Wydawca: Sonia Draga Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2017

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 686

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Odtwórz fragment audiobooka:

Czas: 19 godz. 8 min Lektor: Marta Walesiak

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Pobierz fragment dostosowany na:

Zabezpieczenie: watermark

Audiobooka posłuchasz na:

tablecie MP3
smartfonie MP3
komputerze MP3
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Pobierz fragment dostosowany na:

Czas: 19 godz. 8 min Lektor: Marta Walesiak

Opis ebooka Wyspa Alice - Daniel Sánchez-Arévalo

Kiedy Chris ginie w wypadku samochodowym, życie jego żony, Alice, ich sześcioletniej córki i drugiej, dopiero mającej się urodzić, zostaje zrujnowane. Alice nie potrafi pogodzić się ze stratą i obawiając się, że być może ich idealny związek opierał się na kłamstwie, za wszelką cenę stara się odkryć, skąd wracał jej mąż i jaki sekret skrywał. Rekonstruuje jego ostatnią podróż za pomocą nagrań z monitoringu w miejscach, obok których przejeżdżał, docierając do epicentrum zagadki – Robin Island na Cape Cod w Massachusetts – małej i tylko pozornie spokojnej wyspy, która radykalnie odmieni Alice w czasie poszukiwań odpowiedzi na pytanie, co Chris robił na wyspie.

Opinie o ebooku Wyspa Alice - Daniel Sánchez-Arévalo

Fragment ebooka Wyspa Alice - Daniel Sánchez-Arévalo

Tytuł oryginału:

LA ISLA DE ALICE

Copyright © Daniel Sánchez Arévalo, 2015

Copyright © 2017 for the Polish edition by Wydawnictwo Sonia Draga

Copyright © 2017 for the Polish translation by Wydawnictwo Sonia Draga

Projekt graficzny okładki: Mariusz Banachowicz

Redakcja: Bogusława Wójcikowska

Korekta: Iwona Wyrwisz, Aleksandra Mól, Anna Gauza

ISBN: 978-83-8110-163-9

Wszelkie prawa zastrzeżone. Nieautoryzowane rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci jest zabronione i wiąże się z sankcjami karnymi.

Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.

Szanujmy cudzą własność i prawo!

Polska Izba Książki

Więcej o prawie autorskim na www.legalnakultura.pl

WYDAWNICTWO SONIA DRAGA Sp. z o. o.

Pl. Grunwaldzki 8-10, 40-127 Katowice

tel. 32 782 64 77, fax 32 253 77 28

e-mail:info@soniadraga.pl

www.soniadraga.pl

www.facebook.com/wydawnictwoSoniaDraga

E-wydanie 2017

Skład wersji elektronicznej:

konwersja.virtualo.pl

Mojej matce, siostrze

i wszystkim kobietom,

które nauczyły mnie opisywać życie

CZĘŚĆ PIERWSZAMOBY DICK

„Nie znajduje się ona na żadnej mapie; prawdziwie zacne miejscowości nigdy nie są bowiem na nich umieszczane”.

„Prawda nie zna granic”.

„Bywają pewne osobliwe momenty i okazje w tej dziwnej, zawiłej sprawie, którą nazywamy życiem, kiedy to człowiek bierze cały ten wszechświat za ogromny dobry żart, choć bardzo niejasno rozeznaje jego dowcip i więcej niż podejrzewa, że kawał ów zrobiono nie czyim innym kosztem, jak jego własnym”.

HERMAN MELVILLE, Moby Dick1 (1851)

Dzień 0. Rok IV p.Ch.

Wypracowanie mojej córki Olivii, kiedy była w czwartej klasie szkoły podstawowej:

Dziś umarł mój tata. To znaczy dziś mijają trzy lata i jest to dzień, który z każdym rokiem coraz bardziej mnie zasmuca, bo kiedy umarł, byłam bardzo mała, miałam sześć lat i niewiele rozumiałam. Myślałam, że wyjechał, a kiedy mama powiedziała mi, że już nie wróci, najbardziej zasmuciło mnie to, że nie przywiezie mi prezentu. Bo mój tata dużo podróżował i zawsze wracał z jakimś prezentem. Ale teraz, kiedy jestem już starsza, jest mi coraz smutniej, bo lepiej znam życie, i chociaż mama i siostra uszczęśliwiają mnie niemal każdego dnia, to tak naprawdę bardzo smutno jest nie mieć taty. Dlatego kiedy umarł, przeprowadziłyśmy się na Robin Island, bo mama mówiła, że jeśli opuścimy nasz stary dom, to szybciej się z tym pogodzimy, i że potrzebujemy odmiany otoczenia. I miała trochę racji, jest nam tutaj bardzo dobrze, bo to jest piękna wyspa, z wyjątkiem dni, kiedy pada deszcz albo śnieg, bo nie lubię deszczu i nienawidzę śniegu, i dlatego, że tutaj prawie wszyscy prawie każdego dnia są dość szczęśliwi, a to zawsze pomaga przezwycięrzyć złe rzeczy. Poza tym tak się złożyło, że kiedy przyjechałyśmy tutaj pierwszy raz, urodziła się moja siostra Ruby, a to jest bardzo szczęśliwe. Mam nadzieję, że w przyszłym roku będę jeszcze trochę bardziej smutna niż w tym, bo będzie to oznaczać, że nie zapomniałam mojego taty i że nadal go kocham i za nim tęsknię. To jest dla mnie bardzo ważne.

Koniec.

Dzień 0. Rok I p.Ch.

Może dzień 0 nie istnieje w kalendarzach, ale w życiu i owszem. Moim dniem 0 był dzień, w którym umarł Chris, chociaż rozważałam też możliwość oznaczenia nim dnia, w którym przeprowadziłam się na wyspę. Ostatecznie uznałam jednak, że śmierć jest bardziej przytłaczająca niż przeprowadzka, a poza tym podobała mi się – w dość pokręcony sposób – gra słów: dzień 0 p.Ch. Po Chrystusie. Po Chrisie.

Właściwie od czasu do czasu żartowałam sobie i zamiast nazywać go Chrisem, wołałam Chris/Christ2 (tak go miałam zapisanego w telefonie komórkowym), zwłaszcza wtedy, gdy w uprzejmy sposób starał się narzucić swoje zdanie, używając ładnych słów i pięknie się uśmiechając. W ostatnim czasie dochodziło do tego dosyć często, kiedy dyskutowaliśmy o wyborze imienia dla naszego dziecka (byłam w siódmym miesiącu ciąży). „Kochanie, ty wybrałaś imię dla pierwszej córki, chciałaś imię międzynarodowe, które pisałoby się tak samo po angielsku, hiszpańsku, włosku i francusku. I Olivia jest w porządku. Podoba mi się. Teraz moja kolej. Chcę imię, które brzmiałoby jak klejnot, bo właśnie to będziemy mieli, śliczny klejnot: Ruby”, mówił. A ja: „Przykro mi, ale nie ma mowy, Chris/Christ. Poszukaj innego, bo Ruby brzmi jak imię prostytutki z telenoweli”. „Właśnie splamiłaś pamięć mojej prababki Ruby, Alice”, udając obrażonego. Nigdy nie zwracał się do mnie pełnym imieniem, robił to tylko wtedy, gdy chciał się ze mną podrażnić. Zazwyczaj nazywał mnie Ali, Al, a najchętniej A. Podobało mi się A.

Kiedy zadzwonił telefon, wiedziałam, że to on. Właśnie brałam kąpiel z pianą, z dwiema łyżkami oliwy z oliwek i dużą szklanką pełnego mleka (domowe sposoby na uniknięcie rozstępów na moim wielkim brzuchu), jedząc lody z belgijskiej czekolady (by uczcić pamięć moich przodków). Nie wykonałam nawet najmniejszego ruchu, by wyjść z wanny i odebrać telefon. Miałam tylko nadzieję, że nie obudzi Olivii; kosztowało mnie dużo wysiłku, żeby zasnęła, i to była wreszcie moja chwila relaksu i przyjemności. Chris by to zrozumiał.

Kąpiel się skończyła, kiedy zdałam sobie sprawę, że półlitrowy pojemnik po lodach jest pusty. Wytarłam się, w biust, brzuch i tyłek wklepałam migdałowy krem i odsłuchałam wiadomość, którą zostawił na automatycznej sekretarce:

Cześć, kochanie. Właśnie skończyłem. Chciałem zdążyć do domu na kolację, ale nic z tego, klient nalegał, byśmy zjedli coś tutaj, w barze w okolicy Yale. Zaraz wracam do domu. Myślę, że będę około dwunastej. Nie czekaj na mnie. Całuję, kochana.

Nie oddzwoniłam, tylko wysłałam mu wiadomość:

Kiedy dzwoniłeś, brałam kąpiel i objadałam się lodami. Ale nie można nazywać mnie grubasem, bo jestem wrażliwa! Dobrej podróży, kochanie. Czekamy na ciebie we trzy. KCB

Dwie godziny później znowu zadzwonił telefon. Tak naprawdę nie dzwonił, lecz wibrował, a wyświetlacz migał. Zasnęłam w łóżku w czasie maratonu z M*A*S*H (ulubiony serial mojego ojca; dorastałam, oglądając go na okrągło) na kanale poświęconym wyłącznie serialom. Na noc zazwyczaj ściszałam telefon, ale kiedy Chris wyjeżdżał, ustawiałam tryb wibracji, bo dzięki temu byłam spokojniejsza. Ekran się zaświecił. Chris/Christ. Nie przestraszyłam się ani nie zaniepokoiłam, gdy zobaczyłam, że to on. Kiedy jechał nocą, czasem dzwonił do mnie, korzystając z zestawu głośnomówiącego, żeby uporać się z sennością. Uwielbiałam to, że mnie wykorzystywał, aby nie zasnąć za kierownicą. Nie była to cecha kobiety poskromionej, po prostu miałam niesamowitą łatwość zamykania oczu i zasypiania o każdej porze i w każdym miejscu. Tak więc te krótkie przerwy podczas snu nie tylko mi nie przeszkadzały, ale nawet cieszyły. Przypominały mi czas, kiedy byliśmy nastolatkami. Zabierałam do łóżka domowy telefon bezprzewodowy, on robił podobnie i rozmawialiśmy przez całą noc, a dzięki temu, w pewnym sensie, spaliśmy razem.

– Cześć, kochanie. Gdzie jesteś? – zapytałam jeszcze śpiąca.

