nią lekkie i zwiewne pokłady czasu, które gromadziła przez te wszystkie lata. Od dawna czuje się uwikłana w stan, w którym wszystko to, co pamięta, zgodnie dzieli przestrzeń ze świadomą, żywą teraźniejszością.

Znów obraca się na brzuch. Wykonuje mocniejsze ruchy w stronę ujścia zatoki, z pomocą silnych ramion i nóg oddala się od brzegu, wzrok utkwiony w linii horyzontu. Skalista wysepka wsuwa się wolno w cieśninę za boją, kobieta rzuca niechętne spojrzenie w tamtą stronę, w kierunku miejsca, gdzie kiedyś ciało kołysało się przy brzegu. Znalazł je w marcu jakiś statek przepływający opodal, sądzili, że może jeszcze żyje, póki nie zorientowali się, że to tylko fale wprawiają w ruch ramiona i nogi. Myśl o tamtym zdarzeniu wciąż napawa Sigrid nieprzyjemnym uczuciem, choć nauczyła się z tym żyć. Z każdym miejscem na wyspie wiąże się jakieś wspomnienie. Nigdy nie uda jej się od tego odpłynąć. Większość wspomnień jest szczęśliwa. Zawsze, gdy patrzy na połyskującą powierzchnię morza, myśli o spojrzeniu Fransa. Ten wrześniowy poranek nie stanowi wyjątku, im bardziej oddala się od lądu, tym bardziej myśli, że odrywa się od tego, co było, od własnego życia, od córki, którą urodziła i wychowała na wyspie i poza nią, o wszystkich tych, którzy opuścili to miejsce, i tych, którzy nigdy nie mogli go opuścić. Dłonie, które ściskała. Włosy, które głaskała. Tak, pamięta je wszystkie. Każdą z nich.

Odwraca się, zmęczona, udeptuje wodę. Gardło się kurczy, prawie nie przepuszcza powietrza. Kwas mlekowy obciąża ramiona i nogi. Plaża wydaje się taka mała, tak odległa. Czy naprawdę zawsze taka była? Oddalona i opuszczona? Omiata wzrokiem horyzont, jakby szukała wyjaśnienia dla tego kłującego, pełzającego uczucia, które zakorzeniło się w jej ciele, ale znajduje tylko spokojny, równy, nieprzerwany błękit, całą drogę aż po Archipelag Sztokholmski, hen, daleko stąd. Po raz ostatni bierze głęboki wdech, zawraca. Dalej nie popłynie.

KRISTINA

1

Turku, 1891

Pewnej nocy na początku października po czarnej wodzie rzeki Aury sunie łódka. Siedzi w niej Kristina, wiosłuje ze wzrokiem utkwionym w zatoce, z której właśnie wypłynęła. Stewa przecina łagodną powierzchnię wody, pluska i chlupie samotnym odgłosem.

Dzień był ciepły. Po południu Kristina ośmieliła się nawet rozpiąć wełniany sweter, który skoro świt naciągnęła na sukienkę. Powiesiła go na płocie koło obory, został tam, zapomniany. Potem nadszedł wieczór z upiornym przypomnieniem o nadciągającej zimie, gęsty, zacierający wszystko mrok. Chłodne powietrze sprawia, że Kristina w zbyt cienkiej sukience zaczyna drżeć i pociągać nosem. Bolą ją ręce. Zmęczenie, które nigdy nie opuszcza ciała, prowadzi myśli w ten sam ociężały sposób co czarna woda łódkę. Pot wystąpił jej nad górną wargą. Czuje, jakby razem z nią w łodzi siedział sam diabeł.

Ma długą dniówkę w gospodarstwie Löfströmów, potem do Anny po dzieci. Wiosła obcierają dłonie. W ramionach kłuje i pali. Płynie pod prąd, w górę rzeki, przeklina, kiedy pot na skórze stygnie. W ten sposób nigdy nie dotrze do domu. Nie dziś wieczorem. Wokół niej jest czarno. Tylko chałupy na brzegu świecą jak równo rozsypane punkty, ludzie palą w kuchniach nocne ogniska. Nie mija żadnej łodzi. W tę bezbożną godzinę tylko Kristina jest na dworze.

Oby tylko znaleźć spokój!

Kiedy wiosłuje, w dulkach trzeszczy i stuka.

Oby tylko móc wszystko zostawić, nie musieć!

Dzieci muszą dostać kolację, najmłodszemu trzeba dać pierś. Czuje, że jej piersi są nabrzmiałe, wypełnione mlekiem puchną i bolą, niepokoi ją to, od długiego czasu czuje, że nie ma już dawnej siły. Nie tylko wiosłowanie co wieczór pod prąd jest coraz cięższe. To to trudne uczucie w ciele, które raz po raz wyciska z oczu łzy w najmniej spodziewanym momencie, na przykład podczas dźwigania wiadra z mlekiem między oborą a domem Löfströmów. Zaciska usta najmocniej jak się da, żeby nie drżały, gdy prasuje sukienki chłopczyka i spogląda na wierzch dłoni, gdzie żyły uniosły się tuż pod skórę dużo wcześniej, niż powinny. Ma dwadzieścia cztery lata i dwoje dzieci, ale czuje się jak stara Kerttu z grani, pochylona Kerttu z drżącą ręką przed sobą, kiedy półślepa sunie w stronę wsi, ściskając w dłoni laskę, zgięta wpół, jakby wiecznie walczyła z nieistniejącym wiatrem.

Przecież, myśli Kristina, ja też czuję ten wiatr. Jak spowalnia wszystkie ruchy, przenika ubrania, aż człowiek zaczyna się trząść.

Chłód jest wilgotny i surowy. Przegryza się przez pończochy, twardymi łapskami chwyta za kostki, bolą trzony kości.

Gdyby tylko była już w cieple chałupy, całkiem sama w miękkiej poświacie lampy naftowej! Gdyby tylko mogła rozwiązać sztywne trzewiki, rozprostować bolące palce u stóp i z chrząknięciem, pół na pół z bólu i z ulgi, oprzeć nogi o stołek, rozsiąść się z kubkiem parującej kawy. Poczuć, jak stłumione zmęczenie wciska ją w krzesło, a ciało zanurza się w łagodnym, kojącym odpoczynku.

Gdyby tylko ten znój i trud, i to usługiwanie jednemu i drugiemu panu wreszcie się skończyły…

Rozgląda się i ze złością robi ostatnie, silne pociągnięcia wiosłem, a potem zastyga. Po prostu puszcza. Niech woda porwie to cholerstwo i poniesie dokądkolwiek, a ona będzie tak siedzieć i dyszeć.

