Wydawca: Nowy Świat Kategoria: Dla dzieci i młodzieży Język: polski Rok wydania: 2009

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 120 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze PDF
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Wyprawa Tapatików - Marta Tomaszewska

Na planecie Tapatia w trudno dostępnej jaskini w górze Arunczumalaj znalazła się stara księga, z której wynika, że ród Tapatików pochodzi z planety o nazwie Ziemia. Rodzeństwo: Tapati i Tapatik, ich Babcia i Dziadek, robot kuchenny XL oraz jeden pasażer na gapę, wyruszają w kosmiczną podróż, aby to sprawdzić.

Opinie o ebooku Wyprawa Tapatików - Marta Tomaszewska

Fragment ebooka Wyprawa Tapatików - Marta Tomaszewska

Marta Tomaszewska

Wyprawa Tapatików

Konwersja do formatu EPUB: Virtualo Sp. z o.o.virtualo.eu

ROZDZIAŁ I DECYZJA

Pod wieczór, dokładnie o tej porze, gdy obydwa Księżyce znajdują się naprzeciw siebie, a wierzchołek Góry Arunczumalaj wystrzela spomiędzy nich niby wieża potężnego zamczyska, odbyła się ostatnia, decydująca narada rodzinna. Tym razem nie brakowało nikogo. Przybyli nawet Gurulowie, którzy na ogół niechętnie opuszczają swoje kratery na Zwietrzałych Pagórkach i nie raczyli zaszczycić swą obecnością żadnej z poprzednich narad. Przyszli, długo wycierali nogi o wycieraczkę, choć wcale nie było błota, i nie przywitawszy się z nikim usiedli rządkiem pod ścianą, pogrążeni w wyniosłym milczeniu.

– Zobacz, co oni mają na nogach! – powiedziała zdumiona Tapati, która widziała ich po raz pierwszy w życiu. – Czy myślisz, że to w ogóle są buty?

Nie otrzymała odpowiedzi, ale z przejęcia wcale tego nie zauważyła.

Więc to są Gurulowie – myślała, podniecona, i ani rusz w tej chwili nie mogła sobie przypomnieć, czy wyobrażała ich sobie tak czy siak (a bardzo lubiła wyobrażać sobie różne rzeczy), z pewnością jednak nigdy nie przyszło jej do głowy, żeby ktokolwiek mógł nosić coś takiego na nogach! Nie sandały o plecionej lub plastikowej (zależnie od pory roku) podeszwie, jak wszyscy, tylko zupełnie niesłychane śliwkowego koloru trzewiki tak błyszczące i wypolerowane, że światła licznych żarówek odbijały się w nich niby gwiazdy w wodzie.

Przyglądała się swym dostojnym kuzynom wprost nieprzyzwoicie. Wszyscy inni zwróciliby jej uwagę, że jest źle wychowana, albo kazaliby się jej wynosić.

Gurulowie natomiast nawet nie drgnęli. Jakby jej nie widzieli, ani nikogo zresztą. A przecież Tatuś już zaczął mówić!

– Szanowni i mili goście – powiedział. – Zebraliśmy się tu, aby podjąć ostateczną decyzję w sprawie projektu wyprawy na planetę Ziemia, która jak wynika z najnowszych badań naukowych, jest być może kolebką naszego rodu…

Usłyszawszy ten głos, Tapati mimo woli podniosła ręce do uszu. Nie oznaczało to braku szacunku dla Tatusia. Po prostu nie znosiła tego, jak go określał Tapatik, zebraniowego głosu, który bardzo różnił się od zwykłego domowego głosu Tatusia. A właśnie: gdzie podział się Tapatik? Naturalnie, jak zwykle, znikł. Pięciu minut nie potrafi usiedzieć na jednym miejscu.

Zsunęła się z krzesła i ostrożnie wymknęła się na dwór. Robot kuchenny XL rozstawiał talerze na wielkim ogrodowym stole, oświetlonym dwiema kolorowymi lampami.

– Wyszłaś z takiej ważnej narady? – spytał.

– Ważne rzeczy mówi się dopiero na końcu. Na początku powtarza się to, co już wszyscy wiedzą – podzieliła się Tapati swym zdobytym podczas poprzednich narad doświadczeniem. – Nie widziałeś Tapatika?

– Nie – odparł robot kuchenny XL i zdmuchnął kurz z talerzyka. – Zawsze mnóstwo roboty z tą świąteczną zastawą. Wszystko jest okropnie zakurzone.

– Przecież Ciocia Babila miała przysłać swego YPSL-a, żeby ci pomógł – przypomniała sobie Tapati.