– Dobry wieczór – odpowiedział kobiecy głos. Wtedy dopiero się przestraszyłam. Raz jeszcze popatrzyłam na ekran komórki. Chris/Christ. W tle słychać było duży hałas. Hałas dobiegający z drogi i silnika. – Czy pani Alice Williams?

– Ech… Tak, to ja. – Natychmiast zaczęły drżeć mi ręce.

– Pani mąż miał wypadek samochodowy. Przewozimy go do szpitala Saint Luke w New Bedford.

– Jak to w New Bedford?

– Pani mąż to Christopher Williams, zamieszkały przy Hope Street w Providence?

– Tak…

– Pani mąż wypadł z drogi US-6 na wysokości Marion.

– Marion? Gdzie to jest?

– Marion, Massachusetts. Na wysokości rzeki Weweantic – dodała, jakby to miało mi pomóc w określeniu położenia.

– Przepraszam, ale nie wiem, o czym pani mówi – powiedziałam otępiała, starając się nie obudzić. Dopóki będę spać, to wszystko będzie tylko koszmarem.

– Powtarzam, proszę pani. Pani mąż miał wypadek samochodowy, trzydzieści pięć kilometrów na wschód od New Bedford. Przewozimy go do szpitala…

– Nie, to musi być pomyłka – przerwałam jej z ulgą, porządkując wreszcie swoje myśli. – To niemożliwe. Mój mąż jest, był w Yale.

Mieszkaliśmy w Providence w stanie Rhode Island. Yale leży w New Haven, jakieś sto pięćdziesiąt kilometrów na zachód. New Bedford jest w przeciwnym kierunku, na wschodzie. Nie wiedziałam wtedy, w jakiej odległości, ale mniej więcej o godzinę jazdy samochodem.

– Proszę pani, jeszcze raz sprawdziłam jego dokumenty – powiedziała cierpliwie, rozumiejąc, jak trudno jest przyjąć taką informację. – To Christopher Williams.

– Mogę z nim porozmawiać? – wyszeptałam zaniepokojona.

– Jest nieprzytomny. Jego stan jest bardzo ciężki, pani Williams. To ważne, by jak najszybciej pani przyjechała. Szpital Saint Luke w New Bedford.

Kiedy się rozłączyłam, instynktownie spojrzałam na godzinę, którą wskazywał zegar elektroniczny na mojej szafce nocnej. Zobaczyłam, jak zmienia się z 00.01 na 00.02 13 maja 2015 roku. Moją ulubioną liczbą od zawsze była trzynastka, ponieważ uważałam, że wszystkie liczby przynoszą szczęście. Konkretne szczęście, którym trzeba się dzielić ze wszystkimi. A że nikt nie wybierał trzynastki, całe jej szczęście było dla mnie. Z tym numerem zawsze grałam w każdej drużynie każdej dyscypliny sportu, jaką uprawiałam. Ten numer miałam na plecach. Od tamtej pory trzynastka przestała być moją szczęśliwą liczbą.

I tamten dzień stał się dniem 0 roku I p.Ch.

Po pięciu minutach jazdy, które wydawały się ciągnąć w nieskończoność, doznałam kolejnego wstrząsu od głowy do stóp, ataku paniki przebiegającego po kręgosłupie, bo nagle zdałam sobie sprawę, że zostawiłam Olivię samą, tak jakbym wyszła tylko po to, by wyjąć pocztę i gazetę ze skrzynki przed domem.

Karcąc się za ten występek, zadzwoniłam do swoich rodziców, korzystając z zestawu głośnomówiącego. Chciałam, żeby odebrał ojciec.

– Co się dzieje, córeczko? – To była moja matka, zaniepokojona telefonem o tak późnej porze.

– Mamo, Chris miał wypadek. Zabierają go do szpitala.

– O mój Boże. Coś poważnego?

– Nie wiem, mamo. Potem do ciebie zadzwonię i powiem. Wyszłam w pośpiechu. Olivia jest sama w domu. Nie chcę, żeby się obudziła, kiedy nikogo nie będzie. Jeźdźcie tam, proszę.

– Dobrze, dziecko, już jedziemy. O mój Boże, George, obudź się, Chris miał wypadek. A gdzie to się stało, córeczko?

– Niedaleko Yale, gdzie pracował.

Nienawidzę szpitali. Wchodzę i od razu mam mdłości. Zwłaszcza wtedy, gdy się boję. Plątały mi się nogi. Nie wiedziałam, jak to możliwe, że dojechałam aż tutaj. Oczy zaszły mi mgłą. Cierpię na astenofobię, irracjonalny lęk przed omdleniem w miejscu publicznym. Prawie zawsze zdarza mi się to w sytuacjach stresowych, kiedy czuję się uwięziona, kiedy jestem otoczona obcymi ludźmi albo kiedy znajduję się w centrum uwagi. Wystarczy którykolwiek z tych czynników, żeby wywołać częstoskurcz, dreszcze, trudności z oddychaniem i atak paniki.

Pielęgniarka zaprowadziła mnie do poczekalni obok OIOM-u.

– Proszę tutaj zaczekać. Lekarz przyjdzie, kiedy tylko będzie mógł. W tej chwili operują pani męża.

Zobaczyłam automat z napojami. Potrzebowałam cukru i kofeiny. Nie zdążyłam nawet włożyć ręki do torebki, by poszukać monet. Straciłam przytomność mniej więcej o tej samej godzinie, którą później wpisano do aktu zgonu Chrisa. Czyżbym chciała odejść razem z nim?

Obudziłam się w boksie na sali ostrego dyżuru. Lekarz i siostra przełożona patrzyli na mnie z taką uprzejmością, zrozumieniem i empatią, że wiedziałam, że Chris zmarł. Gdy już to potwierdzili, zastanawiałam się, czy muszę dać naszej córce na imię Ruby, wedle jego życzenia, czy mogę wybrać takie imię, jakie zechcę. Sztuczka umysłu, żeby przetrwać. Człowiek chwyta się takich nic nieznaczących drobiazgów, kiedy życie sprawia, że ziemia, po której stąpa, zamienia się w lepką, ściskającą, paraliżującą i wchłaniającą go substancję.

Założyli mi wenflon na ręce, żeby podać surowicę, i dożylnie wstrzyknęli też środek uspokajający. Znieczulenie niezbędne do stawienia czoła koszmarowi śmierci. Tylko czy to jest odpowiednie dla kobiety w ciąży? Chociaż prawdopodobnie lepsze to niż ryzykowanie, że zacznę rodzić w tej okropnej sytuacji.

– Nie są jeszcze znane okoliczności śmierci pani męża. Sądzimy, że powodem było urazowe uszkodzenie mózgu spowodowane uderzeniem samochodu. Ale policja poinformowała nas, że na asfalcie nie było śladów hamowania, więc prawdopodobnie zasnął za kierownicą albo stracił przytomność, zjeżdżając z drogi, albo… – Zamilkła, uznając, że spekulowanie na ten temat nie jest najwłaściwsze. – Lekarz sądowy przeprowadzi sekcję zwłok, żeby to wyjaśnić i ustalić dokładny powód.

W tym momencie zdałam sobie sprawę, że podejrzewała również możliwość popełnienia przez Chrisa samobójstwa.

– Ile to potrwa? Kiedy mogą przewieźć ciało do Providence?

– Jedno skrzydło szpitala jest specjalnie przystosowane do czuwania oraz odwiedzin rodziny i przyjaciół. – Widząc, że nie reaguję, dodała: – Zaraz przyjdzie psycholog, który będzie obecny przy pani i krewnych. Bardzo mi przykro, pani Williams. Jeśli pani chce, możemy pani pomóc skontaktować się z rodziną…

– Nie. Chcę jak najszybciej zabrać męża do domu – powiedziałam albo pomyślałam. W tamtej chwili nie potrafiłam rozróżnić tego, co robiłam, od tego, co sobie wyobrażałam. Byłam pewna jednej rzeczy: naszej córce dam na imię Ruby.

Za oknem świtało. Anksjolityk przestawał działać. Nadszedł czas, by zadzwonić do moich rodziców. Chciałam móc się złamać, płakać i opowiedzieć im wszystko, co się wydarzyło. Szlochając, wyznać, że nie mogę przestać myśleć o tym, że gdybym odebrała, kiedy dzwonił, być może wciąż by żył. Że nie wiedziałam, co Chris tam robił, że mnie oszukał i że jestem bardzo smutna, przestraszona i że czuję, jakby to wszystko się nie wydarzyło, że to kłamstwo. Że poprosili mnie, abym zidentyfikowała ciało, a kiedy go zobaczyłam, pomyślałam, że nie, to nie on. Bo to nie mógł być on. Chris nigdy mnie nie oszukiwał, a kiedy to robił (zazwyczaj z powodu błahostek), zawsze to czułam, a on się śmiał jak psotne dziecko i za to go uwielbiałam. Dlatego to ciało, które zobaczyłam w kostnicy, nie należało do Chrisa, to nie był prawdziwy Chris. To nie był mój Chris. To wszystko nie było prawdą. „To niemożliwe, tato; to niemożliwe, mamo. Powiedzcie, że to wszystko się nie dzieje”. Zadzwoniłam na telefon ojca. Odebrała matka.

– Tak, mamo, jest w bardzo ciężkim stanie… Nie wiem, na drodze w pobliżu Yale, jechał do domu… Mamo, nie wiem nic więcej. Zadzwonię, jak tylko się czegoś dowiem... Nie, nie chcę, żebyś przyjeżdżała… Nie, nie chcę też, żeby tata przyjeżdżał. Nie chcę, żeby Olivia coś podejrzewała i się przestraszyła… Wolę, żebyście tam z nią zostali… Będę dzwonić i was informować… Na razie.

Nie wiedziałam, że potrafię tak dobrze kłamać, ponieważ prawie nigdy nie musiałam tego robić. Dlaczego to zrobiłam? Dlaczego nie byłam w stanie powiedzieć prawdy? Nawet tego, że Chris nie żyje? Było tak, jakbym potrzebowała czasu. Czasu na co? Nie miałam pojęcia, wiedziałam tylko, że potrzebuję mniej więcej dwóch godzin. W tamtym momencie trudno było przewidzieć, że czas, którego potrzebowałam, to nie były godziny ani tygodnie, ani nawet miesiące. To była kwestia lat.

Dzień 2. Rok I p.Ch.

