Wydawca: Albatros Kategoria: Sensacja, thriller, horror Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 784 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Wyścig z czasem - Tom Clancy

Jack Ryan senior i Jack Ryan junior. Ojciec i syn. Pierwszy, były analityk i wicedyrektor CIA, były prezydent USA z ramienia Partii Republikańskiej, ponownie ubiega się o najwyższy urząd. Drugi, analityk w prywatnej kancelarii prawniczej Hendley Associates, w rzeczywistości działającej pod przykrywką, poza kontrolą CIA, supertajnej amerykańskiej agencji wywiadowczej zwanej Campusem, przechodzi intensywny trening w zakresie sztuk walki. Jego marzeniem jest stać się pełnowartościowym agentem operacyjnym, który działa nie zza biurka, lecz w terenie, tropiąc i likwidując najgroźniejszych terrorystów świata. Kontrkandydat Ryana w wyborach prezydenckich, urzędujący prezydent Ed Kealty, oraz jego sponsor, utrzymujący kontakty z rosyjską FSB miliarder Paul Laska, postanawiają zapewnić sobie zwycięstwo, dyskredytując przeciwnika przez obciążenie go odpowiedzialnością za rzekome zabójstwo popełnione przez Johna Clarka. Odznaczony Medalem Honoru Clark, weteran CIA, obecnie agent Campusu, bliski przyjaciel Ryana, został w okresie jego prezydentury ułaskawiony za czyny, jakich dopuścił się, pracując dla Agencji. Teraz, na polecenie Kealty'ego, zostaje umieszczony na liście najgroźniejszych przestępców Ameryki; jest ścigany przez policję, agencje wywiadowcze i FBI. Równolegle toczy się walka na innym froncie. Agenci Campusu na czele z Jackiem Ryanem juniorem usiłują pokrzyżować plany Riaza Rehana, generała pakistańskiego wywiadu ISI, w rzeczywistości islamskiego fundamentalisty i terrorysty ukrywającego się pod wieloma tożsamościami. Rehan wszedł w posiadanie bomb jądrowych; szantażuje nimi Moskwę, próbuje doprowadzić do wybuchu wojny między Indiami a Pakistanem. Losy świata wiszą na włosku...

Opinie o ebooku Wyścig z czasem - Tom Clancy

Fragment ebooka Wyścig z czasem - Tom Clancy

Wydanie elektroniczne

TOM CLAN­CY

Świa­to­wej sła­wy pi­sarz ame­ry­kań­ski opi­su­ją­cy re­alia współ­cze­snej geo­po­li­ty­ki, ku­li­sy dzia­ła­nia agen­cji rzą­do­wych i ar­mii. Współ­za­ło­ży­ciel fir­my Red Storm En­ter­ta­in­ment pro­du­ku­ją­cej gry vi­deo in­spi­ro­wa­ne jego wła­sną twór­czo­ścią. Na­zwi­sko Clan­cy’ego fi­gu­ru­je tak­że na se­rii pro­duk­tów li­cen­cjo­no­wa­nych – ksią­żek, fil­mów te­le­wi­zyj­nych i gier – luź­no opar­tych na jego po­my­słach. Do­ro­bek li­te­rac­ki pi­sa­rza to książ­ki nie­be­le­try­stycz­ne na te­mat sił zbroj­nych Sta­nów Zjed­no­czo­nych oraz kil­ka­na­ście po­wie­ści sen­sa­cyj­nych prze­ło­żo­nych na wie­le ję­zy­ków, m.in. Po­lo­wa­nie na „Czer­wo­ny Paź­dzier­nik”, Czer­wo­ny Sztorm, Czas pa­trio­tów, Suma wszyst­kich stra­chów, Kar­dy­nał z Krem­la, Prze­ciw wszyst­kim wro­gom, Wy­ścig z cza­sem i Thre­at Vec­tor. Bo­ha­te­rem więk­szo­ści z nich jest Jack Ryan – hi­sto­ryk i ana­li­tyk CIA, póź­niej­szy pre­zy­dent USA. W kil­ku wy­so­ko­bu­dże­to­wych pro­duk­cjach fil­mo­wych po­stać tę za­gra­li ko­lej­no Alec Bal­dwin, Har­ri­son Ford i Ben Af­fleck.

Tego au­to­ra

PO­LO­WA­NIE NA „CZER­WO­NY PAŹ­DZIER­NIK”

CZAS PA­TRIO­TÓW

SUMA WSZYST­KICH STRA­CHÓW

KAR­DY­NAŁ Z KREM­LA

PRZE­CIW WSZYST­KIM WRO­GOM

WY­ŚCIG Z CZA­SEM

www.tomc­lan­cy.com

Ty­tuł ory­gi­na­łu:

LOC­KED ON

Co­py­ri­ght © Ru­bi­con Inc. 2011

All ri­ghts re­se­rved

Pu­bli­shed by ar­ran­ge­ment with G.P. Put­nam’s Sons, a mem­ber of Pen­gu­in Gro­up (USA) Inc.

Po­lish edi­tion co­py­ri­ght © Wy­daw­nic­two Al­ba­tros A. Ku­ry­ło­wicz 2013

Po­lish trans­la­tion co­py­ri­ght © Grze­gorz Ko­ło­dziej­czyk 2013

Re­dak­cja: An­drzej Du­dziuk

Kon­sul­ta­cja woj­sko­wa: Mi­chał An­drze­jew­ski

Pro­jekt gra­ficz­ny okład­ki: An­drzej Ku­ry­ło­wicz

ISBN 978-83-7885-066-3

Wydawca

WYDAWNICTWO ALBATROS A. KURYŁOWICZ

Hlonda 2a/25, 02-972 Warszawa

www.wydawnictwoalbatros.com

Niniejszy produkt jest objęty ochroną prawa autorskiego. Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku osobę, która wykupiła prawo dostępu. Wydawca informuje, że publiczne udostępnianie osobom trzecim, nieokreślonym adresatom lub w jakikolwiek inny sposób upowszechnianie, kopiowanie oraz przetwarzanie w technikach cyfrowych lub podobnych – jest nielegalne i podlega właściwym sankcjom.

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.

1

Ro­syj­ska na­zwa he­li­kop­te­ra bo­jo­we­go Ka­mow-50 brzmi Czer­na­ja Aku­ła, czy­li Czar­ny Re­kin. Jest ona na­der traf­na, al­bo­wiem ma­szy­na cha­rak­te­ry­zu­je się opły­wo­wą syl­wet­ką, szyb­ko­ścią oraz zwrot­no­ścią. Jed­nak­że naj­istot­niej­szą jego ce­chę sta­no­wi nad­zwy­czaj­na spraw­ność w nisz­cze­niu wy­bra­nych ce­lów.

Przed świ­tem ze ścia­ny mgły wy­nu­rzy­ły się dwa Czar­ne Re­ki­ny i po­mknę­ły przez bez­k­się­ży­co­we nie­bo z pręd­ko­ścią trzy­stu sie­dem­dzie­się­ciu ki­lo­me­trów na go­dzi­nę, za­le­d­wie dzie­sięć me­trów nad dnem do­li­ny. Prze­my­ka­ły w ciem­no­ści, two­rząc nie­rów­ny szyk; ich re­flek­to­ry były zga­szo­ne. Le­cąc w wą­wo­zie tuż nad wy­schnię­tym ło­ży­skiem stru­mie­nia, zmie­rza­ły do od­da­lo­nej o trzy­dzie­ści ki­lo­me­trów na pół­noc­ny za­chód wio­ski Ar­gwa­ni, naj­bliż­szej więk­szej osa­dy w za­chod­niej czę­ści Da­ge­sta­nu.

Współ­o­sio­we wir­ni­ki he­li­kop­te­rów, ob­ra­ca­ją­ce się w prze­ciw­nych kie­run­kach, cię­ły roz­rze­dzo­ne gór­skie po­wie­trze. Nie­ty­po­wa kon­struk­cja z po­dwój­nym wir­ni­kiem po­zwa­la unik­nąć ko­niecz­no­ści za­sto­so­wa­nia śmi­gła ogo­no­we­go i spra­wia, że ma­szy­na jest szyb­sza, po­nie­waż cała moc sil­ni­ka zo­sta­je wy­ko­rzy­sta­na do na­pę­du. Dzię­ki niej he­li­kop­ter ma o je­den wraż­li­wy punkt mniej i jest bar­dziej od­por­ny na ostrzał.

Te ce­chy oraz inne, ta­kie jak sa­mo­usz­czel­nia­ją­cy się zbior­nik pa­li­wa i ka­dłub czę­ścio­wo zbu­do­wa­ny z kom­po­zy­tów, rów­nież z ke­vla­ru, czy­nią z Czar­ne­go Re­ki­na wy­jąt­ko­wo od­por­ną i śmier­cio­no­śną ma­szy­nę bo­jo­wą. Każ­dy he­li­kop­ter zmie­rza­ją­cy do celu na ro­syj­skim Kau­ka­zie Pół­noc­nym niósł na po­kła­dzie peł­ne uzbro­je­nie: czte­ry­sta pięć­dzie­siąt na­bo­jów do trzy­dzie­sto­mi­li­me­tro­we­go dział­ka za­mon­to­wa­ne­go z boku ka­dłu­ba, a pod krót­ki­mi skrzy­dła­mi czter­dzie­ści osiem­dzie­się­cio­mi­li­me­tro­wych nie­kie­ro­wa­nych ra­kiet w dwóch za­sob­ni­kach oraz dwa­na­ście kie­ro­wa­nych ra­kiet kla­sy po­wie­trze-zie­mia AT-16 za­wie­szo­nych na dwóch ko­lej­nych py­lo­nach.

Dwa le­cą­ce KA-50 były ma­szy­na­mi przy­sto­so­wa­ny­mi do lo­tów noc­nych i do­brze ra­dzi­ły so­bie w ciem­no­ści. Wy­łącz­nie dzię­ki nok­to­wi­zo­rom pi­lo­tów oraz za­mon­to­wa­nym pod ka­dłu­ba­mi ka­me­rom ter­mo­wi­zyj­nym nie zde­rza­ły się ze sobą w po­wie­trzu ani nie wpa­da­ły na skal­ne ścia­ny do­li­ny i jej po­fał­do­wa­ne dno.

Pi­lot pro­wa­dzą­cej ma­szy­ny spraw­dził, ile cza­su dzie­li go od celu.

– Siem mi­nut – po­wie­dział do mi­kro­fo­nu.

– Po­niał – od­parł ko­le­ga.

***

W wio­sce, któ­ra za sie­dem mi­nut mia­ła sta­nąć w ogniu, ko­gu­ty po­grą­żo­ne były we śnie.

Po­środ­ku sku­pi­ska za­bu­do­wań sto­ją­cych na ska­li­stym zbo­czu wzgó­rza wzno­si­ła się sto­do­ła. Isra­pil Na­bi­jew le­żał na weł­nia­nym kocu roz­ło­żo­nym na sia­nie i usi­ło­wał za­snąć. Wtu­lił gło­wę w kurt­kę i skrzy­żo­wał ra­mio­na na ła­dow­ni­cach spo­czy­wa­ją­cych na pier­si. Gę­sta bro­da chro­ni­ła po­licz­ki, ale czu­bek nosa piekł; pal­ce po­zo­sta­ły cie­płe dzię­ki rę­ka­wi­com, lecz po­wiew zim­ne­go po­wie­trza wpa­da­ją­ce­go do sto­do­ły wni­kał przez rę­ka­wy płasz­cza aż do łok­ci.

Na­bi­jew po­cho­dził z mia­sta Ma­chacz­ka­ła le­żą­ce­go na wy­brze­żu Mo­rza Ka­spij­skie­go. Prze­bie­do­wał wie­le nocy w sto­do­łach, gro­tach, na­mio­tach i oko­pach pod go­łym nie­bem, lecz wy­cho­wał się w be­to­no­wym blo­ku z elek­trycz­no­ścią, wodą, ka­na­li­za­cją i te­le­wi­zją; te­raz do­skwie­rał mu brak tych wy­gód. Mimo to żale za­cho­wy­wał dla sie­bie. Wie­dział, że ta wy­ciecz­ka jest ko­niecz­na. Wi­zy­to­wa­nie co kil­ka mie­się­cy pod­le­głych mu od­dzia­łów sta­no­wi­ło jego obo­wią­zek, czy mu się to po­do­ba­ło, czy nie.

Przy­najm­niej nie cier­piał w sa­mot­no­ści, bo nig­dy nie po­dró­żo­wał sam. W zim­nej sto­do­le schro­ni­ło się wraz z nim pię­ciu człon­ków jego ochro­ny. Pa­no­wa­ła w niej cał­ko­wi­ta ciem­ność, ale sły­szał ich chra­pa­nie, czuł odór brud­nych ciał oraz sma­ru, któ­rym za­bez­pie­czo­ne były ka­łasz­ni­ko­wy. Po­zo­sta­łych pię­ciu, któ­rzy przy­by­li z nim z Ma­chacz­ka­ły, trzy­ma­ło war­tę na ze­wnątrz wraz z po­ło­wą miej­sco­we­go od­dzia­łu. Wszy­scy czu­wa­li, trzy­ma­jąc broń na ko­la­nach; obok każ­de­go bo­jow­ni­ka stał czaj­nik z go­rą­cą her­ba­tą.

Isra­pil miał ka­ra­bi­nek w za­się­gu ręki, sta­no­wił on jego ostat­nią li­nię obro­ny. Uży­wał wer­sji AKS-74U ze skró­co­ną lufą; była to wy­słu­żo­na, lecz sku­tecz­na broń. Prze­to­czył się na bok, od­wra­ca­jąc się od prze­cią­gu, oparł dłoń na pla­sti­ko­wym chwy­cie ka­łasz­ni­ko­wa i przy­su­nął go bli­żej. Po­wier­cił się przez chwi­lę w tej po­zy­cji, a na­stęp­nie prze­to­czył na ple­cy. Trud­no o po­czu­cie kom­for­tu, gdy ma się za­sznu­ro­wa­ne buty, pi­sto­let przy pa­sie, a na klat­ce pier­sio­wej ka­mi­zel­kę peł­ną za­pa­so­wych ma­ga­zyn­ków.

Jed­nak­że nie tyl­ko nie­wy­go­da i opo­rzą­dze­nie od­bie­ra­ły mu sen. Naj­waż­niej­szą przy­czy­nę sta­no­wi­ła cią­gła oba­wa przed ata­kiem.

Isra­pil miał świa­do­mość, że jest głów­nym ce­lem Ro­sjan; wie­dział, co o nim mó­wią: że jest przy­szło­ścią ru­chu opo­ru, przy­szło­ścią swo­je­go na­ro­du. Nie tyl­ko is­lam­skie­go Da­ge­sta­nu, lecz tak­że mu­zuł­mań­skie­go ka­li­fa­tu w re­jo­nie Kau­ka­zu.

Na­bi­jew fi­gu­ro­wał na szczy­cie li­sty ce­lów usta­lo­nej w Mo­skwie, gdyż prak­tycz­nie całe jego ży­cie wy­peł­ni­ła wal­ka z Ro­sja­na­mi. Wal­czył, od kie­dy skoń­czył je­de­na­ście lat. Pierw­sze­go wro­ga za­bił w Gór­nym Ka­ra­ba­chu w 1993 roku, ma­jąc za­le­d­wie pięt­na­ście lat. Od tej pory uśmier­cił ich wie­lu w Gro­znym, Tbi­li­si, Czi­kin­wa­li i Ma­chacz­ka­le.

Te­raz, nie skoń­czyw­szy jesz­cze trzy­dzie­stu pię­ciu lat, peł­nił funk­cję do­wód­cy ope­ra­cyj­ne­go is­lam­skiej or­ga­ni­za­cji Dża­ma­at Sza­riat, któ­rej na­zwa ozna­cza Spo­łecz­ność Pra­wa Is­lam­skie­go; do­wo­dził bo­jow­ni­ka­mi od Mo­rza Ka­spij­skie­go na wscho­dzie po Cze­cze­nię, Gru­zję i Ose­tię na za­cho­dzie. Wszy­scy wal­czy­li o to samo: wy­pę­dze­nie na­jeźdź­ców i usta­no­wie­nie sza­ria­tu.

Nie­ba­wem, in­szal­lach – z Bożą po­mo­cą – Isra­pil Na­bi­jew zdo­ła zjed­no­czyć wszyst­kie or­ga­ni­za­cje bo­jo­we na Kau­ka­zie, speł­nia­jąc tym sa­mym swo­je ma­rze­nie.

Ro­sja­nie się nie my­li­li: on na­praw­dę był przy­szło­ścią ru­chu opo­ru.

