Wydawca: WAB Kategoria: Literatura faktu, reportaże, biografie Język: polski Rok wydania: 2014

Wyprawa w głąb interioru ebook

Laurens van der Post

(0)

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Wyprawa w głąb interioru - Laurens van der Post

Podróż w mroczne, nieprzeniknione serce Afryki. Klasyka literatury podróżniczej.

W imieniu brytyjskiej Korporacji Rozwoju Kolonialnego samolotem i pieszo, Van der Post miał dotrzeć w dwa miejsca, które w 1949 r. wciąż stanowiły białą plamę na mapie świata: na płaskowyż Nyika i do masywu górskiego Mlandżi. Celem misji było oszacowanie terenów pod kątem możliwości przekształcenia ich w pastwiska dla bydła. Tymczasem autor pozwala sobie na szyderczą refleksję, że żaden z antropologów, ubolewających nad katastrofalnym wpływem Europejczyków na afrykańską ludność miejscową, nie pokusił się o zbadanie relacji przeciwnej: oddziaływań wielkiej masy pierwotnych czarnoskórych na garstkę białych najeźdźców. Od tej pory czytelnik ma nieodparte wrażenie, że obcuje z odrobinę uwspółcześnioną wersją Jądra ciemności Conrada.

Opinie o ebooku Wyprawa w głąb interioru - Laurens van der Post

Fragment ebooka Wyprawa w głąb interioru - Laurens van der Post

Lau­rens van der Post

Wy­pra­wa w głąb in­te­rio­ru

przełożyła Do­ro­ta Kozińska

Przed­mo­wa © Do­ro­ta Kozińska

Tytuł ory­gi­nału: Ven­tu­re to the In­te­rior

Co­py­ri­ght © Lau­rens van der Post 1952

First pu­bli­shed in Gre­at Bri­ta­in by Chat­to & Win­dus 1986.

Co­py­ri­ght © for the Po­lish edi­tion by Gru­pa Wy­daw­ni­cza Fok­sal, MMXIV

Co­py­ri­ght © for the Po­lish trans­la­tion by Do­ro­ta Kozińska, MMXIV

Wy­da­nie I 

War­sza­wa 2014

Słowo od tłumacz­ki

Ma­rzy mi się se­ria, która zapełniłaby do­tkliwą lukę na na­szym ryn­ku wy­daw­ni­czym: cykl ar­cy­dzieł kla­sycz­nej pro­zy podróżni­czej, opi­sujących świat, ja­kie­go już nie ma, a w pew­nym sen­sie nig­dy nie było. Od­ma­lo­wujących pej­zaże i por­tre­ty ludz­kie języ­kiem, który znikł bez­pow­rot­nie, ustępując miej­sca ujed­no­li­co­nej, twar­dej mo­wie li­te­rac­kie­go re­por­tażu. Przed­sta­wiających In­ne­go w sta­rożyt­nych ka­te­go­riach geo­gra­fii mi­tycz­nej – opi­su kra­in wiecz­nej szczęśliwości, pełnych dziwów i ta­jem­nic, napędza­nych prze­możną, nie­okiełznaną wolą życia. Ta­kie książki nig­dy się nie dez­ak­tu­ali­zują: po­zo­stają zna­kiem cza­su i mi­nio­ne­go spo­so­bu myśle­nia, odsłaniając prawdę nie­ja­ko między wier­sza­mi. Taką książką jest Wy­pra­wa w głąb in­te­rio­ru.

Van der Post fałszo­wał własną bio­gra­fię i mi­sty­fi­ko­wał większość zda­rzeń przed­sta­wio­nych w swo­ich tek­stach. Afry­ka­ner z po­cho­dze­nia, wier­ny sługa Im­pe­rium Bry­tyj­skie­go z wy­bo­ru, do­rad­ca pro­mi­nent­nych po­li­tyków, przy­ja­ciel Ka­ro­la, księcia Wa­lii, i oj­ciec chrzest­ny jego syna Wil­lia­ma – był po­sta­cią co naj­mniej dwu­znaczną. Nie­wy­klu­czo­ne, że nie po­wi­nien rościć so­bie pra­wa do mia­na bo­ha­te­ra wo­jen­ne­go, bo w świe­tle re­la­cji świadków jego wspo­mnie­nia z obo­zu je­niec­kie­go na Ja­wie są nie­zbyt wia­ry­god­ne. Okrył się złą sławą nie­po­praw­ne­go ko­bie­cia­rza, być może na­wet pe­do­fi­la. Za­nie­dby­wał własne dzie­ci. Rze­ko­my zwo­len­nik ru­chu prze­ciw­ko apar­the­ido­wi, z całej du­szy nie­na­wi­dził Nel­so­na Man­de­li. Wbrew temu, co pi­sze, po­cho­dził z ro­dzi­ny o sto­sun­ko­wo nie­wiel­kich zasługach i ni­skim sta­tu­sie społecz­nym. Nie ode­brał sys­te­ma­tycz­ne­go wy­kształce­nia. Wie­le przesłanek wska­zu­je, że opo­wieść o jego przy­jaźni z Car­lem Gu­sta­vem Jun­giem też jest wy­ssa­na z pal­ca.

A mimo to pi­sze wy­bor­nie. Kie­dy w pierw­szych dwóch roz­działach Wy­pra­wy w głąb in­te­rio­ru odsłania hi­sto­rię swo­jej ro­dzi­ny, robi to jak­by roz­myślnie z przy­mrużeniem oka. Tyl­ko wyjątko­wo na­iw­ny i nie­oby­ty z kon­wencją czy­tel­nik uwie­rzy w bajkę o przod­ku, który w 1572 roku ode­grał de­cy­dującą rolę w oblężeniu Lej­dy przez Hisz­panów. Tyl­ko nie­doświad­czo­na pen­sjo­nar­ka za­chwy­ci się por­tre­tem mat­ki, „szczupłej, pięknej, pro­stej jak stru­na, pełnej wdzięku star­szej pani, której cera wygląda, jak­by za­znała wyłącznie eu­ro­pej­skie­go słońca”. Van der Post wie jed­nak, że in­a­czej nie zdołałby nam uzmysłowić, po kim odzie­dzi­czył to swo­je roz­dar­cie między Afryką a Eu­ropą. Czer­pie z za­sobów praw­dy wy­obraźni. Z kłamstw i półprawd bu­du­je niesłycha­nie prze­ko­nujący por­tret własny – wcie­la się w jun­gow­ski ar­che­typ Sta­re­go Mędrca, ob­da­rzo­ne­go dwo­jaką, w naj­lep­szym ra­zie nie­jasną na­turą. Prze­strze­ga czy­tel­nika: w tej opo­wieści okażę się szla­chet­ny, a za­ra­zem podły, będę wzbu­dzał po­dziw, ale cza­sem też strach.

Do­pie­ro w dru­giej części książki roz­po­czy­na się właściwy opis podróży w głąb afry­kańskie­go kon­ty­nen­tu: sa­mo­lo­tem i pie­szo, z misją rządową w imie­niu bry­tyj­skiej Kor­po­ra­cji Roz­wo­ju Ko­lo­nial­ne­go. Van der Post miał do­trzeć w dwa miej­sca, które w 1949 roku wciąż sta­no­wiły białą plamę na ma­pie świa­ta: na płasko­wyż Ny­ika i do ma­sy­wu górskie­go Mlandżi w ówcze­snym pro­tek­to­ra­cie Nia­sy, wchodzącym w skład bry­tyj­skiej Fe­de­ra­cji Ro­de­zji i Nia­sy (obec­nie Ma­la­wi). Ce­lem mi­sji było osza­co­wa­nie te­renów pod kątem możliwości prze­kształce­nia ich w pa­stwi­ska dla bydła. Po­dob­no do­tarł do celu. Ale nie o tym jest ta książka.

Wyraźny sy­gnał, że van der Post za­mie­ni dzien­nik podróży w jun­gowską me­ta­forę i zre­zy­gnu­je z wszel­kich po­zorów rze­tel­ności dzien­nikarskiej, otrzy­mu­je­my już w szóstym z dwu­dzie­stu czte­rech roz­działów, kie­dy au­tor po­zwa­la so­bie na szy­derczą re­fleksję, że żaden z an­tro­po­logów, ubo­le­wających nad ka­ta­stro­fal­nym wpływem Eu­ro­pej­czyków na afry­kańską lud­ność miej­scową, nie po­ku­sił się o zba­da­nie re­la­cji prze­ciw­nej: od­działywań wiel­kiej masy pier­wot­nych czar­noskórych na garstkę białych najeźdźców. Od tej pory czy­tel­nik ma nie­od­par­te wrażenie, że ob­cu­je z odro­binę uwspółcześnioną wersją Jądra ciem­ności Con­ra­da. Znaj­du­je opis wędrówki z Lon­dy­nu w mrocz­ne, nie­prze­nik­nio­ne ser­ce Afry­ki. Me­ta­forę zejścia do pie­kieł własne­go „ja”, podświa­do­mości zbio­ro­wej to­wa­rzy­szy podróży – ko­lo­nistów i czar­nych tra­ga­rzy. Doj­mujące ob­ra­zy trudów wy­pra­wy oraz tra­gicz­nej śmier­ci współto­wa­rzy­sza, który osunął się z urwi­ska i utonął w rwącej po­wo­dzi wód wez­bra­nych po pięcio­dnio­wej ule­wie w górach. Ale­go­rię Afry­ki jako kwin­te­sen­cji obcości – z całym pięknem jej kra­jo­bra­zu i za­wartą w tym pięknie groźbą. W zakończe­niu Jądra ciem­ności Mar­low kłamie, by nie znisz­czyć fałszy­we­go ob­ra­zu Kurt­za. W zakończe­niu Wy­pra­wy w głąb in­te­rio­ru kłamie van der Post, wysyłając de­peszę o treści: „Wszyst­ko zro­bio­ne, pędzę do domu”.