Łódka wykonuje półobrót, kołysze się i zarzuca, woda pluska o burty. Kristina nasłuchuje własnych świszczących oddechów, czuje, jak rozbijają swe ciepło o jej twarz i zamarzają. Jest zmarznięta i spocona jednocześnie. Zęby jej szczękają, kilka razy potrząsa głową, tam wewnątrz, dokładnie pośrodku między uszami, znów pojawia się to uczucie, to dziwaczne, złowieszcze i paraliżujące uczucie, które ostatnio przejmuje panowanie nad wszystkim. Uczucie szlamu, który powoli rośnie i bulgocząc, wypełnia wnętrze czaszki. Ona raczej wie, że to zmęczenie uwiło sobie gniazdo, założyło obóz i zostaje na dobre, by dręczyć ją dzień i noc. Nie poddaje się. Czeka na nią. Czeka, aż spłaci długi, nieważne, w łóżku czy w grobie.

Już lepiej w grobie, myśli, odcharkuje, spluwa, a potem wraca do swojego zajęcia: dojenia, pieczenia chleba, ubijania masła, prania… Ale teraz, w tej łupinie, całkiem sama, otoczona nocą, wcale nie jest taka butna, siedzi bez ruchu, podczas gdy prąd ściąga łódkę w dół rzeki. Zniesie ją aż do morza, jeśli nie zacznie wiosłować, więc zbiera się w sobie, by jeszcze raz spróbować. Wtedy jej wzrok pada na tobołki leżące na dnie.

Oczywiście, myśli, że też wcześniej na to nie wpadłam.

Trzeba pozbyć się balastu, jak powiedziałby wuj Karl. Łódka będzie lżejsza. Dopłynie do domu z roztańczonymi stewami.

Do domu, do spokoju i ciszy. Do ciepła, cudownego ciepła!

Myśl zrazu wydaje się oczywista. Nie musi nią obracać na wszystkie strony, jak często jej się zdarza w innych sprawach, co doprowadza ją do rozgoryczenia i rozpaczy. Ten pomysł łatwo schwytać i prosto wdrożyć w czyn.

Szybko wciąga wiosła i wstaje. Zdecydowanym ruchem chwyta kosz, podnosi go, bez wahania kładzie na wodzie i odpycha. Obserwuje, jak sunie z prądem.

Następnie odwraca się do tobołka na środkowej ławce, tym razem nieco się waha. Jest cięższy, nawet za ciężki. Z wysiłkiem go unosi, to jednak nie budzi dziewczynki, która tylko porusza się i wzdycha. Koc, w który jest owinięta, zsuwa się troszeczkę, tak że Kristina dostrzega twarz śpiącego dziecka. Miękkie zaokrąglenie gładkiego policzka i rzęsy dotykające skóry. Spod koca wystaje ciemny kosmyk włosów. Kristina przytula tobołek. Potem z chlupotem upuszcza go do wody. Dziewczynka wydaje zaspany dźwięk, ale szybko idzie na dno. Fale powstałe od uderzenia o wodę wprawiają łódkę w lekkie, leciutkie kołysanie, pluskają o boki. Potem zapada cisza. Kristina stoi przez chwilę na czworakach i patrzy, jak dziecko znika w gęstej ciemności. Wszystko dzieje się szybko. Ręce zabrudziły jej się od szlamowatej wody, wyciera je w spódnicę i wstaje.

Łódka z łatwością płynie pod prąd, Kristina wiosłuje zamaszyście przez spokojną, zimną noc, dalej, w stronę domu, do domu, do pustej i spokojnej chałupy. Nikogo, kto by jęczał z głodu czy pragnienia. Tylko ciepła, miękka cisza, w którą się zanurzy.

Tego wieczoru szybko zasypia, zanurza się w gęste, ciemne wody snu, drętwieje i wślizguje się pod przykrywę koszmarów, w których je widzi.

Ich twarzyczki pod powierzchnią wody, włosy roztańczone wokół głowy w spokojnym, falującym rytmie. Oddalają się od niej. Ich twarze przypominają płody zanurzone w słojach z formaliną. Takie, które widziała w namiocie z różnościami na jesiennym jarmarku, kiedy jeszcze trzymała własną matkę za rękę. Oczy zamknięte, mocno zaciśnięte usta.

Dzieci spały, kiedy po nie przyszła. Zaniosła je do łódki zacumowanej przy brzegu. Ostrożnie ułożyła je na dnie, by odpoczęły tak, jak ona nigdy nie mogła odpocząć. Starała się ich nie obudzić. Miała silne ramiona. Nosiły dzieci od momentu ich narodzin, nigdy nie sądziła, że tak łatwo będzie je z nich wypuścić.

Kiedy budzi się następnego dnia, pędzi do łódki, zrywa ją i ciągnie, popycha do wody, potyka się o kamienie, które ranią jej stopy. Jest bosa, ma na sobie tylko koszulę, nogi jej drżą, gdy wsiada do łodzi.

Łóżeczka. Puste łóżeczka! Dzieci! Nie ma ich!

To, co poprzedniego wieczoru wydawało się marzeniem, teraz stało się rozespaną rzeczywistością poranka, kiedy chwyta wiosła i płynie tak, jakby sam diabeł deptał jej po piętach. Włosy ma rozczochrane, gardło z wysiłkiem przepuszcza powietrze przez rozchylone usta.

Dzieci… zniknęły! Ich pomięta pościel, rozrzucone kołdry, tak jak zostawiły je rano poprzedniego dnia, ale ich nie ma… Jak mogły tak zniknąć?

Nadpływa kilku wieśniaków w kutrze rybackim. Wołają do niej, ale ona nie patrzy w ich stronę, rwie dalej z wiosłami tuż nad powierzchnią wody, ledwo je zanurza, kiedy próbuje płynąć jak najszybciej. Wynik jest przeciwny, łódka porusza się wolno, rozpaczliwie wolno.

Kiedy wreszcie dociera do miejsca, gdzie upuściła dzieci do rzeki, odrzuca wiosła i bez zastanowienia wyskakuje za burtę. Lodowata pięść wody wyciska z niej powietrze. Tonie. Udaje jej się wypłynąć na powierzchnię. Rozgląda się, szuka czegoś wzrokiem. Oddycha głęboko. Znów nurkuje.

Ich nocne koszule falują w jej stronę niczym białe żagle, płynie w ich stronę. Rozciąga się, chwyta chłopca za rączkę.

Ktoś wyciąga ją na powierzchnię. Z trudem łapie powietrze, pluje, dyszy. Woda dostała się do tchawicy, kaszle. Silna ręka, która złapała ją za koszulę, wciąga ją na łódź solidnym chwytem pod pachami. Bierze kilka płytkich oddechów. Próbuje się wyrwać. Musi wrócić! Na dół! Tam!

Uratowało ją dwóch mężczyzn ze wsi, Juho i Heikki. Zawrócili, gdy zobaczyli, jak przepływa obok, a teraz leży na pokładzie ich kutra i się trzęsie. Podnosi się i chwyta za reling, gotowa, by znów skoczyć, ale Heikki trzyma ją za ramię.