Jego na­ród tak­że o tym wie­dział, co uła­twia­ło za­da­nie Isra­pi­lo­wi. To­wa­rzy­szy­ło mu dzie­się­ciu ochro­nia­rzy oraz trzy­na­stu bo­jow­ni­ków z miej­sco­wej ko­mór­ki ru­chu opo­ru w Ar­gwa­ni, a wszy­scy z dumą od­da­li­by za nie­go ży­cie.

Znów się od­wró­cił, szu­ka­jąc ilu­zo­rycz­nej ochro­ny przed po­wie­wem chło­du; cały czas trzy­mał w ręku ka­ra­bi­nek. Na­cią­gnął weł­nia­ny koc na ra­mię i strzep­nął słom­kę, któ­ra spa­dła mu na bro­dę.

Nie­waż­ne, po­my­ślał. Miał na­dzie­ję, że przed świ­tem ża­den z jego lu­dzi nie bę­dzie mu­siał zło­żyć ży­cia w ofie­rze.

Na­bi­jew za­snął, a tym­cza­sem w ciem­no­ści na wzgó­rzu tuż obok wio­ski za­piał ko­gut.

Pia­nie ko­gu­ta za­kłó­ci­ło ko­re­spon­den­cję ra­dio­wą pro­wa­dzo­ną przez Ro­sja­ni­na ukry­te­go w wy­so­kiej tra­wie kil­ka me­trów od oka­za­łe­go pta­ka. Po­cze­kał, aż kur za­pie­je dru­gi i trze­ci raz, a na­stęp­nie przy­ło­żył do ust mi­kro­fon ra­dia przy­cze­pio­ne­go do ka­mi­zel­ki na pier­si.

– Alfa do ob­ser­wa­to­ra. Mamy cię w za­się­gu wzro­ku i za mi­nu­tę mi­nie­my two­ją po­zy­cję.

Nie otrzy­mał słow­nej od­po­wie­dzi. Ob­ser­wa­to­rzy z dru­ży­ny snaj­pe­rów mu­sie­li po­dejść na dzie­sięć me­trów do zbu­do­wa­nej z pu­sta­ków sto­do­ły, by mieć na wi­do­ku cel, któ­ry znaj­do­wał się sto me­trów da­lej. Prze­by­wa­li tak bli­sko wro­ga, że nie wol­no im było od­zy­wać się na­wet szep­tem. Ob­ser­wa­tor na­ci­snął dwa razy kla­wisz na­daj­ni­ka, wy­sy­ła­jąc dwa klik­nię­cia po­twier­dza­ją­ce, że ode­brał wia­do­mość od Alfy.

Nie­co wy­żej na stro­mym zbo­czu wzgó­rza kry­ło się ośmiu męż­czyzn. Usły­sze­li klik­nię­cia i po­wo­li za­czę­li się zbli­żać.

Oni oraz dwu­oso­bo­wy ze­spół snaj­pe­rów słu­ży­li w ro­syj­skiej Fe­de­ral­nej Służ­bie Bez­pie­czeń­stwa. Ści­śle rzecz bio­rąc, od­dział pod­le­gał dy­rek­to­ria­to­wi Alfa Cen­trum Ope­ra­cji Spe­cjal­nych wcho­dzą­ce­go w skład FSB. Do gru­py Alfa, naj­bar­dziej eli­tar­nej jed­nost­ki ro­syj­skie­go spec­na­zu, na­le­że­li żoł­nie­rze wy­szko­le­ni w pro­wa­dze­niu ope­ra­cji an­ty­ter­ro­ry­stycz­nych, ra­to­wa­niu za­kład­ni­ków, wal­ce w mie­ście oraz wie­lu in­nych ro­dza­jach dzia­łań bo­jo­wych.

Wszy­scy człon­ko­wie od­dzia­łu mie­li rów­nież do­świad­cze­nie al­pi­ni­stycz­ne i dys­po­no­wa­li znacz­nie więk­szy­mi umie­jęt­no­ścia­mi niż te, któ­re były po­trzeb­ne do dzi­siej­szej ak­cji. Góry, któ­re wzno­si­ły się na pół­noc od wio­ski, znacz­nie prze­wyż­sza­ły wzgó­rza le­żą­ce nad do­li­ną.

Jed­nak to inne ele­men­ty wy­szko­le­nia spra­wia­ły, że lu­dzie ci ide­al­nie nada­wa­li się do tej mi­sji: spraw­nie wła­da­li wszel­ki­mi ro­dza­ja­mi bro­ni pal­nej oraz bia­łej, po­tra­fi­li wal­czyć wręcz oraz uży­wać ma­te­ria­łów wy­bu­cho­wych. Od­dział Alfa skła­dał się z wy­se­lek­cjo­no­wa­nych bez­względ­nych za­bój­ców. Byli ubra­ni na czar­no i po­ru­sza­li się bez­sze­lest­nie.

Szli z wol­na w ciem­no­ści, ich zmy­sły po­zo­sta­wa­ły w sta­nie po­bu­dze­nia, mimo że oni sami od­czu­wa­li tru­dy po­dró­ży. Po­dej­ście do celu od­by­ło się w spo­sób nie­za­kłó­co­ny; w cza­sie sze­ścio­go­dzin­ne­go mar­szu przez las do punk­tu do­ce­lo­we­go wi­dzie­li je­dy­nie zwie­rzę­ta: kro­wy śpią­ce na sto­ją­co lub pa­są­ce się bez nad­zo­ru na łą­kach, lisy prze­my­ka­ją­ce w li­sto­wiu, a na­wet ko­zły skal­ne z wiel­ki­mi ro­ga­mi na gór­skich prze­łę­czach.

Ko­man­do­si z gru­py Alfa nie pierw­szy raz zna­leź­li się w Da­ge­sta­nie, choć mie­li więk­sze do­świad­cze­nie w dzia­ła­niach w po­bli­skiej Cze­cze­nii, gdzie było wię­cej ter­ro­ry­stów; jed­nak or­ga­ni­za­cja Dża­ma­at Sza­riat ro­bi­ła dużo, aby do­rów­nać swo­im mu­zuł­mań­skim po­bra­tym­com są­sia­du­ją­cym z nimi od za­cho­du. W Cze­cze­nii było wię­cej gór i la­sów, a głów­ne ogni­ska kon­flik­tu w Da­ge­sta­nie znaj­do­wa­ły się na te­re­nach miej­skich, lecz w tej oko­li­cy róż­ni­ce się ni­we­lo­wa­ły. Cia­sne sku­pi­sko za­bu­do­wań ze wszyst­kich stron ota­cza­ły le­si­ste wzgó­rza po­cię­te dro­ga­mi, wzdłuż któ­rych bie­gły rowy od­pro­wa­dza­ją­ce desz­czów­kę do rze­ki.

Ki­lo­metr przed ce­lem żoł­nie­rze zdję­li ple­ca­ki z trzy­dnio­wym za­pa­sem pro­wian­tu i wy­rzu­ci­li z nich wszyst­ko oprócz na­rzę­dzi wal­ki. Te­raz pod­kra­da­li się z naj­wyż­szą ostroż­no­ścią, czoł­ga­jąc się po pa­stwi­sku, a póź­niej pa­ra­mi prze­my­ka­jąc przez za­gro­dę dla zwie­rząt. Mi­nę­li dwój­kę snaj­pe­rów ulo­ko­wa­nych przy skra­ju wio­ski i za­czę­li prze­bie­gać mię­dzy za­bu­do­wa­nia­mi; od szo­py do sto­do­ły i domu miesz­kal­ne­go, a po­tem do mu­ro­wa­ne­go bu­dyn­ku i kry­te­go bla­chą ga­ra­żu, w któ­rym stał cią­gnik. Po­ko­nu­jąc te­ren, roz­glą­da­li się przez nok­to­wi­zo­ry; lu­stro­wa­li wzro­kiem każ­dy na­roż­nik, każ­dą ścież­kę, każ­de czar­ne okno.

Ich uzbro­je­nie sta­no­wi­ły ka­ra­bin­ki sztur­mo­we AK-105 oraz set­ki sztuk za­pa­so­wych na­bo­jów ka­li­bru 5,45 mi­li­me­tra w łu­ko­wych ma­ga­zyn­kach w ła­dow­ni­cach na pier­siach; dzię­ki temu mo­gli kłaść się na zie­mi, by ukryć się przez wzro­kiem wro­gie­go war­tow­ni­ka lub ostrza­łem. Zie­lo­ne kurt­ki i ka­mi­zel­ki ku­lo­od­por­ne były usma­ro­wa­ne bło­tem i tra­wą, mo­kre od śnie­gu i potu, któ­ry lał się z ko­man­do­sów po­mi­mo do­tkli­we­go zim­na.

Przy pa­sach mie­li ro­syj­skie pi­sto­le­ty typu Var­jag MP-445 ka­li­bru.40. Kil­ku za­bra­ło na ak­cję tak­że wy­tłu­mio­ne pi­sto­le­ty ka­li­bru.22, któ­re mia­ły słu­żyć do uci­sza­nia psów stró­żu­ją­cych.

Do­tar­li do celu i do­strze­gli ja­kiś ruch przed fron­tem sto­do­ły. War­tow­ni­cy. W po­bli­skich bu­dyn­kach mu­sia­ło ich prze­by­wać wię­cej; nie­któ­rzy za­pew­ne nie spa­li, lecz ich czuj­ność o tej go­dzi­nie przed świ­tem mu­sia­ła być kiep­ska.

Ro­sja­nie sze­ro­kim łu­kiem okrą­ży­li cel, czoł­ga­jąc się mi­nu­tę, a przez ko­lej­ne dwie skra­da­li się na czwo­ra­kach. Po­ru­szył się osioł, wark­nął pies, za­be­cza­ła koza; nic nad­zwy­czaj­ne­go w rol­ni­czej wio­sce o tej po­rze nocy. Ośmiu żoł­nie­rzy po­dzie­lo­nych na dwój­ki roz­pro­szy­ło się wo­kół tyl­nej czę­ści bu­dyn­ku, kie­ru­jąc na wy­zna­czo­ne wcze­śniej pola ostrza­łu ro­syj­skie ka­ra­bin­ki za­opa­trzo­ne w ame­ry­kań­skie ce­low­ni­ki ko­li­ma­to­ro­we EOTech. Wpa­try­wa­li się in­ten­syw­nie w czer­wo­ne punk­ty, któ­re na­pro­wa­dza­li na okna, drzwi lub ścież­ki.

Wte­dy do­wód­ca dru­ży­ny je­dy­ny raz za­ko­mu­ni­ko­wał szep­tem do mi­kro­fo­nu krót­ko­fa­lów­ki:

– Na po­zy­cji.

Gdy­by to było zwy­czaj­ne na­tar­cie na twier­dzę ter­ro­ry­stów, od­dział Alfa przy­był­by na miej­sce ak­cji wiel­ki­mi trans­por­te­ra­mi lub he­li­kop­te­ra­mi, a sa­mo­lo­ty za­sy­pa­ły­by wio­skę gra­dem ra­kiet; w tym cza­sie ko­man­do­si wy­sko­czy­li­by z trans­por­te­rów lub opu­ści­li­by się z he­li­kop­te­rów po li­nach.

Jed­nak ten atak nie był zwy­czaj­ny. Roz­ka­za­no im, by po­sta­ra­li się wziąć obiekt żyw­cem.

Źró­dła wy­wia­dow­cze FSB twier­dzi­ły, że czło­wiek, któ­re­go miał poj­mać od­dział Alfa, zna na­zwi­ska, miej­sca po­by­tu i kon­tak­ty prak­tycz­nie wszyst­kich do­wód­ców dżi­ha­du w Da­ge­sta­nie, Cze­cze­nii oraz In­gu­sze­tii. Gdy­by uda­ło się go ująć i wy­cią­gnąć zeń te in­for­ma­cje, był­by to nie­omal śmier­tel­ny cios w is­lam­ski ruch opo­ru. Ośmiu ko­man­do­sów przy­cza­jo­nych w ciem­no­ści dwa­dzie­ścia pięć me­trów od ty­łów bu­dyn­ku blo­ko­wa­ło cel. Siły ude­rze­nio­we zbli­ża­ły się pie­szo do­li­ną od za­chod­niej stro­ny. Ich za­da­nie po­le­ga­ło na tym, by – je­śli sy­tu­acja roz­wi­nie się zgod­nie z pla­nem – za­pę­dzić obiekt w pu­łap­kę za­sta­wio­ną za sto­do­łą.

Ofi­ce­ro­wie od­dzia­łu Alfa oce­ni­li, że plan może się po­wieść; stwo­rzo­no go na pod­sta­wie zna­jo­mo­ści tak­ty­ki dzia­łań woj­sko­wych pro­wa­dzo­nych na Kau­ka­zie. Do­wód­cy oto­cze­ni przez prze­wa­ża­ją­ce siły na ogół ra­tu­ją się uciecz­ką. Nie dla­te­go, że Da­ge­stań­czy­cy i Cze­cze­ni to tchó­rze. Od­wa­gi mie­li aż nad­to, lecz do­wód­cy sta­no­wi­li dla nich cen­ną war­tość. Żoł­nie­rze wią­za­li na­cie­ra­ją­cych ogniem, ob­sa­dza­jąc po­bli­skie bu­dyn­ki i bun­kry za­bez­pie­czo­ne wor­ka­mi z pia­skiem. Je­den bo­jow­nik z bro­nią ma­szy­no­wą mógł po­wstrzy­my­wać cały od­dział wy­star­cza­ją­co dłu­go, by umoż­li­wić do­wód­cy oraz jego ochro­nia­rzom uciecz­kę w nie­do­stęp­ne góry, któ­re zna­li rów­nie do­brze jak kształ­ty cia­ła ko­chan­ki.

Ośmiu człon­ków spec­na­zu cze­ka­ło, wstrzy­mu­jąc od­dech i słu­cha­jąc bi­cia swo­ich serc. Byli go­to­wi poj­mać tego, po któ­re­go przy­szli. Każ­dy uczest­nik ak­cji miał la­mi­no­wa­ną kar­tę ze zdję­ciem Isra­pi­la Na­bi­je­wa.

Tego, któ­ry wpad­nie w ręce ko­man­do­sów z ro­syj­skich sił spe­cjal­nych – je­śli jego twarz bę­dzie pa­so­wa­ła do fo­to­gra­fii – cze­ka los nie do po­zaz­drosz­cze­nia.

Jed­nak­że poj­ma­ne­go, któ­re­go twarz nie pa­so­wa­ła­by do po­do­bi­zny, cze­kał los jesz­cze gor­szy, al­bo­wiem ro­syj­scy żoł­nie­rze chcie­li wziąć żyw­cem tyl­ko jed­ne­go czło­wie­ka.

2

Pierw­sze za­re­ago­wa­ły psy. Wark­nię­cie du­że­go owczar­ka kau­ka­skie­go spo­wo­do­wa­ło od­zew po­zo­sta­łych zwie­rząt z wio­ski. Ich czuj­no­ści nie wzbu­dził za­pach żoł­nie­rzy, gdyż ko­man­do­si ze spec­na­zu sto­so­wa­li środ­ki che­micz­ne oraz bie­li­znę ze srebr­ny­mi nić­mi, któ­re ni­we­lo­wa­ły za­pa­chy wy­dzie­la­ne przez cia­ło. Psy jed­nak wy­czu­ły ruch i za­czę­ły szcze­kać gro­mad­nie; to ura­to­wa­ło je przed śmier­cią od kul wy­strze­lo­nych z wy­tłu­mio­nych pi­sto­le­tów.

Da­ge­stań­scy war­tow­ni­cy trzy­ma­ją­cy straż przed fron­tem sto­do­ły ro­zej­rze­li się. Ten i ów od nie­chce­nia za­świe­cił la­tar­ką w mrok, któ­ryś krzyk­nął na psy, żeby się za­mknę­ły. Kie­dy jed­nak psy za­czę­ły uja­dać jed­no­staj­nym chó­rem, a nie­któ­re za­wy­ły, war­tow­ni­cy wsta­li i unie­śli ka­ra­bi­ny.

Nad do­li­ną za­dud­ni­ły sil­ni­ki he­li­kop­te­rów.

***

Isra­pil zdo­łał za­snąć, lecz na­gle wstał, jesz­cze nie w peł­ni obu­dzo­ny. Po­ru­szał się, nie wie­dząc, co po­de­rwa­ło go z po­sła­nia.

„Ro­syj­skie he­li­kop­te­ry!” – krzyk­nął ktoś. Było to oczy­wi­ste, po­nie­waż ło­skot wir­ni­ków uno­sił się już nad całą do­li­ną, a na tym te­re­nie nikt oprócz Ro­sjan nie dys­po­no­wał ta­ki­mi ma­szy­na­mi.