Język van der Po­sta jest barw­ny, pla­stycz­ny, z od­cie­niem ty­po­wo bry­tyj­skiej wzniosłości. A za­ra­zem jak naj­dal­szy od tego, co zwy­kliśmy dziś na­zy­wać po­praw­nością po­li­tyczną. Kto jed­nak nie do­strzeże czułości w sfor­mułowa­niu o Ho­ten­to­tach, którzy mie­li „skórę czarną jak no­wiut­kie ka­ble te­le­fo­nicz­ne”, kto nie da się uwieść opo­wieściom o pew­nym Mu­la­cie, „zbyt sta­rym na cnotę i grzech”, ten nig­dy nie poj­mie, że w okrut­nej rze­czy­wi­stości ko­lo­nial­nej Afry­ki Południo­wej van der Post był na­prawdę pio­nie­rem wal­ki z apar­the­idem. Tym bar­dziej wia­ry­god­nym, że łgał jak najęty.

Do­ro­ta Kozińska

Dla In­ga­ret Gif­fard – żeby osłodzić go­rycz ostat­nie­go z wie­lu roz­stań

Je­stem wi­nien po­dzięko­wa­niaFran­ces Corn­ford, Ro­ber­to­wi Chap­ma­no­wii mo­jej żonie In­ga­ret Gif­fardza po­moc w przy­go­to­wa­niu ręko­pi­sutej książki do dru­ku.

Punkt wyjścia

Ran­kiem 10 maja 1949 roku sie­działem sfru­stro­wa­ny w ter­mi­na­lu lot­ni­ska w Lon­dy­nie. Z dwu­dziestką in­nych pasażerów cze­kałem na au­to­bus, który miał nas za­wieźć na pas star­to­wy przy daw­nej osa­dzie He­ath Row. Byłem boleśnie świa­dom, że ko­le­je mego losu znów prze­stają to­czyć się zgod­nie z pla­nem. Ogar­niające mnie roz­go­ry­cze­nie, choć trud­ne do uspra­wie­dli­wie­nia, było jed­nak w pełni zro­zu­miałe. Tęskniłem za An­glią i pla­no­wałem powrót od 1940 roku, kie­dy wy­je­chałem stąd jako żołnierz, ale wszyst­ko, co do­tych­czas działo się w moim życiu, ni­jak się miało do mo­ich tęsknot i planów. Nie dane mi było zo­ba­czyć An­glii aż do 1945.

Moja własna woj­na od­da­lała mnie nie­ustan­nie od kra­ju, kie­rując w co­raz od­le­glej­sze i bar­dziej nie­spo­dzie­wa­ne miej­sca i sta­le zmniej­szając moje wi­do­ki na powrót do domu. Pro­wa­dziła mnie z nie­omyl­nym wy­czu­ciem cza­su i z góry po­wziętą sta­now­czością od tyłów li­nii wro­ga w Abi­sy­nii, od Pu­sty­ni Za­chod­niej, Sy­rii i gra­ni­cy z Trans­jor­da­nią, przez dżunglę Ho­len­der­skich In­dii Wschod­nich, aż do japońskich obozów je­niec­kich, w których spędziłem kil­ka lat. W sierp­niu 1945 roku, kie­dy woj­ny in­nych żołnie­rzy zmie­rzały wresz­cie ku końcowi, moja odżyła na nowo i rzu­ciła mnie w sam śro­dek po­wsta­nia na Ja­wie oraz walk o su­we­ren­ność In­do­ne­zji na Su­ma­trze, przedłużając mi po­byt na sce­nie działań zbroj­nych aż do końca 1947.

Jeśli po­minąć dwa z daw­na wy­cze­ki­wa­ne ty­go­dnie paździer­ni­ka 1945 roku, kie­dy lord Mo­unt­bat­ten wysłał mnie do Lon­dy­nu, żebym zdał ra­port pre­mie­ro­wi i człon­kom ga­bi­ne­tu do spraw woj­ny, nie wi­działem An­glii od roku 1940 do sierp­nia 1947.

Przy­byłem więc ocho­czo. Moje je­niec­kie su­mie­nie wresz­cie za­znało spo­ko­ju. Miałem po­czu­cie, że dołożyłem wszel­kich sta­rań, by po­sta­wić do­bro wspólne nad własne, przy­najm­niej dopóki byłem niezbędny bądź użytecz­ny; roz­pa­trując rzecz z ego­istycz­ne­go punk­tu wi­dze­nia, być może na­wet dłużej, niż na­ka­zy­wały mądrość i rozsądek.

Z własnej nie­przy­mu­szo­nej woli, bez żad­nych na­cisków z zewnątrz, uczy­niłem wszyst­ko, by od­ku­pić po­nu­re, nie­wysłowio­ne lata w nie­wo­li. Po raz pierw­szy od nie­mal pięciu lat, kie­dy wpadłem w pułapkę Japończyków na Ja­wie, w do­li­nie Le­bak­sem­ba­da – co z sun­daj­skie­go tłuma­czy się jakże traf­nie „do­sko­na­le zro­bio­ne” – zdołałem się uwol­nić od po­czu­cia upo­ko­rze­nia. Przez te długie, po­zba­wio­ne pór roku, spędzo­ne jak w le­tar­gu lata w In­do­ne­zji prześla­do­wały mnie myśli o dru­hach i ro­da­kach, którzy szli co dzień do boju, pod­czas gdy ja gniłem w więzie­niu.

Przy­siągłem so­bie, że jeśli prze­trwam, co wówczas zda­wało się pra­wie nie­możliwe, nig­dy już nie powrócę do życia w imię własnych in­te­resów i ko­rzyści. Już nig­dy nie po­wiem „nie” życiu w pełnym, głębo­kim tego słowa zna­cze­niu, choćby zda­wało się nie wiem jak podłe i za­gma­twa­ne.

Ze środ­ka tego, w czym się zna­lazłem, woj­na zda­wała się przede wszyst­kim wy­two­rem całko­wi­tej ne­ga­cji; prze­rażającym, trud­nym dziec­kiem ro­dziców na­sta­wio­nych na „nie”; spad­ko­biercą tylu po­ko­leń wy­znawców pla­no­wa­ne­go, uar­gu­men­to­wa­ne­go, wy­ro­zu­mo­wa­ne­go nie-izmu, że za­prze­cza­nie wszel­kim prze­ja­wom życia w ich najgłębszym, in­stynk­tow­nym wy­mia­rze stało się jego strasz­nym, podświa­do­mym na­wy­kiem. Przez ten roz­myślny, upo­rczy­wy nie-izm prze­kształciliśmy połowę tego, co żyje – po­ten­cjal­nie sil­ne­go i możnego so­jusz­ni­ka – w czyn­ne­go, za­jadłego wro­ga dru­giej połowy…

Pew­ne­go popołudnia 1949 roku otrzy­małem list z we­zwa­niem do Whi­te­hall. Po­wie­dzia­no mi, że w Nia­sie – za­wsze myślałem o tej ko­lo­nii jako o daw­nej Bry­tyj­skiej Afry­ce Środ­ko­wej – znaj­dują się dwa ob­sza­ry, o których rząd w Lon­dy­nie nie może zasięgnąć istot­nych in­for­ma­cji. Je­den to potężny, urwi­sty ma­syw górski na sa­mym południu pro­tek­to­ra­tu; dru­gi – roz­legły płasko­wyż, wypiętrzo­ny na wy­so­kość ośmiu do dzie­więciu tysięcy stóp, wznoszący się stro­mo nad je­zio­ra­mi i równi­na­mi w północ­nej części te­ry­to­rium. Oczy­wiście żaden nie był całkiem dzie­wiczy. Oby­dwa zo­stały częścio­wo zba­da­ne przez przy­god­nych wędrowców, którzy za­pusz­cza­li się w te re­jo­ny w przeszłości. Bo­ta­ni­cy ama­to­rzy, wszel­kiej maści po­szu­ki­wa­cze i myśliwi, co ob­rot­niej­si ko­mi­sa­rze ko­lo­nii, urzędni­cy służb leśnych oraz inni pra­cow­ni­cy rządowi – wszy­scy od cza­su do cza­su by­wa­li w tych stro­nach. Na­nieśli je na­wet na mapy, z pre­cyzją świadczącą o dużej pew­ności sie­bie. Ob­ser­wa­cje do­ko­ny­wa­ne z sa­mo­lotów do­star­czały jed­nak co­raz więcej do­wodów, że mapy są zwod­ni­cze, cza­sem wręcz fałszy­we, a w każdym ra­zie żałośnie nie­dokładne.

Kie­dy ze­bra­no wszyst­kie te in­for­ma­cje w Lon­dy­nie, oka­zały się dość wy­ryw­ko­we i z prak­tycz­ne­go punk­tu wi­dze­nia całko­wi­cie bezużytecz­ne.

Rząd po­trze­bo­wał kon­kret­niej­szych i bar­dziej ak­tu­al­nych da­nych na te­mat oby­dwu re­jonów. Spy­ta­no mnie więc, czy podjąłbym się pie­szej wy­pra­wy, przyj­rzał tym ob­sza­rom z bli­ska, a po po­wro­cie opo­wie­dział, jak wyglądają te­raz, nie w cza­sach Li­ving­sto­ne’a, ani tym bar­dziej sułtana Tipu, tyl­ko w bez­na­dziej­nym roku 1949. A gdy­bym był gotów na taką podróż, czy byłbym tak łaskaw wy­ru­szyć na­tych­miast?

