Wyśnione życie - Cynthia Swanson - ebook
lub
Opis

Prowokujący i niezwykle mocny debiut o kobiecie, która musi pogodzić rzeczywistość z kuszącym światem pochodzącym ze świata snów

Denver, 1962. Kitty Miller to samotna kobieta po trzydziestce, która wiedzie niekonwencjonalne życie. Kocha księgarnię, którą prowadzi z najlepszą przyjaciółką Friedą i cieszy się całkowitą niezależnością. Może robić to, na co ma ochotę i nie musi się przed nikim tłumaczyć. Kiedyś pojawił się w jej życiu pewien mężczyzna, lekarz o imieniu Kevin, ale nic z tego nie wyszło.

Wtedy zaczęły się sny.

Denver, 1963. Katharyn Andersson jest szczęśliwą żoną Larsa, z którym ma wspaniałe dzieci, piękny dom i cudownych przyjaciół. To wszystko, o czym marzyła kiedyś Kitty Miller, ale pojawia się tylko w jej sennych wizjach.

Kitty uwielbia nocne podróże do alternatywnego świata i jest przekonana, że sny są wynikiem jej nadaktywnej wyobraźni. Jednak z każdą wizytą w życiu Katharyn ma poczucie, że życie ze snu jest bardziej prawdziwe. Czy może wybrać, kim chce być? Jaka będzie cena pozostania Kitty lub Katharyn?

Pełna zagadek debiutancka powieść Cynthii Swanson mistrzowsko nakreśla dwa przenikające się światy: samotnej Kitty oraz spełnionej Katherine, trzymając w napięciu do ostatnich stron. To piękna historia o tym, że nic nie jest takie, jak się nam wydaje.

__

Wyśnione życie Cynthii Swanson w przepiękny, acz niepokojący sposób zgłębia tematy tożsamości, miłości i straty. Napisana z ogromnym wdziękiem i wyczuciem książka odpowiada na odwieczne pytanie: „Co by było, gdyby moje życie było inne?”. Odpowiedź zawarta w tym niezwykłym debiucie jest doprawdy zaskakująca.

– Joanna Hershon, autorka A Dual Inheritance

Tę powieść można określić jako urzekającą, współczesną baśń… Pozostawia czytelnika w zachwycie!

– „USA Today”

___

O autorce

Cynthia Swanson – bestsellerowa autorka „The New York Times” i „USA Today”. Zwyciężczyni nagrody WILLA 2016 dla literatury historycznej. Z wykształcenia projektantka wnętrz, z pasji – pisarka. Oba te zajęcia – design i powieści są jej wielką miłością. Mieszka z rodziną w Denver w Kolorado. Jej debiutancka książka Wyśnione życie trafi również na ekrany kin z Julią Roberts w roli głównej.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 426

Popularność


Moim rodzicom Dennisowi i Audrey Fisherom, z miłością i wdzięcznością

Zaufaj szczęściu i bogactwu chwili, którą właśnie przeżywasz. Jest tak samo prawdziwa i twoja, jak wszystko, czym żyłaś dotąd.

— Katherine Anne Porter, Listy

Rozdział 1

To nie moja sypialnia.

Gdzie ja jestem? Ze zduszonym okrzykiem podciągam nieznaną mi kołdrę pod brodę, rozpaczliwie próbując zebrać myśli, ale nie potrafię wyjaśnić, skąd się tu wzięłam.

Ostatnie, co pamiętam, to środowy wieczór, gdy malowałam sypialnię na jaskrawożółto. Frieda, która zaoferowała mi pomoc, kręciła nosem na ten kolor.

– Zbyt słoneczny jak na sypialnię – orzekła tym swoim wszechwiedzącym tonem. – Jak tu sobie pospać w takim pokoju, gdy trafi się pochmurny dzień?

Zanurzyłam pędzel w puszce farby i starannie odcisnąwszy nadmiar, wdrapałam się na drabinkę.

– Właśnie o to chodzi – odparłam. Nachyliłam się i szybkimi ruchami zaczęłam malować wysoki, wąski pas ściany wokół okna.

Czy nie powinnam pamiętać, co było dalej? Dziwne, ale nie wiem. Nie mam pojęcia, czy malowanie zajęło nam cały wieczór i czy podziwiałyśmy swoje dzieło, zanim zabrałyśmy się za sprzątanie. Nie mogę sobie przypomnieć, czy podziękowałam Friedzie za pomoc i czy się z nią pożegnałam. Nie pamiętam, abym zasypiała w tej słonecznie żółtej sypialni wypełnionej ostrym zapachem świeżej farby. A przecież to wszystko musiało się wydarzyć, skoro tu leżę. Z drugiej strony to nie wygląda jak mój dom, więc pewnie jeszcze śpię.

Zwykle nie miewam takich snów. Nocą zgłębiam fantastyczne światy nieograniczone konwencjonalnym pojęciem czasu i przestrzeni. To, uznałam, skutek czytania tak wielu książek. Znacie powieść Jakiś potwór tu nadchodzi? Na półkach księgarń pojawiła się zaledwie w czerwcu, a już mówi się, że będzie jedną z najlepiej sprzedających się książek w 1962 roku. Ray Bradbury ma cudownie lekkie pióro. Wciskam tę książkę każdemu, kto wstąpi do naszej – mojej i Friedy – księgarni, szukając czegoś „naprawdę porywającego”.

– Nawet we śnie trudno się od niej uwolnić – zapewniam takich klientów. To samospełniająca się przepowiednia: przedwczoraj śniłam, że błąkam się za Willem Hallowayem i Jimem Nightshade’em, dwoma młodymi bohaterami książki Bradbury’ego, których wabił lunapark przybyły w środku nocy do miasteczka Green Town. Ostrzegałam ich, by na siebie uważali – ale zignorowali mnie, jak to trzynastoletni chłopcy. Pamiętam, że nie mogłam za nimi nadążyć, bo nogi odmawiały mi posłuszeństwa. Will i Jim oddalali się ode mnie, coraz bardziej pogrążając się w mroku, aż ciemne kropki ich postaci zupełnie zniknęły, a ja mogłam już tylko bezradnie płakać.

Jak widać, nie należę do kobiet, którym śni się coś tak przyziemnego, jak pobudka w czyjejś sypialni.

Ta sypialnia ze snu jest wyraźnie większa i bardziej gustowna niż moja prawdziwa. Ściany są szarozielone, a nie intensywnie żółte. Wszystkie meble idealnie do siebie pasują, są eleganckie i nowoczesne. Starannie złożona narzuta leży u stóp łóżka, a moje ciało okrywa miękka, stylowa pościel. Wszystko tu jest wysmakowane, wręcz do przesady.

Wślizguję się pod kołdrę i zaciskam powieki. Bo przecież wystarczy zamknąć oczy, by za chwilę znaleźć się gdzieś na Południowym Pacyfiku i żłopać whiskey z kamratami na pokładzie wielorybnika. Albo poczuć wiatr we włosach, wznosząc się wysoko nad Las Vegas na ogromnych skrzydłach, które wyrastają mi zamiast ramion.

Ale nic takiego się nie dzieje. Zamiast tego słyszę jakiś męski głos.

– Pobudka. Katharyn, kochanie, obudź się.

Unoszę powieki i patrzę prosto w najgłębsze i najbłękitniejsze oczy, jakie kiedykolwiek widziałam.

I zaraz znowu je przymykam.

Czuję dotyk dłoni na ramieniu – nagim, jeśli nie liczyć cienkiego ramiączka satynowej koszuli nocnej. Już dawno żaden mężczyzna nie dotykał mnie tak zmysłowo. Ale niektórych doznań się nie zapomina, nawet jeśli nieczęsto się ich doświadcza.

Wiem, że powinnam się bać. To byłaby właściwa reakcja, prawda? Nawet we śnie dotyk dłoni nieznajomego na nagiej skórze powinien przerażać.

A jednak, co dziwne, uścisk tego urojonego mężczyzny jest całkiem przyjemny. Delikatny, choć zdecydowany. Palce muskają ramię, a kciuk lekko pieści moją skórę. Rozkoszuję się tym doznaniem, nie otwierając oczu.

– Katharyn. Kochanie, proszę. Przykro mi, że cię budzę, ale Missy ma ciepłe czoło… Chce, żebyś do niej przyszła. Proszę, musisz wstać.

Próbuję zrozumieć tę informację. Zastanawiam się, kim jest Missy i dlaczego miałabym się przejmować jej ciepłym czołem.

Nagle – sama nie wiem jak, bo w końcu to sen – w głowie rozbrzmiewa mi pewna popularna przed kilku laty piosenka. Słyszę melodię, choć jestem pewna, że to nie te słowa – Rosemary Clooney śpiewała coś o roziskrzonych oczach. Coś o tym, by nie dać się ogłupić miłości. Uśmiecham się na tę myśl. Trudno być bardziej ogłupiałą, niż czuję się właśnie w tej chwili.

Otwieram oczy i siadam wyprostowana na łóżku, z żalem stwierdzając, że błękitnooki mężczyzna odsuwa dłoń.

