Wymiary mroku - Tomasz Hildebrandt - ebook
Opis

 

Na kilka dni przed obchodami Nocy Świętojańskiej, w Borach Tucholskich dochodzi do serii tajemniczych wydarzeń. Porwana zostaje dziewczyna wracająca z pracy do domu, znika niebezpieczny pacjent szpitala psychiatrycznego, członkowie starosłowiańskiej sekty uczestniczą w krwawym obrzędzie, w głębi lasu odnalezione zostają zwłoki kobiety. Czy coś łączy te zdarzenia? W Starogardzie Gdańskim pojawia się nadkomisarz Andrzej Bondar, by rozwiązać zagadkę.

Zwłoki kobiety znikają, zanim na miejsce zdąży dotrzeć ekipa śledczych. Śledztwo pozostaje w zawieszeniu do chwili odnalezienia kolejnego ciała. Nie ma wątpliwości, że kobieta padła ofiarą morderstwa. Asystująca nadkomisarzowi niedoświadczona aspirant Jagna Suchocka jest zdania, że w Borach Tucholskich grasuje seryjny morderca, ale Bondar sceptycznie odnosi się do tej teorii. Ponure tajemnice, które wychodzą na jaw oraz trauma wywołana kolejnymi okrutnymi zbrodniami sprawiają, że Bondar znowu musi stawić czoło demonom, z którymi zmagał się wcześniej w Bieszczadach.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 475

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Projekt ‌okładki: ‌Paweł ‌Panczakiewicz/PANCZAKIEWICZ ART.DESIGN

Redakcja: ‌Irma ‌Iwaszko

Redakcja techniczna: Anna ‌Sawicka-Banaszkiewicz

Skład ‌wersji elektronicznej: Robert ‌Fritzkowski

Korekta: ‌Anna ‌Sawicka-Banaszkiewicz, ‌Katarzyna Szajowska

Ta ‌książka ‌jest fikcją literacką. Żadna ‌z postaci występujących ‌w ‌powieści nie ‌jest ani w ‌całości, ani częściowo wzorowana ‌na osobach, które sprawują ‌lub sprawowały funkcje lub ‌zajmują ‌albo zajmowały stanowiska ‌opisane w ‌książce.

Wszelkie ‌podobieństwo do realnych osób ‌i zdarzeń jest ‌niezamierzone i całkowicie przypadkowe.

Copyright ‌© for the text ‌by Tomasz Hildebrandt

© for ‌this edition by ‌MUZA SA, Warszawa ‌2018

ISBN 978-83-287-0948-5

Wydawnictwo Akurat

Wydanie ‌I

Warszawa 2018

Przenikaliśmy ‌wciąż głębiej i głębiej ‌w jądro ‌ciemności. (…)

Joseph ‌Conrad, Jądro ciemności

PROLOG

Zabiłeś.

Po ‌raz ‌pierwszy ‌wchłonąłeś ‌ludzką duszę. ‌Upolowałeś ‌ją na ‌poboczu drogi, zaledwie ‌sto metrów od najbliższego ‌domu. Zaproponowałeś pieszczoty, ona ‌odmówiła. Wtedy powaliłeś ‌na ziemię, biłeś tak ‌długo, aż przestała ‌się ‌ruszać. Wsłuchiwałeś ‌się w odchodzące ‌życie, dotykiem czułeś ‌stygnące ciało pozbawione temperatury ‌serca, niekończącego się ‌pędu krwi. Uczyniłeś ‌z niej lalkę naturalnej wielkości, ‌swoją zabawkę.

Pierwszy ‌szlif, ‌pierwsza ofiara, pierwsze nacięcie ‌na twoim narzędziu zbrodni. ‌Żądza ‌kiełkowała długo, kształtowała ‌się ‌w tobie przez ‌lata, dojrzewała, ‌by rozkwitnąć kwiatem ‌koloru ‌krwi. Uświadomiłeś sobie, że ‌zwykły ‌stosunek z kobietą ‌to za mało. ‌Robiłeś to z konieczności, bo tak było trzeba. Parzyć się, zapładniać, mieć dzieci. Ty jednak potrzebowałeś więcej, pożądałeś przemocy. Może działałeś jak zwierzę, instynktownie, zew odnalazłeś w źle ułożonych genach. Może zstąpił na ciebie duch, którejś nocy nawiedził cię czarny anioł.

Widzę cię. Jesteś małym dzieckiem, ale już da się rozpoznać, że będziesz inny. Zwracasz uwagę na detale, które w ogóle nie interesują rówieśników, bacznie obserwujesz dorosłych. Katują się nawzajem jak psy zamknięte w ciasnej klatce. Mężczyźni tłuką kobiety, kobiety rewanżują im się torturą psychiczną. Zauważasz mechanizm przemocy: ciężka cisza, iskra wybuchu, krzyk, pierwsze ciosy. Płacz, po którym powietrze zaczyna pachnieć jodem jak po burzy. Padają niezdarne słowa pojednania. Dochodzi do kopulacji, cielesnych zapasów wywołujących na twarzach kochanków grymas bólu. Nie jesteś w stanie tego pojąć. To kolejny etap awantury? Następna tortura?

Podglądasz, a oni cię na tym przyłapują, dostajesz w skórę. Po jakimś czasie wiedzą wszyscy, spychają cię na margines, wyzywają, szydzą. Rodzina, sąsiedzi, przyjezdni obcy, którzy usłyszeli plotkę o kilkuletnim zboczeńcu. Moczysz się w łóżko, a wtedy spotyka cię dodatkowa kara. Rozpoczyna się dla ciebie życie w ciągłym lęku, nie zdołasz się z tego wyzwolić. Ludzie stają się twoim największym wrogiem.

Kobiety, w szczególności kobiety. Matka stająca niekiedy w twojej obronie jest jedyną osobą na świecie, której choć trochę na tobie zależy. Kochasz ją i wstydzisz się tego uczucia, pragniesz zniknąć ze wstydu. Preferujesz przemoc, bicie, wyzwiska, nauczyłeś się przed tym bronić. Przed miłością matki nie potrafisz się zamknąć, stoisz przed nią nagi, bezbronny. Zraniony swoją słabością. A potrzebujesz grubej, twardej skorupy, pancerza będącego w stanie cię ochronić. I broni, żeby kontratakować.

Mężczyzn ignorujesz, łatwiej przychodzi ci znosić ich obelgi, razy. Z kobietami jest inaczej, upodlają cię z pasją, którą dostrzegasz w ich oczach. Nienawidzą cię każdym centymetrem swoich miękkich ciał, całą objętością duszy. Nic nigdy żadnej z nich nic nie zrobiłeś, nie pojmujesz furii prześladowań z ich strony. Byłeś dla nich odpryskiem męskości, którego nie musiały się bać, istotą mieszczącą się w ludzkiej hierarchii niżej od nich, idealną ofiarą drzemiącego w nich okrucieństwa. To one wydrążyły w tobie pustkę, wypełnioną później przez mrocznego demona. One same stworzyły swojego kata.

Widzę cię. Dorastasz, karmisz się wzgardą, poisz nienawiścią. Wreszcie rozumiesz różnicę płci, sens kopulacji. Koledzy i koleżanki łączą się w pary, obserwujesz ich i też tego pragniesz. Starasz się, ale odpychają cię nawet najbrzydsze dziewczyny, te bez szans na powodzenie u chłopców. Kończysz szkołę, idziesz do pracy, wreszcie wyprowadzasz się z domu, uciekasz z tego piekła maleńkiej wsi. Zaciekle walczysz o swoje prawo do normalności. Podświadomie odczuwasz, że związek z kobietą uczyni z ciebie człowieka, jakim powinieneś być. Męża i ojca, zwykłego, przeciętnego mężczyznę, jednego z wielu miliardów ludzkich termitów w szarych robotniczych blokach.

Poznajesz ją. Jesteście razem. Patrzę na ciebie i widzę tego szaraka poruszającego się w masie sobie podobnych. A ty potrafisz przecież przemieszczać się między odrębnymi światami, przenikać noc. Też to czujesz, wegetacja zaczyna cię krępować, za ciasno ci w twojej własnej skórze. Coś w tobie rośnie, pęcznieje, buzuje jak wrzątek w przykrytym garnku. Odczuwasz głód, dla którego jeszcze nie znasz pokarmu. Jeśli nie odkryjesz go, skonsumujesz samego siebie. To już nie jest kwestia wyboru, to kwestia konieczności.

Przemienił cię anioł, pamiętam jedną z twoich opowieści. W pierwszy dzień lata, noc sobótki, kiedy na ziemię zstępują starożytne duchy. Poczułeś to, kiedy uderzyłeś tę dziewczynę w tył głowy, zacząłeś dusić. Coś w ciebie wstąpiło, nabrałeś wielkości, siły. Posiadłeś ją całą, była twoja. Zatrzęsła się ziemia, niebo otworzyło pęknięciem o kopalnianej czerni. Eksplodowałeś orgazmem złożonym z setek rozkoszy. Zakosztowałeś smaku ludzkiej duszy. Rozpostarłeś skrzydła demona, wkrótce miałeś wznieść się w niebiosa.

Też tego pożądam, chcę poczuć twoją nadludzką moc. Zaznać twojej wielkości.