Spra­wa była pil­na. Pro­duk­cja żywności na świe­cie, a zwłasz­cza w Zjed­no­czo­nym Króle­stwie, zaczęła spa­dać w postępie geo­me­trycz­nym, od­wrot­nie pro­por­cjo­nal­nie do wzro­stu licz­by lud­ności. Co więcej, wo­bec za­ostrze­nia kon­flik­tu z Ar­gen­tyną należało dołożyć wszel­kich sta­rań, by unie­za­leżnić Wielką Bry­ta­nię od im­por­tu żywności, i to jak naj­szyb­ciej. Ist­niała na­dzie­ja, że wspo­mnia­ne ob­sza­ry po­mogą zażegnać kry­zys.

Z tego, co już po­wie­działem, wy­ni­ka dość ja­sno, że bez względu na własne chęci, wy­godę i zapał do spra­wy po pro­stu nie mogłem odmówić bez sprze­nie­wie­rze­nia się swo­im świa­do­mym prze­ko­na­niom.

A mimo to, gdy­bym znów mu­siał podjąć po­dobną de­cyzję, miałbym kłopot z roz­strzy­gnięciem pew­nych kwe­stii związa­nych z tym pa­ra­dok­sem. Jedną z naj­bar­dziej zdu­mie­wających cech na­szej roz­pacz­li­wej epo­ki jest nad­zwy­czaj­na umiejętność wy­naj­dy­wa­nia uspra­wie­dli­wień dla złych uczynków. Je­steśmy jej dziećmi i nie zdołamy się całkiem od niej uwol­nić. Świa­do­mie bądź podświa­do­mie żyje­my nie tyl­ko własnym życiem, ale też, nie­za­leżnie od tego, czy nam się to po­do­ba, życiem na­szych czasów. Sami dla sie­bie je­steśmy czar­ny­mi końmi. Bez­u­stan­nie odwołuje­my się do celów i mo­ty­wa­cji, które dziw­nie nie przy­stają do na­szych po­czy­nań. Co­raz chętniej na przykład mówimy o rozsądku – można od­nieść wrażenie, że przez ostat­nie półtora stu­le­cia miłowa­liśmy rozsądek, szanowa­liśmy go bar­dziej i pod­porządko­wy­wa­liśmy się jego na­ka­zom częściej niż w przeszłości – a tym­cza­sem zgod­nie i po­społu, w przytłaczającej su­mie na­szych in­dy­wi­du­al­nych żywotów, podjęliśmy więcej bez­ro­zum­nych działań, to­czy­liśmy woj­ny za­ja­dlej­sze i na szerszą skalę niż kie­dy­kol­wiek w dzie­jach.

Te­mat nie wy­ma­ga roz­wi­nięcia. Mogę tyl­ko po­wie­dzieć, że tro­pie­nie nadrzędnych mo­tywów, szer­szych celów i głębszych za­miarów działań, i to ra­czej w kon­tekście osiągniętych wy­ników, nie zaś szum­nych obiet­nic składa­nych so­bie i in­nym – stało się dla mnie nie­mal oczy­wi­stością. Dążenia zewnętrzne wy­nikają ze wzorców wewnętrznych. Kie­ru­je­my się im­pul­sa­mi i mo­tywami za­war­ty­mi w nas sa­mych, których ist­nie­nia je­steśmy za­dzi­wiająco nieświa­do­mi: głęboko wierzę, że do celu pro­wa­dzi mo­tyw naj­sil­niej­szy, na­wet jeśli nie zda­je­my so­bie z tego spra­wy.

Nie twierdzę, że wpływy zewnętrzne, bez­spor­ne fak­ty i oko­licz­ności nie mają tu nic do rze­czy, nie­mniej ten punkt wi­dze­nia prze­waża od tak daw­na i cie­szy się po­par­ciem tylu wy­bit­nych i sza­no­wa­nych umysłów, że nie muszę sta­wać w jego obro­nie. Tym, co wy­ma­ga tro­ski i zro­zu­mie­nia w obec­nych cza­sach, jest właśnie dru­ga stro­na życia, tak bru­tal­nie odcięta od świa­do­mości, że może przy­ciągnąć naszą uwagę je­dy­nie pośred­nio, w ta­jem­ni­cy i nie­po­strzeżenie, wśród nie­we­sołych re­zul­tatów ota­czających nas prze­mian. W epo­ce zmierz­chu du­cha wy­star­czy spoj­rzeć przez ramię, żeby do­strzec tę drugą stronę, która ry­su­je się nad ho­ry­zon­tem na­szej świa­do­mości ni­czym mrocz­na łódź ho­me­ryc­ka, żeglująca z wia­trem od naj­dal­szych krańców cza­su.

Mówiąc wprost, nie tyl­ko świa­do­me prze­ko­na­nie ode­grało rolę w moim przy­pad­ku. Gdy­by tak było, nie spędziłbym jed­nej połowy życia, wyjeżdżając z Afry­ki do Eu­ro­py, a dru­giej – wra­cając z Eu­ro­py do Afry­ki.

Złożyłbym to ra­czej na karb nie­roz­wiązy­wal­ne­go kon­flik­tu między dwie­ma fun­da­men­tal­ny­mi ce­cha­mi mo­jej na­tu­ry; świa­do­mością i podświa­do­mością, męskością i żeńskością, męskim i żeńskim pier­wiast­kiem; kon­ty­nu­acją genów ojca i wewnętrzną obec­nością mat­ki. Po jed­nej stro­nie, pod nazwą AFRY­KA, umieściłbym podświa­do­mość, żeńskość, pier­wia­stek żeński, matkę; po dru­giej, jako EU­ROPĘ – świa­do­mość, męskość, pier­wia­stek męski, ojca.

Część IPodróż w cza­sie

Dzi­wy, których szu­ka­my na zewnątrz, no­si­my w so­bie: jest w nas cała Afry­ka i wszyst­kie jej cuda.

sir Tho­mas Brow­ne

Roz­dział pierw­szy

Afry­ka jest zie­mią ro­dzinną mo­jej mat­ki. Nie wiem dokład­nie, jak długo jej bli­scy tam miesz­ka­li; wiem jed­nak, że Afry­ka tkwiła w niej za­wsze, po­dob­nie jak we mnie. Jej mat­ka, a moja bab­cia, wy­cho­wała się, a może na­wet uro­dziła, w wo­zie zaprzężonym w woły, który w la­tach trzy­dzie­stych XIX wie­ku ciągnął co­raz da­lej w głąb nie­zna­ne­go in­te­rio­ru południo­wo­afry­kańskie­go. Wóz je­chał w skrom­nym i pe­cho­wym Tre­ku Lie­ben­ber­ga. Wy­pra­wie prze­wo­dził dzia­dek mo­jej mat­ki. Nie­wiel­ka ka­ra­wa­na, złożona naj­wyżej z ośmiu wozów oraz czter­dzie­stu, góra pięćdzie­sięciu lu­dzi, była od­ległą for­pocztą potężnego exo­du­su. Wcho­dziła w skład Wiel­kie­go Tre­ku rol­ników ho­len­der­skich, ucie­kających z Kra­ju Przylądko­we­go przed rządami Bry­tyj­czyków.

Prze­je­cha­li bez­piecz­nie kra­inę Kar­ru; prze­ciągnęli z mozołem swo­je wozy przez rwący, ka­mie­ni­sty nurt rze­ki Oran­je; prze­mie­rzy­li sze­ro­kie, me­lan­cho­lij­ne równi­ny Wol­ne­go Państwa i po­ko­na­li w bród głęboką, żółtą rzekę Vaal. Prze­by­li szczęśli­wie Wy­so­ki Weld Trans­wa­lu, wciąż spu­sto­szo­ny i wy­pa­lo­ny po za­jaz­dach Zu­lusów i Ma­ta­be­le, i kie­ro­wa­li się właśnie w stronę Ni­skie­go We­ldu, w po­bliże ist­niejącego do dziś mia­sta Lo­uis Tri­chardt, kie­dy zo­sta­li za­ata­ko­wa­ni. Nig­dy się nie do­wie­my, co na­prawdę zaszło.

Bab­cia była jesz­cze ma­lut­ka. Po­tra­fiła tyl­ko bie­gać i pa­plać po swo­je­mu. Wszyst­ko, co wia­do­mo o ata­ku, po­cho­dzi z później­szej niespójnej re­la­cji, zda­nej łama­nym języ­kiem afri­ka­ans przez Mu­latkę, która była pia­stunką mo­jej bab­ci i jej młod­szej sio­strzycz­ki.

Według pia­stun­ki, po długiej, wy­czer­pującej podróży ko­lum­na wozów za­trzy­mała się po­przed­nie­go wie­czo­ru nad brze­giem dość dużego stru­mie­nia. W nocy oby­dwie dziew­czyn­ki były bar­dzo nie­spo­koj­ne i ciągle płakały, nie po­zwa­lając ro­dzi­com zasnąć. W re­zul­ta­cie tuż przed świ­tem pia­stun­ka do­stała po­le­ce­nie, żeby je ubrać i za­brać w ja­kieś miej­sce, z którego nie będzie ich słychać. Wy­ni­ka stąd ja­sno, że miesz­kańcy obo­zo­wi­ska nie spo­dzie­wa­li się, co ich cze­ka. Pia­stun­ka wzięła dzie­ci nad stru­mień, żeby przy oka­zji zro­bić pra­nie.

Nie minęło wie­le cza­su, kie­dy ciszę – tę cu­dow­nie dźwięczną, ryt­miczną ciszę Ni­skie­go We­ldu o świ­cie – prze­rwały wrza­ski i okrzy­ki wo­jen­ne nad­ciągających Kaf­firów. Dziew­czy­na mu­siała przejść przez lukę w impi1, za­nim na­past­ni­cy zdążyli za­cieśnić krąg wokół śpiących w wo­zach wędrowców. Chwy­ciła dzie­ci pod pachę i po­biegła sku­lo­na wzdłuż stru­mie­nia, aż do­tarła do ni­skie­go, sze­ro­kie­go wo­do­spa­du. Wi­dy­wałem ta­kie często w Afry­ce: woda prze­le­wa się w nich przez roz­legły występ skal­ny. Pia­stun­ka zna­lazła schro­nie­nie w su­chym wgłębie­niu za ścianą wo­do­spa­du. Wy­stra­szo­na, prze­sie­działa cały dzień za wodną zasłoną, tuląc do sie­bie stru­chlałe z prze­rażenia, nieświa­do­me, co się wokół nich dzie­je, pod­opiecz­ne. Wy­czołgała się z kryjówki późną nocą. Za­stała spa­lo­ne wozy i roz­wle­czo­ne po bu­szu zwłoki wszyst­kich wędrowców, spo­nie­wie­ra­ne i zma­sa­kro­wa­ne.

