Wymyślony raj - Wiesław Kulpa - ebook
Opis

Strażak Mocny po przeszczepie twarzy umiera tragicznie i trafia do miejsca zwanego Otchłanią. Jest to przedsionek raju, który każdy może wymyślić, ale nie każdy do niego trafi. O tym decydują Sprawiedliwi w zależności od tego, kto jakim był za życia.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 348

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Wstęp

Idę alejką na cmentarzu, szukam rodzinnej mogiły pewnej osoby. Wtedy, kiedy ją widziałem, to nie wiem, czy jeszcze była osobą, czy już może nie, w każdym razie nie żyła – w pewnym sensie.

Stary już jestem, bardzo jestem stary, jakby ktoś zapytał mnie, ile mam lat, pewnie bym nie odpowiedział, nie wiem po prostu, ileż to wiosen minęło – żeby wiosen tylko! – ileż to razy jesienią chodziłem po cmentarzach, liście z mogił odgarniałem, żeby właściwą wreszcie odnaleźć, a i zimą też chodziłem i szukałem, śnieg odgarniałem z grobów, ręce mam przemarznięte do dzisiaj.

Wiele miast i wiele wiosek schodziłem, wszystkie cmentarze widziałem, nie znalazłem; ten cmentarz jest ostatni, jeśli tu nie będzie, to będzie znaczyło, że ta osoba była wytworem mojej wyobraźni, chociaż w głębi serca wiem, że istniała – wiem to.

Wchodząc na ten cmentarz, widziałem bramę, która stara jest; zdobiona, solidna brama, kuta ręcznie, ktoś się natrudził, aby tą bramą żegnać ludzi, żegnać na zawsze, ktoś pomyśli, a tu nie tak; wszystkie bramy na cmentarz są smutne, ludzie, którzy je robią, powinni się wreszcie dowiedzieć, że to brama do radości jest, do miejsca, jakiego nie widzieli, do miejsca, którego nawet największy marzyciel nie może sobie wyobrazić.

Byłem tam przez chwilę, tak się zdarzyło; to, co widziałem, to mały fragmencik ponoć, ale tutaj takich kolorów jak TAM nie ma, ja byłem na chwilę tylko, ale to zostało w mojej pamięci, cały czas czekam na ten dzień, w którym jakiś Sprawiedliwy znowu mnie przywita, chociaż widziałem, jak się potrafi jeden z nich rozzłościć na pewnego osobnika w poczekalni; tak, w poczekalni, jest Tam poczekalnia, nie jest to szpital, chyba że nazwać To miejsce lecznicą ludzkich serc; tylko nie każdemu tam się serce (mam tu na myśli duszę) da wyleczyć – ten, kto je zatracił całkowicie tutaj, Tam nie bardzo ma szanse odnaleźć lata utracone, a życie, jakim tutaj żył, takim samym Tam będzie; widziałem płacz i rozpacz, widziałem wiele cierpienia, ale widziałem też radość tak wielką, że tutaj serdeczny śmiech w porównaniu z tamtym to prawie płacz. I spotkałem wielu ludzi, rozmawiałem z nimi, jedni byli dobrzy, inni źli, jedni czekali latami, a inni zaraz wchodzili tam, gdzie wyznaczył jakiś Sprawiedliwy.

Opowiem kilka historii o tych osobach właśnie, o tych, z którymi tam przebywałem, i o tych, o których słyszałem. Gdybym chciał opisać wszystkie ławki w poczekalni, nie starczyłoby papieru na tym świecie – papieru, który był, jest, a nawet zostanie zrobiony. Taka to ci historia.

ROZDZIAŁ PIERWSZY: Strażak

– Chłopaki, alarm! Do wozów! Ruszamy za cztery minuty, ruszać się! – powiedział, a właściwie krzyknął szef zmiany. – Meldować się po kolei od lewej – powiedział już w wozie.

– Gdzie tym razem jedziemy, komendancie? – zapytał jeden ze strażaków.

– Dom się pali. Możliwe, że ludzie są w środku, na miejscu już są dwie jednostki, dwie jeszcze jadą. Pamiętajcie, że konstrukcja domu jest drewniana… Szykować maski, dojeżdżamy, my wchodzimy od dołu, na drabinach już są. Tylko bez rutyny. A co do ciebie, Mocny, to ja ci powtarzać, kurwa, nie będę: jeszcze jedno samowolne działanie i wypad z brygady, a jak coś spieprzysz, to z jednostki wylecisz, zrozumiano?! – krzyknął komendant.

– Tak jest – mruknął pod nosem Mocny.

„A właściwie to gdzie jest Mały – pomyślał. – Zawsze razem wkraczaliśmy do akcji – dzisiaj go nie ma, no nic, dam sobie radę sam”.

Dom faktycznie ruina jakaś, cały front w ogniu, cztery jednostki już teraz są na miejscu, starają się gasić, ale belki drewniane mocno już zajęte, woda niewiele tu pomoże.

Ludzi pełno przed domem, widać, że część z nich to mieszkańcy, bo nie wszyscy w pełni ubrani, a co niektórzy mają koło siebie jakieś rzeczy wynoszone w ostatniej chwili, co kto zdążył zabrać w ręce.

Mocny, widząc tych ludzi, podbiegł do nich i zapytał:

– Kto wie, ilu ludzi było w domu? Wszyscy wyszli? Wie ktoś?

– Brakuje dwojga, ojca z córką, ale mieli jechać na wycieczkę, więc nie wiadomo, czy w domu byli – powiedział jeden ze stojących mieszkańców.

– To nie sprawdziliście, do kurwy nędzy?! Które to mieszkanie?! – zapytał wściekły Mocny.

– Od tyłu trzeba wejść, drugie po lewej, ale tam pewnie nikogo nie ma – powiedziała jakaś baba.

– Mały! – krzyknął Mocny do nowego strażaka, ale w tej samej chwili uświadomił sobie, że dzisiaj go nie ma; nie myśląc wiele, pobiegł na tył domu, tylko że maska została.

Zorientował się na schodach, nie było już czasu na powrót, krzyki usłyszał; zawsze działał tak, jakby był w amoku jakimś, silny był niesłychanie, rozwalił drzwi i jakoś udało mu się wynieść ojca z córką, tylko wrócił po kota, dziewczynka płakała za nim, więc poszedł.

*

Tak chłopacy ustalili, że po każdej akcji spotykają się w takiej małej knajpce, tam znają się wszyscy właściwie i jakoś zawsze wesoło tam było. Dzisiaj nie ma tej radości.

– Cześć, brygada! – powiedział Mały na wejściu. – Barman, piwo dla wszystkich! – krzyknął. – Dzisiaj stawiam ja, syn mi się urodził, to jest najpiękniejszy dzień w moim życiu.

– Gratulacje! – powiedział kapitan, wstając. – Panowie, wstajemy wszyscy, uczcimy narodziny dziecka naszego kolegi. W górę serca.

– A co wy tacy smutni dzisiaj? Stało się coś?… Pytam przecież!… No właśnie, gdzie jest Mocny?