ROZDZIAŁ 1

Trzaskające w oddali pioruny podnieciły go.

Popatrzył w kontur swojego odbicia w szkle okna. Strugi deszczu rozbijały świat w coś nieuchwytnego, co miało dopiero powstać. Narodzić się z łona nocy skoncentrowanej w postaci embrionu nowego życia.

Dreszcze pozostawiły mu na skórze wrażenie bólu, jakby oparł się plecami o mokrą, szorstką blachę ściany garażu sąsiada. Kiedyś chował się tam przed dzieciakami ze wsi, kiedy wpadło im do głowy skopać mu tyłek. Albo wytarzać w psim gównie. Albo napluć w oczy tak, że niczego nie widział. Niekiedy wszystko razem, zabawa w dręczenie słabszych zwiększa apetyt na okrucieństwo wraz ze stosowaniem kolejnych tortur. Pewnego razu wtarli mu w odbyt znalezioną w piwnicy trutkę na szczury. Że niby wytrują mu w ten sposób robaki, bo nikt nie miał wątpliwości, że było ich tam całe gniazdo. Nawet on sam, łatwo go było do takich rzeczy przekonać. Wylądował w szpitalu, a dzieciaki dostały od swoich rodziców lanie. Co innego poniewieranie kimś, a co innego narażanie czyjegoś życia. Nawet takiej marnej istoty jak on.

Wcale nie był najsłabszy, fizycznie dałby radę większości swoich rówieśników. Gorzej było u niego z intelektem, jakoś nie nadążał umysłowo za resztą kolegów. Był więc ułomkiem, tym innym, gorszym, którego potrzebują wszyscy ci, którzy odczuwają przymus potwierdzania swojej normalności. W ten sposób we wsi, w której dorastał, utworzyły się dwie grupy: On i reszta dzieciaków. Nigdy samotnie nie odwiedzał sąsiednich miejscowości, tam czaiło się jeszcze większe niebezpieczeństwo. A jeśli już miał oberwać, to wolał od swoich. Łączyła go z nimi jakaś dziwaczna więź. Płakał najgłośniej, kiedy jeden z jego oprawców utopił się w rzece. Mimo otaczającej go niechęci i nienawiści potrafił współczuć i kochać.

Błyskawica rozdarła niebo, burza się zbliżała. Cisza była równie materialna jak ściana, mógłby się o nią oprzeć. Wszyscy pochowali się przed żywiołem, nikt nie będzie mu tej nocy przeszkadzał.

Chwycił klamkę u drzwi, w zamek wsunął wytrych. Od małego otwierał kłódki i zamki, kradł klucze albo dorabiał własne, łamał i rozrywał, jeśli nie było innej drogi. Wciąż ktoś go gdzieś zamykał, najpierw matka w domu, potem sąsiad w komórce, nauczyciele w klasach, w końcu źli ludzie w pokojach z zakratowanymi oknami. Byle trzymać go z dala od siebie, nie musieć oglądać. Móc o nim na moment zapomnieć. Udawać, że nikogo takiego nie ma.

Wytrych zmajstrował na zajęciach praktycznych w warsztacie. Niewiele umiał, ale to wychodziło mu wyśmienicie. Gdyby miał okazję, pewnie bez problemu rozprułby kasę pancerną, jak w telewizji. Ukradłby milion dolców i wtedy nikt by go nie traktował jak robaka, byłby ważny. Już tego nie dokona, niczego już nie dokona. Tak postanowił. Co jak co, ale obietnic potrafił dotrzymywać. Tej nocy wszystko się skończy.

Wszystko rozpocznie się od nowa.

Wyszedł na korytarz. Kiedy zamknął za sobą drzwi, niebo przeszył kolejny błysk. Już go nie zobaczył, mrok korytarza był niezmącony. Poruszał się na pamięć, znał ten budynek jak własną kieszeń. Klatkę schodową rozświetlały zielone ślepia oznaczeń ewakuacyjnych. Kojarzyły mu się z oczami nocnych drapieżników. On w łańcuchu pokarmowym zajmował niziny, ale też potrafił wyrobić w sobie instynkt drapieżcy, odnalazł kogoś słabszego. Maltretowanie żab i myszy nie sprawiało mu frajdy, co innego kota albo psa. Cierpiały jak ludzie, nawet bardziej.

Paradoksalnie im schodził niżej, tym robiło się jaśniej, odwrotnie niż w kopalni lub studni. Parter stanowił najjaśniejsze miejsce w budynku. Tam znajdowały się pomieszczenia, w których organizowano większość zajęć, a także prowadzono terapie. Kuracji podlegali tylko ci, którzy zostali uznani za chorych, próbowano wskazać im drogę powrotną do normalności. On nie był chory, był inny. Koty i psy były jego tajemnicą, nikomu jej nigdy nie zdradził, nawet lekarzom. Uznano więc, że nie stwarza zagrożenia, jest nieszkodliwy. Wyszczerzył zęby do tej myśli. Teraz im wszystkim pokaże, co potrafi.

Strażnicy oglądali telewizję, jak zwykle. Fałszywie brzmiące słowa padające z głośników wylewały się ze stróżówki wraz z łuną pulsującego technikoloru. Przemknął przytulony do ściany, biała piżama i biała farba. Wyobraził sobie, że znika i nikt nie jest w stanie go zobaczyć. Miał rację, przekradł się do korytarza niezauważony, duch przenikający mury budynków niczym powietrze.

Zatrzymał się na końcu holu, przed drzwiami, które różniły się od pozostałych szerokością. Tylko niektórzy wiedzieli, co się za nimi kryje. On był już tam kilkukrotnie, podpatrzył u strażnika szyfr do elektronicznego zamka. Wprowadził kod i poczekał na dźwięk oznajmiający przesunięcie rygla. Drzwi poruszyły się i odsunęły. Wszedł w mrok. Wymacał ścianę, kawałki śliskiej cegły obszyte koronką chropowatego betonu. Na twarzy poczuł chłód lochów, w nozdrzach stęchliznę. Schody i pierwszy odcinek korytarza przebył po omacku, dopiero wtedy włączył światło, przekręcając masywny ebonitowy włącznik w kolorze ciemnego brązu. Sufitowe lampy o szklanej skorupie zabezpieczonej drucianą siatką rozświetliły kilkudziesięciometrowy tunel, którego koniec niknął w słabej poświacie. Łącznik pomiędzy budynkami ośrodka, nieużywany węzeł komunikacyjny i skład rupieci, które rokują najmniejsze nadzieje na ponowne zastosowanie. Z półokrągłego sklepienia zwisały niczym wyprute żyły źle osadzone kable, po obu stronach ceglanych ścian znajdowały się wejścia do komórek i skrytek. Pochodzące z czasów Kaisera podziemia pełne robactwa, gryzoni i zapomnianych, przerażających historii. I oczekujące tych, które miały się dopiero wydarzyć.

Ruszył do przodu. Bał się tej piwnicy tylko za pierwszym razem, kiedy wkradł się w ślad za strażnikiem i nie potrafił odnaleźć wyjścia. Światło włączało się dopiero po wprowadzeniu kodu, więc spędził w kompletnych ciemnościach dwie noce i jeden dzień, które w jego skali czasu okazały się całym życiem. Umierał ze strachu i odradzał się wielokrotnie, nauczył się patrzeć dłońmi i uszami, słuchać całą powierzchnią skóry. Najmniejsze cząsteczki światła odnajdywać węchem. Musiał zamienić się w szczura, by ponownie odrodzić się w formie człowieka. Ciągle obcy, tym razem jednak w inny, nowy sposób.

W połowie korytarza zatrzymał się, nacisnął na kutą klamkę obitych blachą drzwi zakończonych półokrągłym szczytem. Masywne zawiasy nie wydały najmniejszego dźwięku, ze środka buchnęło pleśnią, wyczuwało się słaby strumień powietrza. Żółtawe światło wpadające przez szparę rozmazało się na wilgotnych ścianach, pełnych kłębków pozawijanych sznurów i lin, obrośniętych kożuchem pleśni niby wężowate istoty o futerkowych skórach. Naprzeciwko wejścia pod sufitem mur załamywał się, zamieniając w otwór okienny zabezpieczony kratami.

Rozwarł drzwi na oścież, z haka zdjął kłębek sznura i zwinął go w pętlę, zahaczając o kratę. Musiał wspiąć się na ścianę, ale robił to już poprzednio, bez trudu odnalazł szpary po wykruszonych cegłach, na których oparł stopy i dłonie. Szarpnął, sprawdzając mocowanie, trzymało pewnie. Właśnie w ten sposób wydostał się ze swojej pułapki. Tamtędy uciekał kilka razy, zawsze wracał. Tym razem nie zamierzał wrócić. Ma już dość, odejdzie z tego miejsca na zawsze. Zacznie wszystko od nowa, gdzie indziej.

Pokaże im, na co go stać.

Blask świeczki na zmianę kurczył się i rozrastał, wydzierając nabierającej ciężaru ciemności skrawek przestrzeni. Pomruki grzmotów zbliżającej się burzy przypominały pierwsze pęknięcia ciszy ostrzegające przed lawiną. Groza wisiała nad głowami jak deszcz, tylko dużo niżej, na wyciągnięcie ręki. Można ją było zagarniać, zbierać całymi garściami, lepiła się do spoconej skóry.

