Wyścig śmierci - Maggie Stiefvater - ebook
Opis

Każdego roku w listopadzie na kredowych klifach Skarmouth odbywa się Wyścig Skorpiona. Tysiące gapiów gromadzi się aby obserwować konie i ślady krwi na piasku zmywane przez morze.

Wierzchowce, to capaill uisce: dzikie konie wodne. Nie ma piękniejszych, bardziej nieustraszonych i śmiercionośnych koni. Dosiadanie ich jest właściwie samobójstwem, ale poczucie niebezpieczeństwa jest tak podniecające. Sean Kendrick zna niebezpieczeństwo kryjące się w capaill uisce. Stojący zawsze jedną stopą w oceanie, drugą na lądzie jest jedyną osobą na wyspie, która może mierzyć się z bestiami. Ściga się, bo ma coś do udowodnienia sobie i… koniom. Puck Connolly bierze udział w wyścigu dla swojej rodziny. Ale koń, na którym jeździ to zwykła, mała klacz, tak jak Puck jest zwykłą dziewczyną. Kiedy Sean poznaje Puck na plaży, sądzi,że dziewczyna tu nie pasuje. Nie zdaje sobie sprawy jak mocno splotą się ich losy…

Sprzedane prawa do filmu.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 481

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Maggie Stiefvater

Wyścig śmierci

przełożyła Małgorzata Kafel

Tytuł oryginału: The Scorpio Races

Text copyright © 2011 by Maggie Stiefvater. All rights reserved. Published by arrangement with Scholastic Inc., 557 Broadway, New York, NY 10012, USA

Cover art © 2013 by Adam S. Doyle

Cover design by Christopher Stengel

Copyright © for the Polish edition by Grupa Wydawnicza Foksal, MMXVII

Copyright © for the Polish translation by Grupa Wydawnicza Foksal, MMXVII

Wydanie II

Warszawa MMXVII

Dla Marian, która widzi konie w swoich snach

Prolog. Dziewięć lat wcześniej

Sean

Jest pierwszy dzień listopada, więc ktoś dzisiaj umrze.

Lodowate jesienne morze nawet w najjaśniejszym blasku słońca mieni się kolorami nocy: granatem, czernią, brązem.

Przyglądam się, jak niezliczone końskie kopyta wybijają na piasku coraz to nowe wzory.

Konie wypuszczone na plażę, na szlak pomiędzy czarną wodą a kredowymi klifami. Wprawdzie nigdy nie jest tutaj bezpiecznie, ale też w żaden inny dzień przebywanie na piasku nie wiąże się z takim ryzykiem jak dziś, w czasie wyścigu.

O tej porze roku żyję i oddycham plażą. Pieką mnie policzki podrażnione piaskiem niesionym przez wiatr. Od powstrzymywania ważącego tonę konia bolą mnie ramiona. Nie pamiętam, jak to jest, kiedy człowiekowi jest ciepło, co to znaczy przespać całą noc i jak brzmi moje imię, gdy ktoś je zwyczajnie wypowiada, zamiast krzyczeć z oddali.

Czuję, że żyję pełnią życia.

Kiedy schodzimy z ojcem z klifu, zatrzymuje mnie ktoś z obsługi wyścigu.

– Seanie Kendrick, masz dopiero dziesięć lat. Jeszcze tego nie odkryłeś, ale można umrzeć na wiele ciekawszych sposobów, niż spacerując po tej plaży.

Ojciec zawraca i bierze urzędnika za ramię, jakby ten był niespokojnym koniem. Po krótkiej wymianie zdań na temat ograniczeń wiekowych podczas wyścigu mój tato wygrywa.

– Jeśli pana syn zginie – mówi strażnik – będzie to wyłącznie pana wina.

Ojciec nawet mu nie odpowiada, po prostu odprowadza swojego ogiera uisce1.

Kiedy schodzimy w kierunku wody, potrącają i popychają nas ludzie i zwierzęta. W pewnym momencie prześlizguję się przed koniem, który właśnie stanął dęba, szarpiąc swojego jeźdźca na końcu uwiązu. Cały i zdrowy staję twarzą do morza. Z pozostałych stron otaczają mnie eich uisce – konie wodne o umaszczeniu w każdym z kolorów kamieni na plaży: czarnym, czerwonym, złotym, białym, kości słoniowej, siwym i niebieskim. Mężczyźni wieszają im przy uzdach czerwone frędzle i stokrotki dla ochrony przed niebezpieczeństwami ciemnego listopadowego morza, ale ja nie powierzyłbym swojego życia garstce kwiatków. W zeszłym roku koń wodny obwieszony kwiatami i dzwonkami odgryzł pewnemu mężczyźnie pół ramienia.

To nie są zwykłe konie. Możesz je okrywać talizmanami, trzymać z dala od morza, ale dziś, na plaży, nie odwracaj się do nich plecami.

Niektóre toczą z pyska pianę, a ona przypomina morską kipiel – ukrywa zęby, które później bezlitośnie rozszarpują ludzi.

Konie są piękne i śmiercionośne, w równym stopniu kochają nas i nienawidzą.

Ojciec wysyła mnie do innego pracownika obsługi po czaprak i opaskę na ramię. Kolor czapraka pozwala widzom na klifach rozpoznać jeźdźca, ale w przypadku mojego ojca to zbyteczne – tak błyszczącą, czerwoną sierść ma tylko jego ogier.

– Ach, Kendrick – pracownik obsługi wymawia nazwisko mojego taty i moje. – Dla niego oczywiście mamy czerwony czaprak.

Kiedy wracam do ojca, jakiś jeździec woła do mnie:

– Ho, Seanie Kendrick! – Nieznajomy jest mały i żylasty, a jego twarz wygląda jak wyrzeźbiona w skale. – Piękny dzień na wyścigi, prawda?

Czuję się zaszczycony, że pozdrowiono mnie jak dorosłego. Jakbym był jednym z jeźdźców. Kiwamy do siebie głowami, a potem on odwraca się do swojego konia, aby skończyć go siodłać. Jego małe siodło wyścigowe jest ręcznie tłoczone; kiedy jeździec podnosi tybinkę, żeby ostatecznie dociągnąć popręg, widzę wypalone na skórzanym pasie słowa: Nasi umarli piją morską wodę.

Serce tłucze mi się w piersi, kiedy podaję czaprak ojcu. Tato też wydaje się zdenerwowany. Chciałbym móc wystartować zamiast niego.

Siebie jestem pewien.

Czerwony ogier uisce jest niespokojny, parska, strzyże uszami, niecierpliwi się. Jest dziś narowisty. Będzie szybki. Szybki i trudny do utrzymania.

Ojciec oddaje mi wodze, aby założyć ogierowi czerwony czaprak i siodło. Oblizuję zęby – czuję na nich smak soli – i przyglądam się ojcu, który zawiązuje na ramieniu opaskę w kolorze czapraka. Obserwuję tatę co roku – zawsze zawiązuje ją pewną ręką, ale nie dzisiaj. Dzisiaj jego palce są nieporadne, a ja wiem, że boi się czerwonego each uisce.

Dosiadałem go, tego samego konia. Pędziłem smagany wiatrem, wstrząsany uderzeniami kopyt o ziemię. Morze spryskiwało nam nogi, byliśmy niezmordowani.

Nachylam się i rysuję palcem okrąg nad okiem ogiera, przeciwnie do ruchu wskazówek zegara. Jednocześnie szepczę do jego ucha pokrytego miękką sierścią.

– Sean! – Ojciec traci panowanie nad sobą. Łeb konia unosi się tak szybko, że omal mnie nie uderza. – Na litość boską, co robisz przy jego pysku? Czy on wygląda, jakby był najedzony? Uważasz, że byłbyś przystojny bez połowy twarzy?

Ale ja tylko zaglądam w kwadratową źrenicę ogiera, a on zerka na mnie, odwracając nieco głowę. Mam nadzieję, że zapamięta, o co go prosiłem: „Nie zjedz mojego ojca”.