Isra­pil wie­dział, że ma se­kun­dy na uciecz­kę, i wy­dał sto­sow­ne roz­ka­zy. Do­wód­ca ochro­ny krzyk­nął do krót­ko­fa­lów­ki: ka­zał bo­jow­ni­kom z Ar­gwa­ni wziąć ręcz­ne wy­rzut­nie ra­kiet prze­ciw­lot­ni­czych, wyjść na otwar­ty te­ren i ostrze­lać nad­la­tu­ją­ce he­li­kop­te­ry. Kie­row­com po­le­cił pod­je­chać pic­ku­pa­mi pod wro­ta sto­do­ły.

Isra­pil był już obu­dzo­ny i czuj­ny. Od­bez­pie­czył ka­łasz­ni­ko­wa i zbli­żał się do wyj­ścia z bro­nią przy ra­mie­niu. Wie­dział, że od­głos wir­ni­ków bę­dzie wi­siał nad do­li­ną jesz­cze mi­nu­tę, za­nim Ro­sja­nie zwa­lą mu się na kark. Od dwu­dzie­stu lat wy­my­kał się ro­syj­skim he­li­kop­te­rom, po­znał do­kład­nie wszyst­kie ich wady i atu­ty.

Pierw­szy sa­mo­chód pod­je­chał przed sto­do­łę po upły­wie pół mi­nu­ty. War­tow­nik otwo­rzył drzwi od stro­ny pa­sa­że­ra i wsko­czył na skrzy­nię za­ła­dun­ko­wą, dwaj inni roz­chy­li­li wro­ta sto­do­ły; pick-up stał ja­kieś sześć me­trów od bu­dyn­ku.

Isra­pil wy­biegł jako trze­ci i zdą­żył zro­bić dwa kro­ki, gdy po­ran­nym po­wie­trzem wstrzą­snę­ły sal­wy z bro­ni ma­ło­ka­li­bro­wej. W pierw­szej chwi­li po­my­ślał, że to je­den z jego lu­dzi strze­la na oślep w ciem­ność, lecz stru­ga go­rą­cej krwi, któ­ra chlu­snę­ła mu na twarz, wy­pro­wa­dzi­ła go z błę­du. War­tow­nik zo­stał tra­fio­ny, z jego ro­ze­rwa­nej klat­ki pier­sio­wej bu­cha­ła krew.

Do­wód­ca Dża­ma­at Sza­riat schy­lił się i po­pę­dził da­lej, ale na­stęp­ne strza­ły roz­pru­ły bla­chę i strza­ska­ły szy­bę sa­mo­cho­du. Na bie­gną­cej pod górę dro­dze, obok bla­sza­nej szo­py w od­le­gło­ści oko­ło dwu­dzie­stu pię­ciu me­trów do­strzegł ogni­ki wy­strza­łów. War­tow­nik sto­ją­cy za szo­fer­ką pick-upa od­dał je­den strzał, a po­tem sto­czył się do błot­ni­ste­go rowu. Strze­la­ni­na trwa­ła nadal, Na­bi­jew roz­po­znał ter­kot kil­ku ka­łasz­ni­ko­wów oraz ro­syj­skie­go ka­ra­bi­nu ma­szy­no­we­go PKM. Gdy się od­wró­cił, za­sy­pa­ły go iskry krze­sa­ne przez mo­sięż­ne płasz­cze po­ci­sków od­bi­ja­ją­cych się od ka­mien­nej ścia­ny sto­do­ły. Schy­lił się ni­żej i wpadł na swo­ich ochro­nia­rzy. We­pchnął ich z po­wro­tem do środ­ka.

Rwa­li co sił w ciem­no­ści i prze­pchnę­li się obok dwóch osłów uwią­za­nych przy za­chod­niej ścia­nie sto­do­ły. Kie­ro­wa­li się do du­że­go okna bu­dyn­ku, lecz na­gła eks­plo­zja osa­dzi­ła ich w miej­scu. Na­bi­jew od­sko­czył od swo­ich lu­dzi i pod­biegł do ka­mien­nej ścia­ny, aby wyj­rzeć przez sze­ro­ką szpa­rę, przez któ­rą wpa­da­ło do środ­ka zim­ne po­wie­trze drę­czą­ce go w nocy. Nad wio­ską za­wi­sły dwa he­li­kop­te­ry sztur­mo­we, ich syl­wet­ki ciem­nia­ły na tle noc­ne­go nie­ba. Oświe­tli­ły je do­pie­ro sal­wy ra­kiet wy­strze­lo­nych spod krót­kich skrzy­deł. Groź­ne be­stie za­lśni­ły w bla­sku, a ku wio­sce po­mknę­ły smu­gi ognia, za któ­ry­mi cią­gnę­ły się pió­ro­pu­sze bia­łe­go dymu. Zie­mia się za­trzę­sła, gdy po­ci­ski tra­fi­ły w bu­dy­nek sto­ją­cy sto me­trów na za­chód od sto­do­ły.

– Czar­ne Re­ki­ny! – krzyk­nął Isra­pil.

– Tyl­ny­mi drzwia­mi! – za­wo­łał je­den z ochro­nia­rzy i Na­bi­jew sko­czył za nim bie­giem, choć wie­dział, że jest oto­czo­ny.

Nikt nie czoł­ga się ki­lo­me­tra­mi, tak jak to uczy­ni­li Ro­sja­nie, tyl­ko po to, by zo­sta­wić ści­ga­ne­mu prze­ciw­ni­ko­wi dro­gę uciecz­ki. Mimo to nie miał wy­bo­ru; na­stęp­na sal­wa ra­kiet mo­gła tra­fić w sto­do­łę, a on oraz jego ochro­nia­rze zo­sta­li­by mę­czen­ni­ka­mi. I utra­ci­li­by szan­sę za­bra­nia ze sobą na tam­ten świat paru nie­wier­nych.

***

Ro­sja­nie cza­ili się na ty­łach sto­do­ły po­dzie­le­ni na dwój­ki. Cze­ka­li cier­pli­wie, aż Czar­ne Re­ki­ny zaj­mą po­zy­cje i za­czną siać śmierć swo­imi po­ci­ska­mi.

Dwóch ko­man­do­sów z gru­py Alfa ubez­pie­cza­ło resz­tę, usa­do­wiw­szy się z tyłu; mie­li wy­pa­try­wać mu­dża­he­di­nów lub uzbro­jo­nych cy­wi­lów zmie­rza­ją­cych w kie­run­ku wzgó­rza. Nie mo­gli jed­nak ob­ser­wo­wać ma­łej szo­py z pu­sta­ków, na po­łu­dnio­wy za­chód od dwóch ko­man­do­sów zaj­mu­ją­cych skraj­ną po­zy­cję spec­na­zu.

Z nie­wi­docz­ne­go w ciem­no­ści otwar­te­go okna po­wo­li wy­su­nę­ła się lufa sta­re­go po­wta­rzal­ne­go ka­ra­bi­nu i skie­ro­wa­ła na naj­bliż­sze­go Ro­sja­ni­na. Gdy tyl­ne drzwi sto­do­ły się otwo­rzy­ły, broń wy­da­ła krót­kie wark­nię­cie. Po­cisk tra­fił w sta­lo­wą pły­tę, któ­rą ko­man­dos miał na ple­cach. Żoł­nierz padł na zie­mię. Jego part­ner od­wró­cił się bły­ska­wicz­nie i otwo­rzył ogień w kie­run­ku mu­ro­wa­nej szo­py. Bo­jow­ni­cy ucie­ka­ją­cy tyl­nym wyj­ściem mo­men­tal­nie się zo­rien­to­wa­li, że pa­ku­ją się w za­sadz­kę. Cała piąt­ka Da­ge­stań­czy­ków wy­sko­czy­ła na otwar­tą prze­strzeń z pal­ca­mi na spu­stach ka­łasz­ni­ko­wów. Strze­la­li na pra­wo i lewo, pru­jąc po­ci­ska­mi mrok roz­po­ście­ra­ją­cy się za sto­do­łą.

Je­den z ofi­ce­rów spec­na­zu zo­stał tra­fio­ny frag­men­tem płasz­cza po­ci­sku; go­rą­cy, skrę­co­ny ka­wa­łek me­ta­lu od­bił się ry­ko­sze­tem od ka­mie­nia i wbił w szy­ję. Prze­ciął jabł­ko Ada­ma oraz tęt­ni­cę. Ko­man­dos padł na ple­cy, ści­ska­jąc ranę dłoń­mi i zwi­ja­jąc się w przed­śmiert­nych kon­wul­sjach. Dą­że­nie do uję­cia do­wód­cy bo­jow­ni­ków żyw­cem stra­ci­ło wszel­ki sens. Żoł­nie­rze od­po­wie­dzie­li ogniem na ostrzał ter­ro­ry­stów. Z mu­ro­wa­nej sto­do­ły wy­bie­gli ko­lej­ni uzbro­je­ni mu­dża­he­di­ni.

***

Do­wód­ca ochro­ny Na­bi­je­wa osło­nił go wła­snym cia­łem, gdy Ro­sja­nie za­czę­li strze­lać. Po se­kun­dzie prze­szy­ła go se­ria po­ci­sków ka­li­bru 5,45 mi­li­me­tra. Lu­dzie Na­bi­je­wa pa­da­li, lecz po­zo­sta­li wciąż pro­wa­dzi­li ogień. On zaś roz­pacz­li­wie usi­ło­wał wy­do­stać się z po­trza­sku. Rzu­cił się w bok i prze­to­czył po zie­mi, a póź­niej ze­rwał się na rów­ne nogi i po­słał w ciem­ność se­rię z ka­łasz­ni­ko­wa. Zu­żył ma­ga­zy­nek, pę­dząc wzdłuż muru sto­do­ły, i zna­lazł się w ciem­nym przej­ściu mię­dzy dwie­ma dłu­gi­mi bla­sza­ny­mi szo­pa­mi. Czuł, że zo­stał sam, lecz nie zwol­nił, by się ro­zej­rzeć, tyl­ko pę­dził na zła­ma­nie kar­ku. Biegł i biegł, dzi­wiąc się, że nie tra­fił go ża­den z gra­du po­ci­sków, któ­re po­wa­li­ły jego pod­wład­nych. Od­bi­jał się od bla­sza­nych ścian, po­ty­kał i biegł da­lej. Wzrok miał utkwio­ny w wy­lo­cie alej­ki znaj­du­ją­cym się w od­le­gło­ści dwu­dzie­stu me­trów, rę­ka­mi szu­kał ma­ga­zyn­ka w ła­dow­ni­cy, któ­rą miał na pier­si. Lufa ka­ra­bin­ka, z któ­rej przed chwi­lą wy­strze­lił je­den po dru­gim trzy­dzie­ści po­ci­sków, dy­mi­ła w zim­nym po­wie­trzu po­ran­ka.

Isra­pil stra­cił rów­no­wa­gę po raz trze­ci, gdy wło­żył ma­ga­zy­nek i po­cią­gnął dźwi­gnię prze­ła­do­wa­nia; upadł na ko­la­na, omal nie wy­pusz­cza­jąc ka­ra­bin­ka z rąk, lecz chwy­cił go i sta­nął na nogi. Za­trzy­mał się przy na­roż­ni­kach bla­sza­nych szop i wyj­rzał; ni­ko­go nie było wi­dać na jego dro­dze. Wciąż sły­szał se­rie z bro­ni au­to­ma­tycz­nej i grzmo­ty eks­plo­zji ra­kiet od­pa­lo­nych z he­li­kop­te­rów, któ­re ude­rza­ły w zbo­cze wzgó­rza. Dźwięk od­bi­jał się wie­lo­krot­nie od ścian do­li­ny i prze­ta­czał nad wio­ską.

Krót­ko­fa­lów­ka przy­mo­co­wa­na do ra­miącz­ka jego ka­mi­zel­ki pisz­cza­ła, wal­czą­cy krzy­cze­li do sie­bie. Isra­pil biegł da­lej, nie zwra­ca­jąc na to uwa­gi.

Wpadł do pło­ną­ce­go mu­ro­wa­ne­go dom­ku sto­ją­ce­go nie­co ni­żej na sto­ku. Ro­syj­ska ra­kie­ta tra­fi­ła w dach; wnę­trze jed­no­izbo­we­go bu­dy­necz­ku ogar­nę­ły pło­mie­nie i dym. Na pew­no gdzieś le­ża­ły zwło­ki za­bi­tych, jed­nak Isra­pil nie zwol­nił, by się ro­zej­rzeć, tyl­ko do­biegł do otwar­te­go okna i wy­sko­czył przez nie.

Za­wa­dził nogą o pa­ra­pet i upadł na twarz. Dźwi­gnął się z wy­sił­kiem. Ad­re­na­li­na po­bu­dza­ła całe jego cia­ło i na­wet nie za­re­je­stro­wał, że prze­wró­cił się czte­ry razy w cią­gu pół mi­nu­ty.

Rap­tem znów stra­cił rów­no­wa­gę.

Od­biegł sto me­trów ścież­ką pro­wa­dzą­cą od ka­mien­nej sto­do­ły i na­gle jego pra­wa noga się ugię­ła. Po­to­czył się i wy­lą­do­wał na ple­cach. Nie przy­szło mu na myśl, że w sto­do­le zo­stał po­strze­lo­ny przez Ro­sjan, po­nie­waż nie od­czu­wał bólu. Kie­dy jed­nak usi­ło­wał wstać, jego dłoń w rę­ka­wicz­ce ze­śli­zgnę­ła się po czymś. Spoj­rzaw­szy w dół, zo­ba­czył krew są­czą­cą się z po­szar­pa­nej dziu­ry w wy­tar­tych ba­weł­nia­nych spodniach. Pa­trzył przez chwi­lę na ciem­ną pla­mę błysz­czą­cą w bla­sku ognia pło­ną­ce­go pick-upa, któ­ry stał parę me­trów przed nim. Po­cisk tra­fił w udo tuż nad ko­la­nem; lśnią­ca krew ochla­pa­ła ma­sku­ją­ce spodnie aż do sto­py.

Ja­koś po­zbie­rał się na nogi i nie­pew­nie zro­bił krok, po­słu­gu­jąc się ka­ra­bi­nem jak kulą. Wtem za­lał go naj­ja­śniej­szy stru­mień świa­tła, jaki kie­dy­kol­wiek wi­dział. Blask pa­dał z nie­ba, a jego źró­dłem był re­flek­tor Czar­ne­go Re­ki­na wi­szą­ce­go w od­le­gło­ści oko­ło dwu­stu me­trów.

Isra­pil Na­bi­jew wie­dział, że sko­ro zna­lazł się w sno­pie świa­tła re­flek­to­ra KA-50, to wy­ce­lo­wa­no w nie­go tak­że trzy­dzie­sto­mi­li­me­tro­we dział­ko. To zaś ozna­cza­ło, że za parę se­kund zo­sta­nie sza­chi­dem, czy­li mę­czen­ni­kiem.

Prze­peł­nia­ło go to dumą.

Wy­pu­ścił po­wie­trze i chciał wy­mie­rzyć do he­li­kop­te­ra ze swo­jej bro­ni, lecz w tej sa­mej chwi­li do­stał cios kol­bą ka­łasz­ni­ko­wa w tył gło­wy i wszyst­ko skry­ła ciem­ność.

***

Obu­dził go tępy ból w głę­bi czasz­ki i ostrzej­szy, któ­ry od­czu­wał w miej­scu ude­rze­nia. Na pra­wej no­dze miał za­wią­za­ną opa­skę ta­mu­ją­cą krew. Ręce sku­to mu z tyłu, od­no­sił wra­że­nie, że za chwi­lę pęk­ną mu ra­mio­na. Na nad­garst­kach za­ci­ska­ły się zim­ne sta­lo­we kaj­dan­ki. Krzy­czą­cy męż­czyź­ni pod­nie­śli go gwał­tow­nie i przy­par­li do ścia­ny.

Za­świe­co­no mu la­tar­ką w twarz, aż się wzdry­gnął.

– Oni wszy­scy wy­glą­da­ją po­dob­nie – oznaj­mił głos zza la­tar­ki. – Usta­wić ich w sze­re­gu.

Isra­pil zo­ba­czył, że wciąż znaj­du­je się w wio­sce na wzgó­rzu. Z od­da­li do­cho­dzi­ły spo­ra­dycz­ne strza­ły. Ro­sja­nie dła­wi­li reszt­ki opo­ru.

