Wyspa - Bryony Pearce - ebook

48 osób właśnie czyta

Opis

Milion funtów na głowę.
Oszałamiająca nagroda zwabia pięcioro przyjaciół na bezludną wyspę i przekonuje do udziału w pełnym zagadek turnieju Iron Teen, organizowanym przez milionera Marcusa Golda. Wykonując kolejne zadania, ścigając się z czasem i innymi zespołami, szybko orientują się, że tu nie chodzi o zwykłą zabawę, a gra toczy się o najwyższą stawkę ‒ ich życie. Czy w sytuacji zagrożenia życia przyjaciele: Ben, Lizzie, Will, Grady i Carmen będą trzymać się razem, aby przeżyć?
Przetrwają tylko najlepiej przystosowani...

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 337

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Tytuł oryginału: Savage Island
Tłumaczenie: Mateusz Rulski-Bożek
First published in Great Britain in 2018 by Stripes Publishing Limited, An imprint of the Little Tiger Group 1 Coda Studios, 189 Munster Road, London SW6 6AW Text copyright © Bryony Pearce, 2018 Cover copyright © Stripes Publishing Ltd, 2018 Circle illustration © Shutterstock/Hakki Arslan Map illustration © Shutterstock/PNE
Redaktor prowadzący: Anetta Radziszewska
Redakcja: Katarzyna Malinowska
Korekta: Joanna Malinowska
Opracowanie okładki: Kamil Pruszyński
DTP: TYPO 2 Jolanta Ugorowska
© Copyright for the Polish edition by Wydawnictwo Zielona Sowa Sp. z o.o., Warszawa 2019
All rights reserved
Wydanie I
ISBN 978-83-8154-438-2
Wszystkie prawa zastrzeżone. Przedruk lub kopiowanie całości albo fragmentów książki możliwe jest tylko na podstawie pisemnej zgody wydawcy.
Wydawnictwo Zielona Sowa Sp. z o.o. Al. Jerozolimskie 94, 00-807 Warszawa tel. 22 379 85 50, fax 22 379 85 51 e-mail:wydawnictwo@zielonasowa.plwww.zielonasowa.pl
Konwersja:eLitera s.c.

Dla mojego wujka Denisa,który zawsze kupował najlepsze książki.

Prolog

– Co byście zrobili z milionem funtów?

Pytanie zabrzmiało poważnie. Zorientowałem się po tym, że wprowadzając nas do swojego pokoju, Lizzie nawijała na palce swoje ciemne, krótkie włosy. Była jedną wielką ekscytacją, kulą skoncentrowanej energii.

– Zaprosiłaś nas na test? – zapytał Grady, rzucając się na workowaty puf.

Wyszczerzył się do Lizzie spomiędzy kolan, którymi prawie grzmotnął o uszy. Potrafił być dość dziwny, ale uśmiech miał zaraźliwy, więc Lizzie odpowiedziała mu uśmiechem.

Oparłem deskorolkę o drzwi, wziąłem puszkę coli z sześciopaka, który Grady wyjął z plecaka, a resztę puściłem w obieg. Carmen już się rozgościła. Rozwalona na łóżku wypiła pół coli, zanim Lizzie zdążyła otworzyć swoją. Will, mój brat, wbił wzrok w przedostatnią puszkę, jakby się zastanawiał, czego Grady zażąda potem w zamian, jeśli ją teraz przyjmie.

Lizzie wciąż przeczesywała palcami włosy obcięte na pixie. Trzy lata temu zapragnęła zrobić sobie taką fryzurę. Matka jej zabroniła, ale Lizzie się uparła i upitoliła swoje długie warkocze nożyczkami do paznokci. Była karczemna awantura.

– Myślałem, że idziemy na miasto – zdziwiłem się.

– Najpierw muszę wam coś pokazać, więc posadź swój zadek, bo chwilę to potrwa. – Lizzie włączyła komputer, ale sama nie usiadła.

Monitor zaczął mrugać, a ja rozejrzałem się po jej pokoju. Kiedy byłem tu ostatnim razem, miała pasteloworóżowe ściany. Całymi dniami graliśmy w Legend of Zelda na jej Wii. Teraz ściany były jasnoszaroniebieskie. Miejsce Justina Biebera na plakatach zajęła Nina Simone, a w kącie leżał sprzęt wspinaczkowy. Ale biurko się nie zmieniło. Uśmiechnąłem się, gdy wyczułem pod palcami nasze inicjały, które wyryliśmy na jego prawym boku. Nie zmieniło się też łóżko: proste, z białego metalu, ozdobione u zbiegu prętów papierowymi ptaszkami i motylkami na drucikach. Gdy stanąłem na dywanie, przypomniałem sobie, jak leżeliśmy na nim z Lizzie, trzymając pady do konsoli.

– Już nie masz zakazu przyprowadzania chłopaków? – Will klapnął na krześle przy biurku, zadarł głowę i przerzucił grzywkę na bok.

Włosy permanentnie zasłaniały mu jedno oko, co mnie doprowadzało do szału, ale najwyraźniej podobało się dziewczynom.

– Za kilka miesięcy idę na uniwerek, więc mama trochę znormalniała – rzuciła Lizzie, nie odrywając oczu od ekranu.

– Rany, jak dobrze, że to już lato. Te egzaminy to koszmar! – Grady łyknął coli i westchnął. – Hej, słyszeliście o spisku Coca-Coli? – Nie czekał na odpowiedź. – Wiecie, że w Stanach cola jest główną przyczyną epidemii otyłości? W takiej puszce jest ponad czterdzieści miligramów sodu. Sód wzmaga pragnienie, więc pijesz więcej. Dlatego dodają tyle cukru, żeby zamaskować sód.

Wskazałem puszkę.

– Znaczy, że już nie chcesz?

– Jeśli wybierać, to świadomie. Mogę ją później popić wodą. – Grady beknął.

Carmen parsknęła śmiechem.

– Niezły z ciebie numer, Grady.

Will spojrzał na nią przeciągle, a potem odwrócił wzrok.

– Okej, jest! – Lizzie przekręciła monitor tak, żebyśmy wszyscy widzieli ekran, i wskazała na obracające się spiralne logo. – Popatrzcie.

Grady spojrzał na ekran i się skrzywił.

– Weź, zainstaluj sobie przyzwoity system. – Zmarszczył brwi. – Ten antyk ma takie słabe zabezpieczenia, że każdy je obejdzie. Choćby teraz ktoś może nas obser...

– Bo niby jesteśmy tacy interesujący? – uciąłem wywód Grady’ego.

W odpowiedzi skrzyżował ramiona na piersi. Zignorowałem to. Chciałem zobaczyć, co takiego w wyświetlanej stronie internetowej sprawiło, że Lizzie nie może ustać spokojnie.

Wskazała na obracające się logo.

Carmen z roztargnieniem potarła tatuaż pustułki na wewnętrznej stronie nadgarstka.

– „Co to jest Fundacja Golda”?

– No wiesz – pośpieszył z odpowiedzią Grady – jej szefem jest Marcus Gold, ten multimiliarder. To właściciel połowy Doliny Krzemowej. Jest założycielem organizacji dobroczynnych i ma własną linię lotniczą Goldstar. – Wziął głęboki wdech i ciągnął dalej: – Krążą plotki, że należy do Stowarzyszenia Czaszka i Kości na Uniwersytecie Yale. Na pewno jest masonem i prawdopodobnie stał za zamachami z jedenastego września. Co więcej...