Strach przed tym, co tej nocy miało nastąpić.

Jęzor świeczki kołysał się, zasypując ciasną komórkę łopoczącymi skrzydłami cieni. Grubo ciosane meble, graty pochowane pod prześcieradłami, chaotycznie porozrzucane narzędzia, rdzewiejące puszki na regale z nadgniłej dykty, zakurzone słoiki z przetworami przypominającymi ludzkie organy. Niektóre, wchłaniając promienie lampy, błyszczały własnym blaskiem, jak gdyby wciąż żyły. Stalowe wiadro uwalane jakąś brunatną substancją, z którego wydobywał się mdły smród psującego się mięsa. Zgrzytnęły drzwi, po ścianach przebiegły ciarki.

Wszedł do środka, głośno odsunął ciężkie krzesło o grubych metalowych nogach i usiadł za biurkiem. Lśniący lakierowany blat o startych krawędziach odbił część jego twarzy, nienaturalnie wykrzywionej w spękanej okleinie, pociętej diabolicznymi rysami słojów drewna. Ciężki, nierówny oddech podrywał drobiny kurzu, które wzbijały się, wirowały wokół płomienia niczym mikroskopijne ćmy. Klatka piersiowa nadymała się jak po panicznej ucieczce, tchawica świstała intensywnie pompowanym powietrzem, tętnica szyjna napuchła, czoło przybrało zaognioną barwę ukąszenia komara.

Był tak podniecony, że ledwo panował nad ruchem rąk.

– Spokojnie – wyszeptał, przyciskając dłonie do biurka. – Spokój! – powtórzył głośniej, jego ciało nie reagowało na polecenia wydawane szeptem.

Zacisnął prawą pięść, rozwarł ją i zbliżył do światła. Poskutkowało, przestała drżeć. Nabrał głęboko do płuc powietrza i powoli je wypuścił. Serce zatrzepotało, ale wróciło do regularnego rytmu, kolejny oddech był spokojny i gładki, bez chropowatych odgłosów dobiegających z wewnątrz. Wierzchem dłoni otarł pot z czoła. Skinął głową do swoich myśli.

– Tak – wymruczał na głos.

Był gotowy.

Odchylił się na krześle i spojrzał na ścianę. Do podziurawionych przez korniki desek przytwierdzone były zdjęcia i kartki. Postacie fotografowane z dystansu, jakby z ukrycia, z kiepskiego aparatu, który rozmazywał krawędzie i odwzorowywał rzeczywistość w kolorach sepii. Ręczne notatki na papierze w kratkę, mapki z zaznaczonymi miejscami i trasami dojazdu. Dzięki kolorowym łepkom szpilek kolekcja wyglądała na zbiór pamiątek z wakacyjnej wycieczki, często tworzony przez sentymentalne nastolatki.

Sięgnął po jedno ze zdjęć, położył je na środku biurka. Długo wpatrywał się w postać dziewczyny w dżinsach i niebieskiej bluzeczce, z tanią, źle imitującą skórę torebką zwisającą ze zgiętej w łokciu chudej ręki. Dotknął fotografii palcem i cofnął go nagle, jakby dziewczyna parzyła. Starł odcisk palca kawałkiem szmatki walającej się w rogu biurka. Ostrożnie, by znowu nie pobrudzić obrazka, odwiesił go na poprzednie miejsce. Jakby się bał, że skala tę postać swoim brudnym dotykiem. Zbezcześci jej wizerunek lub pamięć.

Spojrzał na zegarek o szarej, wyblakłej kopercie z nazwą wypisaną cyrylicą, z ordynarnym pokrętłem do nakręcania sprężyn i odrapanym szkiełkiem. Już czas, jakakolwiek zwłoka mogłaby pokrzyżować mu plany. Okoliczności były idealne, od dawna czekał na taką aurę. Tej nocy albo nie wiadomo kiedy, zostało mu tylko kilka dni. Nie miał innego wyjścia, musiał to zrobić. Oczekiwała go nieśmiertelność, życie wieczne. Potęga przekraczająca ludzkie możliwości. Wzniesie się wysoko ponad przeciętność, wyzwoli z narzuconych mu ograniczeń. Wreszcie dozna spełnienia, wchłonie w siebie energię, która uczyni go nadczłowiekiem.

Demonem śmierci.

Z rozmyślań wyrwał go grzmot. Wzdrygnął się, burza była coraz bliżej. W przypływie nagłego impulsu zerwał się z krzesła, wielkimi krokami przesadził długość komórki i wyszedł, ze zgrzytem zamykając za sobą drzwi. Świeczka poruszyła się w wirze powietrza, ale cienie przedmiotów nawet nie drgnęły, pozostały martwe.

Zgasła, zalewając komórkę mrokiem. Na ziemię spadły pierwsze krople mroźnego, stalowego deszczu, wywołując przeszywające dreszcze.

Młoda dziewczyna w dżinsach i niebieskiej bluzeczce, z tanią, źle imitującą skórę torebką zwisającą ze zgiętej w łokciu chudej ręki, wstała z siedzenia, podeszła do wyjścia. Autobus zwolnił, zakołysał przy wciskaniu hamulca i stanął. Drzwi otworzyły się z mechanicznym sapnięciem, z zewnątrz powiało chłodem, zapach wilgotnego powietrza zmieszany z brudem wytartych siedzeń i zielonym jabłuszkiem dyndającym nad pulpitem kierowcy skojarzył się jej z fetorem kawalerskiego mieszkania. Była niedawno w takim, krótko i bez większej przyjemności, dawno znikąd tak szybko nie uciekała. Gość z początku wydawał się nie najgorszy, choć odrobinę za stary. Po wszystkim wylazł z niego prawdziwy dziad, taki w niedopranej żonobijce, czapeczce wpierdolce, brudnych skarpetach w sałatkę i powyciąganych gaciach, żłopiący piwsko przed telewizorem i pierdzący w zarwany fotel. A tego miała aż nadto u siebie. Fe!

Obejrzała się niepewnie. Przez chwilę przeszła jej przez głowę myśl, żeby pojechać dalej, miała koleżankę w Czersku, przenocowałaby ją. Kierowca nie był jednak ani trochę lepszy od tamtego obciacha, niedogolony oblech z pianą śliny w kącikach ust i napalonymi gałami, którymi zdzierał z niej ciuchy, rozbierał do naga. Założyłaby się, że włoży łapę w spodnie, jak tylko ruszy z przystanku. Była ostatnią pasażerką, mógłby sobie używać do woli.

Na zewnątrz straszyła zdezelowana wiata, młode choinki szczerzyły igły i udawały upiory. Gdzieś daleko błysnęło, grzmot zatrząsł luźnymi szybami. Wzdrygnęła się, pobocze przypominało rzekę smoły, nad którą nachylały się zwęglone drzewa. Noc była czarna jak głębia studni, w którą zaglądała jako mała dziewczynka. W ten sam sposób patrzyła teraz w ramę drzwi, z identycznym wrażeniem grozy ziejącej z niewidocznych czeluści.

Wysiadła. Czuła na sobie klejący wzrok kierowcy jeszcze przez długą chwilę. Odetchnęła, dopiero gdy autobus znikł za zakrętem, a tylne światła zgasły za ścianą lasu. Huk grzmotu natychmiast uświadomił jej, że wcale nie podjęła najlepszej decyzji. Zaraz się zacznie ulewa, a ona musiała jeszcze dojść do domu, kilometr polną ścieżką przez kilkuletnie wyręby pęczniejące nocą gigantycznymi chwastami, krzakami i chuderlawymi odrostami wyciętych drzew. Pełne gryzoni i małych zwierząt, które w dziwny sposób rosły i zaczynały na nią polować, kiedy robiło się ciemno. Przebyła drogę z przystanku autobusowego do domu tysiące razy, mogłaby iść z zamkniętymi oczami, a i tak zawsze czuła ten dziwny lęk. Jakby coś miało ją w każdej chwili pożreć lub porwać w zaświaty. Żywcem albo uprzednio kradnąc życie.

Po drugiej stronie drogi pękła gałązka. Wytężyła wzrok, ale mrok przypominał ścianę, nie widziała niczego. Drżącą ręką wyciągnęła z kieszeni komórkę, włączyła latarkę. Mizerne światełko polizało trawiaste pobocze i popękany asfalt, nie sięgało dalej niż dwa metry do przodu.

– Paweł? – zapytała ściszonym głosem, który i tak wydał się krzykiem. – Paweł, to ty?

Brak odpowiedzi. Przełknęła ślinę, pokręciła głową i wyśmiała w duchu swoje spanikowane myśli. Paweł wychodził po nią tak rzadko, że musiałoby być jakieś święto, żeby zrobił to dzisiaj. Tymczasem niedziela była dla niej normalnym dniem pracy, dla niego zwykłej, wiejskiej, rozleniwiającej nudy. Nie mogła na niego liczyć, jak zresztą na całą resztę rodziny. W domu była równie samotna, jak teraz na drodze, w środku lasu. Z walącymi piorunami i pierwszymi kroplami deszczu.