Ukry­wając się pod wo­do­spa­dem za dnia i szu­kając je­dze­nia pod osłoną nocy, ja­kimś cu­dem zdołała utrzy­mać przy życiu sie­bie i obie dziew­czyn­ki. Nie­mal ty­dzień później wy­pa­trzyła je grup­ka jeźdźców, którzy czuj­nie pa­tro­lo­wa­li nie­spo­koj­ne zie­mie, spo­dzie­wając się napływu znacz­nie większej licz­by ucie­ki­nierów, ciągnących w ślad za ka­ra­waną Lie­ben­ber­ga.

Nie za­mie­rzam opi­sy­wać ro­dzin­nej hi­sto­rii, mu­siałem jed­nak przy­to­czyć ten epi­zod, bo naj­do­bit­niej uświa­da­mia, jak moc­na więź łączy moją matkę z Afryką. Bab­cia po­wta­rzała jej tę opo­wieść, odkąd mat­ka pamięta; ja z ko­lei słyszałem ją od niej. Słyszałem ją wie­lo­krot­nie od cio­tek, które odro­binę pod­ko­lo­ro­wy­wały swo­je wer­sje; nie­ste­ty, nig­dy nie usłyszałem jej od bab­ci, która zmarła przed moim na­ro­dze­niem. Słyszałem ją za to od dziad­ka, który dożył nie­mal set­ki.

A w grun­cie rze­czy i on, bez względu na po­cho­dze­nie, był częścią tej sa­mej Afry­ki. Jako młody chłopak też uczest­ni­czył w Wiel­kim Tre­ku na północ. Miał czter­naście i pół roku, kie­dy nosił na ra­mie­niu praw­dziwą strzelbę; w 1848, pod­czas bi­twy pod Bo­om­pla­as, do­stał się do nie­wo­li u budzącego po­strach sir Har­ry’ego Smi­tha. Wal­czył w woj­nach ka­fir­skich i w woj­nie z Ba­su­to, po­ma­gał prze­gnać ostat­nich busz­meńskich ma­ru­derów ze wzgórz Wol­ne­go Państwa.

Jego far­ma na­zy­wała się Bo­esman­fon­te­in, Źródło Busz­me­na. Cóż to była za far­ma! Pamiętam z dzie­ciństwa, jak pew­ne­go nie­dziel­ne­go po­ran­ka, kie­dy sie­dzie­liśmy ra­zem na wzgórzu, dzia­dek po­ka­zał mi swoją zie­mię, roz­poście­rającą się we wszyst­kie stro­ny jak okiem sięgnąć. Na od­cin­ku dwu­na­stu mil płynęła przez nią woda, której na­zwa kryła w so­bie obiet­nicę ko­lej­nej wyjątko­wej hi­sto­rii: Chle­ba­ko­wa Rze­ka. Cze­go tam nie było: długie łańcu­chy wznie­sień w środ­ko­wej części; roz­ległe, ukwie­co­ne mo­kradła; równi­ny pełne owiec, dzi­kich koni, bydła i skocz­nych spring­boków.

Mat­ka opo­wia­dała nam z dumą, w to­nie roz­kosz­nej ta­jem­ni­cy, że dzia­dek kupił to wszyst­ko od Grikwów, za kil­ka baryłek bran­dy z Kra­ju Przylądko­we­go – Gri­kwo­wie na­zy­wa­li ją czer­woną la­wendą – oraz ze dwa tu­zi­ny fraków i cy­lindrów.

Dzia­dek ze­brał w swo­im go­spo­dar­stwie prze­dziwną, różno­barwną ko­lekcję łagod­nych re­liktów an­tro­po­lo­gicz­nych i in­nych nie­szko­dli­wych łach­mytów z bo­ga­tej, od­chodzącej w przeszłość hi­sto­rii Wol­ne­go Państwa. Kie­dy dziad­ko­wa ostrożność wzięła górę nad wiel­ko­dusz­nością, ucie­kli do mo­jej mat­ki, którą zna­li od uro­dze­nia. Żeby dać odpór chłod­nej kon­wen­cji, upo­wszech­nio­nej przez tchórzli­wych współple­mieńców z Kra­ju Przylądko­we­go, którzy nie za­ry­zy­ko­wa­li­by na­wet pal­ca na woj­nie lub tre­ku, nig­dy nie używa­li wo­bec mat­ki grzecz­nościo­we­go zwro­tu „pani”, ani na­wet odro­binę cie­plej­sze­go „non­na”. Upar­li się, żeby zwra­cać się do niej tak, jak na­zy­wała ją resz­ta ro­dzi­ny, czy­li „owiecz­ko”.

Na przykład dwóch małych Busz­menów dzia­dek przy­wiózł z ak­cji li­kwi­do­wa­nia band Ja­co­ba Ja­era i Pie­te­ra Win­dvo­ela, ostat­nich busz­meńskich ma­ru­derów w Wol­nym Państwie. Ci drob­niut­cy, wyjątko­wo ner­wo­wi mężczyźni mimo sześćdzie­siątki na kar­ku bez­wstyd­nie bali się ciem­ności. Zna­li jed­nak mnóstwo fa­scy­nujących opo­wieści o zwierzętach, owa­dach i ro­ba­kach, o pająkach, mo­dlisz­kach i księżycu, które zastępowały im re­li­gię.

Przed­sta­wi­cie­le ostat­nich wy­mie­rających szczepów Ho­ten­totów, o skórze czar­nej jak no­wiut­kie ka­ble te­le­fo­nicz­ne i za­pa­dających w pamięć ni­lo­tyc­kich twa­rzach, też snu­li nie­kończące się hi­sto­rie o zwierzętach, o wil­kach, sza­ka­lach, je­le­niach i żółwiach, o słoniach, pta­kach i pa­wia­nach, ale też o pół lu­dziach, pół zwierzętach, o cza­rach i upra­wia­nych pod księżycem prak­ty­kach ma­gicz­nych.

Ba­su­to­si o wyglądzie poważnych przed­siębiorców po­no­si­li pod twardą ręką dziad­ka całko­witą od­po­wie­dzial­ność za ob­ra­bia­nie jego roz­ległych włości. Byli tam też sta­rzy, nie­cni Gri­kwo­wie, którym in­tu­icja pod­po­wia­dała, że choćby nie wia­do­mo jak się upi­li i nie wia­do­mo ile razy wylądo­wa­li w aresz­cie za drobną kra­dzież, i tak mogą li­czyć na dziad­ko­we wy­rzu­ty su­mie­nia, a więc na jego łaskę i utrzy­ma­nie. Poza tym wie­dzie­li, że ko­cha ich moja mat­ka i cała ro­dzi­na.

Pamiętam zwłasz­cza jed­ne­go Grikwę, Jana Koka, zbyt już sta­re­go na cnotę i grzech. Był tak sędzi­wy, że jego wiek sza­co­wa­no na sto, sto dwa­dzieścia lat. Nikt jed­nak nie miał co do tego pew­ności, włącznie z nim sa­mym. Jan był bra­tan­kiem Ada­ma Koka, naj­potężniej­sze­go władcy Grikwów, który w swo­im cza­sie wszedł w układy z rządem bry­tyj­skim. Spędzał całe dnie na ku­chen­nym podwórzu, wy­grze­wając się w słońcu. Mówił nie­wy­raźnie, ale usłyszałem od nie­go naj­dziw­niej­sze hi­sto­rie o Afry­ce. Opo­wia­dał mi na przykład, że część ludu Gri­kwa – oczy­wiście ta rdzen­na, która nie prze­mie­szała się z Eu­ro­pej­czy­ka­mi – po­cho­dzi z da­le­kiej północy in­te­rio­ru afry­kańskie­go i miesz­ka po dru­giej stro­nie gór, które dud­nią i trzęsą się w po­sa­dach, śląc w nie­bo ogień i kłęby dymu.

Kie­dy w jego star­czych, za­mglo­nych oczach po­ja­wiała się tro­ska, śpie­wał pod no­sem hymn, którego na­uczył się pra­wie sto lat wcześniej od dok­to­ra Phi­li­pa, słyn­ne­go mi­sjo­na­rza, tak znie­na­wi­dzo­ne­go przez wie­lu mo­ich ro­daków, jak­by żył po dziś dzień. Hymn za­czy­nał się słowa­mi: „Pa­nie, jakże Twa światłość zstępuje na mo­rze”, a kie­dy Jan śpie­wał, myślałem so­bie: „Bied­ny sta­ru­szek, nig­dy nie wi­dział mo­rza i nig­dy już nie zo­ba­czy”.