Ojciec odchrząkuje i mówi:

– Myślę, że powinieneś już wracać na górę. Chodź tutaj... – Klepie mnie czule po ramieniu, a potem dosiada konia.

Na grzbiecie czerwonego ogiera wydaje się mały i ciemny. Jego ręce są już zajęte wodzami, stara się utrzymać w miejscu each uisce. Skręca wędzidło w pysku zwierzęcia; patrzę, jak koń potrząsa głową. Ja zrobiłbym to inaczej, ale to nie ja siedzę w siodle.

Chcę przestrzec ojca, żeby uważał, bo ogier ucieka na prawo, kiedy jest przestraszony, i według mnie lepiej widzi lewym okiem, ale zamiast tego mówię:

– Do zobaczenia po wszystkim.

Kiwamy do siebie głowami jak obcy – nieprzećwiczone i niezręczne pożegnanie.

Obserwuję wyścig z klifów. Nagle siwy each uisce chwyta za ramię, a potem za pierś mojego ojca.

Na chwilę fale przestają atakować brzeg, mewy nad nami przestają trzepotać skrzydłami, a powietrze z drobinkami piasku zatrzymuje się w moich płucach.

Wtedy siwy koń wodny zwleka ojca z jego niepewnego miejsca na grzbiecie czerwonego ogiera.

Nie może jednak utrzymać go w zębach. Ojciec upada na piasek, pokiereszowany, jeszcze zanim dosięgną go kopyta. Był na drugiej pozycji, więc podczas następnej, niekończącej się minuty przebiegają po nim pozostałe konie. Potem widać już tylko długą, czarnoszkarłatną smugę w spienionych wodach przypływu. Czerwony ogier okrąża ją i choć budzi się w nim głodny morski stwór, pamięta o mojej prośbie. Nie pożera szczątków. Zanurza się w wodzie. Żaden odcień czerwieni nie może się równać z kolorem morza tamtego dnia.

Rzadko myślę o ciele ojca wśród czerwieniejących fal przyboju. Zapamiętałem go takim, jaki był przed wyścigiem. Przestraszony.

Nie popełnię tego samego błędu.

Rozdział pierwszy

Puck

Ludzie mówią, że beze mnie moi bracia by zginęli, ale w rzeczywistości to ja nie przetrwałabym bez nich.

Zazwyczaj, jeżeli pytacie kogokolwiek na wyspie, gdzie mieszka, odpowiada on coś w rodzaju: „W okolicy Skarmouth”. Albo: „Po przeciwnej stronie Thisby. Po skalistej stronie”. Albo: „Rzut kamieniem od Tholla”. Ale nie ja. Pamiętam, jak kiedyś, gdy byłam mała, pewien stary farmer, tak zniszczony wiatrem, że wyglądał, jakby został wykopany z darni, zapytał mnie:

– Skąd jesteś, dziewczynko?

A ja, ściskając pomarszczoną dłoń ojca, odpowiedziałam głosem zbyt donośnym i śmiałym jak na małą piegowatą osóbkę:

– Z Connolly House.

On zapytał:

– A to co znowu?

A ja odparłam:

– To tam, gdzie mieszkamy my, Connolly. Bo ja właśnie jestem jedną z nich.

A później – wciąż jeszcze trochę mi wstyd, że tak powiedziałam, gdyż pokazuje to ciemną stronę mojego charakteru – dodałam:

– A ty nie.

I właśnie tak się sprawy mają. Są Connolly, a dopiero potem reszta świata, chociaż kiedy mieszka się na Thisby, reszta świata nie jest taka znowu duża. Aż do ubiegłej jesieni naszą rodzinę stanowili: ja, mój młodszy brat Finn, mój starszy brat Gabe i nasi rodzice. Byliśmy dość spokojną rodziną. Finn na okrągło składał różne rzeczy i rozkładał je z powrotem, a niewykorzystane części trzymał w pudle pod swoim łóżkiem. Gabe jest sześć lat starszy ode mnie. Nigdy nie był duszą towarzystwa. Może oszczędzał siły na rośnięcie. Gdy miał trzynaście lat, mierzył dwa metry. Tata grywał na koncertynie, kiedy bywał w domu, a mama każdego wieczoru dokonywała cudownego rozmnożenia chleba i ryb, choć wtedy gdy jeszcze z nami była, nie zdawałam sobie sprawy, co to był za cud.

Nie chodzi o to, że byliśmy nieprzyjaźnie nastawieni do pozostałych mieszkańców wyspy. Po prostu bardziej przyjacielsko odnosiliśmy się do siebie nawzajem. Bycie Connollym stało na pierwszym miejscu. To była jedyna zasada. Można było zranić czyjeś uczucia, pod warunkiem że nie były to uczucia Connolly’ego.

Jest połowa października. Jak wszystkie jesienne dni na wyspie i ten zaczyna się chłodem, ale im wyżej wspina się słońce, tym robi się cieplej i bardziej kolorowo. Biorę zgrzebło i szczotkę, zbieram kurz z żółtobrązowej sierści Dove, aż rozgrzewają mi się palce. Kiedy ją siodłam, ona jest czysta, a ja brudna. To moja klacz i moja najlepsza przyjaciółka. Wciąż się obawiam, że przydarzy jej się coś złego, a tak bardzo ją kocham.

Gdy dopinam popręg, Dove przyciska nos do mojego boku, skubie mnie nieśmiało, a potem szybko odsuwa łeb; ona też mnie kocha. Nie mogę jeździć za długo, wkrótce będę musiała wrócić i pomóc Finnowi piec ciasteczka. Sprzedajemy je do okolicznych sklepów. Maluję też dzbanki do herbaty dla turystów, a ponieważ zbliżają się wyścigi, zamówień mam więcej niż pod dostatkiem. Po zawodach goście ze stałego lądu nie pojawią się aż do wiosny. Ocean staje się po prostu za bardzo nieprzewidywalny, kiedy jest zimno. Gabe’a nie będzie przez cały dzień, pracuje w hotelu w Skarmouth, przygotowując pokoje dla widzów wyścigu. Sieroty na Thisby nie mają łatwo. Trzeba ciężko pracować, żeby związać koniec z końcem.

Właściwie nie zdawałam sobie sprawy, jak mała to wysepka, dopóki parę lat temu nie zaczęłam czytać czasopism. Choć ja tego nie odczuwam, w rzeczywistości Thisby jest maleńka: cztery tysiące osób na wystającej z morza skalistej grani, kilka godzin od stałego lądu. Tylko klify, konie, owce i wąskie drogi wijące się wśród bezdrzewnych pól w kierunku Skarmouth, największego miasta na wyspie. Prawda jest taka, że dopóki nie zna się nic innego, ta wyspa człowiekowi wystarcza.

Ja właściwie znam inne miejsca. A ona i tak mi w zupełności wystarcza.

Dosiadam więc Dove i ruszam. Marzną mi palce u nóg – buty do chodzenia po padoku nie chronią przed zimnem. W zaparkowanym na podjeździe morrisie siedzi Finn i starannie zakleja czarną taśmą rozdarcie na siedzeniu pasażera. Dziura jest dziełem Puffin, kotki, która zamieszkuje stajnię Dove. Finn nauczy się przynajmniej nie zostawiać odsuniętych szyb. Udaje zirytowanego, że musi to naprawić, ale ja wiem, że w rzeczywistości się z tego cieszy. Okazywanie zbytniego zadowolenia jest niezgodne z zasadami Finna.

Gdy Finn widzi mnie na grzbiecie Dove, robi zabawną minę. Kiedyś, przed wydarzeniami z ubiegłego roku, ta mina zamieniłaby się w chytry uśmieszek – mój brat przekręciłby kluczyk, dodał gazu i rozpoczęlibyśmy wyścig: ja na grzbiecie Dove, on w samochodzie (nie przejmowaliśmy się tym, że Finn był za młody, żeby prowadzić auto, o wiele za młody... to nie miało znaczenia, bo kto miałby nas zatrzymać). Więc pędziliśmy – ja przez pola, on po drogach. Ten, kto ostatni dojechał na plażę, musiał przez tydzień ścielić łóżko tego drugiego.

