Wymyśliłam cię - Francesca Zappia - ebook
lub
Opis

„Jeśli nawet miłość nie zawsze zwycięża, dzięki niej łatwiej znieść wszystkie bitwy.” Rzeczywistość, jak się okazuje, często nie jest tym, czym się wydaje. Oto Alex, maturzystka i absolutnie niewiarygodna narratorka, która czasami nie potrafi odróżnić prawdziwego życia od złudzenia. Codziennie walczy, by rozpoznać, co jest prawdą, a co nie. Uzbrojona w swój aparat fotograficzny, z młodszą siostrą u boku, Alex prowadzi codzienną wojnę ze swoją chorobą – schizofrenią – starając się pozostać przy zdrowych zmysłach na tyle długo, by dostać się do college’u. I nieźle jej idzie: poznaje nowych ludzi, chodzi na imprezy i… zakochuje się. Tylko co z tego jest prawdą? Alex przywykła do tego, że jest, jaka jest. Nikt nie przygotował jej na normalność… Nowa ulubiona książka Johna Greena!

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 372

Popularność


Prolog

Wyzwolenie homarów

Kiedy w spożywczym byłam grzeczna, w nagrodę dostawałam czekoladowy napój o nazwie Yoo-hoo. Kiedy byłam naprawdę grzeczna, w nagrodę mogłam pooglądać sobie homary.

Tego dnia byłam naprawdę grzeczna.

Moja matka poszła do stoiska garmażeryjnego po kotlety mielone dla taty i zostawiła mnie przy akwarium z homarami, na samym środku głównej alejki. Homary mnie fascynowały. Miałam bzika na ich punkcie, począwszy od samej nazwy, poprzez szczypce, na cudownej czerwieni skończywszy.

Moje włosy miały podobny kolor: czerwieni, która wygląda w porządku na wszystkim, tylko nie na człowieku, bo ludzkie włosy nie powinny być czerwone. Rude – tak. Kasztanowe – oczywiście.

Ale nie czerwone jak homar.

Ujęłam w palce swoje warkoczyki, przycisnęłam je do szklanej tafli i spojrzałam najbliższemu homarowi prosto w oczy.

Tato mawiał, że mam włosy czerwone jak homar. Matka – że czerwone jak komunista. Pojęcia nie miałam, co to takiego komunista, ale nie brzmiało to dobrze. Nawet kiedy rozpłaszczyłam warkocze na szybie akwarium, nie byłam pewna, czy tato ma rację. Nie bardzo chciałam, żeby którekolwiek z rodziców ją miało.

– Wypuść mnie – powiedział homar.

Zawsze to mówił. Potarłam szybę włosami, jakby akwarium było lampą Aladyna i jakbym mogła tym działaniem obudzić coś w rodzaju magii. Może jakimś cudem udałoby mi się wypuścić te homary. Wyglądały wszystkie tak smętnie, spiętrzone jedne na drugich, z drgającymi czułkami, każdy o szczypcach spiętych gumką recepturką.

– Chcesz któregoś kupić?

Jeszcze zanim Błękitnooki się odezwał, zobaczyłam jego odbicie w szybie akwarium. Duże niebieskie oczy. Niebieskie jak jagody. Nie, jagody są za ciemne. Błękitne jak ocean. Zbyt zielony. Błękitne niczym wszystkie niebieskie kredki, jakie miałam, stopione w jedną.

Z ust dyndała mi słomka, którą wcześniej wbiłam w szyjkę butelki yoo-hoo.

– Chcesz któregoś kupić? – powtórzył.

Pokręciłam głową. Poprawił okulary, podsuwając je na nosie wyżej, na swoje miejsce, na policzki upstrzone złocistymi piegami. Brudny kołnierzyk jego koszuli ześliznął się w dół, odsłaniając piegowate ramię. Śmierdziało od niego rybami i stawowym szlamem.

– Wiesz, że istnieją skamieliny homarów ze szczypcami pochodzące aż z kredy? – zapytał.

Znów pokręciłam głową – będę musiała spytać tatę, co znaczy „pochodzić aż z kredy” – i głośno siorbnęłam duży łyk mojego yoo-hoo.

Wpatrywał się nie w homara, tylko prosto we mnie.

– Animalia Arthropoda Malacostraca Decapoda Nephropidae – powiedział.

Przy ostatnim wyrazie jakby się zająknął, ale mniejsza z tym – i tak nie zrozumiałam ani jednego ze słów, które z siebie wyrzucił.

– Lubię klasyfikację biologiczną – dodał.

– Nie wiem, co to znaczy – odparłam.

Znowu podsunął okulary wyżej na nosie.

– Plantae Sapindales Rutaceae Citrus.

– Tego też nie rozumiem.

– Pachniesz jak cytryny.

Poczułam obłędną radość, bo powiedział: „Pachniesz jak cytryny”, a nie: „Masz czerwone włosy”.

Że mam czerwone włosy, wiedziałam. Każdy to widział. Nie wiedziałam jednak, że pachnę jak jakieś owoce.

– Ty pachniesz jak ryby – odpowiedziałam mu.

Skulił się w sobie, a piegowate policzki aż mu zapłonęły.

– Wiem.

Rozejrzałam się za matką. Stała nadal w kolejce do garmażerii. Nie wyglądało na to, że ma w planach szybko po mnie wrócić. Złapałam go za rękę. Podskoczył i zagapił się na nasze połączone dłonie, jakby właśnie zdarzyło się coś magicznego i zarazem niebezpiecznego.

– Chcesz się zaprzyjaźnić? – spytałam.

Podniósł wzrok i jeszcze raz poprawił okulary.

– Okej.

– Yoo-hoo? – Poczęstowałam go.

– Co to jest „yoo-hoo”?

Podsunęłam mu napój pod sam nos, na wypadek gdyby go dotąd nie zauważył. Wziął ode mnie butelkę i bacznie przyjrzał się słomce.

– Mama mówiła mi, że nie powinno się pić po kimś innym. To jest niehigieniczne.

– Ale to jest czekoladowe – odparłam.

Popatrzył niepewnie na yoo-hoo, pociągnął słaby łyk jak jakiś mięczak i odsunął butelkę w moją stronę. Przez chwilę trwał bez ruchu, nic nie mówiąc, ale w końcu pochylił się, żeby pociągnąć kolejny łyk.

Jak się okazało, Błękitnooki znał się nie tylko na klasyfikacji biologicznej roślin i zwierząt. Wiedział dosłownie wszystko. Znał ceny wszystkich produktów w sklepie. Wiedział, ile kosztowałyby wszystkie homary z akwarium z homarami (sto jeden dolarów i sześćdziesiąt osiem centów, nie licząc podatku od sprzedaży). Znał nazwiska wszystkich prezydentów, i to w kolejności urzędowania. Umiał wymienić cesarzy rzymskich, czym zaimponował mi jeszcze bardziej. Wiedział, że Ziemia mierzy w obwodzie czterdzieści tysięcy kilometrów i że wśród kardynałów jaskrawoszkarłatne upierzenie mają tylko samce.

Ale naprawdę to znał się na słowach.

Błękitnooki miał określenie na wszystko.

Znał takie wyrazy, jak „daktyloskopia” i „brontofobia”, i „petrokol”, których znaczenie wyślizgiwało mi się z głowy jak woda przeciekająca przez palce.

Nie rozumiałam większości z tego, co mówił, ale mi to nie przeszkadzało. Był pierwszym przyjacielem w moim życiu. Pierwszym prawdziwym przyjacielem.

Poza tym naprawdę podobało mi się trzymanie go za rękę.

– Dlaczego pachniesz jak ryby? – zapytałam go.

W trakcie rozmowy spacerowaliśmy powoli, zataczając bardzo rozciągnięte kółka w głównej alejce.

– Wpadłem do jeziora – odpowiedział.

– Dlaczego?

– Bo ktoś mnie wrzucił.

– Dlaczego?

Wzruszył ramionami i schylił się, żeby podrapać się po nogach pokrytych plastrami z opatrunkiem.

– Co ci się stało? – spytałam.

– Animalia Annelida Hirudinea.

Wyrzucił z siebie te słowa jak jakieś przekleństwo. Drapał się coraz gwałtowniej, a jego policzki znów zapłonęły czerwienią. Oczy zaszły mu łzami. Przystanęliśmy przy akwarium.