Objęła się ramionami i z pochyloną głową ruszyła w kierunku domu. Kolejne uderzenie pioruna było dużo bliższe, stanęła i wsłuchiwała się w bicie wystraszonego serca. Błyskawica oślepiła ją, czarne kontury krzaków i drzew przez chwilą wirowały jej przed oczami. Jeden podejrzanie znajomy, prawie ludzki. Zerwał się wiatr, liście zaszeleściły, w koronach skrzypnęły konary. Za sobą usłyszała miękkie kroki.

– Halo, jest tam kto? Halo? – Ostatnia głoska załamała się, dziewczyna zakwiliła jak ptak.

Przyspieszyła kroku, skręciwszy w polną drogę, prawie już biegła. Szumy i szmery narastały, kroki stawały się głośniejsze i bardziej wyraźne. Ktoś rzucił się za nią w pogoń. Gotowa krzyczeć odwróciła się, kiedy błyskawica rozświetliła drogę. Zupełnie pustą, nikogo tam nie było. Tylko ona, mała, głupia wariatka, która się boi duchów. Krzaki jeżyły się jedynie w wyobraźni, drzewa nachylały, trawa pełzła i chwytała za kostki. Zwierzęta atakowały ludzi i rozrywały na strzępy. Człowiek powinien obawiać się tylko drugiego człowieka, a nikogo innego tam nie było. Wciągnęła głęboko do płuc parne powietrze, pokręciła głową. Chyba naprawdę jej odbija.

W tym momencie jakaś siła ścięła ją z nóg.

Uderzenie pioruna wywołało dziki krzyk, wzniesione do nieba ręce łopotały w powietrzu w rytm płonącego ogniska. Płomienie targane przybierającym na sile wiatrem wyrywały się w kierunku ludzi tańczących w transie. Krzyk powtórzył się, przeciągnął w wilcze wycie, kiedy nad lasem wyrosła błyskawica przypominająca świetlisty korzeń jakiejś mitycznej rośliny. Rozświetlone na ułamek sekundy drzewa mrugnęły tysiącem oczu oślepionych liści, ich pnie zamieniły się w chropowate cielska istot o rozwartych paszczach dziupli i ramionach konarów.

Taniec zmienił rytm, mężczyźni w workowatych koszulach kucali, bijąc niskie pokłony; kobiety, na których trzepotały zwiewne długie suknie, wirowały, to wyrzucając ramiona w górę, to opuszczając je do samej ziemi. Twarze rozpalone żarem ogniska zdawały się płonąć, oczy pulsowały blaskiem błyskawic. Śpiew wibrował wysokimi tonami, bez słów składających się w zdania naśladował gwizd wiatru. Przerywany refrenami dobywającymi się z ust mężczyzn przez chwilę bębnił niskimi częstotliwościami, by po chwili odzyskać swą hipnotyczną, syrenią melodię.

Ludzki krąg zacieśnił się wokół ogniska i rozluźnił, pękł, otwierając drogę do stojącego na obrzeżach polany drewnianego posągu. Niewidoczny do tej pory mężczyzna o długich do pasa, rozpuszczonych włosach i brodzie dotykającej nagiej piersi wyłonił się z cienia. Powolnym krokiem zbliżył się do postaci wyrzeźbionego bożka i długo wpatrywał się w jedną z jego twarzy zwróconych w cztery strony świata. Machnął nad głową ramionami i w lesie na moment nastała martwa cisza. Szepty drzew i prychnięcia pękających w ogniu gałęzi powróciły po kilku sekundach, po minucie zawtórował im szelest długo powstrzymywanych ludzkich oddechów.

– Byłeś, jesteś i zawsze będziesz – rozpoczął żerca. – Zabijali cię, ale nie umarłeś. Palili, lecz nie spłonąłeś. Zapomnieli, ale nie zniknąłeś z pamięci. Ty, który wszystko wiesz. Ty, który wszystko rozumiesz. Ty, który wszystko widzisz. Panie, skosztuj ziemskiego życia. Dziel nasze życie na wieki!

Chór głosów powtórzył za nim kilka wersów i zanim wydźwięczały ostatnie słowa, mistrz ceremonii podniósł jedno ze stojących u stóp bożka naczyń i chlusnął jego zawartością na posąg. Czerwona substancja odbiła się od ciosów drewna, spryskała mężczyznę. Żerca odwrócił się, dumnie prezentując świeżo wychłostane krwią ciało. Wzniósł ramiona, a w tym samym momencie mrok nieba rozcięła niemal pionowa błyskawica, wraz z grzmotem z nieba spłynęły pierwsze krople nadchodzącego deszczu. Pociekły po twarzy mężczyzny jak krwawe łzy.

– Daj nam miłość, którą my tobie teraz dajemy!

Na te słowa dziewczyny z piskiem rozbiegły się po polanie i znikły w lesie, a w ślad za nimi ruszyli rozwrzeszczani mężczyźni. Dwie kobiety podeszły do żercy i podały mu ręce, z uśmiechem na ustach poprowadziły go w kierunku rozłożystego dębu, tuż za posągiem bożka. Obnażyły się, po czym przywarły nagimi piersiami do ciała kapłana. Rozmazywały na sobie krwawą ofiarę, zwróconą im przez świętego bożka.

Wysoki chłopak zatrzymał się na skraju lasu niepewny, w którym kierunku pobiec. Jego gładko wygolona głowa lśniła w blasku ogniska. Opadający na plecy warkoczyk upleciony z pozostawionego na potylicy kosmyka włosów kołysał się w ślad za niepewnie poruszającą się głową. Zostać na polanie? Biec dalej? Ale dokąd? Krzyki i piski parujących się towarzyszy cichły, dobiegający z bliska charkot trwającej kopulacji z jakiegoś powodu działał na niego odpychająco, gasił podniecenie wywołane odbytą ceremonią. Burza zbliżała się coraz częstszymi grzmotami, deszcz gęstniał, wygrywając na liściach coraz szybszą melodię, gorączka, od której topniało mu wnętrze, zaczęła stygnąć.

Dostrzegł miłosną scenę rozgrywającą się w pobliżu posągu, przez chwilę chciwie wpatrywał się w nagie kobiety dosiadające kapłana. Tańczyły na nim nagimi ciałami zwrócone twarzami w swoją stronę, rękami pieściły lepkie od krwi ramiona i piersi, co chwila przerywając pląsy dla głębokiego pocałunku. Zamarzył o przywilejach żercy, ale daleko mu było do takich godności, ledwo rozpoczął swoją przygodę z kultem. Roztaczający się przed nim świat doznań rozbudzał żądze, a jednocześnie odbierał szanse. Kobiety są wszędzie wokół, tylko musi się nauczyć ich szukać. Dogoni je, ale musi biec.

Ruszył przed siebie. Nie zważając na smagające gałęzie, bolesne chwyty korzeni i mokrą sierść lepkich pajęczyn, brnął w las, w kierunku majaczącej za odległymi drzewami postaci unoszącej się w powietrzu jak refleks światła. Błyskawice oślepiały, zatrzymując obrazy lasu w krótkich pauzach o przejaskrawionych kolorach, rozbijały świat w martwe ujęcia.

Biegł, nie spuszczając z oczu zwiewnej postaci. Strzyga, boginka, rusałka, nimfa – nazwy upiorów kołatały mu w głowie, jakiś głos niewiadomego pochodzenia ostrzegał o złu czyhającym w lesie; inny, dźwięczny i słodki, obiecywał rozkosz. Las skurczył się, ścigana postać była już całkiem blisko, czuł bijące od niej ciepło, wyciągał dłoń, by objąć półnagie ciało, rozwarł usta do pocałunku. Kobieta znikła w błysku pioruna, grzmot przetoczył się tuż obok z szyderczym pomrukiem. Drzewica, dziewoja, majka – oszukała go, otumaniła!

Chłopak chwycił kosmatą gałąź i wywinął nią parę razy w mroku dla obrony przed niewidzialnym wrogiem. Czuł obecność kobiety, wiedział, że czai się gdzieś, by mu dokuczyć. Ośmieszyć, może nawet wyrządzić krzywdę. Sprowadzić na bagna, utopić w jeziorze.

Z boku usłyszał wyraźny szelest. Coś szło w jego kierunku, rozpoznał kroki. Przylgnął do pnia drzewa i ukląkł w gotowości do skoku. Dłonie kurczowo zacisnął na gałęzi, wytężył wzrok. Błyskawica na sekundę rozświetliła las, kilka metrów od niego zamajaczył kontur kobiecej postaci.

Skoczył.

Dziewczyna wstała z ziemi, otrzepała się z piachu, uspokoiła oddech. To tylko wystający korzeń, który wzięła za męski but. Zdusiła panikę, ruszyła w dalszą drogę, do domu zostało tylko kilkaset metrów. Parę minut szybkiego marszu.

Gdyby nie stare klony, za którymi chowało się ich gospodarstwo, widziałaby już światła dużego pokoju. Paweł pewnie ogląda filmy, matka kima, półleżąc na sofie, siksy śpią. Taką ma przynajmniej nadzieję. Bo w jej rodzinie nigdy nic nie wiadomo, totalny chaos. Myśl o domu dodała jej otuchy, ale ciepło, które zaczęła odczuwać, skutecznie ugasił deszcz. Z niewidocznego nieba spłynęły pierwsze krople, z sekundy na sekundę nabierały ciężaru, obiecując rychłą ulewę.