– Za zamachami z jedenastego września stoją wyłącznie terroryści. – Lizzie zmarszczyła brwi.

Grady westchnął.

– Gdybyście choć zerknęli na mejle, które wam wysyłam...

Kopnąłem jego puf.

– Jak można brać na serio bzdury, które wypisuje David Icke? Ten gość podawał się za Syna Bożego. Weź na wstrzymanie, Grady.

– Hej! – Lizzie złapała myszkę i szybko przewinęła ekran na dół strony. – Spójrzcie.

Jesteś debeściakiem? Zawsze robisz wszystko, żeby zwyciężyć?

Masz świetną kondycję fizyczną?

15 sierpnia 2018 roku będziesz miał/-a 16–20 lat?

Możesz zebrać zespół składający się z 5 osób takich jak ty?

Chcecie wygrać po milionie funtów na głowę?

Osoby, które nie ukończyły 18. roku życia, mogą ubiegać się o uczestnictwopo uzyskaniu zgody rodzica lub opiekuna prawnego.

Grady stoczył się z pufa i przybliżył do ekranu.

– Milion funtów... na łebka!

– Otóż to. – Lizzie pokiwała głową z ekscytacją.

Will ściągnął brwi.

– Dlaczego Gold oferuje aż tyle pieniędzy?

– Bo jest filantropem – odpowiedziała Lizzie. Grady prychnął donośnie, ale go zignorowała. – Patrzcie. Piszą, że chce pomóc bystrej, aktywnej młodzieży w życiowym starcie. „Zwycięzcy udzielimy konsultacji w kwestii najkorzystniejszych sposobów inwestowania wygranych pieniędzy”.

– Rady można wysłuchać, ale nie trzeba z niej skorzystać – zamyślił się Grady. – Już ja bym wiedział, co zrobić z taką kasą.

Carmen zaczęła szybko czytać dalszą część tekstu.

– Tu piszą, że trzeba będzie wypełnić mnóstwo formularzy.

– To będą zawody? – Will założył ręce za głowę. – Co będziemy musieli robić?

– Z zakwalifikowanych zespołów wylosują dziesięć, które wezmą udział w wyprawie. Polecą na należącą do Golda odległą wyspę, gdzie zostaną poddane próbom wytrzymałości i inteligencji. – Lizzie z trudem panowała nad podekscytowaniem. – Będą pewnie biegi na orientację, rozwiązywanie zagadek, poszukiwanie skarbów z GPS-em, wspinaczka skałkowa... No wiecie, takie rzeczy.

– Brzmi czadowo! – Spojrzałem na brata. Do tej pory nie miałem pomysłu na to, jak spędzimy lato. – Wchodzimy w to. Nawet bez nagrody. No nie, Will?

Wzruszył ramionami.

– To wszystko jest w naszym zasięgu. – Lizzie zaczęła podskakiwać z podniecenia. – Grady jest graczem, umie rozwiązywać zagadki. Will był najlepszy w biegach na orientację w „Księciu Edynburga” i nikt nie ma wątpliwości, że jest genialny. Ty potrafisz naprawić chyba wszystko, Ben, a kiedy Noah złamał nogę w zeszłym roku, Car świetnie się nim zaopiekowała. Jeśli przejdziemy wstępne sito, a potem loterię, to zwycięstwo mamy w kieszeni. Totalnie. – Lizzie zerknęła na Carmen. – Co ty na to?

– Sama nie wiem. – Carmen nie odwzajemniła spojrzenia. – Musiałabym wziąć wolne w pracy, a powiedziałam w salonie, że od przyszłego tygodnia mogę przejść na pełny etat.

– Na Ekspedycji Księcia Edynburga nieźle się bawiłaś.

– Bo mogłam popracować w schronisku dla zwierząt. Zresztą wzięłam w niej udział, bo obiecałaś, że w tym roku pojedziemy na czadowe wakacje, a to tutaj nie wygląda na dobrą zabawę.

– Ale, Car, pomyśl: milion funtów. – Will odgarnął włosy z oczu. – Miałabyś kasę, żeby pójść na weterynarię.

– To miał być sekret. – Przeszyła go wzrokiem. – Zresztą to tylko głupie marzenie.

– Nigdy mi nie mówiłaś, że myślisz o weterynarii! – Lizzie poprawiła okulary i usiadła obok Carmen. – Musisz pojechać z nami. Będziesz fantastycznym weterynarzem! – Uśmiechnęła się. – Bez ciebie nam się nie uda.

– No dobrze. – Carmen podniosła ręce. – W końcu nawet jeśli mnie wyleją, to do machania miotłą mogę się nająć gdzie indziej.

– A ty, Grady? – spytała Lizzy.

– Jeżeli wy bierzecie udział, to ja też.

Zgodziliśmy się, żeby Grady dołączył do naszego zespołu w „Księciu” tylko dlatego, że Noah miał wypadek, a ojciec Grady’ego podsunął nam jego kandydaturę. A jednak, mimo że miał swoje dziwactwa, cieszyłem się, że był z nami. Ilekroć Grady gdzieś się wybierał, zawsze miał ze sobą pełno gadżetów, był ucieleśnieniem starego motta skautów: „Bądź przygotowany”. Ponadto Will najwyraźniej go polubił, a to był zdecydowany plus.

– A więc jak, wchodzimy w to? – Rozejrzałem się.

– Będzie naprawdę zarąbiście! – Lizzie skoczyła na równe nogi i kliknęła w link do ściągnięcia formularzy.

Mój telefon mrugnął i zaczął wibrować.

– Will... Mama dzwoni.

– Do ciebie. – Will nawet nie podniósł wzroku.

Odstawiłem puszkę z colą i wyszedłem na schody. Nie wiadomo, w jakim nastroju mogła być mama. Nabrałem powietrza i na tak długo, na ile starczyło mi odwagi, pozwoliłem, żeby telefon dzwonił, aż wreszcie odebrałem.

– Gdzie jesteś? – warknęła.

– U Lizzie.

– Will jest z tobą?

– A gdzie ma być.

– Tylko nie tym tonem. – Wyobraziłem sobie, jak siedzi na krześle w korytarzu, a jasnobrązowa grzywka opada jej na twarz. Miała takie same włosy jak Will. Ja jestem rudy jak ojciec. – Pilnujesz go?

– Mamo, on ma prawie siedemnaście lat.

– Ale wiesz, że jest bardzo wrażliwy.

Zacisnąłem zęby.

– Tak, pilnuję go.

– Musisz się nim opiekować, Ben.

– Tak, mamo.

– To jego najbardziej dotknęło odejście ojca.

– Wiem, mamo.

Jej ton się zmienił.

– Tylko żebyście niczego tam nie jedli. Czekam na was z obiadem.

– Tak, mamo. To znaczy: nie jemy.

Pozwalała nam jeść tylko to, co sama przygotowała. W tym miesiącu przerabialiśmy dietę Atkinsa. Nigdy nie sądziłem, że kiedykolwiek zatęsknię za marchewką, a za talerz frytek normalnie dałbym się posiekać.