Jakiś pracownik sklepu wyszedł zza lady działu owoców morza i, nie zwracając na nas uwagi, otworzył pokrywę akwarium z homarami. Jedną ręką, na której miał rękawicę, sięgnął do środka i wyciągnął Pana Homara. Opuścił klapę i zaniósł homara na zaplecze.

A mnie przyszedł do głowy pomysł.

– Chodź no tu. – Pociągnęłam Błękitnookiego na tyły akwarium. Otarł oczy. Wpatrywałam się w niego, aż odpowiedział mi spojrzeniem. – Pomożesz mi wypuścić te homary?

Pociągnął nosem. A potem skinął głową.

Odstawiłam butelkę yoo-hoo na podłogę i wyciągnęłam ręce.

– Możesz mnie podnieść?

Oplótł mnie ramionami w pasie i uniósł wysoko. Wystrzeliłam głową ponad górny brzeg akwarium, moje barki znalazły się na wysokości pokrywy. Byłam pulchną dziewczynką i Błękitnooki powinien był pęknąć wpół, tymczasem jedynie chwiał się trochę, postękując z wysiłku.

– Tylko się nie ruszaj – rozkazałam mu.

Na brzegu pokrywy zobaczyłam uchwyt. Złapałam go, jednym pociągnięciem otworzyłam klapę i aż zadygotałam od chłodnego podmuchu powietrza uciekającego ze świstem z wnętrza.

– Co tam wyprawiasz? – zapytał Błękitnooki głosem stłumionym przez wysiłek i moją koszulkę.

– Cicho! – odparłam, rozglądając się we wszystkie strony. Na razie nikt nas nie zauważył.

Homary piętrzyły się aż po samą klapę. Wpakowałam rękę do wody. Wstrząsnęło mną zimno, po plecach przebiegły mi ciarki. Zacisnęłam palce na najbliższym homarze.

Spodziewałam się, że zacznie wymachiwać szczypcami, zwijać i rozwijać odwłok. Ale tak się nie stało. Było tak, jakbym trzymała w ręce jakąś ciężką muszlę. Wyciągnęłam go z wody.

– Dziękuję – odezwał się homar.

– Proszę bardzo – odpowiedziałam. Upuściłam go na ziemię.

Błękitnooki się zachwiał, ale nie rozluźnił chwytu i dalej mnie trzymał. Homar przez chwilę trwał w bezruchu, a potem zaczął pełznąć po podłodze.

Sięgnęłam po następnego. I kolejnego. I jeszcze jednego. I bardzo szybko po wyłożonej kafelkami podłodze supermarketu sieci Meijer pełzały już wszystkie homary z akwarium. Nie miałam pojęcia, dokąd się wybierają, za to one wyglądały, jakby wiedziały to doskonale. Błękitnooki upuścił mnie z głośnym sapnięciem i oboje wylądowaliśmy w kałuży zimnej wody. Zapatrzył się na mnie, okulary zatrzymały mu się na samym czubku nosa.

– Robisz to za każdym razem? – spytał.

– Nie – odparłam. – Tylko dzisiaj.

Uśmiechnął się.

Potem rozległy się wrzaski. Czyjeś ręce złapały mnie za ramiona i jednym szarpnięciem postawiły na równe nogi. Matka krzyczała na mnie, odciągając mnie od akwarium. Przesunęłam wzrok za jej plecy. Homary zdążyły już zniknąć. Po ręce ściekały mi krople lodowatej wody.

Błękitnooki stał jeszcze w kałuży. Podniósł porzuconą przeze mnie butelkę yoo-hoo i pomachał mi na do widzenia. Próbowałam zatrzymać matkę, nakłonić ją do powrotu, żebym mogła go spytać, jak ma na imię.

Ale ona tylko przyspieszyła kroku.

CZĘŚĆ PIERWSZA. Akwarium

Rozdział 1

Myślę sobie czasem, że ludzie traktują rzeczywistość jak pewnik.

Weźmy na przykład to, jak odróżniamy sny od życia w realu. Kiedy coś się nam śni, możemy nie zdawać sobie z tego sprawy, ale jak tylko się budzimy, dociera do nas, że nasz sen to był tylko sen, a cokolwiek się w nim działo, nieważne, dobrego czy złego, nie było realne. O ile nie żyjemy w matriksie, ten świat jest światem rzeczywistym, a to, co w nim robimy, też jest rzeczywiste – i do tego, z grubsza rzecz biorąc, sprowadza się wszystko, co trzeba wiedzieć.

Ludzie uważają to za coś oczywistego.

Przez dwa lata od owego pamiętnego dnia w supermarkecie żyłam w przekonaniu, że naprawdę wypuściłam homary na wolność. Myślałam, że odpełzły gdzieś daleko, znalazły morze i żyły sobie długo i szczęśliwie. Kiedy skończyłam dziesięć lat, moja matka połapała się, że w swoim mniemaniu jestem tak jakby zbawicielką homarów.

Zorientowała się też, że wszystkie homary wydają mi się jaskrawoczerwone.

Najpierw powiedziała mi, że nie uwolniłam wtedy w sklepie żadnego homara. Kiedy tylko włożyłam rękę do akwarium, matka zjawiła się na miejscu i, zażenowana, odciągnęła mnie na bok. Potem wyjaśniła mi, że homary zmieniają kolor na jaskrawoczerwony dopiero po ugotowaniu. Nie uwierzyłam jej, bo dla mnie nigdy nie miały żadnej innej barwy. W ogóle nie wspomniała o Błękitnookim, a ja nie musiałam pytać. Pierwszy w moim życiu przyjaciel okazał się halucynacją, lśniącym wpisem w moim nowym życiorysie osoby niespełna rozumu.

A potem matka zabrała mnie do psychiatry dziecięcego i wtedy po raz pierwszy tak naprawdę zetknęłam się z określeniem „chora umysłowo”.

Choć schizofrenia objawia się podobno nie wcześniej niż u starszych nastolatków, mnie przytrafił się jej epizod w wieku lat zaledwie siedmiu. Zdiagnozowano mnie, kiedy miałam trzynaście lat. Etykietkę „paranoidalna” dodano mi mniej więcej rok później, gdy dopuściłam się słownej napaści na pewną bibliotekarkę za to, że próbowała mi wręczyć propagandowe ulotki komunistycznej komórki działającej w podziemiu, czyli w piwnicach biblioteki publicznej. (Ta bibliotekarka zawsze była mocno podejrzana – nigdy nie uwierzę, że dotykanie książek wyłącznie po założeniu lateksowych rękawiczek jest praktyką powszechnie przyjętą i normalną, niezależnie od tego, kto by tak twierdził).

Leki czasem mi nawet pomagały. Wiedziałam, że działają, kiedy świat nie wydawał mi się tak kolorowy czy interesujący jak zwykle. Na przykład wtedy, gdy zauważałam, że homary w sklepowym akwarium nie są jaskrawoczerwone. Albo kiedy docierało do mnie, jakim absurdem jest sprawdzanie, czy nie mam w jedzeniu nadajników GPS (choć sprawdzać nie przestawałam, bo uśmierzało to paranoję, od której włosy na karku stawały mi dęba). Że leki działają, orientowałam się też, kiedy nie pamiętałam czegoś dokładnie, kiedy czułam się, jakbym od wielu dni nie spała, i kiedy próbowałam zakładać buty tyłem na przód.

W połowie przypadków sami lekarze nie byli nawet pewni, jakie skutki wywoła dany lek. „No cóż, powinien zredukować objawy paranoi, urojenia i halucynacje, ale pożyjemy, zobaczymy. Aha, niekiedy prawdopodobnie da się odczuć zmęczenie. Proszę pić dużo płynów, inaczej może łatwo dojść do odwodnienia organizmu. Poza tym proszę się nastawić na wahania wagi ciała. W zasadzie to tak naprawdę nic nie wiadomo”.

O tak, lekarze byli pomocni, nie ma co… Na szczęście opracowałam własny system, który pomagał mi rozkminić, co jest realne, a co nie. Robiłam zdjęcia. W miarę upływu czasu to, co realne, pozostawało na fotce, a halucynacje znikały. Odkrywałam, jakiego rodzaju rzeczy lubi wymyślać mój umysł. Na przykład billboardy prezentujące ludzi w maskach przeciwgazowych, którzy ostrzegali przechodniów, że nadal w bardzo realnym stopniu zagrażają nam trujące gazy hitlerowskiej Trzeciej Rzeszy.