W reakcji na szelest przed sobą podniosła wyżej latarkę, zatrzymała się dopiero po trzech krokach. Na wyciągnięcie ręki od postaci, która nagle przed nią wyrosła. Z twarzy nieznajomego mężczyzny odczytała zdziwienie, jakby był tak samo zaskoczony jej widokiem, jak ona jego. Ale z oczu wyzierało bezwzględne postanowienie, przymus. Jakaś bolesna żądza. Zataczający wiry obłęd. Cofnęła się z niedowierzaniem. W głowie kołatała jej tylko jedna myśl – oszalała, a wyobraźnia zamieniła się w prawdę. Uderzenie pioruna wyrwało ją z szoku, nabrała powietrza do krzyku, rozdziawiła usta.

Jęknęła, kiedy trafił ją pierwszy cios. Zachwiała się, lecz utrzymała w pionie, cofnęła się na miękkich nogach o parę kroków. Mężczyzna nie spieszył się, zdziwienie na jego twarzy przysłoniła żarłoczność, głód. Po drugim uderzeniu deszcz ustał, a mrok przywalił ją, zamienił się w czarny ciężar.

Zgasła.

Błyskawica rozdarła niebo i trafiła w ziemię tak blisko, że ledwo opanował odruch obronny, odbijając kierownicą w bok, żeby nie wjechać w ogień. Nie potrafił pozbyć się wrażenia, że to byłby jego koniec. Na razie jednak żył, a niebo straszyło tylko rzucanymi gromami, przypominało o zakodowanym w genach atawistycznym lęku przed przyrodą.

Nieco dalszy grzmot idealnie zsynchronizował się z pierwszymi nutami utworu Raining Blood z płyty Slayera, której słuchał. Niemal w tej samej chwili runął deszcz, zamieniając szyby w warstwę płynnego szkła, które lepiło się do wycieraczek, nie dając się zmazać. Echo piorunu zamieniło się w gitarowy riff, któremu potępieńczo odpowiedział bolesny ryk z radia.

Raining blood/ In lacerated sky/ Bleeding its horror/ Creating my structure/ Now I shall reign in blood! – wyśpiewał cicho z wokalistą Slayera. Po plecach przeszły mu ciarki, jak w trakcie oglądania udanego horroru, trudno było o lepszą scenografię do płynącej z głośników muzyki.

Zwolnił, dostosowując się do warunków ruchu. Jezdnia płynęła, tafla wody odbijała reflektory pojazdów w krzywym zwierciadle, zamieniając je w kpinę z tych, którzy na czas nie znaleźli schronienia. Brnął do przodu, przedzierając się przez gęstwinę kropel i fale ruchomego asfaltu, jego saab 900, prawie czterdziestoletni krokodyl szos, powoli zamieniał się w amfibię. Muzyka ucichła, przygniecione ciężarem chmur i zmęczenia powieki zaczęły opadać, poczuł ciepło nadchodzącego snu.

Ocucił go nagły sygnał telefonu. Drugi raz pomyślał o śmierci, która ciągle była niepokojąco blisko. Wyciągała po niego swoje kościste palce.

Nie odbierać – to była jego automatyczna reakcja, zanim jeszcze spojrzał na ekran komórki. Od jej dźwięku dostawał skrętu kiszek. Sygnał ucichł, ale zaraz rozbrzmiał na nowo – piskliwa akupunktura mózgu. Przypadkowo usunął z karty pamięci dotychczasowy dzwonek, Lucretię Sisters of Mercy, która do pewnego stopnia łagodziła mu ból przychodzących rozmów, w jej miejsce elektroniczny móżdżek smartfona umieścił stalowe igły piskliwego bipu, nie do zniesienia. Odpowiedział tylko po to, żeby zabić ten jazgot.

– Bondar, słucham! Tak, panie naczelniku… Tak, zdaje mi się, że jestem w pobliżu… Tak, sprawdzę to… – Przed ostatnim słowem zawahał się, histerycznie próbując wyszukać sensowny pretekst. Tym razem bezskutecznie.

Zestaw głośnomówiący zamilkł, wraz z głosem wydającego polecenia mężczyzny do saaba przeniknął jakiś metafizyczny chłód, kierowcy zgrabiały dłonie kurczowo zaciśnięte na kierownicy. Wytężył wzrok, próbując przeniknąć kotarę deszczu w poszukiwaniu dalszych wskazówek. Błyskawica rozpruła niebo dokładnie w połowie, odkrywając na moment zieloną tablicę informacji drogowej. Rozmazane litery z trudem złożyły się w pełną nazwę, drżąca strzałka niepewnie zasugerowała kierunek. Za trzy kilometry będzie zjazd z autostrady, Starogard Gdański znajdował się po lewej stronie, za piętnaście minut będzie na miejscu.

Intuicja nie zmyliła go, w tych lasach czaiła się śmierć. On jej uniknął, ale zginął ktoś inny.

– Kobieta, około dwudziestu lat, poobijana, obdarta, prawdopodobnie zgwałcona. Znalazł ją wędkarz wracający do domu, za Borzechowem, niedaleko Pazdy… Nadkomisarzu, słucha mnie pan?

Słowa trafiały do Bondara jak kulki wody, mókł nimi, wsiąkały w ubranie i włosy, spływały po twarzy. Trafiały wszędzie, tylko nie tam, gdzie powinny. W myślach powtarzał tekst piosenki z głuchym łoskotem wydobywającej się z zamkniętego saaba. „Czym jestem, czego ja chcę, ja tylko tropię śmierć”.

– Tak, jasne, niedaleko Pizdy.

Aspirant Jagna Suchocka zmarszczyła brwi i zacisnęła wąskie usta w kreskę. W słabym świetle policyjnego parkingu jej sylwetka przypominała postać z rysunku zakreśloną kilkoma liniami silnie naostrzonego ołówka – patyczkowate kończyny wystające ze szczapy korpusu, dwuwymiarowa trójkątna twarz o ciemnych szczelinach nieregularnych rysów, czarne guziki oczu i przycięte kosiarką źdźbła włosów. Regulaminowa kurtka policyjna z rozpiętym zamkiem leżała na niej jak namiot. Bondar przeciągnął wzrok z funkcjonariuszki na otaczający ich kopalniany mrok i z powrotem. Pierwsze wrażenie go nie zmyliło, była brzydsza niż noc.

– Pazda, nadkomisarzu, niewielka osada leśna. Niecałe dwadzieścia kilometrów, w tych warunkach ponad pół godziny jazdy, a i to tylko jeśli dopisze nam szczęście. Coś nie tak?

Bondar spojrzał na ścianę deszczu rozkołysaną nabierającym siły wiatrem. Właśnie przyszedł mu do głowy pretekst, którego szukał – lekarz zabronił mu uczestnictwa w ekstremalnych przygodach. Mina policjantki była jednak jeszcze bardziej zdesperowana niż głos naczelnika wydziału w słuchawce smartfona. Suchocka zdawała się mieć poczucie humoru zamieci śnieżnej, mogłaby go zrozumieć na opak i zamienić w bałwana.

– Nie, nic, tylko wygrzebię parę rzeczy z walizki i jedziemy. A raczej płyniemy.

Kolejne pudło, kobieta zmierzyła go lodowatym wzrokiem, zarzuciła kaptur na głowę i pobiegła w kierunku przygotowanej do drogi terenówki. Nadkomisarz w pośpiechu włożył nieprzemakalną kurtkę i buty z gore-texu, lśniące nowością jak ze sklepowej półki. Po niedawnych przejściach w Bieszczadach zrujnował się na profesjonalny ubiór wielkomiejskiego trapera ruszającego w trasę raz w roku. Albo i jeszcze rzadziej, on najchętniej nie wyjeżdżałby z miasta nigdy.

Wskoczył na tylne siedzenie nissana patrola, kierowca wrzucił bieg, wytoczyli się na jezdnię i pognali w kierunku Borów Tucholskich. W światłach reflektorów widział niewiele, mniej więcej tyle, ile podczas drogi na komendę. Starogard przywitał go zalatującym stęchlizną bajorem, lśniącą toksycznym osadem gorzelnią z oświetloną do połowy gigantyczną głową Bruce’a Willisa z kieliszkiem w ręku i kataraktami spienionej wody walącymi kanałami ulicy w dół ronda obstawionego reklamami Carrefoura i Biedry. Fale zalewały mu maskę, kiedy wspinał się pod prąd, drżąc o los swego ukochanego saaba. Przeklął to miejsce i ludzi, którzy je zbudowali. Przeklął całą policyjną robotę i siebie, że dał się kiedyś na nią namówić.

Teraz wyjeżdżali z miasta, a wrażenie było jeszcze gorsze. Ciągnące się kilometrami zasieki sflaczałej siatki, za którymi stłoczono samochody z drugiej lub trzeciej ręki, blokowiska i mroczne rudery, puste lub zamieszkane przez duchy. Nissan przetaczał się przez przedmieścia jak czołg po pobojowisku, obrazki z rozdartych wojną rejonów Trzeciego Świata często nie wyglądają gorzej.

