Wydawca: Fabryka Słów Kategoria: Fantastyka i sci-fi Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 657 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Wyprawa w Góry Księżycowe - Mark Hodder

KOLEJNA POWIEŚĆ ZDOBYWCY NAGRODY IM. PHILIPA K. DICKA 2010 r.

Jest rok 1863, ale nie ten, który być powinien. Czas bardzo zboczył z kursu i mają miejsce wydarzenia, które doprowadzą do niszczycielskiej wojny światowej. Premier lord Palmerston uważa, że posiadając wszystkie trzy Oczy Naga będzie w stanie wpłynąć na przebieg zdarzeń i uniknąć wielkiej wojny. Już ma w swoich rękach dwa kamienie, ale trzeci musi dla niego zdobyć sir Richard Francis Burton. Dla agenta królewskiego jest to szansa na powrót w Góry Księżycowe, gdzie mógłby podjąć drugą próbę odnalezienia źródeł Nilu. Szyki miesza mu rywal John Hanning Speke, a eskalacja konfliktu może doprowadzić do wojny, której próbuje zapobiec Palmerston!

Zaplątany w sieć przyczyn, skutków i nieuchronności Burton nie zdaje sobie nawet sprawy, o jak wysoką stawkę toczy się gra. Ostateczne starcie nastąpi w Londynie, gdzie w roku 1840 Burton musi stanąć oko w oko z człowiekiem odpowiedzialnym za zamieszanie w czasie – Skaczącym Jackiem!

SIR RICHARD FRANCIS BURTON – Podróżnik, poliglota, uczony i agent królewski, czy też może marionetka na usługach sił, których nie jest nawet w stanie pojąć?

ALGERNON CHARLES SWINBURNE – Słynny poeta o ognistej czuprynie, poszukiwacz wrażeń i wyznawca markiza de Sade'a; ból sprawia mu przyjemność, a brandy doprowadza do ruiny!

Trzeci tom przygód Burtona i Swinburne'a stanowi zwieńczenie cyklu, który rozpoczął się Dziwną sprawą Skaczącego Jacka i Zdumiewającą sprawą Nakręcanego Człowieka.

„Od czasu do czasu natrafiam na książkę, czy też cykl książek, który wyrywa mi dywan spod nóg, po czym wymierza mi swoją genialnością celny cios między oczy i mówi: „Kochasz mnie!”, a ja, biedny, nie mogę zrobić nic innego, jak tylko skwapliwie przytaknąć: „Kocham! Kocham nad życie!”. ELITIST BOOK REVIEWS

"Nie pamiętam już, kiedy ostatnio tak bardzo zaskoczyła mnie czytana powieść i kiedy wprawiła mnie w tak wielkie zdumienie i wzbudziła tak wielki entuzjazm, że niemal nie byłem w stanie wyrazić słowami, jak bardzo ją polecam.” ROB WILL REVIEW

Opinie o ebooku Wyprawa w Góry Księżycowe - Mark Hodder

Fragment ebooka Wyprawa w Góry Księżycowe - Mark Hodder

PODRÓŻ DO AFRYKI

Jednym z najszczęśliwszych momentów ludzkiego życia jest, jak mniemam, chwila wyruszenia w daleką podróż do nieznanych krain. Zrzucenie z ramion jednym zdecydowanym ruchem ciężkiego balastu przyzwyczajenia, przyginającego do ziemi płaszcza trosk i domowej niewoli, wyzwolenie z żelaznych okowów rutyny sprawia, że człowiek na powrót czuje się szczęśliwy. Krew pędzi mu w żyłach żwawym rytmem dzieciństwa... Nowym jaśnieje blaskiem świt jego narodzin...

dziennik sir Richarda Francisa Burtona, 2 grudnia 1856

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

MORDERSTWO WE FRYSTON

Przyszłość wpływa na teraźniejszość w równym stopniu co przeszłość.

Fryderyk Nietzsche

Sir Richard Francis Burton wiercił się niecierpliwie w zaroślach porastających najdalej na zachód wysunięty kraniec londyńskiego Green Park i wyzywał się w myślach od głupców. Mógł przewidzieć, że straci przytomność. Powinien był przybyć wcześniej, żeby nadrobić stracony w ten sposób czas. Teraz cała misja wisiała na włosku.

Leżał przez chwilę nieruchomo na plecach, czekając, aż zelżeje rwący ból w boku, po czym przewrócił się na brzuch, uniósł karabin i wsparł na łokciach, celując w kłębiący się poniżej tłum. Rzucił okiem na inskrypcję na łożu karabinu. Głosiła: „Lee-Enfield Mk III. Wyprodukowano w Taborze, Afryka, 1918”.

Zmrużył oko i przesunął celownikiem optycznym po twarzach ludzi zbierających się wokół ścieżki u stóp wzniesienia.

Który z nich był jego celem?

Wzrok mu zmętniał. Poruszył lekko głową, próbując odpędzić osobliwe uczucie przemieszczenia – okropne wrażenie, jakby jego jestestwo ulegało podziałowi na dwie osobne całości. Po raz pierwszy doświadczył czegoś podobnego, zmagając się z silnymi atakami malarii w Afryce w roku pięćdziesiątym siódmym, a potem znowu, cztery lata później, kiedy mianowano go agentem królewskim. Sądził, że zdołał pokonać chorobę. I może rzeczywiście mu się to udało. Tym razem przecież w istocie było go dwóch.

Było letnie popołudnie dziesiątego czerwca tysiąc osiemset czterdziestego roku i o wiele młodszy Richard Burton przemierzał właśnie włoską część Europy w celu zapisania się do Trinity College w Oksfordzie.

Przypomniawszy sobie tego niesfornego, upartego i niezdyscyplinowanego młodzieńca, szepnął:

– Czas mnie zmienił, Bogu dzięki. Tylko czy zdołam się odwdzięczyć?

Celował to w jedną, to w drugą twarz, szukając człowieka, którego przyszedł zastrzelić.

Dzień nie był zanadto upalny, więc panowie mieli na sobie lekkie płaszcze i cylindry, a w rękach laski. Panie nosiły na głowach czepki, a w urękawiczonych dłoniach parasolki. Wszyscy czekali na mający wkrótce przejechać tędy powóz królowej Wiktorii.

Przesuwał muszkę celownika od osoby do osoby. Gdzieś wśród nich znajdował się młody Edward Oxford, szalony osiemnastolatek z dwoma pistoletami skałkowymi w kieszeniach surduta i zamysłem mordu w głowie. Ale to nie aspirującego zabójcę Burton miał dzisiaj wziąć na celownik.

– Szlag by trafił! – Ręce mu się trzęsły. Każdemu mężczyźnie w jego wieku – a miał lat czterdzieści siedem – byłoby cokolwiek niewygodnie czaić się w zasadzce, leżąc rozciągniętym na gołej ziemi, nawet gdyby zausznik premiera, Gregory Hare, nie złamał mu dwóch żeber. Burton miał wrażenie, że ktoś dźga go w bok nożem.

Ostrożnie zmienił pozycję, starając się nie poruszyć krzewem. Element zaskoczenia był kluczowy dla powodzenia misji.

Wtem jego uwagę przyciągnęła okrągła twarz, ozdobiona olbrzymimi wąsiskami i otoczona nimbem arogancji. Burton nigdy wcześniej nie widział tego indywiduum na oczy, a przynajmniej nie za młodych lat, ale wiedział, kim jest: Henry de La Poer Beresford, trzeci markiz Waterford, zwany przez wielu Szalonym Markizem. Był to człowiek, który zapoczątkował ruch libertynów, wpływowego politycznie ugrupowania propagującego wyzwolenie z okowów społecznych i zwalczającego z pasją postęp technologiczny. Za trzy lata Beresford stanie na czele frakcji libertynów radykałów, zwanych hulakami, których anarchistyczna filozofia weźmie się za bary ze społeczną przyzwoitością. Markiz wierzył, że rodzaj ludzki hamuje własną ewolucję i że każdy jego przedstawiciel posiada potencjał, aby stać się bytem transnaturalnym, istotą wyzwoloną z wszelkich ograniczeń, głuchą na zwodniczy dyktat sumienia i wolną od przekleństwa niepewności. Innymi słowy robiącą cokolwiek zechce i kiedy zechce. Burton przekonał się w czasie wielkiej wojny, jak wielkie zagrożenie niosą ze sobą podobne idee, choć nie one obchodziły go w danym momencie.

– Tobą zajmę się za dwadzieścia jeden lat – mruknął.

Echem odbił się daleki wiwat. Brama pałacu Buckingham rozwarła się i na drogę wjechał królewski powóz.

– Gdzie jesteś? – wyszeptał Burton. – Pokaż się!

Gdzie jest człowiek, którego przyszedł zastrzelić?

Gdzie jest Skaczący Jack?

Spojrzał przez peryskop. Nic nie rozumiał z tego, co zobaczył. Jakieś kształty, ruch, cienie, głębokie barwy, które odmawiały zespolenia się w jakąkolwiek logiczną całość. Świat roztrzaskał się, a on leżał wśród jego ruin, rozbity w drobny mak.

Martwy. Oczywiście był martwy.

„Nie. Przestań. Nie wolno ci. Nie poddawaj się temu. Nie znowu”.

Zamknął oczy, wbił paznokcie w dłonie, przesunął językiem po zębach. Nadzwyczajnym wysiłkiem woli odnalazł strzępy samego siebie i zebrał je do kupy.

„Frank Baker. Jestem Frank Baker”.

Dobra. To brzmiało znajomo.

Poczuł woń kordytu. Do jego uszu wdarł się hałas. Powietrze płonęło.

Frank Baker. Tak jest. Imię wydostało się z jego ust w odpowiedzi na pytania lekarza.

– I cóż pan robi, panie Baker?

Co za dziwne pytanie.

– Obserwuję.

Równie dziwna odpowiedź. Przyszła do niego znikąd, podobnie jak i imię, ale najwyraźniej zadowoliła uwijających się jak w ukropie lekarzy.

Za nią przyszła nicość. Gorączka. Zwidy. Potem wyzdrowienie. Założyli, że jest członkiem Observer Corps1 i umieścili w towarzystwie niskiego mężczyzny o piskliwym głosie, który stał teraz u jego boku.

„Co jeszcze? Co jeszcze? Co ja właściwie zobaczyłem?”

Otworzył oczy. Nie było zbyt jasno.

Zdał sobie sprawę, że gniecie coś w zaciśniętej pięści. Otworzył ją, spojrzał w dół i zobaczył czerwony kwiat maku. Wiedział, że jest bardzo ważny, choć nie miał pojęcia, skąd to wie. Włożył go do kieszeni.

Odsunął nieco blaszany hełm i otarł pot z czoła, po czym uniósł peryskop nad krawędź okopu i spojrzał raz jeszcze przez wizjer. Po jego lewej stronie nabrzmiały owal słońca wtapiał się w drżący od skwaru horyzont. Przed nim, we wzbierającym mroku, siedem olbrzymich długonogich pajęczaków torowało sobie drogę przez porośnięte czerwonym zielskiem pustkowie. Ze sterczących tu i ówdzie rur wydechowych unosiły się w ciemniejące purpurowo niebo siwe kłęby pary.