Czte­rech pod­wład­nych Isra­pi­la, któ­rzy prze­ży­li strze­la­ni­nę, pchnię­to wraz z nim pod ścia­nę. Wie­dział do­kład­nie, co za­mie­rza­ją Ro­sja­nie. Ko­man­do­si spec­na­zu otrzy­ma­li roz­kaz, by wziąć go żyw­cem, lecz brud na twa­rzach, pot i bro­dy oraz sła­be świa­tło przed świ­tem utrud­nia­ły im iden­ty­fi­ka­cję po­szu­ki­wa­ne­go. Ro­zej­rzał się. Dwóch bo­jow­ni­ków na­le­ża­ło do jego ochro­ny, dwóch zaś po­cho­dzi­ło z od­dzia­łu w Ar­gwa­ni; nie znał ich. Wszy­scy, po­dob­nie jak on, no­si­li dłu­gie wło­sy i ob­fi­te czar­ne bro­dy.

Ro­sja­nie usta­wi­li całą piąt­kę ra­mię przy ra­mie­niu pod zim­nym ka­mien­nym mu­rem i trzy­ma­li ich na musz­kach ka­ra­bi­nów. Dłoń w rę­ka­wi­cy chwy­ci­ła pierw­sze­go Da­ge­stań­czy­ka za wło­sy i wy­pro­sto­wa­ła mu gło­wę. Dru­gi żoł­nierz oświe­tlił la­tar­ką twarz mu­dża­he­di­na, a trze­ci przy­trzy­mał obok niej la­mi­no­wa­ną kar­tę. Spoj­rza­ła z niej po­do­bi­zna bro­da­te­go męż­czy­zny.

– Niet – orzekł któ­ryś ze spec­na­zow­ców.

Mo­men­tal­nie w bla­sku la­tar­ki uka­za­ła się czar­na lufa pi­sto­le­tu Var­jag i padł strzał. Bły­snę­ło, a huk od­bił się echem w ca­łej do­li­nie. Gło­wa bro­da­te­go ter­ro­ry­sty od­sko­czy­ła i cia­ło ru­nę­ło na zie­mię. Na ścia­nie po­zo­sta­ła pla­ma krwi i odłam­ki ko­ści.

La­mi­no­wa­ne zdję­cie zna­la­zło się obok twa­rzy na­stęp­ne­go jeń­ca. Tak jak po­przed­nio, ktoś wy­pro­sto­wał mu gło­wę. Tam­ten zmru­żył oczy przed świa­tłem.

– Niet.

Po­cisk z pi­sto­le­tu tra­fił go pro­sto w czo­ło.

Trze­cim w ko­lej­no­ści bro­da­tym Da­ge­stań­czy­kiem był Isra­pil. Ręka od­gar­nę­ła wło­sy z jego czo­ła i star­ła bło­to z po­licz­ków.

– Ni… Mo­żet byt’ – po­wie­dział głos. – Chy­ba tak.

– Na­stą­pi­ła krót­ka pau­za. – Isra­pil Na­bi­jew?

Je­niec mil­czał.

– Tak, to on… – La­tar­ka zo­sta­ła opusz­czo­na, lufa pi­sto­le­tu skie­ro­wa­ła się na dwóch bo­jow­ni­ków Dża­ma­at Sza­riat, któ­rzy sta­li u le­we­go boku Isra­pi­la.

Bum! Bum!

Jeń­cy od­bi­li się od ścia­ny i upa­dli na zie­mię w bło­to u stóp do­wód­cy.

Na­bi­jew stał przez chwi­lę sam pod mu­rem, a na­stęp­nie chwy­co­no go z tyłu za kark i po­pchnię­to w kie­run­ku he­li­kop­te­ra, któ­ry wy­lą­do­wał na pa­stwi­sku w ni­żej po­ło­żo­nej czę­ści do­li­ny.

Dwa Czar­ne Re­ki­ny wi­sia­ły w po­wie­trzu, ich dział­ka bur­cza­ły w re­gu­lar­nych od­stę­pach cza­su; po­ci­ski dziu­ra­wi­ły bu­dyn­ki, za­bi­ja­jąc lu­dzi i zwie­rzę­ta. Trwa­ło to jesz­cze przez kil­ka mi­nut. Nie za­mie­rza­li wy­kań­czać wszyst­kich do ostat­nie­go, gdyż kosz­to­wa­ło­by to zbyt wie­le cza­su i wy­sił­ku. Jed­nak­że sys­te­ma­tycz­nie zmia­ta­li z po­wierzch­ni zie­mi wio­skę, któ­ra udzie­li­ła schro­nie­nia do­wód­cy da­ge­stań­skie­go ru­chu opo­ru.

Na­bi­je­wa ro­ze­bra­no do bie­li­zny i za­nie­sio­no do he­li­kop­te­ra trans­por­to­we­go Mi-8, któ­re­go wir­nik dud­nił ba­so­wo. Żoł­nie­rze po­sa­dzi­li go na ław­ce i przy­ku­li kaj­dan­ka­mi do wrę­gi. Sie­dział wci­śnię­ty mię­dzy dwóch umo­ru­sa­nych ko­man­do­sów z gru­py Alfa z czar­ny­mi ko­mi­niar­ka­mi na twa­rzach i wy­glą­dał przez otwar­te drzwi. Świa­tło brza­sku za­czę­ło roz­ja­śniać za­dy­mio­ne po­wie­trze w do­li­nie, a żoł­nie­rze spec­na­zu ukła­da­li cia­ła za­bi­tych to­wa­rzy­szy Na­bi­je­wa na zie­mi i ro­bi­li im zdję­cia apa­ra­ta­mi cy­fro­wy­mi. Po­tem za po­mo­cą atra­men­tu i pa­pie­ru zdję­li od­ci­ski pal­ców mar­twych mu­dża­he­di­nów.

Mi-8 ode­rwał się od zie­mi.

Spec­na­zo­wiec sie­dzą­cy po pra­wej stro­nie od Na­bij ewa na­chy­lił się do jego ucha i krzyk­nął po ro­syj­sku:

– Mó­wi­li, że je­steś przy­szło­ścią ru­chu opo­ru. Te­raz je­steś już prze­szło­ścią.

Isra­pil uśmiech­nął się i sier­żant to zo­ba­czył. Szturch­nął jeń­ca kol­bą ka­ra­bi­nu w że­bra.

– Co ci tak we­so­ło?

– Po­my­śla­łem o tym, co zro­bią moi ro­da­cy, żeby mnie od­zy­skać.

– Może masz ra­cję, może po­wi­nie­nem cię od razu roz­wa­lić.

Na­bi­jew po­now­nie się uśmiech­nął.

– A te­raz wy­obra­zi­łem so­bie, co ro­da­cy zro­bią, by uczcić mo­ją­pa­mięć. Nie mo­że­cie wy­grać, ro­syj­ski żoł­nie­rzu. Nie ma­cie szans.

Nie­bie­skie tę­czów­ki oczu Ro­sja­ni­na błysz­cza­ły w otwo­rach ma­ski, a tym­cza­sem he­li­kop­ter na­bie­rał wy­so­ko­ści. Ko­man­dos po­now­nie dźgnął Isra­pi­la kol­bą w że­bra i wzru­szyw­szy ra­mio­na­mi, oparł się o bur­tę ka­dłu­ba.

Ma­szy­na wznio­sła się nad do­li­nę i wzię­ła kurs na pół­noc. Cała wio­ska sta­ła w pło­mie­niach.

3

Kan­dy­dat na pre­zy­den­ta John Pa­trick Ryan stał sa­mot­nie w mę­skiej szat­ni sali gim­na­stycz­nej li­ceum w Car­bon­da­le w sta­nie Il­li­no­is. Jego ma­ry­nar­ka wi­sia­ła na su­wa­nym wie­sza­ku, lecz mimo to pre­zen­to­wał się ele­ganc­ko: miał na so­bie lek­ko na­kroch­ma­lo­ną ko­szu­lę, bur­gun­do­wy kra­wat oraz wy­pra­so­wa­ne, ma­to­wo­czar­ne spodnie.

Na­pił się wody z bu­tel­ki i przy­sta­wił do ucha te­le­fon ko­mór­ko­wy.

Roz­le­gło się ci­che, brzmią­ce nie­mal prze­pra­sza­ją­co pu­ka­nie do drzwi, któ­re po chwi­li się otwo­rzy­ły. Po­ja­wi­ła się w nich mło­da ko­bie­ta z ze­sta­wem słu­chaw­ko­wo-mi­kro­fo­no­wym na gło­wie; za nią Jack do­strzegł lewe ra­mię swo­jej oso­bi­stej agent­ki Se­cret Se­rvi­ce, An­drei Pri­ce-O’Day. W ko­ry­ta­rzu pro­wa­dzą­cym do za­tło­czo­nej sali gim­na­stycz­nej krę­ci­ło się wie­lu agen­tów; z sali do­cho­dzi­ły okrzy­ki i bra­wa, a z gło­śni­ków pły­nę­ła ha­ła­śli­wa mu­zy­ka jaz­zo­wa.

– Je­ste­śmy go­to­wi, pa­nie pre­zy­den­cie – oznaj­mi­ła ko­bie­ta.

Jack uśmiech­nął się grzecz­nie i ski­nął gło­wą.

– Za­raz przyj­dę, Emi­ly.

Ko­bie­ta cof­nę­ła gło­wę, drzwi się za­mknę­ły. Jack trzy­mał ko­mór­kę przy uchu, słu­cha­jąc na­gra­ne­go gło­su syna.

– Hej, do­dzwo­ni­łeś się do Jac­ka Ry­ana ju­nio­ra, wiesz, co ro­bić.

Roz­legł się pisk.

Jack se­nior ode­zwał się lek­kim i bez­tro­skim to­nem, sprzecz­nym z jego praw­dzi­wym na­stro­jem.

– Hej, mą­dra­lo. Tak tyl­ko dzwo­nię. Roz­ma­wia­łem z mamą, po­wie­dzia­ła, że je­steś za­ję­ty i mu­sia­łeś od­wo­łać lunch, któ­ry mie­li­ście ra­zem zjeść. Mam na­dzie­ję, że wszyst­ko idzie do­brze.

– Jack zro­bił pau­zę i po chwi­li pod­jął: – Je­stem te­raz w Car­bon­da­le, a wie­czo­rem ru­sza­my do Chi­ca­go. Spę­dzę tam cały dzień, a ju­tro wie­czo­rem spo­tkam się z mamą w Cle­ve­land; w śro­dę jest de­ba­ta. No do­bra… Chcia­łem tyl­ko za­mie­nić parę słów. Za­dzwoń do mnie albo do mamy, kie­dy bę­dziesz mógł, do­brze? Pa.

Ryan roz­łą­czył się i rzu­cił te­le­fon na ka­na­pę, któ­ra wraz z wie­sza­ka­mi i pa­ro­ma in­ny­mi sprzę­ta­mi zo­sta­ła usta­wio­na tak, by stwo­rzyć pro­wi­zo­rycz­ną prze­bie­ral­nię. Nie od­wa­żył­by się scho­wać te­le­fo­nu do kie­sze­ni, na­wet usta­wio­ne­go na alarm wi­bra­cyj­ny; bał się, że za­bie­rze go ze sobą na mów­ni­cę. Gdy­by tak się sta­ło i gdy­by ktoś doń za­dzwo­nił, Jack wpadł­by w po­waż­ne ta­ra­pa­ty. Mi­kro­fo­ny przy­cze­pia­ne do klap wy­ła­py­wa­ły nie­mal wszyst­ko i bez wąt­pie­nia dzien­ni­ka­rze, któ­rzy z nim po­dró­żo­wa­li, ob­wie­ści­li­by świa­tu, że kan­dy­dat nie kon­tro­lu­je swo­ich za­cho­wań i w kon­se­kwen­cji nie na­da­je się do spra­wo­wa­nia naj­wyż­sze­go urzę­du.

Jack spoj­rzał w peł­no­wy­mia­ro­we lu­stro usta­wio­ne mię­dzy dwie­ma ame­ry­kań­ski­mi fla­ga­mi i zmu­sił się do uśmie­chu. Ro­biąc to w obec­no­ści in­nych po­czuł­by się nie­swo­jo, lecz Ca­thy czę­sto mu ostat­nio po­wta­rza­ła, że utra­cił swój cha­rak­te­ry­stycz­ny luz, mó­wiąc o po­li­ty­ce swo­je­go prze­ciw­ni­ka, pre­zy­den­ta Eda Ke­al­ty’ego. Ko­niecz­nie po­wi­nien nad tym po­pra­co­wać przed de­ba­tą.

Tego wie­czo­ru był w pod­łym na­stro­ju i mu­siał go z sie­bie zrzu­cić przed wyj­ściem na sce­nę. Od ty­go­dni nie roz­ma­wiał z Jac­kiem ju­nio­rem; wy­mie­ni­li tyl­ko parę krót­kich życz­li­wych e-ma­ili. Zda­rza­ło się to od cza­su do cza­su; Jack se­nior miał świa­do­mość, że kie­dy wy­ru­sza w tra­sę wy­bor­czą, nie­ła­two go zła­pać. Jed­nak jego żona Ca­thy kil­ka mi­nut temu za­uwa­ży­ła, że syn nie zdo­łał ode­rwać się od za­jęć, by spo­tkać się z nią po po­łu­dniu w Bal­ti­mo­re; ta in­for­ma­cja tro­chę go zmar­twi­ła.

Nie ma w tym nic nad­zwy­czaj­ne­go, że ro­dzi­ce pra­gną utrzy­mać kon­takt ze swo­im do­ro­słym dziec­kiem, lecz kan­dy­dat na pre­zy­den­ta i jego żona mie­li do­dat­ko­wy po­wód do tro­ski, po­nie­waż obo­je wie­dzie­li, jak ich syn za­ra­bia na ży­cie. Ści­śle rzecz bio­rąc, ja to wiem, po­my­ślał Jack se­nior, a żona… tyl­ko czę­ścio­wo. Parę mie­się­cy temu za­sie­dli z nią obaj do sto­łu i mie­li na­dzie­ję, że zdo­ła­ją jej przy­bli­żyć pra­cę Jac­ka ju­nio­ra. Był ana­li­ty­kiem i agen­tem su­per­taj­nej agen­cji wy­wia­dow­czej utwo­rzo­nej przez Jac­ka se­nio­ra, na któ­rej cze­le stał eks­se­na­tor Ger­ry Hen­dley. Po­czą­tek roz­mo­wy wy­glą­dał obie­cu­ją­co, lecz pod prze­ni­kli­wym spoj­rze­niem dok­tor Ca­thy Ryan obaj za­czę­li prze­bą­ki­wać o po­uf­nych ana­li­zach i wy­szło na to, że Jack ju­nior tkwi przy biur­ku i prze­glą­da pli­ki kom­pu­te­ro­we, po­szu­ku­jąc in­for­ma­cji o nie­uczci­wych fi­nan­si­stach i krę­ta­czach pa­ra­ją­cych się pra­niem brud­nych pie­nię­dzy. Je­dy­ne za­gro­że­nia, ja­kie mogą się wią­zać z taką pra­cą, to ból nad­garst­ków oraz ska­le­cze­nie no­żem do pa­pie­ru.

Gdy­byż to była praw­da, po­my­ślał Jack se­nior i po­czuł pie­cze­nie w żo­łąd­ku.

Roz­mo­wa z żoną nie prze­bie­gła do­brze, Jack mu­siał to przy­znać. Od tego cza­su parę razy po­ru­szył tę kwe­stię. Li­czył na to, że zdo­ła od­sło­nić przed Ca­thy część ta­jem­ni­cy, aby choć tro­chę zda­wa­ła so­bie spra­wę, że ich syn wy­ko­nu­je praw­dzi­wą ro­bo­tę wy­wia­dow­czą. Jed­nak z jego słów znów wy­ni­kło, że Ryan ju­nior raz na ja­kiś czas po­dró­żu­je do sto­lic kra­jów eu­ro­pej­skich, spo­ży­wa po­sił­ki z po­li­ty­ka­mi i biu­ro­kra­ta­mi, a póź­niej wy­stu­ku­je na lap­to­pie ra­por­ty z tych roz­mów, są­cząc bur­gun­da i oglą­da­jąc CNN.

No i trud­no, po­my­ślał Jack. To, cze­go nie wie, nie spra­wi jej bólu. A je­śli jed­nak wie? Jezu Chry­ste! Kyle i Ka­tie wciąż miesz­ka­li w ro­dzin­nym domu, mia­ła więc dość na gło­wie, by nie za­mar­twiać się do­dat­ko­wo dwu­dzie­sto­sze­ścio­let­nim sy­nem.