– Posterunkowy Janusz Cyra, zna te tereny jak mało kto. – Policjantka przedstawiła kierowcę chyba tylko po to, żeby przerwać ciszę, widocznie stresowało ją milczenie starszego stopniem oficera.

Cyra wyszczerzył do wstecznego lusterka zęby pokolorowane tytoniem i kawą.

Przed kołami auta wyrosła pokaźna kałuża, pojazd mimo swojego ciężaru zatańczył. Bondar przez chwilę poczuł nieważkość jak w windzie drapacza chmur, wyobraził sobie, że odrywają się od ziemi, szybują w kosmos. Posterunkowy wykonał jednak kilka błyskawicznych ruchów kierownicą i koła odnalazły przyczepność, jechali dalej.

– Idzie jak po Brygidzie!

Żart młodego kierowcy zawisł w gęstej atmosferze skupienia, twarze pasażerów pozostawały kamienne. Przynajmniej tyle zdawali się mieć ze sobą wspólnego – Andrzejowi ani nie chciało się śmiać, ani nie udawał z grzeczności, że śmieszą go marne żarty. Wobec podwładnych roztaczał wokół siebie kilometry dystansu. Budował sobie w ten sposób szacunek, w razie gdyby nie udało mu się to inaczej. Aspirant nie potrafiła chyba nawet skrzywić ust w czymkolwiek markującym uśmiech. Jaga, jak się przedstawiła, owijając mu dłoń swoimi wilgotnymi owadzimi palcami. Prawdziwa Baba-Jaga w nowoczesnej feministycznej postaci.

Gdyby nie świetlisty tunel karczowany w gęstwinie mroku wiązkami reflektorów, wokoło nie byłoby niczego poza szalejącym żywiołem. W mijanych wsiach lampy zalało jak świeczki, niebo przestało ciskać gromy, zatopiło teraz ziemię tonami wody. Szosy przemienione w rzeki momentami przechodziły w jeziora, terenówka pokonywała je w pióropuszach spienionych kropel i strug. Minęli garstkę ponurych zabudowań i skręcili w leśną drogę. Nissan popłynął w błotnistej mazi i po kilkudziesięciu metrach zapadł się po same osie. Posterunkowy włączył napęd polowy, ale pojazd ledwo brnął w rzadkiej kaszy.

– Okay, dalej nie pojedziemy – zakomunikował Cyra, zatrzymawszy samochód.

Jaga bez słowa wyskoczyła na deszcz, okrążyła auto i zastukała latarką w okno, przy którym siedział Bondar.

– Został nam do przejścia jakiś kilometr, nadkomisarzu – usłyszał jej stłumiony głos dochodzący z zewnątrz, blada, upiorna twarz rozmazana strugami deszczu i rozświetlona od dołu lampą przylgnęła do szyby. Można byłoby straszyć dzieci i wyprawiać na tamten świat staruszki.

Zapiął zamek błyskawiczny, zarzucił na głowę kaptur i zacisnął sznurki, wziął do ręki podaną mu przez kierowcę latarkę. Zanurkował w wodospadzie ulewy, nabrawszy uprzednio w płuca powietrza, w razie gdyby miał zacząć tonąć. Pozostawili samochód za sobą, jedyną oznakę cywilizacji w promieniu kilometrów. Przekroczyli próg nieznanego świata.

Strugi wody zwisały z nieba w świetle latarek niczym pajęcze sieci, gałęzie mijanych krzewów i drzew próbowały wbić palce w oczy, pnie sosen przypominały zmurszałe kolumny starożytnej budowli, tylko one podtrzymywały sklepienie chmur, broniąc ziemię przed całkowitym zalaniem. Woda stukała, chlupała i mlaskała. Bór żył śmiercią, jej zagęszczona obecność krępowała ruchy, utrudniała oddychanie. Spływała po gołej skórze czymś lepkim, cuchnęła trupem.

Jaga co kilkadziesiąt kroków nadawała komunikat przez radio, bez odpowiedzi. Błyskała zaniepokojonym spojrzeniem, ale powstrzymywała się od komentarzy, jej mina wyrażała wystarczająco dużo. Gdzie, do cholery, podziali się policjanci z patrolu, którzy mieli pilnować zwłok? Uciekli? Pochłonęła ich burza? Rozszarpały wilki?

Przed nimi zamajaczyła nagle brunatna postać, trup, który wypełzł z grobu. Jaga wydała stłumiony krzyk, promień latarki uciekł w przestrzeń, ona sama znikła w ciemności. Bondarowi przeszły po plecach zimne dreszcze. Zanim wybrał sposób reakcji, postać przemówiła ludzkim głosem.

– Poszło mie radio, kurwa, co za pieprzone szambo!

Pomiędzy postacią a nadkomisarzem wyrosła Jaga, ze strachu musiała poślizgnąć się, upadła w ściółkę.

– Mózg też ci poszedł, Józef? Ja pierdolę, nie mogłeś do nas krzyknąć, gwizdnąć, cokolwiek?!

Józef wzruszył ramionami, brudnymi liszajami spływało z niego błoto, na twarzy miał zadrapania i rany.

– Co się stało, gdzie zwłoki?

– Nie ma.

– Jak nie ma? Co ty gadasz?

Posterunkowy odsunął się i wskazał puste miejsce za sobą. Między drzewami wiło się cielsko porwanego namiotu, ze zrytej ziemi sterczały połamane gałęzie. Aspirant odwróciła się do nadkomisarza, skierowała światło latarki na siebie. Teraz już nie przypominała upiora, była upiorem.

Bondar usłyszał niezrozumiałe szepty. Zagłuszyło je bicie jego własnego serca.

– Pan Samochodzik – wypowiedział na głos myśl, która niespodziewanie przyszła mu do głowy.

Groteskowa sceneria, nawałnica dekady, znikające trupy, pływający samochód. Za dużo jak na zwykły przypadek, taki zbieg okoliczności zdarza się tylko w książkach.

Kompletne urojenia – drogę przebiegł mu właśnie kary koń. Bondar zahamował, przetarł boczną szybę i przywarł twarzą do szkła, wytężając wzrok. Zwierzę pojawiło się i znikło, wokół panowała niczym nieskażona noc. Otrząsnął się i spojrzał na zegar na pulpicie – minęła pierwsza. Poprzedniej nocy prawie nie zmrużył oka, tej też nie. Zaczęły go dopadać omamy.

Hotel miał być blisko, dosłownie rzut beretem, jak tłumaczyła Jaga. A płynął tam już piętnaście minut. Rzeka głównej drogi przeszła w dopływy, te w wąskie strumienie. Domy karłowaciały z bloków w jednorodzinne kloce z szarego pustaka, w kurne chaty kryte sparciałym eternitem, otoczone chwiejącymi się na wietrze budami. Krokodyl radził sobie w tych warunkach zadziwiająco dobrze, wysłużony silnik po drugim szlifie i ponad milionie przebytych kilometrów nie zachłysnął się wodą ani na chwilę.

Wynurzył się z morza zwątpienia tuż przed bramą wjazdową na parking hotelu, jedyne oświetlone miejsce w zasięgu wzroku. Pozostawił saaba na brzegu rozlewiska płynnej kostki polbruku, chwycił walizkę i popędził do wejścia. Chciwym wzrokiem przebiegł po wypasionych furach, które zajmowały miejsca najbliżej recepcji. Jak zwykle, najlepiej urządzili się dziani rezydenci, obcy frajer zawsze musiał tonąć w błocie na końcu kolejki. Nie żeby się czemuś dziwił, ale w takie dni drażniło go to bardziej niż zwykle.

Wymemłana recepcjonistka obrzuciła go niechętnym spojrzeniem, prawa powieka przykleiła się jej rzęsą do brwi, przez co wbiła w niego oko wielkości denka butelki. Nie peszyły go ubłocone buty i brudne włosy, miał gdzieś wrażenie, jakie wywoływał u dziewczyn z trójkolorowymi włosami ostrzyżonymi na kurę. Skrępowany poczuł się dopiero, odpowiadając na pytanie o rezerwację.

– Powiatowa Komenda Policji, dzwoniła Jagna Suchocka… – wydukał, uciekając wzrokiem przed wybałuszonym okiem recepcjonistki.

– No tak… – mruknęła i zanotowała coś w księdze meldunkowej.

Bondar dokładnie czuł, jak kurczy się o trzydziestoprocentową zniżkę, którą chwaliła się Jaga.

Dziewczyna sięgnęła po klucz, który stuknął o blat zabytkowego stołu metalową zawieszką. Wolałby już chyba powołać się na lokalny dom kultury, byłoby mniej wstydu.

– Pierwsze piętro, schodami do góry, na lewo i prosto – wydmuchała z siebie strumień słów, wbijając wzrok w przeciwległą ścianę. Zabrzmiały jak przeciągłe jęknięcie.