„Mój mąż właśnie umarł, a ja go nie znałam”, myślałam. Pierwszy raz uśmiechnęłam się do niego nie dlatego, że był przystojny, zabawny, popularny i inteligentny, ale dlatego, że czułam, że znam go od zawsze. Jakbym przez całe swoje krótkie życie uczyła się do niego uśmiechać. I podczas tego przelotnego uśmiechu, kiedy mijaliśmy się na szkolnym korytarzu, poczułam, że on jest częścią mnie, a ja jestem częścią jego. Kim był mój mąż? A zważywszy, że przez osiemnaście lat byłam zakochana w jego uśmiechu i w tym, który on wywoływał u mnie, kim byłam ja? „Cześć, nazywam się Alice Williams, mam trzydzieści trzy lata i siedzę na korytarzu w kostnicy Monahan Drabble Sherman, a w tle, jako dźwiękowa tapeta, rozbrzmiewa Dire Straits”.

Muzak? Serio? W kostnicy? Brothers in Arms Dire Straits była pierwszą płytą, którą Chris kupił sobie na pchlim targu, kiedy był mały. Jego ulubiona. Skąd wiedzieli? Leciała piosenka So Far Away. Jakież to stosowne, jakież makabryczne. I jakież absurdalne. Ale kto powiedział o tym pracownikom kostnicy? Nagle uzmysłowiłam sobie, że ja powiedziałam. „Czy chce pani, żeby w czasie czuwania nad zmarłym była jakaś specjalna muzyka? Dysponujemy muzakiem, który można zaprogramować”, poinformowała mnie uprzejma pracownica, odpowiedzialna za to, by strata dla czuwających była bardziej znośna. Nie pamiętam, co jej odpowiedziałam, ale to oczywiste, że skoro puściła tę płytę, musiałam jej o niej powiedzieć. Chociaż mogła to zrobić Tricia, siostra Chrisa. Miałam problemy z pamięcią. Mówiąc „problemy”, mam na myśli to, że zapominałam o wszystkim z wyjątkiem tego, co naprawdę chciałam zapomnieć: że byłam trzydziestotrzyletnią wdową.

Zebrali się tam wszyscy – moi rodzice, babcia, wujostwo, kuzyni, rodzice Chrisa, jego siostra i pozostali krewni, znajomi, koledzy oraz przyjaciele wspólni i tylko jego, i tylko moi – gdyż zawsze uważaliśmy, że ważne jest pielęgnowanie naszych własnych przyjaźni. Cały mój mały i jeszcze do niedawna kontrolowany i uporządkowany świat. Moja bańka mydlana. Bańka, która pękła wraz z tamtym telefonem w środku nocy, budzącym mnie w nieprzyjaznym świecie, którego nie znałam i w którym nie chciałam być. Dlatego w ciągu zaledwie dwóch dni zbudowałam sobie nową bańkę, tymczasową, awaryjną, w której byłam relatywnie żywa, w stanie bliskim hibernacji – istniałam, nie istniejąc. I chociaż wszyscy stali naprzeciwko mnie, nie widziałam ich ani nie słyszałam. Nie chciałam, żeby ze mną rozmawiali ani żeby mnie dotykali. Nie mogłam zrozumieć, dlaczego nie chcę się schronić w ich słowach pocieszenia oraz w ich czułych i szczerych objęciach.

Nikomu nie powiedziałam o tym, co zrobił Chris, że nie był tam, gdzie być powinien. Do głowy najczęściej przychodziło mi słowo „wstyd”.

Olivia podeszła, kiedy leciało Walk of Life. Jako jedyna miała klucz do mojej awaryjnej bańki. Ona i Dire Straits.

– Mamusiu.

– Co, córeczko?

– Gdzie jest mój prezent?

– Jaki prezent, kochanie?

– Od tatusia. Zawsze mi przywoził, kiedy był w podróży.

– Nie wiem, złotko.

– Patrzyłaś, czy jest w samochodzie?

– Nie, kotku, nie patrzyłam.

– Myślisz, że umarł przeze mnie?

– Dlaczego tak mówisz, malutka? – Malutka, złotko, kotku, kochanie. Nie wiedziałam, jak się do niej zwracać, żeby ukoić jej (naszą) stratę.

– Może jechał, żeby kupić dla mnie prezent, i umarł. Po drodze.

– Nie, Oli, na pewno kupił już wcześniej i na pewno jest w samochodzie. Jutro sprawdzę i ci go dam.

– Więc jeśli to nie jest moja wina, to czyja?

– Niczyja. To niczyja wina.

– Więc to nic złego? – Popatrzyłam na nią, nie rozumiejąc. – Tatuś mówi, że za złe rzeczy zawsze ktoś jest odpowiedzialny.

Zapewniłam ją, że nie jest to też wina jej dziadków ani pradziadków (każdego oddzielnie, żyjących i zmarłych), ani Tricii, ani moja, ani nikogo, kogo zna i nie zna. Potem zapytała:

– Więc skoro to niczyja wina, to winny jest tatuś?

– Nie, kochanie, to nie jest też wina taty.

– A dlaczego skrzynia tatusia jest zamknięta? Chcę go zobaczyć.

Trumna była zamknięta. Taką podjęłam decyzję właśnie po to, żeby chronić Olivię. Chciałam, żeby zachowała w pamięci obraz żywego ojca.

– Nie, Oli, tak jest lepiej.

– Kiedy zamykam oczy, widzę tatusia.

– W porządku, tak go zapamiętałaś.

– Widzę go nieżywego, w samochodzie. Brakuje mu części buzi. Jednego oka, wielu zębów i jeszcze kilku rzeczy. I jest zakrwawiony. Bardzo się boję zamknąć oczy, mamusiu.

Pomyślałam, że dusza nie może mi się rozbić na więcej kawałków. Ale owszem, mogła, i to zrobiła. Olivia miała sześć lat i nigdy wcześniej nie miała obsesyjnych wyobrażeń, a przynajmniej tak namacalnych, jeśli już, to nic nieznaczące, małe manie. Pogłaskałam ją po głowie. To ją bardzo uspokajało. Ją i mnie. Lubiłam głaskać jej delikatne jasne włosy, takie same jak włosy Chrisa. Po ojcu miała włosy, usta i uśmiech; po mnie zielone oczy i piegowate pyzate policzki. To, co najlepsze od każdego z nas.

– Kiedy wrócimy do domu, wydrukuję ci zdjęcia z zeszłego lata, kiedy we trójkę byliśmy na Alasce, dobrze?

– To nic nie da, mamusiu. Muszę go zobaczyć. W skrzyni.

Popatrzyłam na nią i pomyślałam: „Jaka moja córka jest bystra. Może jest wielce utalentowana? Powinnam jej kupić fortepian albo podarować szachy. Ale musiałabym to zrobić jeszcze dzisiaj, bo kiedy jako pierwsza kobieta zostanie mistrzem świata w szachach albo da koncert w Carnegie Hall, będzie mogła opowiadać w wywiadach: «W dniu, w którym pochowaliśmy mojego ojca, matka podarowała mi fortepian (albo szachy). To mnie uratowało. Chciałabym zadedykować ten koncert (albo mistrzostwo świata) zmarłemu ojcu, a także matce za to, że mój ból zamieniła w sztukę i pasję»”. Moja córka miała jakiś ukryty talent, a ja musiałam go odkryć. Myślenie o tym dodało mi trochę otuchy.

– To nie jest skrzynia, lecz trumna, kochanie.

Tylko tyle udało mi się powiedzieć. Potem wzięłam ją za rękę i zaprowadziłam do pomieszczenia, w którym wystawiona była trumna Chrisa.

Moją uwagę najbardziej zwróciło to, że sala była wygłuszona. „Co za absurd. Przecież ci, którzy tutaj leżą, są martwi”, pomyślałam. Chociaż prawdę powiedziawszy, gdybym to ja miała odchodzić, też wolałabym to robić, nie słysząc lamentów. Było zimno, bardzo zimno. Ale to normalne. Mięso musi być świeże. Chłód jest dezodorantem zmarłych. Czarny humor nigdy nie był moją mocną stroną. Nie wiem, skąd mnie naszła taka wena.

Moja matka jako pierwsza spostrzegła, że weszłyśmy do środka. Rozmawiała z ciotką Sally, nie przestając płakać ani na sekundę. Podeszła i zaczęła uderzać zaciśniętymi dłońmi w oddzielającą nas przesłonę. Nie słyszałam jej, ale mogłam odczytać z ruchu warg, że mówiła: „Co tam robisz, dziecko? Nie powinnaś tam być”. Podeszłam do przesłony. Popatrzyłam na swoją matkę przez dwie albo trzy sekundy. Ona też na mnie patrzyła, mając nadzieję, że coś powiem, ale ja tylko zaciągnęłam zasłonkę, której od dawna nikt nie czyścił, zapewniając Olivii i sobie chwilę prywatności.

Wzięłam metalowy kosz na śmieci (po co zmarłym kosze?), odwróciłam go do góry dnem i postawiłam na nim Olivię, żeby mogła zajrzeć do trumny.

– Jesteś pewna, Oli?

– Tak, mamusiu, chcę…

Otworzyłam wieko. Olivia od razu się uśmiechnęła. To był tak pełen życia uśmiech, iż myślałam, że ożywi Chrisa, że on się zaraz podniesie i powie: „Jak tu zimno. Chodźmy do domu”.

Autopsja wykazała, że Chris nie umarł z powodu uderzenia w samochód, jak podejrzewali policja i biegły. Cierpiał na tętniaka mózgu, który spowodował utratę przytomności podczas jazdy i to doprowadziło do wypadku. Miał malformację tętniczo-żylną. Ulokowaną w mózgu bombę zegarową, która wybuchła w najmniej odpowiednim momencie. Jakkolwiek bolesne i zimne było to wyjaśnienie, słysząc je, poczułam ulgę, gdyż wykluczało samobójstwo Chrisa. Ponieważ na asfalcie nie znaleziono śladów hamowania, taki przebieg zdarzeń podejrzewali policja i biegły powołany przez ubezpieczyciela. Nie przejmowałam się tym, że nie dostanę odszkodowania, a raczej tym, że kiedy obrażona ostro powiedziałam policji i biegłemu, że Chris był wesołym i witalnym człowiekiem, który zawsze pokonywał każdą przeszkodę, w głębi duszy miałam wątpliwości co do tego – po raz pierwszy w życiu w niego zwątpiłam. Kiedy wyjaśnili mi przyczynę jego śmierci, nie mogłam w nią uwierzyć, bo pomyślałam, że mój mąż prowadził przecież bardzo zdrowy tryb życia. Lekarz sądowy powiedział, że to nie ma nic wspólnego z tym schorzeniem, że jest to wada wrodzona. I w wysokim stopniu dziedziczna. Nikt w jego rodzinie, którą znałam bardzo dobrze, nie zmarł w podobnych okolicznościach ani nie cierpiał na nic takiego. I wtedy po raz drugi w niego zwątpiłam.