Jack se­nior po­wie­dział so­bie, że nie­po­kój zwią­za­ny z pra­cą za­wo­do­wą syna bę­dzie jego brze­mie­niem, a nie Ca­thy. Tym­cza­sem mu­siał go zrzu­cić ze swo­ich bar­ków.

Cze­ka­ły go wy­bo­ry, któ­re na­le­ża­ło wy­grać.

Jego na­strój odro­bi­nę się po­pra­wił; kam­pa­nia prze­bie­ga­ła po­myśl­nie. Naj­now­szy son­daż przed­wy­bor­czy ośrod­ka ba­da­nia opi­nii spo­łecz­nej Pew po­ka­zał, że Ryan pro­wa­dzi róż­ni­cą trzy­na­stu pro­cent; Gal­lup wciąż wska­zy­wał je­de­na­sto­pro­cen­to­wą prze­wa­gę. Sie­ci te­le­wi­zyj­ne pro­wa­dzi­ły wła­sne ba­da­nia, w któ­rych prze­wa­ga Jac­ka była mi­ni­mal­nie mniej­sza, przy­pusz­czal­nie wy­ni­ka­ło to z bra­ku obiek­ty­wi­zmu. Szef kam­pa­nii Jac­ka, Ar­nold van Damm, oraz jego współ­pra­cow­ni­cy na ra­zie się tym nie przej­mo­wa­li, jako że prze­wa­ga Jac­ka wciąż po­zo­sta­wa­ła znacz­na.

Wy­ścig o gło­sy elek­to­rów był bar­dziej za­cię­ty, ale tak dzia­ło się za­wsze i Jack o tym wie­dział. Obaj z Ar­nol­dem mie­li świa­do­mość, że musi do­brze wy­paść w de­ba­cie, by za­cho­wać prze­wa­gę w ostat­niej fa­zie kam­pa­nii albo cho­ciaż przed de­ba­tą koń­co­wą. Więk­szość kam­pa­nii wy­rów­nu­je się w ostat­nim mie­sią­cu. Son­da­żow­nie na­zy­wa­ją to efek­tem Dnia Pra­cy, gdyż zmniej­sze­nie róż­ni­cy w po­par­ciu dla kan­dy­da­tów na­stę­pu­je wła­śnie w pierw­szy po­nie­dzia­łek wrze­śnia, na któ­ry przy­pa­da owo świę­to, i trwa aż do dnia wy­bo­rów w pierw­szy wto­rek li­sto­pa­da.

Sta­ty­sty­cy i eks­per­ci roz­ma­icie tłu­ma­czą to zja­wi­sko. Być może wy­bor­cy, któ­rzy prze­no­szą swo­je sym­pa­tie na dru­gie­go kan­dy­da­ta, na­gle się re­flek­tu­ją i po­wra­ca­ją do punk­tu wyj­ścia.

Czyż­by lato sprzy­ja­ło nie­za­leż­ne­mu my­śle­niu, a na­dej­ście li­sto­pa­da i od­po­wiedź na py­ta­nie an­kie­te­ra wią­żą­ca się z po­waż­niej­szy­mi kon­se­kwen­cja­mi, po­wo­du­je, że rzecz na­bie­ra in­ne­go wy­mia­ru? A może nie­usta­ją­ca uwa­ga me­diów skie­ro­wa­na na kan­dy­da­ta pro­wa­dzą­ce­go w wy­ści­gu o pre­zy­den­tu­rę skut­ku­je uwy­pu­kla­niem jego błę­dów?

Ryan skła­niał się do opi­nii Ar­nol­da, gdyż nie­wie­lu jest na świe­cie lu­dzi zna­ją­cych się na kwe­stiach zwią­za­nych z kam­pa­nia­mi i wy­bo­ra­mi le­piej niż Ar­nold van Damm. On zaś tłu­ma­czył spra­wę w ka­te­go­riach pro­stej ma­te­ma­ty­ki. Kan­dy­dat pro­wa­dzą­cy ma wię­cej gło­sów po­par­cia, więc je­śli w ostat­nim mie­sią­cu przed wy­bo­ra­mi dzie­sięć pro­cent elek­to­ra­tu zmie­nia swo­je pre­fe­ren­cje, li­der tra­ci wię­cej.

Pro­sty ra­chu­nek ma­te­ma­tycz­ny i nic po­nad­to. Wsze­la­ko ma­te­ma­ty­ka nie mo­gła po­wstrzy­mać ga­da­ją­cych głów w te­le­wi­zji i dzia­ła­ją­cych non stop blo­gów po­li­tycz­nych, na któ­rych gło­szo­no prze­róż­ne teo­rie spi­sko­we.

Ryan od­sta­wił bu­tel­kę z wodą, wło­żył ma­ry­nar­kę i ru­szył do wyj­ścia. Po­czuł się nie­co le­piej, lecz nie­po­kój o syna wciąż da­wał o so­bie znać.

Może Jack ju­nior po­szedł na rand­kę i do­brze się bawi, może po­znał ja­kąś wy­jąt­ko­wą dziew­czy­nę.

Na pew­no tak jest, po­wie­dział do sie­bie.

***

Jack Ryan ju­nior wy­czuł ruch z pra­wej stro­ny i wy­ko­nał gwał­tow­ny unik. Ostrze noża omal nie wbi­ło się w jego pierś. W pół­ob­ro­cie uniósł lewe przed­ra­mię, od­trą­cił rękę prze­ciw­ni­ka i chwy­cił go pra­wą dło­nią za prze­gub. Na­stęp­nie ru­nął nań ca­łym cia­łem, ude­rzył w pierś i po­wa­lił na zie­mię.

Mo­men­tal­nie się­gnął po broń, lecz upa­da­ją­cy męż­czy­zna chwy­cił rę­kaw ko­szu­li Ry­ana i po­cią­gnął go za sobą. Jack stra­cił prze­wa­gę i nie mógł do­być pi­sto­le­tu, któ­ry miał przy pa­sie.

Osu­wa­li się ra­zem na pod­ło­gę, a on wie­dział, że oka­zja prze­pa­dła.

Bę­dzie mu­siał roz­strzy­gnąć star­cie w wal­ce wręcz.

Na­past­nik chwy­cił go za gar­dło, jego pa­znok­cie wbi­ły się w skó­rę Jac­ka, któ­ry po­now­nie od­da­lił za­gro­że­nie rap­tow­nym ru­chem ra­mie­nia. Prze­ciw­nik z po­zy­cji sie­dzą­cej uniósł się na ko­la­na, a po­tem ze­rwał na rów­ne nogi. Ryan zna­lazł się pod nim i był na­ra­żo­ny na atak. Nie ma­jąc in­nej moż­li­wo­ści, znów się­gnął po pi­sto­let, lecz aby do­być bro­ni, mu­siał prze­to­czyć się na lewe bio­dro. Kie­dy wy­ko­ny­wał ten ma­newr, prze­ciw­nik wy­szarp­nął pi­sto­let z umiesz­czo­nej na ple­cach ka­bu­ry i od­dał pięć strza­łów pro­sto w pierś Ry­ana.

Ude­rze­nia po­ci­sków wy­wo­ła­ły ból, któ­ry prze­szył całe jego cia­ło.

– Niech to szlag!

Krzy­czał z bólu, lecz naj­bar­dziej do­skwie­ra­ło mu to, że prze­grał wal­kę.

Zno­wu.

Ze­rwał go­gle z twa­rzy i usiadł. Przy­jął wy­cią­gnię­tą dłoń, wstał i scho­wał broń do fu­te­ra­łu; była to air­so­fto­wa wer­sja gloc­ka 19 strze­la­ją­ca pla­sti­ko­wy­mi ku­lecz­ka­mi wy­rzu­ca­ny­mi siłą sprę­żo­ne­go po­wie­trza. Po­ci­ski nie ra­ni­ły, lecz ich ude­rze­nia bo­la­ły jak wszy­scy dia­bli.

Na­past­nik zdjął go­gle i pod­niósł z pod­ło­gi pla­sti­ko­wy nóż.

– Wy­bacz za­dra­pa­nia, sta­rusz­ku – po­wie­dział. Jego wa­lij­ski ak­cent był wy­raź­nie sły­szal­ny, mimo cięż­kie­go od­de­chu.

Jack nie zwra­cał na nie­go uwa­gi.

– Ru­sza­łem się za wol­no! – krzyk­nął do sie­bie; jego re­ak­cje dyk­to­wa­ły ad­re­na­li­na i złość.

Wa­lij­czyk, w od­róż­nie­niu od swo­je­go ame­ry­kań­skie­go ucznia, za­cho­wy­wał spo­kój, jak­by przed chwi­lą kar­mił go­łę­bie w par­ku.

– Nie przej­muj się. Idź opa­trzyć rany, a póź­niej wy­ja­śnię ci, na czym po­le­ga­ły błę­dy.

Ryan po­krę­cił gło­wą.

– Mów od razu.

Był na sie­bie wście­kły; za­cię­cia na szyi, za­dra­pa­nia i si­nia­ki na ca­łym cie­le nie ob­cho­dzi­ły go ani tro­chę.

Ja­mes Buck starł z czo­ła kil­ka kro­pel potu i ski­nął gło­wą.

– No do­brze. Po pierw­sze, masz wy­łą­czo­ne prze­czu­cia. Z re­flek­sem jest wszyst­ko w po­rząd­ku, choć to wła­śnie o tym my­śla­łeś, mó­wiąc, że by­łeś za wol­ny. Szyb­kość dzia­ła­nia jest do­bra, a na­wet wię­cej niż do­bra. Po­ru­szasz się jak bły­ska­wi­ca, two­ja zwin­ność, zręcz­ność i siła są im­po­nu­ją­ce. Je­dy­ny kło­pot, chłop­cze, to tem­po my­śle­nia. Wa­hasz się, brak ci pew­no­ści sie­bie. Za­sta­na­wiasz się nad na­stęp­nych ru­chem, kie­dy po­wi­nie­neś dzia­łać na ca­łe­go. Nie­znacz­ny­mi sy­gna­ła­mi zdra­dzasz swo­je za­mia­ry, sy­gna­li­zu­jesz za­wcza­su, ja­kie bę­dzie two­je na­stęp­ne po­su­nię­cie.

Ryan prze­chy­lił gło­wę; po jego twa­rzy ście­kał pot.

– Mo­żesz po­dać mi przy­kład?

– Owszem. Za­sta­nów­my się nad ostat­nim eta­pem star­cia. Zdra­dził cię ję­zyk cia­ła. W cza­sie sza­mo­ta­ni­ny two­ja ręka dwa razy zro­bi­ła mi­ni­mal­ny ruch w kie­run­ku bio­dra. Broń mia­łeś do­brze ukry­tą za pa­skiem i ko­szu­lą, ale ujaw­ni­łeś jej ist­nie­nie, my­śląc o niej, a po­tem zmie­nia­jąc za­miar. Gdy­by na­past­nik nie wie­dział, że po­sia­dasz pi­sto­let, po pro­stu by upadł, a póź­niej wstał. Ale ja wie­dzia­łem o pi­sto­le­cie, bo po­wie­dzia­ły mi o nim two­je re­ak­cje. Kie­dy więc za­czą­łem upa­dać, po­cią­gną­łem cię za sobą, że­byś nie miał swo­bo­dy ru­chu i nie mógł po nie­go się­gnąć. Zga­dza się?

Ryan wes­tchnął. Wszyst­ko się zga­dza­ło, choć w rze­czy­wi­sto­ści Ja­mes Buck wie­dział o pi­sto­le­cie pod ko­szu­lą kur­san­ta, gdyż sam mu go dał przed wal­ką ćwi­czeb­ną. Jack w du­chu jed­nak przy­zna­wał, że ja­kiś wy­jąt­ko­wo by­stry prze­ciw­nik mógł­by prze­nik­nąć jego za­miar się­gnię­cia po broń ukry­tą przy bio­drze.

Cho­le­ra, po­my­ślał, ten wróg mu­siał­by chy­ba być te­le­pa­tą, by od­czy­tać tak ni­kłe sy­gna­ły. Jed­nak wła­śnie dla­te­go Ryan spę­dzał więk­szość wie­czo­rów i week­en­dów z tre­ne­ra­mi wy­na­ję­ty­mi przez Cam­pus. Miał na­uczyć się ra­dzić so­bie z nie­wia­ry­god­nie by­stry­mi prze­ciw­ni­ka­mi.

Ja­mes Buck słu­żył nie­gdyś w jed­nost­kach SAS i Ra­in­bow1, był spe­cem od wal­ki wręcz i wal­ki z uży­ciem bro­ni bia­łej; dys­po­no­wał tak­że in­ny­mi rów­nie za­bój­czy­mi umie­jęt­no­ścia­mi. Dy­rek­tor Cam­pu­su Ger­ry Hen­dley za­trud­nił go, by po­ma­gał Ry­ano­wi roz­wi­nąć umie­jęt­no­ści w dzie­dzi­nie sztu­ki wal­ki.

Rok temu Ryan oznaj­mił Hen­dley­owi, że oprócz tego, iż jest ana­li­ty­kiem w Cam­pu­sie, chce wy­ko­ny­wać wię­cej za­dań w te­re­nie. Do­stał ich aż za wie­le i świet­nie so­bie po­ra­dził, ale nie był tak do­brze wy­tre­no­wa­ny jak inni agen­ci w fir­mie.

Obaj o tym wie­dzie­li, lecz mie­li tak­że świa­do­mość, iż moż­li­wo­ści tre­nin­gu są dość ogra­ni­czo­ne. Cam­pus ofi­cjal­nie nie ist­niał i nie pod­le­gał rzą­do­wi Sta­nów Zjed­no­czo­nych, to­też ofi­cjal­ne szko­le­nie w FBI, CIA czy woj­sku nie wcho­dzi­ło w ra­chu­bę.

Tak więc Jack, Ger­ry i Sam Gran­ger, do­wód­ca ope­ra­cyj­ny Cam­pu­su, po­sta­no­wi­li po­szu­kać in­nych roz­wią­zań. Zwró­ci­li się do we­te­ra­nów agen­cji, Joh­na Clar­ka oraz Do­min­go Cha­ve­za; ci zaś wspól­nie na­kre­śli­li plan szko­le­nia mło­de­go Ry­ana; mia­ło się ono od­by­wać w jego go­dzi­nach wol­nych od pra­cy przez rok lub dłu­żej.

Cięż­ka pra­ca przy­no­si­ła efek­ty. Dzię­ki ćwi­cze­niom Jack ju­nior stał się lep­szym agen­tem, jak­kol­wiek oka­za­ły się one dla nie­go upo­ka­rza­ją­ce. Buck oraz jemu po­dob­ni upra­wia­li sztu­ki wal­ki przez całe do­ro­słe ży­cie i to wy­czu­wa­ło się od razu. Ryan ro­bił po­stę­py, co do tego nie było wąt­pli­wo­ści, lecz nie ozna­cza­ło to, że może po­ko­nać w wal­ce ko­goś po­kro­ju Ja­me­sa Buc­ka. Tyl­ko rza­dziej „gi­nął” i zmu­szał jego i in­nych do więk­sze­go wy­sił­ku.

Buck do­strzegł złość na twa­rzy adep­ta i ze zro­zu­mie­niem po­kle­pał go po ple­cach. Wa­lij­czyk po­tra­fił być bez­względ­ny i okrut­ny, lecz kie­dy in­dziej za­cho­wy­wał się jak oj­ciec, po przy­ja­ciel­sku. Jack nie wie­dział, któ­ra z tych oso­bo­wo­ści jest ma­ską; może oby­dwie sta­no­wi­ły nie­odzow­ną część szko­le­nia, coś w ro­dza­ju kija i mar­chew­ki.

– Uszy do góry, sta­rusz­ku – rzekł. – Nie ma po­rów­na­nia z tym, co było na po­cząt­ku. Masz pre­dys­po­zy­cje fi­zycz­ne ko­niecz­ne do tego, żeby o sie­bie za­dbać, i łeb na kar­ku, żeby się uczyć. Mu­si­my nad tobą po­pra­co­wać, roz­wi­jać two­ją tech­ni­kę i wzmoc­nić psy­chi­kę. Twój chwyt jest już lep­szy niż u dzie­więć­dzie­się­ciu dzie­wię­ciu pro­cent fa­ce­tów. Ale ten je­den pro­cent to praw­dzi­we skur­czy­by­ki i trze­ba cię przy­go­to­wać na spo­tka­nie z nimi, ja­sne?