Ja nie mogłam sobie pozwolić na luksus traktowania rzeczywistości jak pewnika. I nie powiedziałabym, że nienawidziłam ludzi, którzy ją tak traktowali, bo do tej grupy należeli właściwie wszyscy. Nie nienawidziłam ich. Nie żyli przecież w moim świecie.

Ale nie przeszkadzało mi to marzyć, że kiedyś w ich świecie znajdzie się też miejsce dla mnie.

Rozdział 2

Wieczorem w przededniu rozpoczęcia przeze mnie nauki w czwartej klasie liceum East Shoal siedziałam za ladą w taniej restauracji Finnegana i ze wzrokiem wbitym w ciemne okna wypatrywałam oznak podejrzanego ruchu. Zwykle moja paranoja nie nasilała się aż tak. Tym razem uznałam, że odpowiada za nią syndrom pierwszego dnia. Wydalenie z poprzedniej szkoły to było jedno, ale zaczęcie nauki w nowej – coś zupełnie innego. Spędziłam całe lato u Finnegana, starając się o tym nie myśleć.

– Wiesz co, jakby Finnegan tu był, kazałby ci przestać świrować i wziąć się do roboty.

Okręciłam się na pięcie. O framugę drzwi prowadzących do kuchni opierał się Tucker – wyszczerzony w uśmiechu, z rękami wbitymi w kieszenie fartucha. Pewnie bym mu się odgryzła, gdyby nie był moim jedynym informatorem w kwestii East Shoal – i jedynym przyjacielem. Tyczkowaty, w okularach na nosie, z włosami czarnymi jak plama ropy i zawsze idealnie zaczesanymi do przodu, Tucker robił u Finnegana za pomocnika, kelnera i kasjera, nie mówiąc o tym, że był też najinteligentniejszą ze znanych mi osób.

O moich problemach jednak nie wiedział, więc jego słowa o tym, że Finnegan kazałby mi przestać świrować, były czystym zbiegiem okoliczności. Finnegan akurat wiedział – jego siostra była moją najnowszą terapeutką i to ona załatwiła mi tę robotę. Ale z pozostałych pracowników – wśród których był na przykład Gus, nasz kucharz niemowa, odpalający jednego papierosa od drugiego – nikt nie miał o niczym pojęcia, a ja zamierzałam ten stan utrzymać.

– Chłe chłe – odparłam, starając się zachować zimną krew. Zduś w sobie tę wariatkę, odezwał się głosik w mojej głowie. Nie wypuszczaj jej, debilko.

Jedynym powodem, dla którego wzięłam tę robotę, była konieczność uchodzenia za osobę normalną. No, może trochę także fakt, że zmusiła mnie do tego matka.

– Jeszcze jakieś pytania? – odezwał się Tucker, podchodząc do mnie i opierając się o ladę. – Czy też krucjata skończona?

– Chyba inkwizycja? Tak, skończona. – Siłą woli powstrzymałam się od spojrzenia z powrotem w okna. – Mam już za sobą trzy lata liceum. W East Shoal nie może być aż tak bardzo inaczej niż w Hillpark.

Tucker prychnął.

– W East Shoal jest inaczej niż wszędzie. Zresztą jutro pewnie sama się przekonasz.

Najwyraźniej Tucker jako jedyny uważał, że East Shoal nie jest szkołą idealną. Zdaniem mojej matki przeniesienie się do innego liceum było wspaniałym pomysłem. Moja terapeutka upierała się, że będę sobie w nim lepiej radzić. Tato uspokajał mnie, że wszystko będzie w porządku, ale brzmiał tak, jakby matka czymś mu zagroziła i gdyby był na miejscu, a nie w jakimś zakątku Afryki, powiedziałby mi, co naprawdę myśli.

– W każdym razie – dodał Tucker – wieczorami w tygodniu nie jest tu tak fatalnie jak w weekendy.

Nie dało się ukryć. Było wpół do jedenastej, a w lokalu panowała martwa cisza. Mniej więcej tak martwa jak cała populacja oposów w miastach stanu Indiana. Tucker miał mnie przyuczać do pracy wieczorami. Latem pracowałam tylko na zmianie dziennej, zgodnie z planem, któremu moja terapeutka patronowała, a moja matka skwapliwie udzieliła błogosławieństwa. Ale teraz, ponieważ zaczynała się szkoła, zgodziłyśmy się wszystkie, żebym przychodziła tu wieczorami.

Zza restauracyjnej kasy wyciągnęłam zabawkę – magiczną kulę zgadulę numer osiem należącą do Finnegana. Kciukiem przesunęłam po czerwonym zadrapaniu z tyłu, usiłując zetrzeć tę rysę, jak zawsze, kiedy się nudziłam. Tucker był właśnie zajęty ustawianiem kawalerii pieprzniczek na wprost wrogich zastępów solniczkowej piechoty.

– Przychodzi tu paru maruderów – powiedział. – Nocnych marków, na widok których skóra cierpnie. Raz zjawił się taki naprawdę napruty koleś… Pamiętasz, Gus?

Przez okienko do wydawania posiłków płynęła ku sufitowi cienka smuga papierosowego dymu. W odpowiedzi na pytanie Tuckera dym buchnął kilkoma wielkimi kłębami. Byłam prawie pewna, że papieros Gusa nie istnieje. Gdyby istniał, oznaczałoby to, że nasz lokal łamie właśnie ze sto różnych przepisów sanitarnych.

Twarz Tuckera przybrała mroczny wyraz. Ściągnął brwi, a jego głos stał się beznamiętny.

– No tak. I jest jeszcze Miles.

– Miles?

– Wkrótce powinien tu być. – Tucker spojrzał na swoje zastępy przypraw spod przymrużonych powiek. – Zachodzi tu po drodze do domu z pracy. Jest cały twój.

Oczy zwęziły mi się w szparki.

– Niby dlaczego „cały mój”?

– Zobaczysz. – Tucker podniósł wzrok na snop światła reflektorów, które rozjaśniło właśnie parking restauracji. – O, przyjechał. Po pierwsze: nie nawiązuj kontaktu wzrokowego.

– A co to, jakiś goryl? Jesteśmy w Parku Jurajskim? Rzuci się na mnie?

Tucker posłał mi poważne spojrzenie.

– To zdecydowanie niewykluczone.

Przez drzwi wszedł chłopak w naszym wieku. Miał na sobie T-shirt i czarne dżinsy. W dłoni dyndała mu koszulka polo pracownika supermarketu Meijer. Jeśli to był Miles, nie dał mi nawet specjalnej okazji do kontaktu wzrokowego – ruszył prosto do stolika w kącie mojej sekcji sali i usiadł tyłem do ściany. Wiedziałam z doświadczenia, że to miejsce stanowi najlepszy punkt obserwacyjny w całym lokalu. Ale nie wszyscy byli takimi paranoikami jak ja.

Tucker wsunął głowę w okienko do wydawania posiłków.

– Hej, Gus. Masz dla Milesa to co zwykle?

Smużka dymu z papierosa uniosła się zygzakiem w górę, kiedy kucharz podawał cheeseburgera z frytkami. Tucker wziął talerz, napełnił szklankę wodą i z brzdękiem postawił oba naczynia na ladzie obok mnie.

Aż podskoczyłam, gdy dotarło do mnie, że Miles wpatruje się w nas znad oprawek okularów. Na brzegu jego stolika leżał już plik banknotów.

– Czy coś jest z nim nie tak? – wyszeptałam. – No wiesz… w sensie psychicznym?

– Z całą pewnością różni się od nas wszystkich. – Tucker westchnął ciężko i wrócił do pozycjonowania swoich wojsk.

To żaden komunista. Nie ma na sobie podsłuchu. Nie sprawdzaj nic pod stołem, debilko. To zwykły chłopak, który chce coś zjeść.

Kiedy do niego podchodziłam, Miles opuścił wzrok.