– Siadaj – powiedział kapitan. – Akcja była, Mocny w szpitalu jest, nasza to wina, sam chciał zrobić coś… moja wina właściwie, nie dopilnowałem. Kurwa mać! Trzeba oddać krew. Jak wydobrzeje, składam odznakę – chyba pora!

– Szefie, najmłodszy jestem, jak chce szef, to niech mnie szef wywali, ale powiem coś: przestań pierdolić, szefie, to jest moja wina, zawsze byłem razem z Mocnym, dzisiaj nie miałem jak. Ja odejdę – tak trzeba.

– Nie denerwuj mnie! Jedziemy zaraz do szpitala, a ty do domu, szykuj dziecku pokój. To rozkaz!

– Dzisiaj nie mam służby, nie ma dla mnie rozkazu, nie dzisiaj, szefie. Mocny jest moim przyjacielem, pojadę albo z wami, albo sam – odpowiedział stanowczym głosem Mały.

– No to jedziemy wszyscy. Z tobą pogadam innym razem, oj, pogadam.

*

Szpital

– Dzień dobry, siostro, tutaj przywieźli naszego kolegę. Z pożaru go przywieźli, strażakiem jest. Jeśli to pani coś pomoże, ja jestem kapitanem tej drużyny – powiedział komendant.

– Jest wśród was ktoś z rodziny? – zapytała pielęgniarka.

– Wszyscy tutaj jesteśmy jak jedna rodzina, każdego traktuję jak syna i każdy traktuje wszystkich jako braci, inaczej nikt nikomu by nie zaufał. Proszę nam pozwolić się z nim zobaczyć – odparł komendant.

W jednostce nazywali go kapitanem, czasem szefem, bo tak lepiej brzmi, a tak naprawdę był komendantem.

– Wasz kolega jest na intensywnej terapii, tam nie wolno wchodzić – powiedziała pani w recepcji.

– Siostro, prosimy, to dla nas bardzo ważne – tym razem odezwał się Mały.

– Ordynator mnie za to zabije. Kod do windy to 2525, drugie piętro, na lewo, tylko jak coś, to ja nic nie wiem.

– Wielkie dzięki, siostrzyczko – ukłonił się komendant.

*

– Panie doktorze, chcielibyśmy się dowiedzieć, co z naszym kolegą.

– Ponoć tutaj leży.

– Strażakiem jest, co z nim, doktorze? – pytali jeden przez drugiego.

– A kto was tu wpuścił, tutaj nie wolno przebywać osobom z zewnątrz – powiedział trochę zdenerwowany doktor.

– Nikt nas nie wpuścił, winda była zablokowana, a na tablicy jest napisane, że drugie piętro, więc jesteśmy – powiedział kapitan.

– Kto jest z rodziny? – zapytał lekarz.

– Wszyscy z rodziny jesteśmy, po mundurach przecież widać – odparł Mały, jak zawsze z angielskim dowcipem.

– Niech wam będzie, zjedziemy na dół, tam pogadamy, tutaj tylko zarazki roznosicie – odparł doktor. – Ale robię to w drodze wyjątku.

Tak się jeszcze nigdy nie zdarzyło jak teraz, lekarz poprosił pielęgniarkę, aby przyniosła chłopakom coś do picia. Kawę, herbatę i soki przyniosła. Komendant już niemłody facet, niejedno widział, pierwszy się zorientował, że coś jest nie tak, bo w szpitalach bywał nie raz, nie dwa, a tak nie było nigdy. Czuł, że jest źle, zapytał więc:

– Doktorze, kawy napijemy się kiedy indziej, chcemy wiedzieć, wszystko wiedzieć.

– No dobrze – odparł doktor. – Dziećmi nie jesteście, zrozumiecie. Kolega wasz, czy brat nawet, jest w ciężkim stanie, podłączony jest do respiratora, ma płuca za słabe, aby samemu oddychać. Trzymamy go w śpiączce farmakologicznej, cały czas jest monitorowany, wybudzimy go, kiedy przyjdzie czas. Myślę, że za dwa, trzy dni powinno być lepiej, to przeżyje, silny organizm ma, serce silne, wątroba gorzej, ale też jakoś da radę.

– Co to znaczy „to przeżyje”?! Kurwa, mów, chłopie! – zdenerwował się komendant.

– Jest jeszcze coś: ogień spalił mu skórę twarzy, całą lewą stronę, cudem udało się oko uratować.

– Zamykał oczy, ściskał właściwie, tak mnie uczył – powiedział Mały.

– Pewnie tak było, powieki miał sklejone. Teraz najgorsze: skóry nie da się uratować, właściwie nie ma całej lewej strony twarzy, potrzebny będzie przeszczep, nie teraz, zagoić się musi wszystko. Teraz właśnie jest wasze zadanie: macie mu pomóc przetrwać, ciężko będzie, bolesne jest leczenie ran pooparzeniowych.

– Doktorze, było nas trzynastu i tylu nas będzie! – powiedział komendant.

– No dobrze, jedno tylko pytanie mnie nurtuje: jak to się stało, że taki zasłużony strażak, który zna wszystkie złe strony ognia, nie pomyślał, co się może stać? Przecież był w niejednej akcji, co się stało, tego nie jestem w stanie zrozumieć.

– Doktorze, zapraszam pana dzisiaj wieczorem na piwo, tam panu opowiem pewną historię. Widzę, że jest pan jednym z tych normalnych. Jestem szefem, więc mogę oficjalnie pana zaprosić, nie przyjmuję odmowy. To co, zgoda?

– Gdyby nie sytuacja, pewnie bym nad tym myślał długo, ale teraz powiem, że będę. Proszę powiedzieć mi, gdzie i o której.

*

– Panowie, wstajemy, doktor idzie. Doktorze, pan usiądzie między nami – zaprosił komendant.

– Nie jestem teraz doktorem, zaprosiliście mnie, dziękuję za to. Nie wiem, czy podołam waszym oczekiwaniom, ale zrobię, co będzie trzeba. Dzisiaj Waldek jestem.

Miło bardzo, chłopacy przedstawili się też, tak jak uczono ich w domach.

– No to, Waldek, czego się napijesz? – zapytał Mały.

– Ja postawię kolejkę, jeśli można, tak na dobry początek… Panie barman, wszystkim, co chcą… właściwie to po dwa razy.

Minęło parę chwil, barman przyniósł wszystko, właściwie więcej jeszcze, niż zamówione było. Lekarz Waldek powiedział:

– Niech pan tam zapisuje, ja za chwilę ureguluję wszystko.

Barman dobrze znał chłopaków, wiedział, że później wszyscy będą chcieli płacić, powiedział więc:

– Dwie kolejki ja dzisiaj stawiam, zasłużyliście na to, na sto kolejek nawet, tylko wtedy ja pójdę z torbami i gdzie się podzieję. Nie mam gdzie iść, więc za resztę będziecie płacić.

Może dziwić ludzi, dlaczego uśmiechnięci są, dlaczego piwko piją, oni wszystko widzieli już, śmierć muska ich po policzkach, czasem kilka razy dziennie; przyjaciel w szpitalu jest, ale wiedzą, że będzie żył, co dalej będzie, to czas pokaże, nie wolno się załamać, wtedy zamiast pomagać, szkodzić będą i sobie, i innym; nie ma w tym zawodzie sentymentów, każdy z nich wie, że to odbija się na rodzinie, na całym życiu prywatnym; właściwie to nie ma czegoś takiego jak życie prywatne; żony ich się złoszczą, że w domu, czy to niedziela, czy to jakieś grillowanie, zawsze jest ktoś z kolegów, kobieta nigdy nie zrozumie, właściwie nie bardzo ma czym zrozumieć, tu potrzeba czegoś więcej, instynkt nie wystarczy, nie zrozumie, głupia, że dzisiaj jest u mnie w gościnie, a jutro możemy się gościć tam gdzieś; można zmienić zawód, pewnie że tak, tylko nie każdy umie robić coś innego, a nawet jeśli umie, nie znajdzie tam takiej przyjaźni jak tu; tutaj żaden… jeszcze raz powiem: żaden niczyjej żony nie ruszy, nie dlatego, że bał się będzie, że kiedy przyjdzie chwila, aby mu potrzebnej pomocy udzielił ten zdradzony – nie dlatego, tylko jak ktoś ma szacunek, to jest zawsze razem z nim; mało tego, każdy z nich powiedziałby, gdyby zaistniała sytuacja odnośnie do jakichś gestów ze strony którejś z żon – tak to jest właśnie ustalone, nie przysięgą, tylko każdy wie, że nie wolno inaczej, to jest społeczność, do której ciężko się dostać, ale wyjść z niej jeszcze gorzej.

– Ja wiem, że nie miejsce, pora też pewnie nie taka, ale opowie mi może któryś z was, jak to się stało, kim właściwie jest Mocny? Leczył go będę trochę dłużej, więc chcę wiedzieć, właściwie muszę wiedzieć, będzie mi łatwiej, jeśli pacjenta będę znał.

– Faktem jest, że nie miejsce ani nie czas, ale powiemy ci, o co chodzi. Mocny działa instynktownie, właściwie zawsze jakoś pierwszy umiał wejść tam, gdzie było największe zagrożenie. Wiele razy było tak, że wydawać by się mogło, że nie ma sposobu, by wejść do jakiegoś budynku czy pomieszczenia, on wchodził i zawsze wychodził cało, najwięcej ludzi uratował z całej naszej jednostki. Dwa razy był zawieszony, ale kiedy sytuacja wymagała pomocy zawodowca, brali go od nowa. Za trzecim razem postawiono warunek, że ma zawsze chodzić z Małym, tak było do teraz. Mały bał się, że Mocny będzie zły, że będzie mu dokuczał albo coś, ale Mocny rozumiał dobrze, wiedział, że Mały niczemu tu winien nie jest, zresztą Mocny nigdy jakiejś zbytniej agresji nie przejawiał do nikogo, kiedyś był wesołym facetem, ale wydarzyło się coś, co odmieniło jego życie. W pewnym sensie nasze też.

Parę lat temu to było, wiosną wczesną, błota było jeszcze dużo wszędzie, dostaliśmy zgłoszenie do wypompowania wody z piwnicy, któryś już raz tego dnia, tego okropnego dnia; właściwie wiosną większość jednostek jeździ na takie interwencje, mało wtedy wyjeżdżamy na akcje gaśnicze, może dlatego, że mokre wszystko jeszcze jest po zimie i mniej pożarów, to jest najlżejszy okres dla straży; później, jak się już dobrze ciepło zrobi i ziemia obeschnie, to ludziska trawy wypalają, wtedy się dzieje dopiero, najgorzej, jak łąki są blisko lasu albo zabudowań; w tym czasie wszystkie jednostki mają pełno roboty całą dobę, choćby nie wiem, ile mandatów wystawić, nic to nie da, rolnik ma to zakodowane i koniec, jego dziadek wypalał trawy, jego ojciec wypalał trawy, to i on też te trawy wypalał będzie – tak to widzą rolnicy.

Zgłoszenie do tej piwnicy okazało się fałszywym alarmem, pomyśleliśmy, że kolejny głupi żart gówniarzy. Nie był to jednak żart.

Wtedy, kiedy jednostki nasze znajdowały się w terenie, większość poza miastem właściwie, Mocnemu dom się zaczął palić. Dwie jednostki, które były najbliżej, pojechały do pożaru, za jakiś czas dołączyło jeszcze kilka, ugasiły pożar. Dom został dość mocno zniszczony, ale… jego żona i córka były w środku, nie miały jak wyjść, ogień objął obie ściany z drzwiami i oknami, żadna z nich nie przeżyła. Wielki to był szok dla nas wszystkich, nie umiem teraz odtworzyć dokładnie tamtej chwili, nie dlatego, że minęło parę lat, tylko wtedy taki zamęt był, że właściwie pamiętam to jak zły sen. Później okazało się, że to było podpalenie; policja dotarła do tego faceta, który zgłosił fałszywe wezwanie do tej niby zalanej piwnicy. Wtedy okazało się, że to był dawny chłopak żony Mocnego – nie mógł pogodzić się z tym, że wybrała innego, kilka razy odgrażał się Mocnemu, mówił, że i tak z nim nie będzie. Mocny nie zgłosił tego na policji ani nie powiedział o tym na rozprawie, wszyscy wiemy, dlaczego tak postąpił. Proces był poszlakowy, właściwie dowody były tylko na to, że wszczął fałszywy alarm. O to chodziło Mocnemu, nie chciał, aby ten szmatławiec długo siedział; wyjdzie niedługo, wiemy dokładnie, co się stanie, mamy tylko taką nadzieję, że Mocny już dojdzie do siebie.

Po tej całej tragedii Mocny miał przerwę w pracy, właściwie miał przerwę ogólną: pił dużo, awanturował się po knajpach, mało kiedy się mył, mało kiedy jadał. Wreszcie po jakiejś poważniejszej bójce trafił do szpitala – ktoś mu wbił dwa pręty w bebechy; to musiał być jakiś wielki facet, Mocnego pobić wcześniej się nikomu nie udało. Właściwie to dobrze się stało, bo jak trafił do szpitala, trochę go podleczyli. Ktoś zagroził, że go na odwyk przymusowy wyślą, a mieli do tego prawo, policja coraz częściej miała zgłoszenia o jego awanturach, o wybijaniu szyb w knajpach, o pobiciu kogoś, więc mogli stwierdzić, że agresywny jest, że zagraża społeczeństwu i tyle. Nikt nie chciał źle dla niego, każdy w mieście wiedział dobrze, co się stało, ale wszystko ma jednak jakieś granice i ta granica właśnie teraz się ukazała.

*

Następnego dnia doktora bolała głowa. Właściwie nie tylko jego. Chłopacy namieszali alkoholi, wypili trochę za dużo; mało się kiedy zdarzało, aby wypijali więcej niż parę drinków lub kilka piw – zeszłego wieczoru nastąpiła reakcja zmęczenia fizycznego i psychicznego, musieli jakoś odreagować; nie jest to może najlepszy sposób, ale na tamtą chwilę innego nie mieli.