Jack ski­nął gło­wą. Po­ko­ra nie na­le­ża­ła do jego moc­nych stron, po­tra­fił jed­nak przyj­mo­wać na­ukę i do­sko­na­lić się. Był in­te­li­gent­ny i wie­dział, że Ja­mes Buck ma ra­cję, choć nie za­chwy­ca­ła go per­spek­ty­wa, że w po­go­ni za per­fek­cją do­sta­nie od nie­go wy­cisk jesz­cze parę ty­się­cy razy.

Wło­żył go­gle. Ja­mes Buck żar­to­bli­wie trzep­nął go otwar­tą dło­nią w skroń.

– Bra­wo, mło­dy. Go­tów na dal­szy ciąg?

Ryan ski­nął gło­wą, tym ra­zem bar­dziej zde­cy­do­wa­nie.

– Jak ja­sna cho­le­ra.

4

Ka­ir­ski ry­nek Chan el-Cha­li­li roił się od lu­dzi, któ­rzy w samo po­łu­dnie, w ża­rze egip­skie­go słoń­ca po­si­la­li się albo szu­ka­li oka­zyj­nych za­ku­pów. W kra­mach pie­czo­no mię­so; jego za­wie­si­sty aro­mat roz­no­sił się w po­wie­trzu i mie­szał z za­pa­cha­mi pa­rzo­nej kawy oraz fa­jek ho­okah. Plą­ta­ni­na wą­skich przejść wi­ją­cych się mię­dzy skle­pi­ka­mi i na­mio­ta­mi przy­po­mi­na­ła ko­lo­nię kró­li­ków. Ulicz­ki, alej­ki i wą­skie kry­te za­uł­ki kon­cen­tro­wa­ły się wo­kół me­cze­tów, scho­dów i ka­mien­nych mu­rów sta­ro­żyt­nych bu­dyn­ków. Ry­nek zaj­mo­wał znacz­ną część sta­re­go mia­sta.

Suk roz­po­czął swój ży­wot w czter­na­stym wie­ku jako ka­ra­wan­se­raj, czy­li miej­sce peł­nią­ce rolę go­spo­dy dla ka­ra­wan po­dą­ża­ją­cych Je­dwab­nym Szla­kiem przez Kair. Te­raz sta­ro­żyt­ność i współ­cze­sność spo­ty­ka­ły się ze sobą na ryn­ku Chan el-Cha­li­li, two­rząc osza­ła­mia­ją­cą mie­szan­kę. Prze­kup­nie odzia­ni w sal­war ka­me­ez tar­go­wa­li się w wą­skich przej­ściach z klien­ta­mi ubra­ny­mi w dżin­sy i ko­szul­ki z krót­kim rę­ka­wem. Z ka­fe­jek i ba­rów są­czy­ła się tra­dy­cyj­na egip­ska mu­zy­ka o szyb­kim ryt­mie, a sprze­daw­cy płyt i elek­tro­ni­ki pusz­cza­li dud­nią­ce tech­no z prze­no­śnych od­twa­rza­czy; elek­tro­nicz­ne basy i dźwięk bęb­nów z gli­ny i koź­lej skó­ry two­rzy­ły me­lo­dię po­dob­ną do brzę­cze­nia ogrom­ne­go owa­da.

Han­dla­rze sprze­da­wa­li wszyst­ko, po­czy­na­jąc od ręcz­nie wy­ra­bia­nej srebr­nej bi­żu­te­rii, na­czyń mie­dzia­nych i dy­wa­nów, a na le­pie na mu­chy, gu­mo­wych san­da­łach oraz ko­szul­kach z na­pi­sem „I ♥ Egypt” koń­cząc.

Alej­ka­mi wę­dro­wa­li mło­dzi i sta­rzy, czar­ni i bia­li, Ara­bo­wie, miesz­kań­cy Za­cho­du i Azja­ci. Byli wśród nich trzej przy­by­sze z Bli­skie­go Wscho­du; si­wo­wło­sy tęgi męż­czy­zna kro­czył środ­kiem, a tuż za nim po­dą­ża­ło dwóch mło­dych, wy­róż­nia­ją­cych się mu­sku­la­tu­rą. Szli swo­bod­nie i nie­spiesz­nie. Nie rzu­ca­li się w oczy, lecz ten, kto przy­glą­dał im się dłu­żej, mu­siał za­uwa­żyć, że czę­ściej niż inni ku­pu­ją­cy zer­ka­ją w lewo i w pra­wo. Co ja­kiś czas je­den z młod­szych męż­czyzn oglą­dał się przez ra­mię.

Na­gle ten idą­cy po pra­wej stro­nie kor­pu­lent­ne­go to­wa­rzy­sza od­wró­cił się i po­pa­trzył na tłum su­ną­cy alej­ką. Przy­glą­dał się uważ­nie twa­rzom, dło­niom i ru­chom wszyst­kich, któ­rzy zna­leź­li się w za­się­gu jego wzro­ku. Po dzie­się­ciu se­kun­dach przy­spie­szył kro­ku, by do­go­nić swo­ją grup­kę.

„Ot, trzech ko­le­siów wy­bra­ło się w po­łu­dnie na spa­ce­rek”. Ko­mu­ni­kat za­brzmiał w ma­łej, pra­wie nie­wi­docz­nej słu­chaw­ce ukry­tej w pra­wym uchu męż­czy­zny znaj­du­ją­ce­go się dwa­dzie­ścia pięć me­trów za tam­tą trój­ką. Bia­ły męż­czy­zna ubra­ny w luź­ną nie­bie­ską ko­szu­lę i brud­ne dżin­sy stał przed re­stau­ra­cją obok drzwi, uda­jąc, że czy­ta kar­tę dań spi­sa­ną od­ręcz­nie po fran­cu­sku. Był Ame­ry­ka­ni­nem w wie­ku oko­ło trzy­dzie­stu lat, miał krót­kie ciem­ne wło­sy i nie­chluj­ną bro­dę. Usły­szaw­szy in­for­ma­cję, ode­rwał wzrok od ja­dło­spi­su, spoj­rzał na trój­kę męż­czyzn i da­lej, na za­ku­rzo­ną, zwień­czo­ną łu­kiem bra­mę, za któ­rą znaj­do­wa­ła się ulicz­ka od­cho­dzą­ca od suku. W chłod­nym cie­niu, opar­ty o ścia­nę z pia­skow­ca, stał szczu­pły męż­czy­zna; wi­dać było je­dy­nie nie­wy­raź­ny za­rys jego syl­wet­ki.

Mło­dy Ame­ry­ka­nin uniósł rę­kaw nie­bie­skiej lnia­nej ko­szu­li do twa­rzy i udał, że od­ga­nia nie­ist­nie­ją­cą mu­chę.

– Nic do­dać, nic ująć – rzekł do mi­kro­fo­nu. – Wzo­ro­wi oby­wa­te­le, niech ich szlag. Tu­taj nie mam już po co ster­czeć.

Męż­czy­zna cza­ją­cy się w cie­niu od­su­nął się od ścia­ny i swo­bod­nym kro­kiem ru­szył w stro­nę Ara­bów, któ­rzy prze­cho­dzi­li w jego po­bli­żu. Uniósł dłoń do twa­rzy. Ame­ry­ka­nin w nie­bie­skiej ko­szu­li usły­szał:

– W po­rząd­ku, Dom, prze­ją­łem ich. Okrąż ry­nek i przejdź do na­stęp­ne­go wą­skie­go gar­dła. Dam ci cynk, je­śli on się za­trzy­ma.

– Jest twój, Sam – od­parł Do­mi­nic Ca­ru­so.

Skrę­cił w lewo w bocz­ną alej­kę pro­wa­dzą­cą do scho­dów, któ­re wy­cho­dzi­ły na szer­szą uli­cę, al-Ba­di­stand. Te­raz skie­ro­wał się w pra­wo i szyb­ko po­ma­sze­ro­wał mię­dzy prze­chod­nia­mi, ro­we­ra­mi i mo­to­rik­sza­mi; chciał wy­prze­dzić ob­ser­wo­wa­ne­go męż­czy­znę.

Do­mi­nic Ca­ru­so był mło­dy, spraw­ny i miał dość ciem­ną kar­na­cję. Wszyst­kie te ce­chy do­brze mu się przy­słu­ży­ły w cią­gu tych paru dni, kie­dy pro­wa­dził in­wi­gi­la­cję po­dej­rza­nych w Ka­irze. Od­cień skó­ry i ko­lor wło­sów spra­wi­ły, że nie od­róż­niał się od miesz­kań­ców mia­sta, któ­rzy prze­waż­nie mie­li czar­ne wło­sy i oliw­ko­wą cerę. Spraw­ność i mło­dy wiek na­to­miast przy­da­wa­ły mu się, po­nie­waż obiekt ob­ser­wa­cji był, jak to okre­śla­no w jego krę­gach za­wo­do­wych, trud­ny. Ope­ra­cja pro­wa­dzo­na w Ka­irze sku­pia­ła się na Mu­sta­fie el-Da­bo­us­sim, szpa­ko­wa­tym pięć­dzie­się­cio­ośmio­lat­ku po­ru­sza­ją­cym się w to­wa­rzy­stwie dwóch mię­śnia­ków, któ­rzy sta­no­wi­li jego ob­sta­wę. Mu­sta­fa był ter­ro­ry­stą.

Do­mi­nic do­sko­na­le pa­mię­tał, że na tym świe­cie ter­ro­ry­ści rzad­ko do­ży­wa­ją tak sę­dzi­we­go wie­ku, gdyż nie za­uwa­ża­ją swo­ich ogo­nów. El-Da­bo­us­si orien­to­wał się we wszyst­kich sztucz­kach opi­sa­nych w pod­ręcz­ni­kach, uli­ce Ka­iru znał jak wła­sną kie­szeń, a poza tym miał przy­ja­ciół w rzą­dzie, po­li­cji oraz agen­cjach wy­wia­dow­czych.

W rze­czy sa­mej sta­no­wił trud­ny obiekt in­wi­gi­la­cji.

Ca­ru­so tak­że nie za­li­czał się do no­wi­cju­szy w tej grze, przez więk­szą część ostat­niej de­ka­dy trud­nił się śle­dze­niem tego lub owe­go zło­czyń­cy. Kil­ka lat był agen­tem spe­cjal­nym FBI, a póź­niej wraz ze swo­im bra­tem bliź­nia­kiem Bria­nem zo­stał zwer­bo­wa­ny do Cam­pu­su. Brian zgi­nął rok temu pod­czas taj­nej ope­ra­cji w Li­bii. Do­mi­nic rów­nież tam tra­fił, trzy­mał ko­na­ją­ce­go bra­ta na rę­kach; po­tem wró­cił do bazy Cam­pu­su zde­ter­mi­no­wa­ny jak dia­bli, by kon­ty­nu­ować cięż­ką i nie­bez­piecz­ną służ­bę; w jej sens nie­za­chwia­nie wie­rzył.

Omi­nął chło­pa­ka sprze­da­ją­ce­go her­ba­tę z du­że­go dzba­na, któ­ry wi­siał na jego szyi na skó­rza­nym pa­sku, i przy­spie­szył kro­ku. Mu­siał szyb­ko do­trzeć do na­stęp­ne­go punk­tu ob­ser­wa­cyj­ne­go – skrzy­żo­wa­nia czte­rech ulic sto me­trów da­lej na po­łu­dnie.

Part­ner Ca­ru­sa, Sam Dri­scoll, po­dą­żał za śle­dzo­ną trój­ką krę­ty­mi ulicz­ka­mi, sta­ran­nie utrzy­mu­jąc od­le­głość. Uznał, że je­śli stra­ci kon­takt z obiek­tem, to trud­no; Do­mi­nic tak­że kie­ro­wał się do wą­skie­go gar­dła. Je­że­li el-Da­bo­us­si znik­nie mię­dzy ich po­zy­cja­mi, będą go szu­ka­li, lecz je­śli wy­mknie się im dzi­siaj, od­naj­dą go póź­niej w jego wy­na­ję­tym domu. Zde­cy­do­wa­li, że le­piej jest za­ry­zy­ko­wać zgu­bie­nie obiek­tu niż zbyt­nio się doń zbli­żać, gdyż wów­czas mógł­by ich zde­ma­sko­wać on sam lub ktoś z jego ob­sta­wy.

El-Da­bo­us­si za­trzy­mał się przed skle­pem ju­bi­ler­skim; jego wzrok przy­ku­ło coś, co spo­czy­wa­ło w po­kry­tej ku­rzem ga­blo­cie tuż za sze­ro­ki­mi drzwia­mi. Sam po­ko­nał jesz­cze parę me­trów i wszedł w cień płó­cien­ne­go na­mio­tu, pod któ­rym mło­de dziew­czę­ta sprze­da­wa­ły pla­sti­ko­we za­baw­ki i tan­det­ne pa­miąt­ki tu­ry­stycz­ne. Cze­ka­jąc, wszedł głę­biej w cień. Zda­wa­ło mu się, że do­brze wto­pił się w oto­cze­nie, lecz na­sto­lat­ka w cza­do­rze po­de­szła do nie­go z uśmie­chem.

– Chce pan ciem­ne oku­la­ry, pro­szę pana?

Cho­ler­ny świat.

Sam Dri­scoll mógł wzbu­dzić prze­strach jed­nym spoj­rze­niem. Były ran­ger, któ­ry za­li­czył wie­le tur na pu­sty­ni – i nie tyl­ko tam – zo­stał ścią­gnię­ty do Cam­pu­su po re­ko­men­da­cji Jac­ka Ry­ana se­nio­ra. Z woj­ska wy­ku­rzy­li go praw­ni­cy z De­par­ta­men­tu Spra­wie­dli­wo­ści dzia­ła­ją­cy na zle­ce­nie ad­mi­ni­stra­cji Ke­al­ty’ego, któ­ra za­pra­gnę­ła krwi; na­stą­pi­ło to po jed­nym z wy­pa­dów Sama przez gra­ni­cę na te­ren Pa­ki­sta­nu. Pre­zy­dent po­czuł się znie­sma­czo­ny tym, że zo­sta­ło po niej zbyt wie­le tru­pów ter­ro­ry­stów.

Dri­scoll pierw­szy by przy­znał, że na­ru­szył pra­wa tych dra­ni, pa­ku­jąc im w gło­wę po­ci­ski ka­li­bru.40. Jed­nak był zda­nia, że wy­ko­ny­wał tyl­ko swo­ją ro­bo­tę i zro­bił to, co ko­niecz­ne.

Ży­cie jest pod­łe, a póź­niej się umie­ra.

Jack se­nior na­gło­śnił spra­wę Dri­scol­la i pro­ku­ra­tor wy­co­fał za­rzu­ty, jed­nak­że re­ko­men­da­cja Ry­ana oraz oso­bi­ste wspar­cie ze stro­ny Joh­na Clar­ka prze­ko­na­ły Ger­ry’ego Hen­dleya, by przy­jął Sama do Cam­pu­su.

Trzy­dzie­sto­ośmio­let­ni Dri­scoll, star­szy od swo­je­go part­ne­ra Do­mi­ni­ca Ca­ru­sa, był w do­sko­na­łej kon­dy­cji fi­zycz­nej, lecz miał za sobą dłu­gą służ­bę; świad­czy­ły o tym si­wie­ją­ca bro­da, głę­bo­kie zmarszcz­ki wo­kół oczu oraz sta­ra rana w ra­mie­niu, któ­rej ból bu­dził go każ­de­go ran­ka. W cza­sie ewa­ku­acji po wy­ciecz­ce do Pa­ki­sta­nu po­cisk z ka­łasz­ni­ko­wa wy­strze­lo­ny przez dżi­ha­dy­stę odłu­pał ka­wa­łek ska­ły tuż przed sta­no­wi­skiem Dri­scol­la i ten na­tu­ral­ny szrap­nel wbił mu się w cia­ło.

Te­raz ra­mię nie do­ku­cza­ło mu aż tak bar­dzo, sztyw­ność i ból ustą­pi­ły pod wpły­wem ru­chu i ćwi­czeń; pie­sze śle­dze­nie obiek­tu w ka­ir­skim sta­rym mie­ście do­star­czy­ły mu w nad­mia­rze jed­ne­go i dru­gie­go.

Dri­scol­la cze­ka­ło jesz­cze wię­cej gim­na­sty­ki. Uniósł gło­wę i zo­ba­czył, że el-Da­bo­us­si znów ru­szył w dro­gę. Po­cze­kał chwi­lę, a na­stęp­nie wy­szedł na uli­cę i po­dą­żył za si­wo­wło­sym ter­ro­ry­stą.