– Nie chcę widzieć na oczy tego flejtucha! – oburzył się robot kuchenny XL. – Wolę urobić się na śmierć, niż mieć coś takiego do pomocy!

Tak mocno dmuchnął na kolejny talerzyk, że o mało go nie stłukł.

Tapati stała przez chwilę niezdecydowana. Właściwie mogłaby pomóc trochę XL-owi. Ale nigdy przecież nie była o tej porze sama poza domem! Trzeba wykorzystać taką okazję, tym bardziej że Mama lada moment oprzytomnieje i zobaczy, że w sali narad nie ma jej ani Tapatika.

– Jestem zupełnie nieprzytomna z tego wszystkiego – mówiła Mama tuż przed rozpoczęciem narady. – Naprawdę nieprzytomna.

I na pewno tak było, skoro nie zauważyła zniknięcia swoich najmłodszych! Ale lada moment może zauważyć… Tapati przestała się wahać. Na wszelki wypadek, aby się upewnić, czy nikt jej nie widzi, zerknęła w stronę domu, a potem szybko pobiegła ścieżką przez Pinglowe Zarośla1, prosto ku skale, z której był najlepszy widok na tajemniczą Górę Arunczumalaj.

Przeprawa przez Pinglowe Zarośla, jak przeprawa przez każde zarośla, zwłaszcza wieczorem nie należała do przyjemności. W świetle księżyców grube, kostropate gałęzie zdawały się rozkręcać powoli jak zbudzone z południowej drzemki żmije.

Jeżeli będę na nie patrzeć, nigdy nie przejdę – pomyślała Tapati. – Muszę patrzeć tylko pod nogi. (Nie była strachliwa, ale miała zbyt wiele wyobraźni, co, zdaniem Babci, odziedziczyła po Dziadku). Tapatik z pewnością nie wziąłby pinglowych gałęzi za zwinięte w kłębuszek i teraz rozkręcające się złowrogie żmije! A przecież są bliźniakami.

Przyśpieszyła kroku i zaczęła sobie przypominać wierszyki, które ułożyła na różne niebezpieczne okazje. Było ich wiele, ale żaden nie pasował. Za to, pochłonięta przypominaniem, ani się spostrzegła, kiedy przebyła ścieżkę.

Ścieżka kończyła się w bardzo dobrym miejscu, tuż przy żelaznej drabince, która ułatwiała wspinaczkę na skałę, stromą i gładką. Na piątym szczeblu od dołu siedział Bimbel i jak zwykle przyglądał się czemuś przez swoją ogromną lunetę. Patrzył w górę, więc nie zauważył wychodzącej z pinglowego gąszczu Tapati.

No tak, można było się tego spodziewać – pomyślała, rozżalona. – Ten wstrętny podglądacz tutaj! Właśnie dziś, kiedy ja chcę wejść sama na skałę.

Spotkanie z Bimblem byłoby każdego dnia i o każdej godzinie nieprzyjemne, ale spotkanie go w momencie, kiedy komuś przydarzyła się taka niezwykła historia, jak samotna wieczorna wyprawa poza dom – to doprawdy katastrofa. Prawie katastrofa – poprawiła się w myślach Tapati. Nie pozwoli, aby Bimbel zepsuł jej nastrój! Tylko nie wdawać się z nim w dyskusję – przykazała sobie surowo i zdecydowanie postawiła nogę na pierwszym szczeblu drabinki. Bimbel odjął lunetę od oczu.

– Proszę, proszę – powiedział udając ogromne zdumienie. – Kogo ja widzę! Słodka Tapati, grzeczna Tapati sama o tej porze!

– Chcę przejść – powiedziała krótko Tapati. To żądanie okropnie Bimbla rozśmieszyło.

– Ha! ha! ha! Słodka Tapati chce przejść – wołał wymachując lunetą. – Chce przejść? A tu maleńka przeszkoda! Całkiem maleńka przeszkoda, ha! ha! ha!

Ten śmiech był tak nieprzyjemny, że Tapati zapomniała o swoich mądrych postanowieniach. A poza tym bardzo się śpieszyła.

– Złaź, Bimbel, bo powiem Cioci Babili, że tu jesteś.

Ta, istotnie niezbyt mądrze wybrana, pogróżka jeszcze bardziej rozśmieszyła Bimbla.

– Ona powie mojej Mamie, że ja tu jestem! Och, och! Ona powie, słodka Tapati, grzeczna Tapati, której nie wolno wychodzić z domu po zachodzie słońca! To ja mogę coś powiedzieć twojej Mamie. Mnie wszystko wolno, bo jestem jedynak – dorzucił dumnie.