– Cześć! – zagaiłam, krzywiąc się, jeszcze zanim skończyłam wypowiadać to słowo. Zbyt radosne. Odkaszlnęłam, przypatrując się oknom po obu stronach stolika. – Ee… jestem Alex. – Ściszyłam głos. – Kelnerka. – Postawiłam jedzenie i wodę na stoliku. – Może podać coś jeszcze?

– Nie, dziękuję. – Wreszcie podniósł wzrok.

A w moim mózgu implodowało znienacka kilkadziesiąt synaps. Jego oczy.

Tamte oczy.

Wzrokiem przykuwał mnie do podłogi i odzierał z kolejnych warstw skóry. Nagłe rumieńce wystąpiły mi na twarzy, karku, uszach. Miał najbardziej błękitne oczy, jakie widziałam w życiu. Te oczy były absolutnie niemożliwe.

Ręce aż mnie świerzbiły, żeby chwycić za aparat. Musiałam zrobić mu zdjęcie. Musiałam to udokumentować. Bo przecież Wyzwolenie Homarów nie wydarzyło się naprawdę, a Błękitnooki nie istniał. Moja matka ani razu o nim nie wspomniała. Ani terapeutom, ani tacie, nikomu. Nie mógł być rzeczywisty.

W duchu sklęłam Finnegana jak szewc. To on zakazał mi przynoszenia aparatu do pracy po tym, jak sfotografowałam jakiegoś furiata z drewnianą nogą i przepaską na oku.

Miles palcem wskazującym popchnął kupkę banknotów w moją stronę.

– Reszty nie trzeba – wymamrotał.

Złapałam pieniądze i popędziłam z powrotem do lady.

– „Cześć!” – sparodiował mnie Tucker piskliwym falsetem.

– Cicho bądź. To wcale nie brzmiało aż tak.

– I nie odgryzł ci głowy? Nie chce mi się wierzyć.

Wepchnęłam plik banknotów do kasy i drżącymi dłońmi odgarnęłam włosy do tyłu.

– Właśnie – odpowiedziałam. – Mnie też nie.

* * *

Kiedy Tucker wyszedł przez zaplecze na przerwę, zaanektowałam jego przyprawowe armie. Dym z papierosa Gusa snuł się leniwie w stronę sufitu, wciągany przez kratkę wentylacyjną. Papiery na pracowniczej tablicy ogłoszeń szeleściły w podmuchach wentylatora wirującego przy ścianie.

W połowie rekonstrukcji bitwy o Ardeny potrząsnęłam Finneganową kulą zgadulą, żeby sprawdzić, czy ofensywę niemieckiej solniczki uwieńczy sukces.

Zapytaj później.

Bezużyteczny rupieć. Gdyby swego czasu alianci posłuchali tej rady, państwa Osi wygrałyby wojnę.

Jak najdłużej powstrzymywałam się od patrzenia na Milesa. W końcu jednak znów powędrowałam wzrokiem ku niemu i już nie mogłam oderwać od niego oczu. Jadł, wykonując sztywne ruchy, jakby z trudem powstrzymywał się od wepchnięcia do ust wszystkiego naraz. Okulary co kilka sekund zsuwały mu się z nosa i pchnięciem palca podsuwał je z powrotem w górę.

Kiedy dolewałam mu wody do szklanki, ani drgnął. Gapiłam się z góry na jego głowę i włosy koloru piaskowego blondu, namawiając go w myślach, żeby podniósł wzrok.

Tak się na tym skoncentrowałam, że zanim zdążyłam zauważyć, szklanka się przepełniła. Upuściłam ją, zaskoczona. Chlustająca woda oblała go całego – jego rękę, T-shirt, kolana. Poderwał się tak szybko, że głową wyrżnął w zwisającą lampkę, a cały stolik aż się zachybotał.

– Ja… o, kurczę, przepraszam… – Pobiegłam z powrotem do lady, gdzie, czerwieniejąc na twarzy i zakrywając usta ręką, stał Tucker, i złapałam jakiś ręcznik.

Miles wytarł część wody swoją koszulką Meijera, ale i tak był przemoczony.

– Strasznie przepraszam. – Wyciągnęłam dłoń, żeby osuszyć mu ramię, wyjątkowo świadoma tego, że wciąż trzęsą mi się ręce.

Nim zdążyłam go dotknąć, wzdrygnął się i cofnął, gromiąc wzrokiem na przemian mnie, ręcznik, znowu mnie. Potem złapał swoje polo, pchnięciem podsunął okulary na nosie i uciekł.

– Nie ma sprawy – wymamrotał jeszcze, kiedy mnie mijał. Zniknął za drzwiami, zanim zdołałam wykrztusić choćby słowo więcej.

Posprzątałam stolik, a potem noga za nogą powlokłam się w stronę lady. Tucker, już spokojny, wziął ode mnie naczynia.

– Brawo. Po prostu genialnie.

– Tucker?

– Tak?

– Zamknij się.

Roześmiał się i zniknął w kuchni.

Czy to był Błękitnooki?

Złapałam magiczną kulę zgadulę numer osiem i, pocierając rysę, zerknęłam w okrągłe okienko z odpowiedzią.

Zbyt wcześnie, aby powiedzieć.

Co za wykrętna sucz.

Rozdział 3

Pierwszą rzeczą, która rzuciła mi się w oczy przed liceum East Shoal, był brak stojaka na rowery. Kiedy buda nie ma nawet stojaka na rowery, od razu wiadomo, że rządzą nią nadęte sukinsyny.

Wepchnęłam Erwina za klocowate zielone krzaki rosnące wzdłuż frontowej alejki szkoły i cofnęłam się sprawdzić, czy jego koła albo kierownica nie wystają. Nie spodziewałam się, by ktokolwiek go ukradł, dotknął czy choćby zauważył, bo ludzie podświadomie odwracali wzrok od jego rdzawobiegunkowej barwy, ale pewność, że jest w bezpiecznym miejscu, poprawiała mi nastrój.

Sprawdziłam plecak. Książki, kołonotatniki, zeszyty, długopisy i ołówki. Mój tani cyfrowy aparat fotograficzny – jeden z pierwszych przedmiotów, jakie kupiłam po zatrudnieniu się u Finnegana – dyndał mi na pasku otaczającym przegub dłoni. Rano zdążyłam już zrobić zdjęcie czterem podejrzanym wiewiórkom siedzącym rzędem na murze z czerwonej cegły przed domem sąsiada, ale nie licząc tej jednej fotki, karta pamięci była pusta.

Potem jak zwykle przeprowadziłam kontrolę otoczenia. Kontrole otoczenia wiązały się z trzema czynnościami: uzyskaniem panoramicznego, trzystusześćdziesięciostopniowego widoku okolicy, zwróceniem uwagi na wszystko, co wydawało się nie na miejscu – na przykład na olbrzymi spiralny wzór wypalony na powierzchni parkingu – i zapamiętaniem tego typu rzeczy na wypadek, gdyby później próbowały podkraść się do mnie z zaskoczenia.

Młodzież wysypywała się ze swoich samochodów i kierowała do budynku, nie zwracając uwagi na mężczyzn w czarnych garniturach i czerwonych krawatach, rozstawionych w równych odstępach na szkolnym dachu. Powinnam się była spodziewać, że liceum państwowe będzie obsługiwać jakaś dziwna firma ochroniarska. W Hillpark, mojej poprzedniej, prywatnej szkole, mieliśmy tylko zwykłych, mundurowych ochroniarzy.

Dołączyłam do pochodu uczniów – utrzymując się na odległość co najmniej ręki od pozostałych, bo Bóg jeden wie, kto może w tych czasach wchodzić do szkoły z bronią – i doszłam w ten sposób aż do gabinetu pedagoga, gdzie musiałam na cztery minuty stanąć w kolejce po swój indywidualny plan lekcji. Wykorzystałam ten czas, żeby wziąć ze stojaka w kącie plik folderów reklamowych rozmaitych college’ów i wsadzić je do plecaka, ignorując przy tym dziwne spojrzenia chłopaka z kolejki przede mną. Gdy chodziło o college, nie przejmowałam się, co myślą inni – musiałam się gdzieś dostać, nieważne, jak wcześnie zmuszona byłam zacząć rozsyłać formularze zgłoszeniowe albo ile musiałam ich wysłać. Przy odrobinie szczęścia mogło mi się udać wziąć jakąś jedną czy dwie uczelnie na litość w sprawie przyznania mi stypendium, tak jak moim rodzicom udało się wcześniej z Hillpark. Nie miało znaczenia, jak tego dokonam – wiedziałam, że albo mi się uda, albo będę przez resztę życia tyrać u Finnegana.