Mi­nu­tę póź­niej znów mu­siał się za­trzy­mać, gdy obiekt ob­ser­wa­cji zaj­rzał do ru­chli­wej kah­wah, ha­ła­śli­wej ka­wia­ren­ki, od ja­kich roi się w Ka­irze. Męż­czyź­ni roz­pie­ra­li się na krze­słach wo­kół ma­łych sto­li­ków roz­sta­wio­nych na uli­cy, gra­li w tryk­tra­ka i sza­chy, ćmi­li faj­ki ho­okah i pa­pie­ro­sy; po­pi­ja­li przy tym za­wie­si­stą kawę po tu­rec­ku lub aro­ma­tycz­ną zie­lo­ną her­ba­tę. El-Da­bo­us­si oraz jego ochro­nia­rze omi­nę­li sto­li­ki i we­szli do ciem­ne­go wnę­trza lo­ka­lu.

– Do­mi­nic, je­steś? – rzu­cił Sam do mi­kro­fo­nu ukry­te­go w rę­ka­wie.

– Tak – po­twier­dził Ca­ru­so.

– Ob­ser­wo­wa­ni się za­trzy­ma­li. Są w ka­fej­ce przy…

– Dri­scoll ro­zej­rzał się, szu­ka­jąc wzro­kiem ta­blicz­ki na ścia­nach i na­roż­ni­kach do­mów.

Wi­dział kra­my i stra­ga­ny na tar­go­wi­sku, lecz żad­ne­go ozna­cze­nia z na­zwą uli­cy, na któ­rej się znaj­do­wał. W gó­rach Pa­ki­sta­nu orien­to­wał się le­piej niż wśród za­uł­ków ka­ir­skiej sta­rów­ki. Za­ry­zy­ko­wał i ukrad­kiem spoj­rzał na plan mia­sta.

– Przed chwi­lą od­bi­li­śmy w lewo od Mi­dan Hu­se­in. Wy­da­je mi się, że je­ste­śmy na pół­noc od al-Ba­di­stand. Ja­kieś pięć­dzie­siąt me­trów od miej­sca, w któ­rym się znaj­du­jesz. Wy­glą­da na to, że nasz ko­leś i jego go­ry­le za­mie­rza­ją wstą­pić na po­ga­du­chy. Może tu doj­dziesz i po­dzie­li­my się ro­bo­tą?

– Do­bra, idę.

Cze­ka­jąc na wspar­cie, Sam pod­szedł do skle­pu z ży­ran­do­la­mi i za­czął przy­glą­dać im się z po­dzi­wem. W od­bi­ciu na du­żej krysz­ta­ło­wej kuli wi­dział wej­ście do kah­wah; gdy­by obiekt wy­szedł, Sam na­tych­miast by to za­uwa­żył. Tym­cza­sem do ka­fej­ki na­de­szło z prze­ciw­nej stro­ny trzech męż­czyzn. Uwa­gę agen­ta zwró­cił ten, któ­ry wy­glą­dał na sze­fa. Dri­scoll po­sta­no­wił za­ry­zy­ko­wać. Prze­szedł obok kah­wah i zaj­rzał do środ­ka, jak­by po­szu­ki­wał zna­jo­me­go.

Mu­sta­fa el-Da­bo­us­si i jego ochro­nia­rze sie­dzie­li pod tyl­ną ścia­ną w to­wa­rzy­stwie trzech nowo przy­by­łych.

– To cie­ka­we – rzekł do sie­bie Sam, od­da­liw­szy się o kil­ka me­trów od wej­ścia do ka­fej­ki.

Mi­nu­tę póź­niej Do­mi­nic sta­nął obok nie­go i ra­zem za­czę­li oglą­dać to­wa­ry wy­sta­wio­ne w ma­lut­kim kio­sku. Dri­scoll schy­lił się nad ladą i wziął do ręki parę dżin­sów.

– Nasz ko­leż­ka od­by­wa taj­ne spo­tka­nie z nie­zi­den­ty­fi­ko­wa­nym męż­czy­zną – szep­nął do part­ne­ra.

Do­mi­nic nie za­re­ago­wał; od­wró­cił się do ma­ne­ki­na i udał, że oglą­da met­kę przy­cze­pio­ną do ka­mi­zel­ki. Jed­no­cze­śnie spoj­rzał na dru­gą stro­nę uli­cy do wnę­trza ka­fej­ki. Sam sta­nął tuż za nim.

– Naj­wyż­szy czas – mruk­nął Ca­ru­so. – Cze­ka­my na to od paru dni.

– Sły­szę cię. Usiądź­my przy sto­li­ku na­prze­ciw­ko tej ka­fej­ki, spró­bu­je­my pstryk­nąć parę zdjęć tym pa­ja­com. Wy­śle­my je Ric­ko­wi, może jego kom­pu­te­ro­wi mą­dra­le ich zi­den­ty­fi­ku­ją. Ten w czar­nym wy­glą­da mi na do­wód­cę.

Po chwi­li obaj Ame­ry­ka­nie usie­dli w cie­niu pa­ra­so­la w ka­wiar­ni; kah­wah znaj­do­wa­ła się po dru­giej stro­nie ulicz­ki. Do­mi­nic za­sko­czył Dri­scol­la i za­mó­wił pierw­szy.

– Kah­wa­ziy­ada – po­wie­dział z grzecz­nym uśmie­chem, wska­zu­jąc sie­bie i Sama.

Ko­bie­ta ski­nę­ła gło­wą i ode­szła.

– Zdra­dzisz, co za­mó­wi­łeś, czy le­piej, że­bym nie wie­dział?

– Dwie kawy po tu­rec­ku z do­dat­ko­wą por­cją cu­kru.

Sam wzru­szył ra­mio­na­mi i z wol­na prze­chy­lił gło­wę, roz­cią­ga­jąc mię­sień na ra­mie­niu.

– Może być, ko­fe­ina do­brze mi zro­bi.

Po­da­no kawę, na­pi­li się. Nie spo­glą­da­li w stro­nę in­wi­gi­lo­wa­nych obiek­tów. Je­że­li ochro­nia­rze są coś war­ci, będą się przy­glą­da­li bia­łym cu­dzo­ziem­com sie­dzą­cym po dru­giej stro­nie uli­cy, ale tyl­ko przez kil­ka mi­nut. Je­śli Sam i Do­mi­nic nie zwró­cą na nich uwa­gi, lu­dzie el-Da­bo­us­sie­go i ich roz­mów­cy uzna­ją, że mają do czy­nie­nia z dwo­ma tu­ry­sta­mi, któ­rych żony wy­bra­ły się na za­ku­py na ry­nek i za­pew­ne oglą­da­ją dy­wa­ny. To ich uspo­koi.

Sam i Do­mi­nic wy­ko­ny­wa­li dość nie­bez­piecz­ne za­da­nie po­le­ga­ją­ce na śle­dze­niu ter­ro­ry­sty, lecz mimo to z przy­jem­no­ścią ra­czy­li się kawą na za­la­nej słoń­cem uli­cy. Od kil­ku dni wy­cho­dzi­li z kry­jów­ki je­dy­nie wno­cy, i to na zmia­nę. Więk­szość po­zo­sta­łe­go cza­su spę­dza­li w jed­no­izbo­wym miesz­kan­ku na­prze­ciw­ko wy­staw­nej, oto­czo­nej mu­rem re­zy­den­cji el-Da­bo­us­sie­go po­ło­żo­nej w eks­klu­zyw­nej dziel­ni­cy Za­ma­lek. Przez dłu­gie dnie i noce spo­glą­da­li w wi­zje­ry nok­to­wi­zo­rów, ro­bi­li zdję­cia lu­dziom od­wie­dza­ją­cym ter­ro­ry­stę i je­dli ryż oraz ja­gnię­ci­nę w ta­kich ilo­ściach, że znu­dzi­ło im się jed­no i dru­gie.

Jed­nak obaj agen­ci, a tak­że ze­spół two­rzą­cy ich za­ple­cze w Cam­pu­sie wie­dzie­li, że wy­ko­nu­ją waż­ne za­da­nie.

Mu­sta­fa el-Da­bo­us­si był ro­do­wi­tym Egip­cja­ni­nem, lecz od oko­ło pięt­na­stu lat miesz­kał w Pa­ki­sta­nie oraz Je­me­nie i dzia­łał w Ra­dzie Re­wo­lu­cyj­nej Umay­y­ad. Rada roz­pa­dła się z po­wo­du znik­nię­cia prze­wod­ni­czą­ce­go i sku­tecz­nych dzia­łań CIA oraz in­nych agen­cji, to­też el-Da­bo­us­si wró­cił do oj­czy­zny i rze­ko­mo ob­jął ja­kąś urzęd­ni­czą po­sa­dę w Alek­san­drii.

Agen­ci Cam­pu­su wy­wę­szy­li, że coś się za tym kry­je. Jack Ryan ju­nior prze­glą­dał kar­to­te­ki zna­nych dzia­ła­czy URC2, na pod­sta­wie taj­nych i ogól­no­do­stęp­nych in­for­ma­cji, sta­ra­jąc się usta­lić, gdzie prze­by­wa­ją i czym się zaj­mu­ją. Nie było to ła­twe, jed­nak do­pro­wa­dzi­ło go do od­kry­cia, że MED – bo tak na­zy­wa­li el-Da­bo­us­sie­go agen­ci Cam­pu­su – do­stał lip­ne sta­no­wi­sko dzię­ki człon­kom Brac­twa Mu­zuł­mań­skie­go spra­wu­ją­ce­go fak­tycz­ną wła­dzę w nie­któ­rych pro­win­cjach Egip­tu.

Dal­sze śledz­two wy­ka­za­ło, że zle­co­no mu utwo­rze­nie dwóch obo­zów szko­le­nio­wych w po­bli­żu gra­ni­cy Egip­tu z Li­bią. Z taj­nych do­ku­men­tów CIA wy­ni­ka­ło, że wy­wiad egip­ski za­mie­rzał prze­kształ­cić cy­wil­ną li­bij­ską mi­li­cję w ro­dzaj na­ro­do­wych sił obro­ny.

Jed­nak nie­któ­rzy pra­cow­ni­cy CIA i wszy­scy agen­ci Cam­pu­su uwa­ża­li, że jest to za­sło­na dym­na. Ana­li­za hi­sto­rii dzia­łal­no­ści el-Da­bo­us­sie­go wska­zy­wa­ła, że in­te­re­su­ją go wy­łącz­nie ak­cje ter­ro­ry­stycz­ne prze­ciw nie­wier­nym; Mu­sta­fa el-Da­bo­us­si nie spra­wiał wra­że­nia czło­wie­ka, któ­ry ma stwo­rzyć gwar­dię na­ro­do­wą pół­noc­no­afry­kań­skie­go kra­ju.

Ana­li­ty­cy Cam­pu­su prze­chwy­ci­li za­ko­do­wa­ny e-mail, z któ­re­go tre­ści wy­ni­ka­ło, że el-Da­bo­us­si ma spę­dzić week­end w Ka­irze i spo­tkać się z cu­dzo­ziem­ca­mi do­po­ma­ga­ją­cy­mi mu w re­ali­za­cji no­we­go przed­się­wzię­cia. Sam Gran­ger, do­wód­ca ope­ra­cyj­ny agen­cji, nie­zwłocz­nie wy­słał Dri­scol­la i Ca­ru­sa do Egip­tu, aby zro­bi­li zdję­cia go­ści od­wie­dza­ją­cych wy­na­ję­tą re­zy­den­cję ter­ro­ry­sty; li­czył na to, że do­wie się, jaki jest praw­dzi­wy cel szko­le­nia w owych obo­zach.

Ame­ry­ka­nie sie­dzie­li przy sto­li­ku i od­gry­wa­li znu­dzo­nych tu­ry­stów, roz­ma­wia­jąc o ka­wie po tu­rec­ku, któ­rą są­czy­li ze sma­kiem. Obaj byli zda­nia, że jest fan­ta­stycz­na, choć kie­dy pierw­szy raz zda­rzy­ło im się ją pić, nie ustrze­gli się gorz­kich fu­sów z dna fi­li­żan­ki.

Do­piw­szy na­po­je do po­ło­wy, pod­ję­li wy­ko­ny­wa­ne za­da­nie i na zmia­nę zer­ka­li do ciem­ne­go wnę­trza ka­fej­ki na­prze­ciw­ko. Z po­cząt­ku ro­bi­li to mi­mo­cho­dem i po chwi­li zo­rien­to­wa­li się, że ża­den z sze­ściu męż­czyzn sie­dzą­cych przy sto­li­ku nie zwra­ca na nich uwa­gi.

Do­mi­nic wy­jął z dżin­sów oku­la­ry prze­ciw­sło­necz­ne i po­ło­żył je na sto­li­ku. Otwo­rzył wiecz­ko etui i od­su­nął mięk­ką wy­ściół­kę. Uka­zał się ma­leń­ki ekra­nik cie­kło­kry­sta­licz­ny, na któ­rym wid­niał ob­raz z apa­ra­tu o roz­dziel­czo­ści dwu­na­stu me­ga­pik­se­li ukry­te­go w pod­sta­wie fu­te­ra­łu. Przy uży­ciu te­le­fo­nu ko­mór­ko­we­go z sys­te­mem Blu­eto­oth prze­słał do apa­ra­tu sy­gnał ste­ru­ją­cy. Do­sto­so­wał po­więk­sze­nie tak, by na ekra­nie po­ja­wił się ide­al­nie ska­dro­wa­ny ob­raz szóst­ki męż­czyzn ze­bra­nych w ka­fej­ce. El-Da­bo­us­si oraz jego dwaj go­ry­le ćmi­li szi­szę i roz­ma­wia­li z cu­dzo­ziem­ca­mi, a Ca­ru­so zro­bił kil­ka­dzie­siąt zdjęć cy­fro­wych, na­ci­ska­jąc kla­wisz ko­mór­ki.

Wy­ko­ny­wał tę czyn­ność tak, by nie wy­glą­dać na sku­pio­ne­go.

– Ci przy­by­sze to woj­sko­wi – za­uwa­żył Sam. – Ten po­środ­ku, sie­dzą­cy ty­łem do ścia­ny, jest star­szym ofi­ce­rem.

– Skąd wiesz?

– Bo słu­ży­łem w woj­sku i nie by­łem star­szym ofi­ce­rem.

– Ja­sne.

– Nie umiem pre­cy­zyj­nie wy­tłu­ma­czyć, skąd to wiem – cią­gnął Dri­scoll – ale ten fa­cet jest co naj­mniej puł­kow­ni­kiem, może na­wet ge­ne­ra­łem. Dał­bym so­bie za to rękę uciąć.

– Na pew­no nie jest Egip­cja­ni­nem – do­dał Do­mi­nic, cho­wa­jąc apa­rat do kie­sze­ni.

Dri­scoll nie po­ru­szył gło­wą. Spo­glą­dał na ziar­ni­ste fusy, któ­re osia­dły na dnie fi­li­żan­ki.

– To Pa­ki­stań­czyk.

– Mnie też się tak wy­da­wa­ło.

– Mamy zdję­cia, nie na­ra­żaj­my się dłu­żej – po­wie­dział Sam.

– Słusz­nie – przy­tak­nął Do­mi­nic. – Znu­dzi­ło mi się po­dzi­wia­nie, jak inni się ob­że­ra­ją. Chodź­my na lunch.

– Ryż i ja­gnię­ci­na? – spy­tał po­nu­ro Sam.

– Mam coś lep­sze­go. Obok sta­cji me­tra wi­dzia­łem McDo­nal­da.

– A więc niech bę­dzie McBa­ra­nek.

5

Jack Ryan ju­nior za­par­ko­wał swo­je­go hum­me­ra na wy­zna­czo­nym miej­scu na par­kin­gu fir­my Hen­dley As­so­cia­tes o go­dzi­nie pią­tej dzie­sięć. Z tru­dem wy­gra­mo­lił się z wiel­kie­go sa­mo­cho­du. Bo­la­ły go mię­śnie, jego ręce i nogi po­kry­wa­ły drob­ne ska­le­cze­nia i si­nia­ki.

Ku­le­jąc, wszedł do bu­dyn­ku tyl­ny­mi drzwia­mi. Nie lu­bił wcze­śnie roz­po­czy­nać pra­cy, a tego ran­ka był pa­skud­nie po­obi­ja­ny. Miał jed­nak do wy­ko­na­nia waż­ną i pil­ną ro­bo­tę. W te­re­nie dzia­ła­ło czte­rech agen­tów i Ryan, choć chciał, nie mógł być z nimi. Wie­dział, że jego obo­wiąz­kiem jest do­star­cze­nie im jak naj­do­kład­niej­szych in­for­ma­cji w cza­sie rze­czy­wi­stym; to praw­do­po­dob­nie nie uła­twi im pra­cy, ale przy­najm­niej spra­wi, że nie oka­że się trud­niej­sza niż to ko­niecz­ne.