– Cały ojciec! Obiecujesz, a potem i tak robisz, co ci się podoba. – Zaczęła się nakręcać.

Pewnie już wstała z krzesła, a może i zaczęła chodzić.

– Przepraszam.

Odsunąłem telefon od ucha, żeby nie słyszeć jej tyrady.

– ...po odejściu ojca... jesteś odpowiedzialny... nie myśl sobie, że jesteś ponad to...

Odczekałem, aż się uspokoi.

– Wszystko jest w porządku. Naprawdę, mamo. Wrócimy na obiad.

– Obiecujesz?

– Zrób sobie herbatę, połóż się i odpocznij.

– To dobry pomysł, Ben. – Gdy jej głos złagodniał, odetchnąłem z ulgą.

Czy kiedy wyjedziemy z domu, będzie się martwić jeszcze bardziej? A może mniej? W końcu pozwoliła Willowi złożyć papiery i przystąpić do egzaminów na Oxford dwa lata wcześniej niż normalnie. Żeby móc się chwalić genialnym synkiem.

Wziąłem głęboki wdech.

– To na razie, tak?

Kiedy wróciłem do pokoju, Will podniósł głowę.

– Jak zwykle?

Rzuciłem telefon na łóżko.

– Jak zwykle.

Lizzie wcześniej wydrukowała papiery, ponieważ trzeba je było wypełnić ręcznie i wysłać pocztą. Pod moją nieobecność towarzystwo zabrało się do pracy. Carmen nuciła coś fałszywie nad swoim formularzem. Po chwili Lizzie podniosła się z dywanu i włączyła stary gramofon. Pokój wypełnił się głębokim głosem Niny Simone.

– Will? Myślisz, że mama pozwoli ci jechać z nami? – Lizzie wróciła do nawijania włosów na palce.

Miałem ochotę złapać ją za rękę, żeby przestała, ale zamiast tego mocniej ścisnąłem długopis.

– Pozwoli, na luzie – odpowiedział Will.

Aż prychnąłem.

– Wcale nie będzie „na luzie”. Ale myślę, że Will zdoła ją namówić. Łatwiej by było, gdybyśmy mogli podać w gazecie, że się zgłaszamy. To pewnie by jej się spodobało. Choć szansa na zdobycie dwóch milionów funtów też może ją przekonać.

– Nie rozumiem, po co mamy podpisywać jakąś durną klauzulę o poufności? Dlaczego nie możemy pochwalić się w gazecie? – Grady zmarszczył czoło. – To podejrzane. Gdyby ta cała sprawa była legalna, to ogłaszaliby się wszędzie.

– Przecież dali ogłoszenie w Internecie, Grady. – Lizzie postukała niecierpliwie ołówkiem. – A więc jest wszędzie.

– To wcale nie jest takie złe – zaoponowałem. – Bo im mniej ludzi wie o turnieju, tym większe mamy szanse, żeby przejść selekcję.

– A poza tym – dodała Carmen – naprawdę chciałbyś obtrąbić w gazetach, że przystępujemy do turnieju? Gdybyśmy odpadli, wtedy od razu stalibyśmy się pośmiewiskiem. A gdybyśmy wygrali, to zaraz wsiedliby na nas, żeby wydębić kasę – tak jak od mojego wujka Javiego.

– Masz wujka milionera? – spytałem cierpko.

Carmen parsknęła śmiechem.

– Nie! Wujek wygrał na festynie roczny zapas szynki. Potem ludzie wydzwaniali do niego dniami i nocami, licząc na darmową wyżerkę. – Sturlała się z łóżka. – Nie wiem, jaką mam grupę krwi. Zadzwonię do Mami. Kto mi pożyczy komórkę?

– Znowu nie masz nic na koncie? – Lizzie rzuciła jej telefon.

Carmen złapała go w powietrzu.

– Nigdy nie mam nic na koncie. – Tanecznym krokiem odpłynęła na korytarz i zeszła po schodach. – Buenos días, pani Bellamy. Cudownie dziś pani wygląda!

Pod nieobecność Carmen zacząłem wypełniać swój formularz i podniosłem głowę dopiero wtedy, gdy wskoczyła na łóżko, ogłaszając:

– Jakby ktoś pytał, to mam 0 Rh-.

– Dziwne, nie? – Lizzie ściągnęła brwi.

– Kobieto, przecież jestem Hiszpanką – powiedziała Carmen, jak gdyby to cokolwiek wyjaśniało.

– Tak naprawdę – odezwał się Grady – to znaczy, że jesteś potomkinią nefilimów... albo kosmitów. Opinie na ten temat są podzielone. Wyślę ci link.

Carmen znów się wyszczerzyła.

Lizzie dźgnęła mnie ołówkiem.

– Doszedłeś już do części drugiej, Ben? Te pytania są porąbane. Posłuchajcie: „Przetrwają tylko najlepiej przystosowani. Przegrani się nie liczą”.

Przewróciłem stronę.

– Jeszcze nie...

– Ciekawe, jak mamy odpowiedzieć. To znaczy: które odpowiedzi będą punktowane najwyżej. Spójrz. – Wcisnęła mi swój formularz.

Wskazałem pytanie na dole strony.

– To chyba proste, nie? Trzeba zaznaczyć: „Zdecydowanie się zgadzam”. Niech wiedzą, że jesteśmy rozważni, będziemy działać z głową i nie wpakujemy się w żadne kłopoty.

– A więc Carmen będzie musiała ściemniać. – Lizzie uchyliła się przed rzuconą przez Carmen poduszką. – Ale tak na serio to nie wiem, czego oni od nas oczekują. – Spojrzała na Willa. – Jak myślisz? Mamy napisać prawdę?

– Pytasz mnie, czy sądzę, że powinniśmy zmanipulować system? – Will skrzyżował ręce na piersi i wykrzywił usta w swoim typowym, lekko zjadliwym uśmieszku.

Spojrzałem na swój formularz.

– Naprawdę chcesz kłamać, Lizzie?

– Dla miliona funtów? No ba! – wykrzyknęła.

Potrząsnąłem głową.

– Tutaj jest dwieście pytań. Ten kwestionariusz jest tak skonstruowany, żeby nas złapać na kłamstwie. Poza tym tak naprawdę nie wiemy, jakich cech szukają u kandydatów, więc myślę, że powinniśmy odpowiadać szczerze.

Will kiwnął głową.

– Ben ma rację.

– Ty chcesz być szczery? – Lizzie wytrzeszczyła oczy. – Ty, Will Harper? – Odwróciła się do Carmen, która włosy z różowymi końcówkami przerzuciła przez ramię. – Carmen?

– Łatwiej będzie napisać, jak jest. I zabawniej.

– Zgadzam się. – Grady podrzucił długopis, ale nie udało mu się go złapać.

– A jakżeby inaczej – mruknęła Lizzie. – Dobra. Ale jeśli nas odrzucą, zanim dojdziemy do loterii, to będzie wasza wina.

1. Do Elizabeth Bellamy, Torbena Harpera, Williama Harpera, Grady’ego Jacksona i Carmen Holguín. Gratulujemy przyjęcia do tegorocznej edycji turnieju Iron Teen organizowanego przez Fundację Golda.