– Kim jesteś? – pytam. – I gdzie ja jestem?

Patrzy na mnie z takim samym zdziwieniem jak ja na niego.

– Katharyn, dobrze się czujesz?

Gwoli wyjaśnienia, wcale nie jestem Katharyn. Mam na imię Kitty. No dobrze – tak naprawdę to jednak Katharyn. Ale to imię nigdy mi się nie podobało.

Brzmi zbyt oficjalnie. „Kath-a-ryn” nie wymawia się tak gładko jak „Kitty”. Niestety rodzice uparli się przy nietypowej pisowni tego pospolitego przecież imienia i męczy mnie wyjaśnianie tej różnicy każdemu, kto prosi o jego przeliterowanie.

– Chyba dobrze – odpowiadam Błękitnookiemu. – Ale naprawdę nie wiem, kim jesteś i co to za miejsce. Przykro mi.

Uśmiecha się, rzucając mi roziskrzone spojrzenie. Jeśli nie liczyć tych pięknych oczu, wygląda całkiem zwyczajnie. Średniego wzrostu, średniej budowy, z niewielką oponką pośrodku. Rzednące, rudawe włosy, które powoli zaczynają siwieć. Powiedziałabym, że ma około czterdziestki, czyli jest ode mnie nieco starszy. W powietrzu wyczuwam przyjemny, mydlano-leśny zapach, jakby przed chwilą się golił i brał prysznic. Serce zaczyna mi mocniej bić. Dobry Boże, to wszystko staje się coraz bardziej absurdalne!

– Musiałaś spać bardzo głębokim snem, kochanie – mówi. – Wiesz, kim jestem. Twoim mężem. A ty jesteś w naszej sypialni, w naszym domu. – Zatacza ręką po pokoju, jakby na potwierdzenie swoich słów. – A nasza córka, która ma na imię Missy, jeśli o tym też zapomniałaś, ma prawdopodobnie gorączkę i potrzebuje matki.

Wyciąga ku mnie rękę, a ja odruchowo podaję mu swoją.

– W porządku? – dopytuje się. – Proszę, Katharyn.

Marszczę brwi.

– Chwileczkę. Więc twierdzisz, że jesteś…

– Twoim mężem, Katharyn. To przecież ja, Lars.

Lars? Co za dziwaczne imię. Chyba nigdy w życiu nie znałam nikogo, kto by się tak nazywał. Mój umysł zasługuje na półuśmiech uznania za polot i fantazję. Nie wymyślił jakiegoś tam Harry’ego, Eda czy innego Billa. O nie, proszę państwa, mój wymyślony mąż ma na imię Lars.

– No dobrze – zgadzam się. – Daj mi jedną chwilkę.

Ściska moją dłoń, a wypuściwszy ją, nachyla się, by pocałować mnie w policzek.

– Zmierzę jej temperaturę i poczekamy na ciebie. – Wstaje i wychodzi z pokoju.

Znowu zamykam oczy. Teraz już na pewno przyśni mi się coś innego.

Ale kiedy unoszę powieki, wciąż tu jestem. W tej samej zielonej sypialni.

Nie mam wyboru, więc w końcu wstaję. Poddachowe świetliki nad łóżkiem, rozsuwane, szklane drzwi prowadzące, zdaje się, na coś w rodzaju tarasu i przestronna łazienka świadczą o tym, że ten pokój, gdyby istniał naprawdę, byłby częścią dość nowoczesnego lokum. Na pewno nowocześniejszego – i zapewne większego – niż ten bliźniak w dzielnicy Platt Park w Denver, w którym wynajmuję mieszkanie z jedną sypialnią z lat dwudziestych dwudziestego wieku.

Zaglądam do łazienki. Całe wyposażenie jest jasnozielone, błyszczące i z chromowanymi wykończeniami. Widzę podłużną toaletkę z dwiema umywalkami i blatem z białej formiki w złote plamki. Tworzą ją szafki z jasnego drewna, które łagodnie zwężają się ku dołowi, tak że na poziomie blatu toaletka jest szersza niż u dołu. Podłogę pokrywa mozaika z miętowych, różowych i białych płytek. Nie mam pojęcia, czy jestem w Denver, ale jeśli tak, to na pewno nie w staromodnej dzielnicy Platt Park, gdzie nie wybudowano nic nowego od czasów przedwojennych.

Podnosząc wzrok, by przyjrzeć się swemu odbiciu w lustrze wiszącym nad toaletką, spodziewam się zobaczyć zupełnie inną osobę – bo kto wie, kim jest ta cała Katharyn? Ale okazuje się, że wyglądam dokładnie tak samo. Jestem niska, mam krągłe kształty i kręcone włosy w kolorze rudawego blondu, które wiecznie sterczą mi nad czołem, choćbym codziennie chodziła do fryzjera. Przeczesując loki, zauważam, że na serdecznym palcu lewej ręki połyskuje brylant i szeroka, złota obrączka ślubna. No cóż, myślę sobie, jakżeby inaczej. Jak miło, że mój mózg wymyślił męża, którego stać na porządny kamień.

Szperając w szafie, znajduję granatowy, pikowany szlafrok, który idealnie na mnie pasuje. Zawiązuję pasek i wychodzę na korytarz, aby znaleźć mężczyznę o cudacznym imieniu Lars i jego chore dziecko Missy.

Na ścianie naprzeciwko drzwi wisi duża, kolorowa fotografia, najwyraźniej umieszczona w tym miejscu, aby było ją widać z sypialni. Przedstawia górską scenerię: niknące za horyzontem słońce podświetla szczyty różowo-złotym światłem. Po lewej stronie wznoszą się sosny żółte. Całe życie mieszkam w Kolorado, a jednak nie mam pojęcia, gdzie zrobiono to zdjęcie ani czy to w ogóle są Góry Skaliste.

Głowię się nad tą zagadką, gdy nagle ktoś przypada z impetem do mego prawego boku i uwiesza się na mnie. Z trudem udaje mi się zachować równowagę.

– Au! – wołam, odwracając się. – Nie rób tak. Musisz sam stać na ziemi. Jesteś już za duży i nie dam rady cię utrzymać.

Co do licha? Czyje to słowa? Przecież nie moje! W życiu nie powiedziałabym czegoś takiego. Nawet do głowy by mi to nie przyszło.

Mały chłopczyk wpatruje się we mnie, zadzierając głowę. Ma przenikliwe, błękitne oczy Larsa i krótkie, schludnie przyczesane włoski, których jeden jasnorudy kosmyk niesfornie sterczy mu nad czołem. Jego brzoskwiniowa buzia lśni czystością. Mógłby wystąpić w reklamie mleka albo lodów owocowych. Jest tak słodki, że wystarczy jedno spojrzenie, by zmiękło mi serce.

Wypuszcza mnie z objęć i przeprasza.

– Tęskniłem, mamusiu – mówi. – Nie widziałem cię od wczoraj.

Odejmuje mi mowę, ale po chwili przypominam sobie, że to sen, więc uśmiecham się do chłopca. Nachylam się i ściskam go za ramię. Postanawiam poddać się temu, co przyniesie ten sen. Dlaczego nie? Jak dotąd całkiem tu miło.

– Zaprowadź mnie do taty i Missy – proszę, ujmując mięciutką, pulchną rączkę dziecka. Idziemy korytarzem i schodami na półpiętro, do różowego pokoju z małym, drewnianym łóżkiem i niskim regałem pełnym ilustrowanych książeczek i pluszowych zwierzątek. Na łóżku siedzi drugi aniołek, równie śliczny jak ten, którego trzymam za rączkę – tyle że jest to dziewczynka. Minę ma osowiałą, a na policzkach wypieki. Jest tej samej wielkości co chłopiec. Kiepsko mi idzie odgadywanie wieku dzieci, ale powiedziałabym, że wyglądają na jakieś pięć–sześć lat. Bliźnięta?

– Mama przyszła! – woła cherubinek, wdrapując się na łóżko. – Missy, mama przyszła i zaraz wyzdrowiejesz.

Missy pojękuje. Siadam przy niej i dotykam jej czoła, które okazuje się niepokojąco ciepłe.

– Co cię boli? – pytam łagodnie.

Przytula się do mnie.

– Wszystko, mamusiu – odpowiada. – A najbardziej głowa.

– Tatuś zmierzył ci temperaturę? – Nie do wiary, jak łatwo przychodzą mi te matczyne słowa i gesty. Czuję się, jakbym robiła to od lat.

– Tak, a teraz myje ter-mon-etr.

– Termometr – poprawia ją cherubinek. – Mówi się ter-MOM-etr. A nie ter-MON-etr.

Dziewczynka przewraca oczami.

– Nie wtykaj nosa w cudze zabawy, Mitch.

W drzwiach pojawia się Lars.

– Sto jeden i sześć kresek – obwieszcza.

Nie bardzo wiem, co to oznacza. Rzecz jasna rozumiem, że sto jeden i sześć to temperatura Missy w stopniach Fahrenheita*, ale czy to znaczy, że powinna zostać w łóżku, zamiast iść do szkoły?