– Jaki tatuś jest ładny.

– Bardzo.

– I jak ładnie pachnie. Pachnie tatusiem.

Betty, matka Chrisa, przyszła wcześniej do naszego domu, żeby wziąć z szafy jego ulubiony garnitur, krawat, koszulę i buty, a także jego balsam po goleniu i dezodorant.

– Wygląda, jakby spał.

Olivia pogłaskała zaróżowiony policzek Chrisa. Osoba, która go ubierała, zrobiła mu makijaż, być może po to, żeby ukryć jakieś rany albo siniaki.

– Jest bardzo zimny. Dlaczego tutaj jest tak zimno, mamo?

– Żeby ciało się nie zepsuło.

– Jak hamburgery w lodówce?

– Tak, mniej więcej.

– Czy tatusia ktoś zje?

– Nie, córeczko, oczywiście, że nie…

– Ja zawsze bardziej kochałam ciebie niż tatusia. Gdybyś to ty umarła, byłabym o wiele smutniejsza. O wiele… – powiedziała, nie przestając głaskać swojego ojca.

– Wystarczy, chodźmy już, złotko…

Moja matka wciąż uderzała w przesłonę. Może wysyłała mi wiadomość alfabetem Morse’a? Chciałam zamknąć wieko trumny, ale Olivia mnie powstrzymała.

– Zaczekaj...

Zamknęła oczy, żeby się przekonać, czy zmienił się obraz ojca, który miała w głowie. Po kilku chwilach znów je otworzyła. Wyglądała na uspokojoną.

– Dobrze, możemy już iść.

„Fortepian. Podaruję jej fortepian”, pomyślałam. „Ogromny, najlepszy fortepian na świecie”. Kiedy na nim zagra, uniesie się w powietrze i będzie latał. Żeby nas stąd zabrać. Wszystkie trzy.

Dni 3–5. Rok I p.Ch.

Na noc zostawiałam na nocnej szafce włączoną komórkę. Jakby część mnie miała nadzieję, że zadzwoni, że zabrzmi piosenka, którą miałam przypisaną do jego numeru. As Long As You Love Me Backstreet Boys. Był rok 1998. On był w ostatniej klasie szkoły średniej, ja w drugiej. Podobaliśmy się sobie, witaliśmy się na szkolnych korytarzach, patrzyliśmy na siebie w kawiarni, kiedy rozmawialiśmy w naszych grupach znajomych. On posyłał swojego przyjaciela Troya, by powiedział mojej przyjaciółce Suz, że mu się podobam; ja posyłałam moją przyjaciółkę Suz, żeby powiedziała jego przyjacielowi Troyowi, że za nim szaleję. Chodziłam oglądać go na meczach tenisa, on przychodził oglądać mnie na meczach lacrosse’a. I pewnego dnia na imprezie w domu jego przyjaciela Melvina, korzystając z tego, że jego rodzice wyjechali na weekend do kasyna Foxwoods w rezerwacie indiańskim w Mashantucket, w końcu mogliśmy porozmawiać. Po trzech godzinach oraz dwunastu piwach wypitych przez niego i siedmiu wypitych przeze mnie właśnie przy tej piosence w końcu po raz pierwszy odważył się mnie pocałować. Tańczyliśmy upojeni tym wszystkim i już do końca życia zostaliśmy skazani na uwielbianie tego jakże banalnego utworu.

Ale nie, Chris/Christ nie zadzwonił ani nie zmartwychwstał trzeciego dnia.

Obudziłam się rano w maleńkim łóżku Olivii. Nie pamiętam, kiedy do niego przyszłam.

– Kopałaś mnie – powiedziała bardziej rozbawiona niż rozgniewana.

– To nie ja, to dziecko.

Olivia się zaśmiała. Wydawało się, że czuje się dobrze, że nie doznała żadnego urazu, żadnej traumy.

Godzinę później, kiedy sprzątałam po śniadaniu, Olivia weszła do kuchni w swojej różowej fosforyzującej puchowej kurtce.

– Dlaczego założyłaś puchową kurtkę? Przecież jest bardzo ciepło, Oli.

– Nie, tam jest bardzo zimno.

– Tam, czyli gdzie?

– W lodówce… Możemy pójść do lodówki zobaczyć tatusia?

Cóż, chyba jednak nie czuła się dobrze.

Zostałam wybrana „Nauczycielką Roku” w Seekonk River School, gdzie teraz uczyłam plastyki, a kiedyś uczyłam się jako dziecko. Tytuł został więc jakby w rodzinie. Zawsze marzyłam o zdobyciu tej nagrody. Jej przyznanie było procesem otwartym, demokratycznym i uczciwym. Głosowały dzieci. Oceniały swoich nauczycieli w skali od zera do dziesięciu w różnych kategoriach: „Od niego/niej dużo się uczę”, „Jest zabawny/a”, „Zajmuje się nami”, „Pomaga mi poza lekcjami”, „Sprawia, że jestem lepszym człowiekiem”, „Lubi zajęcia pozaszkolne”. No tak, brakowało jeszcze, by zapytano, czy plujemy, kiedy mówimy podczas zajęć. Muszę przyznać, że w miesiącu poprzedzającym głosowania/ankiety wszyscy nauczyciele byli trochę bardziej uważni i uprzejmi. Dopadała nas zdrowa i z wielkim trudem skrywana rywalizacja, która była mile widziana, ponieważ koniec końców działała na korzyść uczniów. Walczyliśmy nie tyle o to, by wygrać, ile o to, by nie zająć ostatniego miejsca. Nie żeby ogłaszano pełne wyniki głosowania. Nie, podawano tylko nazwisko zwycięzcy. Ale pozostali zainteresowani oczywiście wiedzieli, które zajęli miejsce. Kto chciałby być ostatni? Nikt. W ciągu ośmiu lat spędzonych do tej pory w szkole zawsze zajmowałam miejsce w czołowej trójce, jednak nigdy nie wygrałam z powodu fantastycznego pana Bucka, nauczyciela przyrody, który był połączeniem Indiany Jonesa z MacGyverem. Organizował pieczołowicie przygotowywane wyprawy, żeby uczyć poprzez zabawę, badanie i odkrywanie małych i niezgłębionych cudów natury, narażając się na „wielkie niebezpieczeństwa” na całym terenie szkoły i sprawiając tym samym, że dzieci czuły się jak w filmie dokumentalnym godnym National Geographic. Wszystko na wyciągnięcie ręki. Jego hasło brzmiało: „Nie patrz na życie. Spróbuj go!”. Pobudzając ciekawość dzieci, był w stanie zbudować specjalny statek kosmiczny z patyków, wprawiany w ruch paliwem przygotowanym ze zrecyklingowanych smarków uczniów, po czym zabrać ich na Marsa w poszukiwaniu wody pitnej i inteligentnych form życia. Tak więc otrzymując to wyróżnienie, powinnam być zaszczycona i wzruszona. Ale nie byłam. Wiedziałam, dlaczego mi je przyznali. Chociaż przeprowadzono stosowne głosowania, byłam pewna, że nie wzięto ich pod uwagę, że nauczyciele, z aktualnym mistrzem panem Buckiem na czele, jednogłośnie postanowili przyznać ten tytuł mnie.

I oto tak długo wyczekiwana nagroda znalazła się w moim salonie. Był to dyplom w postaci pergaminu z czerwonym jabłkiem nad podręcznikiem jako bezdyskusyjnym symbolem nauczania, w hołdzie dla Isaaca Newtona. Obok znajdowała się tablica z moim zdjęciem, na którym się uśmiechałam. „Pani Williams. Nauczycielka Roku”. Ramkę pomalowali moi uczniowie, używając żywych kolorów, które nawiązywały do mojego piegowatego nosa, zielonych oczu z żółtymi plamkami i długich rudych włosów. To nie ja go powiesiłam. Zrobił to mój ojciec na polecenie matki. Znalazłam go po powrocie ze stypy po pogrzebie Chrisa w domu jego rodziców. Kiedy zobaczyłam ten dyplom, miałam ochotę go podeptać i wyrzucić przez okno. A na poważnie pomyślałam o tym, żeby go zwrócić. Zabrać go do szkoły, pójść do pokoju nauczycielskiego i uderzyć nim o stół. „Wsadźcie sobie swoje przeklęte miłosierdzie tam, gdzie się wam zmieści…” Ale nie, nie zrobiłam tego.

Dyrektor Preston bardzo się zdziwił, kiedy zobaczył mnie w pokoju nauczycielskim. Lubił przychodzić godzinę wcześniej niż pozostali pracownicy, żeby nacieszyć się samotnością i spokojem, zanim zjawiały się hordy małych i uroczych diabełków (tak się wyrażał). „I mówiąc małe i urocze diabełki, nie mam na myśli wyłącznie uczniów”, powtarzał ze śmiechem.

– Cześć, Alice. Co ty tutaj robisz? Nie musiałaś przychodzić – powiedział przesadnie troskliwym głosem, jakby każdą sylabą chciał dać jasno do zrozumienia, że jest mu bardzo przykro i bardzo mi współczuje. – Nie dostałaś mojego e-maila?

Napisał do mnie, raz jeszcze składając kondolencje (bo oczywiście był na pogrzebie i wysłał wieniec kwiatów do kostnicy w imieniu Seekonk River School, a do mojego domu w imieniu rodziny Prestonów) i prosząc, bym zapomniała o wszystkich obowiązkach w szkole, bo najważniejsze jest to, abym odzyskała równowagę i nabrała sił na następny rok szkolny. Krótko mówiąc, nie było potrzeby, żebym wracała. Do końca roku zostało niewiele ponad miesiąc.

– Tak, dostałam i jestem bardzo wdzięczna, Nick, ale… Przyprowadziłam Olivię na zajęcia i… wolę wrócić.

– Alice, nie przejmuj się. Pan Wolf cię zastąpił. Jesteś w siódmym miesiącu ciąży. Według prawa możesz już przestać pracować.

– Ustaliliśmy, że jeśli będę się dobrze czuła, to dotrwam do końca roku.

– Tak, Alice, jasne, że tak… Ale dobrze się czujesz? Na pewno dobrze się czujesz?