2. Prosimy stawić się 17 sierpnia o godzinie 10 w Terminalu 1 na lotnisku w Bristolu. Przypnijcie identyfikatory znajdujące się w niniejszym pakiecie startowym.

3. Polecicie bezpośrednio na Wyspy Owcze prywatnym samolotem linii Goldstar, lot nr GF124.

4. Przed wylotem prosimy się zaopatrzyć we wszystkie niezbędne przedmioty, ponieważ po wejściu na pokład nie będzie już możliwości dokonania zakupów.

5. Osoby spóźnione nie zostaną wpuszczone na pokład.

6. Lądowanie na lotnisku polowym na wyspie Fetlar planowane jest o godzinie 13. Pozostałe zespoły będą już na miejscu. Przewodnik odbierze Was z lotniska i wskaże miejsce przeprawy na wyspę Aikenhead, ale przesmyk będziecie musieli pokonać samodzielnie.

7. Aikenhead jest prywatną wyspą należącą do p. Marcusa Golda. Znajduje się tam wiele jaskiń. Faunę stanowią głównie owce, foki i ptactwo morskie, w tym maskonury. W wyszukiwarce Google nie znajdziecie wzmianki o Aikenhead, dlatego prosimy o zapoznanie się z broszurą dołączoną do pakietu startowego. Zawiera ona informacje na temat miejscowej fauny i flory oraz przeglądową mapę wyspy, do której odtąd będziemy się odnosić.

8. Po przeprawie na Aikenhead prosimy udać się do miejsca oznaczonego współrzędnymi 53.10: -04.21, gdzie umieszczono pierwszy punkt kontrolny na szlaku. Znajdziecie tam pierwszą wskazówkę odnośnie kodu potrzebnego do otwarcia zamkniętej skrytki umiejscowionej w następnym punkcie kontrolnym oraz koordynaty tego punktu.

9. Zamknięte skrytki będą się znajdować we wszystkich punktach kontrolnych. Elizabeth Bellamy, będąca kapitanem Waszego zespołu, potwierdzi przybycie zespołu do punktu kontrolnego, skanując odcisk kciuka w czytniku znajdującym się w skrytce, co pozwoli na jej otwarcie. W środku będzie się znajdować skrzynka geocache, której zawartość należy każdorazowo zabrać i zastąpić czymś o równej lub większej wartości.

10. Zwycięży drużyna, która dostarczy zawartość wszystkich skrzynek geocache do ostatniego punktu kontrolnego w najkrótszym czasie.

SKAN LINII PAPILARNYCH

Elizabeth Bellamy, ponieważ jesteś kapitanem zespołu, Fundacja Golda będzie potrzebować skanu linii papilarnych Twojego kciuka. Zainstaluj wskazaną aplikację na urządzeniu mobilnym z systemem iOS 8.0 lub późniejszym, a następnie przyłóż kciuk do skanera, wykonaj polecenia na ekranie i naciśnij przycisk „PRZEŚLIJ”. Bez dopełnienia tej formalności Twój zespół nie zostanie dopuszczony do udziału w turnieju.

D. Hodgekiss

Flora i fauna wyspy Aikenhead

Opublikowano za zgodą Fundacji Golda

Ostatni lodowiec ustąpił z powierzchni wyspy Aikenhead około 10 tysięcy lat temu, w wyniku czego możemy teraz oglądać nagi, skalisty krajobraz wypełniony złomami skalnymi, żwirem, piaskiem i błotem. Z czasem pojawiły się tam drzewa: wierzba, leszczyna, jarzębina, topola i brzoza. W epoce brązu warunki klimatyczne uległy pogorszeniu, pozostawiając po sobie wrzosowiska z bagnami torfowymi oraz łąki, praktycznie bez żadnej otuliny leśnej. W ostatnich latach Fundacja Golda dokonała miejscowych nasadzeń jarzębiny i brzozy w celu odświeżenia ekosystemu wyspy.

Wiejące nad wyspą wiatry znad północnego Atlantyku osiągają w porywach 278 km/h. Erozja w wyniku działania fal wytworzyła klify, jaskinie, łuki skalne i długie, wąskie zatoki wcinające się w skaliste wybrzeże (geo). Od południa opływa wyspę stosunkowo ciepły Prąd Północnoatlantycki. Tamtejsze wody są bogatym źródłem planktonu stanowiącego podstawę wyżywienia dla różnorodnej fauny morskiej. W wodach Szetlandów zidentyfikowano ponad osiemnaście gatunków waleni. Gatunki najpowszechniej występujące wokół Aikenhead to orki, delfinowce białonose, delfinowce skośnozębe i delfiny Risso. Pojawiają się też płetwale karłowate. Częstymi gośćmi są tu foki szare (szatynki morskie) i pospolite. Jesienią przypływają do jaskiń na Aikenhead, żeby wydać na świat młode. Foki szare mają wydłużony nos i są mocnej budowy ciała (dotyczy to zwłaszcza samców, które mogą mierzyć 210 cm długości i ważyć 230 kg). Foki pospolite są mniejsze. Ich samce osiągają od 140 do 190 cm długości i mają okrąglejsze głowy, bardziej przypominające głowę psa. Widuje się tam również wydry, zwłaszcza w zatokach, do których spływają strumienie.

Sięgające 130 metrów wysokości przybrzeżne klify Aikenhead stanowią naturalne siedlisko dla gniazdującego na skałach ptactwa morskiego, którego populacja przekracza 70 tysięcy osobników. W okresie od kwietnia do września przebywa tu bardzo liczna kolonia głuptaków białych, pikujących do wody z wysokości trzydziestu metrów w celu połowu makreli i innych ryb. Jest to widok zapierający dech w piersiach. Od maja do września gniazdują na klifach również fulmary zwyczajne, rissy, kormorany czubate, nurniki zwyczajne i mewy. Bytuje tam też liczna kolonia maskonurów.

Ciągnące się ponad klifami wrzosowiska zamieszkiwane są przez wydrzyki wielkie (skua). Należy zachować ostrożność, ponieważ atakują one intruzów na swoich terenach lęgowych. Słodkowodne jeziora wyspy są terenami lęgowymi nurów rdzawoszyich. Ptaki te wydają charakterystyczny wysoki okrzyk: „Ja-ruu! Ja-ruu! Ja-ruu”!

Roślinność nie osiąga dużej wielkości i jest niskopienna. Względnie obficie rośnie tu wierzba karłowata. Znaczną część powierzchni Aikenhead pokrywają wrzosowiska, czyli grzęzawiska torfowe porośnięte szorstkimi trawami, roślinami ciborowatymi, na przykład wełnianką, wrzosem, orchideą czy łomką zachodnią. Natomiast na piaszczystych glebach polodowcowych rosną głównie wrzos i trawy oraz kilka rzadszych gatunków, takich jak podejźrzon, i storczykowate (ozorka zielona i gółka długoostrogowa), ukwap dwupienny oraz len przeczyszczający.

Rozdział pierwszy

Kiedy dotarliśmy na miejsce, przesmyk był suchy, a odpływ cofnął wodę tak daleko, że widać było tylko ciągnący się kilometrami mokry piasek. Wyspę Aikenhead skrywała szara, gęsta mgła.