– Co ty wyprawiasz? Oszalałaś, dziewucho?

Trzęsie się, szczęka zębami, włosy przyklejają jej się do policzków. Spogląda prosto w jasnoniebieskie oczy Heikkiego i dygocze z zimna i z paniki, która wzbiera jej w ciele. Spojrzeniem sunie po jego szerokiej twarzy, szuka czegoś, na czym można by się zatrzymać, zmarszczka niepokoju, nachylenie ponurych ust. Jego policzki pokrywa jasnoszary zarost, włosy wystające spod czapki są kędzierzawe i szpakowate. Jest w nim coś tak znajomego, że wyrzuca to z siebie, to, co chciała wykrzyczeć od samego rana, od kiedy się obudziła i zobaczyła puste łóżeczka.

– Dzieci! Dzieci tam są! Puść mnie! Błagam! Musimy je znaleźć! Dzieci tam są! To prąd! Prąd je porwał!

Potem upada na dno łodzi. Zmęczenie ją powala, na chwilę drętwieje. Jej lodowate, mokre i bezwładne ciało leży tam, gdzie dwaj mężczyźni zazwyczaj trzymają zdychające blade ryby, gorzałkę i sieci pełne morszczynu.

2

Przy oknie, odwrócony plecami do wnętrza pokoju, stoi komendant Konrad Krohnberg i spogląda na podwórko gospodarstwa Hilmy i Erika Anderssonów. Włosy ma gładko zaczesane do tyłu i – jak zazwyczaj, kiedy przychodzi w sprawach służbowych – jest ubrany w granatowy płaszcz i kamizelkę ze srebrną dewizką. Usztywniony kołnierz błyszczy bielą. Odprasowane spodnie, połyskujące buty. Wygląda, jakby na tych szerokich barach nigdy nie osiadał kurz. Jakby pod paznokcie nigdy nie wlazł żaden brud. Jakby nigdy się nie pocił ani nie cierpiał z powodu jakichkolwiek dolegliwości cielesnych. Ręce ma złączone za plecami, palce lekko splecione, ciało wygodnie i ciężko rozpostarte w bezpiecznym oczekiwaniu.

W łóżku za nim leży chłopka Kristina Andersson i śpi. Trzy dni temu rybacy przywieźli ją do wsi kutrem, ci sami, którzy ją wyłowili, lodowatą i mokrą. Gorączka podniosła się tego samego wieczoru, tak że od razu należało wezwać doktora Fransmana. Od czasu do czasu się budziła, ale była tak nieobecna i nieświadoma czasu ani przestrzeni, że uznano, iż najlepiej będzie pozwolić jej odpocząć.

Pod drzwiami izby posadzono parobka Kustaę Järvinena, żeby jej pilnował. Na razie nikt nie wie, co tak naprawdę się wydarzyło. Nie ma dzieci, to oczywiste, ale od wczorajszego wieczoru sprawy obrały drastyczny kierunek, a tego ranka Kristina jest w nieco lepszym stanie. W nocy spadła jej gorączka, aż do świtu kobieta budziła się co chwilę i wołała za dziećmi. Gdy tylko Kustaa Järvinen otrzymał wiadomość, że należy sprowadzić komendanta, wziął nogi za pas, jakby nie dało się tego zrobić wystarczająco szybko, bo pilnował jej raczej z dręczącym uczuciem niepokoju; dzieciobójczyni, taka potrafiła dopuścić się czegokolwiek. Tak więc nie spał, drzemał raczej na krześle, którym podparł drzwi, a i tak mógł zmrużyć tylko jedno oko.

Hilma Andersson krążyła po kuchni od bladego świtu. Była jak chora kura, niezdolna spocząć ani zabrać się do czegoś sensownego. A niby jak miałaby to zrobić? Z córką w malignie w pokoju obok, w domu po raz pierwszy od ponad roku, i jeszcze dzieci… Myśl zaplątuje się w gardle za każdym razem, gdy do niej wraca.

Na chwilę usiadła na pomalowanej na zielono ławie przy stole, przebiegła wzrokiem po białym obrusie, a potem za okno, gdzie kury, z Linną na przedzie, krążyły, dziobiąc ziarno, ale kiedy tylko przysiadła, myśli pukały i nieproszone wkraczały do głowy, w kółko te same, potworne, nieopisane, przerażające – że nie ma dzieci.

Nie ma!

Zerwało ją to na równe nogi. Stała tak przez chwilę, chwiejąc się, ale jeszcze nie pozwoliła sobie na zniknięcie, miotała się i wymachiwała rękami, w ciemnym, duszącym worku, jakim jest rozpacz. Wciąż znajdowała się gdzieś pomiędzy zwątpieniem a nadzieją, kiwała się i wahała, próbowała sobie wmówić, że to wszystko to tylko nieporozumienie, zwykłe nieporozumienie i że dzieci niebawem się znajdą, że uciekły albo się zgubiły. Jednocześnie wiedziała, że chłopiec był za mały, ledwo chodził, a Helmi… Helmi nigdy by nie uciekła, taka jest strachliwa. Wiecznie w fałdach spódnicy Kristiny, nigdy nie oddalała się na krok, nie spuszczała matki z oka. Obława nie dała rezultatu, nie dotarłyby do lasu, to zbyt daleko. Zostało tylko szukanie drapakiem, ale tam nie chciały pójść myśli Hilmy. A jednak, te dręczące domysły. Ocierały się o tył głowy, starała się je przegonić, zająć się czymś, wędrowała więc między ciastem przygotowanym do pieczenia a umytą ladą, do łóżeczek, które tym razem pozostały niezaścielone, Boże miłosierny, do mleka, które należało spienić. W końcu się poddała i po prostu obchodziła już wysprzątaną kuchnię, drobiazgi od dawna odłożone na miejsce, aż zobaczyła komendanta kroczącego przez podwórze, wtedy rzuciła się do sieni i stanęła z rękami opartymi o framugę, uczepiła się wszystkiego, czego kiedykolwiek była warta. Miała siwe włosy, mała, sucha i bezwartościowa kobieta. Zeszłoroczna mucha w sieci w porównaniu z ubranym na ciemno pająkiem, który teraz spieszył po ścieżce między oborą a kurnikiem. Hilma stała tak, plecami przyciśnięta do drzwi, starając się powstrzymać zdecydowanie stabilniejsze ciało komendanta Krohnberga przed minięciem jej w wejściu.

– Dopiero co się obudziła! Okażcie trochę człowieczeństwa, zostawcie ją! – błagała zniżonym głosem, z siłą, która sprawiła, że urzędnik na chwilę się zawahał, zanim ostrożnie, ale zdecydowanie uniósł dłoń do kapelusza, ukłonił się i odsunął kobietę na bok. Jeśli bowiem coś ma swój tok, to właśnie prawo, tak więc Konrad Krohnberg wkroczył zdecydowanie do izby, w której Kristina Andersson leżała w łóżku, szczęśliwie nieświadoma jego obecności, zanurzona we względnie spokojnym porannym półśnie, a spokój w pomieszczeniu przypominał ten krótki moment w samo południe, kiedy wiatr zmienia kierunek i nikt do końca nie wie, z której strony nadejdzie popołudniowa aura.