Zorientowałam się, że wszyscy wokół mnie mają na sobie mundurki. Czarne spodnie, białe koszule z kołnierzykiem, zielone krawaty. Nie ma to jak zapach równości instytucjonalnej o poranku.

Okazało się, że swoją szafkę szkolną mam niedaleko stołówki. Był tam jeszcze tylko jeden uczeń, którego szafka sąsiadowała z moją.

Miles.

Wspomnienia o Błękitnookim walnęły we mnie jak seria z cekaemu i musiałam zrobić obrót wokół własnej osi, by upewnić się, że całe otoczenie wygląda normalnie. Podchodząc powolutku, zerknęłam do jego szafki. Nic niezwykłego. Wzięłam głęboki oddech.

Grzecznie, Alex. Grzecznie. Nie zabije cię przez odrobinę wody. I nie jest halucynacją. Grzecznie.

– Ee, cześć – powiedziałam, stając przy swojej szafce.

Miles obejrzał się, zobaczył mnie i aż podskoczył – tak fatalnie, że drzwiczkami walnął w sąsiednią szafkę i prawie się potknął o własny plecak leżący na podłodze. Piorunującym wzrokiem wypalił mi dziurę w głowie.

– Sorki – powiedziałam. – Nie chciałam cię wystraszyć.

Kiedy nie zareagował, skupiłam się na własnej szafce i jej kodzie szyfrującym. Wrzucając książki do środka, spojrzałam na Milesa. Nie zmieniał wyrazu twarzy.

– Ja, ee, naprawdę przepraszam za tamtą wodę. – Wbrew rozsądkowi wyciągnęłam do niego rękę. Matka zawsze mi mówiła, żebym była grzeczna, co by się nie działo. Nawet gdyby mój rozmówca chował w rękawie nóż. – Jestem Alex.

Uniósł jedną z brwi. Ten grymas był tak nagły, tak idealny i tak ewidentnie odpowiedni, że omal nie wybuchnęłam śmiechem.

Powoli, jakby sądził, że od dotknięcia mojej skóry może się sparzyć, Miles wyciągnął rękę i uścisnął mi dłoń. Palce miał długie i cienkie. Pająkowate, ale silne.

– Miles – odpowiedział.

– Okej, wporzo. – Puściliśmy swoje dłonie w tym samym momencie, szybkim ruchem cofając ręce i przyciskając je do boków. – Fajnie, że mamy to za sobą. No to na razie.

Ruchy ruchy jazda stąd uciekaj uciekaj

Odeszłam jak najszybszym krokiem. Czy po dziesięciu latach właśnie znowu zetknęłam się z Błękitnookim? O Boże. Okej. Nie byłoby wcale źle, gdyby jednak istniał, prawda? Chociaż matka nigdy o nim nie wspomniała, to jeszcze żaden dowód, że nie istniał naprawdę. Ale co, jeśli był jakimś bucem?

Wal się, mózgu.

Dopiero po dojściu do schodów zorientowałam się, że ktoś za mną idzie. Włoski na karku stanęły mi dęba i okręciłam się na pięcie, chwytając za aparat.

Za mną stał Miles.

– Robisz to specjalnie? – zapytałam.

– Czy robię co specjalnie? – odparł.

– Idziesz o kilka kroków za mną, na tyle blisko, żebym wiedziała, że idziesz, ale nie na tyle blisko, żeby wyglądać jak jakiś zbok. I jeszcze się gapisz.

Zamrugał.

– Skąd.

– Przecież czuję, że tak.

– Może masz paranoję.

Zesztywniałam.

Wywrócił oczami.

– Gunthrie? – zapytał.

Profesor Gunthrie, zaawansowany angielski, pierwsza lekcja. Potwierdziłam.

Miles wyciągnął z kieszeni jakiś papier, rozłożył go i mi podał. Jego plan lekcji. U góry kartki stało jak wół jego nazwisko: Richter, Miles J. Pierwsza godzina lekcyjna: angielski zaawansowany, klasa czwarta, Gunthrie.

– Dobra – odezwałam się. – Ale nie musisz od razu zachowywać się jak stalker. – Odwróciłam się i wielkimi krokami wspięłam na samą górę schodów.

– Pierwszy dzień w nowej budzie jest do dupy, no nie? – Miles pojawił się obok, a w jego głosie brzmiało dziwne napięcie. Poczułam ciarki wędrujące mi po ramionach w górę.

– Aż tak źle nie jest – odparłam przez zaciśnięte zęby.

– W każdym razie – dodał – masz chyba niezbywalne prawo dowiedzieć się, że farbowanie włosów jest łamaniem szkolnego regulaminu.

– Nie farbuję włosów – odburknęłam.

– Jasne. – Miles znowu uniósł brew. – Jasne, nie farbujesz.

Rozdział 4

Kiedy weszłam na pierwszą lekcję, zamiast profesora Gunthrie zobaczyłam tylko dwa czarne buty o grubej podeszwie, oparte na rozłożonym na biurku grafiku zajęć. Reszta nauczyciela kryła się za poranną gazetą. Szybko omiotłam wzrokiem salę, po czym przecisnęłam się między ciasno ustawionymi rzędami stolików i stanęłam przed profesorem, licząc na to, że mnie zauważy.

Nie zauważył.

– Przepraszam.

Nad gazetą pojawiła się gruba linia brwi, a pod nią dwoje oczu. Facet był korpulentny, chyba po pięćdziesiątce, i miał krótko przycięte stalowoszare włosy. Cofnęłam się o krok od jego biurka, unosząc przed sobą książki jak tarczę.

Opuścił gazetę.

– Tak?

– Jestem nowa. Potrzebuję mundurka.

– W szkolnym sklepiku sprzedają je za jakieś siedemdziesiąt.

– Dolarów?

– Za darmo możesz dostać zapasowy egzemplarz od woźnego, ale nie będzie na nim godła szkoły. I nie spodziewaj się, że będzie pasować. Ani że będzie wyprany. – Popatrzył na zegar ścienny wiszący nad moją głową. – Poproszę cię o zajęcie miejsca.

Usiadłam z tyłu, pod samą ścianą. Głośnik szkolnego radiowęzła zatrzeszczał i ożył.

– Uczniowie East Shoal, witajcie w kolejnym roku nauki w naszej szkole. – Rozpoznałam anemiczny głos dyrektora McCoya. Swego czasu razem z matką odbyłyśmy z nim rozmowę. Bardzo przypadł jej do gustu. Ja nie byłam pod wrażeniem. – Mam nadzieję, że wszyscy macie za sobą wspaniałe wakacje, ale teraz przyszła pora wciągnąć się z powrotem w uczniowskie życie. Jeśli ktoś nie ma szkolnego mundurka, może go nabyć za minimalną opłatą w szkolnym sklepiku.

Prychnęłam. Zero stojaków na rowery, mundurki po siedemdziesiąt dolców, dyrektor oderwany od rzeczywistości… Super, po prostu bajka, brakuje tylko tęczy i jednorożców.

– Przy okazji – ciągnął McCoy – przypominam jak co roku, że już za parę tygodni czekają nas urodziny naszej ukochanej tablicy wyników, to jest rocznica podarowania jej naszej szkole. Tak więc szykujcie się wszyscy: przygotujcie się do złożenia ofiar i do świętowania tego wspaniałego wydarzenia!

Głośnik radiowęzła ucichł. Zagapiłam się w sufit. Czy naprawdę powiedział „do złożenia ofiar”?

Na cześć tablicy wyników?

– LISTA OBECNOŚCI!

Głos profesora Gunthriego brutalnie sprowadził mnie na ziemię. Rozmowy uczniów w całej sali ucichły. Miałam paskudne wrażenie, że nauczycielem angielskiego w tej klasie jest sierżant Hartman z Full Metal Jacket. Ostrożnie uniosłam aparat i zaczęłam robić zdjęcia.

– WYWOŁUJĄC WASZE NAZWISKO, WSKAŻĘ STOLIK. TO BĘDZIE WASZ STOLIK. NIE MA ZMIAN, ZAMIAN ANI OKAZYWANIA NIEZADOWOLENIA. ZROZUMIANO?