– Ostrożnie, mała. – Starszy gość w kurtce z logo Fundacji Golda stał przy budce telefonicznej. Wiatr rozwiewał jego przerzedzone włosy. – Kamienie są wciąż mokre.

Carmen ukryła uśmiech i pozwoliła mężczyźnie wziąć się za rękę i sprowadzić na dół.

– Pamiętajcie – ciągnął – że trzeba trzymać się grobli Golda. Tam dno uniesie nawet dziesięciotonowego tira, ale jeśli zejdziecie z przejścia, to szlag was trafi. Za półtorej godziny wraca przypływ i cały ten piach znajdzie się pod wodą, a prądy są tu cholernie silne. Musicie być na Aikenhead przed wpół do trzeciej.

– Ustawię alarm na drugą. – Will odsunął rękaw, pokazując smartwatch, który mama kupiła mu przed wyjazdem.

Ja miałem stary wojskowy zegarek po dziadku. Też działał.

– Na Aikenhead nie ma żadnych wi-fi sri-fi, młody. Nie pogracie se w „Angry Birdsy”. – Stary spojrzał na cacko Willa i zgiętymi paluchami ujął nazwę gry w cudzysłów.

– Bez Internetu też sobie poradzimy – odpowiedziała szybko Lizzie. – Will, nie włączaj alarmu, ale pilnuj godziny. – Znów odwróciła się do starego. – Jesteśmy ostatnią grupą na miejscu?

– A i owszem. Przedostatnia wyszła godzinę temu. Na was też już pora. I nie zapominajcie: z prądami nie ma żartów.

– Będziemy pamiętać. Do zobaczenia za kilka dni. I dzięki za pomoc. – Carmen pomachała mu i razem z Lizzie weszły na groblę.

Will i Grady ruszyli za nimi.

Po kilkuset metrach spojrzałem za siebie. Mgła spowiła już miasto i czerwona budka telefoniczna zniknęła.

Wąską drogę wznoszącą się lekko nad piaszczystym dnem wyznaczał szereg boi.

– Grobla wynurza się tylko co trzy dni? – Kiedy tupnąłem wojskowym butem, podłoże wydało pusty dźwięk.

– Facet kupił wyspę. To chyba jasne, że nie życzy sobie nieproszonych gości. – Lizzie wzruszyła ramionami.

– Ciekawe, dlaczego akurat co trzy dni? – zastanowił się Grady.

– Może wtedy ma dostawy – powiedział Will. – To lotnisko też nie jest cały czas otwarte.

– Przecież on nie mieszka na tej wyspie, Will. – Grady się zmarszczył. – Ma domy na całym świecie.

– Ale ktoś musi tam mieszkać. – Carmen potrząsnęła głową, a jej włosy rozwiały się na wietrze. – Na co komu prywatna wyspa, jeśli tam nie przebywa?

Kolejne boje wyłaniały się z gęstej mgły dopiero kilka kroków przed nami. Niewidoczne mewy krzyczały nad naszymi głowami. Dźwięk odległej pieśni wieloryba, przypominający melodię graną na tubie, wrył nas w ziemię. Staliśmy i wsłuchiwaliśmy się z sercem w gardle.

W końcu przez mgłę przebił się promyk słońca i w oddali dostrzegliśmy brzeg wyspy. Na łupkowych klifach tłoczyły się jasne ptaki. Wtedy po raz pierwszy zobaczyliśmy piasek na plaży po drugiej stronie przejścia.

– To jak, wymyśliliście już, co zrobić z kasą? – spytała Lizzie.

– Wiesz, co ja z nią zrobię. – Carmen obeszła głaz, który nurt pływowy wtoczył na groblę. – Skończę weterynarię i otworzę własną lecznicę dla zwierząt – rozmarzyła się. – Będę się specjalizować w leczeniu koni.

– A ty, Will? – Lizzie przekrzywiła głowę. – Na co je wydasz?

– Firmę założę. – Will poprawił plecak. – Projektowanie apek, doradztwo. Coś w tym guście.

Lizzie zwolniła kroku i zrównała się ze mną.

– Ben, a ty?

Odwróciłem wzrok.

– Nie myślałem o tym.

– Ściemniasz. – Trąciła mnie w bok. – Na pewno masz jakiś pomysł.

Potrząsnąłem głową.

– A sama co planujesz?

– Spłacę kredyt i będę miała na czesne, na uniwerek, żeby tata mógł przejść na emeryturę. Kupię dom. No weź, na pewno masz jakąś listę życzeń!

– Ja to bym je zainwestował! – zawołał Grady. – Z taką kasą nareszcie mógłbym odkryć... prawdziwe... oblicze świata. – Marsz skracał mu oddech. – Potem założyłbym... własną gazetę. Już sobie wszystko... obmyśliłem. Dam jej tytuł... „Prawdziwe Konspiracje”.

Zatrzymałem na nim wzrok.

– Coś ty naładował do tego plecaka, Grady? Wygląda, jakby ważył tonę.

Grady nie był aż takim cherlakiem, więc skoro tak bardzo dostawał w kość, jego tobół musiał być naprawdę ciężki.

– No wiesz, przecież mnie znasz.

Machnął ręką.

– Mieliśmy ustalone, co wszyscy zabierają. – Okulary i kolczyk w nosie Lizzie błysnęły refleksem światła. – Zgodnie z listą.

– Nie chciałem... zapomnieć o czymś... ważnym. – Grady opuścił głowę i poprawił ułożenie plecaka, w którym coś szczęknęło jak w starym samochodzie.

Pokręciłem głową i spojrzałem na Lizzie. Wzruszyła ramionami i przez chwilę szła w ciszy.

– Oddałbym wszystkie pieniądze Willowi na rozkręcenie firmy – odpowiedziałem cicho, żeby tylko ona mogła usłyszeć. – W końcu to on jest mózgowcem, a ja tylko tępym mięśniakiem.

– Wcale nie jesteś tępy. – Lizzie ściagnęła brwi. – Od kiedy masz o sobie takie zdanie?

– Jestem, jestem. No weź, Will nie ma nawet siedemnastu lat, a już idzie na studia.

– Ty też. Na inżynierię!

Odchrząknąłem.

– No, właśnie... nie idę. Matka chce, żebym znalazł pracę w Oxfordzie i miał oko na Willa.

Lizzie stanęła jak wryta.

– Ale... co z naszymi planami? Mieliśmy być blisko siebie. Oxford jest hektar od Swansea!

Zaczerwieniłem się.

– Będę do ciebie przyjeżdżać w odwiedziny. Poradzę sobie. Znalazłem jedną firmę, gdzie przyjmą mnie na staż, więc od razu będę zarabiał jako mechanik.

– Ale przecież... nie tak to sobie wyobrażałeś. Chciałeś móc pracować na całym świecie, nie? Miałeś budować lepsze domy, szkoły odporne na trzęsienia ziemi...

– Proszę cię, Lizzie. Muszę tak zrobić. Poza tym matka kupi mi samochód. Będziemy mogli jeździć w różne miejsca.

– W nosie mam samochód. – Odwróciła wzrok. – Ale to twoje życie, nie moje...