Komendant Krohnberg bierze głęboki oddech, po czym wypuszcza powietrze z westchnieniem. Nie po raz pierwszy ma do czynienia z czymś podobnym, z ludzką tragedią dokładnie tego rodzaju, surową i otwartą jak świeża rana, najchętniej, jak każdy, by zrezygnował. Dwa lata temu Selma Södermalmów udusiła nowo narodzonego syna, bo wymiotował krwią. Brzdąc był wyraźnie umierający, a młoda matka, która musiała opuścić szpital, wiedząc, że dziecko nie jest zdrowe, stała zimową nocą na opustoszałej stacji kolejowej i nie zniosła jego wzmagającego się charczenia, nie chciała być świadkiem ewidentnego cierpienia. Palcami czerwonymi z zimna ścisnęła sznurek przy kołnierzyku jego becika, aż chłopiec przestał się ruszać.

Jakiś rok później Kreetta Hjalmarsson oddała swoją nowo narodzoną córeczkę świniom na pożarcie, trzecie dziecko z trzecim mężczyzną, bo nie mogła wykarmić kolejnych ust, mając przy sobie starą matkę. Konrad Krohnberg był na miejscu, gdy aresztowano Selmę i Kreettę, zadbał o to, by wymierzono sprawiedliwość, obie kobiety zniknęły. Selma nie wytrzymała tego, czego się dopuściła, i postradała zmysły, Kreettę wysłano do więzienia w Kakoli.

Kristina Andersson oddycha. Kołdra unosi się i opada. Czarne gęste rzęsy drżą. Usta się poruszają. Ciemne włosy nieco zmierzwione. Może nieumyte. Poza tym nie sprawia wrażenia szczególnie zaniedbanej. Wygląda jak całkiem zwyczajna młoda wieśniaczka, ciut ładniejsza od reszty. Otwiera oczy, przez co kończy się wyczekiwanie Konrada Krohnberga. Letarg goszczący w jego ciele znika jak za pstryknięciem palców, kiedy kobieta wyostrza wzrok i sunie nim po błyszczącej białej pościeli, a potem unosi spojrzenie na mężczyznę, tak jak stoi, obramowanego światłem, jakby nierealnie ciemnego i wielkiego na tle dnia za oknem. Uśmiecha się do niej formalnie, bardziej z obowiązku niż z uprzejmości, wita się skinieniem, a ona patrzy na niego wielkimi, zdziwionymi oczami i instynktownie naciąga na siebie kołdrę. Zdaje się, że nie ma bladego pojęcia, dlaczego on tam jest, a Konrad Krohnberg doznaje ciężkiego, wręcz ponurego uczucia, które ściąga jego i tak opadające już rysy twarzy w stronę desek podłogi i ziemi pod nią.

– Dzień dobry, Kristino. Możemy rozmawiać po szwedzku? – pyta.

Nie odpowiada, tylko mocno ściska brzeg kołdry i trzyma ją niczym chroniącą zasłonę między nim a sobą, bezgłośnie i szybko kiwa głową, nie potrafi wydobyć z siebie słowa.

– Jak się pani czuje? – pyta komendant, a ona potrząsa głową.

Jej spojrzenie jest drętwe i obojętne. Potem coś się tam zapala, iskra, zmarszczka przebiega szybko między brwiami i zanim zdąży spuścić wzrok, widzi to w jej oczach. Pamięta.

Wodę, lodowatą, która otoczyła głowę i groziła, że napełni płuca. Materiał cicho opadający pod powierzchnią. Tamtą noc, której jeszcze nie odważyła się obrócić w rzeczywistość.

– Dzieci! – krzyczy, odrzucając kołdrę, już wyskakuje z łóżka, ale on kładzie dłoń na jej ramieniu. Przyciska ją do poduszek.

– Proszę się teraz uspokoić. Odpocząć. Dzieciom już nie pomożemy. Odeszły do Pana.

Jego słowa ją powstrzymują, ręka blokuje, kobieta opada na powrót na poduszki.

– Nie – szepcze.

Komendant Krohnberg rzuca na nią przenikliwe i kalkulujące spojrzenie, czarne jak ziarenka pieprzu. To nie współczucie. Nie może sobie na nie pozwolić. Szkoda, że wydarzyło się to, co się wydarzyło. Faktem jest, że to wielka szkoda, byłby pierwszym, który to przyzna, ale jeśli ma służyć literze prawa podług własnego sumienia i danych możliwości, musi zachować takie uczucia dla rodziny. Niewiele zostałoby dla Astrid i czwórki dzieci, jeśli pozwoliłby sobie na sympatię wobec każdego przestępcy, którego spotyka, nawet jeśli przestępcą jest ktoś, kogo od dawna zna. Ktoś ze swoich.

– Ciało ośmioletniej dziewczynki znaleziono na północnym brzegu rzeki w pobliżu pomostu Malmströmów. Dobrze by było, gdyby pani na nie spojrzała.

Kristina milczy przez chwilę, wzrok wbity w ścianę. Nie ma słów. Nie są potrzebne. Nie patrzy na niego, a on już wstaje, by odejść, kiedy ona nagle odwraca twarz i spogląda mu w oczy.

– Tylko jedno? Tylko dziewczynka? – pyta, jej głos jest jasny, w tak dziecinny sposób pełen nadziei w całej beznadziejności, że on nie potrafi powiedzieć tego, co myśli.

Że to tylko kwestia czasu, zanim znajdą chłopczyka. Że nikt nie przeżyje, na pewno nie dziecko, w zimnej październikowej wodzie i że nawet jeśli nigdy nie znajdą chłopca, to niemożliwe, żeby przeżył. Więc nie mówi nic. Kiwa głową, po czym dyskretnie opuszcza izbę, by mogła wstać i się ubrać.

Kristina rozpoznaje dziewczynkę od razu, gdy wchodzi do stodoły, na moment przystaje w wejściu, niezdecydowanie się chwieje, ciało zrobiło się niedorzecznie ciężkie przez niesmak, który wypełnia wszystkie członki, aż po opuszki palców. Jak wtedy, gdy była mała i wyciągała do góry ręce.

Ojcze! Ponieś mnie! Nie mogę już dalej iść!

Zagrody, boksy, wejście za jej plecami i wąskie przejście prowadzące do wozu na samym końcu, wszystko zdaje się wydłużać w tunel, coraz ciemniejszy, zrobiłaby wszystko, by nie musieć weń wchodzić.