Nie ścigaliśmy się już od roku. Odkąd nasi rodzice zginęli na łodzi.

Zataczamy z Dove niewielkie kręgi na podwórku. Niecierpliwi się, jest tak pełna energii, że nie może się skoncentrować, a ja zbyt zmarznięta, żeby ją obłaskawić. Ona chce galopować.

Słyszę ryk silnika morrisa. Zawracamy w samą porę, żeby dostrzec samochód ruszający wąską drogą wśród kłębów gęstych spalin. Po chwili dobiega mnie okrzyk.

Finn wystawia głowę przez okno. Blada twarz wyłaniająca się spod zakurzonych włosów, uśmiech odsłaniający wszystkie zęby.

– Czekasz na zaproszenie? – woła. Potem chowa się z powrotem do samochodu, a silnik znowu wyje, kiedy Finn zmienia bieg.

– Och, no dobra – mruczę, bardziej do siebie niż do niego. Klacz strzyże uszami w moją stronę, a potem stawia je na sztorc, drżące, zwrócone w kierunku drogi. Poranek jest burzliwy i chłodny. Dove tylko czeka na sygnał. Ściskam łydkami jej boki i cmokam.

Klacz zrywa się do galopu i gna za Finnem, wykopując kopytami półksiężyce na piachu.

Trasa, którą jedzie mój brat, nie jest tajemnicą – Finn musi trzymać się drogi, a ma do wyboru jedynie główny trakt biegnący koło naszego domu w kierunku Skarmouth, wijący się po szachownicy pól otoczonych kamiennymi murkami i żywopłotami. Nie ma sensu jechać za Finnem. Poznaję, w którym miejscu się znajduje, po tumanie kurzu nad serpentyną. Klacz i ja gnamy przez pola. Dove jest nieduża – żaden z koni urodzonych na wyspie nie jest wysoki, bo i trawa nie rośnie tu zbyt bujna – ale to odważna klacz i świetnie sobie radzi z przeszkodami. Więc jeśli tylko wyczujemy stabilne podłoże, możemy do woli skakać przez żywopłoty.

Ścinamy pierwszy zakręt, płosząc kilka owiec.

– Przepraszam! – rzucam do nich przez ramię.

Ominąwszy stado, zbliżamy się do następnego żywopłotu; Dove musi szybko zrobić zwrot, żeby pokonać przeszkodę. Odrzuciłam wodze w najgorszym możliwym momencie, ale przynajmniej nie szarpię jej pyska. Klacz podciąga nogi wysoko pod siebie i ratuje nas obie przed groźnym upadkiem. Kiedy, cwałując, zostawiamy żywopłot w tyle, znowu chwytam wodze i poklepuję ją po szyi w uznaniu dla jej wyczynu, a ona kładzie uszy na znak, że dziękuje za komplement.

Potem płyniemy po czymś, co kiedyś było pastwiskiem, a teraz zmieniło się w porośnięte krzakami wrzosowisko czekające na wypalenie. Morris wciąż ma nad nami pewną przewagę, widać jego ciemny kształt i tuman kurzu. Nie przejmuję się tym, że prowadzi. Żeby dostać się na plażę samochodem, trzeba przejechać przez miasto, gdzie droga skręca pod kątem prostym i chodzą po niej piesi. Alternatywą pozostaje okrążenie Skarmouth, ale w ten sposób traci się kilka minut. Tak czy owak powinnyśmy zdążyć odrobić straty.

Słyszę, że morris zwalnia, jakby Finn się wahał, a potem śmiga w stronę miasta. Ja mogę pojechać drogą wokół Skarmouth, unikając skoków, albo kluczyć po obrzeżach, przeskakując przez ogródki na tyłach domów i ryzykując, że Gabe zobaczy mnie z hotelu.

Już sobie wyobrażam moment, w którym jako pierwsze wpadamy z Dove na plażę.

Postanawiam zaryzykować, że Gabe mnie dojrzy. Od ostatniego razu minęło już sporo czasu, więc zrzędliwe starsze panie nie powinny się skarżyć na konia cwałującego przez ich ogródki. W każdym razie dopóki nie stratujemy czegoś cennego.

– No dalej, Dove – szepczę. Klacz przecina drogę i kieruje się ku przerwie w żywopłocie. Domy wyglądają tu, jakby wyrosły ze skały, a pełne gratów ogródki na ich tyłach przypominają bezkształtną masę doczepioną do budynków. Dalej rozciąga się lita skała, po której żaden koń nie powinien cwałować. Pozostaje nam pokonać jeszcze parę metrów i minąć hotel po drugiej stronie.

Mam nadzieję, że wszyscy są pochłonięci pracą na przystani albo w kuchni. Wpadamy do ogródków, w pierwszym ledwo omijając taczki, w drugim grządki ziół. W trzecim zostajemy obszczekane przez rozwścieczonego teriera. Potem, sama nie wiem jak, przeskakujemy starą pustą wannę w ostatnim ogródku i pędzimy drogą w kierunku hotelu.

Oczywiście jest tam Gabe i natychmiast mnie zauważa.

Potężną miotłą zamiata alejkę przed wejściem. Hotel za jego plecami to posępna konstrukcja porośnięta bluszczem, którego gałązki zostały równo przycięte, żeby nie zasłaniały okien o jasnobłękitnych parapetach. Budynek rzuca niebieskawy cień na kamienną alejkę, którą zamiata Gabe. W brązowej wiatrówce, ciasnej w ramionach, wydaje się wysoki i dorosły. Rudoblond włosy opadają mu na kark. Są trochę za długie, ale i tak niezły z niego przystojniak. Czuję gwałtowny przypływ dumy, że jest moim bratem. Przerywa pracę, opiera się na trzonku miotły i patrzy, jak cwałuję na Dove.

– Nie złość się! – krzyczę do niego.

Uśmiech przebiega po jednej stronie jego twarzy, nie sięgając drugiej. Komuś, kto nie zna jego prawdziwego uśmiechu, mogłoby się w tej chwili wydawać, że Gabe jest radosny. To smutne, ale przyzwyczaiłam się do tego grymasu. Nauczyłam się czekać, aż jego prawdziwy uśmiech powróci. Nie zdawałam sobie sprawy, że aby tak się stało, trzeba będzie dołożyć starań.

Kiedy chodnik się kończy i pod kopytami mamy trawę, znowu popędzam Dove do galopu. Tutaj teren jest miękki, piaszczysty. Zaczyna gwałtownie opadać w kierunku plaży, a droga między wzgórzami i wydmami staje się coraz węższa. Nie wiem, czy Finn nas wyprzedził, czy został w tyle. Zrobiło się stromo, więc zwalniam i pokonuję ten odcinek kłusem. Na koniec klacz zeskakuje niezdarnie ze zbocza i lądujemy na poziomie morza. Gdy okrążamy ostatnią skarpę, wydaję pomruk irytacji: morris już stoi zaparkowany w miejscu, gdzie trawa spotyka się z piaskiem. W powietrzu wisi jeszcze zapach spalin, uwięziony między wydmami.

– I tak świetnie się spisałaś – szepczę do Dove, poklepując ją. Choć ledwo dyszy, parska przeciągle. Uważa, że to był udany wyścig.

Finn stoi w otwartych drzwiach. Jednym ramieniem opiera się o dach, drugim – o drzwi. Patrzy w morze, ale kiedy Dove znowu parska, odwraca się w moją stronę, osłaniając oczy. Widzę, że jest przejęty, więc trącam Dove, żeby podeszła do samochodu. Wypuszczam wodze, żeby mogła się paść, ale klacz nie opuszcza łba. Ona też kieruje spojrzenie na ocean, od którego dzieli nas jakieś sto metrów.

– Co jest? – pytam. Czuję, że robi mi się niedobrze.