Nie odezwałam się i obiecałam sobie, że nie będę płakać. Wcale się o mnie nie martwił. Przeszkadzało mu tylko to, że będzie musiał codziennie patrzyć na kogoś, komu właśnie zmarł mąż. Wdowa w zaawansowanej ciąży nie jest zbyt fortunną postacią w szkole, w której panuje pogodna atmosfera. „Chcę, żeby ta szkoła była kolorowa, żeby wyglądała jak pomalowana przez dzieci. Kreatywna, niezależna, wesoła i jasna”, mawiał. To oznaczało, że jeśli zostanę, nie będą mogli dobrze się bawić, zwłaszcza on, a i pozostali nauczyciele – śmiać się na przerwach, popijając kawę w pokoju albo w radosnym nastroju jedząc w stołówce obiady i komentując wyniki meczów szkolnych drużyn. Nie, nic z tego. Wszyscy musieliby się przejmować biedną Alice. „Ona jest taka delikatna, bo jest artystką, a wszyscy artyści, ci prawdziwi, są delikatni i wrażliwi”. Byłam przekonana, że dyrektor Preston właśnie to powiedział panu Wolfowi, kiedy oznajmił mu, że musi mnie zastąpić. Miałam ochotę wykrzyczeć mu to wszystko w twarz, ale się nie odważyłam. Może dlatego, że rzeczywiście byłam delikatna i utarczki dużo mnie kosztowały. A może to tylko mój umysł płatał mi figla i popadałam w paranoję. Dlaczego wątpiłam w dobre intencje dyrektora Prestona? Dlaczego nie wierzyłam, że jego troska o moje dobre samopoczucie jest czymś naturalnym? W końcu zawsze był wobec mnie troskliwy i serdeczny.

„A tak poza tym, Alice, naprawdę chcesz tutaj być?”, zastanawiałam się. Dyrektor Preston miał rację. W tej chwili szkoła nie jest miejscem, w którym powinnam przebywać. Ale nie chciałam też siedzieć w domu. Tam wszystko mnie przytłaczało, zwłaszcza kiedy nie było Olivii. A zatem gdzie? Starałam się pomyśleć o jakimś miejscu, w którym poczułabym się lepiej, o aktywności, która by mi pomogła, o przyjaciółce, z którą mogłabym porozmawiać, popłakać, a nawet się pośmiać, jednak nikt ani nic nie przychodziło mi do głowy. Zostałam bez swojego miejsca na świecie. Sama.

Dni 6–7. Rok I p.Ch.

Nie wiedziałam, gdzie położyć bukiet kwiatów. Na ochronnej barierze drogowej? Zapomniałam taśmy klejącej. Powinnam była ją zabrać, żeby przymocować kwiaty. Na ziemi długo nie poleżą. A co ja tam robiłam? „Córeczko, na miejscu wypadku trzeba położyć kwiaty” – powiedziała moja matka. „Pojedziemy tam razem”, nalegała. Dużo mnie kosztowało przekonanie jej, że nie, że to jest intymny gest, coś, co chciałabym zrobić sama. Nie miałam zamiaru zamieniać tego miejca w cyrk ani w cel rodzinnych pielgrzymek. Na szczęście rodzice Chrisa mnie poparli. „A poza tym, mamo, Chris zmarł w miejscu bardzo oddalonym od tego, w którym miał się znajdować. Okłamał mnie. Wiem, że powinno być mi wszystko jedno, bo jest martwy i nikt już nic na to nie poradzi, ale co on robił na tamtej drodze? Dokąd jechał? Nie, nie dokąd jechał. Skąd jechał?” Oczywiście nic takiego nie powiedziałam mojej matce. Oznajmiłam tylko: „Mamo, pojadę sama, koniec rozmowy. Chcę, żebyś została z Olivią, bo chyba nie będziesz się domagać, żebym zabrała ją w miejsce, w którym zabił się jej ojciec”. Wyszłam z domu, zanim mogłaby powiedzieć coś w stylu: „To nie jest miejsce, w którym się zabił, to jest miejsce, w którym jego dusza poszła do nieba”. Moja matka jest osobą żarliwie wierzącą. Ja nie, chociaż w tamtym momencie chciałabym być. Wydawało mi się, że wszystko byłoby znacznie prostsze.

Bariera ochronna wciąż była przełamana, a miejsce odgrodzone policyjną taśmą, chociaż nie istniała już potrzeba jego zabezpieczania. Zerwałam taśmę, ponieważ uznałam to za brak szacunku – to tak, jakby traktowali Chrisa jak jakiegoś kryminalistę. Był nim? Taśma mi się wyślizgnęła i zaczęła latać po asfalcie ożywiona podmuchami wiatru. Podeszłam do pobocza. Upadek z wysokości czterech metrów. Naprzeciwko rzeka Weweantic, wijąca się między pięknymi domami z prywatnymi przystaniami. Cudowne miejsce, by się zatrzymać, zrobić zdjęcia, obejrzeć zachód słońca, odetchnąć, pospacerować, pomedytować. Wszystko, tylko nie umierać. Zauważyłam, że faktycznie nie było śladów hamowania – dowód na to, że stracił przytomność, zanim zjechał z drogi. Przynajmniej miał słodką śmierć. To nie moje słowa, tak powiedział mi lekarz. Powiedział „słodką”? Nie, nie słodką. Powiedział coś innego. Powinnam zacząć zapisywać. Zapisywać co? Ważne rzeczy. Nie te, które się wydarzyły, lecz te, które od tej pory miały się wydarzyć.

Nie zostawiłam bukietu na drodze ani na barierze ochronnej. Przeszłam jakieś dwieście metrów i dostałam się na otaczający rzekę nasyp. Wróciłam, tyle że dołem, i położyłam kwiaty w miejscu, w którym samochód się przewrócił, tuż przy brzegu. Były tam resztki oleju z auta, szkło i mały krater, powstały wskutek gwałtownego uderzenia.

Myślałam, żeby się pomodlić, jednak zrezygnowałam. Później zaczęłam rozważać kąpiel w rzece. Ale bałam się, że mogłaby stać się syrenim śpiewem. Dałabym się ponieść prądowi, aż znalazłabym się w morzu. Nie miałam myśli samobójczych, po prostu byłam bardzo zmęczona. Tak więc ograniczyłam się tylko do zrobienia siusiu w dzikiej trzcinie. Wcześniej rozejrzałam się dookoła. Ogarnęło mnie uczucie wstydu i śmieszności. Kobieta w siódmym miesiącu ciąży robi siusiu w miejscu, w którym jej mąż zginął w śmiertelnym wypadku. Nie był to obraz, który by mi się zbytnio podobał. Ale naprawdę często musiałam sikać. Było to spowodowane ciążą. Wtedy po drugiej stronie drogi zauważyłam niewielką stację benzynową Sam’s Gas. „Alice, tam są kamery monitoringu. Chcesz skończyć na YouTubie? Kategoria: Ruda ciężarna sika”. Gdy sikałam, powtarzałam sobie w myślach jak mantrę: kamera monitoringu, kamera monitoringu, kamera monitoringu…

Bycie w siódmym miesiącu ciąży ma swoje zalety. Kto się nie ulituje nad ciężarną? Nie lubiłam tego wykorzystywać ani się tym rozkoszować; nie pozwalałam też obsługiwać się bez kolejki czy szczególnie traktować. Będąc w ciąży, czułam się silna, potężna. Przynajmniej do dnia 0. Jednak teraz dobrze by mi to zrobiło. Bardzo łatwo jest wykazywać empatię wobec ciężarnej, jeszcze łatwiej, gdy właśnie straciła męża w wypadku samochodowym, a najłatwiej ma osoba ze stacji benzynowej, naprzeciwko której się to wydarzyło. Nie mówiąc już o tym, że ta załamana ciężarna zaczyna płakać. To był pierwszy raz, kiedy płakałam publicznie. I robiłam to interesownie, żeby osiągnąć cel: zdobyć nagranie z monitoringu z nocy, kiedy zdarzył się wypadek. Po co? Jeszcze tego nie wiedziałam. Ale chciałam je mieć. Może dlatego, że tysiąc razy odsłuchałam już wiadomość, którą Chris zostawił na sekretarce, szukając czegoś w jego głosie: cienia zawahania, winy albo przynajmniej jakiegoś hałasu w tle. Jakiegoś śladu. Czegokolwiek. Byliśmy razem prawie przez całe życie. Mogłam literować jego ciszę, katalogować każdy lekki wykrzyknik. I nie znajdując niczego podejrzanego, pomyślałam, że wszystko było podejrzane. Cały nasz związek był podejrzany. Związek, który wyglądał jak jesienne słońce. Nie potrzebowaliśmy ochrony. Był słodki i odprężający. Teraz się zastanawiam, czy to sprawiało, że był mało ekscytujący i ciekawy. Czy Chris potrzebował czegoś więcej? Czy ja potrzebowałam czegoś więcej i nie zdawałam sobie z tego sprawy? Teraz szukałam tego „więcej” Chrisa. Jego „więcej” stało się moim „więcej”. Rzecz dziwnie paradoksalna, ponieważ wszystkiego robiło się mniej.

– Nagranie zabrała już policja, żeby zbadać okoliczności wypadku – powiedział mi właściciel stacji benzynowej.

„Dobrze, tak lepiej, daj spokój. Spróbowałaś, a teraz wracaj do domu”.

– A nie ma pan kopii? – zapytałam.

– Może – odparł, zadzierając nosa. – Ale proszę mi coś powiedzieć: po co pani to nagranie? – zapytał logicznie.

Nie wiedziałam, co odpowiedzieć, by zabrzmiało choć trochę przekonująco. Chciałam się poddać. Przeprosić i wyjść stamtąd z nadzieją, że nie umieszczą na YouTubie nagrania tego, jak sikam. Ale wtedy przemówiła za mnie Ruby, dając mi mocnego kopniaka. A może było ich kilka? Skręcałam się z bólu przez trzydzieści albo czterdzieści sekund. Wyglądałam, jakbym za chwilę miała rodzić. Być może przedłużyłam grymas bólu bardziej, niż było to konieczne, i wydałam z siebie dwa zdławione okrzyki (zbyt przesadzone), bo… kto mógłby przestraszyć spokojnego właściciela stacji benzynowej przy podrzędnej, mało uczęszczanej drodze, jeśli nie kobieta, która może urodzić pod jego nosem, w okolicy bez szpitali czy jakiejkolwiek opieki medycznej. Najlepiej, gdyby jak najszybciej sobie poszła.