Trafił od razu, korytarz był prosty jak drut, a numery zwiększały się od lewej do prawej. Dwieście siedem, wbił w zamek klucz i przekręcił. Zanim wymacał przycisk, szóstym zmysłem wyczuł czyjąś obecność. Nacisnął włącznik światła, pokój zalał snop jaskrawego wyładowania, żarówka eksplodowała z trzaskiem, pozostawiając po sobie taniec świetlnych refleksów. I zimną, wilgotną falę ulatniającego się bytu. Andrzej stał dłuższą chwilę w ciemności, próbując odnaleźć się w sytuacji. Światło zgasło w całym hotelu, z dołu doszły go nawoływania obsługi. Białe okręgi przestały wirować, powoli znikły. W odległości około trzech metrów majaczył szary kształt jakiejś postaci. Wrażenie optyczne lub ostatni zapamiętany obraz.

Sięgnął do kieszeni po telefon, włączył latarkę. Mdły blask białej diody rozmazał mrok, ukazując przedmioty i meble. Poza nim w pokoju nie było nikogo.

Idziesz. Na zmianę ukazujesz się w światłach latarni i nikniesz, jakbyś przemieszczał się między dwoma światami, przechodził przez niewidoczną granicę.

Mijasz ostatnie zabudowania wsi, za drewnianą zagrodą ujada pies, oznajmia twoją obecność. On czuje swoim zwierzęcym zmysłem, że masz w sobie coś niepokojącego. Boi się, kiedy przystajesz i kierujesz na niego spojrzenie, zaczyna skomleć, chowa się na werandzie. Ty ruszasz dalej, szosa zamienia się w czarny tunel, milkną dźwięki. Pachnie lasem, kwitnącymi kwiatami i zielenią, wilgocią nadchodzącego deszczu. Wiesz, że ona na ciebie czeka, widziałeś ją wysiadającą z autobusu, na chwilę oślepiły cię jego przednie światła. Ma nad tobą tylko dwuminutową przewagę, dogonisz ją. Jesteś silniejszy i szybszy, jesteś drapieżnikiem. Ona ofiarą.

Musiałeś wyjść na łowy. Dłużej nie potrafiłeś tłamsić w sobie pożądania. Niezaspokojone żądze zamieniasz w agresję wobec samego siebie, wymierzasz sobie niezasłużoną karę. To one są temu winne, nie ty. Ty jesteś ponad tym wszystkim, ponad zwykłymi zjadaczami chleba, do życia potrzebujesz pokarmu innego rodzaju. Jesteś wampirem, ale nie pijesz krwi, to byłoby zbyt ordynarne, brudne. Pochłaniasz ich dusze, gromadzisz w sobie i trawisz miesiącami, latami. Zgłodniałeś jak wilk samotnik, który zawędrował na jałową pustynię i wrócił. Wyjesz z głodu.

Widzisz ją, jasną plamę na tle nocy. Zbaczasz w las, wtapiasz się w scenerię drzew. Na moment gubisz z oczu swoją ofiarę, ale po paru sekundach ją odnajdujesz. Skręca w leśną drogę, słyszysz szuranie jej butów o sypki piasek. Czujesz zapach syntetycznych kwiatów – tanich perfum. Rozpoznajesz też woń kobiety, potu i niemytej przez cały dzień cipki.

Boi się, rozpoznaje niebezpieczeństwo. Ogląda się za siebie, ale ty znikasz. Jest jak łania wietrząca zbliżającego się drapieżnika. Podnieca cię to, olbrzymia erekcja krępuje ci ruchy. Nie stał ci w ten sposób od miesięcy, od ostatniego razu. Rozpinasz spodnie, patrzysz, jak nabrzmiewa i sinieje, zasysa większość krwi z ciała. Przeistaczasz się w niego, stajesz nim, chuć przejmuje nad tobą kontrolę. Ale nie tracisz głowy, działasz rutynowo, automatycznie.

Przyspieszasz. Kobieta zatrzymuje się, bo słyszy podejrzany dźwięk. Kroki, i to nie jej własne, obce. Niewiele widzi, panika wyciska z jej oczu łzy, które rozmazują obraz. Coś próbuje z siebie wykrztusić, w końcu mówi, ale nie usłyszy już odpowiedzi. Nie ucieknie, jest za późno, spinasz się do ataku. Atakujesz.

Masz ją. Jest twoja. Wije się w uścisku, usiłuje wyrwać, jej serce szamocze się niczym szczur w podpalonym wiadrze. Krew wrze w niej ze strachu, w tobie z podniecenia, oboje szeleścicie szalejącą w żyłach energią. Pragniesz jej jak najwięcej, więc pozwalasz kobiecie walczyć, dajesz iluzoryczną szansę na obronę. Na przeżycie.

Powtarzasz cios, zadajesz ich całą serię. Osuwa się na ziemię, nieruchomieje, wiotczeje. Poprawiasz, żeby nie było niespodzianek. Dyszysz, nie możesz wytrzymać, charczysz. Zdzierasz z niej majtki, rozkładasz nogi, chwytasz, ściskasz. I dalej, i więcej, i jeszcze raz. Pękasz od środka, wybuchasz, opróżniasz się i wypełniasz czernią. Odlatujesz i wracasz na ziemię.

Znikasz.

ROZDZIAŁ 2

Na końcu korytarza skrzypnęły drzwi, jarzeniowe lampy bzyknęły starterami, mrugnięcia żółtawych płomyków przemieniły się w kaskadę ostrego światła. Jedna z żarówek zgrzytnęła i zblakła, emitując flesze promieniowania. Siostra zadarła głowę, pokręciła nią i wymamrotała niezrozumiały komentarz pod adresem konserwatora Jaśka. Już dawno miał wymienić żarówkę, będzie już z tydzień, jak nie dwa – próbowała cofnąć się w czasie do dnia, kiedy go pierwszy raz poinformowała o awarii.

– Leser, cholerny obibok – zwymyślała go półgłosem, po czym krzykiem wydała polecenie: – No już, wstawać śpiochy, pobudka!

Jej przyzwyczajony do wrzasku i rozkazywania głos wypełnił korytarz, powiało chłodem. Nie z niechęci do podopiecznych, ale z rutyny, wiedzy nabytej dziesiątkami lat doświadczenia. Dobrym, przymilnym słowem niczego tutaj nie zyska, tego nauczyło ją życie. Przypominała w tym zakonnicę z przyklasztornego liceum, była surowa, lecz sprawiedliwa. Brakowało jej jednak zgorzknienia i emocjonalnego zlodowacenia, tak typowego dla rezydentek zakonów. Pod tym względem dawała z siebie więcej, niż od niej wymagano. Szczerze tych biedaków kochała, żadnego nie pozwoliłaby skrzywdzić.

– No, już, wstajemy, ubieramy się! – ponaglała pacjentów, otwierając na oścież drzwi. – Szybka toaleta i śniadanie, nie ma gnicia! Do roboty, porządkować bety i wkładać ubrania, nie będę się z wami patyczkować! Słyszałeś, Einstein?!

Starszy filigranowy mężczyzna z rozwianą białą czupryną usiadł na łóżku i beznamiętnie wpatrywał się w przeciwległą ścianę, jakby próbował odczytać z niej treść gasnącego snu. Na jego stoliku nocnym leżał zestaw krzyżówek i łamigłówek, które rozwiązywał seriami, z paranoiczną pasją. Ledwo radził sobie z zakupami, nie mówiąc już o płaceniu rachunków, ale nie było takiej zagadki, której by nie rozwiązał. Poza tą jedną, najważniejszą – w jaki sposób jego mózg działał na dwóch różnych prędkościach. Ta szybsza połówka wciąż uciekała wolniejszej, mężczyzna nie potrafił dogonić własnych myśli.

– Henryk, co, znowu miałeś wypadek?

Weszła do kolejnego pokoju i mimo sprzeciwu pacjenta zerwała z łóżka intensywnie gładzoną roztrzęsionymi dłońmi pościel. Na materacu widniała żółta plama moczu, który zatrzymany przez folię rozlał się od brzegu do brzegu. Przeniosła wzrok na prawie łysego mężczyznę o twarzy przedwcześnie postarzałego niemowlaka, każdy jej mięsień wykazywał strach i prośbę o wybaczenie. Okrągłe, niewielkie blizny po przypaleniach papierosem zaczerwieniły się, upodobniły do nastoletnich pryszczy.

– Nic się nie stało, zwalaj tę obszczaną piżamę i zostaw do prania, pani Zosia przyniesie ci świeżą. No, co tak stoisz, pod prysznic i na śniadanie, bo ci te głodomory wszystko zjedzą!

Przed następnymi drzwiami stanęła jak wryta. Przez chwilę zawahała się, rozejrzała po korytarzu, jakby upewniała się, że nikt nie patrzy. Wyciągnęła ramię i ostrożnie chwyciła za klamkę, pociągnęła do siebie. Pierwsze wrażenie jej nie zmyliło, drzwi były otwarte. Przebiegła wzrokiem wnętrze pokoju, dla pewności schyliła się i zerknęła pod łóżko. Szafa była zbyt mała, żeby zmieścił się w niej dorosły człowiek, ale i tak do niej zajrzała. Nic poza kołyszącymi się wolno koszulami na wieszakach i poskładanymi w kostkę ubraniami. Już na pierwszy rzut oka oceniła, że brakowało kurtki i butów. A przede wszystkim Zdzisia, lokatora pokoju.