„Kosarze” – pomyślał. „Te pająki to olbrzymie, hodowane przez techników-eugeników kosarze. Nie, zaraz, nie eugeników, bo eugenicy to wrogowie. Nasi każą się zwać genetykami. Pająki się rozmnaża i hoduje, a potem zabija i patroszy, żeby inżynierowie wypełnili ich pancerze parową maszynerią”.

Uważniej przyjrzał się tym ustrojstwom i dostrzegł szczegóły, które uznał za nietypowe – ale nietypowe względem czego? Pod odwłokami, gdzie Baker spodziewał się zobaczyć siatki ładunkowe, dostrzegł błyszczące kartaczownice Gatlinga, które obracały się, zasypując niemieckie okopy gradem pocisków, a ich metaliczny klekot niemal zagłuszył ślamazarny warkot parowych silników. Nietypowe było również i to, że kosarze zostały zakute w pancerze, a każdy kierowca siedział w umieszczonym na wierzchu siodle, zamiast w znajdującym się w wydrążonym korpusie fotelu, co sugerowało z kolei, że komory wypełnia większa i potężniejsza maszyneria niż... niż...

„Z czym ja próbuję je niby porównać?”

– To dopiero widok, no nie? – rozległ się piskliwy głos.

Baker odkaszlnął. Nie był jeszcze gotów się porozumiewać, ale miał mętne wrażenie, że zaledwie kilka minut wcześniej wdał się już ze stojącym za jego plecami knypkiem w błahą pogadankę o pogodzie.

Otworzył usta, by przemówić, ale towarzysz ubiegł go:

– Gdybym był poetą, napisałbym wiersz, ale to zbyt wiele dla zwykłego pismaka. Jakże miałbym, u diabła, opisać tak nieziemską scenę? Każdy, kto nie był jej świadkiem, sądziłby zapewne, że silę się na jakieś naukowe romansidło. A może okrzyknięto by mnie nowym Juliuszem Verne’em?

„Myśl! No dalej! Poskładaj jego słowa do kupy. Przetrąć językowi kręgosłup i wyssij znaczenie ze szpiku”.

Wciągnął raptownie powietrze, gdy w głowie wykwitło mu niespodziewane wspomnienie. Leżał na łóżku w szpitalu polowym. W rękach trzymał gazetę. Czytał sprawozdanie autorstwa tego niskiego, pucołowatego typka.

„Właśnie tak, Baker. Otwórzże usta i mów!”

– Dałby pan radę – rzekł w końcu. – Czytałem jeden z pańskich artykułów. Posiada pan rzadki talent. Kim jest Juliusz Verne?

Dostrzegł, że knypek zwęził oczy i przygląda mu się w zapadającym zmierzchu, próbując dostrzec wyraz jego twarzy.

– Jeden francuski pisarz. Zabity podczas upadku Paryża. Nie obiło się panu o uszy?

– Możliwe – odrzekł Baker. – Ale muszę panu wyznać, że słabo pamiętam cokolwiek. Dziwię się, że w ogóle jakoś funkcjonuję.

– Ach, prawda. To charakterystyczny symptom nerwicy frontowej. Lub też gorączki, a cierpiał pan na obydwie te rzeczy. Czy wie pan, dlaczego znalazł się u Wielkich Jezior Afrykańskich?

„U Wielkich Jezior? One są w... W Afryce! To jest Afryka!”

– Nie mam bladego pojęcia. Pierwsze, co pamiętam, to że niesiono mnie na noszach, a potem znalazłem się tutaj, gdzie pokłuli mnie jacyś lekarze.

– Zasięgnąłem języka – mruknął dziennikarz. – Wywiadowcy z Survey Corps znaleźli pana nieopodal zachodniego brzegu jeziora Ukerewe, gdzie rozciąga się Krwawa Dżungla. Niebezpieczne miejsce, pełno tam Niemców. Był pan nieuzbrojony, a ten dziwny lśniący hieroglif dopiero co wytatuowano panu na czole. I bredził pan jak potłuczony.

„Hieroglif?”

Baker wyciągnął rękę, sięgnął pod hełm, przeczesał włosy palcami. Wyczuł twarde krawędzie.

– Zupełnie nic nie pamiętam.

„Nic nie pamiętam. Nie pamiętam. Nie pamiętam”.

– Wywiad chciał zabrać pana do Tabory, ale na południowej drodze roiło się od szarpaków, więc odbili na wschód i jechali, póki nie natrafili na zbierający się tu batalion. W drodze tracił pan i odzyskiwał przytomność, ale nigdy na dość długo, by udzielić wyjaśnień.

Korespondentowi przerwało głośne „ulla! ulla!” syreny. To jeden z kosarzy wył na alarm. Ponownie spojrzał przez peryskop, Baker poszedł w jego ślady.

Jeden z wielkich wehikułów zaplątał się w czerwone pnącza, które pięły się po jego podobnych do szczudeł nogach, pełznąc jak węże w kierunku siedzącego wysoko nad ziemią jeźdźca. Mężczyzna szarpał desperacko za wajchy w beznadziejnej próbie wyswobodzenia maszyny. Nie dał rady. Kosarz przechylał się coraz bardziej w lewo, aż w końcu przewrócił się i padł ofiarą mięsożernej rośliny. Syrena zabulgotała i ucichła. Jeździec sturlał się z siodła, spróbował utrzymać się na nogach, ale upadł. Natarczywe pnącza oblazły go, a on zaczął młócić je rozpaczliwie ramionami. Zaskrzeczał nieludzko, kiedy strąki pękły i zbryzgały go żrącym sokiem roślinnym. Jego mundur zajął się ogniem, a ciało zawrzało i odlazło od kości. Przemienienie człowieka w stertę nagich kości nie zajęło roślinie nawet minuty.

– Biedny drań – wymamrotał knypek. Opuścił peryskop i strzepnął kurz z rękawa. – Widział pan może, jak wczoraj pojawiła się ta roślina? Ja wówczas spałem i przegapiłem.

– Nie.

– Z tego, co mi mówiono, nagle z morza wyrosła cienka, podobna do węża wstęga chmur, a kiedy przywiał ją tu wiatr, rozsiała nasiona, z których w nocy wykiełkowały pędy i od tego czasu rosną nieprzerwanie. Teren wydaje się nieprzejezdny. Mówię panu, Baker, ci cholerni szwabscy czarownicy wiedzą, co i jak, jeśli chodzi o rośliny czy pogodę. To dlatego wcielają do swojej armii setki tysięcy Afrykanów więcej od nas. Tubylcy są tak przesądni, że zrobią, cokolwiek im każesz, jeśli tylko uwierzą, że umiesz wywołać deszcz albo mu zapobiec, i zapewnić obfite zbiory. Pułkownik Crowley dostaje od nich tęgie baty. Od czarowników znaczy.

Baker starał się przetworzyć sobie te dane. Czarownicy? Rośliny? Wywoływanie deszczu?

– Crowley? – zapytał.

Mężczyzna uniósł brwi.

– Dobry Boże! Pan naprawdę mocno oberwał po głowie! Pułkownik Aleister Crowley! Nasz główny jasnowidz. Czarownik nad czarownikami!

Baker milczał.

Zdumiony korespondent wzruszył ramionami i przywarł do ściany okopu, przepuszczając idący gęsiego oddział. Zachichotał, gdy usłyszał, jak sierżant mówi do podkomendnych, puszczając oko:

– Nie wychylajcie się, panowie. Te hełmy są stanowczo za drogie, by podziurawił je jakiś Szwab.

Człowieczek wrócił do obserwacji pola bitwy. Baker przyglądał się temu wszystkiemu i próbował zwalczyć poczucie obcości.

„To nie moje miejsce. Nic z tego nie rozumiem”.

Przetarł usta rękawem – było niemożebnie wilgotno i pocił się jak szczur – po czym przyłożył oko do peryskopu.

Dwa kolejne kosarze poległy w walce z agresywną florą.

– Ilu jeszcze ludzi musi umrzeć, żeby ktoś zarządził odwrót? – spytał.

– Nie ma mowy o żadnym odwrocie – padła odpowiedź. – To nasza ostatnia szansa. Jeśli przejmiemy surowce Niemców w Afryce, może damy radę stawić im czoła w Europie. Bo jak nie, to po nas. Zrobimy więc, ile tylko będziemy w stanie, nawet jeśli oznacza to walkę w przegranej sprawie. Patrz pan! Kolejny leży i kwiczy!

Syreny trzech pozostałych kosarzy zawyły: „ulla! ulla! ulla! ulla!”.

– Cóż za okropny harmider – ciągnął. – Zupełnie jakby te przeklęte pająki żyły i robiły pod siebie ze strachu.

– To właściwie nie są pająki – pokręcił głową Baker. – Pająki należą do rzędu Araneae, a kosarze to Opiliones.

„Skąd ja to wiem?”

– Już nie należą – prychnął korespondent. – Nie, od kiedy nasi technicy wyskrobali je z pancerzy.

Na całej długości brytyjskich okopów rozległ się przenikliwy jazgot gwizdków.

– Niech mnie! Oto nasza dzienna porcja zarodników. Maski włóż!

Ręce Bakera automatycznie sięgnęły do pasa, otworzyły płócienną torbę, wyciągnęły grubą gumową maskę i wsunęły na głowę. Patrzyli na siebie z kompanem przez okrągłe szkiełka.

– Nie cierpię smrodu tego cholerstwa – powiedział knypek głosem stłumionym przez maskę. – I przyprawia mnie o klaustrofobię. Za duszne to na tutejszy piekielny klimat. A może wyskoczylibyśmy do schronu na herbatkę? I tak niewiele już zobaczymy, bo robi się coraz ciemniej. Chodź pan, dobrze nam zrobi filiżanka herbaty!

Baker ostatni raz rzucił okiem przez peryskop. Szkiełko rozmazywało obraz, a zapadająca szybko afrykańska noc w dwójnasób utrudniła obserwację, ale dostrzegł, że znad dalekiego skraju chwastowiska idzie ku nim zbita, żółta i świecąca na atramentowym tle nieba chmura. Zadrżał, odwrócił się i poszedł w ślad za korespondentem ciągnącym się wzdłuż linii frontu okopem. Skręcili w jego odnogę, gdzie uwijali się łącznościowcy, po czym dotarli do jednego z wkopanych w ziemię schronów. Minęli zamaskowanych żołnierzy, głównie askarysów – afrykańskich rekrutów, przeważnie jeszcze chłystków, którzy siedzieli przygnębieni, czekając na sygnał do szturmu.

Podeszli do wejścia, odsunęli ciężką kotarę i weszli do środka. Zdjęli hełmy i maski.

– Niech pan się upewni, że kotara jest zaciągnięta; uchroni nas przed zarodnikami. Zapalę nam jakieś światło – rzekł dziennikarz, a chwilę później małe pomieszczenie rozświetliła latarnia sztormowa. Bunkier umeblowano skromnie, znajdowały się tu dwa drewniane łóżka, dwa stoły, trzy krzesła i kilka kufrów.

– Szczury! – wzdrygnął się Baker. – Ohyda!