Doktor miał też trochę inny powód, przez który bolała go głowa. Żałował, że dowiedział się o tym, co Mocny chce zrobić z podpalaczem. Niby go rozumiał, choć nigdy w takiej sytuacji nie był, i pewnie nigdy by znaleźć się nie chciał – lekarzem był, powinien ratować życie, a teraz nie do końca wiedział, jak ma się do tego odnieść. Sam na siebie był zły i właściwie żałował, że tam wczoraj poszedł. „A niech to szlag trafi – pomyślał – najgorsze jest to, że muszę do niego iść i powiedzieć wszystko”. Jakoś bardziej wolał operacje przeprowadzać, niż z pacjentem rozmawiać – teraz wyjścia nie miał.

*

– Doktorze, pacjent się wybudził, trzeba tam iść… pan niech tam idzie – powiedziała pielęgniarka.

Była to pielęgniarka najstarsza z całej ekipy szpitala. Lekarze często pytali ją, co dolega pacjentowi. Nie kończyła medycyny, ale wiedziała, co komu dolega; zanim się ktokolwiek zorientował, zastrzyk był zrobiony. Urodziwa nie była, ale miała to coś, czego nazwać się nie da. Blisko mieszkała, więc czasami w nocy przychodziła, sprawdzała, czy wszyscy żyją. Pielęgniarki chodzą po nocy i sprawdzają, lampką, kurwa, po oczach świecą, „Indianka” tego nie robiła, wystarczyło jej, że popatrzyła. Kiedy się zdarzyło, że ktoś już tam jedzie gdzieś, tam, gdzie drogi początek, parawan przynosiła, a resztę łóżek z ludźmi wywoziła na korytarz, okno otwierała, tak trzeba, kiedy ktoś tutaj do miejsca wstępu doszedł; było, że później wywozili ciało wózkiem, wózek miał jedno kółko krzywe, strasznie skrzypiało, jak był ten odgłos na korytarzu, dziwnie nagle wszyscy w pokojach siedzieli, nikt się wtedy nie odzywał. Później dopiero dyskusję prowadzili, a to, że to taka fajna pani była, a to, że taki fajny facet, wczoraj w karty z nim grałem, i patrz pan, zawinął się. Ale o tym, że napierdalał babę swoją, że komunistą był, że donosił, tego nikt nie wie, a jak wiedział, to i tak nie powie, przecie w kościele go widywano; kurwa, co to się dzieje z tym społeczeństwem, na całym świecie wszystkich pojebało, przecież nikt z tych „świętych” nie będzie oglądał świata, który tam jest, nie dla wszystkich tamten świat został przygotowany, większość tych „pobożnych” nie będzie widzieć nic więcej tylko jeden korytarz i jedne tylko drzwi – a drzwi jest tam wiele – które otworzą się dla każdego z nas; każdy tutaj szlifuje klucz, trwa to całe życie, może się tak wydarzyć, że klucz się złamie, ale jeśli ktoś będzie umiał jakoś posklejać to, co zepsuł, to otworzy drzwi, nawet te najpiękniej zdobione, wszystko zależy od tego, jakim kowalem na ziemi starał się być; nawet nie efekty się liczyć będą, tylko chęci, jakie miał, i ile wysiłku włożył w cokolwiek, co robił.

Mocnemu klucz powoli zaczyna rdzewieć, dużo dobrego w życiu zrobił, ale jeśli postąpi głupio, a wszystko na to wskazuje, to raczej nie będzie miał lekko; a najgorsze jest to, że może któregoś z kolegów wciągnąć w tę głupotę; do końca nikt pewny nie jest, co tam jemu w głowie siedzi, większość znajomych, sąsiadów i tych, co go znają, ma jednak nadzieję, że odpuści, bo lubią tego faceta, a jeżeli zrobi coś głupiego, to nikt go nie wyratuje przed naszą „sprawiedliwą” władzą… Czas pokaże, wszyscy się dowiedzą, niedługo zresztą.

*

– Witam pana, jestem lekarzem prowadzącym, Waldemar Jasiński – przedstawił się doktor. – Ale skoro będziemy się często widywać w najbliższym czasie, mów mi Waldek, a ja będę się do ciebie zwracał Mocny, tak jak wszyscy.

– Już chyba nie taki mocny. Zresztą nie miałem z tym nic wspólnego, dowiedziałem się, że mnie tak nazywają, długo po tym, jak mnie nazwali, i to od barmanki. Dlaczego mnie tak nazwali, tego dranie nie chcą powiedzieć – mówił cicho, zmęczony był, a i bandaż miał owinięty wokół głowy. – Doktorze, kiedy mi ten zasrany turban zdejmiesz? Oddychać nie można. I dlaczego, do cholery, jestem przywiązany?! – zapytał już trochę głośniej, nerwowo właściwie.

– Zaraz cię odwiążemy. To było konieczne, abyś się nie drapał, ledwie rany się lekko zagoiły. Przepraszam, ale to dla twojego dobra było. Ten turban, jak go nazywasz, też zdejmę za chwilę, właśnie o tym chcę z tobą porozmawiać, jesteś przecież mocny, więc zrozumiesz.

– Odwiń.

– Ale ja chciałem…

– Nie wiem, co chciałeś – odwijaj! – powiedział Mocny.

Wiedział, że jest źle, bolała go cała twarz, ale niech się dzieje, co ma się dziać.

– Nie wygląda najgorzej, goi się dobrze, przemyjemy zaraz i zobaczymy dokładnie, co trzeba zrobić… właściwie to gdzie trzeba zrobić. Posłuchaj, Mocny, nie będę ukrywał przed tobą niczego, trzeba będzie zrobić przeszczep skóry. Nie możemy wziąć od ciebie, nie ma takiego miejsca, z którego można pobrać skórę, więc możemy znaleźć dawcę jakiegoś, ale to wszystko od ciebie zależy, czy chcesz się uśmiechać, czy już na zawsze pozostać smutny.

– Ja nie jestem smutny wcale, zamyślony raczej, tak bym to nazwał.

– A nad czym to tak rozmyślasz? Jak nad sposobem zabicia tamtego drania, to robisz najgłupszą rzecz, jaką mógłbyś zrobić.

– Doktorze, widzę, że będę musiał nabić któregoś z kumpli. Nie będę pytał, który taki mądry, sam mi to powie, jak przyjdzie. Tylko wszyscy jesteście durniami, nie mam zamiaru nikogo zabijać, nawet mi to do głowy nie przyszło. Jestem zły, jak cholera jestem zły, ale ja nie zabijam ludzi, nie mam zamiaru spędzić reszty życia w więzieniu.

– Jakoś ci nie wierzę – powiedział doktor. – Znam taki typ ludzi: uparty jesteś jak osioł, dlatego jesteś Mocny, darmo cię tak nie nazwali.

– Wierzyć nie musisz, to nie jest kwestia wiary, tylko pewnych zasad. Czasem takie zasady dokuczają, ale zawsze to zasady. Najgorsze, jak ktoś nie ma w ogóle zasad… najgorsze dla innych, dla tego kogoś oznacza łatwe życie: nic nie musi robić, bo tak należy; dla takich nie ma grzechu żadnego. Dla mnie grzech jest wtedy, kiedy uważam to za grzech; jeśli dla mnie zabicie kogoś nie jest grzechem, wtedy przestaje być czynem złym. Ja nie kieruję się grzechem opisanym w przykazaniach biblijnych, dlatego że Biblia dla mnie żadną wartością nie jest. Dla mnie grzeszyć to działać wbrew sobie, nie komuś czy czemuś. Zrozumiałeś coś z tego?

– Zrozumiałem, podobnie myślę, nie tak samo w kwestii biblijnych przykazań, ale reszta jest OK. Pomyśl o przeszczepie, mało mamy czasu – zmienił temat doktor.

– Nie muszę o niczym myśleć, już teraz wiem, że się na to nie godzę; mogę nosić blizny, właściwie zawsze chciałem mieć kilka na twarzy, a jak na złość zawsze się trafiały gdzie indziej; nie będę nosił nie swojej twarzy, chyba właściwie się tym brzydzę… nie mogę sobie jakoś tego wyobrazić, nie, nie, odpada!

– Posłuchaj dokładnie, co powiem. Twoja skóra na plecach jest poparzona, zagoi się i wtedy możemy ją przeszczepić, ale na jakiś czas musimy zastąpić ją inną. To nie jest mój kaprys, to konieczność, inaczej może wdać się zakażenie, wtedy nie będzie czego ratować – umrzesz po prostu. Zastanów się spokojnie, jutro mi dasz odpowiedź. Młody jesteś, więc wybierz życie.

– Jeżeli się nie zgodzę, to ile mi zostanie czasu? – zapytał Mocny.

– Nie ma reguły, może parę tygodni, może kilka miesięcy, tego nie wiem. Jedno wiem, że nie będziesz mógł chodzić, jeśli dostaniesz zakażenia; z krwią dojdzie do płuc, później do serca, taki będzie koniec – udusisz się albo dostaniesz zawału, ale i tak umrzesz. Wielu ludzi dziękowałoby za to szczęście w nieszczęściu, gdyby udało się znaleźć dla nich dawcę. To nie jest takie łatwe – jakoś to dziwnie działa, że ci, co godzą się na pośmiertne pobranie organów, zastrzegają, aby nie ruszać skóry, można tłumaczyć po stokroć, że to i tak wszystko zgnije po paru miesiącach, ale jak się ktoś uprze, to koniec. Oczu też mało jest, aby rogówkę pobrać – nie wiadomo, co myślą tacy ludzie, że co, że po śmierci będą chodzić i wolą widzieć? Nie wiadomo, co o tym myśleć, jedno jest dobre w tym wszystkim, że w ogóle jakieś narządy pobrać można.

– A gdyby poczekać na moją skórę, może by się udało przetrwać bez zakażenia, jak doktor myśli?

– Eksperymenty to na szczurach można przeprowadzać, nie na ludziach. Kurwa, chłopie, jeszcze nie rozumiesz? Co ty jakiś kołek jesteś czy co? Czego tu można nie rozumieć? Albo się godzisz na przeszczep, albo przekazuję cię innemu lekarzowi, mój czas jest zbyt cenny, żebym się z tobą bawił. Właściwie to mnie wkurwiasz powoli, Mocny. Tępy się powinieneś nazywać, nie Mocny – rzucił oburzony doktor.

– No, niech będzie, szukaj gdzieś tej pieprzonej skóry. Tylko ja nie chcę więcej słyszeć o tym, co będziecie robić – zróbcie po prostu i tyle.

– Skóry i ucha, zewnętrznego ucha – powiedział z trochę ironicznym uśmiechem lekarz.

– O Jezu, kurwa, jeszcze tego brakowało! Nie mów więcej nic! Idź już, chcę zostać sam.

„Nigdy więcej nie pogłaskam kota” – pomyślał.

*

– Panie doktorze, znaleziono dawcę ze zgodnością dla naszego strażaka – powiedziała dyżurna pielęgniarka. – Dzwonili przed chwilą.

– Dziękuję, siostro. Proszę przygotować pacjenta do przeszczepu. I jeszcze jedno: nie mówcie mu o żadnych szczegółach związanych z operacją, tak będzie lepiej – dla nas i dla niego, proszę mi wierzyć, siostro.

*

– Witaj, strażaku! No i po wszystkim, udało się, będzie dobrze. Jak wszystko będzie po naszej myśli, za dwa, trzy tygodnie zdejmiemy bandaże na dobre. Póki co, będziemy zmieniać opatrunki codziennie, musimy kontrolować gojenie. Tego właściwie tłumaczyć nie muszę, tobie zwłaszcza, miałeś tyle poparzeń, że ciężko blizny zliczyć. Gdybym mógł, zabroniłbym ci wykonywać ten zawód. Do tej pory jakoś udawało ci się ujść z życiem, ale co dalej będzie… myślałeś czasem nad tym? Takie zachowanie może zagrażać tobie i innym. Najgorsze jest to, że ty masz w dupie własne zdrowie i prawdopodobnie zgodziłeś się na przeszczep tylko dlatego, że bałeś się, że nie dożyjesz momentu, gdy wyjdzie z więzienia facet, który ci żonę zabił. Moim zadaniem jest ratowanie życia, więc robię to, co do mnie należy; strażak też powinien robić swoje, tylko pamiętać należy, że są też inni, których narażać nie masz prawa. Chciałem, abyś wiedział, jaki mam stosunek do głupich bohaterów – dokończył lekarz.

– Doktorku, jesteś lekarzem, więc lecz i nie wtrącaj się w sprawy, które cię przerastają. Masz rację co do bycia strażakiem. Po wyjściu stąd złożę rezygnację. Jeszcze jedno: jak się ta skóra przyjmie, nie będzie więcej przeszczepów – niech będzie ta skóra, najwyżej będę się golił po ciemku. Dziękuję za wszystko, chyba jesteś facetem na poziomie.

– Wszystko fajnie, tylko mnie nie słuchałeś: gdybyś słuchał, to wiedziałbyś, że ten przeszczep jest tylko jak naturalny bandaż. Mówiłem ci przecież, że za parę tygodni twoją własną skórę przeszczepimy. Nie da się inaczej – mówiłem ci o tym.

– To chyba źle zrozumiałem. Czyli jeszcze jedna operacja będzie? Nie spodziewałem się tego; myślałem, że do domu pójdę szybko.

– Przykro mi, ale nie wyjdziesz stąd za szybko. Jako lekarz ci to mówię, a jako człowiek powiem ci, że jak wyjść będziesz chciał wcześniej, albo uciec nawet, to wiedz, że to jest mój oddział, nie puszczę cię, więc lepiej się przyzwyczaj do tego miejsca na jakieś trzy, cztery miesiące. Posiedzisz, odpoczniesz, może przemyślisz coś, co cię zżera – każdy ma jakieś coś, co gnębi, dokucza, myśli czyni innymi, zabiera sens istnienia, powoduje, że sen to jak nie sen; i wtedy widać, kto jest twardy, a kto miękkim chujem robiony. Poddaje się tylko ten, który nie ma wyobraźni, ten, który nie widzi kolorów, który idzie wiosną i tylko psie gówna widzi, a tu nie tak, nikt nie obiecywał, że łatwo i przyjemnie będzie, czasem pod górkę trzeba wejść, a kiedy się wejdzie na tę górkę, jak to miło się z niej zjeżdża, jak dziecko na sankach. Tak to trzeba odbierać albo chociaż się starać. Nie będę więcej morałów prawił, jutro przyjdę.

– Poczekaj. Możesz iść do mojego domu? Przyniósłbyś mi parę płyt i odtwarzacz. Napiszę ci na kartce, co potrzebuję. Zrobisz to dla mnie?

– Jasne. Do jutra.

*

Kilka tygodni później.

– No i co, Mocny? Dzisiaj przeszczepiamy twoją skórę, wstawimy implant ucha, za kilka tygodni wyjdziesz do domu – powiedział doktor.

– Powiedz, kim był ten człowiek, którego część mam na sobie?

– Nie wiem, nie mówią nam tego, a i wiedzieć nam się nie chce, bo i po co? Przywożą, my przeszczepiamy i jak się wszystko udaje, jesteśmy zadowoleni, że się udało – bo nie zawsze tak jest, czasem jakiś organ się nie przyjmie, wtedy biorca może stać się dawcą; bywa i tak.

– Ale możesz się dowiedzieć, prawda?

– Raczej nie, ty też daj sobie z tym spokój, lepiej nie wiedzieć – odparł doktor.

Wiedział, co mówi. Bywały przypadki, że pacjenci, którzy dowiedzieli się szczegółów z życia dawcy, zaczynali się angażować w życie członków jego rodziny, jakby utożsamiając się z nieżyjącym; i tylko rodzina cierpiała z tego powodu, bo „widziała”, wizyty te przypominały im o zmarłym. Dlatego doktor nie chciał, aby tak się stało w tym przypadku, tym bardziej że wiedział, jakim Mocny jest narwanym człowiekiem – dobry z niego chłopina, ale cholernie narwany i nieobliczalny (w czynach i gestach), dlatego dawno już dzwonił do odpowiednich osób, aby nie udostępniać Mocnemu żadnych danych, gdyby o nie poprosił.

– Kwiaty bym chciał położyć na jego grobie, może nawet się pomodlić.

– Psu na budę twoje kwiatki, a pomodlić się możesz w kościele albo gdziekolwiek. Mówiłeś zresztą, że jesteś niewierzący, to po kiego ci to.

– Nie wierzę w Kościół, w księży o pedalskich i pedofilskich upodobaniach, o złodziejskich praktykach przypominających mafię, tyle że działającą legalnie; zamiast ojca chrzestnego mają innego ojca, tyle tylko, że zapomnieli w swojej obłudzie o tym, że napisane jest w Biblii ostrzeżenie: „Jeden jest tylko Ojciec Święty, ten w niebie”. Tylko że wiara katolicka mało ma wspólnego z Biblią, wszystko poprzekręcali, tak aby im pasowało. Tak samo wygląda sprawa z celibatem – słowa nie ma w Piśmie, aby się nie żenili; samo to jest podejrzane, wychodzi na to, że od początku byli innej orientacji seksualnej… Mówię „innej”, bo to jest mniejszość, a mniejszość zawsze postrzegana była jako inna. Więc nie pierdol mi, że jestem niewierzący, wierzę w coś, co jest gdzieś ponad nami. Nie w górze – tylko gdzieś ponad wszystkim, gdzieś, gdzie nie ma kościołów za miliony postawionych co parę ulic. A dla twojej wiadomości: i tak go znajdę, kwiaty też zaniosę. To tyle.

*

Minęło kilka kolejnych tygodni.

– Dzisiaj się pożegnamy, Mocny. Jakoś dziwnie będzie bez ciebie, tyle czasu minęło. Stałeś się jak część personelu, jak swój prawie. Ale wreszcie będziesz mógł w miasto iść, stare kąty odwiedzić. Kilka razy przyjdziesz na zmianę opatrunku, ale to już nie do mnie, pielęgniarki to zrobią.

– Nie mam czego oglądać, doktorze. Nic się nie zmieniło, drzewa rosną, jak rosły, trawa, jak była poobsrywana, tak samo teraz wygląda, a dzieci, jak chodziły osmarkane, tak i teraz chodzą. Jedno, co się zmieniło, to to, że nie chcę już być strażakiem, nie chcę więcej widzieć płaczu, słyszeć lamentu ani oglądać spalonych zwłok. Nie wiem, co będę robił, pomyślę, jak wrócę do domu. Mam zamiar wyjechać na jakiś czas, nie wiem jeszcze gdzie, ale gdzieś, gdzie nie ma ludzi zbyt wielu… może gdzieś do lasu? Pomyślę jeszcze nad tym… Pokażecie mi, jak robić opatrunki, i sam będę je robił – kupię, co potrzeba, i wyjeżdżam jutro. Tak więc chciałem podziękować za wszystko, tobie i siostrom. Małe prezenty mam dla Was – pożegnalne, nigdy więcej w szpitalu nie będę, nawet przez pięć minut nikt mnie tutaj nie zobaczy.

– Tego właśnie ci życzymy, abyś nie musiał się tutaj pokazywać, chyba że w odwiedziny – szpital, nawet najładniejszy i najlepszy, zawsze pozostanie szpitalem. Papiery podpiszesz, że chcesz sam zmieniać opatrunki, to nic trudnego, ale takie mamy przepisy. Leki dostaniesz od nas, jak będą jakieś problemy, to przyjeżdżaj albo zadzwoń. Po powrocie też przyjdź, obejrzę, jak to wygląda.

– Nie ma czego oglądać, zresztą wiesz, gdzie mieszkam – więc żegnam, Waldemarze.

– Powodzenia, Mocny… właściwie to Romku. – Pierwszy raz tak się do niego zwrócił doktor, bo nikt w mieście tak na niego nie mówił.

To było ostatnie spotkanie obu panów. Właściwie to było jeszcze jedno, tylko zupełnie inne i nie całkiem można nazwać je spotkaniem.

*

Mocny wyjechał, tak jak zapowiedział. Nie chciał być już strażakiem, tylko nie z powodu, który podawał, ale dlatego, że miał pewien plan, a w jego myśleniu to, co chciał zrobić, nie było godne strażaka. Po pewnym czasie wrócił, poszedł do kadr i chciał zrezygnować z pracy, tylko że był zasłużony, więc nie przyjęli jego podania – miał kilka wypadków w pracy i właściwie można by wysłać go na rentę, tak się jednak nie stało; wielu ludzi znał, wielu znało jego, dlatego wymyślono, że wyślą go na troszkę wcześniejszą emeryturę. Powiedziano, że zawsze może wrócić, wtedy, kiedy odpocznie, przemyśli wszystkie swoje sprawy. Mocny miał inne plany, chciał wyjechać na stałe, tam właśnie, skąd przyjechał, chciał sprzedać wszystko, co miał, co w jakikolwiek sposób przypominałoby mu to miasto, chciał załatwić jeszcze jedną sprawę – tę dla niego najważniejszą – wtedy się pożegnać i nigdy więcej tu nie wracać; nie lubił tego miasta, przypominało mu szczęśliwe chwile spędzone z żoną, córką i przyjaciółmi – wtedy ich tak traktował, ale teraz coraz bardziej i częściej uważał ich za obcych. Nie wiadomo, dlaczego tak myślał, żaden z nich nigdy nie próbował niczego mu narzucać, ganić go za popełnione błędy, nawet wtedy, kiedy chlał bez opamiętania; przyjęli go przecież wtedy, kiedy pić przestał, nikt nie pytał o nic, czuli się jego przyjaciółmi, czasami nawet więcej, bo rodziną się nazywali – jeden za wszystkich, wszyscy… To właśnie było widać w ostatnim czasie i nie wiedzieć czemu Mocny tak zaczął myśleć, może dlatego, że tak było lepiej, że tak sobie tłumaczył, po to, aby łatwiej mu było się z nimi pożegnać; nawet samo to, że postanowił nie iść do nich, chciał wyjechać bez słowa… Poszedł na cmentarz, na grób żony i córki, nie wiadomo po co… Dla niego to tylko leżały tam ciała, nic więcej, ale chodził czasem, może dlatego, że tak był wychowany – nie wiadomo. Na cmentarzu spotkał grabarza, uzgodnili, że grabarz będzie opiekował się grobem; zdziwił się chłopina, nikt nie wiedział jeszcze, że Mocny chce stąd uciec – bo jak to nazwać inaczej.

*

Grabarz okazał się człowiekiem bardziej inteligentnym, niż wyglądał, ubrany był w jakiś stary płaszcz przeciwdeszczowy i bardzo schodzone gumiaki. Aż dziwne, bo grabarze nie zarabiają mało. Potwierdza się od dawna znane przysłowie, że nie szata zdobi człowieka. Starszy pan wytłumaczył mu, że nie po to są pomniki, aby ładnie wyglądały, tylko żeby przypominały o naszych bliskich, którzy mają już za sobą ziemską tułaczkę. Rozmowa trwała dłuższy czas, a pod jej wpływem Mocny postanowił jednak iść do chłopaków; wybrał się wieczorem do baru, miał pewność, że tam spotka większość z nich. Postanowił jeszcze odnaleźć tego chłopaka, któremu skórę zabrano – nie później, nie kiedyś, ale właśnie teraz przyszła pora, bo kto wie, kiedy czas lepszy będzie.

Mocny wiedział, z jakiego miasta pochodził ten facet – tyle mu wystarczyło, aby odnaleźć człowieka; w swoim mieście znał urzędniczkę, która kiedyś się w nim podkochiwała, poszedł więc do niej, zaprosił na kawę i po dwóch dniach miał wszystkie dane dotyczące tamtego chłopaka; gdyby ktoś się dowiedział, pewnie straciłaby posadę, pewnie dyscyplinarnie by ją zwolniono, ale Mocny obiecał jej, że niczego złego nie zrobi, zresztą kobiety jakoś lgnęły do niego; większość kobiet lubi facetów nie całkiem normalnych, przeważnie wybierają łobuzów – taki właśnie był Mocny; nawet gdyby ona mu nie pomogła, to i tak by znalazł, inteligentny był ponad przeciętną, wiedział, kiedy się odezwać, a kiedy lepiej milczeć, dlatego był lubiany wśród kolegów i szanowany przez społeczeństwo, chociaż czasem na to nie zasługiwał.

Rodzina tego chłopaka mieszkała na obrzeżach miasta, w okolicy były dwa cmentarze, więc pewnie na którymś z nich został pochowany; poszedł więc do biura cmentarza i już na pierwszym cmentarzu dowiedział się, gdzie leży ten chłopak.

Kupił znicze, wiązankę kwiatów i poszedł. Pomnika nie było, tylko zwykły pojedynczy grób, na którym stały dwa dopalające się znicze i lekko podwiędłe kwiaty w wazonie. W pierwszej chwili miał wyrzucić te kwiaty, ale pomyślał, że przecież nie wie, kto je przyniósł i dlaczego zostawił tak, jak stały; obok stał słoik z wodą, może do podlewania, a może deszczu do słoika napadało, nie wiadomo; włożył kwiaty do słoika i postawił na grobie, wcisnął trochę w ziemię, aby wiatr go nie przewrócił, kiedy zapalał znicz. Nagle za plecami usłyszał kroki i jakiś szmer; odwrócił się i zobaczył młodą kobietę z dzieckiem, mniej więcej trzyletnim chłopcem; pierwszą jego myślą było, by uciec jak najprędzej, ale nie zdążył, kobieta się odezwała.

– Dzień dobry – powiedziała ściszonym głosem, takim, jakim się powinno mówić na cmentarzu (a jeszcze w dodatku kobieta była w głębokim żalu po stracie męża).

– Dzień dobry – odpowiedział zakłopotany Mocny.

– Był pan znajomym mojego męża? – zapytała. – Chyba nie widziałam pana na pogrzebie.

– Nie byłem na pogrzebie, więc przyjechałem teraz, nie byłem też znajomym pani męża – odparł, stawiając znicz na grobie.

Kucał, więc nie widziała całej jego twarzy, tylko prawy policzek, i to z góry. Kiedy wstał, kobieta była z jego prawej strony, więc też niewiele widziała.

– To kim pan właściwie jest i co pan tutaj robi?

– Chciałem się pokłonić pani mężowi – odparł.

– Nie bardzo rozumiem, może pan mówić jaśniej?

Mocny odwrócił się w jej stronę, kobieta zbladła nagle, a w oczach jej pojawiły się łzy.

– Boże, to pan jest tym… – nie dokończyła zdania, stała chwilę, wpatrując się w jego oklejoną plastrami lewą stronę twarzy. – Skąd pan wiedział, kim on był? Jak pan znalazł grób? Przecież mówili, że to wszystko anonimowo jest robione, że nikt nie będzie wiedział. Sama chciałam się dowiedzieć, kogo uratował mój mąż, chociaż byłam przeciwna temu wszystkiemu, ale skoro już się tak stało, to chciałam wiedzieć. Powiedziano mi, że informacje są tajne i że nikt mi nic nie powie. Więc jak pan się dowiedział? – zapytała głosem, w którym słychać już było podekscytowanie.

– Przypadkiem się dowiedziałem, właściwie niechcący podsłyszałem rozmowę – skłamał Mocny. Nie chciał, aby kobieta dowiedziała się, że chciał go odnaleźć. – Dlatego właśnie przyjechałem, jak już mówiłem, ukłonić się i zapalić świeczkę. Nie wiedziałem przecież, że panią tutaj spotkam, w dodatku w taką pogodę, cały dzień mży i wieje.

– Pogoda mi nie przeszkadza, blisko mieszkamy, paręnaście minut drogi piechotą. Czy to na twarzy to jest…? – urwała w pół zdania.

– Nie, tamto zostało już zdjęte, teraz mam własną skórę, jeśli o to pani chodziło. – Mocny dobrze wiedział, że chodziło jej właśnie o to.

– Czy to pana boli?

– Teraz już właściwie nie. Przedtem trochę bolało, ale ponoć dobrze się goi, więc trochę czasem piecze i swędzi okropnie, a drapać się nie wolno… nie chcę tego zmarnować, drugi raz bym się na to nie zgodził. Nigdy!… Będę musiał za chwilę iść, przyjechałem pociągiem, a nie wiem, o której mam powrotny, z tego wszystkiego zapomniałem zapytać na dworcu. Chciałem pani powiedzieć, że nie jest mi łatwo nosić taki ciężar. Właściwie to nie wiem, jak mam się zachować, co powiedzieć, to jest bardzo dziwna sytuacja. Nigdy w życiu nie myślałem, co powinien człowiek wtedy czuć, przerasta mnie to trochę, może nawet bardziej niż trochę, dlatego lepiej już się pożegnam.

– Niech pan nie odchodzi! Miałabym do pana parę pytań, jeśli to nie będzie jakiś straszny kłopot. Właściwie to chciałam się czegoś o panu dowiedzieć… pan chyba rozumie, o co mi chodzi. Po drodze na dworzec jest kawiarnia, może byśmy usiedli chociaż na pół godziny? Oczywiście nie chcę się narzucać, ale mój mąż był dobrym człowiekiem, dlatego chcę wiedzieć, komu pomógł. Chyba i tak nie znajdę innych ludzi, którzy mają cząstkę jego, mam na myśli serce, obie nerki i jedno płuco – tyle zdążyli pobrać, nie pytałam, dlaczego akurat tyle, nie wiem, może reszta była niedobra albo nikomu akurat wtedy niepotrzebna, pojęcia nie mam. Ktoś kiedyś powiedział: „nieważne, czy cały został pochowany, ważne, ile miłości zostawił na ziemi”. Paweł – bo tak miał na imię mąż – zostawił dużo miłości, szkoda, że tak wcześnie odszedł; mieliśmy wielkie plany, zaczęliśmy dom budować nawet, miał być mały i piękny, z ogrodem pełnym kwiatów, drzewka nawet posadziliśmy, pomyśleliśmy, że kiedy dom zostanie ukończony, drzewka będą wydawały już pierwsze owoce, a teraz na działkę nawet nie chodzę, nie mogę jakoś znieść myśli, że to miało być nasze gniazdko… Paweł był architektem, sam zaprojektował dom i sam dużo przy budowie robił. Nie z chytrości, tylko chciał mieć jakiś wkład w budowę, pokazać synowi, jak dorośnie, rzeczy, które sam robił… Na budowę jechał, jakieś pręty wieźli, jechał za nimi, na zakręcie coś pękło i te pręty spadły na samochód Pawła. Zarzuciło go do rowu i wpadł na drzewo. Nie mogę tego pojąć – jedno jedyne drzewo w odległości pięciu kilometrów, akurat tam się musiało to stać; resztę drzew wycięli, droga ma być tam robiona, ale to, jak się później dowiedziałam, było za grube i musieli jakieś inne piły przywieźć czy jakoś tak. Teraz nie ma już tego drzewa, na działce leży. Poprosiłam burmistrza i kazał im tam zawieźć, niech pan nie pyta, po co to zrobiłam, jeszcze nie wiem, ale może kiedyś coś wymyślę.

– Skoro mówimy otwarcie o takich sprawach, co pani zamierza zrobić z budową? Wiem, że nie może długo stać, bo ściany nieosłonięte będą murszały, znam się na tym – powiedział Mocny. Powiedział to w taki sposób, aby zasugerować, że jest chętny do pomocy. Nie powiedział tego wprost, jeszcze nie.

– W pierwszej chwili chciałam sprzedać, ale teraz już nie – postaram się dokończyć to, co razem zaczęliśmy. Nie umiem oddać komuś naszej pracy, wspomnień i wylanego potu, chcę zjeść pierwszy owoc, jaki urośnie na którym bądź drzewie.

– Smutna ta historia, którą pani opowiada, ale jest w niej coś, co pokazuje, że są ludzie, których złamać ciężko, którzy kiedy upadną, to szukają jakiejś podpórki, aby łatwiej było się podnieść. Pani ma jakiś cel w życiu, nawet taki, zdawałoby się, błahy, jak dokończenie budowy domu… tylko że żaden cel nie jest błahy, jeśli ktoś wkłada w jego zrealizowanie serce. Nie znam pani, ale wydaje mi się, że jest pani silną kobietą i z obranego celu nie zrezygnuje. Szanuję ludzi silnych, może dlatego, że sam takiej siły w sobie już nie mam; kiedyś miałem, ale czas, który sprawia, że ludzie stają się mądrzejsi, gdzieś chodzi drogami, na których ja nie stoję.

– Ja myślę, że w każdym z nas jest siła, tylko trzeba głębiej poszukać. Chcę dokończyć ten dom, bo to było marzenie mojego męża. Mieszkaliśmy z moimi rodzicami w poniemieckim domu; nie wiem… cokolwiek by robić, to zawsze będzie stary dom. Jeżeli się to czy tamto ruszy, leci wiele innych rzeczy, dlatego mała naprawa czegoś staje się remontem jakiejś większej części. Z tego względu podjęliśmy decyzję o budowie domu, domu w takim miejscu, z którego widać las, a tam widać najlepiej w całej okolicy, bo działka jest na górce i troszkę dalej od ulicy. Jasiek, mój syn, dorośnie kiedyś i może doceni starania. Chciałam mieć jeszcze córeczkę, ale niestety nie udało się.

– Przepraszam za to, co powiem, ale jest pani jeszcze młoda, więc nigdy nie wiadomo, co się może wydarzyć. – Mocny powiedział coś, w co nie bardzo wierzył, patrząc w jej oczy. Nie dostrzegł w nich nic oprócz zimnej desperacji.

– Myślę, że nie będę w stanie pokochać kogoś tak mocno, jak kochałam Pawła, a kochać tylko trochę to tak, jakby oszukiwać osobę, która być może bardzo kocha. Nie wiem, co będzie kiedyś, teraz chcę być sama. Jest ciężko, ale myślę, że po coś to jest, tylko jeszcze nie wiemy po co. Może dlatego tak się stało, aby te parę osób przeżyło? Nic nie dzieje się bez przyczyny.

– Jest pani osobą wielkiej wiary i szczerego serca, wiele osób by się wściekało na taką sytuację, a pani widzi w tym jakiś sens. Zadziwiające!

– Nic by mi to nie dało, niczego bym i tak nie zmieniła. Dostałam od losu najpiękniejsze chwile, jakie nie każdy ma okazję przeżyć… tylko jest mi smutno, że tak krótko trwały… są w pamięci, pozostaną na zawsze – każdemu takich