Nie wiadomo, jak by się ta słowna utarczka skończyła, gdyby nie to, że na zboczach parowu, poza Pinglowymi Zaroślami coś zaszeleściło, zachrobotało i pisnęło w dodatku. Bimbel natychmiast zapomniał o Tapati. Zeskoczył z drabinki i, trzymając przed sobą lunetę jak tarczę, pomknął tam, skąd dobiegały owe podejrzane odgłosy.

Tapati wzruszyła ramionami i – bez większego zapału – rozpoczęła wspinaczkę po żelaznych szczeblach. Nagle wydało jej się, że jest bardzo daleko od domu. Poczuła się tak, jakby była zupełnie sama na świecie: bez Mamy, Tatusia, Babci, Dziadka, brata. A przecież… co się właściwie stało? Dom wcale nie był daleko i byli w nim wszyscy, których kochała.

Czy każdy czuje się tak obco, gdy spotka kogoś obcego? – dumała, rozgoryczona. – Czy tylko ja taka jestem? Bimbel jest moim ciotecznym bratem, a jednak jest obcy. Ja tak czuję. Kim jestem ja bez Mamy, Tatusia, bez wszystkich?

Niepewna siebie, spłoszona, wydana na łup niepokojącym pytaniom – czy jest tą Tapati, którą zna Mama, Dziadek i wszyscy, czy też jakąś inną Tapati, której nikt nie zna, nawet ona sama – wspinała się po drabince (bo w każdym razie nie przyszło jej do głowy, aby zawrócić) coraz wyżej i wyżej. Ale gdy wreszcie znalazła się na szczycie skały, od razu przestała zadawać sobie trudne i dziwne pytania, przestała się zastanawiać nad czymkolwiek.

Stała i stała. Stała bez ruchu i patrzyła.

Równina Wiatru Długich Noży lśniła i migotała, jakby biegały po niej tysiące niewidzialnych małych istotek, a każda trzymała w ręku świeczkę o chybotliwym, wysokim płomyku. Te płomyki daleko na krańcach rosły, ogromniały, zalewając niebieskawym światłem łagodne, faliste wzgórza. A poza nimi widniała samotna, tajemnicza Góra Arunczumalaj. Obydwa Księżyce w otoczce turkusowych, pierzastych chmur wyglądały niby oczy olbrzymiej sowy znieruchomiałej z rozpostartymi skrzydłami ponad trójkątnym, dzikim i groźnym szczytem. Wiatr przelatywał po czerwonym zboczu, miotąc srebrny pył, znacząc na jego powierzchni srebrny wąsaty ślad: taki ślad żłobi w morzu szybka motorowa łódź, o czym Tapati jednak nie wiedziała, nie była bowiem nigdy nad morzem2.

Stała i patrzyła, i czuła, że dzieje się z nią coś niezwykłego, że rośnie, ogromnieje jak te płomyki pełgające po równinie, że staje się światłem niebieskim zalewającym wzgórza i wznosi się jeszcze wyżej, coraz wyżej, że jest Górą Arunczumalaj, że jest wszystkim – całym tym pięknym światem.

– Tapa-ti-ti! – rozległ się nagle bardzo blisko bojowy okrzyk Tapatika. A w sekundę potem i on sam wyszedł zza porośniętego żółtawym mchem głazu.

Był taki rozczochrany i brudny, że Tapati natychmiast ocknęła się ze swego oczarowania, „wróciła” – była znowu Tapati, jego siostrą bliźniaczką.

– Tapatik! Co ty wypra…

– Wciągnąłem w zasadzkę Bimbla – przerwał jej w pół słowa (zawsze tak robił, bo zawsze bardzo się śpieszył). – Wciągnąłem w zasadzkę tego nadętego jedynaka! – powtórzył triumfalnie.

– A, to ty tak hałasowałeś w parowie!

– Ja! – odparł dumnie Tapatik. – Słyszałaś, jak piszczałem? Bimbel myślał, że to stary pancernik Huks. A już dawno próbuje wypenetrować, gdzie Huks chowa swoje zapasy. Więc ja go zwabiłem do parowu. A wiesz gdzie? Prosto w tę dziurę, którą Dziadek wykopał w zeszłym roku, kiedy wykoncypował sobie, że w tym właśnie miejscu był niegdyś pałac legendarnego króla Ukr!

– I co, wpadł?

Tapati zadała to pytanie już bez zainteresowania. Wiatr bowiem wiejący na Górze Arunczumalaj zmienił kierunek. Miótł teraz srebrny pył prosto na równinę. Srebrny pył zapalał się od pełgających po niej płomyków, układał się w długie, zielone, ostro zakończone słupy. Nie, nie słupy. Ostrza!