Pięć minut później byłam już w drodze powrotnej do domu z płytą CD zawierającą nagranie z monitoringu. Dzięki, Ruby.

Terenówka była w katastrofalnym stanie. Kaprys Chrisa/Christa. Luksusowy cadillac escalade ze wszystkimi możliwymi dodatkami i tak ogromny, że często z Chrisem żartowałam, że jeśli się pokłócimy, to zawsze może się do niego przeprowadzić i tam mieszkać. Ostatecznie, co za ironia losu, nie znalazł się w nim, by żyć, lecz by umrzeć.

Bardzo się utożsamiałam ze stanem, w jakim znajdował się samochód. Być może dlatego, kiedy szef warsztatu, do którego go odholowano, powiedział mi, że tylko zajmuje miejsce i że należałoby przeznaczyć go do kasacji, popatrzyłam na niego z poważnym wyrazem twarzy i powiedziałam:

– Nie.

Przeszukałam terenówkę od góry do dołu. Zajrzałam do schowka. Znalazłam w nim wszystkie dokumenty samochodu i kilka papierków po czekoladkach (moje). Nic więcej, nawet nędznego mandatu. Chris był bardzo odpowiedzialnym kierowcą. I bardzo odpowiedzialnym człowiekiem.

Wyświetlacz nawigacji rozbił się na kawałki, ale wciąż działał. Włączyłam go i sprawdziłam, czy ma zapamiętane trasy. Nic. Nigdy go nie używał; chełpił się tym, że miał niezwykły zmysł orientacji i nie potrzebuje pomocy. Na pewno się nie zgubiłeś, Chris?

Na końcu otworzyłam bagażnik. Była tam czarna skórzana torba na laptopa, którą mu podarowałam, oraz pluszowy miś. Śmierdzący Miś. Wokół gąbczastego brzucha miał przewiązaną różową wstążkę z kokardą. Miś, o którego Olivia prosiła od wielu tygodni jak o coś niezbędnego do życia. Gdzie go kupił? Dlaczego nie znajdował się w torebce ze sklepu z zabawkami? Dlaczego nigdzie nie było paragonu? Dlaczego ten zakup nie został odnotowany na żadnym wyciągu z jego kart kredytowych (już je sprawdziłam)? Wzięłam misia i instynktownie go powąchałam. Niczego nie poczułam.

„Dlaczego więc nazywa się Śmierdzący?”, zastanawiałam się.

Kiedy dałam go Olivii, jej twarz się rozpromieniła.

– Śmierdzący Miś! – objęła go i pocałowała, jakby był jej najlepszym przyjacielem na całe życie. – To od tatusia?

– Oczywiście, córeczko. Widzisz? Nie zapomniał o prezencie dla ciebie.

– Ale to z obecnej podróży czy z poprzedniej?

– Z jakiej obecnej podróży, Oli? Co masz na myśli? – zapytałam najdelikatniej, jak umiałam.

– Babcia mi powiedziała, że tatuś wciąż jest w podróży.

„Świetnie, mamo, dzięki. I co mam jej teraz powiedzieć?”

– Jedno pytanie, Oli: dlaczego on nazywa się Śmierdzący Miś? – Olivia nacisnęła tyłek pluszaka. Rozległo się pruknięcie.

– Bo puszcza bąki! – wykrzyknęła Olivia, pokładając się ze śmiechu. – Flejtuch! Bąki puszcza się w wannie! – skarciła misia i pobiegła. – Szybko, do łazienki robić kupę!

Wiedziałam, że w jego walizce nie znajdę nic ważnego. Nie mieliśmy z Chrisem tajemnic. Znałam jego hasło do Facebooka, do poczty elektronicznej, kod do odblokowania klawiatury komórki i tak dalej. No dobrze, nie żebym znała je na pamięć. Rzecz w tym, że Chris nie potrafił zapamiętywać takich rzeczy (zawsze mu powtarzałam, żeby do wszystkiego używał tego samego hasła, ale on mówił, że nie, że to nie jest bezpieczne, że czytał o tym w jakimś artykule), tak więc miałam te wszystkie kody zapisane na karteczce samoprzylepnej, przytwierdzonej do monitora komputera w jego gabinecie. Na widoku. Nigdy jednak nie przyszło mi do głowy, żeby się zalogować i węszyć. Ufałam mu. A on mnie.

Użyłam ich dopiero po jego śmierci, ale i tak czułam się, jakbym go zdradziła. Sprawdziłam jego pocztę, profil na Facebooku, LinkedIn, Twitterze, Instagramie, jego (nasze) konta bankowe, wyciągi z kart, szuflady i szafy. Nie znalazłam ani nie odkryłam niczego, o czym nie wiedziałabym, że mogę znaleźć albo odkryć, z wyjątkiem tego, że obserwował Taylor Swift na Instagramie. Był jednym z jej trzydziestu milionów followersów. A ja o tym nie wiedziałam…

Porównałam kontakty z jego telefonu z moimi. Numer po numerze, żeby się upewnić, czy wszystkie się zgadzają, czy nie miał żadnego numeru zakamuflowanego pod nazwiskiem kolegi albo kogoś z rodziny. Nic. A w przypadku osób, których nie znałam, dzwoniłam do nich z komórki na kartę. Słuchałam ich głosów i jeśli zgadzały się z profilem kontaktu, rozłączałam się. Też nie znalazłam nic podejrzanego.

Nasze życie było jak puzzle. Nie w znaczeniu chaosu i zamieszania, ale w znaczeniu harmonii i dopasowania. Puzzle, które układaliśmy razem, element po elemencie. Wiedzieliśmy, czego chcemy. Mieliśmy obraz naszego idealnego życia i wszystkie potrzebne elementy, żeby je stworzyć. Mieszkaliśmy w domu w stylu kolonialnym w Nowej Anglii, przy Hope Street. Wystarczająco blisko i wystarczająco daleko od domu moich rodziców i jego, a w połowie drogi między nimi, tak więc byliśmy bezstronni i zgodni. I wierni naszej rodzinnej miejscowości; tej, w której dorastaliśmy; tej, która widziała, jak zakochujemy się w sobie (sprowokowany zbieg okoliczności, który oboje nas cieszył) w Hope High School (zaledwie kilka minut drogi od naszego domu); tej, która widziała, jak się rozstawaliśmy, żeby studiować na różnych kierunkach i na różnych uczelniach (Chris administrację i zarządzanie na Uniwersytecie Wirginii, a ja sztuki piękne na prestiżowym Uniwersytecie Browna, należącym do Ligi Bluszczowej, też kilka minut drogi od naszego domu, bo właściwie to mieszkaliśmy obok kampusu); wreszcie tej, która po powrocie Chrisa znów otuliła nas miłością, jeszcze silniejszą, dojrzalszą i uodporniającą na rozpustę panującą na uczelni i chroniącą przed niebezpieczeństwami wynikającymi z odległości; i tej, która wynagrodziła nas córką Olivią. Ostatnim elementem była Ruby. Zawsze chcieliśmy mieć dwoje dzieci, parę. Była upragnionym dzieckiem. Oboje jej chcieliśmy, pomimo sprzeczek w kwestii imienia. Oboje się o nią staraliśmy i poczęliśmy ją z wielką przyjemnością. To były elementy naszych puzzli. Skończyliśmy układankę. Pejzaż naszego życia był jasny, piękny i idealny. Był już przyklejony, oprawiony i powieszony na ścianie. Żeby go podziwiać, cieszyć się nim i w nim żyć. A teraz czułam się tak, jakbym miała przed sobą puzzle składające się z pięciu tysięcy elementów i nie widziała nawet obrazu, który muszę ułożyć.

Droga była pusta. Przejechały zaledwie dwa samochody, a potem cadillac escalade wypadł z trasy w kierunku nasypu i zniknął z obrazu. Nie jechał szybko. Nacisnęłam pauzę odtwarzacza. Nagranie wskazywało godzinę 23.15. Znów wcisnęłam play. Przyspieszyłam obraz. Zatrzymał się samochód z dwoma pasażerami, którzy pośpieszyli z pomocą. Kierowca podszedł do nasypu, jednocześnie łapiąc się za głowę. Nie odważył się zejść. W tym czasie druga osoba dzwoniła pod numer alarmowy. Karetka przyjechała po dwunastu minutach. Wkrótce pojawił się też samochód policyjny z hrabstwa Plymouth i wóz strażacki z Marion, najbliższej miejscowości. Sanitariusze nie mogli wydostać Chrisa z terenówki. Był zakleszczony. Po interwencji strażaków, którzy piłą wycięli drzwi od strony kierowcy, w końcu udało im się go wyjąć i położyć na noszach. Był nieprzytomny. Włożyli go do ambulansu. Policja i strażacy zostali na miejscu wypadku. „Po co to oglądasz, Alice? Co zamierzasz?”, zastanawiałam się, płacząc w ciszy, którą sama sobie wybrałam.

Dni 8–9. Rok I p.Ch.

Miejsce wypadku zaznaczyłam na mapie literą X. Trasa US-6, na wysokości rzeki Weweantic. Drugą literą X zaznaczyłam nasz dom w Providence. I kolejną miejsce, w którym rzekomo powinien być, Yale w New Haven. Tak jakbym potrzebowała wizualnie udowodnić kłamstwo.

Cześć, kochanie. Właśnie skończyłem. Chciałem zdążyć do domu na kolację, ale nic z tego, klient nalegał, byśmy zjedli coś tutaj, w barze w okolicy Yale. Zaraz wracam do domu. Myślę, że będę około dwunastej. Nie czekaj na mnie. Całuję, kochana.

Odsłuchałam tę wiadomość dziesiątki razy. Nie podawał nazwiska klienta, nie podawał nazwy baru… Żadnego rozpoznawalnego hałasu. Panowała jednak zbyt duża cisza. Dziwne. W okolicy Yale. „Całuję, kochana”. Prawie nigdy nie mówił do mnie „kochana”, bo twierdził, że jest to zbyt ważne słowo, żeby częstym używaniem pozbawiać je wartości. Dlatego tak bardzo się ucieszyłam, kiedy usłyszałam je wtedy. Jednak kiedy odsłuchiwałam tę wiadomość teraz, przychodziły mi na myśl sztuczne ciasta stawiane w witrynach cukierni, żeby przykuć uwagę. Wierna kopia, która przetrwa upływ czasu. Prawda, która po dotknięciu staje się kłamstwem. To właśnie starałam się zrobić, dotknąć prawdy Chrisa, żeby odkryć jego kłamstwo.