Bo ja nie mam dzieci. Nie jestem matką.

Nie twierdzę, że nigdy tego nie chciałam. Wręcz przeciwnie. W dzieciństwie uwielbiałam bawić się lalkami, karmiłam je z wyimaginowanej butelki, woziłam w małym wózeczku dla lalek i udawałam, że zmieniam im pieluszki. Byłam jedynaczką i błagałam rodziców o rodzeństwo – nie dlatego, że chciałam być starszą siostrą, ale dlatego, że chciałam być dla kogoś mamusią.

Dość długo myślałam, że wyjdę za Kevina, mojego chłopaka, z którym spotykałam się w college’u. W czterdziestym trzecim wyjechał na wojnę na Pacyfiku, razem z resztą młodych mężczyzn, którzy nie zrobili tego wcześniej. Pozostałam mu wierna – wtedy dziewczęta tak właśnie robiły, pozostawały wierne. Często do siebie pisaliśmy. Wysyłałam mu paczki z ciasteczkami, skarpetkami, mydłem do golenia. Razem z innymi siostrami z mojego stowarzyszenia studenckiego zaznaczałyśmy pinezkami na mapie Pacyfiku szlak bojowy naszych chłopców-żołnierzy.

– Czekanie jest trudne, ale nasz trud się opłaci, gdy wrócą do domu – pocieszałyśmy się nawzajem. Chlipałyśmy w chusteczki na wieść, że chłopak którejś z nas już nie wróci. A w duchu każda dziękowała Bogu, że to nie jej ukochany, nie tym razem.

Ku mojej wielkiej uldze Kevin wrócił z wojny cały i zdrowy, pragnąc czym prędzej dokończyć kurs przygotowujący do studiów medycznych i spełnić marzenie o zostaniu lekarzem. Dalej się spotykaliśmy, ale nigdy mi się nie oświadczył. Na każdym ślubie, na który nas zapraszano, słyszeliśmy pytanie, kiedy i my się zdecydujemy.

– Och, kiedyś na pewno! – odpowiadałam tonem nieco zbyt beztroskim i nonszalanckim. A Kevin po prostu zmieniał temat.

Mijały kolejne lata. Kevin skończył swoje studia i zaczął staż, ja pracowałam jako nauczycielka piątoklasistów. Ale w naszym związku nic się nie zmieniało. W końcu uznałam, że nie mogę dłużej czekać i postawiłam ultimatum. Powiedziałam Kevinowi, że jeśli nie chce zalegalizować naszego związku, to odchodzę.

Ciężko westchnął.

– Tak chyba będzie najlepiej – powiedział i zdawkowo pocałował mnie na pożegnanie. Niespełna rok później dowiedziałam się, że ożenił się z pielęgniarką ze szpitala, w którym pracował.

Cóż, najwyraźniej w tym świecie ze snu nie mają znaczenia ani tamte zmarnowane lata, ani bezduszne odrzucenie mnie przez narzeczonego. W tym świecie wygrałam los na loterii. „Dobra robota, Kitty”, pogratulowałyby mi siostry z Delta Zeta. „Brawo”.

Ta myśl jest tak absurdalna, że prawie wybucham śmiechem. Zawstydzona szybko zasłaniam usta. Co prawda to sen, ale mam tu chore dziecko. Powinnam być stosownie zatroskana, jak każda matka.

Podnoszę wzrok i napotykam spojrzenie Larsa. Patrzy na mnie z zachwytem i – czy ja dobrze widzę? – pożądaniem. Czy małżonkowie mogą tak na siebie patrzeć? I to w chwili, gdy ich dziecko gorączkuje?

– I co teraz, Katharyn? – pyta Lars. – Ty zawsze wiesz, co się robi w takich sytuacjach.

Naprawdę? Ten sen robi się coraz ciekawszy. Zerkam w okno, za którym wstaje chyba zimowy poranek. Przez oszronione szyby widać prószący śnieg.

I wtedy nagle, w niewyjaśniony sposób, po prostu wiem, co trzeba zrobić. Wychodzę na korytarz i idę do łazienki. Doskonale wiem, na której półce w apteczce znajdę plastikową buteleczkę z przeznaczoną dla dzieci aspiryną marki St. Joseph. Wyjmuję papierowy kubek z przytwierdzonego do ściany podajnika i nalewam do niego trochę zimnej wody. Otwieram bieliźniarkę i sięgam po myjkę do twarzy, którą wkładam pod strumień zimnej wody, a następnie wyciskam.

Zdecydowanym krokiem wracam do pokoju Missy, niosąc buteleczkę z lekarstwem, myjkę i kubek. Przykładam i lekko przyciskam myjkę do jej ciepłego czoła. Wręczam jej dwie aspiryny, które dziewczynka posłusznie połyka, popijając je wodą. Uśmiecha się do mnie z wdzięcznością, po czym kładzie się z powrotem na poduszce.

– Teraz niech odpoczywa. – Przykrywam Missy kołderką i kładę obok łóżka kilka książeczek z obrazkami. Zaczyna przeglądać Na ratunek Madeline autorstwa Ludwiga Bemelmansa, jeden z tomów tej uroczej serii o Madeline, uczennicy paryskiej szkoły z internatem, i jej jedenastu koleżankach z klasy. „W Paryżu, w pewnym starym domu, który był porośnięty dzikim winem, ustawiało się co rano w dwa rzędy dwanaście małych dziewczynek”**, recytuje Missy gardłowym szeptem, wodząc paluszkami po wydrukowanych wyrazach.

Lars ujmuje mnie za rękę. Uśmiechamy się do naszej córeczki i razem z naszym cudownym synkiem po cichutku wychodzimy z pokoju.

I wtedy mój sen się kończy, równie nagle, jak się rozpoczął.

Ostry dźwięk stojącego na szafce nocnej budzika rozrywa ciszę. Sięgam ku niemu z zamkniętymi oczami i mocno wciskam guzik, aby uciszyć dzwonek. Uchylam powieki i widzę, że sypialnia jest żółta. Jestem w domu.

* 38,6 stopni Celsjusza (przyp. tłum.).

** Przekład Małgorzaty Pietrzyk (przyp. tłum.).

Rozdział 2

Boże drogi! – mamroczę do siebie. – To ci dopiero sen. – Podnoszę się i siadam sztywno na łóżku. Aslan, mój złocisty pręgowany kot, leży obok mnie, mrucząc z przymkniętymi oczami. Nazwałam go na cześć lwa z powieści C. S. Lewisa Lew, czarownica i stara szafa, niezwykłej książki, zwłaszcza dla wielbicieli dziecięcego fantasy. Czytałam każdą nową powieść o Narnii, gdy tylko się ukazywała, a potem wracałam do całej serii przynajmniej sześć razy.

Rozglądam się po sypialni. Gołe okna, pozbawione firanek i rolet. Drewniane ramy wciąż oklejone taśmą malarską. Moje łóżko i szafka nocna to całe umeblowanie. Komodę i drewnianą skrzynię wyniosłyśmy wczoraj do salonu, żeby ich nie pochlapać i mieć więcej swobody podczas malowania. Pokój pachnie farbą, ale efekt jest niesamowity – jakby słońce rozświetlało całe wnętrze. Właśnie o to mi chodziło. Z uśmiechem zadowolenia na twarzy wstaję z łóżka i wkładam szlafrok, stąpając po pokrytej gazetami podłodze.

Idę do kuchni, aby zaparzyć sobie kawę, a po drodze wstępuję do salonu i włączam radio stojące na jednym z kilku odrapanych regałów, z których aż wylewają się książki i czasopisma. Przekręcam gałkę, aby podgłośnić dźwięk, i wyszukuję stację KIMN. Grają Sherry grupy The Four Seasons, którą w tym tygodniu słyszę w radiu co rusz – założę się, że w ten weekend znajdzie się na szczycie listy przebojów Billboard.

Napełniam zaparzacz wodą z kranu, a do górnego pojemniczka ze stali nierdzewnej wsypuję porcję kawy Eight O’Clock, którą trzymam w puszce w górnej szafce.

– „…out tonight…” – nucę pod nosem, gdy piosenka zaczyna stopniowo cichnąć.

– A teraz utwór stary, ale jary – mówi gospodarz programu radiowego. – Ktoś z was to jeszcze pamięta?

Gdy rozlegają się pierwsze dźwięki, zamieram z uniesioną nad zaparzaczem dłonią, w której ściskam miarkę do kawy. Moje niewielkie mieszkanie wypełnia głos Rosemary Clooney.

– Troszkę to upiorne – mówię do Aslana, który właśnie wszedł do kuchni, aby sprawdzić, czy już nalałam mu do miseczki jego poranną porcję mleka. Wsypuję kawę i włączam zaparzacz.