Zacisnąłem ręce na szelkach plecaka.

– Nie bądź taka.

– Nigdy nie zrozumiem, jak to jest, że twoja matka tak skutecznie trzyma cię w garści – zniżyła głos do szeptu. – Nie musisz wiecznie zastępować swojego ojca. Nie chcesz się przekonać, kim możesz zostać, kiedy wreszcie przestaniesz być niańką dla brata?

Przemilczałem to. Bo i co mogłem na to powiedzieć...

– Przyjęli mnie. – Wpadłem ślizgiem do kuchni. – Mamo, dostałem się!

Matka była przy zlewie, skupiona na szorowaniu naczyń. Nie odpowiedziała.

Automatycznie wyjąłem z szuflady ścierkę, zdjąłem patelnię z suszarki i zacząłem wycierać, żeby nie zostały zacieki.

Kiedy nareszcie zdjęła rękawiczki i odłożyła je na bok, powtórzyłem nowinę.

– Dostałem się.

– Gdzie?

– Do Cardiffu, na inżynierię lądową.

Włożyłem ścierkę do pralki, zamknąłem drzwiczki i rękawem koszuli starłem ślady palców z uchwytu.

Matka odchrząknęła i rozprostowała swoją podkładkę na stole.

– A co z Willem?

– Z Willem? – Zmarszczyłem czoło. – On już zna wyniki. Idzie na Oxford, tak jak chciałaś.

– Tak. – Matka wytarła stół, jakby była na nim plama.

– A ja pójdę do Cardiffu.

Coś tu było nie tak. Czyżbym nie zasłużył nawet na uśmiech? Siedziałem na krześle naprzeciwko matki, gryząc paznokieć u kciuka.

– Poradzisz sobie. Nareszcie będziesz miała cały dom dla siebie. A w nim megaporządek, tak jak lubisz.

Zabrzmiało to tak, jakbym był bałaganiarzem. Ale wcale nim nie byłem. Nie przy niej. Spojrzałem na jej dłonie z kostkami obitymi od niekończącego się sprzątania. Po zmywaniu miała wciąż podwinięte rękawy i widać było jej blizny. Szybko odwróciłem wzrok, a ona rozwinęła mankiety i zasłoniła nadgarstki.

Znów odchrząknęła.

– Miałam nadzieję, że...

– Że co?

– Że się nie dostaniesz – powiedziała w końcu, podnosząc na mnie wzrok. – Że ten problem nie zaistnieje.

Poczułem chłód w policzkach.

– Problem?

– Przecież wiesz, że nie możesz tam pójść. – Spojrzała na mnie wyzywająco. – Byłbyś za daleko od brata, a on cię potrzebuje.

– Ale... sama pozwoliłaś mu wcześniej złożyć papiery.

– Nie zamierzam stać na drodze do jego rozwoju – wybuchła. – Nie ze względu na...

– Na mnie. – Przełknąłem gorycz, ale nie pozwoliłem sobie na łzy. – I tak pójdę do Cardiffu.

– Nie zapłacę za to.

– Ojciec zapłaci.

– Ha! Jego nie stać nawet na wydatki związane z nową rodziną. Zresztą będzie płacił za studia Willa...

– No to znajdę pracę.

– Chcesz pracować i studiować jednocześnie? Serio? Oprzytomniej.

Pochyliła się nad stołem i złapała mnie za rękę. Miała twarde palce.

– Ben, w głębi serca dobrze wiesz, że nie możesz zostawić brata samego. Jak byś się czuł, gdyby coś mu się stało? – Powieki jej się zwęziły. – Wiesz, że umarłabym, gdyby coś się stało. – Na ułamek sekundy uciekła wzrokiem do szuflady z zapasem leków przeciwbólowych, pigułek nasennych i antydepresantów. – Kocham cię, Ben, ale musimy zatroszczyć się o twojego młodszego brata. Jesteś za niego odpowiedzialny, tak samo jak ja.

– Mamo, a może ty mogłabyś się przeprowadzić do Oxfordu. – Spojrzałem na nią, ale już wiedziałem...

Złapała nerwowo powietrze.

– Przeprowadzić się?

Od jakiegoś czasu rzadko wychodziła z domu – swojego bąbla czystości i porządku, nad którym miała pełną kontrolę.

Pokręciła głową.

– Kupię ci samochód. Zastanów się nad tym. Przecież możesz być mechanikiem. Po tych całych studiach i tak skończyłbyś jako mechanik. A tak przynajmniej będziesz się uczył i jednocześnie zarabiał.

Poczułem się stary, jakbym miał sto lat. Wyjąłem list z kieszeni, zmiąłem go w kulkę i wrzuciłem do śmieci.

Uśmiechnęła się.

– Dobry z ciebie chłopiec, Ben. Nie wiem, co bym bez ciebie zrobiła. Większość chłopaków w twoim wieku nie jest taka odpowiedzialna. Jednak nie najgorzej cię wychowałam, prawda?

Kiwnąłem głową i poszedłem zabrać deskorolkę spod drzwi.

– Wrócę na obiad.

– Potrzebujemy cię, Ben. Pamiętaj o tym – powiedziała głośniej. Odwróciłem się. Znów podciągnęła rękawy, odsłaniając nadgarstki. – Widzisz, co się może stać, kiedy nie robimy tego, co powinniśmy?

Jak mogłem to wytłumaczyć Lizzie? Czy by mnie zrozumiała? W końcu przyśpieszyła kroku i zrównała się z Carmen, zostawiając mnie samego.

Kiedy postawiłem kolejny krok, chlupnęło. Wokół nas pojawiły się kałuże, a w nich odbicia nieba ciężkiego od deszczu.

– Will, przypływ już się zaczyna? – Nie udało mi się ukryć zaniepokojenia.

– Niemożliwe. – Will machnął ręką, ale nie spojrzał na zegarek. – Alarm jeszcze się nie włączył.

– Mieliśmy tylko... półtorej... godziny – wydyszał Grady.

– Ile nam zostało?

Will zerknął na zegarek i zmarszczył brwi.

– Nie może być.

Zatrzymałem się.

– Co?

– Ciągle jest kwadrans po. – Wytrzeszczył oczy. – Zegarek mi się zawiesił.

– Will! – Grady jęknął. – Przecież miałeś pilnować czasu!

– Która jest godzina? Kto wie? – warknęła Lizzie.

Podciągnąłem rękaw. Zegarek dziadka tykał jak trzeba. Przełknąłem ślinę.

– Alarm Willa powinien był się włączyć dziesięć minut temu, czyli upłynęło prawie półtorej godziny.

– Dobra. – Na twarzy Lizzie widać było determinację. – Trzeba będzie przyśpieszyć.

Chociaż zatrzymaliśmy się tylko na chwilę, piasek na grobli zdążył nasiąknąć. Kiedy postawiłem lewą stopę, mlasnęło i do buta wlała mi się woda.

Lizzie i Carmen wysforowały się na prowadzenie szybkim marszem. Były lżejsze od nas i miały lżejsze plecaki, więc łatwiej było im iść po mokrym piasku.

– Już mi się tu nie podoba! – krzyknęła Carmen.

Na czole rozprysła mi się duża kropla deszczu. Spojrzałem w górę.