Równina Wiatru Długich Noży – pomyślała Tapati, przejęta. – Więc dlatego tak się nazywa!

– Lepiej! – ciągnął z uciechą Tapatik. – Do dziury wpadła jego luneta. Siedzi tam teraz i czyści ją. Tapa-ti-ti!

– Tapatik! Popatrz. No, popatrz. Jak pięknie. Widzisz te długie noże tańczące po równinie? Widzisz górę?

Tapatik zerknął jednym okiem.

– Fajowo – rzekł myśląc zupełnie o czym innym. – Wracamy. Na pewno lada moment zapadnie decyzja. Musimy być przy tym. A poza tym Mama pewnie już zauważyła, że nas nie ma. Pędzimy!

Tapati westchnęła. Chętnie by jeszcze posiedziała na skale, jeszcze za mało było jej patrzenia. Ale istotnie, trzeba wracać.

Rzuciła ostatnie spojrzenie ku płomienistej górze i poszła za bratem.

– Tapatik. Widziałeś Gurulów? Widziałeś ich buty?

– Jasne, że widziałem.

– Nie wiesz, dlaczego oni uważają się za lepszych od reszty rodziny?

Tapatik nie wiedział, ale za nic by się do tego nie przyznał.

– Właśnie dlatego, że noszą takie błyszczące buty – odparł z wielką pewnością.

Ze zbyt wielką pewnością. Tapati dobrze znała ten ton… Bufonada brata często ją złościła, teraz jednak nie była pora na złość. Tapatik bowiem nie zamierzał iść ścieżką przez Pinglowe Zarośla, prowadził na przełaj, szczytem parowu. Stąd przez cały czas widać było dom oświetlony jak podczas Święta 13. Jastrzębia i wielkie lampy płonące nad ogrodowym stołem. A za najwyższym oknem, przesłoniętym pomarańczową firanką, w największym pokoju odbywała się ostatnia, decydująca narada…

– Tapatik! Szybciej!

– Zdążymy. Dziadek nie zacznie bez nas! A słyszałaś, Tapati, jak Tatuś mówił o najnowszych naukowych odkryciach? Pamiętasz: planeta Ziemia według najnowszych odkryć naukowych jest, być może, kolebką naszego rodu. Naukowych, ha! ha! ha!

– Ha! ha! ha! – zawtórowała Tapati, bo to było naprawdę bardzo śmieszne. Zaraz zresztą wyjaśnimy dlaczego.

Wszystko zaczęło się od tego, że Dziadek przeszedł na emeryturę. Niektórzy dziadkowie bardzo się martwią, gdy nadchodzi ta chwila, mówią, że teraz są niepotrzebni, że nie pozostaje im nic innego, jak tylko czekać na śmierć itd., itp.

Zupełnie inaczej było z Dziadkiem Tapatika i Tapati.

– Nareszcie będę mógł robić to, na co zawsze miałem największą ochotę, a na co nigdy nie miałem czasu! Co za szczęście! – oświadczył rozradowany, kiedy wrócił z biura po ostatnim dniu pracy. – Niech żyje wolność! – wykrzyknął jeszcze i z rozmachem wyrzucił niepotrzebną już teczkę przez okno.

– Nie wydaje mi się, abyś zawsze robił tylko to, co musiałeś robić – zauważyła Babcia. – Właśnie dlatego przez całe życie mogliśmy sobie pozwolić tylko na jednego robota domowego, podczas gdy inne rodziny mają po dwa, a nawet po trzy.

Brzmiało to jak wymówka, ale słowom zaprzeczało spojrzenie – uśmiechnięte, kochające. Każdy na Tapatii (włącznie z Dziadkiem) wiedział, że Babcia należy do tych nielicznych żon, które swego męża nie zmuszają, aby zapracowywał się na śmierć po to, żeby można było kupić coś, co mają inne rodziny.

Bardzo szybko wszyscy się dowiedzieli, na co Dziadek miał największą ochotę: ni mniej, ni więcej tylko zbadać niedostępną, tajemniczą Górę Arunczumalaj.

Tym razem uśmiech znikł z oczu Babci.

– Wiesz, że ta góra jest bardzo niebezpieczna – powiedziała z łagodną perswazją. – Nawet młodzi nie odważają się na nią zapuszczać, a ty, w twoim wieku…

Tapati zawsze podejrzewała, że gdyby Babcia nie powiedziała tego: „a ty, w twoim wieku”. Dziadek, być może, dałby się przekonać, że właściwie to ma ochotę na coś innego niż wysokogórskie wspinaczki…

– W twoim wieku! – parsknął gniewnie. – A właśnie! Młodzi teraz zgnuśnieli i tylko się wylegują na tapczanach, z radiem przy uchu. Ja w moim wieku pokażę im, jak trzeba żyć! A poza tym ktoś wreszcie musi zbadać tę górę.