Ta piosenka – właśnie przypominam sobie jej tytuł: Hey There – ma już przynajmniej siedem lub osiem lat. Nie pamiętam, w którym dokładnie roku była przebojem, ale wiem, że często ją wtedy nuciłam. Od tak dawna o niej nie myślałam… Dopóki nie usłyszałam jej zeszłej nocy we śnie.

Przypominam sobie oczy mojego wyimaginowanego męża, przenikliwe i błękitne jak woda na pocztówce z jakiegoś egzotycznego zakątka. Pamiętam, jak pomyślałam, że powinnam być przerażona, a jednak wcale się nie bałam. Czy wbijałam w niego roziskrzony wzrok? Zdaje się, że można by tak powiedzieć.

Ale cóż mogłam na to poradzić? Nie odrywał ode mnie oczu. Patrzył na mnie tak, jakbym była dla niego wszystkim. Jakby świata poza mną nie widział.

W moim świecie było to tak niezwykłe, że wręcz egzotyczne. Nikt, nawet Kevin, nigdy nie patrzył na mnie w ten sposób.

A przy tym jak on się do mnie zwracał! „Katharyn, kochanie, obudź się”. „Musiałaś spać bardzo głębokim snem, kochanie”. „Ty zawsze wiesz, co się robi w takich sytuacjach”.

W moim prawdziwym świecie nikt tak do mnie nie mówi. I na pewno nikt nie nazywa mnie Katharyn.

Kilka lat temu przez pewien czas próbowałam używać tego imienia. To było mniej więcej wtedy, gdy razem z Friedą otworzyłyśmy naszą księgarnię. Początek nowej kariery i nowej dekady życia – kilka miesięcy wcześniej skończyłam trzydziestkę – sprawiły, że poczułam się gotowa na wielką zmianę. Choć nie przepadałam za brzmieniem tej nieszczęsnej „Katharyn”, jakoś nie mogłam wymyślić lepszego sposobu na dokonanie wewnętrznej metamorfozy niż przyjęcie nowego imienia. Łudziłam się, że po prostu muszę się do niego przyzwyczaić.

I ruszyłam do boju. Zamówiłam sobie papeterię z nadrukiem „Katharyn Miller”. Poprosiłam Friedę i inne znajome, by nazywały mnie Katharyn. Przedstawiałam się tym imieniem swoim klientom i sklepikarzom na Pearl Street, których właśnie zaczęłyśmy poznawać. Nawet rodziców prosiłam, by używali pełnej wersji mojego imienia – niechętnie, ale się zgodzili. Zawsze mi we wszystkim ustępowali.

Z Friedą nie poszło mi tak łatwo.

– „Kitty” do ciebie pasuje – oświadczyła. – Po co ta zmiana?

Wzruszyłam ramionami i odparłam, że może czas wreszcie dorosnąć.

Nowym imieniem przedstawiałam się nawet swoim potencjalnym adoratorom. Dzięki temu czułam się, jakbym zaczynała życie od nowa. Jakbym mogła stać się kimś innym. Kimś bardziej wyrafinowanym, bardziej doświadczonym.

Z mężczyznami mi nie wychodziło – zawsze kończyło się na pierwszej randce. Najwyraźniej zmiana imienia nie pociągnęła za sobą automatycznej zmiany osobowości, na co skrycie liczyłam.

Po kilku miesiącach wyrzuciłam resztę papeterii „Katharyn Miller” do kosza na śmieci i znowu zaczęłam mówić o sobie Kitty. Nikt tego nie skomentował.

Zanoszę kawę do salonu i stawiam filiżankę na biurku zwróconym w stronę dwóch okien. Rozsuwam zasłony. Z tego miejsca mam widok na Washington Street. Jest słoneczny, ciepły, wrześniowy dzień. Ulicą idzie listonosz – macham do niego, gdy wrzuca pocztę do skrzynek na listy, mojej i należącej do Hansenów, właścicieli tego bliźniaka mieszkających w jego drugiej części. Listonosz się oddala, a ja idę po listy i poranne wydanie „Rocky Mountain News”.

„Lars, Lars…” – to imię ciągle powraca w moich myślach. Ale jaki Lars?

I gdzie ja je wcześniej słyszałam?

Wracam do domu, przeglądając nagłówki w gazecie. Prezydent Kennedy wygłosił wczoraj przemówienie na Uniwersytecie Rice, obiecał, że przed końcem tej dekady człowiek wyląduje na Księżycu. Uwierzę, jak zobaczę. Rzucam gazetę na stół w jadalni, planując przeczytać ją przy śniadaniu.

Moja dzisiejsza korespondencja jest raczej skromna. Prócz kilku rachunków dostałam reklamę z kuponem na darmowe mycie samochodu – nie na wiele mi się przyda, bo nie mam samochodu – i pocztówkę od matki.

Dzień dobry, Kochanie,

mam nadzieję, że masz ładną pogodę. Tutaj jest 85 stopni* i parno, ale cudownie. Nie ma piękniejszego miejsca na świecie, możesz mi wierzyć!

Nie zapomnij, że wracamy nocnym lotem 31 października. Mamy przesiadkę w Los Angeles, a do Denver przylatujemy w czwartek, 1 listopada.

Wspaniale się tu bawimy, ale już tęsknimy za domem i za jesiennymi kolorami! I za Tobą, oczywiście.

Ściskam

Mama

PS Chciałabym jak najszybciej zajrzeć do szpitala; okropnie stęskniłam się za bobaskami. Ciekawe, ile nowych urodziło się od naszego wyjazdu…

Uśmiecham się. Moi rodzice są od trzech tygodni w Honolulu i będą tam jeszcze przez około pięć tygodni. To dla nich wielka wyprawa, największa, na jaką kiedykolwiek wyruszyli ze swojego Denver. W czerwcu minęła ich czterdziesta rocznica ślubu i aby to uczcić, wybrali się w tę podróż. Mój wuj Stanley jest starszym bosmanem w bazie marynarki wojennej Pearl Harbor. Rodzice zatrzymali się u wuja i ciotki May w ich mieszkaniu w pobliskim Honolulu.

To dla nich wspaniałe wydarzenie, niezapomniane przeżycie, ale rozumiałam, dlaczego nie chcieli – zwłaszcza moja matka – wyjeżdżać z domu na dłużej niż dwa miesiące. Odkąd sięgam pamięcią, mama jest bardzo oddana swej ochotniczej pracy na Oddziale Patologii Noworodków w Szpitalu Głównym w Denver. (Mówi o sobie, że jest „najstarszą wolontariuszką na świecie”). Tata pracował przez wiele lat w Przedsiębiorstwie Użyteczności Publicznej w Kolorado, montując liczniki energii elektrycznej w domach. W zeszłym roku, skończywszy sześćdziesiąt lat, przeszedł na wcześniejszą emeryturę. Na co dzień kręci się wokół domu, czyta i dwa razy w tygodniu grywa w golfa z kolegami – nawet zimą, jeśli tylko nie spadnie śnieg.

Przypominam sobie, że gdy we śnie wyjrzałam przez okno sypialni tej dziewczynki, padał śnieg. Missy? Tak miała na imię? Tak, za oknem pokoju Missy sypał śnieg. Ciekawe, że pamiętam taki szczegół. Że też mój umysł potrafi dla przyjemności tworzyć całe śnieżne krajobrazy, gdy ja sobie śpię…

Uśmiecham się też na wspomnienie wnętrza sypialni, a w nim dwojga uroczych dzieci i mężczyzny o pięknych oczach.

Dopijając kawę, wkładam pocztówkę do teczki na dokumenty, w której przechowuję wszystkie inne kartki od matki – wysyła je trzy lub cztery razy w tygodniu. Teczkę trzymam na biurku obok oprawionej w ramkę fotografii rodziców.

Wstaję i idę przygotować sobie kąpiel. To był przemiły sen, ale czas wrócić do prawdziwego życia.

Wychodzę do naszej księgarni. To tylko kilka przecznic od domu. Frieda też chodzi pieszo i czasem spotykamy się gdzieś po drodze. Jednak dzisiaj, gdy skręcam w Pearl Street, jestem sama. Zatrzymuję się na chwilę, chłonąc tę ciszę i pustkę. Wokół nie ma żywej duszy. Nie mijają mnie żadne samochody. Drogeria jest otwarta – w oknie po lewej widzę jej świecący neon. Czynny jest też sklep z kanapkami. Wiem z doświadczenia, że w ciągu poranka garstka przechodniów wstąpi do środka na kawę albo po żytnią kanapkę z salami na wynos. Ale tylko garstka.

Nie zawsze tak było.

Kiedy jesienią 1954 roku otworzyłyśmy z Friedą naszą księgarnię „Dwie Siostry”, wydawało nam się, że to idealna lokalizacja. Wtedy między Pearl Street i Broadwayem jeszcze jeździły tramwaje. Zaledwie przecznicę dalej znajduje się kino Vogue, dlatego w wieczory, kiedy odbywały się seanse, księgarnia była otwarta na użytek kinomanów przed projekcją i po niej. Zaglądało do nas wiele osób. Ludzie uwielbiali myszkować wieczorem wśród półek z książkami, zapewne licząc, że spotkają tam jakąś tajemniczą piękność lub przystojnego nieznajomego.