Podążam za wzrokiem Finna. Dostrzegam tylko szary łeb wynurzający się z morskiej piany. Jest tak daleko i tak zbliżony kolorem do wzburzonego oceanu, że byłabym skłonna wziąć go za wytwór swojej wyobraźni. Ale oczy Finna nie byłyby takie wielkie, gdyby nie miał tej pewności. Łeb wyłania się znowu. Tym razem widać ciemne nozdrza, tak rozszerzone, że dostrzegam w nich odcień czerwieni, nawet z tej odległości. Za nimi wznosi się reszta łba, szyja, karbowana grzywa przyklejona do skóry słoną wodą, a potem potężny grzbiet, błyszczący i mokry. Koń wodny gwałtownie wynurza się z oceanu i daje ogromnego susa, jakby wzbierające fale przypływu były trudną do pokonania przeszkodą.

Finn wzdryga się, kiedy each uisce rusza galopem plażą w naszym kierunku. Opieram rękę na łokciu brata i zastygam w bezruchu, chociaż serce wali mi młotem.

– Nie ruszaj się, błagam – szepczę. – Nie-ruszaj-nieru-szaj-nie-ruszaj.

W myślach chwytam się tego, co nam wielokrotnie powtarzano – że konie wodne uwielbiają ruchomy cel, że kochają pogoń. Przypominam sobie listę powodów, dla których nas nie zaatakuje: stoimy nieruchomo, z dala od wody, obok morrisa, a przecież te stworzenia nie znoszą metalu.

Rzeczywiście, koń wodny mija nas galopem, nie zwalniając. Widzę, jak Finn przełyka ślinę, na chudej szyi podskakuje mu jabłko Adama. Stwór jest tak autentyczny, że trudno powstrzymać dreszcz, dopóki nie znika w oceanie.

Znowu tutaj są.

Oto, co się dzieje każdej jesieni. Moi rodzice nie interesowali się wyścigami, ale ja i tak wiedziałam, jak to wygląda. Im bliżej listopada, tym więcej koni wyłania się z morza. Mieszkańcy wyspy, którzy zamierzają wziąć udział w Wyścigu Skorpiona w następnym roku, urządzają wtedy wielkie zbiorowe polowania na eich uisce. To zawsze jest niebezpieczne, bo te zwierzęta są głodne i jeszcze wyraźnie słyszą zew morza. Pojawienie się nowych koni to również znak dla tych, którzy startują w tegorocznym wyścigu, że powinni zacząć układać zwierzęta schwytane w poprzednich latach – względnie uległe, w każdym razie dopóki zapach jesiennego morza nie obudzi drzemiącej w nich magii.

Znowu tutaj są.

Przez cały październik, aż do pierwszego listopada, wyspa dzieli się na rejony bezpieczne i niebezpieczne. Jeśli nie jest się jednym z jeźdźców, lepiej trzymać się z daleka od eich uisce, bo te zwierzęta łatwo wpadają w furię.

Rodzice bardzo się starali chronić nas przed światem koni wodnych, ale utrzymanie nas w nieświadomości było niemożliwe. Nasi przyjaciele nie pojawili się w szkole po tym, jak w nocy koń wodny zabił ich psa. Tata musiał omijać psujące się szczątki na drodze do Skarmouth – ślad po walce konia wodnego z lądowym. Dzwony kościoła Świętego Kolumbana w środku dnia wzywały na pogrzeb rybaka, który został znienacka pochwycony na brzegu.

Finnowi i mnie nie trzeba było powtarzać, jak niebezpieczne są te bestie. Wiedzieliśmy. Przekonywaliśmy się o tym codziennie.

– Daj spokój – mówię.

Kiedy mój brat patrzy w morze, prostując szczupłe ramiona, wygląda jak mały chłopiec, choć w rzeczywistości wkroczył już w ten dziwny okres pomiędzy dzieciństwem a męskością. Chciałabym ochronić go przed żalem, który przyniesie listopad. A przecież tak naprawdę nie chodzi o smutek tego listopada, który nadchodzi, lecz tego, który dawno minął.

Finn nie odpowiada. Po prostu daje nura do morrisa, nie patrząc na mnie, zatrzaskuje drzwi. To już jest zły dzień. I to zanim Gabe wrócił do domu.

Rozdział drugi

Sean

Beech Gratton, syn rzeźnika, właśnie zabił krowę i nalewa dla mnie krew do wiadra, kiedy docierają do nas nowiny. Stoimy na podwórzu za sklepem ojca Beecha. Odgłos kroków na kamieniach podkreśla nasze milczenie. Dzień jest piękny i chłodny, a ja stoję niespokojnie, przestępując z nogi na nogę. Kamienie na podwórku są nierówne, powypychane korzeniami nieobecnych już drzew i poznaczone brązowoczarnymi plamami, smugami i strumykami.

– Beech, słyszałeś już? Konie się wyłaniają – mówi Thomas Gratton do syna, wychylając się przez otwarte drzwi swojego sklepu. Rusza przez podwórze, ale na mój widok zatrzymuje się w pół kroku.

– Seanie Kendrick, nie wiedziałem, że tu jesteś.

Nie odzywam się, a Beech mruczy:

– Wpadł do nas, gdy usłyszał, że zarzynam krowę. – Wskazuje na pozbawiony głowy i kończyn korpus zawieszony na trójnożnym drewnianym stojaku. Ziemia spływa krwią w miejscu, gdzie Beech nie podstawił wiadra. Łeb krowy leży kawałek dalej, na końcu podwórka. Usta Thomasa Grattona poruszają się, jakby chciał skomentować poczynania Beecha, ale nie robi tego. Thisby to wysepka gęsto zaludniona przez synów, którzy zawiedli oczekiwania ojców.

– Słyszałeś, Kendrick? – pyta Thomas Gratton. – To dlatego jesteś tutaj zamiast na grzbiecie konia?

Jestem tu dlatego, że nowi ludzie, których zatrudnił Malvern do karmienia koni, są w najlepszym razie tchórzliwi, a w najgorszym – niekompetentni. Dają zwierzętom kiepskie siano i jeszcze gorsze kawałki mięsa. Nie ma porządnej krwi dla eich uisce – jakby stajenni mieli nadzieję, że jeśli będą je traktowali jak zwyczajne konie, to one się w nie zamienią. Krótko mówiąc, jestem tu, bo jeżeli chcę, żeby wszystko zostało zrobione jak należy, muszę to zrobić sam. Ale na pytanie Thomasa Grattona odpowiadam tylko:

– Nie słyszałem.

Beech przyjaźnie klepie martwą krowę po karku, wymachując wiadrem. Nie patrzy na ojca.

– Od kogo się dowiedziałeś? – rzuca.

Nie obchodzi mnie właściwie odpowiedź na jego pytanie, nie ma dla mnie znaczenia, kto co słyszał albo kto zobaczył, liczy się tylko to, że eich uisce wynurzają się z morza. Czuję w kościach, że to prawda. To dlatego jestem taki podenerwowany. To dlatego Corr grzebie kopytami pod drzwiami swojego boksu, a ja źle sypiam.

– Dzieciaki Connollych widziały jednego – mówi Thomas Gratton.

Beech mruczy coś i znowu klepie krowę, bardziej dla podkreślenia swoich słów niż z jakiegoś praktycznego powodu. Historia Connollych budzi bodaj największe współczucie spośród wszystkich opowieści, jakie Thisby ma do zaoferowania: troje dzieci rybaka jednego dnia podwójnie osieroconych za sprawą each uisce. Na Thisby jest mnóstwo samotnych matek, których mężowie zaginęli nocą. Zwykle padają ofiarą dzikiego konia wodnego albo pokus stałego lądu. Tak samo wielu jest samotnych ojców, których żony zostały pochwycone na brzegu przez niespodziewanie wyłaniające się z wody zęby albo porwane przez turystów z wypchanymi portfelami. Ale stracić jednocześnie oboje rodziców – to nie zdarza się codziennie. Moja historia – ojciec na cmentarzu, matka na stałym lądzie – jest wystarczająco pospolita, żeby już dawno ją zapomniano. Nie mam nic przeciwko temu. Istnieją zdecydowanie lepsze rzeczy, z których można być znanym.

Thomas Gratton patrzy bez słowa, jak Beech podaje mi wiadro i zaczyna niezbyt starannie rozbierać krowę. Nie sądzę, żeby istniał jakiś elegancki sposób rozbierania mięsa, ale gdyby istniał, tak by raczej nie wyglądał. Przez kilka długich chwil patrzę, jak Beech wycina poszarpane linie, od czasu do czasu coś do siebie mrucząc. Możliwe, że próbuje nucić jakąś piosenkę. Stoję oszołomiony jego zachowaniem – zupełnym lekceważeniem dla powierzonej mu pracy, brakiem szacunku i dziecinną przyjemnością, jaką Beech czerpie z wykonywania pracy byle jak. Thomas Gratton i ja wymieniamy spojrzenia.

– Uczył się rozbierania mięsa od swojej matki, nie ode mnie – mówi. Właściwie się nie uśmiecham, ale on i tak wydaje się zadowolony ze swojej odpowiedzi.

– Jeżeli nie podoba ci się, jak to robię – odparł Beech, nie podnosząc wzroku – to tak się składa, że wolałbym być teraz w pubie. A ten nóż pasuje i do twojej ręki.

Thomas Gratton wydaje donośny charkot, pochodzący gdzieś spomiędzy jego nosa i górnej części ust. Dla mnie ten dźwięk całkowicie tłumaczy pomruki Beecha. Thomas odwraca się plecami do syna i przygląda się czerwonym dachówkom na jednym z otaczających podwórze budynków.

– Więc w tym roku też pewnie będziesz startował w wyścigu – rzuca.

Beech zupełnie nie reaguje. Jego ojciec oczywiście mówi do mnie.

– Tak sądzę – odpowiadam.

Thomas Gratton nie odzywa się od razu, po prostu nadal wpatruje się w dachówki zabarwione wieczornym słońcem na jaskrawy pomarańczowoczerwony kolor.

– Spodziewam się, że Malvern właśnie tego od ciebie oczekuje?

Pracuję w stajni Malverna, odkąd skończyłem trzynaście lat. Niektórzy mówią, że dostałem tę pracę z litości, ale to nieprawda. Źródło utrzymania Malvernów bije pod dachem ich stajni – eksportują konie na stały ląd – i nie poszliby na żaden kompromis w kwestiach z tym związanych, w szczególności zaś nie pozwoliliby sobie na tak ludzkie uczucia jak litość. Spędziłem u Malverna wystarczająco dużo czasu, żeby wiedzieć, że Grattonowie mają go w nosie. Wiem też, że Thomas Gratton oczekuje, że powiem coś, co pozwoliłoby mu jeszcze bardziej pogardzać Benjaminem Malvernem. Więc najpierw czekam dłuższą chwilę, aż milczenie rozproszy sens jego pytania, a potem odpowiadam przy akompaniamencie grzechoczącego uchwytu od wiadra:

– Rozliczę się pod koniec tygodnia.

Thomas Gratton śmieje się łagodnie.

– Jesteś najstarszym dziewiętnastolatkiem, jakiego w życiu spotkałem, Seanie Kendrick.

Nie odpowiadam, bo prawdopodobnie ma rację. Prosi, żebym uregulował rachunek jak zwykle w piątek, a Beech wydaje pożegnalny pomruk, kiedy opuszczam podwórze.

Czeka mnie jeszcze dzisiaj przyprowadzenie kucyków z pastwiska, dobór odpowiedniej paszy dla koni i problem ogrzania mojego maleńkiego mieszkanka wieczorem, ale zamiast o przyziemnych sprawach myślę o nowinach, które przyniósł Thomas Gratton. Stoję na twardej ziemi, ale część mnie jest już na dole, na plaży. Krew szybciej krąży w moich żyłach. Czuję, że żyję.

Rozdział trzeci

Puck

Tego wieczoru Gabe łamie naszą jedyną zasadę.

Podchodzę do kwestii kolacji trochę na skróty, bo nie dysponujemy niczym poza suszoną fasolą, której już wszyscy mamy naprawdę dość. Piekę ciasto z jabłkami, z którego jestem dumna. Finn denerwuje mnie, bo siedzi całe popołudnie w ogrodzie. Majstruje przy jakiejś sędziwej pile łańcuchowej. Mówi, że ktoś mu ją dał, ale prawdopodobnie zabrał ją ze śmietnika, żeby wymontować zębatki. Jestem zła, bo zostałam sama w domu i przez to czuję, że powinnam posprzątać, a wcale mi się nie chce. Trzaskam szufladami i szafkami, przetrząsam zawartość nieustannie zagraconego zlewu, ale Finn albo mnie nie słyszy, albo udaje, że nie słyszy.

Wreszcie, zanim słońce całkowicie znika za wzniesieniami na zachodzie, staję w kuchennych drzwiach i patrzę znacząco na Finna. Czekam, aż podniesie wzrok i coś do mnie powie. On pochyla się nad piłą, która leży rozmontowana na części. Wszystkie elementy są równiutko ułożone na piasku podwórza. Sweter Gabe’a, który Finn ma na sobie, wciąż jest na niego za duży, choć nosi go już od kilku lat. Rękawy są zwinięte w równiutkie bransoletki. Ciemne, zmierzwione włosy Finna tworzą koguci ogon. Wygląda jak sierota i to mnie irytuje.

– Zechcesz wejść do środka, póki ciasto jeszcze pamięta, że było ciepłe? – Wiem, że to brzmi opryskliwie, ale mam to gdzieś.

Finn odpowiada, nie podnosząc wzroku:

– Za minutę.

Wcale nie zamierza przyjść za minutę i ja to wiem.

– Sama wszystko zjem – mówię.

Chłopak nie reaguje, pochłonięty tajemnicą piły. Myślę, tylko przez chwilę, że nienawidzę braci. Nigdy do nich nie dociera, kiedy coś jest dla ciebie ważne, troszczą się wyłącznie o własne sprawy.

Już mam powiedzieć coś, czego potem mogłabym się wstydzić, kiedy w zapadającym zmierzchu dostrzegam Gabe’a. Idzie, prowadząc rower. Żadne z nas nie mówi mu „cześć”, kiedy otwiera furtkę, wpycha rower na podwórze i z powrotem ją zamyka. Finn, dlatego że jest egocentryczny, a ja – ponieważ jestem zła na Finna.

Gabe odstawia rower do przybudówki na tyłach domu, podchodzi i staje za Finnem. Ściąga czapkę i wpycha ją pod pachę. Stoi z założonymi rękami, bez słowa obserwując poczynania brata. Nie jestem pewna, czy w resztkach niebieskawego światła wieczoru Gabe w ogóle jest w stanie dostrzec, co takiego młodszy brat wypatroszył, ale Finn obraca odrobinę cielsko piły, żeby chłopak mógł je zobaczyć. To najwyraźniej dostarcza Gabe’owi wszystkich potrzebnych informacji, ponieważ kiedy Finn, unosząc podbródek, zerka na niego, starszy brat tylko lekko kiwa głową.

To, jak porozumiewają się bez słów, jednocześnie mnie urzeka i doprowadza do furii.

– Jest ciasto z jabłkami – mówię. – Jeszcze ciepłe.

Gabe wyjmuje czapkę spod pachy i pyta:

– Co jest na kolację?

– Ciasto z jabłkami – powtarza za mną siedzący na ziemi Finn.

– I piła łańcuchowa – dodaję. – Finn zrobił do placka świetną piłę łańcuchową.

– Ciasto z jabłkami jest okej – rzuca Gabe, ale w jego głosie słychać zmęczenie. – Puck2, nie zostawiaj otwartych drzwi. Zimno leci.

Cofam się, żeby mógł wejść do domu. Kiedy wchodzi, czuję zapach ryb. Nie znoszę, kiedy Beringerowie każą mu czyścić ryby. Śmierdzi nimi w całym domu.

Gabe przystaje w drzwiach. Przygląda się swojej dłoni opartej o futrynę na wysokości głowy, jakby badał swoje palce albo łuszczącą się czerwoną farbę pod nimi. Ma nieobecny wyraz twarzy, wydaje się obcy. Nagle mam ochotę go uściskać, tak jak kiedyś, gdy byłam mała.

– Finn – mówi cicho. – Kiedy skończysz, muszę porozmawiać z tobą i z Kate.

Finn podnosi głowę, zaskoczony, ale Gabe już znika w pokoju, który wciąż dzieli z bratem, chociaż sypialnia rodziców stoi pusta. Prośba Gabe’a albo to, że nazwał mnie moim prawdziwym imieniem, przyciągnęło uwagę Finna tak, jak nie zdołało tego zrobić moje ciasto z jabłkami. Zaczyna szybko zbierać części i wrzucać je do wysłużonego kartonowego pudła.

Denerwuję się, gdy czekam, aż Gabe wyłoni się ze swojego pokoju. Kuchnia zamienia się w to samo małe żółte miejsce, jakim bywa zwykle wieczorami, kiedy skurczy się pod naporem panujących na zewnątrz ciemności. W pośpiechu zmywam trzy talerze od kompletu i kroję po dużym kawałku ciasta dla każdego z nas; największy dla Gabe’a. Stawiając je na stole – trzy samotne talerze tam, gdzie kiedyś było pięć – zaczynam odczuwać przygnębienie, więc zajmuję się parzeniem herbaty miętowej. Gdy ustawiam i przestawiam filiżanki, przychodzi mi do głowy, poniewczasie, że herbata miętowa i ciasto z jabłkami niekoniecznie do siebie pasują.

Finn już myje ręce, co może potrwać wieki. Cierpliwie, z niezwykłą starannością i w milczeniu namydla dłonie kostką kremowego mydła, pamiętając o miejscach między palcami i pocierając każdą z linii. Kontynuuje tę czynność, kiedy wyłania się Gabe: w czystym ubraniu, choć nadal śmierdzący rybą.

– Jak miło – mówi starszy brat, odsuwając sobie krzesło, a ja odczuwam ulgę, że wszystko jest w porządku, wszystko będzie dobrze. – Mięta tak ładnie pachnie po dzisiejszym dniu.

Zastanawiam się, co mama i tata powiedzieliby do niego w tej chwili. Z jakiegoś powodu różnica wieku między nami akurat w tym momencie wydaje mi się przepaścią.

– Myślałam, że każą ci dzisiaj przygotowywać pokoje w hotelu na przyjazd turystów.

– Brakowało ludzi na przystani – mówi Gabe. – A Beringer wie, że jestem szybszy od Josepha.

Joseph jest synem Beringera, zbyt leniwym, żeby cokolwiek robić szybko. Gabe powiedział kiedyś, że dostał pracę dzięki Josephowi. Ale jakoś nie potrafię tego docenić; dla mnie Joseph jest dupkiem, skoro przez niego mój brat śmierdzi rybą.

Gabe trzyma filiżankę, ale nie pije herbaty. Finn wciąż myje ręce. Siadam na swoim miejscu. Gabe odczekuje chwilę, a potem woła:

– Finn, wystarczy, dobrze?

Chłopak poświęca jeszcze minutę na opłukanie rąk, a potem zakręca kran i siada naprzeciwko mnie.

– Jak sądzicie, czy trzeba się modlić, jeśli to tylko ciasto z jabłkami?

– I piła łańcuchowa – dodaję.

– Boże, dzięki ci za to ciasto i piłę łańcuchową Finna – mówi Gabe. – Teraz dobrze?

– Dla mnie czy dla Boga? – pytam.

– Bogu jest zawsze dobrze – mówi Finn. – To Puck trzeba ciągle zadowalać.

Według mnie to stwierdzenie jest rażąco niesprawiedliwe, ale nie daję się sprowokować. Zerkam na Gabe’a, który wpatruje się w swój talerz.

– No więc? – pytam.

Słyszę, jak Dove rży na zewnątrz, tam gdzie pastwisko łączy się z podwórzem. Chciałaby dostać swoją garstkę ziarna. Finn patrzy na Gabe’a, który wciąż siedzi ze wzrokiem wbitym w talerz i ugniata palcami ciasto, jakby sprawdzał jego konsystencję. Nagle zdaję sobie sprawę, jak bardzo ciąży mi świadomość przypadającej jutro rocznicy śmierci rodziców. Dotąd jakoś nawet nie przyszło mi do głowy, że cichego, rzetelnego Gabe’a też może przerażać ten powoli skradający się cień.

Gabe nie podnosi wzroku. Mówi po prostu:

– Opuszczam wyspę.

Finn rzuca bratu zdumione spojrzenie.

– Co?

Siedzę oniemiała. Czuję się tak, jakby Gabe powiedział coś w obcym języku i mój mózg musiał najpierw przetłumaczyć jego wypowiedź, żebym mogła ją zrozumieć. Nie jestem w stanie wydusić z siebie ani jednego słowa.

– Opuszczam wyspę – powtarza Gabe. Tym razem brzmi to bardziej stanowczo i wiarygodnie, chociaż wciąż na nas nie patrzy.

Finnowi pierwszemu udaje się wypowiedzieć zdanie:

– Co zrobimy ze wszystkimi rzeczami?

– Co z Dove? – dodaję.

– To ja opuszczam wyspę – mówi Gabe.

Finn wygląda, jakby brat go spoliczkował. Wysuwam podbródek i próbuję spojrzeć Gabe’owi w oczy.

– Zamierzasz wyjechać bez nas? – Wtedy mój umysł wynajduje wymówkę, logiczne wytłumaczenie, które czym prędzej podsuwam Gabe’owi. – Więc nie jedziesz na długo. Jedziesz tylko na... – Kręcę głową. Nie mam pojęcia, na jak długo miałby jechać.

Gabe wreszcie podnosi głowę.

– Wyprowadzam się.

Finn naprzeciwko mnie kurczowo trzyma się stołu. Zaciśnięte na drewnianym blacie palce bieleją mu na końcach, jednocześnie czerwieniejąc w stawach. Nie sądzę, żeby zdawał sobie z tego sprawę.

– Kiedy? – pytam.

– Za dwa tygodnie. – Puffin miauczy u jego stóp, ociera pyszczek o jego nogę i o krzesło, ale Gabe nie patrzy pod stół ani nie dostrzega obecności kotki. – Obiecałem Beringerowi, że tyle jeszcze zostanę.

– Beringerowi? – powtarzam za nim z niedowierzaniem – Obiecałeś Beringerowi, że tyle zostaniesz? A co z nami? Co się stanie z nami?

Nie patrzy na mnie. Próbuję sobie wyobrazić nasze życie bez zarobków jednej osoby i z jeszcze jednym pustym łóżkiem.

– Nie możesz jechać – mówię. – Nie możesz wyjechać tak szybko. – Serce tłucze mi się w piersi, muszę dziwacznie zaciskać szczękę, żeby nie dzwonić zębami.

Twarz Gabe’a pozostaje niezmieniona. Wiem, że potem na pewno będę tego żałowała, ale przychodzi mi do głowy tylko jedna rzecz.

– Startuję w wyścigach – oznajmiam. Tak po prostu.

Teraz cała uwaga braci skupia się wyłącznie na mnie.

Policzki mnie pieką tak, jakbym nachylała się nad gorącym piecem.

– Och, daj spokój, Kate – mówi Gabe, ale jego głos nie jest tak pewny, jak powinien być. Mimo woli w jakimś stopniu mi wierzy.

Zanim powiem coś jeszcze, muszę to przemyśleć i zastanowić się, czy sama sobie wierzę. Myślę o dzisiejszym poranku, o wietrze szarpiącym mi włosy, o Dove w galopie. O dniu po wyścigach, o krwawych śladach na piasku w tej części plaży, do której nie sięga jeszcze ocean. Myślę o ostatnich łodziach odpływających z Thisby przed zimą i o Gabie na pokładzie jednej z nich. Mogłabym to zrobić, gdyby było trzeba.

– Słyszałeś, co mówią w mieście? Konie się wyłaniają. Jutro zaczynają się treningi. – Jestem dumna, że mój głos brzmi pewnie.

Twarz Gabe’a się porusza, jakby coś mówił, nie otwierając ust. Wiem, że analizuje teraz możliwe kontrargumenty. Gdzieś w głębi serca chcę, żeby powiedział: „Nie możesz tego zrobić”, żebym ja mogła zapytać: „Dlaczego?”, i żeby on musiał zdać sobie sprawę, że nie może odpowiedzieć: „Bo nie możesz zostawić Finna samego”. A teraz nie może po prostu zapytać: „Dlaczego?”, bo wtedy on musiałby mi odpowiedzieć na to samo pytanie. Powinnam być teraz bardzo usatysfakcjonowana i zadowolona z siebie, bo naprawdę trudno jest sprawić, żeby Gabe zaniemówił. Jednak moje serce gwałtownie przyspiesza, a wraz z jego cichym puk, puk, puk pojawia się iskierka nadziei, że jeżeli ja zrezygnuję z wyścigu, Gabe powie, że zostanie.

Ale on mówi po chwili:

– W porządku. Zostanę do wyścigu. – Wygląda, jakby był zły. – Na pewno nie dłużej, bo potem łodzie przestaną kursować aż do wiosny. Robisz coś naprawdę głupiego, Kate.

Jest na mnie wściekły, ale mam to w nosie. Liczy się tylko to, że zostanie jeszcze odrobinę dłużej.

– Cóż, wygląda na to, że jeśli wygram, pieniądze z nagrody będą nam faktycznie potrzebne. – Staram się, żeby moje słowa brzmiały tak dorośle, a zarazem obojętnie, jak to tylko możliwe, ale myślę o tym, że może jeśli wygram, to on nie będzie musiał wyjeżdżać. A potem wstaję od stołu i odkładam talerz i filiżankę do zlewu, jakby to był zwykły wieczór. Idę do swojego pokoju, zamykam drzwi i nakrywam głowę poduszką, żeby nikt mnie nie słyszał.

– Egoistyczny dupek – szepczę w ukryciu.

I wybucham płaczem.

Rozdział czwarty

Sean

Śni mi się morze.

Właściwie śni mi się noc, kiedy złapałem Corra, ale słyszę szum morza. Stara ludowa mądrość głosi, że eich uisce schwytane nocą są szybsze i silniejsze. We śnie jest trzecia nad ranem, a ja kucam na kamieniu u podstawy klifu, jakiś kilometr od piaszczystej plaży. Morze wyżłobiło w kredzie niszę, której sklepienie znajduje się jakieś trzysta metrów nad moją głową, więc otulają mnie białe ściany. Powinno być ciemno, bo nie sięga tu światło księżyca, ale odbija je ocean i blada skała, więc widzę wystarczająco dobrze, żeby nie potknąć się na chropowatych, pokrytych wodorostami głazach. Kamień pod moimi stopami ma więcej wspólnego z dnem morza niż z jego brzegiem. Muszę uważać, żeby nie stracić równowagi na jego śliskiej powierzchni.

Nasłuchuję.

Jest zimno. W półmroku staram się wychwycić dźwięk niebędący zwykłym szumem morza. Woda podnosi się szybko i cicho, nadchodzi przypływ i za godzinę woda zaleje tę niby-jaskinię, sięgając powyżej poziomu mojej głowy. Nasłuchuję plusku, impetu wynurzającego się na powierzchnię kopyta, czegokolwiek, co świadczyłoby o tym, że wyłania się each uisce. Stukot oznaczałby, że już po mnie.

Ale wokół panuje dziwna cisza, nie słychać nic: żadnych morskich ptaków, okrzyków chłopców na brzegu, silnika łodzi w oddali. Bezlitosny wiatr odnajduje mnie pod skałą. Wytrącony z równowagi jego niespodziewaną siłą, rozczapierzonymi palcami chwytam ściany. Pośpiesznie zabieram rękę – wapień pokryty jest krwistoczerwonymi galaretkami, które skrzą się i lśnią w świetle księżyca. Ojciec mówił, że są zupełnie nieszkodliwe. Nie wierzę w to. Nic nie jest zupełnie nieszkodliwe.

Przypływ zakrada się między kamienie. Dłoń mi krwawi.

Nagle słyszę dźwięk przypominający miauczenie kociaka albo płacz niemowlęcia i zastygam w bezruchu. Tu, na plaży, nie ma kociąt ani niemowląt. Jesteśmy tylko ja i konie. Brian Carroll powiedział mi, że kiedy spędza noc na morzu, słyszy czasem konie nawołujące się pod wodą i że przypomina to pieśń wielorybów, wdowi lament albo chichot.

Zaglądam do najgłębszej szczeliny między skałami. Woda podniosła się znacznie. Jak długo tu stoję? Głazy przede mną zamieniły się w błyszczące skaliste garby ledwo wystające z czarnej wody. Nic nie złapałem, ale nie mogę tu dłużej zostać – jeśli chcę zdążyć, pora zacząć się wspinać na oślizgłe od wodorostów kamienie.

Patrzę na swoją dłoń. Jej wnętrzem płynie gruba strużka krwi. Zalewa wgłębienie między kośćmi przedramienia, wzbiera, puchnie, kapie bezgłośnie do wody. Później ręka na pewno będzie bolała. Przyglądam się wodzie, w której znika moja krew. Poruszam się bezgłośnie. W jaskini panuje cisza.

Oglądam się i widzę konia.

Jest tak blisko, że czuję jego słoną woń, ciepło jego mokrej skóry. Tak blisko, że mogę spojrzeć mu w oczy i zobaczyć rozszerzoną kwadratową źrenicę. Jego oddech pachnie krwią.

I wtedy mnie budzą.

To Brian i Jonathan Carrollowie. Na ich twarzach maluje się troska. U Briana dość zwyczajnie: zmarszczone brwi, ściągnięte usta. U Jonathana przybiera formę przepraszającego uśmiechu, który co kilka sekund zmienia kształt. Brian jest w moim wieku; znam go z przystani. Obaj w pracy mamy do czynienia z wodą i łączą nas wspólne wspomnienia, chociaż nie jesteśmy przyjaciółmi. Jonathan jest jego bratem. Chodzi za nim krok w krok, a nawet śledzi jego myśli.

– Kendrick – mówi Brian. – Obudziłeś się?

Teraz tak. Leżę na pryczy, jakbym był do niej przywiązany, i nic nie mówię.

– Przepraszam, że cię budzimy, stary – dodaje wyraźnie skruszony Jonathan.

– Potrzebna nam twoja pomoc – odzywa się Brian. Wprawdzie teraz, w środku nocy, nie darzę chłopaka szczególną sympatią, ale nic do niego nie mam. Mówi to, co myśli. – Nie mamy wyjścia. Mutt wpakował się w niezłe kłopoty. Zachciało mu się zaczaić na each uisce i dostał to, czego chciał, ale chyba nie jest zadowolony.

– Zabije ich – mówi Jonathan. Wygląda, jakby się cieszył, że udało mu się wygłosić coś tak oczywistego, zanim zdążył zrobić to Brian.

– Ich? – powtarzam jak echo. Jest zimno. Już nie śpię.

– Mutta i kilku jego kumpli – tłumaczy Brian. – Wszyscy się za to wzięli i niby złapali konia wodnego, ale ani nie potrafią go tu przyprowadzić, ani wypuścić.

Siadam na pryczy. Nie żywię ciepłych uczuć do Mutta – Matthew Malverna, nieślubnego syna mojego szefa – i do żadnego ze stajennych, którzy truchtają za nim służalczo, lecz nie mogę zostawić bez pomocy zwierzęcia zaplątanego w jakąś kretyńską pułapkę, którą zbudowali na plaży.

– Ty jesteś ten od koni – oznajmia Brian. – Jeżeli wrócimy bez ciebie, ktoś zginie.

Wrócimy. W końcu rozumiem ich miny. Brali w tym udział i zdają sobie sprawę, co sobie teraz o nich myślę.

Nic nie mówię. Wstaję z łóżka, wciągam stary sweter i sięgam po ubrudzoną czarno-niebieską kurtkę ze wszystkim, co trzymam w jej kieszeniach. Wskazuję szybko głową na drzwi, a oni przebierają nogami jak bekasy na plaży, Jonathan szarpie za klamkę, a Brian pierwszy wychodzi ze stajni.

Zimny wiatr wpycha ręce do kieszeni mojej kurtki jak głodna żywa istota. Niebo nad Skarmouth jest ciemnorude od świateł ulicznych latarni, ale gdzie indziej ma kolor atramentu. Wąziutki sierp księżyca sprawi, że nad oceanem będzie trochę jaśniej, lecz niewiele. Ruszamy przez pola, najkrótszą i najmniej wymagającą drogą na plażę. Nie ma tu nic, tylko kamienie i owce, ale o jedne i drugie łatwo się przewrócić.

– Latarka – mówię.

Brian włącza latarkę i podaje mi ją. Kręcę głową. Ręce będę musiał mieć wolne. Jonathan próbuje dotrzymać nam kroku; promień światła błyska szaleńczo przy każdym jego potknięciu. Przypomina mi się, jak moja matka udawała, że pisze na ścianie snopem światła latarki, gdy w czasie burzy nie było prądu.

– Jak daleko od brzegu? – pytam. Za kilka godzin zacznie się przypływ i jeżeli są w jego zasięgu, to następny each uisce będzie najmniejszym z ich zmartwień.

– Niedaleko, stary – dyszy Brian. Nie jest w złej formie, lecz forsowny marsz pozbawia go tchu. Gdyby nie ich miny, kiedy mnie budzili, zatrzymałbym się, żeby mógł złapać oddech.

Właśnie dostrzegam obniżenie terenu między wzgórzami i szczelinę, którą biegnie ścieżka na plażę – w tym miejscu ziemia jest ciemniejsza od nieba – a potem słyszę krzyk. Wiatr niesie go w naszym kierunku. Jest piskliwy, cienki i urywany. Nie da się stwierdzić, czy to głos człowieka, czy zwierzęcia. Włosy jeżą mi się na karku, ale lekceważę to ostrzeżenie i zaczynam biec.

Brian zostaje w tyle – chyba nie ma już siły – i wyczuwam, że Jonathan jest rozdarty. Nie może się zdecydować, czy zostać z Brianem, czy iść ze mną.

– Potrzebna mi latarka! – krzyczę do niego przez ramię. Wiatr rwie moje słowa i chociaż Jonathan mi odpowiada, nie słyszę, co mówi. Wypadam z kręgu słabego światła jego latarki w ciemność, potykając się i ześlizgując ze stromego zbocza na plażę. Przez krótką chwilę wydaje mi się, że w tym mroku nie dam rady posuwać się dalej naprzód, ale po kilku krokach dostrzegam w dole miotające się światła latarek. Za nimi widać morze oświetlone nikłym blaskiem księżyca.

Wiatr porywa dźwięk w przeciwnym kierunku, więc nawet kiedy jestem już prawie na miejscu, postacie na plaży wydają się nieme. Ich walka wygląda dość składnie, dopóki nie podchodzę całkiem blisko. To czterej mężczyźni, którzy schwytali siwego konia wodnego, zakładając mu liny na szyję i na jedną z tylnych nóg, zaraz nad kopytem. Ciągną za nie i odskakują na przemian, a zwierzę rzuca się na nich i wycofuje, ale tak czy inaczej, ich położenie jest kiepskie i dobrze o tym wiedzą. Złapali tygrysa za ogon, a potem zorientowali się, że ogon jest długi, a więc mogą ich dosięgnąć szczęki niezwykle groźnego drapieżnika.

– Kendrick! – krzyczy ktoś. Nie widzę kto. – Gdzie jest Brian?

– Sean Kendrick?! – woła ktoś inny i wiem, że to Mutt. Trzyma linę owiniętą wokół szyi konia. Poznaję go po budowie ciała, po szerokich ramionach i grubej szyi, która jest jednocześnie brodą. – Kto poszedł po tego łajdaka? Wracaj do łóżka, koński rzeźniku, panuję nad sytuacją!

Panuje nad tym koniem mniej więcej tak, jak kuter rybacki kontroluje morze. Teraz widzę, że drugą linę trzyma Padgett, starszy mężczyzna, który powinien mieć na tyle rozumu, żeby nie powierzać swojego życia Muttowi. W krótkiej przerwie między podmuchami wiatru dobiega mnie jakiś niewyraźny dźwięk. Oglądam się i pod skalistą ścianą w miejscu, gdzie klif spotyka się z plażą, dostrzegam innego kumpla Mutta. Leży skulony, trzymając się za rękę. Wygląda na złamaną. Dźwięk, który słyszałem, był jego jękiem.

– Spadaj stąd, Kendrick! – wrzeszczy Mutt.

Zakładam ręce i czekam. Koń na chwilę przestaje się wyrywać. Na tle jasnej kredy klifów widzę drżące ciemne sznury, które go przytrzymują. Zwierzę zaczyna się męczyć, ale tamci również. Umięśnione ramiona Mutta trzęsą się wraz z linami. Pozostali mężczyźni skradają się dokoła, rozkładając na piasku pętle ze sznura w nadziei, że each uisce stanie w którejś z nich. Ktoś, kto nie zna koni wodnych, mógłby pomyśleć, że to zwierzę o falujących bokach jest już pokonane. Ale ja widzę jego odrzuconą do tyłu głowę, która upodabnia go raczej do drapieżnego ptaka niż konia, i wiem, że za chwilę sprawy przyjmą paskudny obrót.

– Mutt – mówię. Nawet nie odwraca głowy, ale przynajmniej spróbowałem.

Lina przywiązana do pęciny konia nagle się napręża, kiedy each uisce rzuca się na Mutta. Spada na mnie piasek i drobne kamyki spod jego wierzgających kopyt. Powietrze przeszywają krzyki. Padgett zwija i napręża swoją linę, aby odciągnąć konia. Mutta zbyt pochłania troska o własny tyłek, żeby odwzajemnić tę przysługę. Sznur wokół szyi zwierzęcia nagle wiotczeje i koń korzysta z okazji, żeby cofnąć się w kierunku Padgetta, ryjąc kopytami okręgi w piasku. A potem each uisce rzuca się na Padgetta i zatapia zęby w jego ramieniu. Staje dęba i opuszcza na niego przednie nogi. Trudno pojąć, dlaczego Padgett nie przewraca się pod tym ciężarem... To nacisk konia na jego ramiona przez krótką chwilę utrzymuje go w pionie. Potem each uisce osuwa się na kolana, miażdżąc Padgetta swoim cielskiem.

Teraz Mutt podciąga linę obwiązaną wokół szyi konia, ale za słabo, za późno, zresztą, jakie może mieć szanse sam przeciwko koniowi wodnemu?

Padgett bardziej przypomina teraz mięso niż człowieka. Słyszę, jak ktoś płaczliwie woła:

– Kendrick!

Podchodzę bliżej, spluwam na palce lewej dłoni i chwytam grzywę konia wodnego zaraz za uszami. Drugą ręką wyciągam z kieszeni płaszcza czerwoną wstążkę i przyciskam ją do końskiego nosa. Zwierzę szarpie się, ale mój uchwyt na jego czaszce i szyi jest pewny. Szepczę do jego ucha i koń cofa się chwiejnie. Próbując odzyskać równowagę, wbija kopyto w ciało Padgetta. Padgett to nie mój kłopot. Mój problem polega na tym, że mam tutaj uwiązane na sznurku ważące tonę dzikie stworzenie, które pokiereszowało już dwóch ludzi, i muszę je odciągnąć od pozostałych, dopóki jestem w stanie je utrzymać.