Mi­nął ochro­nia­rza dy­żu­ru­ją­ce­go przy re­cep­cji w holu. Zda­niem Jac­ka fa­cet był wprost nie­przy­zwo­icie czuj­ny o tak kosz­mar­nej go­dzi­nie.

– Dzień do­bry, pa­nie Ryan.

– Wi­taj, Bill.

Jack przy­cho­dził zwy­kle po ósmej, a wte­dy Bill, eme­ry­to­wa­ny sier­żant ochro­ny sił po­wietrz­nych, zda­wał po­ste­ru­nek Er­nie­mu. Ryan na­tknął się na Bil­la za­le­d­wie kil­ka­krot­nie, lecz od­niósł wra­że­nie, że gość jest stwo­rzo­ny do tej ro­bo­ty.

Jack wje­chał win­dą na pię­tro, po­czła­pał ciem­nym ko­ry­ta­rzem, rzu­cił skó­rza­ną ak­tów­kę w swo­im bok­sie i ru­szył do kuch­ni. Włą­czył eks­pres do kawy i wy­cią­gnął z lo­dów­ki wo­re­czek z lo­dem, po któ­ry ostat­ni­mi cza­sy czę­sto się­gał.

Usiadł­szy przy biur­ku i cze­ka­jąc na kawę, włą­czył kom­pu­ter oraz lamp­kę. Poza Jac­kiem, pa­ro­ma in­for­ma­ty­ka­mi pra­cu­ją­cy­mi non stop, trze­cią zmia­ną ko­mór­ki ana­li­tycz­no-trans­la­cyj­nej oraz pa­ro­ma ochro­nia­rza­mi w bu­dyn­ku nie było ni­ko­go i taki stan utrzy­ma się jesz­cze co naj­mniej przez go­dzi­nę. Jack przy­ło­żył lód do szczę­ki i oparł gło­wę o blat biur­ka.

– Szlag by to… – wy­mam­ro­tał.

Pięć mi­nut póź­niej z eks­pre­su po­cie­kły do po­jem­ni­ka ostat­nie kro­ple kawy; Ryan wziął ku­bek z szaf­ki, na­lał do nie­go czar­ne­go pa­ru­ją­ce­go na­pa­ru i po­wlókł się do biur­ka.

Naj­chęt­niej wró­cił­by do domu i rzu­cił się na łóż­ko, ale to nie wcho­dzi­ło w ra­chu­bę. Szko­le­nie po go­dzi­nach, któ­re od­by­wał, da­wa­ło mu w kość, lecz wie­dział, że nie gro­zi mu praw­dzi­we nie­bez­pie­czeń­stwo. Za­gro­że­ni byli na­to­miast ko­le­dzy w te­re­nie, on zaś miał obo­wią­zek ich wspo­ma­gać.

Do tego celu wy­ko­rzy­sty­wał kom­pu­ter. A mó­wiąc do­kład­niej, po­trze­bo­wał da­nych ścią­ga­nych z ete­ru za po­mo­cą pa­ra­bo­licz­nych an­ten tkwią­cych na da­chu fir­my Hen­dley As­so­cia­tes. Tra­fia­ły one do kryp­to­lo­gów ko­rzy­sta­ją­cych z su­per­kom­pu­te­ra, ci zaś bez ustan­ku od­czy­ty­wa­li z nich za­szy­fro­wa­ne ko­mu­ni­ka­ty. Jack wy­ła­wiał swo­ją zdo­bycz z sie­dzi­by CIA w Lan­gley, z Agen­cji Bez­pie­czeń­stwa Na­ro­do­we­go w Fort Mead, z Na­ro­do­we­go Cen­trum An­ty­ter­ro­ry­stycz­ne­go przy Li­ber­ty Cros­sing w McLe­an, z FBI w Wa­szyng­to­nie oraz paru in­nych agend. Dzi­siaj mimo wcze­snej pory po­łów był szcze­gól­nie ob­fi­ty. Znacz­na część in­for­ma­cji tra­fia­ła do Lan­gley z za­przy­jaź­nio­nych kra­jów; Jack przy­szedł wcze­śniej do pra­cy wła­śnie po to, by je przej­rzeć.

Naj­pierw za­lo­go­wał się do bazy in­for­ma­cyj­nej NSA zwa­nej XITS. Chciał spraw­dzić, czy zda­rzy­ło się coś waż­ne­go od osiem­na­stej po­przed­nie­go dnia, kie­dy to wy­szedł z biu­ra. Spo­glą­dał na ekran kom­pu­te­ra za­peł­nia­ją­cy się da­ny­mi o dzi­siej­szych wy­da­rze­niach. W cią­gu paru ostat­nich ty­go­dni tem­po prac w Cam­pu­sie ro­sło w la­wi­no­wym tem­pie; każ­de­go ran­ka Jac­ko­wi co­raz trud­niej było zde­cy­do­wać, od cze­go ma za­cząć.

Czte­rej agen­ci po­lo­wi Cam­pu­su dzia­ła­ją­cy obec­nie w te­re­nie zo­sta­li po­dzie­le­ni na dwie pary. Ku­zyn Jac­ka, Do­mi­nic Ca­ru­so, współ­pra­co­wał z eks­ran­ge­rem Sa­mem Dri­scol­lem. Prze­by­wa­li w Ka­irze i śle­dzi­li pew­ne­go agen­ta Brac­twa Mu­zuł­mań­skie­go; Jack i jego ko­le­dzy ana­li­ty­cy w Cam­pu­sie mie­li po­wo­dy są­dzić, że po­dej­rza­ny knu­je coś bar­dzo zło­wiesz­cze­go. We­dług CIA czło­wiek ten za­kła­dał obo­zy szko­le­nio­we w za­chod­nim Egip­cie oraz ku­po­wał uzbro­je­nie i amu­ni­cję od ko­goś w ar­mii egip­skiej. Jak za­mie­rzał je wy­ko­rzy­stać? Na tym wła­śnie po­le­ga­ła trud­ność. Nikt nie wie­dział, do ja­kie­go celu po­słu­żą obo­zy, broń i in­for­ma­cje, któ­re po­siadł pod­czas dzia­łal­no­ści w URC i in­nych or­ga­ni­za­cjach ter­ro­ry­stycz­nych, któ­rych człon­kiem był przez ostat­nich dwa­dzie­ścia lat. Wie­dzia­no je­dy­nie tyle, że on, jego obo­zy i sprzęt wciąż znaj­du­ją się na te­ry­to­rium Egip­tu.

Jack wes­tchnął. Czyż­by Egipt po epo­ce Hu­snie­go Mu­ba­ra­ka miał się prze­kształ­cić w stre­fę woj­ny?

Ame­ry­kań­skie me­dia ogło­si­ły jako pew­nik, że prze­mia­ny po­li­tycz­ne na Bli­skim Wscho­dzie przy­czy­nią się do za­pro­wa­dze­nia po­ko­ju, lecz Ryan, jego ko­le­dzy z Cam­pu­su oraz mnó­stwo spe­cja­li­stów na ca­łym świe­cie uwa­ża­ło za praw­do­po­dob­ne, że prze­mia­ny te uto­ru­ją dro­gę eks­tre­mi­zmo­wi, a nie umiar­ko­wa­nym re­for­mom.

Wie­lu dzien­ni­ka­rzy bra­ło lu­dzi my­ślą­cych w ten spo­sób za pe­sy­mi­stów czy wręcz za pra­wi­co­wych ja­strzę­bi. Ryan uwa­żał się za re­ali­stę i dla­te­go nie wy­biegł na uli­cę, aby gło­sić pe­any na cześć wio­sny lu­dów w kra­jach Bli­skie­go Wscho­du.

Eks­tre­mi­ści ro­śli w siłę. Po wpad­ce Emi­ra przed nie­mal ro­kiem ter­ro­ry­ści zmie­nia­li kry­jów­ki, so­ju­sze, pro­fe­sje, a na­wet prze­no­si­li się z jed­ne­go kra­ju do dru­gie­go.

Jed­no wszak­że nie ule­gło zmia­nie. Epi­cen­trum wszel­kiej dzia­łal­no­ści zwią­za­nej z dżi­ha­dem wciąż znaj­do­wa­ło się w Pa­ki­sta­nie. Przed trzy­dzie­stu laty rze­sze nie­opie­rzo­nych wów­czas dżi­ha­dy­stów cią­gnę­ły tam, aby wo­jo­wać z Ro­sja­na­mi. Każ­de­mu chłop­cu, któ­ry wkro­czył w wiek doj­rze­wa­nia, da­wa­no ka­ra­bin do ręki oraz bi­let na eks­pres do raju. Młod­szym pro­po­no­wa­no miej­sce w ma­dra­sie, szko­le re­li­gij­nej, w któ­rej za­pew­nia­no im stra­wę, ubra­nie i po­czu­cie przy­na­leż­no­ści do gru­py, lecz ma­dra­sy w Pa­ki­sta­nie wpa­ja­ły im je­dy­nie skraj­ne po­glą­dy re­li­gij­ne oraz za­pał do wal­ki. Przy­da­wa­ły się one mło­dym adep­tom, gdyż mie­li oni tra­fić do Afga­ni­sta­nu i wal­czyć z Ro­sja­na­mi, lecz po ewa­ku­acji tych­że za­mi­ło­wa­nie do dżi­ha­du i wo­jacz­ki nie po­zo­sta­wia­ły chłop­com wie­lu moż­li­wo­ści.

So­wie­ci wy­szli z Afga­ni­sta­nu i siłą rze­czy set­ki ty­się­cy do­brze uzbro­jo­nych gniew­nych dżi­ha­dy­stów w Pa­ki­sta­nie mu­sia­ły stać się do­tkli­wym cier­niem dla tam­tej­sze­go rzą­du. Było nie­unik­nio­ne, że uzbro­je­ni i gniew­ni mło­dzi lu­dzie za­peł­nią pust­kę, któ­rą stał się post­so­wiec­ki Afga­ni­stan.

Tak roz­po­czę­ła się hi­sto­ria ta­li­bów, któ­rzy stwo­rzy­li bez­piecz­ną przy­stań dla Al-Ka­idy. Ona zaś po­nad dzie­sięć lat póź­niej zmu­si­ła do in­ter­wen­cji ko­ali­cję państw za­chod­nich.

Ryan po­pi­jał kawę i sta­rał się sku­pić my­śli na swo­ich obo­wiąz­kach, a nie na cią­żą­cej nad wszyst­kim geo­po­li­ty­ce. Kie­dy oj­ciec za­miesz­ka po­now­nie w Bia­łym Domu, na jego gło­wę spad­ną tro­ski naj­więk­sze­go ka­li­bru. Ju­nior na­to­miast mu­siał zma­gać się ze sto­sun­ko­wo drob­ny­mi co­dzien­ny­mi skut­ka­mi tych trud­nych za­gad­nień, ta­ki­mi jak iden­ty­fi­ka­cja ja­kie­goś pa­lan­ta na pod­sta­wie zdję­cia prze­sła­ne­go e-ma­ilem przez Sama i Do­mi­ni­ca. Mu­sie­li też przyj­rzeć się paru nie­zna­nym Pa­ki­stań­czy­kom, któ­rzy dzień wcze­śniej spo­tka­li się z el-Da­bo­us­sim.

Jack prze­słał zdję­cia do Tony’ego Wil­l­sa, ana­li­ty­ka pra­cu­ją­ce­go w są­sied­nim bok­sie. On zaj­mie się usta­le­niem toż­sa­mo­ści po­dej­rza­nych, a Jack tym­cza­sem skon­cen­tru­je się na dru­giej pa­rze agen­tów pra­cu­ją­cych w te­re­nie, czy­li Joh­nie Clar­ku i Do­min­gu Cha­ve­zie.

Do­min­go i John prze­by­wa­li w Eu­ro­pie we Frank­fur­cie i roz­wa­ża­li róż­ne opcje dzia­ła­nia. Dwa dni przy­go­to­wy­wa­li się do roz­po­czę­cia in­wi­gi­la­cji ban­kie­ra Al-Ka­idy uda­ją­ce­go się do Luk­sem­bur­ga na umó­wio­ne spo­tka­nia, ten jed­nak w ostat­niej chwi­li od­wo­łał lot z Is­la­ma­ba­du. Te­raz obaj nie wie­dzie­li, co ze sobą po­cząć, więc Jack po­sta­no­wił przyj­rzeć się paru eu­ro­pej­skim ban­kie­rom, z któ­ry­mi miał się spo­tkać czło­nek URC. Li­czył na to, że tra­fi na świe­ży trop, któ­rym ko­le­dzy w Eu­ro­pie mo­gli­by po­dą­żyć, za­nim spa­ku­ją ma­nat­ki i po­wró­cą do kra­ju.

Wła­śnie w tym celu sta­wił się wcze­śniej w pra­cy. Nie chciał, by tam­ci wra­ca­li do domu z pu­sty­mi rę­ka­mi; jego obo­wiąz­kiem było pod­su­nąć agen­tom in­for­ma­cje, któ­re po­zwo­lą im na­mie­rzyć paru dra­ni. Pla­no­wał po­świę­cić na to na­stęp­nych kil­ka go­dzin.

Przej­rzał bazę XITS oraz uru­cho­mił pro­gram stwo­rzo­ny przez Ga­vi­na Bie­ry’ego, głów­ne­go in­for­ma­ty­ka Cam­pu­su. Pro­gram wy­szu­ki­wał w cią­gach da­nych in­for­ma­cje okre­ślo­ne przez ana­li­ty­ków fir­my. Po­zwa­lał wy­łu­skać wie­le wia­do­mo­ści nie­zwią­za­nych z ak­tu­al­nie wy­ko­ny­wa­nym za­da­niem; dla Jac­ka oka­zał się da­rem nie­bios.

Ryan otwo­rzył sze­reg pli­ków. Nie mógł wyjść z po­dzi­wu, wi­dząc, jak ob­fi­ty jest stru­mień da­nych na­pły­wa­ją­cych obec­nie do Sta­nów Zjed­no­czo­nych od ich so­jusz­ni­ków. Nie­co go to przy­gnę­bi­ło, lecz nie dla­te­go, że nie chciał, by so­jusz­ni­cy dzie­li­li się z Ame­ry­ką da­ny­mi wy­wia­dow­czy­mi; mar­twi­ło go to, że owe in­for­ma­cje prze­pły­wa­ły tyl­ko w jed­ną stro­nę, a nie w obie.

Więk­szość pra­cow­ni­ków agen­cji wy­wia­dow­czych uwa­ża­ła za ogrom­ny skan­dal, że pre­zy­dent Edward Ke­al­ty oraz lu­dzie mia­no­wa­ni prze­zeń na naj­wyż­sze sta­no­wi­ska w wy­wia­dzie po­świę­ci­li czte­ry lata na to, by ogra­ni­czyć zdol­ność USA do szpie­go­wa­nia in­nych kra­jów. Za­miast ko­rzy­stać z ogrom­nych moż­li­wo­ści wła­sne­go wy­wia­du wo­le­li li­czyć na to, że inne kra­je będą do­star­cza­ły ma­te­ria­łów dla CIA. Ke­al­ty traf­nie oce­nił, że jest to bez­piecz­niej­sze po­li­tycz­nie i przy­nie­sie ko­rzy­ści dy­plo­ma­tycz­ne, lecz ogra­ni­cza­nie wła­snej dzia­łal­no­ści wy­wia­dow­czej było pod każ­dym in­nym wzglę­dem nie­bez­piecz­ne. Rząd nie­mal cał­ko­wi­cie za­mknął nie­ofi­cjal­ną dzia­łal­ność agen­tów w kra­jach za­przy­jaź­nio­nych; na dzia­ła­ją­cych pod przy­kryw­ką w am­ba­sa­dach agen­tów CIA na­ło­żo­no jesz­cze wię­cej ogra­ni­czeń i ob­ostrzeń, któ­re nie­mal unie­moż­li­wi­ły im pra­cę, a była ona wy­star­cza­ją­co trud­na i bez tego.

Ad­mi­ni­stra­cja Ke­al­ty’ego obie­ca­ła na­ro­do­wi, że taj­na dzia­łal­ność CIA sta­nie się bar­dziej otwar­ta i trans­pa­rent­na. Jack ju­nior na­pi­sał ar­ty­kuł dla „Wa­shing­ton Post”, w któ­rym z za­cho­wa­niem sza­cun­ku na­leż­ne­go pre­zy­den­to­wi su­ge­ro­wał, że Ed Ke­al­ty po­wi­nien spraw­dzić w słow­ni­ku zna­cze­nie sło­wa „taj­ny”.