Teraz sprawy mają się znacznie gorzej. Zamknięto linię tramwajową łączącą nas z Broadwayem – i wszystkie inne – a tramwaje zastąpiły autobusy. Nowa linia autobusowa nie biegnie Pearl Street, więc nie ma tu już takiego ruchu jak dawniej. W kinie Vogue wciąż grają filmy, ale te nie przyciągają już tłumów. Minęły czasy, kiedy ludzie robili zakupy i szukali rozrywki w małych dzielnicach, takich jak nasza. Teraz wsiada się w samochód i jedzie do nowych centrów handlowych na obrzeżach miasta.

Rozmawiałyśmy o tym, Frieda i ja. Co z tym zrobić. Czy powinnyśmy całkowicie zwinąć interes? A może lepiej – jak sugerowała Frieda już kilka lat temu, a ja się sprzeciwiłam – przenieść księgarnię do jednej z tych galerii? Czy też raczej utrzymać obecny status quo, ufając, że los się w końcu odmieni, jeśli tylko będziemy trzymać się wyznaczonego kursu? Żadna z nas nie wie, co robić. Mamy za to temat do codziennych rozmów.

Przez te wszystkie lata nauczyłam się jednego – obie się tego nauczyłyśmy – że nic nie jest tak stałe, jak na początku się wydaje.

Zanim otworzyłyśmy nasz sklep, byłam nauczycielką. Uczyłam piątoklasistów i wmawiałam sobie, że mam na tym punkcie bzika. Kocham moją pracę, kocham moją pracę, kocham moją pracę, powtarzałam sobie w duchu każdego ranka, pokonując na rowerze drogę z domu rodziców, z którymi wciąż mieszkałam, do oddalonej o kilka mil szkoły.

Jak mogłabym jej nie kochać? – zadawałam sobie pytanie. Przecież uwielbiałam dzieci i książki, i naukę. Jakim byłabym człowiekiem, gdybym nie uwielbiała też uczyć?

Ale gdy stałam przy tablicy w klasie pełnej dziesięciolatków, zżerała mnie trema – jak niedoświadczoną pianistkę, która jakimś cudem znalazła się na scenie w wypełnionej po brzegi sali koncertowej. Niepozorna i osamotniona siedzi przy fortepianie w świetle reflektorów i zbyt późno uświadamia sobie, że gdy tylko uderzy w klawisze, czar pryśnie i nie zdoła już nikogo oszukać.

Właśnie tak się czułam w mojej klasie. Pociły mi się dłonie, mówiłam zbyt szybko i zbyt piskliwie. Co rusz jakiś uczeń prosił, aby coś powtórzyć. „Proszę pani, ja nie zrozumiałem”, zaczynał jeden, a reszta natychmiast podchwytywała: „Ja też nie. Ani ja, proszę pani. Co pani powiedziała, panno Miller?”. Zdawało mi się, że żartują sobie ze mnie. Ale to nie było śmieszne i zupełnie tego nie rozumiałam.

Co roku miałam kilku wybitnych uczniów – dzięki ci za nich, Boże – którzy mogli się uczyć w każdych warunkach, byli inteligentni, łatwo się przystosowywali i chwytali wszystko w lot, nawet bez mojej pomocy. Ale tacy trafiali się rzadko.

No i byli jeszcze rodzice. O tak, rodzice…

Pamiętam pewien wyjątkowo paskudny poranek pod koniec mojej nauczycielskiej kariery. Pani Vincent, której córka Sheila właśnie dostała ocenę niedostateczną z historii na koniec semestru, wtargnęła do klasy jeszcze przed pierwszym dzwonkiem. Wściekle wymachiwała druczkiem z ocenami córki. Sheila wlokła się za matką.

– Co ma znaczyć ta ocena, panno Miller? – domagała się wyjaśnień pani Vincent. – Sheila twierdzi, że na lekcjach wcale nie uczy ich pani historii!

– Oczywiście, że uczę – odparłam, próbując zachować spokój. Ze złości zagryzłam wargi. Dlaczego muszę wyjaśniać coś tak oczywistego? – Przez cały semestr uczyliśmy się o wojnie secesyjnej.

– O wojnie secesyjnej? O wojnie? A po cóż małej dziewczynce wiedza o jakiejś zamierzchłej wojnie secesyjnej?

To pytanie było tak absurdalne, że nie wiedziałam, co odpowiedzieć. Sheila stała obok matki, patrząc na mnie wyzywająco swoimi ciemnymi oczami i uśmiechając się z satysfakcją. Miałam ochotę ją pacnąć. Wiedziałam, że tego nie zrobię, ale pokusa była ogromna. Musiałam trzymać ręce przy sobie, żeby mnie nie poniosło.

– Jest w programie nauczania – odparłam. – Moim zadaniem jest ten temat przerobić, proszę pani. – Zadzwonił dzwonek, więc podeszłam do drzwi, aby powitać moich pozostałych uczniów. – Po prostu realizuję program.

Pani Vincent uśmiechnęła się z wyższością.

– Jakże to twórcze z pani strony – rzuciła, po czym nie czekając na ripostę, obróciła się na pięcie i wyszła z klasy.

Byłam zdruzgotana. Tygodniami nie mogłam się po tym pozbierać. Z czasem zaczęłam obwiniać siebie. Owszem, robiłam, co do mnie należało. Ale skoro moi uczniowie nie umieli albo nie chcieli się uczyć, to musiała być moja wina. Mnie nauka zawsze przychodziła z łatwością, więc uznałam, że nauczanie innych pójdzie równie łatwo. A kiedy okazało się, że się myliłam, nie potrafiłam nic z tym zrobić.

W tym samym czasie Frieda, moja najlepsza przyjaciółka od czasów liceum, pracowała w firmie reklamowej. Było to zajęcie wymagające, lecz fascynujące, a ona była w tym dobra. Jej firma obsługiwała głównie lokalnych klientów, ale często były to pokaźne przedsiębiorstwa, takie jak Gates Corporation, Russell Stover Candies czy Joslins Department Store. Frieda chodziła na przyjęcia i wielkie imprezy inauguracyjne. Nosiła przepiękne suknie wieczorowe, w których wcześniej mi się pokazywała, aby usłyszeć moje zdanie. Zawsze uważałam, że są fantastyczne.

Zdawałoby się, że Frieda powinna być zadowolona. Ale kiedy spędzałyśmy weekend tylko we dwie, całymi dniami paradując w ogrodniczkach, butach na płaskim obcasie i swetrach, zwierzała mi się, że ma już tego wszystkiego dosyć. Mówiła, że to zwykła szopka i że czuje się, jakby występowała w teatrze.

– Odgrywanie jakiejś roli od czasu do czasu jest zabawne – przyznała. – Ale strasznie męczy, jeśli musisz to robić od rana do wieczora, dzień w dzień.

Dużo rozmawiałyśmy o życiu. Frieda narzekała na sztuczność i zakłamanie w pracy. Ja zwierzałam się ze swych obaw, że nie jestem w tym, co robię, taka dobra, jak mi się wcześniej zdawało.

– A gdyby tak zmienić swoje życie? – spytała Frieda pewnego niedzielnego popołudnia pod koniec marca 1954 roku, gdy wybrałyśmy się na spacer po okolicy. Miesiąc wcześniej wyprowadziłam się od rodziców. Dobiegałam trzydziestki i uznałam, że nadszedł czas, by zacząć żyć na własny rachunek, więc wynajęłam mieszkanie w Platt Park. Mieściło się niedaleko szkoły, w której uczyłam, a od domku, który Frieda kupiła dwa lata wcześniej, dzielił mnie niespełna dziesięciominutowy spacer. W Denver, jak co roku w marcu, szalały śnieżyce, a zaraz potem nastało kilka ciepłych, słonecznych dni. Topniejący śnieg tworzył kałuże, a błotniste podwórka zaczynały się zielenić. Poprzedniego dnia spadło sporo śniegu – ale już w niedzielę, kiedy spacerowałam z Friedą, niebo było czyste i jasne, a temperatura przekraczała pięćdziesiąt stopni**.

Frieda przyglądała się, jak z dachu pobliskiego domu spadają na ziemię ciężkie krople roztopionego śniegu. Spojrzała na mnie i spytała:

– A gdyby nasza praca dawała nam satysfakcję?

– A gdybym nie musiała płakać niemal każdego wieczoru? – Rozmarzyłam się i ożywiłam.

Frieda powoli kiwała głową.

– W rzeczy samej, siostro – odparła. – W rzeczy samej.

W końcu orzekłyśmy, że zamiast żyć marzeniami, powinnyśmy zacząć je spełniać. Wyczyściłyśmy swoje konta oszczędnościowe, zapożyczyłyśmy się u rodziców i zaciągnęłyśmy kredyt dla przedsiębiorców. Jako kobiety niezamężne potrzebowałyśmy konsygnatariusza-mężczyzny, na szczęście jednak ojciec Friedy zgodził się nim zostać. I tak powstała księgarnia „Dwie Siostry”.