– TAK JEST, PANIE PSORZE! – odpowiedzieli wszyscy jak jeden mąż.

– DOSKONALE. CLIFFORD ACKERLEY. – Profesor Gunthrie wskazał pierwszy stolik w pierwszym rzędzie.

– Jestem! – Jakiś przysadzisty chłopak wstał i przeniósł się na swoje nowe miejsce.

– MIŁO CIĘ WIDZIEĆ W KLASIE ZAAWANSOWANEJ, ACKERLEY. – Profesor Gunthrie przeszedł do kolejnego nazwiska na liście. – TUCKER BEAUMONT.

Tucker wstał z miejsca pod ścianą i poszedł usiąść za Cliffordem. Zobaczył mnie z tyłu klasy i uśmiechnął się. Z konsternacją stwierdziłam, że wygląda tu na jeszcze większego nerda – szkolny mundurek odprasowany w kant, ręce pełne zeszytów i już zapisanych kartek – z gatunku takich, do jakich przyczepiają się goście w typie Clifforda Ackerleya.

Nie umiałam powstrzymać krótkiego chichotu. Zdarzało się to za każdym razem, kiedy słyszałam nazwisko Tuckera. Zawsze kojarzyło mi się ono z Charles’em d’Éon, którego pełne nazwisko brzmiało Charles-Geneviève-Louis-Auguste-André–Timothée d’Éon de Beaumont – francuskim szpiegiem, który drugą połowę swego życia spędził jako kobieta.

Profesor Gunthrie wywołał jeszcze kilka osób, aż dotarł do Claude’a Gunthriego, który nie dawał po sobie poznać, że rozkazy wywrzaskiwane przez własnego ojca w czymkolwiek mu przeszkadzają.

Robiłam zdjęcia wszystkim. Szczegóły mogłam przeanalizować później – nie planowałam podchodzić do nikogo na tyle blisko, żeby robić to twarzą w twarz.

– CELIA HENDRICKS!

Celię Hendricks ewidentnie napadł sklep kosmetyczny. Żadne naturalne włosy nie mogły mieć tego odcienia żółtości (i to powiedziałam ja, ha, ha), a skóra jej twarzy była hermetycznie zamknięta pod skorupą makijażu. Zamiast spodni miała na sobie czarną spódniczkę, która niebezpiecznie podjeżdżała jej w górę na udach.

Nie uszło to uwadze profesora Gunthriego.

– HENDRICKS, TA SPÓDNICA TO POGWAŁCENIE KILKU NARAZ ZASAD DOTYCZĄCYCH STROJU REGULAMINOWEGO.

– Ale dziś jest pierwszy dzień szkoły i nie wiedziałam…

– GÓWNO PRAWDA.

Zagapiłam się na profesora Gunthriego wytrzeszczonymi oczami, pragnąc gorąco, żeby żadna jego cecha nie okazała się wytworem mojej fantazji. Albo był z niego prawdziwy kozak, albo coś mi się śniło.

– IDŹ SIĘ PRZEBRAĆ. I TO JUŻ.

Celia wyszła z klasy z fochem, głośno tupiąc. Profesor Gunthrie westchnął i wrócił do swojej listy. Kolejnych kilka osób zmieniło miejsce.

– MILES RICHTER.

Miles z ziewnięciem powlókł się przez salę i opadł na swoje nowe krzesło. Zostały już tylko dwie osoby: ja i dziewczyna, która przed rozpoczęciem lekcji rozmawiała z Cliffordem. Może, bardzo być może, jej nazwisko zaczyna się na sylabę mieszczącą się między Ric- i Rid-…

– ALEXANDRA RIDGEMONT.

Cholera.

Kiedy siadałam za Milesem, oczy wszystkich zwróciły się na mnie. Jeśli nie zauważyli mnie wcześniej, to teraz tak – mnie i moje włosy. Och, te włosy…

Przestań, debilko! Wszystko jest okej, nikt na ciebie nie patrzy. No dobra, wszyscy na ciebie patrzą. Ale nie rzucają się na ciebie. Nic ci nie jest. Wszystko jest w porządku.

– Wystarczy Alex – odezwałam się słabym głosem.

– MARIA WOLF.

– Ria! – poprawiła profesora ostatnia z dziewczyn, niemal w podskokach kierując się do miejsca za moimi plecami. Spięte w koński ogon włosy barwy rudoblond podrygiwały jej przy tym radośnie.

Profesor Gunthrie cisnął listę z nazwiskami z powrotem na swoje biurko, założył ręce za plecami i stanął z przodu sali, wysoko unosząc kwadratową szczękę.

– DZIŚ ODBĘDZIECIE DYSKUSJE W PARACH NA TEMAT WASZEJ WAKACYJNEJ LEKTURY. PARY WSKAŻĘ JA. NIE MA ZMIAN, ZAMIAN ANI OKAZYWANIA NIEZADOWOLENIA. ZROZUMIANO?

– TAK JEST, PANIE PSORZE!

– DOSKONALE.

Profesor Gunthrie zaczął wymieniać nazwiska parami, biorąc je z głowy, jakby zdążył zapamiętać je wszystkie po jednorazowym przeczytaniu.

Siedzenie zaraz za plecami Milesa stanowiło chyba cenę, jaką musiałam zapłacić za bycie w parze z Tuckerem.

– Nie miałam pojęcia, że będziesz ze mną w klasie! – przyznałam mu się po tym, jak wyskoczyłam ze swojego krzesła i wśliznęłam się na miejsce o stolik za Tuckerem. Był jedyną osobą w sali, na której widok nie cierpła mi skóra. – I nie koloryzowałeś co do tej szkoły.

– Ludzie w tych stronach, panienko, nie śmieliby łgać o czymś takim. – Tucker uchylił wyimaginowanego kowbojskiego kapelusza. – Ty też mi nie powiedziałaś, że wybierasz się na zaawansowany angielski. Ostrzegłbym cię. Profesor Gunthrie prowadzi te zajęcia jako jedyny w szkole. – Uniósł w ręce papiery, na których miał coś nabazgrane. – Już skończyłem omawianie lektury. Co roku zaczyna od tego samego zadania. Chyba nie masz nic przeciw temu. – Zawahał się i popatrzył gdzieś nad moim ramieniem, marszcząc brwi. – Boże. Hendricks znowu to robi. Żebym chociaż rozumiał, co ona w nim widzi.

Celia Hendricks, która wróciła do klasy w luźnych spodniach od dresu, wychylała się ze swojego krzesła w stronę obróconego plecami do niej Milesa, wykonując jakieś dziwne podrzuty włosami i wołając go szeptem. Ponieważ nie zwracał na nią uwagi, zaczęła rzucać w jego głowę kulkami papieru oddartego z zeszytowych kartek.

– Dlaczego aż tak go nie cierpisz? – zapytałam Tuckera.

– Bo ja wiem, czy „nie cierpisz” to trafne określenie – odparł. – Bardziej na miejscu byłyby: „boję się go”, „chciałbym, żeby przestał się gapić” i „moim zdaniem to czubek”.

– Boisz się go?

– Jak cała szkoła.

– Dlaczego?

– Bo nie sposób zgadnąć, co mu w głowie siedzi. – Tucker wrócił do mnie wzrokiem. – Widziałaś kiedyś, żeby ktoś kompletnie się zmienił? Ale tak naprawdę kompletnie? Do tego stopnia, żeby zmieniła mu się nawet mimika twarzy? Bo to mu się właśnie przytrafiło.

Zawahałam się na widok nagle poważnego Tuckera.

– Brzmi raczej strasznie.

– Bo to było straszne. – Tucker skupił się na wzorze wyciętym w blacie jego pulpitu. – A potem, no wiesz. Musiał we wszystkim być najlepszy…

– Zaraz… chwila moment… to on jest najlepszy w całej budzie?

Wiedziałam, że Tucker nie lubi chłopaka, który ma najwyższą średnią ocen w całej szkole, ale ględząc na ten temat w pracy, nigdy nie mówił, o kogo chodzi. Wspominał tylko, że koleś na to nie zasługuje.