Przez dobrą chwilę gapi się i mruga do wnętrza stodoły, dopóki Konrad Krohnberg nie poruszy się za jej placami. Jest niecierpliwy, a jego gest rozchodzi się po jej ciele, które rusza naprzód jakby z własnej woli. Cielęta grzebią w zagrodach, krowy muczą. Czuć tu jak zawsze gnojem, sianem, kurzem, wilgotnym drewnem i zaprawą murarską, ale tego ranka, gdy Kristina powoli podchodzi do dziewczynki, ten odór przyprawia ją o wymioty.

Chłopi ze wsi położyli Helmi na furmance, nadal ubraną w białą koszulę nocną, owiniętą szarym kocem.

To nie ten koc miała, gdy znikała pod wodą, myśli zmęczona Kristina. Tamten był jaśniejszy.

Koszulka jest brudna. Materiał zaplamił się na zielono czymś, co przypomina trawę albo glony, może algi, które gromadzą się na pniach drzew powalonych do rzeki albo na palach pomostu. Kristinie jest żal, że dziewczynka musi leżeć w tych pobrudzonych ubraniach. Przez chwilę przygląda się dziecku. Sine usta są rozchylone. Włosy rozczochrane. Potem kobieta wyciąga rękę, powoli, powoli, i muska policzek Helmi. Ma szarobladą skórę, od dawna zimną. Ten chłód nie przypomina niczego, co Kristina czuła kiedykolwiek wcześniej. To chłód, który nijak nie pamięta ciepła, a ona wie, że teraz będzie tylko narastał. W tym ciele nie buzuje już żadne życie. Kobieta wyciera nos wierzchem dłoni, oczy zakrywa rękawem, nagle nieskrępowana napływającymi łzami.

Gładzi policzek, włosy, chce przytulić, chce podnieść i potrzymać, ukołysać, jak robiła to kiedyś, nawet jeśli nie ma już tego, co ciepłe i miękkie, co tak lubiło się pieścić.

Luli laj, dzieciątko… moje małe dzieciątko…

Helmi zawsze była ślicznym dzieckiem, ale Kristina nie wie, czy przypomina swojego ojca. Nie zdążyła go zobaczyć, poza tymi kilkoma razami na odległość, w lesie. Miał ciemną brodę i pracował przy wyrębie. Nie pochodził stąd. Dopadł ją pewnego listopadowego dnia, gdy zbierała grzyby. Jednym zamachnięciem powalił ją na ziemię, a potem wziął. Poszło szybko. Nawet nie zdążyła krzyknąć.

Po wszystkim uciekł w las, zostawiając ją leżącą na ścieżce, w porwanych ubraniach i z rozsypanymi i podeptanymi grzybami dookoła. Pozbierała je, zanim roztrzęsiona ruszyła do domu.

Włosy Helmi są ciemne jak u Kristiny. Oczy ma po babci. Jasnobrązowe i poważne. Matka wie o tym, nawet jeśli ich nie widzi. Gładzi włosy, powoli i w zadumie, nie płacze, oczy już obeschły i teraz swędzą, ale żadnych łez, już nie. Komendant Krohnberg odchrząkuje cicho za jej plecami, ale gdy Kristina nie okazuje, że go słyszy, ten odwraca się na pięcie i wychodzi z obory. Musi zaczerpnąć powietrza, przez dobrą chwilę patrzy w stronę lasu, wzrok zimny tak jak on, zły.

Dziesięć minut później Kristina Andersson przechodzi obok Konrada Krohnberga, powoli i ostrożnie, z dzieckiem w ramionach, a on stoi zupełnie osłupiały, niezdolny do jakiegokolwiek ruchu, gdy ona, kołysząc i nucąc, niesie dziewczynkę w stronę domu. Jakby to widział, ale nie rozumiał, aż ona nachyla się i całuje policzek dziecka, wtedy nabiera rozpędu. Podbiega do niej, chwyta za ramię, a gdy odwraca jej głowę, spotyka dwoje szklanych oczu patrzących wprost przez niego. Szuka słów, ale nie musi nic mówić. Ona pochyla się i oddaje mu dziewczynkę. Głowa opada bezwładnie, musi mocno ścisnąć to maleństwo bez życia, żeby go nie upuścić.

– Nie powinna być tam w środku. Całkiem sama. Z bydłem – mamrocze Kristina ledwo słyszalnym głosem.

On odnosi ciało do obory, a gdy wraca, Kristina leży na ścieżce. Konrad Krohnberg przeklina. Jest rozpalona. Zanosi ją do łóżka. Musi odpocząć. W swoim czasie zabierze ją do aresztu, ale na razie lepiej jej będzie u matki.

3

Wkrótce wiadomość o Kristinie dociera także do pastora Erlanda Björkestama, tego, który rok wcześniej wrócił do wsi taki piękny i gładki, który na własnej skórze poznał, co znaczy być przyjętym z największą podejrzliwością, i w kółko musiał udowadniać swoją wartość.

Erland Björkestam był młody, jego akredytację postrzegano jako silne postawienie sprawy przez katedrę w Turku. Stanowił znak nowych czasów w społeczeństwie, które na co dzień nadal piętnowały bezbożne, głęboko zakorzenione przesądy, od pierwszej chwili odżegnywał się od postawy swego poprzednika, pastora Vidara Hultina, który przymykał oko na tendencyjne, pogańskie przywary wieśniaków. Bez wątpienia musiał wiele udowodnić. Większość parafian znała go od pieluchy, a teraz nagle mianowano go ich przewodnikiem? Niech Bóg uchowa! W pierwszą niedzielę mamrotano w ławkach kościelnych, kiedy blady i spocony wszedł na ambonę i spojrzał z góry na głowy, na które wcześniej musiał patrzeć z dołu, teraz chylące się ku sobie w szeptach, których teatralna donośność nie była przeznaczona do niczego innego, tylko by ją usłyszał.

Byłoby prościej rozpocząć swą działalność w jakiejś innej parafii, był o tym przekonany, ale po latach w Lundzie tęsknota za rodzinnymi stronami przybrała na sile, więc postanowił obrócić na swą korzyść fakt, że zna ich wszystkich tak samo dobrze jak oni siebie nawzajem. O ile bowiem on znał ich słabości, oni nie znali jego. Gdzie indziej wyrósł z portek do surduta pastorskiego, z dala od ich badawczych spojrzeń i gadaniny. Nauki w Lundzie wyprostowały mu plecy i nieco ściągnęły w dół wcześniej wiecznie uśmiechnięte usta. Nie był jeszcze zgorzkniały, ale spojrzenie tych jasnobrązowych oczu miało teraz inną ostrość, gdy patrzył na wiernych. Było trudniejsze do uchwycenia i do zniesienia. Matka i ojciec od dawna leżeli w ziemi. Czuł, jakby zaczynał od nowa, ale od miejsca, które sam wyznaczył. Jednocześnie przeszłość pozostawała zawsze w pobliżu i kiedy tego kwietniowego dnia wracał z odwiedzin w Turku, dopadła go, gdy nie spodziewając się niczego złego, wszedł do przedsionka plebanii i napotkał zasmuconą minę służącej Hanny.

Kristina leży na plecach pod grubymi pierzynami, wygląda, jakby spała, ale gdy on puka i wchodzi do izby, natychmiast otwiera powieki. Widząc go, podnosi się i niezdarnie siada na łóżku. Wpatrzone w niego oczy błyszczą od gorączki i zakłopotania.

– Pastor Björkestam! – wyjękuje. Z pewnością słyszał plotki na jej temat, ale widok, który napotyka, uderza tak, że chwieją mu się kolana.

Głos jest tak słaby i bezradny, że i jemu chce się płakać, podchodzi do niej, klęka przy łóżku i ujmuje jej rękę. Przyciska ją do ust i do policzka, do czoła, w napadzie niekontrolowanych emocji, które na moment wymazują myśli z wirującej pustki w jego głowie. Bierze kilka głębokich, drżących oddechów i chce zatrzymać się w miejscu, kiedy nikt nie patrzy. Jej dłoń w jego, szorstka od pracy w jego pięknej, gładkiej, jego usta na opuszkach jej palców. Woń jej włosów, niemytych, niczym tłusta błona w jego przełyku.

Ich oczy się spotykają. Kiedy ostatnio byli sam na sam? Nie potrafi sobie przypomnieć. A jednak jest. Poufałość. Nie muszą nic mówić. Czyjś szybki gest odgania te lata, pozostawiając za sobą pustą dziurę miesięcy, gdzie wyrwano korzenie tygodni i dni.

Puszcza jej dłoń, głaska włosy, czoło. Od kiedy wrócił do wsi, widział ją tylko raz, ale to spotkanie nie należało do przyjemnych. Była wówczas zdrowa, może nieco zmęczona pracą i brakiem snu, ale piękniejsza, niż zapamiętał.

Coś ściska go w żołądku. Leży teraz przed nim, bezradna, czuje ulgę, że go widzi. Potrzebuje go. Ta, która – jak się zdawało – nigdy nikogo nie potrzebowała. Jeśli istnieje ktoś, kto może jej teraz pomóc, to właśnie on. Został poproszony o orzeczenie. To, jak dobierze słowa, ma najwyższą wagę. W jego rękach spoczywa władza, by uwolnić lub skazać.

Pastor przesuwa wzrokiem po jej falujących brązowych włosach, niesfornych kosmykach, które za nic nie chcą się ułożyć, po szerokich ustach, piegach na nosie, długiej, szczupłej szyi. Chowa głowę w jej nogach, niemal w łonie, przyciska czoło do kołdry i składa dłonie, udając, że się modli. Ona kładzie dłoń na jego głowie, gładzi włosy, miękko, w geście pocieszenia, przez chwilę chce tak trwać, ale zaraz jej dotyk przybiera znamiona wstydu. Jakby to on potrzebował pocieszenia. Zbiera się w sobie, przyciąga krzesło do łóżka i siada. Znów bierze jej dłoń, ale teraz trzyma ją rzeczowo. Jej cera zrobiła się szara i matowa od gorączki, usta – suche i popękane. Przełyka ślinę.

– Nie sądziłam, że pastor przyjdzie – mówi wreszcie.

– Przyszedłem najszybciej jak się dało – odpowiada.

Przez moment oblizuje wargi, potem znów na niego patrzy.

– Chce mi się pić. Mogę prosić o trochę wody?

Spełnia jej prośbę i wraca na miejsce, na powrót chwyta rękę, teraz schłodzoną szklanką z wodą. Pod skórą jest spiekota, paląca i trawiąca choroba. Kobieta spogląda na niego spod zmęczonych powiek, a on patrzy na nią pewnym wzrokiem.

– Kristino, czy może mi pani opowiedzieć, co się wydarzyło? – prosi.

I ma nadzieję, w głębi duszy, do samego końca ma nadzieję, że ona wszystkiemu zaprzeczy, że to oszczerstwa, że dzieci padły ofiarą bandytów, że to nie ona, tylko jakiś obcy, bezsensowne zabójstwo, a może wręcz wypadek.

– Wrzuciłam dziewczynkę do rzeki – odpowiada.

To przychodzi tak nagle, że natychmiast przełyka słowa, które miał w pogotowiu. Opuszcza głowę, przez chwilę zbiera się w sobie. Mruga w stronę zamiecionych, wymytych desek podłogi. A więc tak, pozostaje się tylko jakoś do tego ustosunkować.

– A chłopiec? – stawia kolejne pytanie.

Wtedy wbija w niego wzrok.

– Nie, nie, chłopiec nie. Uratowałam go!

Mości się wyżej na łóżku i szuka jego spojrzenia. Próbuje je zatrzymać, gorączkowo, dopiero za moment może mówić dalej.

– Chło… chłopiec… chłopiec żyje! Wsadziłam go… wsadziłam… do łódki i pchnęłam w stronę morza! Żeby Einari go znalazł.

Kiwa głową i mocniej ściska jego palce.

– Pchnęłam go… Wsadziłam do łódki i pchnęłam w stronę morza!

Jej twarz pęka w uśmiechu. Oczy błyszczą. Erland milczy. Trzyma ją za rękę. Głaska miękkimi opuszkami palców. Ten leciutki dotyk sprawia, że kręci mu się w głowie.

Jest chora, upomina siebie samego. Chora.

– A Einari? – pyta.

Uśmiech gaśnie. Kristina odwraca od niego twarz, odpowiada krótko bezdźwięcznym głosem.

– Nie ma go. Opuścił nas wiosną, gdy tylko lody puściły. Powiedział, że dłużej nie wytrzyma. Zaciągnął się na statek.

– A jak wróci? Co będzie, jak wróci?

Zwraca na niego wzrok. Lekko marszczy brwi.

– Nie wróci. Nie słyszy pastor, co mówię? Poszedł sobie, zostawił mnie samą z dziećmi!

Erland Björkestam zaciska usta. Przez chwilę gapi się przed siebie, po czym spotyka jej spojrzenie. Powietrze w jasnej izbie jest teraz ciężkie i gęste, z trudem się oddycha. On, który niegdyś odmówił Kristinie Andersson i Einariemu Järvinenowi zaślubin i uratował ich przed wstydem życia w nierządzie, być może zarówno z powodu zazdrości i rozgoryczenia, jak i z powodu chrześcijańskich przekonań, ma przekazać jej teraz coś gorszego niż zawiadomienie o zgonie. Gładzi brodę i tak zastyga, z jedną dłonią na jej dłoni, drugą na brodzie. Jego głos jest zachrypnięty i bezdźwięczny, kiedy mówi to, co powiedzieć musi.

– Matka Einariego właśnie otrzymała od niego wiadomość. Jest w drodze powrotnej. Za niecały miesiąc schodzi na ląd w Turku. Nie opuścił was.

Erland opiera się o ambonę, zacisnął dłonie w pięści na jej brzegu. Jak długo już tak stoi, w tej nieprzebranej ciszy, z pustymi ławkami układającymi się przed nim w milczący, regularny wzór? Tego nie wie. Przynajmniej tak długo, że pot ściekający po plecach i pod pachami na cienkiej białej bawełnianej koszuli pod czarną sutanną już wysechł, a oddech, który unosił i zniżał cały tułów, zdążył się wyrównać. Usta ma otwarte, zamyka je i oddycha przez nos, który zdaje się zbyt ciasny. Zmusza się do długich, głębokich wdechów, w dół, aż po kraniec płuc, dzięki temu czuje, jak spokój przecieka do ciała i rozprzestrzenia się od klatki piersiowej aż do sztywno połączonych z podłogą ołtarza nóg i do silnie utrzymujących ciało w wyprostowanej pozycji ramion.

Jej włosy, jej skóra, jej dłoń…

Bierze ostatni, gwałtowny oddech.

Jej oczy rozświetlone gorączką… żar jej ciała…

Truchleje na myśl, co mógłby zrobić, dokąd mogły powędrować jego dłonie. Jej bezradność poluzowała mu hamulce w sposób, którego nie potrafił przewidzieć, w przeciwnym razie możliwe, że nie poszedłby do niej.

Jakiż ze mnie idiota! Naprawdę sądziłem, że mnie nie dopadnie? Że nigdy nie zostanę wystawiony na próbę, tak jak poddano jej tylu innych na moim miejscu?

Wszyscy są sprawdzani. Powinien to wiedzieć, ale sądził, że jest inny, że już przeszedł test, tam, w Lundzie, i że go zdał. Że najtrudniejsza miała okazać się chwila powrotu, kiedy po piętnastu latach znowu pojawił się w wiosce.

Pierwszego dnia skierował kroki do domu rodzinnego w mieszkaniu dzwonnika, nieopodal bielonej szkoły, gdzie pracowała zarówno jego matka, jak i ojciec, dając okolicznym dzieciom strawę duchową. Poczuł, jakby pył z kredy w szkolnej sali osadził mu się w gardle, było teraz ciasne i suche, tak że gdy wciągał powietrze, gwizdało w krtani. Zimny jesienny wiatr i piach niesiony z podwórza wydusił mu łzy z oczu, kiedy wspinał się po wzgórzu do szkolnego budynku, a gdy już wszedł do przedsionka, zamrugał, by wycisnąć wilgoć, która uparcie utrzymywała się w środku.

Ojciec był dzwonnikiem, a matka nauczycielką. Nie byli już młodzi, gdy w zaskoczeniu się odnaleźli. Wspomnienia Erlanda z domu są tak wyraźne i silne, że przez moment wydało mu się, jakby czas i przestrzeń mogły zamienić się miejscami, wyfrunęły i schwytały go w podmuch echa niespecjalnie odległej przeszłości. Zobaczył siebie przy choince, która zazwyczaj stała w kącie salonu, przy wypełnionym po brzegi regale z książkami, w bezpiecznej odległości od pięknego błękitnego pieca kaflowego. Ojciec, który przesiadywał w fotelu przed kominkiem i czytał. Pokój Erlanda na piętrze. Pokój ze skośnym sufitem, z widokiem na szkołę. Czytał tak samo zachłannie jak rodzice, już w dzieciństwie uwielbiał opowieści biblijne. Matka i ojciec nie posiadali się z radości, kiedy powiadomił ich, że pragnie zostać pastorem, nawet jeśli oznaczało to wysłanie syna na nauki do Turku.

Często myślał o Kristinie, najpierw w Turku, potem w Lundzie, w listach do matki i ojca czasem o nią pytał. Zastanawiał się, w jaki sposób dziecięca miłość mogła dalej rosnąć także podczas nieobecności obiektu zakochania, mimo że nie wiedział, jak wygląda, mówi i jak się porusza w swej półdorosłej, a potem dorosłej już skórze. Nic jednak nie mogło powstrzymać go od marzeń. Gdy dowiedział się o jej nieszczęściu i ciąży, ścisnęło go w piersi, wyłączył swoje uczucia do niej, teraz była bowiem dla niego całkiem stracona. Jeśli kiedykolwiek pałał choćby najmniejszą nadzieją, że pewnego dnia powróci w pełni chwały, jak przyjaciel w potrzebie, by wziąć ją za swoją, marzenia te obumarły jak za silnym uderzeniem wraz z nowiną, że urodziła zdrową dziewczynkę. Starał się o niej zapomnieć, tam, w Lundzie, z czasem się to udało. Ale od czasu do czasu sięgał po to wspomnienie, nadal żywe i bliskie jego sercu, a wówczas potworne, puste rozczarowanie wbijało szpony w jego ciało. Modlił się za nią, słyszał, że dziewczynka rośnie, listy przestawały dochodzić, ojciec pisał, że matka choruje, ale Erlandowi nie udało się przyjechać ze względu na studia i nawet się nie obejrzał, jak umarł także ojciec. Wiedział, że tak to się toczy. Doczesność żywota. Ale jakkolwiek bardzo starał się zostawić to wszystko za sobą, to właśnie o niej myślał, gdy nadeszła chwila powrotu.

Znów ją ujrzeć… Jakże obawiał się chwili, gdy wróci do wsi. Bał się ponownie ją zobaczyć. Jakże się denerwował! Był nieprzygotowany. Wystraszony. A potem – pustka. Kiedy wrócił i okazało się, że się wyprowadziła, nie wiedział, co czuje. Na początku rozczarowanie, ale uczucie to niebawem przemieniło się w ulgę. Poczuł ulgę. Nie potrafił temu zaprzeczyć. W ten sposób było mu łatwiej. Wiedzieć, że nikt z nią nie rozmawia, bo opuścili wioskę w niesławie, ona i Einari. Widział Hilmę i Erika w kościelnych ławkach, po mszy wymieniał z nimi uprzejmości, być może wtedy poświęcał Kristinie jakąś ulotną myśl, ale teraz, gdy leżała chora w domu swojej matki i potrzebowała jego pomocy, wskazówki, nie potrafił już udawać, że przestała dla niego istnieć.

Spogląda na puste rzędy ławek pod sobą i myśli o dziewczynce. Że musi ją pochować. Przeciąga dłonią po twarzy i drapie się w czoło. Ma zimną skórę, skronie, nasada włosów są wilgotne. Po raz pierwszy od dawna czuje się jak nowicjusz. Potrzebuje pomocy, wskazówki od kogoś starszego i bardziej doświadczonego. Oparcie w Bogu nie wystarcza.

Opuszcza ołtarz i wychodzi na całkowicie bezwietrzny, jasny jesienny dzień. Wraca na plebanię, gdzie Hanna natychmiast podaje mu śledzia z gotowanymi ziemniakami.

Po tym prostym obiedzie wyjmuje przybory do pisania i zaczyna list do biskupa Edvarda Bergenheima.

4

Wieczorem po wizycie Erlanda Kristina siedzi na łóżku, w pokoju panuje cisza. Płacz ustał, swędzą ją oczy, powieki ma tak spuchnięte, że ledwo widzi. Kołdra jest miękka, a pościel czysta i przyjemnie szorstka. Wysprzątano izbę. W domu Hilmy panuje ład. Hilma jest oddanym pracy człowiekiem, prowadzi gospodarstwo równie zręcznie, co przed trzydziestu laty, kiedy przekroczyła ten próg jako panna młoda. Pola, które Kristina widzi przez okno, należą do ojca i matki. Rodzicom nie jest źle, nie żyją też w przepychu. Za rumianymi policzkami i silnym, zdrowym ciałem Kristiny w okresie dorastania stała ciężka praca. Ostatnią rzeczą, jakiej Kristina by pragnęła, to być dla rodziców zmartwieniem. Córka, którą wychowała Hilma, nie stąpa krzywo, nie wypada z zawiasów. To się nie zdarza! Hilma posiada pierwotną moc i nawet słaba córka powinna nosić w sobie echo tej siły, powinno jej to wystarczyć, a jednak marnie to wyszło.

Przerażająco wyraźnie pamięta dzień, w którym jej matka zrozumiała, że Kristina spodziewa się dziecka. Stała przy balii, myła naczynia po kolacji. Ojciec, który późno wrócił do domu, wciąż siedział przy piecu i dojadał wieczorną kaszę. Łyżka opadła mu na talerz, kiedy Hilma zdecydowanym ruchem obróciła Kristinę do siebie. Zerwała jej fartuch i rozpięła sukienkę. Brzuch był już całkiem okrągły i napięty. Ojciec spojrzał na nią bez słowa.

To, że ktoś cię napada na leśnej ścieżce, to jedno, ale że zachodzisz w ciążę, to coś zupełnie innego. Tak główkowała Hilma. Bóg jeden wie, czy Kristina nie biegała po wsi od czasu swojego wypadku. Bo tak to już jest, że jak raz zasmakujesz, to potem czujesz, jakby w twoim ciele płonął ogień, wtedy lecisz dokądkolwiek, żeby go ugasić.

Kristina stała przy piecu w milczeniu, nie mogła wydusić z siebie słowa. Nigdy wcześniej nie widziała matki w takim stanie. W mroku chałupy jej oczy świeciły dziko, a ślina połyskiwała na wargach, kiedy Hilma krążyła po kuchni, wypluwając z siebie słowa.

Co teraz powiedzą o nich we wsi, no co? Że Kristina Andersson się puszcza. Że ona, Hilma, wychowała dziwkę. Och, nie będzie temu końca! Och, ależ będą się upajać, Fredrika, Alma i wszystkie diabelskie plotkary! Erik i ona będą się wstydzić przed całą wsią. Takie rzeczy to nie sprawy osobiste, dotyczą wszystkich. Więc dziecko musi zniknąć. Hilma o to zadba. A potem już nigdy nie będą o tym rozmawiać.

– Wrzucimy je do strumienia – powiedziała Hilma.

Kristinie pociemniało przed oczami. Przez chwilę była tam także ona, miotała się w wirach strumienia, nie mogła złapać oddechu, nie wiedziała, jak się wydostać na powierzchnię, i aby uratować się z szalonej toni, chwyciła oburącz klamkę od pieca, mocno ją ścisnęła, by nie upaść. Żar wdarł się w jej ciało przez dłonie i teraz palił policzki.

– Matko – odezwała się, już spokojniejsza. – Jeśli wrzucisz dziecko do strumienia, będziesz musiała i mnie tam wepchnąć.

Dziewczynka urodziła się w lipcu. Kristina dała jej na imię Helmi. Po części, żeby udobruchać Hilmę, która i tak trochę zmiękła, zanim dziecko przyszło na świat, po części, ponieważ uważała, że to piękne imię. Dziecko miało jasną cerę, błyszczało jak perła. Kiedy wyrosły mu ząbki, były równe i białe. Niekiedy, patrząc na dziewczynkę, Kristina przypominała sobie ten dzień w mrocznym lesie, zalewała ją wtedy fala obrzydzenia, ale odpychała myśli i dalej uciszała, kołysała i karmiła. Z czasem zdawało się, że wszystko wróciło na właściwą drogę. Wkrótce, kiedy Kristina wróciła do pracy w polu, Hilma zaczęła opiekować się dzieckiem. Hilma przesiadywała oparta o czerwoną ścianę sauny, brązowe włosy z siwymi pasmami zebrała w kok. Palce miała wtedy zajęte czyszczeniem jagód albo cerowaniem skarpet, ale jej wzrok zawsze spoczywał na ciemnych włosach Helmi, bawiącej się zwierzątkami z szyszek na piaszczystym podwórzu. Niebawem nikt już nie mówił o tym, skąd się wzięła czy dlaczego w ogóle istniała.

Ale wieś nie zapomina, a pożądania, które odczuła Kristina, gdy poznała Einariego, nie dało się poskromić. Było zbyt wielkie i silne, pochłonęło ich oboje, a potem już poszło, jak poszło. Dzieci przychodziły na świat w najmniej odpowiedni sposób, wiedziała o tym, ale Einari ją kochał. A jednak było w niej coś, głęboko w duszy, co sprawiało, że ze wstydu nie potrafiła patrzeć ludziom w oczy, kiedy wyszło na jaw, że spodziewa się kolejnego bękarta. Zamiast odwrócić się od niej, jak spodziewała się jego matka, Auli, Einari wziął ją za rękę i wyciągnął ze wsi. Na brzegu rzeki znalazł dla nich małą chałupę, nie większą od szałasu, to tam sprowadzili się razem, mając nadzieję, że wreszcie będą mogli żyć w spokoju.

A teraz wszystko przepadło. Wargi Kristiny się poruszają. Szepcze do siebie. Już nie leży w łóżku w domu matki i ojca. Weszła do chatki na brzegu rzeki i wdycha duszne, zatęchłe powietrze.

Gdyby tylko wiedzieli, jak bardzo boli to, że Auli była jedyną osobą, która ich odwiedzała. Nie była mile widziana, ta jędza, a jednak dalej przychodziła, również po wyjeździe Einariego.

On do ciebie nie wróci.

Tak powiedziała Auli. Wreszcie zostawił Kristinę i nie było to ani o dzień za wcześnie. Wyłupiaste brązowe oczy łypały triumfalnie. Kiedy już wróci na ląd, przyjedzie do Auli. Synek miał wrócić do mamusi, tam, gdzie jego dom, miał zostawić za sobą wszystkie niepowodzenia i zacząć od zera. Z kimś innym.