Pamiętam naszą euforię w dniu jej otwarcia. Wreszcie zaczęłyśmy nadawać kształt swojemu życiu. Będziemy wspólnie prowadziły kwitnący interes, będziemy same decydowały o swoim losie. Odtąd nikt inny – ani nasi rodzice, ani szefowie, nie mówiąc już o hordzie krnąbrnych dziesięciolatków i ich matkach – nie będzie nam mówił, co mamy robić. Nikt inny nie będzie podejmował za nas żadnych decyzji, nikt poza nami samymi.

Żadna z nas nie wyszła za mąż przed dwudziestką, w przeciwieństwie do wszystkich naszych koleżanek z liceum i z college’u. Żadnej z nas panieństwo nie przeszkadza. Mój dawny cel – poślubienie Kevina – przestał mieć znaczenie. To było pragnienie młodej kobiety – właściwie dziewczyny. Dziewczyny, którą już nie jestem.

Z biegiem lat uświadomiłam sobie, że brak męża daje nam, pannom, pewną dozę wolności i ekscentryczności, których brakuje innym kobietom w naszym wieku. Zupełnie jak nietuzinkowy naszyjnik, który przyciąga wzrok w dziale biżuterii w domu towarowym – właśnie ten składający się z kolorowych, różnorodnych paciorków, a nie tradycyjny, monotonny sznur pereł.

„Na co komu mężczyźni? – pytamy z Friedą zgodnym chórem. – Na co komu dzieci?” Uśmiechamy się znacząco, patrząc na rodziny w samochodach kombi, i oddychamy z ulgą, że nigdy nie wpadłyśmy w tę pułapkę.

Takie życie już od dawna nie kusi żadnej z nas.

Dzisiejszy dzień nie należy do najłatwiejszych. Rano mamy tylko dwóch klientów, a każdy z nich kupuje po egzemplarzu tej nowej powieści Bradbury’ego – ta książka to wschodząca gwiazda na naszej skromnej liście bestsellerów. Po południu przychodzi parę osób, aby poszperać na półkach, a kilka innych pyta, czy mamy Milczącą wiosnę Rachel Carson – to książka o zagrożeniach wynikających ze stosowania pestycydów. W tym roku drukowano ją w tygodniku „New Yorker” w postaci serii esejów, a pod koniec bieżącego miesiąca do księgarń ma trafić ich zbiór. Milcząca wiosna jest pozycją, na którą czeka wielu czytelników, ale niestety jej pierwsze egzemplarze dotrą do naszej księgarni dopiero w ostatnim tygodniu września.

Przez cały dzień Frieda jest podenerwowana. Jej nastrój najwidoczniej mi się udziela, bo zauważam, że drżą mi ręce, choć dzisiaj wypiłam tylko dwie filiżanki kawy. A może to skutek mojego snu, o którym wciąż nie mogę zapomnieć.

– Muszę się stąd wyrwać – mówi Frieda o wpół do piątej. – Mam dość jak na jeden dzień. Pozamykasz?

Potakuję i patrzę, jak wychodzi. Przed sklepem zapala papierosa i odchodzi, wyraźnie podminowana.

– Przykro mi, siostro – szepczę, choć już nie może mnie usłyszeć. – Przykro mi, że idzie nam coraz gorzej.

I wtedy gdy rolety w oknach są już opuszczone, a ja wyjmuję skromną sumkę z kasy, aby przenieść ją do sejfu na zapleczu, nagle coś sobie przypominam.

Wiem, gdzie wcześniej słyszałam to imię. Lars.

To było jakieś osiem lat temu, niedługo po tym, jak zaczęłam używać imienia Katharyn, tuż przed otwarciem Dwóch Sióstr. Wtedy z wielkim zainteresowaniem czytywałam dział drobnych ogłoszeń w „Denver Post”. W końcu zamieściłam tam swoje ogłoszenie. Uznałam, że po zmianie pracy i imienia będzie to kolejna odważna rzecz, jaką zrobię w ramach własnej metamorfozy.

Lars był jednym z mężczyzn, którzy odpowiedzieli na moje ogłoszenie. Kiedy teraz o tym myślę, dochodzę do wniosku, że Lars był właśnie tym mężczyzną.

Chodzi o to, że należał do ośmiu czy dziewięciu kandydatów wybranych z około dwudziestu, z którymi rozmawiałam przez telefon, i do tych kilku, z którymi umówiłam się na randkę (z żadnym nie spotkałam się po raz drugi i raczej tego nie żałowałam) – z tych wszystkich mężczyzn Lars był jedynym, o którym pomyślałam, że mógłby zostać moim wybrankiem.

Jak wszyscy inni, Lars napisał do mnie list, w którym się przedstawił. Ale w przeciwieństwie do innych listów, które otrzymałam, nie składał się on z kilku linijek nabazgranych na kawałku papieru bez większego zastanowienia. Byłam pewna, że napisanie tego listu zajęło mu sporo czasu i wymagało z jego strony refleksji.

Lubię przechowywać różne rzeczy. Mam w domu pokaźną szafkę na dokumenty i trzymam w niej każdy kawałek papieru, który kiedykolwiek coś dla mnie znaczył. Mam tam listy, przepisy, plany podróży, artykuły prasowe – wszyściuteńko.

Nic więc dziwnego, że kiedy pędzę po pracy do domu i przeglądam całą tę kolekcję, szybko znajduję teczkę z napisem „Odpowiedzi na ogłoszenie”. W środku jest kilka listów i karteczek z imionami i numerami telefonów. Jest też pożółkły wycinek z gazety z moim ogłoszeniem:

Panna, lat 30, Denver. Optymistka wierząca w siebie, rodzinę, przyjaciół i swoje zdolności. Uczciwa, prostolinijna, lojalna. Szuka dżentelmena wesołego, lecz nie lekkomyślnego. Z zainteresowaniami (aktywny wypoczynek, muzyka, książki). Powinien cenić rodzinę i ciepło domowego ogniska, ale także lubić przygody, podróże i zabawę. Jeśli taki jesteś, napisz do mnie.

Myślę o tym, co napisałam w swoim ogłoszeniu. Jak zaprezentowałam się światu. Teraz widzę, jak zmieniłam się od tamtego czasu. Wtedy myślałam jeszcze o małżeństwie. Kevin zniknął z mojego życia kilka lat wcześniej, ale myśl o znalezieniu kogoś odpowiedniego, z kim mogłabym ułożyć sobie życie i stworzyć rodzinę – cóż, najwyraźniej w pięćdziesiątym czwartym ta myśl wciąż chodziła mi po głowie.

To, co mam teraz – księgarnię, niezależność, życie pracującej, niezamężnej kobiety… Cóż, może i chciałam założyć wspólny interes z Friedą. Po tej katastrofie, jaką skończyła się moja kariera nauczycielki, chyba zapragnęłam otoczyć się książkami i żyć na moich warunkach.

Najwyraźniej jednak nie spodziewałam się, że moje życie potoczy się w taki sposób, w jaki faktycznie się potoczyło.

Przerzucam resztę kartek w teczce i w końcu znajduję list od Larsa:

Szanowna Pani,

wiem, że mnie Pani nie zna, i wiem, że większość ludzi uważa ten sposób zapoznawania się za niemądry. Słyszałem, że to nigdy nie kończy się powodzeniem. W zasadzie zgadzam się z tą opinią, bo nie znam zbyt wielu osób, którym to się udało. Ale przeczytałem Pani ogłoszenie (szczerze mówiąc, przeczytałem je ze dwanaście razy) i na podstawie Pani opisu przypuszczam, że moglibyśmy do siebie pasować.

Napisała Pani, że szuka kogoś wesołego, lecz nie lekkomyślnego. Oto kilka moich ulubionych zajęć: lubię odwiedzać siostrzeńca i siostrzenicę i grać z nimi w piłkę na ulicy. Proszę się nie martwić, gramy miękką piłką i jeszcze nie zdarzyło nam się rozbić szyby w samochodzie – dzieci mają dwanaście i osiem lat, więc uważają na nadjeżdżające pojazdy. Lubię też majsterkować. Kiedy dzieci siostry były jeszcze małe, zbudowałem dla nich huśtawkę na podwórku za domem. Zrobiłem budę dla psa mojego znajomego, aby zwierzę nie musiało spędzać nocy na chłodzie. Być może trudno uznać te rzeczy za wesołe, ale sprawiają innym przyjemność i wtedy się uśmiecham.

Wspomniała Pani o podróżach. Dotąd nie miałem okazji, by podróżować tak często, jakbym chciał. Moja rodzina wyemigrowała ze Szwecji do Stanów Zjednoczonych, kiedy byłem nastolatkiem. Musiałem ciężko pracować, aby poradzić sobie w nowym kraju, ale teraz sprawy mają się lepiej i stać mnie na wygodniejsze życie. Mam nadzieję, że w przyszłości będę częściej podróżował po kraju i wyjeżdżał za granicę. Była Pani w Europie? Ja nie odwiedzałem Starego Świata od czasu wyjazdu ze Szwecji, ale chciałbym kiedyś jeszcze raz tam pojechać, najchętniej w towarzystwie kogoś, kto umiałby docenić jego piękno i historię.