Wie­czo­rem, po ko­la­cji, wszy­scy do­mow­ni­cy i służba zbie­ra­li się u dziad­ka w sa­lo­nie, żeby posłuchać, jak czy­ta z KSIĘGI. W ta­kich chwi­lach, przy świe­tle lamp, można było po­pa­trzyć, jak nad­sta­wiają ucha, żeby nie uro­nić prze­rażających słów Sta­re­go Te­sta­men­tu, zo­ba­czyć sta­re, po­marsz­czo­ne twa­rze lu­dzi wszel­kich ras i od­cie­ni skóry, którzy przy­czy­ni­li się do hi­sto­rii tej kra­iny. Wciąż pamiętam oczy tych wszyst­kich Busz­menów i Ho­ten­totów, choć minęło już po­nad czter­dzieści lat. Ciem­ne oczy, które błysz­czały uro­czyście u za­ra­nia dziejów ludz­kości; ciepłe i rade, że znają ta­jem­nicę początków człowie­ka. Niektóre z tych ras za­nikły na do­bre, a na ich zie­miach, ni­czym du­chy, gra­sują te­raz lu­dzie o białej skórze. Mógłbym jesz­cze długo snuć tę opo­wieść, niech jed­nak wy­starczą te strzępy wspo­mnień, żeby uświa­do­mić czy­tel­ni­ko­wi, jak było kie­dyś.

Na ko­niec jesz­cze słowo o mo­jej mat­ce. Kie­dy miała sie­dem­dzie­siąt lat, przy­spo­rzyła nie­spo­dzie­wa­nych zmar­twień swo­im dzie­ciom, wnu­kom oraz licz­nym krew­nym i przy­ja­ciołom, sta­now­czo i ka­te­go­rycz­nie od­ma­wiając ci­che­go, spo­koj­ne­go i wy­god­ne­go życia w cy­wi­li­zo­wa­nych wa­run­kach. Prze­niosła się wraz z eu­ro­pejską go­spo­sią na jedną ze swych naj­większych farm, która pod­upadła pod nie­udol­nym nad­zo­rem wy­najętego zarządcy. Go­spo­sia nie zniosła trudów życia na od­lu­dziu i wkrótce wymówiła służbę. Mat­ka przez kil­ka lat ra­dziła so­bie sama z po­mocą kil­ku Ba­su­tosów, aż majątek wrócił do daw­nej świet­ności i znów mógł cie­szyć jej wy­bred­ne oko. Dzie­ci miały na­dzieję, że mat­ka na tym po­prze­sta­nie, i próbowały ją namówić na powrót do wygód, żeby móc ją częściej od­wie­dzać. Odmówiła, bo właśnie udało jej się zakończyć pierw­szy etap­no­we­go życia.

Prze­pro­wa­dziła się na jesz­cze od­le­glejszą i bar­dziej za­nie­dbaną farmę. We właści­wym cza­sie przywróciła ją do sta­nu używal­ności i na­tych­miast prze­ka­zała sy­no­wi, który aku­rat wrócił z woj­ny we Włoszech. Za­nim dzie­ci znów zaczęły za­wra­cać jej głowę, wy­je­chała jesz­cze da­lej.

Wie­le lat temu mój oj­ciec kupił spo­ry płat zie­mi na skra­ju pu­sty­ni Ka­la­ha­ri. Przez pięćdzie­siąt lat nikt nie próbował o nie­go za­dbać i set­ki akrów leżały odłogiem, nie­chcia­ne i wy­pa­lo­ne pu­styn­nym słońcem. Mat­ka wy­brała się tam w wie­ku lat osiemdzie­sięciu. Tyl­ko di­pi­si chcie­li do­trzy­mać jej to­wa­rzy­stwa: nie­miec­ki geo­log in­ter­no­wa­ny w cza­sie woj­ny, wątły mi­sjo­narz z Ba­wa­rii oraz pe­wien Włoch, sto­larz i mu­rarz, były je­niec wo­jen­ny, który zo­stał jej bry­ga­dzistą.

Roz­bi­li na­mio­ty w od­ległości se­tek mil od naj­bliższej wio­ski i zaczęli szu­kać wody, bez której nie było mowy o osie­dle­niu się tam na stałe. Wpierw wy­najęli sprzęt do wier­ce­nia stud­ni od pry­wat­nych przed­siębiorców. Połączyw­szy wiedzę nie­miec­kie­go geo­lo­ga z in­tu­icją mat­ki, usta­li­li, gdzie należy roz­począć od­wiert. Pierw­szy wy­ko­naw­ca do­wier­cił się na głębokość 150 stóp, tra­fił na litą skałę – w każdym ra­zie tak po­wie­dział – i odmówił dal­szej współpra­cy.

Na pu­sty­ni doszło do strasz­li­wej kłótni między zde­ter­mi­no­waną starszą panią, która sprze­ci­wiła się próbom prze­nie­sie­nia sprzętu w inne miej­sce, prze­ko­na­na, że wie, gdzie jest woda, a cy­nicz­nym tech­ni­kiem, którego zy­ski – o ile w ogóle wcho­dziły w grę – malały wprost pro­por­cjo­nal­nie do głębokości od­wier­tu. Wy­ko­naw­ca zle­ce­nia w końcu zre­zy­gno­wał.

Dru­gi fa­cho­wiec, który zaczął wier­cić kawałek da­lej, osiągnął głębokość 147 stóp, stra­cił cały osprzęt w szy­bie i, zde­gu­sto­wa­ny, opuścił sta­no­wi­sko pra­cy. Trze­ci, ope­rując wciąż w tym sa­mym re­jo­nie, do­tarł 153 sto­py w głąb, od­krył, że pro­wa­dzi świ­der pod kątem, i mu­siał prze­rwać wier­ce­nie. Też so­bie po­szedł, roz­go­ry­czo­ny i spłuka­ny do cna. Od tam­tej pory żaden wy­ko­naw­ca nie za­mie­rzał próbować szczęścia w tym przeklętym miej­scu. Mat­ce nie po­zo­stało nic in­ne­go, jak kupić własny sprzęt wiert­ni­czy. Sędzi­wy geo­log przez kil­ka mie­sięcy ter­mi­no­wał u jed­ne­go z nie­wie­lu jesz­cze nie­zrażonych fa­chowców w oko­li­cy, żeby na­uczyć się no­we­go rze­miosła; po­tem wier­ce­nie roz­poczęło się na do­bre.

Spędzi­li na pu­sty­ni Ka­la­ha­ri nie­mal trzy lata, w palącym słońcu w po­rze su­chej i na prze­ni­kli­wie chłod­nym wie­trze w zi­mie. Spadła na nich jed­na z naj­większych susz w dzie­jach, przy­nosząc potężne tu­ma­ny pia­sku i pyłu. Oni tym­cza­sem w naj­lep­sze kon­ty­nu­owa­li swo­je dzieło.

Co­dzien­nie o szóstej rano mat­ka dzwo­niła na po­budkę i roz­da­wała pra­cow­ni­kom pa­rujące kub­ki z własnoręcznie za­pa­rzoną kawą. „Tacy są mężczyźni – ma­wiała – jak dzie­ci, które wyjdą z poście­li pod wa­run­kiem, że do­staną coś do­bre­go na śnia­da­nie”.

Wy­wa­biw­szy ro­bot­ników z łóżek, słała ich do wier­ce­nia. Na głębokości 157 stóp, za­le­d­wie czte­ry sto­py poniżej miej­sca, do którego udało się do­trzeć jed­ne­mu z fa­chowców, tra­fi­li na wodę.

„To było nie­sa­mo­wi­te – wspo­mi­nała mat­ka. – Aku­rat przy­pad­kiem spoj­rzałam na ma­szynę – rzecz ja­sna, ani na chwilę nie spusz­czała z niej wzro­ku – i na­gle spo­strzegłam, że się odro­binę prze­chy­la. Lina gwałtow­nie się naprężyła. Prze­wier­ci­liśmy się przez skałę i do­tar­liśmy do żyły. Woda trysnęła z szy­bu”.

Mat­ka była pew­na, że w końcu tra­fią na źródło, więc pom­py cze­kały w nie­ustan­nej go­to­wości; cze­kały przez trzy lata na tę do­niosłą chwilę.

Jest taka do dziś: szczupła, piękna, pro­sta jak stru­na, pełna wdzięku star­sza pani, której cera wygląda, jak­by za­znała wyłącznie eu­ro­pej­skie­go słońca. Wciąż jest ak­tyw­na, ener­gicz­na, młoda du­chem i prze­ko­na­na, że dożyje stu dwu­dzie­stu lat2. Bu­du­je, sa­dzi drze­wa, zakłada ogro­dy, upra­wia zboże na pu­sty­ni, gdzie wcześniej nie rosła na­wet tra­wa.

Nasi przy­ja­cie­le i życz­li­wi krew­ni za­wsze nas potępia­li, że po­zwa­la­liśmy jej żyć w ten sposób. Oso­biście nie mam nic na swo­je uspra­wie­dli­wie­nie, bo w prze­ci­wieństwie do resz­ty ro­dzeństwa, które dokładało wszel­kich sta­rań, żeby ją zniechęcić, z całego ser­ca wspie­rałem jej działania. Mam wrażenie, że te­raz jest szczęśliw­sza niż kie­dy­kol­wiek, mimo trudów, zgry­zot i skraj­nych nie­wygód, ja­kie roz­myślnie wy­brała.

Przy­cho­dziło mi nie­raz na myśl, że ciężki znój ro­dze­nia i wy­cho­wa­nia dzie­ci – a mat­ka miała ich trzy­naścio­ro – był pod pew­ny­mi względami dru­gorzędny wo­bec naj­istot­niej­szych, naj­bar­dziej do­niosłych celów w jej życiu. Nig­dy nie dałem się prze­ko­nać, że rola ko­bie­ty ogra­ni­cza się do opie­ki nad dziećmi. Uważam za to, że nie­odłączną cechą mo­jej mat­ki i co­raz większej licz­by no­wo­cze­snych ko­biet jest po­trze­ba kre­atyw­ności, za­ko­rze­nio­na głęboko i nie­za­leżna od in­stynk­tu po­sia­da­nia po­tom­stwa. Ta­kie ko­bie­ty za­warły z życiem umowę, która wy­ma­ga od nich cze­goś więcej niż tyl­ko za­cho­wa­nia ga­tun­ku. Mężczyźni wywiązują się z ta­kiej sa­mej umo­wy, którą wo­bec sie­bie uznają za rzecz oczy­wistą. Ich wkład w życie roz­brzmie­wa za­jadłym bun­tem prze­ciw wąsko pojętej idei, ogra­ni­czającej ich rolę do kar­mi­cie­li i obrońców ko­biet oraz dzie­ci. Uzna­nie i re­spek­to­wa­nie po­dob­nej za­sa­dy w od­nie­sie­niu do ko­biet przy­cho­dzi im z dużo większym tru­dem. Dopóki to się nie zmie­ni, nie będzie na świe­cie w pełni twórczych związków, ja­kie po­win­ny łączyć mężczyzn i ko­bie­ty.