Zawsze miałem wrażenie, że tym kimś będę ja. Bo mnie ta góra woła! A poza tym ja tak chcę i nie ma gadania!

No i nie było gadania. Dziadek kupił sobie specjalne sandały do chodzenia po górach, czekan, linę z hakiem, ciemne okulary, plecak oraz twarzową czapeczkę z pomponikiem i rozpoczął swe niebezpieczne wyprawy. Wkrótce wiedziała o tym cała Tapatia. Imię Dziadka było na wszystkich ustach, a nawet pisano o nim w gazetach (w telewizji Dziadek nigdy nie chciał wystąpić, twierdził, że nie będzie robił z siebie pajaca, dosyć jest chętnych), Góra Arunczumalaj bowiem od wieków budziła ogromne zainteresowanie. Opowieści, legend i zwyczajnych plotek krążyło o niej mnóstwo. Jedna z tych opowieści mówiła, że gdzieś w niedostępnych rozpadlinach żyją Starzy Mędrcy, którzy znają różne ważne tajemnice, a zwłaszcza tę najważniejszą ze wszystkich: tajemnicę pochodzenia Tapatików.

Ale góra dobrze broniła swych tajemnic. Sprawiała mnóstwo niespodzianek; z daleka wyglądała zupełnie inaczej niż z bliska, co więcej, kiedy się postawiło nogę na jej zboczu, zupełnie zmieniała kształt, czasem wydawało się, że to w ogóle nie góra, tylko tysiące małych ruchomych wzgórz, które płatały wędrowcom niebezpieczne figle, zwodząc ich niby błędne ogniki na bagnach. Wielu śmiałków zaginęło, a ci, którzy wracali, wracali kompletnie odmienieni i do końca życia nie wypowiadali już ani jednego słowa, jakby stracili mowę.

Taką to właśnie górę postanowił zbadać dziadek Tapati!

Nic więc dziwnego, że nawet Babcia straciła swój zwykły spokój. Starała się, co prawda, ukryć zdenerwowanie przed całą rodziną, a zwłaszcza przed dziećmi. Przysunęła tylko ulubiony fotel do wychodzącego na Górę Arunczumalaj okna i kiedy miała wolną chwilę, wypatrywała na jej zboczach czerwonej czapki z pomponikiem. W te zaś dni, gdy była gorsza pogoda, wróciwszy spokojnie z porannych zakupów wydawała, jak zwykle, polecenia robotowi kuchennemu XL-owi, a potem wkładała płaszcz nieprzemakalny, pakowała do torby termos z gorącą czekoladą i szła w ślad za Dziadkiem.

A tymczasem Dziadkowi szczęście dopisywało zadziwiająco. Wyprawiał się na górę kilkakrotnie i za każdym razem wracał zdrów i cały, taki jak poszedł, co samo przez się było rzeczą niesłychaną.

Aż zdarzyło się, że z którejś wyprawy nie wrócił – nie było go całe trzy dni.

Trudno opowiedzieć, co działo się wtedy w domu. To było naprawdę okropne. A rankiem czwartego dnia, gdy wszyscy poczęli już tracić nadzieję, wszedł Dziadek, zakurzony, obszarpany, blady, z płonącymi oczami. Pod pachą dzierżył grubą, bardzo zniszczoną księgę.

Nie przemówiwszy do nikogo ani słowa, udał się wprost do swego pokoju i zamknął drzwi na klucz.

– Babciu, Dziadek się nawet nie wykąpał – powiedziała zdumiona Tapati. -A przecież jest strasznie zabrudzony!

– Gorzej, że nic nie zjadł – mruknęła Mama i zaczęła szukać w książce telefonicznej nazwiska najlepszego specjalisty od chorób psychicznych.

– Daj spokój, kochanie – powstrzymała ją Babcia. – Wiesz dobrze, że on nie przyjmie żadnego lekarza.

– Mamy więc tak siedzieć z założonymi rękami?

– Kto mówi, że z założonymi rękami? O ile pamiętam, zostałaś dziś w domu, żeby zrobić tę pilną korektę…

Mama westchnęła i posłusznie zasiadła do swego biurka. A Babcia, zapędziwszy robota kuchennego XL-a do tarcia chrzanu (co naturalnie trzeba robić poza domem), sama stanęła przy kuchni.

Po