Lubię także amerykański sport, a zwłaszcza baseball. Być może to Pani nie interesuje, bo w ogłoszeniu nie wspomina Pani o sporcie. Mam jednak nadzieję, że jeśli się spotkamy i lepiej poznamy, wybaczy mi Pani tę słabość. Podobno baseball to narodowa rozrywka Amerykanów, a skoro sam jestem teraz Amerykaninem, ten sport stał się także moim ulubionym hobby.

Cieszę się, że nie wahała się Pani napisać, iż szuka mężczyzny, który chce założyć rodzinę. Mam wrażenie, że wiele kobiet boi się do tego przyznać, jakby uważały, że wtedy mężczyźni nie będą nimi zainteresowani. Być może wynika to z faktu, że często mężczyźni (zwłaszcza w pewnym wieku) są albo niezdecydowani, albo stanowczo nie chcą mieć dzieci. Ja myślę inaczej. Zawsze chciałem założyć rodzinę i mam nadzieję, że nie jest na to za późno! (Mam dopiero 34 lata, więc chyba mam dość czasu).

Właśnie dlatego Pani ogłoszenie zwróciło moją uwagę. Mam nadzieję, że Pani odpisze. Bardzo chciałbym Panią poznać.

Z wyrazami szacunku

Lars

Czytam ten list po raz drugi. Wpatruję się w numer telefonu, który widnieje w postscriptum. A potem przeglądam treść listu jeszcze parę razy. Oczywiście, żaden z niego Szekspir. Ale to jasne, dlaczego chciałam go poznać. Jego słowa coś w sobie miały; wystarczyło tych kilka akapitów, abym wyczuła, że coś nas łączy.

Później, krojąc warzywa na obiad, dzwonię do Friedy. Boję się, że wciąż będzie w złym humorze, ale muszę z nią porozmawiać. Być może – myślę, wykręcając numer – ten żwawy spacer rozjaśnił jej umysł.

Odbiera po trzecim dzwonku, a słysząc mój głos, pyta:

– Stęskniłaś się za mną? Wiem, wiem, nie widziałyśmy się od prawie dwóch godzin.

Wybucham śmiechem.

– Oczywiście – odpowiadam. – Ale dzwonię też z innego powodu. – I dodaję, nie owijając w bawełnę: – Pamiętasz faceta o imieniu Lars? Z ogłoszenia. – Nie odpowiada, więc powtarzam pytanie.

– Zastanawiam się – mówi Frieda. – Był twój czy mój?

Po przejrzeniu kilku pierwszych odpowiedzi na moje ogłoszenie zdałam sobie sprawę, że nie każdy piszący będzie nadawał się na mojego adoratora. Jeden z wiele mówiących listów obwieszczał zwięźle: „Jestę fspaniały. Zadzwoń do mńe”. Nie był to, niestety, przypadek odosobniony.

Były też inne listy, których autorzy – choć zdołali sklecić kilka prostych zdań – nie wzniecili we mnie iskierki zainteresowania. Z różnych powodów: jeden za wysoki, drugi gaduła, jeszcze inny zbyt ugrzeczniony.

Pewnego wieczoru Frieda wpadła z wizytą i wspólnie przejrzałyśmy wszystkie listy po kolei. Podzieliłyśmy je na trzy stosy: „Kitty”, „Frieda” i „Do wyrzucenia”. Na mój stosik trafiły listy, które mnie zaintrygowały.

– W końcu to moje ogłoszenie – powiedziałam ze śmiechem. – Zaklepuję sobie najlepszych.

Na drugi stosik trafiły zatem te listy, które mnie nie poruszyły. Frieda wybrała sobie kilka z nich, aby skontaktować się z ich autorami.

– Czemu nie? – stwierdziła. – Inaczej wylądują tutaj. – I machnęła ręką w stronę kupki „Do wyrzucenia”.

Jak na ironię, miała więcej szczęścia niż ja. Umówiła się na kilka randek i nawet przez kilka miesięcy była w związku z mężczyzną poznanym właśnie przez moje ogłoszenie. Myślałam, że przerodzi się to w coś poważnego, ale widać nie było im to pisane. Mówiąc mi, że zerwali ze sobą, Frieda nonszalancko wzruszyła ramionami.

– Czegoś mu brakowało – oświadczyła. – Nie miał o mnie tak wysokiego mniemania jak ty, Kitty.

Imię mojej najlepszej przyjaciółki mogłoby komuś sugerować, że ma szorstkie, rude włosy i jest nieco egocentryczna jak Frieda z komiksu Fistaszki. Ale choć moja Frieda bywa zadufana w sobie – jak każdy z nas – to jednak wyglądem w niczym nie przypomina tej bohaterki historyjek obrazkowych. Wysoka, o długich, prostych, ciemnych włosach, stanowi niemal moje przeciwieństwo. Jest wysportowana i silna; w liceum grała w softball i należała do drużyny pływackiej, a obecnie kilka razy w tygodniu chodzi na basen przy hali sportowej Uniwersytetu w Denver. Nawiązuje rozmowę z każdą napotkaną osobą, z nastolatką sprzedającą bilety w kinie Vogue i ze zdezorientowanym przechodniem, który wstępuje do naszej księgarni, aby zapytać o drogę do zupełnie innej części miasta. Inni sklepikarze na naszej ulicy mówią o Friedzie „handlarka”. Ja jestem „molem książkowym”.

– Lars był jednym z moich – odpowiadam teraz. – Wiem, że moich nie pamiętasz aż tak dobrze.

Wybucha śmiechem.

– Ledwo pamiętam zeszły tydzień, a ty chcesz, żebym przypomniała sobie, z kim się umawiałaś… Kiedy to było? Osiem lat temu?

Wyjmuję z lodówki marchewkę i zaczynam ją obierać.

– Miałam nadzieję, że coś pamiętasz.

– Dlaczego? Spotkałaś go gdzieś?

– W pewnym sensie. – Ale nie wyjaśniam, co mam na myśli, bo nawet Friedzie mogłoby się to wydać dziwaczne.

– Zamieściłaś kolejne ogłoszenie?

– Nie, nic z tych rzeczy. – Kroję marchewkę w talarki. – Słuchaj, muszę kończyć. Robię obiad. Zobaczymy się jutro.

Rozłączam się i jeszcze raz czytam list od Larsa i moje ogłoszenie. Czytam je raz za razem, odkąd wróciłam z pracy.

I nagle przypominam sobie coś jeszcze. Rozmawialiśmy. Rozmawialiśmy przez telefon.

Tylko jeden raz. Zadzwoniłam do niego, bo w tej nietypowej sytuacji było to najrozsądniejsze, co mogłam zrobić – tak orzekła Frieda.

– W ten sposób – powiedziała – nawet jeśli któryś z nich zacznie bredzić, jakby przed chwilą uciekł z wariatkowa, nic wielkiego się nie stanie. Przecież nie będą mogli oddzwonić.

Zatem tamtego wieczoru, kiedy kilkakrotnie przeczytałam list od Larsa, wzięłam głęboki oddech, podniosłam słuchawkę i wykręciłam numer, który mi przysłał. Odebrał natychmiast.

– Mówi… Katharyn – powiedziałam, wypróbowując swoje nowe imię. Poczułam rześkość i mrowienie na języku, jakbym ssała miętówkę. – Z… ogłoszenia.

– Katharyn. – W jego ustach to imię brzmiało magicznie, wyjątkowo. – Wiedziałem, że to pani dzwoni.

Trochę mnie to przestraszyło.

– Skąd pan wiedział? – spytałam nerwowo.

Roześmiał się. Miał przyjemny śmiech.

– Po prostu wiedziałem.

Przyciszyłam radio, żeby wyraźniej słyszeć jego głos w słuchawce. Wielkie nieba, teraz pamiętam, kiedy ta piosenka Rosemary Clooney była na szczytach list przebojów.

Słyszałam ją w radiu właśnie tamtego wieczoru, kiedy rozmawialiśmy przez telefon.

„Czyjeś roziskrzone oczy” – oczywiście!

Lars zapytał, jak mi minął dzień, co robiłam w pracy.

– Tak się składa, że właśnie zmieniam pracę – odparłam, a potem opowiedziałam mu o księgarni, którą planowałyśmy otworzyć za kilka tygodni.

– Bardzo ekscytująca perspektywa – uznał. – Imponuje mi pani, Katharyn.

Imponuję. Jestem pewna, że nigdy wcześniej nikt tak o mnie nie powiedział. Mądra, tak. Życzliwa, jak najbardziej. Ale że mogę komuś imponować? Chyba nawet ja sama nigdy bym tak o sobie nie pomyślała.

– Ja też myślę o tym, aby otworzyć coś swojego – dodał Lars. – Ale nie jest to tak pasjonujące, jak pani plan. Zwykłe biuro architektoniczne.