– No, super. – Obejrzałem się przez ramię, żeby sprawdzić, czy Grady nie zostaje w tyle. Stał odwrócony, gapiąc się w ścianę szarości, która ciągnęła się po horyzont i oddzielała nas od wyspy, z której przyszliśmy. – Ruszaj się, Grady, bo nas zmyje.

Zrobił niepewny krok, zachwiał się i upadł jak długi.

– Hej, Grady, nic ci nie jest?! – zawołała Carmen.

– Spowalniasz nas, stary! – Chwyciłem go za plecak i, starając się samemu nie stracić równowagi, pomogłem mu wstać. – Musiałeś zabierać cały ten majdan?

– Może się przydać.

– A niech cię szlag. – Otaczające nas kałuże zaczęły się spajać w całość jak rozsypany na kawałki potwór z horroru, a poziom wody po prawej stronie podniósł się do poziomu grobli. – Zamieńmy się na trochę plecakami.

Grady się rozchmurzył.

– Jesteś pewien, Ben? Nie musisz mi pomagać.

Długi maz mokrego piasku na jego czarnej skórze wyglądał jak kamuflaż.

Pasek piersiowy miałem już rozpięty.

– Will, pomóż nam! – krzyknąłem.

Will nie zatrzymał się, kiedy Grady upadł, ale na moje wołanie wrócił i przytrzymał mój plecak. Pomogłem Grady’emu podnieść jego tobół, stękając, zarzuciłem go na plecy, a potem poprawiłem namoknięte szelki. Płótno jechało już potem Grady’ego. Od razu stałem się cięższy, a buty z chrzęstem wbiły się w piasek grobli.

– Dzięki, Ben. Uratowałeś mnie.

– Kiedy tylko staniemy na suchym lądzie, z powrotem się zamieniamy. To twój tobół, więc sam go sobie nieś. – Poruszyłem ramionami, żeby znaleźć wygodne ułożenie szelek. – Co ty tam w ogóle masz?

– Gdy będziemy wracać, będzie trochę lżejszy – odpowiedział pogodnie.

– Wziąłeś dodatkowe żarcie?

– Bez cukru nie jestem w stanie funkcjonować – rzucił, wyprzedzając mnie.

– Ale musiałeś zabrać całą cukiernię?

– Pośpiesz się, Ben! – krzyknęła Lizzie.

Spojrzałem tam, gdzie wskazywała. Kałuże przed nami zaczęły się łączyć w jeziorka.

– Daleko jeszcze do tej wyspy? – mruknąłem do Willa.

Will ściągnął brwi.

– Zrobiliśmy trzy czwarte drogi. W siedemdziesiąt osiem minut.

– Czyli mamy jeszcze daleko?

– W tym tempie... dwadzieścia sześć minut marszu – odpowiedział prawie bez zastanowienia.

– Ale przypływ będzie... za dwanaście?

Will kiwnął głową.

– Grobla znajdzie się pod wodą.

Przyjrzałem się drodze prowadzącej groblą w stronę wyspy: jeżeli zejdziemy w lewo, trasa będzie krótsza. Było tam też bardziej sucho, bo grobla jeszcze oddzielała ten teren od morza. Wbiłem wzrok w wodę wzbierającą między nami a plażą. Zbaczając w lewo, wylądowalibyśmy na wybrzeżu trochę dalej, ale przynajmniej nie musielibyśmy brodzić.

– A może pójdziemy tamtędy?

Rozdział drugi

– Już niedaleko! – zawołała Lizzie. – Pomyślcie, jak będzie cudownie, kiedy wreszcie dotrzemy na wyspę.

Droga powrotna na Fetlar była już kompletnie odcięta. Boje po prawej stronie zaczęły się kiwać na wodzie, a grobla znalazła się pod powierzchnią. Poziom wody przed nami się podnosił. Ostatnie suche miejsce na naszej nowej trasie, tej, którą odeszliśmy od grobli, zalała woda.

Jęknąłem, bo ciężki plecak Grady’ego wpijał mi się boleśnie w ramiona.

W czasie odpływu na grząskim piachu wokół nas pozdychało mnóstwo meduz. Były grube, przezroczyste i oślizgłe. Teraz i one kiwały się na wodzie, wlekąc za sobą długie macki z parzydełkami, które ocierały mi się o nogi.

Nie spuszczając oczu z Aikenhead, naszej docelowej wyspy, parłem przed siebie siłą woli. Nowa trasa prowadziła do wąskiego wcięcia w klifie między skałami obrośniętymi przez wodorosty. Plan był taki, żeby wspiąć się na klif i górą przejść do pierwotnego punktu startowego.

Do moich uszu dobiegło ciche pikanie.

Carmen włożyła rękę do kieszeni.

– Ja też nastawiłam alarm – wyszeptała.

Teraz przebywanie na piasku było na pewno niebezpieczne. Czas nam się skończył.

– Słuchajcie, ruszamy biegiem! – zawołała Lizzie.

Carmen kiwnęła głową i zaczęła biec truchtem, rozchlapując wodę przede mną. Próbowałem dotrzymać im kroku, ale przez plecak Grady’ego ledwie udawało mi się iść, noga za nogą, więc o biegu nie było mowy.

Plecak był wyregulowany pod Grady’ego, dlatego szelki piły mnie pod pachami jak diabli. Czułem, że zrobiły mi się pęcherze. Jeśli jeszcze trochę go tak poniosę, a one pękną, to mogę dostać jakiegoś zakażenia, a to będzie prawdziwy problem dla całego zespołu. Woda sięgała mi już do kolan, ale nie miałem wyboru – musiałem się zatrzymać i wyregulować plecak. Tymczasem pozostali dotarli już do skał.

Odpiąłem pas piersiowy i biodrowy, a potem – poruszając ramionami – zsunąłem plecak na łokcie. Ulga była tak wielka, że aż jęknąłem.

– Co ty wyprawiasz, Ben? Nie możesz tak nieść plecaka! Musimy zleźć z tych skał, zanim przypływ je też odetnie. – Lizzie balansowała na głazie pokrytym pąklami.

Deszcz siekł ją po plecach, przylepiając włosy do głowy.

Miała rację. Poluzowałem szelki i ponownie wciągnąłem plecak na ramiona. Ale kiedy chciałem ruszyć, okazało się, że nie mogę.

– Co jest...? – Spróbowałem wyszarpnąć lewą stopę, ale ona ani drgnęła, jakby ją ktoś wmurował.

Woda chlupotała mi już wokół bioder.

– Ben?! – Głos Lizzie zabrzmiał o ton wyżej.

– Nie mogę się ruszyć!

– Jaja sobie robisz? – Carmen stąpała ostrożnie z głazu na głaz w stronę morza. – Co się dzieje? ¡Vamos![1]

Will gorączkowo kalkulował, co robić.

– Stary mówił, że poza groblą jest niebezpiecznie. – Przekrzywił głowę. – To znaczy, że Ben wszedł w ruchome piaski.

Carmen zakryła usta.

– ¡Dios mío![2]

– Chyba tak, bo się zapadam. – Piasek zaciskał się już ciasno wokół moich łydek. – Będę musiał zdjąć plecak. Chodź i go zabierz, Grady.