Gdyby nie miał wypadku, przyjechałby do domu o tej godzinie, o której mówił. O dwunastej. A zatem gdy dzwonił, upewnił się, że ma do pokonania taki sam dystans, jaki dzieli Yale i Providence: sto siedemdziesiąt kilometrów. Wróciłam do mapy. Od miejsca wypadku do domu było sześćdziesiąt siedem kilometrów. A więc przejechał około dziewięćdziesięciu. Traktując ten dystans jako punkt odniesienia, narysowałam okrąg od rzeki Weweantic w kierunku przeciwnym do domu, na wschód, żeby określić, z którego miejsca najdalej mógł wyruszyć. Widząc rezultat tych obliczeń, moja awaryjna bańka pękła niczym szyba pędzącego samochodu, w którą trafił kamień. I zanim zdołałam nakleić na nią plaster, eksplodowała i zalała moje ciało zimnym potem. Sto siedemdziesiąt kilometrów na wschód. To obejmowało praktycznie każdy zakątek wschodniej części stanu Massachusetts, łącznie z Bostonem, i w zasadzie cały półwysep Cape Cod. Czyż nie chciałaś więcej elementów puzzli? Proszę bardzo.

Na lodówce, wśród magnesów i rysunków Olivii, wisiała kartka, na której było napisane: „Wyjazdy taty”. Chris miał być gwiazdą tenisa. Przez ostatnie dwa lata szkoły wygrywał turniej stanu Rhode Island i przyznano mu pełne stypendium na Uniwersytecie Wirginii, który miał jedną z najlepszych drużyn tenisowych w kraju. Tam osiągał znakomite wyniki: został wicemistrzem juniorskiego US Open, przegrywając w finale z Andym Roddickiem. Administrację i zarządzanie ukończył z wyróżnieniem, ale chciał zostać zawodowym tenisistą. W ciągu zaledwie roku awansował na sto czterdzieste trzecie miejsce w światowym rankingu ATP. Zerwanie ścięgna Achillesa zahamowało jego ledwie rozpoczętą karierę. Ale się nie załamał. „W dzisiejszych czasach w zawodowym tenisie (podobnie jak w prawie wszystkich dziedzinach życia), jeśli nie osiągnąłeś czegoś przed dwudziestym piątym rokiem, już nigdy tego nie osiągniesz. Tak więc jeżeli do dwudziestych siódmych urodzin – daję sobie dwa lata więcej – moja twarz nie znajdzie się na pudełku płatków śniadaniowych, dam sobie z tym spokój”, mówił półżartem, a zarazem bardzo serio. Kiedy nadszedł ten dzień, zrobiłam mu specjalną edycję Fruity Pebbles, jego ulubionych płatków, umieszczając na opakowaniu jego zdjęcie, na którym z uśmiechem na ustach i z opaską na włosach obejmował swoją rakietę. Nie chodziło mi o to, żeby przypomnieć mu o niepowodzeniu, przeciwnie – chciałam mu pokazać, że jest wiele sposobów, aby znaleźć się na pudełku płatków. Owszem, ten nie był wymarzony, lecz niekoniecznie najgorszy, po prostu inny. I wydaje się, że tak to zrozumiał, gdyż ogromnie się wzruszył. Do tego wręcz stopnia, że umieścił pudełko w gablocie z trofeami, razem z paterą za wicemistrzostwo juniorskiego US Open, co było szczytowym osiągnięciem w jego karierze, jego ulubioną porażką, jak sam ją nazywał. Tego samego dnia w obecności całej rodziny ogłosił, że rozstaje się z tenisem. „Chciałem być Andym Roddickiem, który zaledwie po trzech latach od pokonania mnie w finale juniorskiego US Open został numerem jeden na świecie. Mam dwadzieścia siedem lat, od dwóch zmagam się z kontuzją i nawet nie mam odwagi, by sprawdzić, które miejsce zajmuję w rankingu. Nie chcę zajmować się czymś, w czym nie jestem jednym z najlepszych. Rzucam to”, oznajmił z pełnym przekonaniem, nie okazując ani krztyny żalu czy frustracji. Teraz nie mogłam przestać myśleć o tym, czy ta decyzja o rezygnacji z zawodowego uprawiania tenisa, którą – jak się wydawało – podjął w sposób bardzo zdecydowany i spokojny, nie pogrążyła go w jakiejś frustracji, nie wywołała życiowego zmartwienia, co mogłoby spowodować ogromną zmianę w jego samoocenie, w jego marzeniach o wielkości (pielęgnowanych od małego). Pustkę, którą nie sposób się dzielić (bo nie znosił wzbudzać w kimś współczucia), a która mogła mieć coś wspólnego z tym, co robił w tajemnicy przede mną.

Wkrótce potem założył firmę zajmującą się produkcją, dystrybucją i sprzedażą kortów tenisowych (chciał być wciąż związany ze swoją pasją). Nawet stworzył i opatentował sztuczną nawierzchnię, która – oprócz tego, że schła w rekordowym tempie – amortyzowała upadki na korcie i pomagała unikać takich kontuzji, jaka przytrafiła się jemu. Poza tym była wykonana z materiału z recyklingu (miał dużą świadomość ekologiczną). Zdominował znaczną część branży kortów tenisowych w Rhode Island i zaczynał rozszerzać działalność na Connecticut i Massachusetts. „To jest dopiero początek”, mówił. Podczas swojej ostatniej podróży właśnie (rzekomo) podpisywał umowę z Uniwersytetem Yale na wymianę kortów na terenie kampusu uczelni. Gdyby się to udało, jego firma znacznie zwiększyłaby obroty. „Inne uniwersytety idą śladem Yale. Jeśli Yale mnie wybierze, wybiorą mnie pozostałe”, zapewniał.

Starał się łączyć wyjazdy, żeby jak najwięcej czasu spędzać w domu. Był typem domownika. Lubił zajmować się swoimi rzeczami. Lubił zajmować się mną. Dlatego to wszystko musiało mieć jakieś wyjaśnienie. Pozytywne wyjaśnienie.

Newport, Charlestown, Worcester, Manchester, Boylston, Hartford, East Greenwich, Block Island oraz Yale. Tam jeździł od początku tego roku. I znowu ani śladu faktur za hotele, rachunków z restauracji opłacanych kartą, nic z tych rzeczy. Czy wcześniej mnie to nie zaskakiwało? Niekoniecznie. Jego ojciec powtarzał, że płacić trzeba naprawdę, zielonymi banknotami, a nie plastikiem. Bo inaczej można mieć wrażenie, że się nie wydaje, a tak naprawdę wydaje się więcej. „Trzeba mieć świadomość tego, ile się wydaje, bo w przeciwnym razie pewnego dnia, nie zdając sobie z tego sprawy, zostaje się bez pieniędzy”, mawiał. Tak, Williamsowie byli trochę skąpi (chociaż Chris uważał się raczej za mrówkę), a takie rzeczy ewidentnie się dziedziczy. Nikt nie jest idealny. Gdyby więc przypadkiem zwróciło to moją uwagę, on przypomniałby mi słowa swojego ojca, pokazałby plik banknotów, który zawsze nosił w kieszeni w srebrnym klipsie, należącym dawniej do jego dziadka, a mnie wydawałoby się to jak najbardziej wiarygodne.

W moim urządzonym w piwnicy atelier (wcześniej, do czasu narodzin Olivii, miałam je na poddaszu) na środku stał stół zapełniony wszelakimi gratami, których potrzebowałam: farbami do malowania (olejnymi i akrylowymi), pędzlami, ołówkami, plastikowymi talerzami piknikowymi, w których mieszam farby, szmatkami, płótnami, ramami i szkicami, z podświetlarką, mnóstwem książek i moim laptopem, pokrytym drobinami farb wyplutymi z pędzli niczym wojennymi ranami. To był chaos kontrolowany. Prawdziwa martwa natura. Obraz sam w sobie. Lubiłam, kiedy tak to wyglądało. Mimo że miejsce nie było do końca idylliczne – panowała tu duża wilgoć i tęskniłam za naturalnym światłem – był to mój kąt, mój świat, do którego nie wchodził nikt poza mną. Lubiłam, jak zapełniał się życiem i sztuką. Ale nie wahałam się ani sekundy, by to wszystko uprzątnąć. Potrzebowałam miejsca, potrzebowałam prywatności.

Wzięłam mapę drogową, którą wieki temu podarował nam mój ojciec, i zaznaczyłam wszystkie strony ze stanami Connecticut, Rhode Island i Massachusetts. Potem rozłożyłam je na stole (tak, kolejny raz układałam puzzle), tworząc ogromną i szczegółową mapę północno-wschodniego wybrzeża. Następnie różnymi kolorami nakreśliłam wszystkie trasy „służbowych” wyjazdów Chrisa, wybierając najbardziej logiczne drogi. Żadna z jego rzekomych podróży nie przebiegała nawet w pobliżu US-6.

Strona łóżka Chrisa wciąż nim pachniała, odkrywając przede mną bezmiar jego nieobecności. Ciemną przepaść bez dna, czarną dziurę smutku. Mimo to nie chciałam zmieniać prześcieradła. Przed zaśnięciem (na szczęście nie miałam problemów ze snem – im mniej godzin będę świadoma, tym lepiej) pomyślałam: „Mam nagranie z powrotu Chrisa. Ale skoro tamtędy wracał, to prawdopodobnie pokonał tę trasę w odwrotnym kierunku. Czy będzie to ten sam dzień, w którym pojechał do Yale? Jak się nazywał właściciel stacji benzynowej? Wszystko jedno, Alice, stacja ma swoją nazwę. Teraz śpij”.

I zasnęłam, wcześniej jednak zapisałam to wszystko w notesie. Teraz zawsze miałam go przy sobie, żeby nie zapomnieć tych nielicznych błyskotliwych pomysłów, które przychodziły mi do głowy.

Nie wiem, kiedy wstałam, poszłam do pokoju Olivii i położyłam się w jej łóżku. Na pewno spałam. Ale wiedziałam, co robię, i że to nie sen. Był to dziwny, świadomy epizod somnambulizmu. Byłoby genialnie, gdybym mogła znajdować się w tym stanie w ciągu całego dnia. Wszystko stałoby się o wiele znośniejsze.