Roześmiałam się.

– Mnie to się wydaje bardzo pasjonujące – powiedziałam. – Jak pan trafił do tej branży?

– Och, zajmuję się tym od lat – odparł. – Zawsze lubiłem budować. W Szwecji mój ojciec był stolarzem, a ja pomagałem mu w pracy. W takim małym miasteczku, w jakim mieszkaliśmy, gdy budujesz komuś dom, najpierw musisz go zaprojektować. Tutaj, po śmierci rodziców, pracowałem dorywczo. W końcu zaoszczędziłem dość pieniędzy, aby pójść na studia. Wtedy już wiedziałem, że chcę studiować architekturę. College skończyłem dość późno, w czterdziestym czwartym, kiedy miałem już dwadzieścia cztery lata. Znalazłem pracę w małej firmie w moim mieście, a reszta poszła jak z płatka.

– W czterdziestym czwartym. – Zastanawiałam się przez chwilę. – Nie służył pan w wojsku? – Wszyscy moi znajomi, Kevin i inni młodzi ludzie, których znałam z liceum, ze studiów na Uniwersytecie w Denver, z kościoła i z sąsiedztwa, w czterdziestym czwartym służyli w wojsku.

Milczał przez chwilę.

– Larsie? Jest pan tam jeszcze? – spytałam łagodnie.

– Nie mogłem służyć – odparł cicho. – Miałem kategorię E.

– Dlaczego?

Słyszałam, jak bierze głęboki wdech i powoli wypuszcza powietrze.

– Mam chore serce… arytmię – odparł i szybko dodał: – To nie takie straszne, jak się wydaje. Ale oznacza, że… moje serce… bije nieregularnie. – Znowu na chwilę umilkł. – To znaczy, że mam słabe serce.

Teraz ja milczałam. Pomyślałam o moim ojcu, największym patriocie, jakiego kiedykolwiek znałam. W czasie wojny jego fabryka strajkowała, a on jako jedyny robotnik przemaszerował przez kordon pikietujących i poszedł pracować ramię w ramię z zatrudnionymi na miejsce strajkujących. Jakiś czas wcześniej fabryka przerwała produkcję liczników energii elektrycznej, a robotnicy zajmowali się montażem sprzętu elektronicznego w ramach cywilnej pomocy na rzecz wojny. Ojciec powiedział, że to, co zrobił, aby pomóc naszym żołnierzom, było warte więcej niż kilka dodatkowych centów w kieszeni. Zastanawiałam się, co pomyślałby o mnie, gdyby się dowiedział, że spotykam się z mężczyzną, który w czasie wojny został w domu ze względu na kategorię E.

– Katharyn?

– Tak?

– Czy to pani nie przeszkadza? Że nie walczyłem?

Milczałam jeszcze przez kilka sekund. A potem odpowiedziałam:

– Cóż, przecież nie mógł pan nic na to poradzić. Proszę opowiedzieć mi więcej o swojej pracy architekta – dodałam z uśmiechem.

– Zajmuję się projektami komercyjnymi – wyjaśnił. – Biurowcami i tym podobnymi budynkami. Nie jest to praca tak prestiżowa, jak projekty mieszkaniowe, ale jest na nią większe zapotrzebowanie. Dzisiaj mnóstwo domów buduje się z prefabrykatów, według jednego wzoru. Chciałbym kiedyś zaprojektować i wybudować swój własny niepowtarzalny dom. – Westchnął. W jego głosie wyraźnie czułam wielką żarliwość. Opowiedział mi jeszcze o biurze architektonicznym, które planował założyć. – Umiem tyle samo, co szefowie firmy, w której obecnie pracuję – wyjaśniał. – Jedyne, co nas od siebie różni, to nazwisko na wizytówce na drzwiach i suma na pasku wypłaty.

– Świetnie! – odparłam i mówiłam to szczerze. Podziwiałam go za to pragnienie, by zacząć pracę na własny rachunek. Wiedziałam z doświadczenia, własnego i Friedy, że już sama myśl o takim skoku na głęboką wodę jest niezwykle trudna.

Rozmawialiśmy przez ponad godzinę. W końcu zauważyłam, że robi się późno.

– Było mi naprawdę miło – powiedział Lars. – Chętnie jeszcze bym z panią porozmawiał, Katharyn.

Zawahałam się chwilę, a potem wypaliłam:

– Może lepiej byłoby się spotkać? Zamiast znowu rozmawiać przez telefon. Powinniśmy się poznać osobiście i wtedy zobaczymy, jak się sprawy potoczą.

– Naprawdę? – Wydawał się zaskoczony.

– Oczywiście.

– Cóż, w takim razie, Katharyn, umówmy się na randkę. – I umówiliśmy się na kawę za dwa dni wieczorem.

– No dobrze – powiedział, kiedy już to ustaliliśmy. – Czyli teraz chyba się pożegnamy.

– Chyba tak.

– Katharyn…

Chwila ciszy.

– Tak?

– Nic… – odparł łagodnie. – Ja tylko… Naprawdę bardzo się cieszę na to spotkanie.

– Ja także.

Umilkł, słyszałam tylko jego przyspieszony oddech.

– Czy coś jeszcze…? – spytałam.

– Nie, ja… – odparł powoli. – Nie, raczej nie. Dobranoc.

– Dobranoc – pożegnałam się i oboje się rozłączyliśmy.

Siedzę przy biurku, wyglądając przez okno. W ręku trzymam listy, kilka innych kartek i teczkę. Zaciskam usta, czując, jak wzbiera we mnie złość.

Bo właśnie coś sobie przypomniałam.

Lars nie przyszedł na naszą randkę.

* Około 29 stopni Celsjusza (przyp. tłum.).

** 10 stopni Celsjusza (przyp. tłum.).

Rozdział 3

Wiem, to głupie. Takie rzeczy są pewnie na porządku dziennym. Umawianie się z kimś z ogłoszenia to niepewna sprawa. Dostałam nauczkę, że świat pełen jest różnych dziwaków – mężczyzn, którzy wydają się zupełnie normalni, gdy czytasz ich listy albo nawet rozmawiasz z nimi przez telefon, ale wystarczy znaleźć się z nimi w jednym pomieszczeniu, a od razu wyczuwasz, że coś jest nie tak. Może nie wiedzą, co to znaczy być dżentelmenem. Może już kogoś mają. Może wydaje im się, że chcą się z kimś związać, choć w rzeczywistości chcą tylko zapewnić matkę, siostrę albo jeszcze kogoś innego, że się starają. Jednak w głębi ducha chcą, by zostawiono ich w spokoju. Ostatnie, czego pragną, to stała dziewczyna lub, Boże uchowaj, żona.

Byłam więc rozczarowana, ale nie zaskoczona, kiedy tamtego wieczoru, osiem lat temu, siedziałam samotnie w kawiarni, sącząc kawę i czekając piętnaście minut, dwadzieścia, trzydzieści pięć. Przyglądałam się ludziom za oknem: spacerującym parom, starszym paniom z pieskami na smyczkach wysadzanych kryształami górskimi, matkom z pucułowatymi bobasami w wózkach. Zastanawiałam się, czy Lars nie siedzi skulony w samochodzie zaparkowanym po przeciwnej stronie ulicy, skąd może mnie obserwować. Być może uznał na podstawie mojego wyglądu – który wcale nie był taki zły, bo przecież po południu byłam u fryzjera, a przed wyjściem z domu starannie umalowałam usta – że nie warto tracić godziny na kawę ze mną.

W końcu, po dwóch dolewkach kawy, wstałam, ubrałam się i wyszłam z kawiarni z wysoko uniesioną głową i dzielnym uśmiechem na twarzy. Jeśli naprawdę mnie obserwował, chciałam, by wiedział, że się nie przejęłam.

Po kolacji przez godzinę porządkuję sypialnię. Zdzieram taśmę malarską, którą przed malowaniem sypialni okleiłam okna i listwy przypodłogowe, zbieram rozłożone na podłodze gazety oraz zawieszam zasłony i rolety. Kusi mnie, by samodzielnie poprzesuwać meble, ale koniec końców stwierdzam, że nie warto. Wskakuję do łóżka i choć zasypiam błyskawicznie, początkowo nic mi się nie śni.

A potem nagle przenoszę się do sypialni z zieloną tapetą na ścianach. Szarawe światło poranka sączy się do środka, a przez drzwi prowadzące na taras widzę, że znowu pada śnieg. Czy tu zawsze pada śnieg?

Leżymy na łyżeczkę, a Lars obejmuje mnie prawą ręką w pasie. Czuję jej ciężar na moim ciele i ciepły oddech na szyi.

Obracam się ostrożnie, aby na niego spojrzeć.

„Kim jesteś? – pytam w myślach, bojąc się wypowiedzieć te słowa na głos, aby go nie obudzić. – I co ja tu z tobą robię?”

Otwiera te swoje olśniewające, błękitne oczy, jakby mnie usłyszał.