Wra­cając do mo­jej mat­ki: jej nagły rozwój w tak późnym wie­ku nie tyl­ko mnie wzru­szył, ale też roz­wiał moje wątpli­wości. Jest dla mnie źródłem nie­za­chwia­nej wia­ry w przyszłość. Po tylu la­tach świa­do­me­go wy­par­cia po­trze­by two­rze­nia – przesłoniętej tysiącami trosk w chwi­lach na­ro­dzin i śmier­ci, woj­ny i po­ko­ju, po­trze­by, która zgod­nie z wszel­ki­mi za­sa­da­mi zdro­we­go rozsądku po­win­na wy­gasnąć na do­bre – moja mat­ka, już jako sędzi­wa dama, zdołała odwrócić bieg życia i od­kryć w so­bie ten sam im­puls, który za­pa­miętała jesz­cze z dzie­ciństwa, rozświe­tlający co­raz gęstsze ciem­ności u jej stóp ja­snym, zna­jo­mym bla­skiem. To właśnie jej się udało i chciałem o tym opo­wie­dzieć na jej pamiątkę. Po sześćdzie­sięciu la­tach nie­prze­rwa­ne­go by­cia żoną i matką zwróciła się bez wa­ha­nia ku praw­dzi­wej, pier­wot­nej wi­zji losu, żeby wresz­cie ziścić swój sen: ma­rze­nie afry­kańskiej dziew­czy­ny.

Roz­dział dru­gi

Jakże od­mien­ne były losy mo­je­go ojca! Znów obie­cuję nie wda­wać się w szczegóły hi­sto­rii ro­dzin­nej; ogra­niczę się do kil­ku wy­bra­nych faktów, które być może po­mogą oddać ten naj­trud­niej­szy i naj­bar­dziej nie­uchwyt­ny wy­miar mo­jej afry­kańskiej podróży.

Oj­ciec uro­dził się w Ho­lan­dii; był dziec­kiem Eu­ro­py w dużo większym stop­niu, niż mat­ka była dziec­kiem Afry­ki. Kie­dyś bo­wiem, w od­ległej przeszłości, Eu­ro­pa ode­grała swą rolę w kształto­wa­niu ro­dzi­ny mo­jej mat­ki, tym­cza­sem nic mi nie wia­do­mo o ja­kich­kol­wiek po­za­eu­ro­pej­skich przod­kach ojca, na­wet w za­mierzchłych początkach rodu. Był naj­star­szym sy­nem w ro­dzi­nie głęboko za­ko­rze­nio­nej w kul­tu­rze swe­go kra­ju, a także – w znacz­nej mie­rze – w jego dzie­jach. Je­den z pro­to­plastów ojca zasłużył się na przykład w de­spe­rac­kiej obro­nie Lej­dy, oblężonej w 1574 roku przez woj­ska pod dowództwem okrut­ne­go księcia Alby. Od tam­tej pory przed­sta­wi­cie­le ro­dzi­ny co rusz po­ja­wia­li się w klu­czo­wych mo­men­tach hi­sto­rii Króle­stwa Ni­der­landów: a to na polu bi­twy; a to na wy­gna­niu w An­glii z dy­na­stią orańską; to znów pod Qu­atre Bras, gdzie któryś z przodków nie posłuchał królew­skie­go roz­ka­zu i choć kula urwała mu rękę, odmówił zejścia z pola wal­ki, wy­krzyknąwszy: „Na Boga, Naj­jaśniej­szy Pa­nie, na samą myśl o tym się wzdra­gam, dopóki mam jesz­cze drugą”; później na cze­le wy­pra­wy do In­dii Wschod­nich; i tak da­lej. Żadna z tych po­sta­ci nie zasłużyła się wy­star­czająco, by tra­fić na kar­ty podręczników, z pew­nością jed­nak aż nad­to, żeby roz­to­czyć ciepłą poświatę nad chłodem ar­chiwów i oschłością le­gend ro­dzin­nych.

Nie­ste­ty, ro­dziców ojca znam tyl­ko z por­tretów. Jedną z naj­gor­szych stron by­cia trzy­na­stym dziec­kiem jest wejście na ro­dzinną scenę do­pie­ro wówczas, kie­dy pra­wie wszyst­ko, co daw­ne, cie­ka­we i zgod­ne z tra­dycją w naj­roz­ma­it­szych jej prze­ja­wach, albo zmie­niło się nie­od­wra­cal­nie na gor­sze, albo prze­padło z kre­te­sem. Tylu głównych ak­torów wygłosiło już swoją kwe­stię i poszło do domu. Obo­je dziad­ko­wie zmar­li w oko­li­cach mo­ich na­ro­dzin, ale z fo­to­gra­fii bab­ki spogląda na mnie prześlicz­na, szczupła i ele­ganc­ka ko­bie­ta o ciepłych, nie­ustra­szo­nych i wiecz­nie czuj­nych oczach.

Nie była Ho­len­derką, po­cho­dziła z ro­dzi­ny fran­cu­skiej, słyn­nej z zamiłowa­nia do mu­zy­ki i sztuk pięknych. Według mo­jej mat­ki, bab­ka pięknie śpie­wała, a jej głos cie­szył się wiel­kim uzna­niem na dwo­rze królew­skim, gdzie – sądząc z no­ta­tek w jej ze­szy­tach nu­to­wych – występowała przy wie­lu pry­wat­nych oka­zjach. Sam kart­ko­wałem te ze­szy­ty, pie­czołowi­cie prze­cho­wy­wa­ne przez ro­dzinę, a w dzie­ciństwie próbowałem grać z pożółkłych nut, na­nie­sio­nych czy­tel­nym i wy­kwint­nym cha­rak­te­rem pi­sma.

Jeśli cho­dzi o jej męża, a mo­je­go dziad­ka, za­wsze miałem wrażenie, że ota­cza go ro­dzin­na zmo­wa mil­cze­nia. Lu­dzie mówili o bab­ci z gorącym, zaraźli­wym en­tu­zja­zmem, jak­by wspo­mi­na­nie jej oso­by przy­no­siło im radość. Na wzmiankę o dziad­ku mil­kli albo zmie­nia­li te­mat. Do dziś nie po­znałem jego praw­dzi­wej hi­sto­rii.

Wygląda na to, że skom­pro­mi­to­wał się przy oka­zji ja­kiejś miażdżącej ka­ta­stro­fy fi­nan­so­wej. Nie wiem, o co cho­dziło, ale pamiętam z pierw­szych przebłysków mo­jej dzie­cięcej świa­do­mości, jak oj­ciec po­wie­dział: „To nie była do końca jego wina, nie doszłoby do tego, gdy­by nie poręczył za długi swo­je­go naj­lep­sze­go przy­ja­cie­la”.

Wiem jed­nak, że w połowie XIX wie­ku ro­dzi­na ojca odcięła się na­gle od ko­rze­ni i opuściła Ho­lan­dię na do­bre. Mniej więcej sto lat temu ciężko roz­go­ry­czo­ny dzia­dek, zrzekłszy się tytułu i na­zwi­ska ro­do­we­go, wy­je­chał z żoną i troj­giem dzie­ci do Afry­ki Południo­wej. Miej­sce było tak obce, tak od­ległe od ich doświad­czeń i wy­obrażeń, tak nie­ocze­ki­wa­ne, że gdy jakiś krzep­ki Mu­rzyn w Cape Town wsko­czył do wody i zbliżył się do sza­lu­py, żeby wy­nieść ich na brzeg, prze­rażona bab­cia wy­krzyknęła ponoć: „Och, Bill, błagam, nie od­da­waj dzie­ci w ręce tego diabła”.

Brze­mię tej nagłej i nie­spo­dzie­wa­nej emi­gra­cji spadło przede wszyst­kim na ojca. Kie­dy patrzę na to z per­spek­ty­wy cza­su, w pełni świa­dom, że znam sprawę tyl­ko z dru­giej ręki, myślę, że oj­ciec za­cho­wał się praw­dzi­wie po ry­cer­sku; i przy­pusz­czam, że jego życie byłoby znacz­nie łatwiej­sze, gdy­by miał przy so­bie lu­dzi, którzy po­tra­fi­li­by to do­ce­nić i po­wie­dzieć mu, jaki jest dziel­ny.

Z roz­mysłem od­rzu­cił wszyst­ko, co spełniało jego na­dzie­je i ocze­ki­wa­nia, i mimo młode­go wie­ku stał się główną pod­porą ro­dzi­ny.

Jego je­dy­nym atu­tem było to, że wy­cho­wał się w Eu­ro­pie i za­znał wszel­kich do­bro­dziejstw tam­tej­szej kul­tu­ry i edu­ka­cji. Wy­ru­szył w głąb in­te­rio­ru i naj­mo­wał się jako gu­wer­ner bur­skich dzie­ci. Uczest­ników Wiel­kie­go Tre­ku, po­dob­nie jak mo­ich dzi­siej­szych ziomków z Afry­ki Południo­wej, ce­cho­wał pełen sza­cun­ku głód wie­dzy, której trze­ba doświad­czyć, żeby w nią uwie­rzyć.