– Nie chodzi nawet o to, że jest lepszy ode mnie! – syknął Tucker, znów rzucając szybkie spojrzenie na Milesa. – Tylko o to, że się nie stara. Nawet nie musi czytać podręcznika! On po prostu wszystko wie! Znaczy, trochę już tak miał jeszcze w podstawówce, ale wtedy nigdy nie był najlepszy. Na okrągło olewał prace domowe, bo jego zdaniem nie miały sensu.

Obejrzałam się na Milesa. Najwyraźniej skończył już dyskusję z Claude’em, bo zasnął oparty o blat swojego stolika. Na plecach ktoś przyczepił mu taśmą kartkę, na której czarnym markerem wypisano: „NAZISTA”.

Zadygotałam. Lubiłam czytać o nazistach tak samo jak każdy inny historyk zajmujący się wojną, ale nigdy nie użyłabym tego określenia jako przezwiska. Bałam się nazistów jak ognia. Albo wszyscy w tej szkole byli idiotami, albo Miles Richter faktycznie był diabłem tak strasznym, jakim malował go Tucker.

– I do tego szefuje temu absurdalnemu klubowi – dodał Tucker. – Klubowi Wsparcia Sportu Rekreacyjnego w East Shoal. Uwielbia takie ohydne nazwy, pewnie sam ją wymyślił.

Przełknęłam gulę nagłego niepokoju, która urosła mi w przełyku. Znałam tę nazwę, słyszałam o tym klubie, nie wiedziałam tylko, że to jego klub. Napis na plecach Milesa unosił się i opadał w rytm jego oddechów.

– Ee… Hej. – Tucker trącił mnie łokciem. – Tylko niech ci nie wykręci jakiegoś numeru. Nie daj się, dobra?

– Numeru? Jakiego na przykład?

– Na przykład nie daj sobie rozkręcić siedzenia od krzesła albo wyrwać dziury w dnie plecaka.

– Oookeeej – powiedziałam rozwlekle, marszcząc brwi. – Wiesz co, teraz jestem już prawie pewna, że to albo goryl, albo tyranozaur, albo poltergeist. Czy jest coś jeszcze, co powinnam o nim wiedzieć?

– No – odparł Tucker. – Jeśli kiedykolwiek zacznie mówić z niemieckim akcentem, wal do mnie jak w dym.

Rozdział 5

Kolejne trzy godziny moich zajęć tego dnia przypominały tę pierwszą. Wchodziłam do klasy i obracałam się w koło, sprawdzając otoczenie. Kiedy znajdowałam coś dziwnego – typu: plakat propagandowy z okresu drugiej wojny światowej na ścianie – robiłam zdjęcie. Czterokrotnie byłam pytana, czy farbuję włosy. Profesor od zaawansowanej makroekonomii powiadomił mnie, że to wbrew regulaminowi. Odparłam, że włosy mam naturalne. Nie uwierzył mi. Pokazałam mu zdjęcie matki z moją siostrzyczką Charlie, które zawsze nosiłam przy sobie, bo ich włosy wyglądają tak samo. Poniekąd uwierzył. Usiadłam jak najbliżej drzwi i przez resztę lekcji obserwowałam go czujnym okiem.

Stołówka była olbrzymia, więc było w niej mnóstwo wolnych miejsc. I bardzo dobrze, bo nikt nie zwracał uwagi, że siedzę na krześle pod samą ścianą i przerzucam jedzenie w poszukiwaniu komunistycznych nadajników GPS. Przez głośniki radiowęzła dyrektor McCoy wygłosił kolejny komunikat o tablicy wyników. Ludzie przerywali jedzenie i rozmowy, żeby się z niego ponabijać, ale nikogo to nie dziwiło.

Miles Richter był na wszystkich lekcjach programu zaawansowanego, tak jak ja.

Jedyną, na którą nie przyszedł, były moje piąte zajęcia – godzina nauki własnej. Nadal nie miałam pewności, co miał na myśli Tucker, mówiąc, żebym nie dała Milesowi wyciąć sobie żadnego numeru. Nie zrobił żadnej z rzeczy, o których ostrzegł mnie Tucker, ale z drugiej strony bynajmniej mnie nie ignorował.

Przed obiadem, kiedy na zaawansowanej historii USA upadł mi ołówek, odkopnął go na sam koniec sali, zanim zdążyłam go podnieść. A że odchylił się na krześle z prowokującym spojrzeniem, jakby pytał: „I co ty na to?”, zepchnęłam mu plecak ze stolika na podłogę.

Po południu na politologii zaawansowanej „przypadkowo” przydepnął mi sznurówkę, tak że prawie zaryłam twarzą w ziemię. Kiedy nauczyciel przydzielał nam rzędami nasze pierwsze zadania do wykonania w ramach pracy domowej, podałam Milesowi takie, które było „przypadkowo” przedarte wpół.

Na chemii zaawansowanej profesor Dalton posadziła nas w porządku alfabetycznym i rozdała nam zeszyty do ćwiczeń laboratoryjnych. Z zewnątrz wyglądały jak zwykłe zeszyty, ale w środku miały pełno papieru milimetrowego, od patrzenia na który miało się ochotę popełnić samobójstwo. Mój upuściła na blat stolika z głośnym TRACH.

Nie spuszczając czujnego oka z karku Milesa, napisałam na okładce swoje imię i nazwisko. Właściwie to nagryzmoliłam je jak kura pazurem. Wyszło koślawo, ale w miarę czytelnie. Dobre i to.

– Uznałam, że zaczniemy rok szkolny małym ćwiczeniem na przełamanie lodów – powiedziała profesor Dalton z pewną senną wesołością, po czym wróciła do swojego biurka, otworzyła puszkę dietetycznej coca-coli i wydoiła połowę jednym duszkiem. – Oczywiście nieprzesadnie trudnym. Podzielę was na dwuosobowe zespoły i będziecie mieli okazję trochę się poznać.

Przeczuwałam, że w moją stronę skrada się właśnie zła karma z kijem golfowym. Pewnie za tamten raz, kiedy spuściłam do klozetu wszystkie osiem czarnych pionków szachowych Charlie i na dokładkę powiedziałam jej, że Święty Mikołaj nie istnieje.

Wyciągając z laboratoryjnej zlewki zapisane paski papieru, profesor Dalton wywoływała parami nazwiska, a ja patrzyłam, jak pulpity pośrodku sali pustoszeją w miarę przechodzenia wyznaczonych do współpracy osób do stanowisk warsztatowych, rozlokowanych pod ścianami pracowni.

– Alexandra Ridgemont – ogłosiła profesor Dalton.

Karma wzięła zamach.

– I Miles Richter.

Trafienie idealne. Skutki: lekki wstrząs mózgu. Możliwe zaburzenia koordynacji wzrokowo-ruchowej. Unikać wszelkiego wysiłku fizycznego i obsługi urządzeń mechanicznych.

Dopadłam stanowiska warsztatowego, zanim jeszcze Miles wstał z krzesła. Czekał tu na nas jakiś kwestionariusz. Skontrolowałam uczniów po drugiej stronie stanowiska – bynajmniej nie wyglądali groźnie, ale ci najmniej groźni zawsze okazywali się najgorsi – a także szafki nad głową i odpływ zlewu.

– Dobra, załatwmy to i miejmy już za sobą – powiedziałam do Milesa, kiedy podszedł.

Nie odpowiedział, tylko wyciągnął zza ucha długopis i jednym ruchem otworzył swój zeszyt. Rozstawiłam nogi nieco szerzej, czując, że podłoga pode mną przekrzywia się w lewo.

Poczekałam, aż Miles skończy pisać.

– Gotów?

– Możesz zaczynać.

Podsunął okulary wyżej. Miałam ochotę zerwać mu je z nosa i zetrzeć w proch.

Zamiast tego złapałam kwestionariusz.

– Pierwsze pytanie: „Jak brzmi twoje pełne imię i nazwisko?”.

– Rany. Ależ to będzie głupie ćwiczenie. – To była pierwsza rozsądna rzecz, jaka tego dnia padła z jego ust. – Miles James Richter.

Zapisałam.

– Alexandra Victoria Ridgemont.

– No tak, oboje mamy drugie imiona, które do nas nie pasują. – Tu nastąpiło Wspaniałe Uniesienie Brwi. – Dalej.

– Data urodzenia?

– Dwudziesty dziewiąty maja tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiąt trzy.