– Mamusiu, dlaczego ty możesz przychodzić do mojego łóżka, kiedy chcesz, a ja do twojego nie? – zapytała Olivia i nie czekając na odpowiedź, przyjęła pozycję embrionalną obok mojego brzucha, identyczną z pozycją Ruby, jakby udawała, że jest w środku.

Właściciel stacji benzynowej miał na imię Sam. Skonfundowany patrzył właśnie na przedstawioną mu przeze mnie długą listę dni, z których chciałam dostać nagrania. Były to daty wyjazdów Chrisa.

Styczeń: od 17 do 22 i od 28 do 31. Luty: od 6 do 11 i od 24 do 28. Marzec: od 4 do 7 i od 17 do 23. Kwiecień: od 15 do 19 i od 28 do 3 maja. I wreszcie od 9 do 13 maja.

– Czy znów będzie pani miała zamiar rodzić, jeśli zapytam, po co pani te wszystkie nagrania?

– To możliwe – powiedziałam, głaszcząc się po brzuchu.

– Tylko jedno pytanie: to wszystko z powodu osoby, która miała wypadek?

Postanowiłam nie odpowiadać i zobaczyć, co się stanie. Wydawało się, że poskutkowało.

– Mam dobrą i złą wiadomość – powiedział. – Którą chce pani usłyszeć najpierw?

– Naprawdę będziemy się w to bawić? – Sam naśladował moje milczenie. Też poskutkowało.

– Najpierw złą.

– Dam pani nagrania.

– To jest zła? – zapytałam, nie rozumiejąc.

Sam wziął lepiący się od brudu kalkulator, którego przyciski były pokryte plastikiem, żeby nie zabrudziły się jeszcze bardziej.

– Proszę pani, prosi mnie pani o nagrania z czterdziestu ośmiu dni. – Wstukał cyfry. – Czterdzieści osiem razy dwadzieścia cztery to tysiąc sto pięćdziesiąt dwie godziny nagrań. To nieco szalone, nie uważa pani? Czego pani szuka? Wiem, czego pani szuka. Terenówki. Chce pani wiedzieć, czy ten escalade jeździł tędy już wcześniej. Czytam dużo powieści kryminalnych. – Wrócił do kalkulatora, nie czekając na moją odpowiedź. – A zatem, gdyby obejrzała pani wszystkie nagrania z podwójnym przyspieszeniem, wystarczającym, żeby zobaczyć każdy samochód, i dziennie poświęciłaby pani na to średnio osiem godzin, to będzie… – Znowu wprowadził cyfry do kalkulatora. – Tysiąc sto pięćdziesiąt dwa dzielone przez dwa… Pięćset siedemdziesiąt sześć godzin… I dzielone przez osiem… Przez siedemdziesiąt dwa dni i siedemdziesiąt dwie noce obejrzałaby pani wszystko – powiedział triumfalnie, jakby właśnie wygrał ze mną w pokera.

– A jaka jest dobra wiadomość? – zapytałam oszołomiona tymi wszystkimi liczbami. Prawda była taka, że w ogóle o tym nie pomyślałam.

– Większość systemów monitoringu przemysłowego wykasowuje zgromadzone nagrania. To nie jest kwestia prawna. W tym stanie można je przechowywać do końca życia, jeśli ktoś ma taką ochotę. To jest kwestia praktyczna i ekonomiczna. Nagrania gromadzone są przez dwadzieścia osiem dni. Dlaczego przez dwadzieścia osiem dni, a nie cały miesiąc? Nie mam pojęcia. – Sam znów popatrzył na moją listę. – Tak więc mogę dać pani nagrania z dni od 15 do 19 kwietnia i od 28 kwietnia do 3 maja, oprócz tych, które już pani ma. – Podniósł wzrok i uśmiechnął się do mnie, tym razem bardziej jak żartowniś niż triumfator. – To jest ta dobra wiadomość. Będzie pani musiała oglądać tylko…

I znowu zaczął coś obliczać. Miałam ochotę rozbić mu ten tłusty kalkulator na głowie. Ale tego nie zrobiłam.

Dni 10–13. Rok I p.Ch.

Na początku na widok każdego samochodu, który przejeżdżał przed moimi oczami, ściskało mi się serce. „To ten!”, myślałam. Zatrzymywałam nagranie, przewijałam i okazywało się na przykład, że to mały pistacjowy chevrolet spark. A ja szukałam czarnego, dość dużego cadillaca escalade. Ale z czasem mój wzrok przyzwyczaił się do ciemności, tak że pod koniec mogłam oglądać nagrania nawet z czterokrotnym przyspieszeniem.

Z sześciu przejazdów w obie strony terenówkę udało mi się rozpoznać pięć razy (dwa razy w jedną stronę i trzy razy z powrotem, łącznie z chwilą wypadku). Nie zawsze pokrywały się one dokładnie z datami wyjazdów i powrotów Chrisa. Przypuszczałam, że jeśli w danej podróży wypełniał wszystkie swoje zobowiązania w ciągu jednego albo nawet niecałego dnia, to potem wymykał się nie wiadomo gdzie i po co. Tą drogą, US-6, jechał gdzieś, a potem wracał. Czy za każdym razem z tego samego miejsca? Czy to miało jakieś znaczenie? Dowiodłam już, że mnie okłamywał i że kłamstwo zawsze prowadziło go do tego samego miejsca. „Już. Wystarczy. Twój zmarły mąż robił coś złego. Czy koniecznie musiało to być coś złego? Miał swój mały sekret, którym nie chciał się z tobą dzielić. Nie możesz z tym żyć, Alice? Czy naprawdę nie można tego zaakceptować? Czyż nie traktował cię dobrze? Czyż cię nie kochał? Nie okazywał ci tego? Nie podziwiał cię? Nie szanował? Nie pragnął? Nie kochał się z tobą? Nie, tak, tak, tak, tak, tak, tak, tak i tak”.

Ktoś zapukał do drzwi mojego atelier (zamknęłam się od środka, czego nigdy wcześniej nie robiłam). To była moja matka.

– Córeczko, co ty tam robisz?

– To samo co ty, kiedy jesteś w ogrodzie, mamo.

– Masz tam w środku krzewy róż?

– Nie, mam inne rzeczy i sprawy, które lubię robić sama, dla siebie, kiedy nikt mi nie przeszkadza.

– Mnie nie przeszkadza, gdy na mnie patrzysz albo dotrzymujesz mi towarzystwa, kiedy zajmuję się różami.

– A mnie tak.

– Ale przecież ty nie masz róż… – Cisza, nabrałam powietrza i wstrzymałam oddech. – Ach, masz na myśli to, co tam robisz. Ale wiesz przecież, córeczko, że ja jestem bardzo tolerancyjna…  – Wciąż nie wypuszczałam powietrza. – A dlaczego nie zasadzisz kilku krzewów róż? Praca na świeżym powietrzu dobrze by ci zrobiła, lepiej niż siedzenie w zamknięciu przez cały dzień.

Kiedy poszła, wstrzymywałam oddech jeszcze przez piętnaście sekund.

Przejechałam US-6 od miejsca wypadku, w przeciwnym kierunku, do punktu wyjazdu albo przeznaczenia, zależy jak na to spojrzeć. Starałam się odtworzyć trasę, którą pokonywał Chris. Zarezerwowałam dla niej czerwony mazak. Jak powinnam ją nazwać? Musiałam ją jakoś nazwać. Trasa wypadku? Trasa śmierci? Trasa horroru? Trasa sekretu? Trasa kłamstwa? A może piękna trasa. Bo naprawdę była śliczna. Typowa droga, która swego czasu była drogą główną, a teraz stała się relikwią dla ludzi, którzy się nie śpieszyli. A może mój mąż tylko jechał, tak po prostu. Lubił prowadzić, to go relaksowało. Czuł niechęć do prawie wszystkich innych środków transportu. Chris nie lubił nie mieć kontroli zawsze i nad wszystkim.

Minęłam stację benzynową. Miałam zamiar się zatrzymać, przywitać z Samem i dać mu prezent w ramach podziękowania. „Proszę, Sam, nowy kalkulator, żebyś wciąż obliczał, czy twoje życie ma sens… Biedak. Nie atakuj go, przecież pomógł”. Pewnie, może właśnie to sprawiło, że zmieniłam zdanie. A gdyby mi powiedział, że nie, że nie da mi nagrań? Co bym zrobiła? Zatrzymałabym się? Zrezygnowałabym ze swoich badań i nieświadomie byłabym mu wdzięczna za to, że w porę mnie powstrzymał?

Nie, to by mnie nie powstrzymało.

Kiedy dojechałam do Wareham, zatrzymałam się na skrzyżowaniu z główną ulicą. Prowadziłam już od dłuższego czasu, jak zahipnotyzowana. Pokonywałam US-6 bardzo powoli, niczym zombie, ignorowałam wszystkie małe skrzyżowania, obawiając się rozejrzeć dookoła. Całkowicie przygnębiona, miałam już zamiar się poddać. „Wracaj do domu, Alice. Zapomnij o tym wszystkim”. Wtem jakiś ptak przysiadł na gałęzi wiśni, tuż obok mojego czerwonego jeepa cherokee. Kuku, zaśpiewał, zwracając moją uwagę. To była kukułka. Popatrzyła na mnie, przechylając łepek. Chris zawsze patrzył na mnie, przechylając głowę, kiedy zauważał, że jestem wściekła i nie chcę powiedzieć, co mnie do tego doprowadziło. Mówił wtedy łagodnie: „No dalej, A., jesteś wściekła, wiesz, że to widzę, nie każ mi, żebym cię sto razy pytał, dlaczego jesteś wściekła, i nie mów mi sto razy, że nie jesteś wściekła, bo koniec końców i tak mi to powiesz, ale wtedy już oboje będziemy wściekli przez tę gównianą grę”. I co robiłam? To samo co teraz. Nie odzywałam się i unikałam jakiegokolwiek kontaktu wzrokowego. Ostatecznie Chris miał dość czekania, wstawał i wychodził. A jeśli to był duch Chrisa/Christa? Może jego dusza zamieszkała w tej kukułce? „Czy to nie te ptaki podrzucają swoje jaja do obcych gniazd? Tak, te. Czy jest to jakiś rodzaj podświadomego przekazu? Chce mi coś powiedzieć?” Chris. Obce gniazdo. Kukułka miała mi wskazać drogę, którą powinnam iść. Albo wręcz przeciwnie, chciała mnie zmylić, żebym nie odkryła jego sekretu. Siedziałam cicho. Nie chciałam jej wystraszyć ani wpływać na jej decyzję.