Na pierw­szej po­sa­dzie do­stał wikt, opie­ru­nek oraz fun­ta mie­sięcznie. Po­pro­sił o wypłatę w sre­brze, nie tyl­ko dla­te­go, że mu­siał ją skru­pu­lat­nie po­dzie­lić między członków ro­dzi­ny, ale też z pro­za­icz­nej przy­czy­ny, że w ta­kiej po­sta­ci zda­wała mu się cen­niej­sza. Przez pe­wien czas uczył dzie­ci we wszel­kim wie­ku, z da­le­kich i bli­skich osad na południu Wol­ne­go Państwa. Była wśród nich moja mat­ka, do­rod­na sied­mio­let­nia dziew­czyn­ka, która dzień w dzień wo­dziła za nim poważnym, nie­le­d­wie hip­no­ty­zującym spoj­rze­niem wiel­kich sza­rych oczu, skry­tych pod bujną grzywką brązo­wych włosów.

Przez cały ten czas oj­ciec uczył się pra­wo­daw­stwa No­wej Re­pu­bli­ki; w końcu zo­stał ad­wo­ka­tem. Z bie­giem lat do­ro­bił się naj­większej kan­ce­la­rii praw­nej w Wol­nym Państwie. Z pełną de­ter­mi­nacją rzu­cił się w wir pra­cy i ota­czającego go życia, po­wo­do­wa­ny – jak sądzę – bar­dziej na­ka­zem woli niż in­stynk­tow­nym zapałem. Zaj­mo­wał się wszyst­kim, co nie wiązało się z jego za­wo­dem; uprawą roli, górnic­twem, bu­dową ko­lei; otwie­ra­niem no­we­go kra­ju na świat; wresz­cie po­li­tyką. Ubie­gał się na­wet o pre­zy­den­turę Wol­ne­go Państwa. Myślę, że by wy­grał, gdy­by lu­dzie nie do­pa­trzy­li się w nim ja­kie­goś cu­dzo­ziem­skie­go rysu.

Hol­lan­drzy – se­rogłowi, jak do dziś ma­wia się o nich z po­gardą w Afry­ce Południo­wej – nie cie­szy­li się po­pu­lar­nością w Re­pu­bli­ce. Oj­ciec nie zo­stał wpraw­dzie pre­zy­den­tem, ale na początku woj­ny bur­skiej był prze­wod­niczącym Rady Wy­ko­naw­czej Par­la­men­tu Wol­ne­go Państwa Ora­nia. Dwa lata wal­czył w siłach spe­cjal­nych. U jego boku po­legł je­dy­ny brat mo­jej mat­ki. Pew­ne­go razu oj­ciec prze­bił się przez linię bry­tyj­skiej ofen­sy­wy i do­tarł aż na wzgórza w południo­wej części Wol­ne­go Państwa – z płon­nym za­mia­rem zwer­bo­wa­nia wy­stra­szo­nych bur­gherów, których set­ki de­ko­wały się w do­mach. Opusz­czo­ny przez wszyst­kich z wyjątkiem krew­ne­go mo­jej mat­ki, mie­siącami spał w wy­so­kiej tra­wie i na szczy­tach wzgórz, w nocy pod ogniem wro­ga, w dzień osa­cza­ny przez nie­przy­ja­ciel­skie pa­tro­le, które od­ci­nały go od jego własnych od­działów, po­dob­nie jak było przez kil­ka lat ze mną, pod­czas ostat­niej woj­ny, z Włocha­mi w Abi­sy­nii i z Japończy­ka­mi na Ja­wie. Osiem mie­sięcy przed końcem woj­ny, kie­dy oj­ciec do­wo­dził od­działami z Bar­ber­ton, do­stał się do nie­wo­li u ge­ne­rała Fren­cha. Był dru­gim jeńcem wo­jen­nym w na­szej ro­dzi­nie; trze­cim byłem ja.

Kie­dy pod­pi­sy­wa­no trak­tat z Ve­re­eni­ging, oj­ciec odmówił złożenia przy­sięgi wier­ności Ko­ro­nie Bry­tyj­skiej, za co władze bry­tyj­skie odmówiły mu pra­wa po­wro­tu do Wol­ne­go Państwa. Po raz pierw­szy w życiu po­czuł się do głębi roz­go­ry­czo­ny. Był mężczyzną wiel­kie­go ser­ca, ry­cer­skim i w grun­cie rze­czy uczci­wym. Nie tyl­ko prze­gra­na Re­pu­bli­ki, ale samo to, że mogło dojść do ta­kiej woj­ny, wpra­wiły go w stan głębo­kie­go szo­ku. Uczest­ni­czył w fa­tal­nym w skut­kach spo­tka­niu lor­da Mil­ne­ra z pre­zy­den­tem Kru­ge­rem w Blo­em­fon­te­in w 1899 roku. Był jed­nym z nie­wie­lu, którzy zna­li An­glię i język an­giel­ski; uwiel­biał An­glików i miał mnóstwo an­giel­skich zna­jo­mych. Z tam­te­go spo­tka­nia wy­szedł jed­nak z prze­możnym po­czuciem, że bez względu na czy­je­kol­wiek ustępstwa Mil­ner i tak wy­gra tę wojnę.

Czte­ry lata trwał przy swo­jej de­cy­zji, żeby nie zo­stać pod­da­nym bry­tyj­skim. Nikt z ro­dzi­ny nie mógł się ru­szyć poza Stel­len­bosch w Kra­ju Przylądko­wym. Przez te czte­ry lata oj­ciec na­pi­sał dwie po­wieści o wędrow­nej przeszłości Południo­wo­afry­kańczyków. Na­pi­sał je częścio­wo po ho­len­der­sku, częścio­wo w afri­ka­ans, który wciąż był języ­kiem nie­uzna­wa­nym w piśmie i wsty­dli­wym w mo­wie. Aż w końcu przy­szedł czas na wiel­ki gest Camp­bel­la-Ban­ner­ma­na. Oj­ciec wy­zbył się go­ry­czy. Od­na­lazł w ser­cu nie tyl­ko wy­ba­cze­nie, ale też gorące, kon­struk­tyw­ne uzna­nie dla tego aktu wiel­ko­dusz­ności. Na­tych­miast się spa­ko­wał, wrócił do Wol­ne­go Państwa i za­an­gażował się całą duszą w utwo­rze­nie Związku Południo­wej Afry­ki, który powołano do życia w 1910 roku.

Za­wsze uważałem za prze­rażającą iro­nię afry­ka­ner­skie­go losu, że lu­dzie po­kro­ju mo­je­go ojca, którzy wraz ze Smut­sem i Bothą na­prawdę wal­czy­li i cier­pie­li na woj­nie, po­tra­fi­li wy­ba­czyć i zacząć wszyst­ko od nowa, pod­czas gdy inni, żyjący do dziś, którzy nig­dy nie do­tar­li do ser­ca kon­flik­tu, wciąż nie umieją puścić w nie­pa­mięć nie swo­ich prze­cież ran. Jak można zacząć co­kol­wiek bez uprzed­nie­go wy­ba­cze­nia?

Doświad­czyłem cze­goś po­dob­ne­go na spo­tka­niu z urzędni­ka­mi zaj­mującymi się zbrod­nia­mi wo­jen­ny­mi, którzy ani nie ucier­pie­li w japońskiej nie­wo­li, ani na­wet nie wal­czy­li z Japończy­ka­mi. Pałali większą chęcią od­we­tu za na­sze krzyw­dy i nie­ludz­kie trak­to­wa­nie w obo­zach, niż my sami.

Często przy­cho­dzi mi na myśl, że naj­trud­niej wy­ba­czyć cier­pie­nie nie­rze­czy­wi­ste, wy­ima­gi­no­wa­ne. Nie ma na świe­cie potężniej­szej siły niż wy­obraźnia, a co gor­sza, za­daw­nio­ne ura­zy są prze­ważnie wy­ssa­ne z pal­ca. Pora zro­zu­mieć, że są na­ro­dy i lu­dzie, którzy ze skry­waną pre­me­dy­tacją pielęgnują po­czu­cie krzyw­dy i cier­pie­nie. Po­ma­ga im to uciec od rze­czy­wi­stości, która mogłaby na­ru­szyć ich wy­so­kie mnie­ma­nie o so­bie, miłość własną i kom­fort działania. Dzięki wy­ima­gi­no­wa­nym bolączkom uchy­lają się od brze­mie­nia, które życie nakłada na każdego z nas.

Oso­by, które na­prawdę za­znały od kogoś cier­pie­nia, umieją wy­ba­czać, po­tra­fią na­wet zro­zu­mieć lu­dzi, którzy wyrządzi­li im krzywdę. Umieją wy­ba­czać, bo z przeżytych cier­pień i zgry­zot wypływa in­stynk­tow­ne po­czu­cie uprzy­wi­le­jo­wa­nia. Świa­do­mość tej twórczej praw­dy przy­cho­dzi w oka­mgnie­niu: trze­ba wy­ba­czać in­nym i so­bie, bo sami też nie wie­my, co czy­ni­my.

Utrwa­la­nie tak zwa­nych krzywd dzie­jo­wych i kla­so­wych jest z grun­tu złe, nie­uczci­we i ab­sur­dal­ne. Nie mieści się w sys­te­mie zwy­cza­jo­wych pojęć eko­no­micz­nych, po­li­tycz­nych ani hi­sto­rycz­nych. Do opi­su tego zja­wi­ska znacz­nie bar­dziej na­da­je się język pa­to­lo­ga mówiącego o raku, psy­cho­lo­ga objaśniającego me­cha­nizm po­wsta­wa­nia głębo­kich kom­pleksów i ner­wi­cy natręctw. Czymże są na­zizm albo na­cjo­na­lizm, pa­nujący obec­nie w Afry­ce Południo­wej, kra­ju mo­jej młodości, jeśli nie cho­robą, która po­wo­du­je zagładę całości wsku­tek nie­kon­tro­lo­wa­ne­go roz­ro­stu komórek w jed­nej tyl­ko części? Sa­mo­lub­nym układem au­to­no­micz­nym, który wykoślawi wszyst­ko w obro­nie swo­ich par­ty­ku­lar­nych in­te­resów?