– Dobra. – Grady zdjął mój plecak i oddał go Willowi, po czym zlazł ze skał do wody. Złapał gwałtownie powietrze, zatrząsł się i zatrzymał po kilku krokach, obejmując się ramionami. – Zaraz! Jeśli do ciebie podejdę, to też wpadnę w ruchome piaski, nie?

– No, chyba tak.

Zapadałem się dość szybko, ale nie próbowałem się z nich wyrwać. Wszyscy wiedzą, że w ruchomych piaskach szarpanina tylko pogarsza sprawę.

– Tylko się nie szarp! – krzyknęła Lizzie.

Przewróciłem oczami. Will również.

Carmen spojrzała na Lizzie.

– Co robimy?

Coś otarło się o mnie pod wodą i prąd pociągnął mnie w bok. Rozpaczliwie starałem się utrzymać równowagę, a woda sięgała mi już do brzucha. Zmroził mnie strach. Tak, słyszałem kiedyś o pływach wzbierających szybciej niż biegnący człowiek, ale wtedy w to nie wierzyłem.

Lizzie nie odpowiedziała. Widziałem, że Will jak szalony obmyśla wyjście z sytuacji, rozważa opcje i odrzuca je po kolei. Oczy migotały mu jak ekran komputera.

Serce mi łomotało. Gold nie pozwoli, żeby któreś z nas się tu utopiło. Na pewno ktoś nas obserwuje i zaraz przyjdzie z pomocą, prawda? I wtedy przypomniałem sobie wszystkie klauzule o wyłączeniu odpowiedzialności, które musieliśmy podpisać.

– Idę do ciebie, Ben! – Lizzie ułożyła swój plecak wysoko na skale.

Deszcz łomotał o jego płótno. Wetknęła okulary do bocznej kieszeni i wskoczyła do morza. Syknęła od ukąszenia lodowatej wody, ale brnęła naprzód. Minęła Grady’ego, nawet na niego nie patrząc.

– Co chcesz zrobić?! – zawołał Grady.

Zatrzymała się dopiero półtora, dwa metry ode mnie i podniosła rękę, żeby osłonić twarz przed siekącym deszczem.

– Tutaj piasek robi się miękki.

– Cofnij się! – Carmen splotła nerwowo dłonie.

– Jakim cudem my w nie nie wpadliśmy? – Lizzie potrząsnęła głową. – Chyba mieliśmy więcej szczęścia. Możesz pchnąć plecak Grady’ego do mnie?

– Prąd go porwie – powiedziałem.

– Przejdź tam. – Lizzie przesunęła się w bok, a ja pchnąłem plecak w jej stronę.

Od razu zanurzył się pod własnym ciężarem, a prąd odciągnął go na bok. Lizzie sięgnęła po niego i wyszarpnęła spod wody, ale był tak ciężki, że aż się zatoczyła.

– Weź go, Grady! – wrzasnęła.

Grady przytelepał się bliżej, a Lizzie wepchnęła mu plecak.

– Moja elektronika! – Gapił się na plecak jak porażony.

Lizzie pchnęła go w stronę skał.

– Kiedy przestanie padać, wysuszymy, co się da. Idź!

Uwolniłem się od ciężaru plecaka, ale zapadłem się w grząski piasek już powyżej kolan. Woda chlupotała pod moją brodą.

Odpychając się rękami, Lizzie jak szalona walczyła z nurtem, żeby utrzymać się w miejscu.

Nagle Will odpiął karimatę z góry plecaka i zaczął brodzić w moją stronę. Kiedy zrównał się z Lizzie, wyciągnął ku mnie piankę.

Udało mi się chwycić jej koniec. Skapowałem, co wymyślił Will.

– Dobra, możesz puścić. – Objąłem ramionami pływającą piankę i poczułem, że uścisk piasku słabnie.

Karimata nie miała dostatecznej wyporności, żeby mnie uwolnić, ale przynajmniej już nie tonąłem.

– Co teraz? – Lizzie była blada. – Czas nam się już kończy.

Złapała Willa gwałtownie, bo nurt podciął jej nogi.

– Carmen! – krzyknął Will, pomagając stanąć Lizzie dławiącej się wodą. – W przedniej kieszeni plecaka, obok szpilek do namiotu i toporka, mam saperkę.

Carmen uklękła przy jego plecaku. Po minucie odgarnęła kosmyki włosów przyklejone do twarzy i uniosła saperkę.

– Daj ją Grady’emu.

Nagle świat zadrżał w posadach. Po niebie przetoczył się grzmot.

– To jest najgorszy sierpień w historii! – Grady wepchnął swój przemoczony plecak na skały i wziął saperkę. – Gdzie jest słońce? – Zmarszczył się. – Słyszeliście o projekcie HAARP? Prowadzą badania nad kontrolą pogody. Założę się, że Gold też. I to może być...

– Nie teraz, Grady! – wydarła się na niego Lizzie.

Deszcz łomotał w nas jeszcze mocniej. Zamrugałem, żeby pozbyć się wody z oczu.

Will przejął saperkę od Grady’ego i ją rozłożył.

– Odkopię cię. Tylko się nie szarp.

Zanim zdążyłem coś powiedzieć, mój brat wziął głęboki wdech i dał nura pod wodę. Chwycił mnie za udo, żeby nie zmył go nurt, i po chwili poczułem ostrą krawędź saperki na kolanie. Zaczął kopać.

Doliczyłem do trzydziestu, potem czterdziestu. Woda wokół mnie pociemniała od piasku, który Will wyrzucał z dna. Lizzie wstrzymywała oddech, utkwiwszy we mnie wzrok. Poczułem, że noga mi się uwalnia, więc napiąłem mięśnie, żeby utrzymać równowagę. Wreszcie Will wynurzył się, żeby zaczerpnąć powietrza.

Co prawda karimata nie pozwalała mi utonąć, ale poziom wody wciąż się podnosił.

– To zajmie za dużo czasu – wydukałem zesztywniałymi z zimna ustami, szczękając zębami.

– Kto jeszcze ma saperkę? – spytał Will.

– Ustaliliśmy, że bierzemy tylko jedną – powiedziała Lizzie. – Ale możemy użyć czegoś innego – misek, garnków... – Ruszyła z mozołem w stronę brzegu. – Carmen, masz menażkę?

Po niebie przetoczył się kolejny grzmot, a mewy zerwały się z klifu z posępnym wrzaskiem.

Carmen wyciągnęła miskę i rzuciła ją Lizzie, po czym zamknęła plecak i zeszła po skałach do wody z menażką w dłoni.

Brnęły do mnie przez wodę, podtrzymując się wzajemnie, żeby nurt ich nie przewrócił. Długie włosy Carmen rozlały się po powierzchni wody jak plama ropy naftowej, a ich różowe końcówki przypominały macki jakiejś egzotycznej meduzy.

Kiedy dotarły do skraju ruchomych piasków, obie wzięły głęboki wdech i zanurkowały. Kopały dno naczyniami, uczepione moich ud. Czułem się jak tonący żeglarz, któremu pomagają syreny.

Grady szukał czegoś gorączkowo w swoim plecaku.

– Wiedziałem, że przyda się druga saperka! – krzyknął. – Gdzieś tutaj ją mam.