– Nic na to nie poradzimy. Wszędzie wlezą te małe diabelstwa. Ale to najmniejsze z naszych zmartwień. Za kilka dni ten pański uprany i wyprasowany mundurek będzie się roił od wszy. Będzie się pan czuł, jakby zjadały pana żywcem. Gdzie ten cholerny dzbanek? Ach, tutaj.

Człowieczek zakrzątnął się wokół przenośnej kuchenki gazowej. W świetle lampy Baker dostrzegł, że jego towarzysz ma zadziwiająco niebieskie oczy.

Baker podszedł do mniejszego ze stolików przy ścianie. Stała na nim miska, a nad nią zawieszono na gwoździu kwadratowe lustro. Spojrzał w nie, ale jakoś nie mógł skupić wzroku na własnym odbiciu. Albo miał coś z oczami, albo wcale go tam nie było. Podszedł do drugiego stolika na środku pomieszczenia i usiadł.

– Te całe zarodniki – powiedział. – Czym dokładnie są? I skąd się biorą?

– Ich pełna nazwa to bomby zarodnikowe. Szwaby hodują olbrzymie grzyby, a dokładniej zmodyfikowaną eugenicznie odmianę grzyba znanego szerzej jako Anioł Zniszczenia albo Amanita bisporigera, jeśli preferuje pan poruszanie się w terminologii botanicznej tak jak w entomologicznej, po łacinie. Grzyb, ma się rozumieć, jest trujący, podobnie jak zarodniki. Jeśli się ich nawdychać, powodują wymioty, skurcze, delirium, konwulsje i rozwolnienie. Zabijają w niecałe dziesięć minut.

– Broń botaniczna? Najpierw pnącza, a teraz zarodniki. Jakże okrutne i genialne zarazem!

Dziennikarz obrzucił go skonfundowanym spojrzeniem.

– Przecież wiadomo powszechnie, że Szwaby korzystają głównie z broni pochodzenia roślinnego. A okazjonalnie również z mutacji zwierzęcych.

– Doprawdy? Przepraszam. Jak już mówiłem, moja amnezja jest niemal zupełna. Wspomniał pan o jakichś „szarpakach”?

– Tak – odchrząknął tamten. – Zgadza się. Mięsożerne rośliny. To jedna z pierwszych tego typu broni, jaką wymyślili Niemcy. Początkowo wykorzystywano je jako pojazdy wojskowe w walkach w Afryce. Ale pewnego dnia zaczęły niespodziewanie mutować i pożerać kierowców – w jakiś sposób rozwinęły prymitywną inteligencję. Szybko zaczęły się mnożyć i stały się niebezpieczne dla obu stron. Jeśli zobaczy pan jakiegoś szarpaka i nie będzie akurat miał pod ręką miotacza ognia, zmykaj pan gdzie pieprz rośnie. Najczęściej można je spotkać w rejonie Wielkich Jezior, czyli tam, gdzie pana znaleźliśmy. – Mężczyzna zamilkł na moment, po czym dodał: – Nie zdawałem sobie sprawy, że tak kiepsko u pana z pamięcią. A jak się pan czuje fizycznie? Jak samopoczucie?

– Jestem mocno osłabiony, ale chyba powoli wracam do siebie. Zapalenie oka ustąpiło. Kiedy odzyskałem przytomność w szpitalu, byłem na wpół ślepy. Ta wprawiająca w zakłopotanie przypadłość męczy mnie, od kiedy wróciłem z Indii.

– O, był pan w Indiach?

– Właściwie to nie wiem. – Baker zmarszczył brwi i potarł podbródek. – Ta myśl przed chwilą wpadła mi do głowy. Tak, sądzę, że mogłem być.

– Do licha, Indie! Powinien pan był tam zostać. Wkrótce może się okazać, że to ostatni bastion cywilizacji na tej do cna zdziczałej planecie! Czy to tam wstąpił pan do armii?

– Tak sądzę.

Z oddali dobiegł ich wybuch, potem kolejny i jeszcze jeden. Ziemia zadrżała. Dziennikarz wlepił wzrok w sufit.

– Artyleria. Plujki. Walą do nas z przedmieścia Dar es Salaam.

– Nazwa wzięła się, jak mniemam, od bandar es-salaam. Przystań Pokoju. Co za ironia – wymamrotał Baker pod nosem, a głośno powiedział: – Jest coś znajomego w tutejszym klimacie i krajobrazie. Jesteśmy może gdzieś na południe od Zanzibaru? Nie ma przypadkiem w okolicy wioski o nazwie Mzizima?

– Też coś! Mzizima i Dar es Salaam to jedno i to samo, panie Baker! To doprawdy niesamowite, że zmierzch imperium brytyjskiego rozpoczął się w takiej zapadłej dziurze. I że znów tu jesteśmy.

– Co ma pan na myśli?

– Mówi się, że to tutaj zaczęła się wielka wojna. Czy nawet o tym pan zapomniał?

– Obawiam się, że tak. W Mzizimie? Jakim cudem? Sam pan powiedział, że to tylko zapadła dziura.

– A pamięta pan może, czym była przedtem?

– Utkwiła mi w pamięci jako skupisko chat, podobnych do uli.

– W rzeczy samej. Ale to skupisko chat odwiedził ponad pół wieku temu oddział niemieckich zwiadowców. Nikt nie wie, po co przyjechali ani co zaszło, ale z jakiegoś powodu doszło do walk pomiędzy nimi a Al-Manat.

– Przedislamską boginią przeznaczenia?

– Jest taka? To dopiero! Nie, mój stary, Al-Manat była przywódczynią oddziału partyzantek. Krążyły plotki, że była niegdyś obywatelką brytyjską, ale jej prawdziwa tożsamość okryta jest tajemnicą. To jedna z wielkich zagadek historii. Tak czy inaczej, walki nasilały się, zarówno Brytyjczycy, jak i Niemcy słali do Mzizimy dodatkowe oddziały, aż wioska stała się bastionem Niemieckiej Spółki Wschodnioafrykańskiej. Schutztruppe, czyli niemieckie siły ochronne, uformowały się tam jakieś czterdzieści lat temu, co doprowadziło do znacznego rozrostu wioski. Przemianowano ją na Dar es Salaam i od tego czasu kwitnie. Co nasze chłopaki zmienią w najbliższy weekend.

– Co chce pan przez to powiedzieć?

– Chcę powiedzieć, przyjacielu, że w tę sobotę HMA Pegasus i HMA Astrea zrównają wioskę z ziemią.

Rozbrzmiały kolejne eksplozje. Było je słychać coraz częściej. Wszystko drżało. Baker rozejrzał się nerwowo.

– Kolejne plujki – ocenił dziennikarz.

– Potrafi pan to stwierdzić po odgłosie?

– Tak. Toporne, bezpośrednie walnięcia. Jak wielkie kule armatnie. Te żółte w kontakcie z ziemią eksplodują trującymi szrapnelami. Wykończyły miliony naszych w Europie, ale, na szczęście, rośliny nie przyjmują się w afrykańskim klimacie.

Palce Bakera zacisnęły się na krawędzi blatu. Jego kompan to dostrzegł i pospieszył go uspokoić:

– Nic nam nie będzie. Całe wieki upłyną, nim znajdziemy się w ich zasięgu. Plus, oczywiście, my jesteśmy cywilami, więc, w odróżnieniu od żołnierzy, wolno nam się tu kryć. Jesteśmy bezpieczni, dopóki któryś z tych wielkich, żółtych sukinsynów nie spadnie nam prosto na głowy, a szanse na to są mizerne.

Postawił dzbanek na palniku i siedzieli chwilę w ciszy, wsłuchując się w odgłosy walk. Tymczasem zagotowała się woda, a korespondent wsypał do rondla czubatą łyżkę liści herbacianych.

– Ograniczamy racje – mruknął.

Uwagi Bakera nie uszedł fakt, że człowieczek mierzył go bacznym spojrzeniem. Poczuł irracjonalną chęć, by umknąć z zasięgu światła, ale w tak niewielkim pomieszczeniu byłoby to trudne. Odwzajemniał spojrzenie, bezradny, aż na jego oczach twarz rozmówcy przybrała kolejno wyraz ciekawości, konsternacji, zrozumienia, niedowierzania i w końcu zdziwienia.

Człowieczek zachowywał ciszę, aż zaparzyła się herbata, potem wypełnił nią dwa cynowe kubki, dodał mleka i cukru, podał jeden Bakerowi, po czym usiadł, zdmuchnął parę i podnosząc głos tak, by był słyszalny przez jazgot plujek, spytał:

– Powiedz mi, mój stary, kiedyś się ostatnio golił?

Baker westchnął.

– Marzy mi się cygaro – mruknął, sięgając do kieszeni i wyjmując czerwony kwiat maku. Gapił się na niego rozkojarzonym wzrokiem. – Co proszę?

– Pytałem o pańskie ostatnie spotkanie z brzytwą.

– Nie pamiętam, może trzy dni temu? Czemu pan pyta?

– Ponieważ, drogi kolego, ten zarost całkowicie rujnuje pańskie przebranie. Broda czy wąsy sprawiają, że pańskie rysy od razu łatwiej rozpoznać. Są dokładnie tak mocne, jak je opisano w raporcie, tak samo bezwzględne i władcze. Niech mnie kule, to posępne wejrzenie! Ta kwadratowa szczęka! Te dzikie szramy na policzkach!

– O czym pan bredzi, u diaska? – warknął Baker.

– Mówię o czymś zupełnie nieprawdopodobnym i całkowicie niewiarygodnym – a zarazem najzupełniej oczywistym i najcałkowiciej niezaprzeczalnym! – wyszczerzył się dziennikarz. Musiał teraz niemal krzyczeć, gdyż bombardowanie przepełniło pomieszczenie hukiem. – No, niechże się pan przyzna! Niech nie waży się pan zaprzeczać! Nie jestem głupcem. Nie ma takiej możliwości, aby był pan kimś innym, choć przecież fakt, iż jest pan tym, kim jest, nie ma najmniejszego sensu.

Baker przewiercał go spojrzeniem na wylot.

– Nic pan nie powie? – krzyknął korespondent. – Zaręczam panu, że zwykle mam otwarty umysł i co jak co, ale potrafię dochować tajemnicy, jeśli taki jest warunek wyznania przez pana prawdy. Mój redaktor i tak nigdy by mi nie uwierzył.

Bunkrem wstrząsnęła niedaleka detonacja. Herbata przelała się za krawędzie kubków. Baker otworzył usta, zmitygował się i powiedział na cały głos:

– Pojęcia nie mam, o czym pan mówisz!

– Więc pozwoli pan, że wyjaśnię. Frank Baker ponad wszelką wątpliwość nie jest pańskim prawdziwym nazwiskiem.

– Doprawdy?

– Ha-ha! A więc przyznaje pan, że niekoniecznie jest tym, za kogo się podaje?

– To nazwisko przyszło mi do głowy, kiedy spytano mnie o personalia, ale nie jestem wcale pewien, czy jest ono prawdziwe.

Baker wzdrygnął się, gdy bunkrem targnęła kolejna eksplozja.

– W porządku! – wrzasnął korespondent. – Cóż więc, poznajmy się w końcu. Przedstawiono mnie panu jako pana Wellsa. Dajmy temu panu spokój. Zbyteczne uprzejmości. Jestem Herbert. Herbert George. Korespondent wojenny dla Tabora Times. Proszę mówić mi Bertie, jak wszyscy. Niech mi pan wierzy, jestem co najmniej w równym stopniu zdumiony, jak i szczęśliwy, że jest mi dane poznać pana. – Wyciągnął rękę, którą rozmówca należycie uścisnął i potrząsnął. – Doprawdy, proszę nie przejmować się tym zgiełkiem na zewnątrz, jesteśmy tu o wiele bezpieczniejsi, niż się wydaje. Szwabscy artylerzyści celują raczej w kanały zaopatrzeniowe niż w samą linię frontu. Więcej ugrają, pozbawiając nas zapasów, niż rozwalając kilku askarysów.

Baker skinął uprzejmie głową. Jego usta poruszały się przez chwilę bezgłośnie. Wciąż gapił się na kwiat na swojej dłoni. W końcu odkaszlnął i zapytał:

– Mówisz, znasz mnie? Moje prawdziwe imię?

– Jasne, że cię znam – odrzekł Wells. – Czytałem biografie. Widziałem zdjęcia. Wiem o tobie wszystko. Jesteś sir Richard Francis Burton, słynny odkrywca i uczony. Nie mogę się mylić. – Upił łyk herbaty. – Choć to przecież nonsens.

– Dlaczego nonsens?

– Ponieważ, drogi przyjacielu, zdajesz się być w sile wieku, choć mamy rok tysiąc dziewięćset czternasty, ja zaś wiem, że zmarłeś w podeszłym wieku w roku tysiąc osiemset dziewięćdziesiątym!

Baker – a właściwie Burton – pokiwał głową.

– Nie mogę więc być tym, za kogo mnie bierzesz – odrzekł. – Ani nie jestem stary, ani martwy.

I z tymi słowami, wśród nieopisanego zgiełku i łoskotu, świat się skończył.

Dla Thomasa Bendyshe’a świat skończył się w tysiąc osiemset sześćdziesiątym trzecim, dokładnie w Nowy Rok. W momencie śmierci miał na sobie kostium Ponurego Żniwiarza. Ostatnie słowa tego zadeklarowanego i zagorzałego ateisty brzmiały: „O Boże! Chryste Panie, Józefie Święty, na pomoc!”.

Jego koledzy z Klubu Kanibali tłumaczyli ten nietypowy dla niego wybuch faktem, iż zatrucie strychniną to wyjątkowo bolesna śmierć.

Spotkali się we Fryston, znajdującej się w Yorkshire posiadłości Richarda Moncktona Milnesa, aby świętować wspólnie Nowy Rok oraz bawić się na wytwornej kostiumowej imprezie pożegnalnej. Imprezy nie wyprawiono, rzecz jasna, na cześć Bendyshe’a, gdyż jego nagłego zgonu nikt nie mógł przewidzieć, ale na cześć sir Richarda Francisa Burtona i jego ekspedycji naukowej mającej wkrótce wyruszyć do Afryki.

Posiadłość Fryston nie posiadała sali balowej, ale za jej dzielonymi kamiennymi słupkami oknami znajdowała się niejedna przestronna, wyłożona dębowymi panelami komnata, którą ogrzewały kominki wyposażone w zapiecki. Właśnie w tych komnatach bawili się poprzebierani goście, a wśród nich prerafaeliccy artyści, ważni technicy, pisarze, poeci i aktorzy, jak również politycy, urzędnicy ze Scotland Yardu i członkowie Królewskiego Towarzystwa Geograficznego. Swoją obecnością przyjęcie zaszczycili wysocy oficerowie z HMA Orpheus, a płeć piękną reprezentowały panna Isabella Mayson, siostra Sadhvi Raghavendra, pani Iris Angell oraz sławna eugeniczka – a od niedawna genetyczka – siostra Florence Nightingale, która była gwarancją, iż przyjęcie odbije się echem w życiu towarzyskim londyńskiej śmietanki. Monckton Milnes wychodził z założenia, że nie warto wyprawiać takich, które się nie odbiją.

Okutany w czarny płaszcz i skrywający twarz za trupią maską Bendyshe spędzał ostatnie minuty swego żywota w palarni, płatając figla greckiemu bogu Apollinowi. Drobny i rudy olimpijczyk, a właściwie poeta Algernon Charles Swinburne, odziany w togę, ze spoczywającym na skroniach laurowym wieńcem i strzałą Erosa o złotym grocie zatkniętą za pasem, stał nieopodal wykuszowego okna i gawędził z królem perskim Szachrijarem, Oliverem Cromwellem, arlekinem i bliżej nieznanym kawalerzystą. W tej samej części komnaty znajdowali się również sir Richard Francis Burton, sekretarz wojny sir George Cornewall Lewis, gospodarz Monckton Milnes i kapitan Orpheusa, technik Nathaniel Lawless.

Swinburne dopiero co poczęstował się pełnym kieliszkiem brandy, który porwał z tacy przechodzącego mimo kelnera, jak cały personel przebranego za weneckiego Medico della Peste z ptasią maską o długim dziobie. Poeta upił łyk alkoholu, odstawił koniakówkę na najbliższy stolik i zwrócił się do kapitana Lawlessa:

– Ale czy nie jest to zbyt liczna załoga? Dotąd zdawało mi się, że statkowi rotorowemu wystarczy siedmiu czy ośmiu załogantów, a nie... ilu?

– Liczyłem osobiście – odparł kapitan. – Dwudziestu siedmiu, a załoga wciąż jest niepełna.

– Na mój kapelusz! Jakim cudem każdy ma co robić?

Lawless roześmiał się, błysnął okiem i zębami bielszymi nawet od swojej śnieżnobiałej, przyciętej krótko brody.

– Zdaje mi się, że nie jest pan świadom rozmiarów Orpheusa – rzekł. – To największa z maszyn latających pana Brunela. Istny tytan. Zaniemówi pan, gdy go pan jutro zobaczy.

Do grupy dołączył technik Daniel Gooch. Jak zwykle miał na sobie uprząż, do której przytwierdzone były dwa dodatkowe mechaniczne ramiona. Swinburne podzielił się już swoim spostrzeżeniem, że inżynier powinien był przebrać się za wielkiego owada. Gooch jednak pojawił się na przyjęciu w kostiumie rosyjskiego kozaka.

– Jest doprawdy wspaniały, panie Swinburne. I luksusowy. Orpheus to również statek pasażerski. Udźwignie członków ekspedycji, zapasy i obydwa pojazdy, a jeszcze zostanie sporo miejsca.

Bendyshe, który stał zaraz za poetą, odwrócony do niego plecami, i rozmawiał z Charlesem Bradlaugh, wykapanym Dickiem Turpinem, chwycił potajemnie koniakówkę Swinburne’a, wypił duszkiem, odstawił na stolik i mrugnął do Bradlaugh przez prawy oczodół maski.

– Czy wszystkie funkcje w załodze są obsadzone, kapitanie? – spytał Burton. – Słyszałem, że napotkał pan pewne problemy.

Lawless potwierdził skinieniem.

– Dwaj młodzi czyściciele rur, których polecił nam Związek Kominiarzy, okazali się zbyt młodzi i zbyt niezdyscyplinowani, by wykonywać powierzone im zadania. Wygłupiali się w rurach wentylacyjnych, poważnie je uszkadzając. Niezwłocznie zwolniłem obydwu. – Tu zwrócił się do Goocha, który pełnił na rotostatku funkcję pierwszego mechanika: – Rozumiem, że nowi czyściciele dołączą do załogi w Battersea?

– Tak jest, sir, będą również mieli ze sobą nową rurę, której zakup i montaż sfinansował związek. – Jedna z mechanicznych rąk sięgnęła do kieszeni kurtki i wyjęła notes. Gooch przewrócił kilka stron i dokończył: – Nazywają się William Cornish i Tobias Threadneedle.

– Szkraby?

– Cornish owszem, sir. Pan Threadneedle jest od niego o wiele starszy, ale spodziewam się, iż dziecięcej postury, jak większość jego kolegów po fachu.

Gooch nie zdołał się powstrzymać i przeniósł wzrok na Swinburne’a, który w odpowiedzi pokazał mu język.

– Ani chybi mistrz kominiarski – rzekł Burton. – Sądzę, że Żuk podejmuje próby wcielenia ich bractwa do związku. – Zrobił pauzę, po czym podjął: – Gdzie ja słyszałem już wcześniej nazwisko William Cornish?

– Ode mnie – odparł Swinburne swoim wysokim, piskliwym głosem. – Znam go. Porządny z niego nicpoń, choć zanadto lubuje się w zastawianiu wieczorami pułapek na cmentarzach w nadziei złapania złodzieja trupów czy dwóch! – Sięgnął po swoją szklankę, podniósł do ust, zdumiał się na widok, że jest pusta, i zgromił ją wzrokiem. – Niech to! – mruknął i skinął na kelnera.

– Złodzieje trupów? Żuki? Rury? Wielkie nieba, o czym my rozmawiamy?! – wykrzyknął Cornewall Lewis.

– Żuk to dosyć tajemnicza postać, prezes Związku Kominiarzy. Zaledwie chłopak, ale bardzo inteligentny i oczytany. Mieszka w kominie fabrycznym.

– Nie może być!

Swinburne otrzymał od kelnera kolejną szklaneczkę. Upił łyk i postawił ją na stole.

– Nigdy nie poznałem tego całego Żuka – rzekł. – Ale pracowałem z Willym Cornishem dla mistrza nazwiskiem Vincent Sneed, kiedy Richard prowadził dochodzenie w sprawie Skaczącego Jacka. Ze Sneeda jest prostak wredny i kulfoniasty; miałem pecha natknąć się na niego również podczas zamieszek zeszłego lata. Spuściłem świniopasowi łomot co się zowie.

– Spadłeś mu na głowę – poprawił go Burton.

Bendyshe niepostrzeżenie po raz kolejny chwycił szklankę poety, wypił niemal całą zawartość jednym haustem i odstawił szybko z powrotem.

– Pewien jesteś, że to dobry pomysł, stary? – wyszeptał mu do ucha Bradlaugh. – Jeśli nie będziesz uważał, nawalisz się jak omnibus.

– Bzzzdura – wybełkotał Bendyshe. – Jestem szeźwy jak szwinia.

– Czym dokładnie zajmują się czyściciele rur? – spytał Monckton Milnes Lawlessa.

– Zwykle pracują na lądowisku – odrzekł aeronauta. – Odpowiadają za konserwację i utrzymanie w czystości wylotów pary i dymu. Jednakże większe jednostki, które wznoszą się podczas lotu na większą wysokość, są dodatkowo wyposażone w skomplikowany wewnętrzny układ rur, którymi krąży po statku ciepłe powietrze, pozwalając na utrzymanie we wszystkich kabinach odpowiedniej temperatury. Owe rury mają dostatecznie dużą średnicę, by przeczołgał się przez nie chłopiec. To właśnie należy do ich zadań – oczyszczanie rur z brudu i wilgoci.

– Wygląda mi to na iście katorżniczą robotę!

– W rzeczy samej. Ale nie aż tak, jak czyszczenie kominów. – Lawless zwrócił się do Swinburne’a: – Jak z pewnością wiesz z własnego doświadczenia, życie kominiarza do lekkich nie należy. Ci, którzy pracują w rurach wentylacyjnych, mogą mówić o szczęściu.

– Nie sądzę, by taki awans można było uznać za „szczęście” – wtrącił się Burton. – Ci chłopcy noszą rany na ciele i umyśle, rezultat długich lat życia w nędzy i wszechobecnej przemocy. Żuk robi, co może, by chronić swoich chłopaków, ale nie jest w stanie zmienić hierarchii społecznej. Aby polepszyć jakość życia kominiarzy, nie wolno nam ustawać we wprowadzaniu fundamentalnych zmian w dysponowaniu bogactwem. Musimy wydźwignąć masy z lotnych piasków biedy, które są fundamentem imperium.

Spojrzał na Cornewalla Lewisa, który wzruszył ramionami i powiedział:

– Jestem sekretarzem wojny, sir Richardzie. Moją powinnością jest bronić imperium, a nie prostować jego ścieżki.

– Bronić czy może poszerzać, wraz z jego niegodziwościami, sir?

Monckton Milnes odkaszlnął w pięść.

– Uspokój się, Richardzie. To nie czas i nie miejsce na takie rozmowy, chyba się zgodzisz?

Burton zagryzł wargę i potwierdził skinieniem.

– Raczy pan wybaczyć tę nieuprzejmość, sir. Od czasów afery z pretendentem jestem bardzo czuły na tego typu tematy.

Cornewall Lewis otworzył usta, by przemówić, ale przerwał mu nagły pisk Swinburne’a:

– Co jest, u diabła? Czy ten świat oszalał? Czy ja naprawdę tak szybko żłopię tę brandy? Przysięgam, że ledwie zwilżyłem usta!

– Algy – upomniał asystenta Burton – pamiętaj, proszę, że jesteś Apollinem, nie Dionizosem. Spróbuj spowolnić nieco proces intoksykacji.

– Spowolnić? Jeszcze spowolnić? O czym ty gadasz, Richard? Nikt nie intoksykuje się wolniej ode mnie!

Poeta wwiercał się wzrokiem w pustą koniakówkę z wyrazem bezbrzeżnego zdumienia na twarzy, po czym znów przywołał kelnera. Za jego plecami Bendyshe i Bradlaugh tłumili chichot jak mogli.

– Tak czy owak – podjął Gooch – kiedy czyściciele trafią na statek, załoga będzie w komplecie. – Wyjął z notesu pojedynczą kartkę. – Mam tutaj pełną listę załogantów, sir.

Lawless wziął od niego kartkę, przeczytał i skinął głową z aprobatą.

– Pozwoli pan, kapitanie? – spytał Burton.

– Oczywiście.

Agent królewski wziął listę do ręki i przestudiował ją:

Oficer dowodzący: kapitan Nathaniel Lawless

Pierwszy oficer: William Samuel Henson

Drugi oficer: Wordsworth Pryce

Sternik: Francis H. Wenham

Asystent sternika: Walter D’Aubigny

Nawigator: Cedric Playfair

Meteorolog: Arthur Bingham

Pierwszy mechanik: Daniel Gooch

Mechanik: Harold Bloodmann

Mechanik: Charles Henderson

Mechanik: Cyril Goodenough

Mechanik: James Bolling

Pierwszy takielarz: Gordon Champion

Takielarz: Alexander Priestley

Takielarz: Winford Doe

Palacz kotłowy: Walter Gerrard

Palacz kotłowy: Peter Etheridge

Trymer: Thomas Beadle

Trymer: Gwyn Reece-Jones

Czyściciel rur: Ronald Welbergen William Cornish

Czyściciel rur: Michael Drake Tobias Threadneedle

Ochmistrz/chirurg: doktor Barnaby Quaint

Pomocnik ochmistrza/chirurg: siostra Sadhvi Raghavendra

Kwatermistrz: Frederick Butler

Pomocnik kwatermistrza: Isabella Mayson

Chłopiec okrętowy: Oscar Wilde

– Tuszę, że Śmieszek okazał się godny mojego polecenia? – spytał Burton kapitana.

– Śmieszek?

– Młody pan Wilde.

– Ach. Adekwatne przezwisko. To bardzo bystry młody człowiek. Ileż on może mieć lat? Jakieś dwanaście?

– Parę miesięcy temu obchodził dziewiąte urodziny.

– Boże święty! Taki młody? Czy nie sierota przypadkiem?

– Tak. Stracił całą rodzinę podczas wielkiego głodu w Irlandii. Ukrył się na pokładzie statku do Liverpoolu, dotarł jakoś do Londynu i od tamtego czasu pracuje jako gazeciarz.

– Cóż, doprawdy, podziwiam jego zaradność. Dowodzenie rotostatkiem wiąże się z całą masą uciążliwej papierkowej roboty, a ten młodzieniec z mig się w niej zorientował i pilnuje dokumentów lepiej, niż mogłem żywić nadzieję. Co więcej, przekonałem się, że ilekroć wołam „do roboty”, robota jest już wykonana. Nie zdziwiłbym się, gdyby młody pan Oscar sam dowodził kiedyś statkiem. – Lawless przesunął palcami po brodzie. – Sir Richardzie, a co z tymi młodymi damami? Kobiety na pokładzie nie są zjawiskiem bez precedensu, ale czy jest pan pewien, że warto zabierać siostrę w taką wyprawę? Afryka i mężczyźnie potrafi dać mocno w kość, czyż nie? A ci piekielni kanibale? Czy ta młoda dama zniesie podobne okropieństwa?

– To rzeczywiście okrutne miejsce, o czym przekonałem się na własnej skórze – odparł Burton. – Aczkolwiek siostra Raghavendra pochodzi z Indii i posiada naturalną odporność na wiele chorób, które czają się na Europejczyka w Afryce. Warto również podkreślić, że jest nadzwyczaj zdolną lekarką. Żałuję, że nie towarzyszyła mi na poprzednich wyprawach. Zapewniam pana, że będziemy mieć na nią oko w trakcie podróży do Kazeh, gdzie pozostawimy ją pod opieką naszych arabskich gospodarzy i skąd reszta z nas wyruszy w Góry Księżycowe.

– A kanibale?

– Te kilka plemion, które faktycznie żywi się ludzkim mięsem – rzekł Burton, a kąciki jego ust drgnęły leciutko – robi to jedynie w ramach rytuału, aby tym dobitniej pokazać, że pokonało przeciwnika. Nie jest to tak powszechne zjawisko, jak twierdzą autorzy powieści przygodowych. Aby zjeść ludzkie udo czy żeberka, musiałby pan pojechać na drugi koniec świata, na Koluwai, niewielką wyspę na południowy wschód od wybrzeży Papui-Nowej Gwinei. Tam bardzo się ucieszą na wieść, że na kolację wpadnie Europejczyk – i to nie w charakterze gościa. Podobno smakujemy jak wieprzowina.

– Rety! Jeśli chodzi o mnie, to wolę wołowinę! – odrzekł Lawless.

– Zostawi pan ją u Arabów? – zapytał Cornewall Lewis. – Czy umieją traktować damy z należną galanterią?

– Sir – cmoknął niecierpliwie Burton – jeśli daje pan posłuch kłamstwom szerzonym przez nasz rząd, to pańska sprawa, ale pomimo kalumnii, które wylewa się na Arabów w parlamencie, mnie nigdy nie dali się poznać z innej strony niż ta najlepsza. To lud niesłychanie życzliwy, uprzejmy i honorowy.

– Chciałem jedynie wyrazić obawę, sir Richardzie, że pozostawienie obywatelki imperium w rękach niechrześcijan może być posunięciem nieco ryzykownym.

– Chrześcijan? Czy mam rozumieć, że nie daje pan wiary odkryciom Darwina i wierzy, że pański Bóg przedkłada jedne rasy nad inne?

– Używam tego słowa jedynie z nawyku, jako synonimu słowa „cywilizowany” – zaprotestował Lewis.

– Zatem twierdzi pan, że Arabowie nie są narodem cywilizowanym, choć to oni stworzyli nowoczesną matematykę, wymyślili narzędzia chirurgiczne, mydło i perfumy, wiatrak, wał korbowy i wiele innych urządzeń; choć to oni odkryli, że Ziemia jest kulą, która krąży wokół Słońca, i to pięćset lat przed Galileuszem, którego torturował pański Kościół, bo ośmielił się głosić tę samą prawdę?

Sekretarz wojny wydął niepewnie wargi.

– A właśnie, Richardzie – powiedział Monckton Milnes. – Znalazłem manuskrypt, o którym rozmawialiśmy – ten perski traktat.

– Co takiego?

– To tłumaczenie, którego szukałeś. – Podszedł do Burtona i wziął go pod ramię. – Jest w bibliotece. Chodź, pokażę ci. Panowie wybaczą, to zajmie tylko chwilę.

Zanim Burton zdołał zaoponować, Milnes odłączył się z nim od grupy i lawirując między gośćmi, podszedł do drzwi.

– Jakiż, u licha, perski traktat?

– Zmyślony co prawda, ale niezbędny, by wytrącić cię z bitewnego szału – syknął Monckton Milnes. – Co w ciebie wstąpiło? Czemu warczysz jak wściekły pies na Cornewalla Lewisa?

Wyszli z pomieszczenia, przemierzyli salon, mijając niewielkie zgromadzenie w holu wejściowym, skręcili w korytarz, gdzie zatrzymali się przed rzeźbionymi dębowymi drzwiami. Monckton Milnes wyjął klucz z kieszeni kostiumu, przekręcił go w zamku i kiedy już weszli do pokoju, zamknął drzwi z powrotem.

Znajdowali się w jego słynnej i cieszącej się złą sławą bibliotece.

Milnes wskazał wielkie, wyściełane fotele przy kominku.

– Siadaj – rozkazał, a Burton usłuchał.

Gospodarz wyjął z barku butelkę i dwie lampki, po czym napełnił je alkoholem i podał jedną Burtonowi.

– Touriga Nacional, rocznik tysiąc osiemset dwudziesty drugi, jedno z najlepszych porto, jakie kiedykolwiek wyprodukowano – mruknął. – Kosztowało mnie cholerny majątek. Nie żłop, delektuj się.

Burton przysunął lampkę do nosa, rozkoszując się aromatem wina. Pociągnął łyk, cmoknął, po czym odchylił się w fotelu i utkwił wzrok w gospodarzu.

– Moje najszczersze przeprosiny, drogi przyjacielu.

– Daruj sobie. Nie chcę ich. Chcę wyjaśnień. Na Boga, Richardzie, widziałem cię złego, widziałem pokonanego, widziałem przepełnionego entuzjazmem i widziałem nachlanego jak szpadel, ale jeszcze nigdy roztrzęsionego. Co się dzieje?

Burton spuścił nos na kwintę i milczał jakiś czas. Potem podniósł wzrok na przyjaciela.

– Robią ze mnie marionetkę.

– Kto? Jak?

– Ci pieprzeni politycy, którzy wysyłają mnie do Afryki.

Na twarzy Moncktona Milnesa odmalowało się zdziwienie.

– Ale przecież marzyłeś o powrocie do Afryki!

– Ale nie w takich okolicznościach.

– Jakich znowu okolicznościach? Popraw mnie, jeśli się mylę, ale czy przypadkiem nie podsunięto ci pod sam nos okazji, która trafia się tylko raz w życiu? Całe Królewskie Towarzystwo Geograficzne jak jeden mąż sprzeciwiało się tej wyprawie, odpuścili dopiero, gdy wstawił się za tobą nie kto inny, a premier Palmerston we własnej osobie. Przed tobą runda druga z Nilem! Żadnej innej ekspedycji nie poparto z tak wysokich szczebli i na żadną nie wyłożono takich funduszy, nawet na wyprawę Henry’ego Stanleya! No więc skąd te dąsy i ponure spojrzenie? Wyjaśnij mi!

Burton odwrócił wzrok i rozejrzał się po zastawionych książkami regałach oraz erotycznych statuetkach wijących się zmysłowo na cokołach w niszach. Poprawił ubiór, strzepnął kłaczki z rękawa, wziął kolejny łyk wina i raz jeszcze spojrzał na Moncktona Milnesa.

– Masz rację, mówiąc, że od dawna chciałem wrócić do Afryki, aby skończyć, co zacząłem w pięćdziesiątym siódmym – rzekł. – To jest odnaleźć w końcu źródło rzeki Nil. Ale zamiast tego wysyła się mnie, bym odnalazł i sprowadził do kraju broń!

– Jaką broń?

– Czarny diament. Oko Naga.

– Co to takiego? Diament, który jest bronią? Nie pojmuję.

Burton raptem pochylił się i chwycił przyjaciela za nadgarstek. Jego ciemne oczy zapłonęły żywym ogniem.

– Znamy się od bardzo dawna – powiedział chrapliwie. – Dochowasz tajemnicy, prawda?

– Oczywiście, że tak. Masz moje słowo.

Burton odchylił się na fotelu.

– Pamiętasz tę chiromantkę, którą mi kiedyś poleciłeś? Hrabinę Sabinę?

Milnes potwierdził mruknięciem.

– Od kilku tygodni pracuje dla Palmerstona w charakterze wieszczki. Posiada nadzwyczajne zdolności. Potrafi z niebywałą dokładnością zaglądać w przyszłość – ale nie naszą przyszłość.

Gospodarz zmarszczył się, upił nieco wina, odstawił lampkę i przejechał dłonią po policzku, rozmazując niechcący czerwony romb makijażu arlekina wokół lewego oka.

– A więc czyją?

– Nie, nie zrozumiałeś mnie. Chodzi mi o przyszłość, której nie doświadczymy ani my, ani nikt inny na tym świecie.

– To jest jakaś inna przyszłość? – spytał skołowany Monckton Milnes.

– Ten świat i ten czas, w którym żyjemy, nie są takie, jakie być powinny – powiedział cicho Burton, patrząc mu prosto w oczy.

– Nie takie... Mówisz zagadkami, Richardzie!

– Przypominasz sobie histerię, jaką wzbudziło jakiś rok temu pojawienie się Skaczącego Jacka?

– Tak, pamiętam.

– To nie była kaczka dziennikarska. On istniał naprawdę.

– Jakiś kawalarz?

– W żadnym wypadku. To był człowiek z przyszłości. Cofnął się w czasie z roku dwa tysiące dwieście drugiego do tysiąc osiemset czterdziestego, żeby przeszkodzić swojemu praszczurowi, z którym dzielił nazwisko Edwarda Oxforda, w zastrzeleniu królowej Wiktorii. Jego misja skończyła się sromotną klęską. To, co miało być jedynie nieudaną próbą zamachu, powiodło się, bo on się wmieszał. To wydarzenie zmieniło bieg historii, a co więcej, wymazało jego istnienie z przyszłości.

Monckton Milnes siedział nieruchomo z szeroko rozwartymi oczami.

– Podczas próby ucieczki z miejsca zdarzenia – kontynuował Burton – osobliwy kostium Oxforda, zawierający maszynerię, za pomocą której przemieszczał się w czasie, został uszkodzony przez pewnego młodego konstabla, którego obaj dobrze znamy. Właściwie to zaprosiłeś go na dzisiejsze przyjęcie.

– K... – zająknął się Milnes – kto?

– William Trounce. Miał wtedy zaledwie osiemnaście lat. Wskutek podjętych przez niego kroków Oxford wylądował w roku tysiąc osiemset trzydziestym siódmym, gdzie wziął go pod swoje skrzydła Henry de La Poer Beresford.

– Szalony Markiz?

– Ten sam. Będąc na jego garnuszku, Oxford wygadał kilka faktów o kształcie i naturze przyszłości. Doprowadziło to w sposób bezpośredni do powstania frakcji techników i libertynów oraz ich odgałęzień. To sprawiło, że poszliśmy drogą wiodącą w zupełnie przeciwną stronę niż ta, którą mieliśmy podążyć z początku. Historia uległa dramatycznym zmianom, podobnie jak ludzie, którzy zmagają się teraz z innymi przeciwnościami losu i stają przed innymi wyborami, niż miałoby to miejsce w przypadku, gdyby historia toczyła się własnym torem.

– Czy... czy ty nie snujesz przypadkiem jednej z tych swoich baśni z tysiąca i jednej nocy? – Milnes pokręcił ze zdumieniem głową. – Przecież to chyba nie może być prawda?

– A jednak to prawda, najszczersza.

– No więc dobrze. Postaram się zawiesić swoje niedowierzanie i wysłuchać cię do końca. Mów dalej, proszę.

– Oxford utknął w czasie, który był dla niego odległą przeszłością, zaczął więc odchodzić od zmysłów. On i markiz, sam będący niemal szaleńcem, obmyślili plan, który pozwoliłby Oxfordowi ocalić jego egzystencję w przyszłości poprzez odtworzenie linii rodowej. Plan zakładał krótkie wypady w przyszłość w celu zlokalizowania jednego z przodków Oxforda, czego udało mu się dokonać, mimo że mechanizmy kombinezonu zaczęły się szybko psuć. Podczas jednego z tych wypadów trafił do roku tysiąc osiemset sześćdziesiątego pierwszego. Beresford zdołał do tego czasu zawiązać sojusz z Charlesem Darwinem i Francisem Galtonem. Chcieli oni schwytać Oxforda, ukraść mu kombinezon i utworzyć za jego pomocą oddzielne biegi historii, formując każdy podług własnych celów i manipulując nami wszystkimi. Musiałem zabić i ich, i Oxforda, aby uniemożliwić im realizację tych szaleńczych zamiarów.

Monckton Milnes wwiercał się w Burtona zaszokowanym wzrokiem. Jego usta poruszały się bezgłośnie, po czym zdołał wybełkotać:

– To... To czysta fantastyka, Richardzie. Każdy wie, że Darwin zginął z rąk religijnych fanatyków!

– To fałszywa informacja, szerzona przez rząd. Lepiej upij nieco tego swojego bezcennego porto. Jest jeszcze mnóstwo rzeczy, o których chcę ci powiedzieć.

Milnes, niepomny udzielonej wcześniej przyjacielowi rady, opróżnił lampkę duszkiem, rzucił na nią okiem, po czym poszedł do barku i wrócił z całą butelką.

– Mów – rzekł, nalewając.

– Hrabina Sabina o wiele lepiej widzi tę drugą przyszłość, tę właściwą; być może dlatego, że żadna z podjętych przez nas decyzji nie ma na nią wpływu. Dwa biegi historii bardzo się od siebie różnią, ale jest coś, co je łączy. W obydwu nadchodzi wojna. Przerażająca wojna, która ogarnie cały świat i przyniesie śmierć całemu pokoleniu ludzi. Dlatego premier wysyła mnie do Afryki po diament.

– Wojna, mówisz? Boże. Ale czymże jest ten diament? Dlaczego jest taki istotny? I co ma wspólnego ze Skaczącym Jackiem?

– Czy słyszałeś kiedyś o Naga? – spytał Burton.

– Tak... Tak sądzę. – Milnes zmarszczył brwi. – Wydaje mi się, że natknąłem się na wzmianki o Naga w kilku traktujących o okultyzmie dziełach. Czy to nie rasa istot, które władały Ziemią przed pojawieniem się człowieka?

– Zgadza się. Ich podobizny wyryto na murach Angkor Wat. Przedstawiono je jako siedmio- lub pięciogłowe jaszczury.

– Co z nimi?

– Dawno temu, kiedy planeta wciąż była młoda, w jej atmosferze rozpadł się na trzy części aerolit, olbrzymi czarny diament. Jeden fragment spadł tam, gdzie znajduje się teraz Ameryka Południowa, drugi w Afryce, a ostatni na Dalekim Wschodzie. W miejscach upadku diamentów rasa Naga utworzyła cywilizacje. Odkryli, że diamenty posiadają pewną szczególną właściwość: można wypełnić je i podtrzymywać za ich pomocą nawet bardzo słabe pola elektryczne, takie jak produkuje chociażby ludzki mózg. Naga korzystali z diamentów, aby łączyć swoje umysły i tworzyć coś na kształt zjednoczonej inteligencji.

– Jeśli cokolwiek z tego jest prawdą, jakim cudem wszedłeś w posiadanie tej wiedzy?

– Wkrótce stanie się to oczywiste – odrzekł Burton, po czym kontynuował cichym, napiętym głosem: – Ludzka rasa wypowiedziała Naga wojnę i gady wkrótce wymarły. Diamenty zaś uznano za zaginione, aż do roku tysiąc siedemset dziewięćdziesiątego szóstego, kiedy sir Henry Tichborne odkrył południowoamerykański odłamek.

– Tichborne!

– Tak. Przywiózł diament do domu i ukrył w podziemiach swojej rezydencji. W historii, która miała mieć miejsce, kamień pozostał tam niemal do czasów Edwarda Oxforda, kiedy odkryto go podczas rozbiórki siedziby rodowej Tichborne’ów. Oxford pociął diament na malutkie kawałki i wykorzystał je w budowie swojego kombinezonu. Kiedy cofnął się w czasie, fragmenty czarnego diamentu przebywały jednocześnie w dwóch miejscach naraz: w kombinezonie i w podziemiach rezydencji. Ten paradoks wytworzył między nimi osobliwy rezonans, który objął swoim zasięgiem dwa pozostałe, nieodnalezione jeszcze odłamki aerolitu. Wszystkie zaczęły emanować głębokim melodyjnym pulsem na granicy słyszalności. Rezonans umożliwił odnalezienie w Kambodży dalekowschodniego odłamka, który roztrzaskano na siedem części podczas hekatomby Naga tysiące lat wcześniej.

– W głowie mi się kręci – bąknął Milnes.

– Nie tylko tobie – rzekł Burton. – Rezonans rozbudził także uśpioną dotychczas część ludzkich umysłów. Aktywował drzemiące u niektórych z nas zdolności jasnowidzenia. Stąd na scenie pojawiła się hrabina Sabina i pewna Rosjanka nazwiskiem Helena Blavatsky.

– Kobieta, o której mówią, że zniszczyła w zeszłym roku frakcję hulaków?

– Zgadza się. Wykradła dwa kambodżańskie kamienie i za ich pomocą zajrzała w przyszłość.

– Ale którą, naszą czy tę drugą?

– Naszą, rzecz jasna. I w tej przyszłości, w roku tysiąc dziewięćset czternastym, zaglądał w przeszłość inny rosyjski jasnowidz – Grigorij Rasputin.

– Dlaczego?

– Ponieważ przewidział, że wielka wojna, która przybierała w tym czasie na sile, doprowadzi do upadku i unicestwienia jego ukochanej Rosji. Rasputin dociekał przyczyn konfliktu i odnalazł je tutaj, w latach sześćdziesiątych dziewiętnastego wieku.

– Czy masz na myśli naszą rolę w konflikcie z Ameryką?

– Nie. W wojnie światowej staniemy przeciw Niemcom, sądzę więc, że nagły exodus eugeników do Prus, poprowadzony przez botanika Richarda Spruce’a oraz mojego byłego partnera Johna Speke’a, może być iskrą, która wznieci ogień.

– A więc ten cały Rasputin obserwował działania zdrajców. Jak to się skończyło?

– Zrobił o wiele więcej: opętał Blavatsky i wykorzystał ją, by wykradła resztę kambodżańskich kamieni i odzyskała południowoamerykański z posiadłości Tichborne’ów, zmieniając tym samym historię po raz kolejny. Za pomocą kamieni zwiększył i przekierował moc swojego umysłu, wzniecając bunt wśród klasy robotniczej. Jego zamysłem była ni mniej, ni więcej, tylko absolutna zagłada imperium brytyjskiego, aby Zjednoczone Niemcy wygrały wojnę z nami bez wsparcia Rosjan. Kiedy już cel zostałby osiągnięty, Rosjanie przypuściliby na osłabione Niemcy zmasowany atak i doprowadzili je do upadku.

– Do wszystkich diabłów!

– Blavatsky zginęła i plan się nie powiódł – ciągnął Burton. – Zabiłem Rasputina w roku tysiąc dziewięćset czternastym, na dwa lata przed udanym zamachem na niego, co oznacza, że historia po raz kolejny uległa zmianie, choć to konkretne rozwidlenie nastąpi dopiero za pięćdziesiąt jeden lat.

Monckton Milnes poruszył żuchwą. Zacisnął pięści. Wypuścił z sykiem powietrze, sięgnął po kieliszek i opróżnił go, po czym ponownie nalał sobie do pełna.

– Do pioruna! – wymamrotał. – Że też ci wierzę! Gdzie znajdują się teraz kambodżański i południowoamerykański diament?

– Południowoamerykański pękł na siedem części, kiedy pokonałem Rasputina. Są obecnie w posiadaniu Palmerstona. A kambodżańskie odłamki wprawiono w babbagowski kalkulator prawdopodobieństwa.

– Naprawdę? Po co?

– Podczas wywołanych przez Tichborne’a niepokojów towarzyszył mi pewien filozof nazwiskiem Herbert Spencer. Zginął, mając w kieszeni kamienie, w których zachował się obraz jego umysłu. Charles Babbage zaprojektował machinę, która potrafi taki obraz przetworzyć. Umieściliśmy w niej kawałki diamentu, a samą machinę w moim mechanicznym służącym. Herbert Spencer żyje więc, posiada po prostu mechaniczne ciało. W ten sposób dowiedziałem się o Naga; inteligencja jaszczurów przetrwała w kamieniach, Herbert zaś wyczuwa ją. Właściwie ja również, choć słabiej. Naga przyszli do mnie we śnie i pozostawili mnie ze słowami: „Tylko równoznaczność może doprowadzić do zniszczenia lub ostatecznego przekroczenia granic”. To właśnie te słowa doprowadziły mnie do walki i zwycięstwa nad Rasputinem.

Milnes po raz kolejny potarł twarz, znowu rozmazując makijaż arlekina.

– A więc nie odkryto jeszcze tylko jednego diamentu i to po niego Palmerston wysyła cię do Afryki?

– Dokładnie. To ostatni kamień, i w dodatku zachowany w całości, a więc potężniejszy niż pozostałe. Palmerston zamierza użyć wszystkich Oczu Naga, by za pomocą jasnowidzenia, proroctw i dokonywanych siłą woli zabójstw prowadzić sekretną wojnę z Prusami. W jego intencji leży, by Bismarck nie zjednoczył Niemiec. Czy teraz rozumiesz, dlaczego wolałbym, aby ta ekspedycja nie miała miejsca?

– Tak – wyszeptał Milnes, skinąwszy nieznacznie głową. – Nie możesz pozwolić, by taka moc trafiła w ręce Palmerstona. Na Boga, przecież on będzie w stanie kierować losami świata!

– Czyli robić dokładnie to, co robiliby Darwin, Galton i ich kompani.

– Na Jowisza, Richardzie – powiedział Milnes, utkwiwszy w przyjacielu przejęte spojrzenie. – Za nic nie chciałbym być na twoim miejscu. Co teraz zamierzasz?

– Muszę odzyskać kamień – wzruszył ramionami podróżnik. – Choćby tylko po to, by nie wpadł w ręce Prusaków. Głowę dam sobie uciąć, że mój niegdysiejszy partner szuka go również – z polecenia Bismarcka. Jeśli zaś chodzi o to, co zamierzam zrobić z nim, kiedy już go zdobędę... Nie wiem. Muszę zmierzyć się z jeszcze jednym problemem: kamieniem, którego użył w tysiąc dziewięćset czternastym roku Rasputin, aby spojrzeć w przeszłość, było właśnie afrykańskie Oko, wiem więc, że jest mi przeznaczone odnaleźć je i że kiedy już tego dokonam, trafi ono do Rosji.

Siedzieli kilka minut w ciszy.

– Czuję się, do diabła, jak pionek w partii szachów – wycedził Burton.

– Wierzę w ciebie, Richardzie. – Milnes ocknął się. – Jedź do Afryki. Rób, co zrobić musisz. Jestem pewien, że podejmiesz właściwą decyzję.

Burton westchnął i przekrzywił głowę na bok. Nagle zdał sobie sprawę z wesołego gwaru, który przepełniał Fryston. Spojrzał na swoje przebranie, na przebranie Milnesa i roześmiał się.

– Bismillah! Król Szachrijar z Baśni z tysiąca i jednej nocy rozmawia o podróżach w czasie i magicznych kamieniach z arlekinem! To jakiś kiepski żart!

– Wracaj na przyjęcie – uśmiechnął się Milnes. – Uspokój się. Postaraj dobrze bawić. Dołączę do ciebie za chwilę, chcę tylko jeszcze trochę tu posiedzieć.

Burton powstał i ruszył w kierunku drzwi, ale odwrócił się i powiedział:

– Jeśli Palmerston dowie się o tej rozmowie, skończę w Tower.

– Prędzej w Bedlam – mruknął Milnes.

– Nie. Pod Tower of London znajdują się tajemne pomieszczenia. Cele również.

– Litości! – wykrzyknął Milnes, zasłaniając się rękami przed agentem królewskim. – Błagam, dosyć! Starczy już tych rewelacji!

Burton otworzył drzwi i opuścił pokój. Przeszedł salon i skierował się do palarni.

– O, kapitanie! – rzekł na jego widok Humpty Dumpty. – Nie widział pan przypadkiem naszego czcigodnego gospodarza?

– Czy to ty, Trounce? – zwrócił się Burton do jajowatej postaci z bajki.

– Owszem, i czuję się jak ostatni błazen, ale to pomysł pani Trounce, a ja postanowiłem się nie sprzeciwiać, zważywszy, że opuszczam ją na kilka ładnych miesięcy. Cholernie to dziwne, mówię panu. Mam nieopisane trudności z dostarczeniem jedzenia i wina do ust, że tak to ujmę.

– I wyjdzie ci to na dobre. Nic by się nie stało, gdybyś zgubił kilka funtów.

– Może dość już na ten temat, jeśli pozwolisz! Wiesz doskonale, że ta oponka to plusz!

– Skoro tak twierdzisz. Za kogo przebrała się szanowna małżonka?

– Za Matulę Hubbard, nieszczególnie wymagającą postać, jeśli chodzi o kostium. Bardzo chciała poplotkować z panią Angell, ale przez przebranie nie jest w stanie jej zlokalizować mimo najlepszych chęci. Gdzież więc jest i za kogo się przebrała?

– Za nieco zbyt puszystą królową Boudikę, a zajmuje ją obecnie to, co leży w obowiązkach twojej żony.

– Co masz na myśli?

– Poszła dać psu kość.

– Że jak?

– Karmi Fidgeta w kuchni, choć moim zdaniem ratuje się ucieczką od tego wytwornego towarzystwa. Czuje się tutaj trochę nie na miejscu, ale nalegałem, by mi towarzyszyła. Po tym wszystkim, na co ją ostatnimi czasy naraziłem, należy jej się krótka wycieczka w wyższe sfery.

– Tego swojego kundla też tu przywlokłeś?

– Uczyniła go częścią swego kostiumu; zaprzęgła go do zabawkowego rydwanu wojennego i każe wszędzie ze sobą chodzić. Był tym faktem wysoce oburzony.

Przez gwar przebił się wysoki skowyt.

– Wybaczysz mi na moment? – powiedział Burton. – Wydaje mi się, że ktoś powinien ściągnąć cugle Algy’emu.

Wrócił do towarzystwa, a w tym samym momencie kelner wcisnął mu do ręki lampkę porto. Burton odstawił ją w roztargnieniu na stolik, skupiwszy uwagę na Swinburnie, który skakał w górę i w dół, machając rękami jak szaleniec.

– Nie jestem ani krztynę pijany! – burzył się zapalczywie. – Toż to kompletna katastrofa! Uodporniłem się na alkohol!

– Może organizm się przyzwyczaił? – podsunął Cornewall Lewis.

– Nonsens! Widzimy się całkiem często, przyznaję, ale wymieniamy jedynie uprzejmości!

Doktor James Hunt, członek Klubu Kanibali, który dopiero co dołączył do grupy i dosłyszał słowa Swinburne’a, ryknął gromkim śmiechem:

– Ha! Rzekłbym raczej, że łączą was o wiele bliższe stosunki, Algy! Jesteście praktycznie nierozłączni!

– Brednie i kalumnie! – zaprotestował poeta. – Banialuki, bzdury, głupstwa i pierdoły!

– Powinienem pana aresztować – szepnął ktoś Burtonowi na ucho. Podróżnik odwrócił się i stanął twarzą w twarz z sir Richardem Mayne’em, chudym jak szczapa nadkomisarzem Scotland Yardu.

– Czy może dlatego, że porywam czterech pańskich ludzi do Afryki? – spytał, unosząc brew.

– Ma się rozumieć – odrzekł Mayne, mierząc nieprzychylnym wzrokiem pieklącego się Swinburne’a. – Trounce i Honesty to moi najlepsi detektywi. Komandor Krishnamurthy dowodzi moim Dywizjonem Powietrznym, a konstabl Bhatti jest pierwszy w kolejce do awansu. Jest mi wybitnie nie na rękę, że będą wałęsać się po Czarnym Lądzie przez calutki rok. Nasuwa mi się wniosek, że działa pan w porozumieniu z londyńskim środowiskiem przestępczym. Czy się mylę, sir Richardzie? Czy zabiera mi pan funkcjonariuszy, by tutejsze zbiry przeprowadziły zamach stanu? A może planuje pan rzucić moich chłopaków na pożarcie lwom i tygrysom, a potem włamać się do Tower i zwędzić klejnoty koronne?

– Zabawne – uśmiechnął się Burton. – Dopiero co mówiłem z przyjacielem o Tower. Ale nie, panie nadkomisarzu, nie takie są moje zamiary, a poza tym w Afryce nie ma tygrysów. Czy lord Palmerston nie złożył panu stosownych wyjaśnień?

– Lord Palmerston bredził coś o sprawie bezpieczeństwa narodowego.

– Bredził nie bez racji.

– Nakazał ponadto, niepozostawiającymi wątpliwości słowy, bym udzielił panu wszelkiej niezbędnej pomocy. Co też, rzecz jasna, uczynię.

– Będę wdzięczny. Proszę tylko, by pańscy ludzie otrzymali urlopy na czas wyprawy oraz by ktoś miał oko na ich rodziny.

– O to proszę się nie martwić. – Nadkomisarz upił wina i westchnął. – Niechże pan zadba o ich bezpieczeństwo, dobrze?

– Zrobię, co w mojej mocy.

Uścisnęli sobie dłonie i Mayne oddalił się. Burton sięgnął po lampkę i odkrył, że w cudowny sposób wyparowało z niej całe wino. Wydął usta i spojrzał na asystenta, który w dalszym ciągu tupał nogą, protestując przeciwko własnej trzeźwości. Pomyślał, że Swinburne albo poszedł w cug, albo padł ofiarą jakiejś intrygi. Podróżnik zauważył słaniającego się za plecami drobnego poety Ponurego Żniwiarza i choć od razu rozpoznał Thomasa Bendyshe’a – co wszystko wyjaśniało, gdyż antropolog-ateista był najgorliwszym z ciemiężycieli Swinburne’a – na ułamek sekundy zrobiło mu się gorąco.

– Richardzie! – zaskrzeczał Swinburne. – Widziałeś mnie pijanego więcej razy niż ktokolwiek z tu obecnych. Czy jestem pijany, czy trzeźwy?

– W twoim przypadku, Algy, wyjątkowo ciężko rozróżnić – odpowiedział Burton.

Poeta jęknął rozdzierająco i wrzasnął na kelnera.

Czas płynął, przyjęcie trwało w najlepsze, agent królewski przechodził od grupki do grupki, gawędząc z jednymi, rozprawiając z innymi, żartując z niewieloma.

Kwadrans po jedenastej na salę wrócił Monckton Milnes w poprawionym makijażu i zaprowadził gości do pokoju muzycznego, gdzie Florence Nightingale wprawiła Burtona w zdumienie, demonstrując nie lada umiejętności w grze na fortepianie, akompaniując śpiewającej siostrze Raghavendrze, której głos wywarł na nim nie mniejsze wrażenie.

Obie kobiety zabawiały towarzystwo niemal do północy, kiedy to wszyscy zamilkli, wsłuchani w bicie zegara. Kiedy wybrzmiała ostatnia nuta, wzięli się pod ręce, Nightingale zaczęła grać, a siostra śpiewać:

Pójść ma w niepamięć stary druh, Wspomnienie zgasnąć w nas? Pójść ma w niepamięć stary druh I dawny czas?

Goście rozśpiewali się radośnie wraz z nadejściem refrenu:

Za dawny, bracie, czas Za dawny czas Kielichy wznieśmy jeszcze raz Za dawny czas2

– Więc pijmy, pijmy, ty i ja – brzmiał głos młodej śpiewaczki. – Za dawnych wspomnień blask!

– O Boże! – wrzasnął ktoś.

– Wypijmy wszystko aż do dna, za dawny czas.

– Chryste Panie! – rozległ się agonalny krzyk.

Burton rozejrzał się po pokoju, a goście ponownie wybuchli wartkim unisono:

Za dawny, bracie, czas Za dawny czas Kielichy wznieśmy jeszcze raz Za dawny czas

Piosenka ucichła, muzyka urwała się.

– Józefie Święty, na pomoc! – darł się ktoś.

Podróżnik wyzwolił ręce z uścisku, rozepchnął ludzi i ruszył w stronę dobiegającego od kominka zgiełku, gdzie mężczyźni klęczeli nad leżącą na plecach postacią. Był to Bendyshe. Ktoś zdjął mu maskę ze zniekształconej przerażającym grymasem twarzy, ukazując rozwarte szeroko szkliste oczy i wykrzywione odrażająco usta. Całe jego ciało trzęsło się w tak silnych konwulsjach, że musiało go trzymać czterech mężczyzn. Rzucał się i szamotał, wyginał kręgosłup w łuk, a fleki tłukły o podłogę szarpanym tremolo.

Przy Burtonie zjawił się nie wiedzieć skąd detektyw inspektor Honesty – niewysoki, żylasty mężczyzna o rzucających się w oczy dużych, podkręconych wąsach, który zwykle przylizywał uczesane z przedziałkiem włosy brylantyną i nosił schludne aż do pedantycznej przesady odzienie, acz w chwili obecnej przebrany był za jednego z trzech muszkieterów.

– Ma atak. Za dużo wypił – mruknął.

– Nie – rzekł Burton. – To nie to. – Przepychał się przez tłum, aż dotarł do Moncktona Milnesa. – Zabierz stąd ludzi – syknął.

– Jezu, oczywiście. – Milnes odwrócił się i zwrócił do gości gromkim głosem: – Panie i panowie, niestety, nasz przyjaciel bardzo źle się poczuł. Bądźcie tak dobrzy i przejdźcie do innego pomieszczenia. Dajmy biedakowi pooddychać.

Rozległy się nieskładne wyrazy współczucia i wkrótce tłum gości się przerzedził. Czyjaś ręka złapała Burtona za łokieć. Należała do doktora Jamesa Hunta.

– Chodź no – wyszeptał, ciągnąc podróżnika do okna, z dala od nadstawionych ciekawsko uszu.

– Co jest, Jim? Czy Bendyshe’owi nic nie będzie?

– Niestety, wręcz przeciwnie. – Hunt przygryzł dolną wargę. Na jego czole perlił się pot. – Wszędzie rozpoznałbym te symptomy – wysyczał. – Cholerna strychnina. Biedny drań został otruty!

Pod Burtonem ugięły się kolana, nieomal stracił równowagę.

– Co takiego?!

– Otruto go. Z premedytacją. Strychnina nie dostaje się człowiekowi do organizmu przez przypadek.

– Czy zdołasz go ocalić?

– Nie ma żadnych szans. Umrze w ciągu godziny.

– Nie! Jim, błagam, znajdź siostrę Raghavendrę i Nightingale, zrób dla niego, co tylko możesz.

Hunt ścisnął podróżnikowi ramię i wrócił do umierającego Bendyshe’a. Agent królewski dostrzegł stojącego u drzwi Trounce’a i podszedł do niego.

– Wyłaź z tego niedorzecznego przebrania. Mamy problem.

– Co się stało?

– Morderstwo się stało, Trounce. Ktoś otruł Toma Bendyshe’a.

– Wielkie nieba! Natychmiast poślę po ludzi. Cholera by wzięła tę wyściółkę! Pomóż mi, dobrze?

W przeciągu kilku minut Trounce, sir Richard Mayne i detektyw inspektor Honesty wyprowadzili resztę gości do pomieszczeń na piętrze, podczas gdy komandor Krishnamurthy i konstabl Bhatti obstawili wszystkie wyjścia, aby upewnić się, że nikt nie opuści rezydencji.

Bendyshe toczył pianę z ust i targały nim coraz ostrzejsze spazmy.

Charles Bradlaugh siedział przyjacielowi na nogach i podskakiwał w rytm skurczów. Spojrzał na Burtona, który kucał przy umierającym.

– Nie wierzę – wychrypiał, a w jego oczach wzbierały łzy. – Hunt mówi, że to trucizna. Któż chciałby otruć biednego Toma? W życiu muchy nie skrzywdził!

– Pojęcia nie mam, Charles. Co robił, nim dostał ataku?

– Śpiewał, jak wszyscy. Był raczej wstawiony – całą noc podpijał Algy’emu drinki.

– Czy strychnina mogła znaleźć się w jednej ze szklanek? – zwrócił się Burton do Hunta.

– Oczywiście – kiwnął głową lekarz. – Strychnina jest bardzo gorzka, ale jeśli ją dostatecznie rozpuszczono, mógł ją połknąć i nawet nie poczuć.

– Ledwo trzymał się na nogach, trzeba powiedzieć – wtrącił się Bradlaugh.

Siostra Nightingale przykładała Bendyshe’owi do czoła kompres. Burton wyciągnął rękę i położył dłoń na klatce piersiowej umierającego przyjaciela. Poczuł kurczące i rozkurczające się raptownie mięśnie.

– Tom – szepnął.

Odkaszlnął, wstał i skinął na Hunta, by poszedł za nim. Obaj mężczyźni opuścili pokój muzyczny i przeszli do palarni, gdzie zatrzymali się przy wykuszowym oknie.

– Trucizna znajdowała się najprawdopodobniej w jednej ze szklanek – oznajmił Burton, wskazując na opróżnione naczynia.

– Skoro tak, nie będzie trudno stwierdzić, w której – odpowiedział doktor. Podniósł jedną ze szklanek, powąchał. – Brandy – mruknął, po czym zanurzył palec wskazujący w resztkach na dnie i dotknął nim języka. – Nie w tej.

– Nie otrujesz się?

– W niewielkich ilościach strychnina jest stosowana w medycynie. Jedna kropelka mnie nie zabije.

Hunt sprawdził następne naczynie, potem kolejne, i kolejne. Przy piątym skrzywił się.

– Gorzkie. Porto maskuje smak, ale trucizna i tak się przebija.

– W tej lampce jest porto?

– Tak.

Burton sprawdził inne naczynia. W zależności od kształtu do jednych nalano brandy, do innych wina.

– Szlag by trafił – wycedził. – Wracaj do Toma. Pomówimy później.

Puścił się pędem do przestronnego przedsionka, gdzie odnalazł Richarda Moncktona Milnesa, Algernona Swinburne’a i nadkomisarza Mayne’a pogrążonych w cichej rozmowie u podnóża schodów.

– Jest pan pewien, że to próba morderstwa? – zapytał Burtona, gdy ten do nich dołączył.

– Żadna tam próba. Morderstwo. Antidotum nie ma.

– Ale dlaczego ktoś miałby zamordować Toma? – wyjęczał Swinburne.

– To pomyłka – odrzekł Burton. – To nie jego chciano zamordować, tylko mnie.

1 Royal Observer Corps (ROC) – podległa Royal Air Force (brytyjskim siłom lotniczym) organizacja obrony cywilnej, funkcjonująca w Wielkiej Brytanii w latach 1925–1995 i złożona głównie z trenowanych przez brytyjskich oficerów cywilów-ochotników (przyp. tłum.).

2 Tradycyjna brytyjska piosenka Auld Lang Syne w przekładzie Zofii Kierszys; ukazała się w Polsce w tomiku Z wierszy szkockich wydawnictwa PIW w roku 1956 r. (przyp. tłum.).