Poświęciłem tej spra­wie nie­co więcej miej­sca, bo nie można dziś sku­piać się na Afry­ce – która skry­cie i po­ta­jem­nie zmie­rza do spełnie­nia – nie uświa­do­miw­szy so­bie owej dia­bel­skiej nie­obec­ności do­bra.

Z ni­niejszą hi­sto­rią bar­dziej wiąże się to, że oj­ciec nie był w sta­nie pojąć tej fun­da­men­tal­nej iro­nii południo­wo­afry­kańskie­go losu i nig­dy się z nią nie po­go­dził. A gdy znów dała o so­bie znać, za­wzięcie i upo­rczy­wie, pod po­sta­cią zna­mien­ne­go rozłamu, do którego doszło między Hert­zo­giem a Bothą i Smut­sem, wy­co­fał się całkiem z po­li­ty­ki, życia pu­blicz­ne­go, a na­wet za­wo­do­we­go, i za­szył na kil­ku tysiącach akrów swej zie­mi.

Z tego krótkie­go okre­su w jego życiu zo­stały mi naj­wy­ra­zist­sze wspo­mnie­nia. Ob­raz człowie­ka, który w końcu zro­zu­miał, że jest obcy w tym kra­ju i w tej rze­czy­wi­stości; któremu świat wystrzępił ner­wy nie­mal do cna. Całe wy­po­sażenie jego miej­skie­go domu i roz­licz­nych farm, na których prze­by­wał od cza­su do cza­su, świad­czyło o in­stynk­tow­nym od­rzu­ce­niu Afry­ki i po­now­nym zbra­ta­niu z Eu­ropą.

Ścia­ny były za­wie­szo­ne ho­len­der­skim ma­lar­stwem olej­nym; wnętrza urządzo­ne ho­len­der­skimi me­bla­mi i dy­wa­na­mi; długi ko­ry­tarz w ob­szer­nej miej­skiej re­zy­den­cji – wyłożony chłod­ny­mi ka­fel­ka­mi w czar­nym i złotym ko­lo­rze, spro­wa­dzo­ny­mi spe­cjal­nie z Ho­lan­dii.

Na­wet je­dze­nie było za­ska­kująco nie­afry­kańskie. Raz w mie­siącu od­bie­ra­liśmy wiel­ki trans­port serów okrągłych jak księżyc w pełni, wędzo­nych ryb, szy­nek kon­ser­wo­wych, chińskie­go im­bi­ru w fa­jan­so­wych po­jem­nicz­kach z Delft i in­nych de­li­ka­tesów – od pew­ne­go kup­ca z Ho­lan­dii, który znał licz­ny oj­cow­ski przychówek po imie­niu i cza­sem dołączał do prze­syłki sma­ko­witą nie­spo­dziankę dla któregoś z ro­dzeństwa.

Na­szym ko­niom na far­mach, by­kom i ulu­bio­nym kro­wom, owcom, psom, ko­tom i rze­szy in­nych oswo­jo­nych zwierzęt, które mogły cho­dzić swo­bod­nie po domu, a nad ra­nem zaglądać na­wet do dzie­cięcych sy­pial­ni, oj­ciec nada­wał dźwięczne imio­na, nawiązujące do dziejów Ho­lan­dii. Miałem pod opieką dwie owiecz­ki, które wabiły się Ho­orn i Eg­mont; dopóki nie wstałem, pchały mi się do łóżka i do­ma­gały czułych piesz­czot. Były też dwa wspa­niałe ogie­ry o pięknych cho­dach, im­por­to­wa­ne spe­cjal­nie z Gel­drii, noszące chwa­leb­ne imio­na Gou­da i Tre­slong, na cześć dwóch pa­triotów ni­der­landz­kich, którzy stanęli na cze­le eskadr gezów mor­skich prze­ciw­ko ga­le­onom hisz­pańskie­go króla Fi­li­pa. Moi naj­star­si bra­cia i jed­na z sióstr do­sia­da­li tych koni i spa­da­li z nich z iście ry­cerską, de­spe­racką re­gu­lar­nością.

Bi­blio­te­ka, w której oj­ciec spędzał większość dnia, mieściła tyleż ob­szer­ny, co nie­zwykły zbiór dzieł li­te­ra­tu­ry eu­ro­pej­skiej w pięciu języ­kach. Pośrod­ku biur­ka stał moździerz z tłuczkiem, zro­bio­ny z lufy działa od­bi­te­go Hisz­pa­nom przez ulu­bio­ne­go przod­ka. Przy ścia­nie roz­pie­rała się wiel­ka ga­blo­ta z jakże dla niej sto­sowną, bez­cenną ko­lekcją rzad­kich nu­mi­zmatów z Eu­ro­py; wśród okazów za­brakło je­dy­nie du­cho­wej wa­lu­ty, jaką dys­po­no­wał wówczas mój oj­ciec.

W ostat­nich la­tach życia pro­mie­nio­wały od nie­go cu­dow­ne ciepło, do­bro i miłość, będące swo­istą prze­ciw­wagą dla rosnącego wy­ob­co­wa­nia z ota­czającego go świa­ta. Z per­spek­ty­wy cza­su widzę w tym doj­mujące prze­czu­cie końca; nie­wy­po­wie­dzianą pew­ność, że zbliża się do kre­su swych dni. Jego ówcze­sny sto­su­nek do życia i lu­dzi można jed­nak porównać z nie­wy­czer­pa­nym zdro­jem życz­li­wości, wiel­ko­dusz­ności i od­da­nia. Czer­pa­li z nie­go wszy­scy: drze­wa, kwia­ty w wiel­kim ogro­dzie, służący i ro­bot­ni­cy, przed­siębior­cy i skle­pi­ka­rze, zwierzęta go­spo­dar­skie, psy, oswo­jo­ne małpy, ry­sie, sza­ka­le i pta­ki. Co dzień o świ­cie oj­ciec wy­cho­dził do ogro­du, po­tem wołał córki, dla których miał świeżo ze­rwa­ne kwia­ty, i synów, których często­wał brzo­skwi­nia­mi, grusz­ka­mi, fi­ga­mi albo kiśćmi wi­no­gron. Każdy człowiek i każde zwierzę – dzi­kie i do­mo­we – wszy­scy mo­gli li­czyć na jego po­moc. Oj­ciec miał ser­ce na dłoni. Ku­la­we psy ściągały donie­go z całej oko­li­cy. Mała plisz­ka bez nogi przy­la­ty­wała co rano do jego pra­cow­ni i do­pra­szała się je­dze­nia. O tym, kim stał się na sta­rość, naj­le­piej świadczą wspo­mnie­nia jego dzie­ci, które opo­wia­dały o nim z ciepłym ożywie­niem w głosie.

Wiem jed­nak, że był głęboko nieszczęśliwy. Pamiętam, jak pew­nej nocy mu­siałem ze­rwać się z łóżka, objąć go za ko­la­na i błagać, żeby nie wy­cho­dził z domu i kogoś nie zabił. Nie wiem, co tak go wzbu­rzyło, ale stał i trząsł się z gnie­wu, trzy­mając w dłoni szablę. Po­tra­fił sie­dzieć go­dzi­na­mi i grać smut­ne me­lo­die na sta­rej har­mo­nii albo nucić pod no­sem hymn swo­ich ko­man­dosów: „Choćby bu­rza sza­lała, a wokół noc ciem­na za­padła, Bóg mój nig­dy mnie nie opuści”.

Jak sied­mio­la­tek mógł się domyślić, o co w tym wszyst­kim cho­dziło? Skąd mógł wie­dzieć, że nie można pojąć i należycie od­wza­jem­nić tego za­le­wu tkli­wości i czułości – w tam­tym miej­scu, w tam­tych cza­sach i oko­licz­nościach; że męka jest

…z Miłości cała,

Z nie­by­wałego jej Imie­nia;

Nie z ręki, co utkała

Ko­szulę z gro­zy i z płomie­nia:

Moc ludz­ka jej nie ze­drze z ciała3.

Skąd wresz­cie kto­kol­wiek z nas, którzy nie zna­liśmy jego początków, mógł się domyślić, że krew w jego żyłach dniem i nocą szep­tała o wy­gna­niu, ni­czym szu­miące w uszach od­ległe mo­rze? Zmarł w 1914 roku, kil­ka dni po wy­bu­chu woj­ny. Kie­dy to się stało, miałem wrażenie, że ścia­ny ciepłego, rzęsiście oświe­tlo­ne­go po­ko­ju, w którym aku­rat prze­by­wałem, na­gle się za­wa­liły, wpusz­czając do środ­ka noc z naj­dal­szych krańców roz­gwieżdżone­go nie­ba.

Le­ka­rze po­wie­dzie­li, że umarł na obu­stron­ne za­pa­le­nie płuc. Ja wiem, że zmarł z po­wo­du wy­gna­nia.

Ta świa­do­mość do­tarła z cza­sem do każdej, naj­drob­niej­szej części mo­je­go je­ste­stwa, a wraz z nią zro­zu­mie­nie, że moje życie musi się jakoś wy­do­stać poza oj­cowską tułaczkę i mat­czy­ny dom. Jak­by u sa­mych źródeł, długo przed na­ro­dze­niem, mój los roz­dzie­lił się na dwa głębo­kie, równo­ległe nur­ty, które nie mogą się spo­tkać po tej stro­nie nie­skończo­ności. I w tym właśnie, fun­da­men­tal­nym zna­cze­niu stał się im­pli­kacją wszyst­kich mo­ich podróży.