– Piętnasty kwietnia tego samego roku – odpowiedziałam. – Rodzeństwo?

– Brak.

Nic dziwnego, że był z niego rozpuszczony łobuz. Jedynak. I do tego pewnie dziany.

– Ja mam siostrę, ma na imię Charlie. Jakieś zwierzaki?

– Pies. – Mówiąc to, Miles zmarszczył nos, co mnie nie zdziwiło. Moim zdaniem przypominał przerośniętego domowego kocura. Dużo spał. Zawsze miał znudzoną minę. Pewnie lubił się bawić jedzeniem, zanim je zeżarł.

Patrzyłam na biedronkę, która pełzła po krawędzi zlewu. Byłam prawie pewna, że nie istnieje – kropki miała w kształcie gwiazd. Aparat zostawiłam w plecaku.

– Ja żadnych. Mój tato ma alergię.

Miles zabrał mi kwestionariusz i przeleciał po nim wzrokiem.

– Co jak co, ale mogliby się postarać, żeby te pytania były choć trochę mniej szablonowe. „Ulubiony kolor”? Jakim cudem miałoby to powiedzieć komuś cokolwiek o innym człowieku? Twoim ulubionym kolorem mógłby być pistacjowy i nikomu nie zrobiłoby to różnicy.

Po czym, nie czekając na moją odpowiedź, wpisał przy moim nazwisku w rubryce „Ulubiony kolor”: „pistacjowy”.

Przez cały dzień nie widziałam go równie ożywionego jak w tej chwili. Kiedy słuchałam, jak peroruje, jakimś cudem mnie to rozluźniało. Skoro był wściekającym się, ględzącym bucem, nie mógł być Błękitnookim.

– W takim razie twoim ulubionym kolorem jest ceglasty – odparłam, uzupełniając puste miejsce po jego stronie.

– A tu, patrz: „Ulubiona potrawa”. Co mi to niby powie?

– Prawda. Co lubisz jeść? Żabie serca w zalewie octowej? – Przycisnęłam długopis do dolnej wargi i rozważyłam tę kwestię. – Jasne. Uwielbiasz żabie serca w zalewie octowej.

Przerobiliśmy kolejnych kilka pytań. Wiedziałam, że pełne trwożnego podziwu spojrzenia naszych towarzyszy z drugiej strony stanowiska to więcej niż tylko moje przywidzenie. Kiedy doszliśmy do kategorii „Co mnie najbardziej denerwuje”, Miles powiedział:

– Kiedy ludzie zamiast „keczup” mówią „keczap”. – Zawahał się na chwilę i dodał: – A to akurat szczera prawda.

– Ja nie znoszę, kiedy ludzie mylą fakty historyczne – powiedziałam. – Na przykład kiedy mówią, że Kolumb odkrył Amerykę Północną, chociaż na początku nie dotarł nawet do kontynentu, którego pierwszym odkrywcą był Leif Eriksson. I to też jest prawda.

Odpowiedzieliśmy na jeszcze kilka pytań, jednak zanim doszliśmy do końca, z głosem Milesa zaczęło się dziać coś dziwnego. Nabrał jakiejś dziwnej szorstkości. Stał się mniej płynny. W angielszczyznę zaczął mu się wślizgiwać niemiecki akcent. Zespół z drugiej strony stanowiska gapił się na nas, zupełnie jakby Miles był zwiastunem apokalipsy.

Przeszłam do ostatniego pytania.

– Dzięki Bogu, już prawie skończyliśmy. „Jaką jedną rzecz pamiętasz z dzieciństwa?”

– Animalia Annelida Hirudinea. – Miles przygryzł koniec długopisu, jakby pożałował, że to powiedział. Nie patrzył na mnie, tylko wpatrywał się w dwa srebrzyste krany wygięte ponad misą zlewu.

Te słowa… i plastry. Ból, którego nie potrafiłam zrozumieć. Moje yoo-hoo. Zapach ryb.

Od głowy aż do stóp wsączył się we mnie dziwny chłód, zmieniając moje ciało w sopel lodu. Gapiłam się na niego. Piaskowobrązowe włosy sterczące we wszystkie strony. Okulary w metalowych oprawkach. Nos i kości policzkowe oprószone złocistymi piegami. Błękitne oczy.

Przestań na niego patrzeć, debilko! Jeszcze pomyśli, że ci się podoba czy coś!

Nie podobał mi się. Nie był nawet specjalnie przystojny. Prawda? Może pomoże, jak spojrzę jeszcze raz. Nie, do cholery! Oż kurde.

Gryzmoliłam coś niezdarnie w zeszycie, starając się nie zwracać uwagi na to, jak wali mi serce. Miałam zapisać jego słowa? Dlaczego cytował klasyfikację biologiczną? Błękitnooki nie istniał. Nie było przy mnie wtedy nikogo, kto by mi pomagał uwalniać homary. Wcale tego wówczas nie powiedział. To tylko mój umysł robił mnie w konia. Nie pierwszy raz.

Zakasłałam delikatnie, ciągnąc się za kosmyk włosów.

– No tak. U mnie możesz napisać: „yoo-hoo”.

– Yoo-hoo – powtórzył powoli.

– Yoo-hoo… No wiesz, najlepszy napój pod słońcem?

Teraz to on gapił się na mnie. Przewróciłam oczami.

– „Y”, „O”, „O”, kreska, „H”…

– Wiem, jak to się pisze, dzięki. – Głos nagle wrócił mu do normy. Znów był płynny i czysty. Kiedy zaczął zapisywać moją odpowiedź, rzuciłam okiem na ścienny zegar. Lekcja dobiegała końca. Ręce aż mi się trzęsły.

Rozległ się dzwonek, podskoczyłam zabrać plecak i dołączyłam do innych uczniów wychodzących na korytarz. Gdy zostawiłam Milesa za sobą, poczułam się lepiej, jakby objawienie, którego doświadczyłam w pracowni chemicznej, było tylko snem, a ja bym się właśnie obudziła. Nie rozumiałam go – pochodził wprost z moich urojeń, a przecież istniał. Tkwił na granicy dzielącej mój świat od świata reszty ludzi – i nie podobało mi się to.

Zjawiliśmy się przy szafkach w tym samym momencie. Ignorując go, otworzyłam drzwiczki i sięgnęłam po podręczniki.

Wypadły mi z okładek jak wnętrzności z wypatroszonych ryb.

– Chyba ktoś porozcinał ci szycia w książkach – zauważył Miles.

Co ty nie powiesz, złamasie. Niech się wali – Błękitnooki czy nie, ani mi się śniło znosić coś takiego.

Podniosłam swoje zniszczone książki, wepchnęłam wszystkie do plecaka i zatrzasnęłam szafkę.

– Chyba będę musiała je naprawić.

A potem, tupiąc głośno, odeszłam w stronę sali gimnastycznej, przekonana, że odtąd nie będę już w stanie się od niego odczepić.

Rozdział 6

Tucker nie miał racji co do Klubu Wsparcia Sportu Rekreacyjnego w East Shoal. To nie Miles wymyślił tę nazwę. Była pomysłem dyrektora McCoya, co sam przyznał, kiedy w rozmowie ze mną i moją matką wyjaśniał zasady zaliczania przeze mnie obowiązkowych godzin prac społecznych.

Szłam teraz do głównej sali gimnastycznej, a Miles deptał mi po piętach. Czułam, jak jego kocie spojrzenie wwierca mi się w łopatki. W drzwiach sali stanęłam i rozejrzałam się dookoła, usiłując nie zwracać niczyjej uwagi na to, że obracam się wokół własnej osi.

To pomieszczenie było starsze niż sala gimnastyczna w Hillpark. Spodziewałam się, że będzie odnowione, przeprojektowane na wzór obrzydliwie drogiego przyszkolnego stadionu futbolowego. W przylegającym do głównego wejścia rzędzie trybun mieścił się stolik sędziowski do kontroli punktacji. Obręcze do koszykówki były uniesione do sufitu, dzięki czemu miałam dobry widok przez całą salę na tablicę wyników wiszącą na przeciwległej ścianie. W jej górnej części widniał zielony napis „Liceum Ogólnokształcące East Shoal”.

Miles dotknął mojego ramienia. Samym końcem wskazującego palca, ale przeszył mnie prąd i aż podskoczyłam.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki