Wydawca: WAB Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2010

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 85 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Wyspa - Dmitrij Aleksandrowicz Strelnikoff

Wyspa, nowa powieść Dmitrija Strelnikoffa, to utwór z pogranicza jawy i snu. O poszukiwaniu siebie. O błędach młodości. I o tym, czy można je naprawić. W życiu osiągnął wszystko: ma rodzinę, pieniądze, pozycję zawodową. Czy jednak jest szczęśliwy? Patrzy na swoje zdjęcie z wakacji, zrobione, gdy miał pięć lat, i nagle uświadamia sobie, że gdzieś zatracił ważną cząstkę siebie. Postanawia wyruszyć na wyspę widoczną na fotografii. Nigdy tam nie był, lecz czuje, że właśnie tam znajdują się odpowiedzi na dręczące go pytania. Samochód jest niestety popsuty i bohater musi jechać nocnym pociągiem. W ostatnim momencie do przedziału dosiada się kobieta. Jej twarz wydaje się mężczyźnie znajoma. Czy to możliwe? Skąd się tu wzięła? Najprościej byłoby zapytać, ale czy na pewno warto pozbawiać się złudzeń? Podobieństwo może być przypadkowe, a tamta historia jest zamkniętą kartą. Podróż trwa wiele godzin, współpasażerka snuje bolesną opowieść o swym życiu, a konduktor zdaje się wymieniać z nią porozumiewawcze spojrzenia. Im bardziej pociąg zagłębia się w noc, tym bohater mniej jest pewny, że doczeka świtu...

Opinie o ebooku Wyspa - Dmitrij Aleksandrowicz Strelnikoff

Fragment ebooka Wyspa - Dmitrij Aleksandrowicz Strelnikoff

Dmitrij Strelnikoff(ur.1969) -Rosjanin piszący po rosyjsku i po polsku. Poeta i prozaik, dziennikarz prasowy, radiowy i telewizyjny.Zwykształcenia biolog.WPolsce wydal dotychczas tom wierszyHomo mirabilis(200*.), zbiór opowiadańNocne życie aniołów(2007),znakomicie przyjątą powieśćRuski miesiąc(WAB. 2008),na której podstawie powstałspektaklpod tym samym tytułem w reżyserii Giovanny'ego Castellanosa, oraz powieśćNikołaj i Bibtgul(W.A.B. 2009).Strelnikoff jest także autoremWielkiej encyklopedii zwierząt,która ukazywała sią w latach2006-2007,oraz współautorem ilustrowanej książki o dobrym jedzeniuUgryźć świat(2008).Strona internetowa:

www.strelnikoff.strona.pl

Konwersja do formatu EPUB: Virtualo Sp. z o.o.virtualo.eu

Wielu ludzi myśli, że robienie zdjęć jest łatwe. Że to zwykłe hobby, które czasem pozwala szybko zarobić pieniądze. Na przykład w reklamie. Obecnie prawie każdy ma aparat fotograficzny i robi zdjęcia. Setki zdjęć. Tysiące. Świat jest pełen obrazków, na których został utrwalony na wiele sposobów.

Ale sam aparat to nie wszystko. Mistrza w robieniu pieniędzy z niczego czyni jeszcze dar widzenia rzeczy wartych sfotografowania oraz wiedza – kiedy one są tego warte.

Siwiejący mężczyzna rozparty w wygodnym, designerskim fotelu przed nowoczesnym telewizorem doskonale się na tym zna. Od wielu lat uprawia fotografię. Lubi obserwować otoczenie przez obiektyw – to zwiększa dystans do rzeczywistości. Kiedyś dużo podróżował, marząc o przygodach i sukcesie zawodowym. Najpierw fotografował to, co lubił. Potem zaczął fotografować to, co lubią inni. Zrobił karierę. Od jakiegoś czasu powodzi mu się. Jego fotografie można podziwiać w muzeach i galeriach całego świata. Znalazł swoje miejsce na ziemi. Ożenił się. Ma dzieci. Teraz wybiera się na urlop.

Sam go sobie dałem, mógłby powiedzieć z charakterystycznym uśmiechem człowieka pewnego siebie. To luksus. Nie każdego na to stać.

Z telewizora płyną informacje o kolejnych krokach podejmowanych przez rząd w celu zainstalowania w kraju nowych rakiet. Gładko wygolony i równie gładko uczesany rzecznik oświadcza:

– To zapewni nam bezpieczeństwo…

Mężczyzna wyłącza odbiornik i zamyka oczy.

– Czas na mleko i wino – mówi do siebie po dłuższej chwili, odkłada pilota na szklany stolik i wstaje, prostując zesztywniałe ciało.

Jego dzień zaczyna się od mleka i kawy, a kończy się mlekiem i winem. Mleko dla dziecka. Kawa i wino dla niego.

Ponieważ ma urlop, zajmuje się najmłodszą córką – urodziła się kilka miesięcy temu. Spędza z nią całe dnie. Wtedy jej matka wychodzi z domu. Każdemu potrzebna jest przestrzeń, ruch, powietrze, muśnięcie wiatru, bezpośredni dotyk słońca, a nawet zgiełk miasta. Ten człowiek, znany fotograf, doskonale to rozumie.

Mężczyzna karmi córkę i kładzie ją do łóżeczka. Wraca do salonu. Otwiera butelkę.

Nalewa wino do kieliszka, lekko nim zakręca i wdycha z zamkniętymi oczami aromat rubinowego napoju. Jeszcze takiego nie próbował. Dostał tę butelkę w prezencie od winiarza, który często przysyła mu swoje wina. Przyjaźnią się od lat.

Włącza radio. Spokojna, nastrojowa muzyka pasuje do bukietu. Mężczyzna już nie pamięta o wiadomościach z kraju i ze świata.

Na razie nie pije. Stawia kieliszek na szerokim biurku obok niedużego czarno-białego zdjęcia.

Patrzy na tę fotografię po raz któryś. Przygląda się szczegółom utrwalonego na niej obrazu, których zresztą jest niewiele. Czuje ucisk w gardle.

Czy podatność na wzruszenie jest miarą dojrzałości? – zastanawia się. Im jestem starszy, tym łatwiej się rozklejam. Zadziwiają mnie rzeczy, które nigdy mnie nie interesowały. Kiedyś w ogóle ich nie dostrzegałem.

Coś mogło w tym być. Kilka lat temu z powodu nadmiaru emocji miał przygodę w muzeum. Tak się zapatrzył na pewien obraz, że podchodząć do niego, nie zauważył ławki. Potknął się i przewrócił, wywołując spore zamieszanie. I tak poznał swoją przyszłą żonę. Akurat przechodziła obok. Gdyby był kudłatym chudzielcem w okularach, pewnie uznałaby go za idiotę i to przypadkowe spotkanie nie rozwinęłoby się w nic poważnego. Ale fotograf był mężczyzną o wyrazistych rysach twarzy i sylwetce atlety. To zatrzymało znacznie młodszą od niego kobietę. Zainteresowała się nim.

– Wszystko w porządku?

– Nie wiem…

– Czy dobrze się pan czuje?

– Wspaniale!

Teraz, patrząc na to zdjęcie, mężczyzna znowu zapomina o świecie. Nie dlatego, że jest podobne do barokowego malowidła. Utrwalony na fotografii krajobraz jest ubogi w szczegóły, wręcz monotonny i surowy.

Na zdjęciu najważniejszy jest nie krajobraz, choć on, oczywiście, również ma znaczenie. Najważniejsza jest postać człowieka na pierwszym planie. Ten człowiek patrzy nieruchomo w przyszłość, w oczy kilku, kilkunastu lub nawet kilkunastu tysięcy ludzi, tych, którzy kiedyś wezmą fotografię do rąk, zobaczą ją w książce lub na jakimś plakacie. Los zdjęcia nigdy nie jest z góry przesądzony.

Tym człowiekiem jest on – mężczyzna stojący przy biurku.

Miał wówczas około pięciu lat. Siedział na brzegu jeziora, na czystym, przyjemnym w dotyku, gładkim żwirze, w którym lubił szukać małych, muszelek ślimaków wodnych. Były niesamowite. Nad żadnym innym jeziorem nigdy już takich nie widział.

Najwyraźniej nie chciało mi się uśmiechać, myśli. Widać, że jestem spięty. Dzieci sztywnieją przed obiektywem, to normalne. Siedzę i niczym zahipnotyzowany czekam na dźwięk migawki.

Za plecami dziecka rozciąga się pomarszczona tafla. Na horyzoncie wyrasta z niej skalista wyspa.

– Nikt z nas nigdy nie był na tej wyspie – mówi do siebie w zamyśleniu mężczyzna. – Ani ja, ani mój ojciec, ani moja matka.

To zdjęcie zrobił mi mój tata. Ile mógł mieć wtedy lat? Na pewno mniej niż ja teraz. Uśmiechnij się, proszę! Nie ruszaj się, jakbym słyszał jego głos.

W latach młodości mój ojciec był zapalonym podróżnikiem i fotografem. Kiedy i dlaczego przestał fotografować? Nie pamiętam. To mogło mieć wiele przyczyn Szkoda, robił ładne zdjęcia.

Stworzył serię znakomitych portretów, zwłaszcza matki. Dzięki nim dowiedziałem się, jaką piękną była kobietą Patrząc na te fotografie, stopniowo nabrałem pewności że ojciec był bardzo do niej przywiązany. Portrety zdradzały też jego fascynację żoną. Widać, że próbował ją zrozumieć. Przynajmniej wtedy.

Swoje pierwsze zdjęcia zrobiłem jednym z aparatów ojca. Później wywołałem sporo fotografii z jego negatywów,schowanych w kartonowym pudełku i zapomnianych przez lata. Niektóre zdjęcia ujrzały światło dzienne po raz pierwszy – tak było też w wypadku tej fotografii z wyspą. Negatyw prawie nie był porysowany, klisza z tym obrazkiem nie znalazła się w powiększalniku ani razu.

Teraz już prawie nikt nie używa powiększalników, nie to co kiedyś. Pamiętam, jak urządzałem swoją domową ciemnię w łazience: kuwety z wywoływaczem, przerywaczem i utrwalaczem, pincety z szerokimi gumowymi końcówkami, zapach chemii, czerwona lampa i serce pracowni: powiększalnik. Później, gdy zrezygnowałem z samodzielnego robienia odbitek, zastanawiałem się, czy nie wyrzucić sprzętu na śmietnik, ale zwyciężył sentyment – powiększalnik od lat kurzy się gdzieś na strychu. Pewnie bym go nie znalazł, nawet gdybym chciał.

Teraz nie potrzebowałem powiększalnika. Czasy się zmieniły. Wystarczyło zeskanować negatyw, zgrać plik na gwizdek i pójść do minilabu. Po dwudziestu minutach miałem gotowe zdjęcie. Ojciec nacisnął spust migawki kilkadziesiąt lat temu. Kilkadziesiąt lat i dwadzieścia minut…

Doskonale pamiętam tamten dzień: jesień, wczesny ranek, oślepiające słońce i chłodny wschodni wiatr. Ojciec kucnął przy mnie, by w kadrze znalazła się perspektywa – jezioro, woda aż po horyzont i wyspa. Na fotografii mam na sobie ciepłą, wełnianą, dwurzędową kurtkę oraz czapkę z krótkim, zawiniętym do góry daszkiem i nausznikami zawiązanymi pod brodą. Klęczę na brzegu i rozrzucam żwir łopatką o długim trzonku.

Prosiłem ojca, by zrobił mi takie właśnie zdjęcie – w ruchu, jak pracuję, a rozrzucany przeze mnie chrzęszczący żwir leci na wszystkie strony. Powiedział mi wówczas, że nie można zrobić takiego zdjęcia. Że obraz na fotografii jest statyczny, nieruchomy. Dzisiaj wiem, że się mylił, ale wtedy mu uwierzyłem. Usiadłem, odłożyłem łopatkę i patrzyłem w napięciu w obiektyw, trzymając ręce na kolanach i nerwowo skubiąc brzeg kurtki.

Pamiętam z tamtego dnia coś jeszcze. Gdy byliśmy z tatą nad jeziorem, przyszła do nas moja matka. Ojciec zauważył ją z daleka. Zrobił mi zdjęcie, wstał i pobiegł do niej. Wtedy dostrzegłem nieznajomego. Ktoś stał na brzegu i uważnie na mnie patrzył. Coś niezwykłego było w tym człowieku. Wyczułem to od razu.

Widząc, że zostałem sam, nieznajomy podszedł do mnie i spoglądając co chwila w stronę rodziców, o coś zapytał. Nie pamiętam jego pytania ani twarzy.

Może to nie było pytanie, ale coś innego. Może zdanie o pogodzie lub żart z mojej łopatki. Mniejsza o to. Najważniejsze, co wtedy poczułem. Gdy się zbliżył, odniosłem wrażenie, że chłodny wiatr ustał – ten człowiek promieniował ciepłem, które objęło mnie ze wszystkich stron. To było niezwykłe uczucie. Trwało zaledwie kilka, kilkanaście sekund.

Rodzice byli coraz bliżej. Nieznajomy pożegnał się i poszedł brzegiem w kierunku wschodzącego słońca.

– Nigdy nie rozmawiaj z nieznajomymi – powiedział tata surowo, patrząc za odchodzącym mężczyzną.

A mama wzięła mnie na ręce i mocno przytuliła. Dawno jej nie widziałem, długo była poza domem. Często wyjeżdżała.

Mężczyzna pije łyk wina.

Kiwa z uznaniem głową – jego przyjaciel zna się na rzeczy, winiarz co się zowie.

Siedzi przez jakiś czas pochylony nad zdjęciem. Potem wstaje i podchodzi do dużego okna zajmującego niemal całą ścianę przestronnego salonu. Rozciąga się z niego ładny widok na elegancką dzielnicę, do której fotograf niedawno się przeprowadził.

Stoi z kieliszkiem w ręku i patrzy zadumany na swoje miasto. Lubi je. Jest dla niego w sam raz – nie za duże, nie za małe. Idealne.