Zakręciło jej się w głowie, usiadła na łóżku, żeby nie upaść. Intensywnie myślała. Jeśli schował się gdzieś, żeby spłatać jej figla, nie warto wszczynać alarmu, znajdzie się przed obiadem, jak zgłodnieje. Nikt nawet nie zauważy. A co, jeśli uciekł na zewnątrz?

Wstała, na nogach miękkich jak z gumy pootwierała resztę drzwi, dało jej to kolejną minutę na analizę sytuacji. Zaczęła liczyć na palcach, przyjrzała się swoim rozwartym dłoniom. Jeden palec schowała, ale zaraz wyprostowała go na nowo. Uciekał już osiem razy. Najczęściej bawił się z nimi w chowanego na terenie szpitala. Dwa razy jednak zniknął na dłużej. Ze trzy lata temu wrócił ledwo żywy, dochodził do siebie parę miesięcy. Przed ponad rokiem nie było go w zakładzie trzy dni, pojawił się w znakomitym humorze, wszedł przez główną bramę jak gość, ochroniarz rozpoznał go, dopiero gdy się przedstawił. Nie przyznał się, skąd wziął ciuchy, co przez ten czas robił, gdzie mieszkał. Wyglądał i zachowywał się zupełnie normalnie, zwykły facet koło czterdziestki, który przyszedł kogoś odwiedzić. I tylko oni wiedzieli, kim tak naprawdę był. Dlaczego przed laty umieszczono go w Kocborowie, zakładzie zamkniętym dla psychicznie chorych.

Impuls strachu przeszedł przez nią niczym wiązka prądu. Nie ma czasu do stracenia, natychmiast trzeba powiadomić lekarza, administrację. Może nawet policję. Niech go jak najszybciej znajdą i przywiozą z powrotem. Temu człowiekowi w żaden sposób nie wolno przebywać wśród ludzi.

Prawie biegiem ruszyła do drzwi, którymi dostała się na oddział męski. Po prawej stronie znajdowały się sale zabiegowe i pomieszczenie pielęgniarek. Usiadła za biurkiem, z pamięci wybrała w telefonie dwucyfrowy numer wewnętrzny.

– Doktor Zalewski? Tu mówi Gosia Korzuch, blok C. Wiem, wiem, ale to ważne. Nie, nie może czekać, musi pan tutaj natychmiast przyjść. Natychmiast! – zmieniła ton, zanim odłożyła słuchawkę. Jej głos zabrzmiał z typową dla niej stanowczością. I nutą groźby.

Szuranie lekarskich kapci psychiatry dobiegło z holu po paru minutach. Pielęgniarka wyszła z biura, bez komentarza zaprowadziła zwierzchnika pod drzwi właściwego pokoju, brodą wskazała wnętrze. Lekarz odchrząknął i poprawił na nosie okulary, co było u niego wyrazem zdenerwowania. Przeczesał wypielęgnowaną dłonią przydługie szpakowate włosy, wielka, szeroka jak bransoleta zegarka obrączka zalśniła w świetle jarzeniowych żarówek. W oczach błysnęła złość, która po chwili zgasła, rozlała się po źrenicach obawą. Spotkali się wzrokiem, zrozumieli bez słowa.

Skierowali się do gabinetu pielęgniarek, doktor usiadł w fotelu na kółkach, przyciągnął się bliżej blatu. Prawą ręką podniósł słuchawkę telefonu, lewą zacisnął na twarzy, naciągnął lekko obwisłą skórę policzków. Znieruchomiał.

– Panie doktorze, musimy powiadomić policję – ponagliła go pielęgniarka.

– Taa… Może się gdzieś schował, poproszę o sprawdzenie ośrodka – odpowiedział niepewnie psychiatra.

– Dobrze pan wie, że go tu nie ma.

– Tak, tak… – Przez kolejne kilka sekund wpatrywał się w klawiaturę telefonu. W końcu wybrał numer wewnętrzny. – Mówi doktor Zalewski. Mamy problem, zniknął pacjent. Trzeba… Ach tak, no nie wiem… Nalegałbym jednak… Cóż, dobrze, dobrze.

Odłożył słuchawkę.

– Ochrona przeszuka zakład i przeprowadzi dochodzenie, w jaki sposób pacjent wyszedł z pokoju – poinformował pielęgniarkę, nie podnosząc głowy nachylonej nad aparatem. – Na razie tyle, proszę wracać do swoich zajęć.

Pielęgniarka parsknęła głośno, założyła ręce na piersiach.

– Administracja! Już ja znam te ich dochodzenia, cholera jasna. Będą szukać dziury w całym, zawracać gitarę, a on w tym czasie… – Pokręciła głową, jakby chciała otrząsnąć się z ponurych myśli. – Jak nic nie zrobią, to ostrzegam, sama zadzwonię na policję, niech się dzieje, co chce!

– Nie! – warknął doktor, uderzając pięścią w biurko. Przeszył pielęgniarkę na wylot ostrzegawczym spojrzeniem. Jego dobrotliwa twarz Papy Smerfa w jednej chwili przybrała wyraz obłąkanego naukowca. – Niczego pani nie zrobi, zrozumiano?!

Wstał i pomaszerował do wyjścia. Minąwszy w progu pielęgniarkę, przystanął.

– Każą nam czekać, pani Korzuch – rzucił przez ramię z wyraźną skargą. – To czekamy. Ja umywam w takiej sytuacji ręce, pani powinna zrobić to samo.

Wejście do komendy tarasował wór z granatowego materiału przewiązany u góry krawatem w filuterny kształt przypominający ludzką głowę. Wór dymił jak załadowany tlącymi się trocinami, na kratę wycieraczki co jakiś czasu opadały grudki popiołu. W pewnej chwili zwał materiału zakrztusił się, zacharczał i wypluł porcję galaretowatych glutów, które przylgnęły do chodnika tuż obok metalowego filaru. Andrzej musiał przyznać, że kompozycja była wyjątkowo udana: ślady po rzygowinach, odciski butów na ścianie, skamieniałe gumy do żucia i na wpół zgniłe pety wciśnięte w szpary popękanego betonu. Sztuka nowoczesna w bardzo wysmakowanym wydaniu.

– Kurwa mać… – wybulgotała masa niezidentyfikowanej substancji, wycierając pysk wierzchem dłoni.

– Pozwoli pan? – przeprosił Bondar z odpowiednią dawką zniecierpliwienia.

– A, proszę – odpowiedział mu z wymuszoną uprzejmością garnitur opięty na usypisku dętek, chowając papierosa w bochnie dłoni.

Smród dymu tytoniowego miał w sobie zabarwienie czegoś chorobliwego, zalatywał palonym torfowiskiem.

Andrzej pokazał dyżurującemu funkcjonariuszowi legitymację, udał się we wskazanym przez niego kierunku. Stanął przed zamkniętymi drzwiami do sali konferencyjnej, próbował mentalnie przygotować się do burdy, którą zamierzał wywołać. Musiał, chociaż nie miał na to najmniejszej ochoty. Wymagała tego służbowa etykieta i godność oficera policji. I nie miało w tym przypadku znaczenia, że był nadkomisarzem bez własnej ekipy śledczej, królem bez ziemi, a swoją godność jako funkcjonariusza zmieściłby w nosie. Mus to mus, służba nie drużba.

Nacisnął klamkę i pchnął drzwi, z impetem wpadł do sali konferencyjnej. Przywitały go puste krzesła i stół z grzebieniem białych serwetek, pustym talerzykiem po ciastkach i dwoma kubkami ze spranym emblematem miasta, wyraźnymi śladami nędznego sponsoringu ze strony magistratu. Stół otoczony był aureolą z wytartej podłogi, jakby pomieszczenie wykorzystywano na spacerniak dla pijanych rowerzystów i alimenciarzy osadzonych w celach komendy. Wypuścił powietrze, wybrał miejsce i bez pośpiechu zaczął organizować miejsce pracy. Wyciągnął laptop, zeszyt, który służył mu za blok rysunkowy, i grubą wiązaną teczkę z wystrzępionymi rogami, uniwersalny gadżet śledczego. Nauczył się tego podczas pracy w stolicy: ludzi najefektywniej złamiesz, prezentując im tajemniczą teczkę. A w chwilach przestoju można wykorzystać ją do markowania pracy. Co niniejszym uczynił, rozkładając przed sobą zabazgrane długopisem świstki papieru i kilka wycinków z gazet z prowadzonych w przeszłości śledztw jako pomoc naukową na wszelkie okazje.

– Dzień dobry, nadkomisarzu – przywitała go Jagna Suchocka, przepuszczając w progu dwóch funkcjonariuszy w uniformach polowych, którzy miętosili w dłoniach czapki. – Sierżant Zbych Wojczal i starszy posterunkowy Józef Konofał, którego miał pan okazję wczoraj poznać.

Andrzej nawet nie spojrzał na przedstawianych mu policjantów. Skoncentrowany na segregowaniu papierów mruknął jedynie:

– Siadać.

Kątem oka zerknął na panią aspirant z nadzieją, że wczorajszej nocy pomylił się w jej ocenie. Niestety, w świetle dziennym wyglądała jeszcze gorzej, musiała przynieść na sobie resztki nocnego mroku, pod oczami miała czarne worki, a kości policzkowe rzucały na zapadnięte policzki ponure cienie. Przez kilka sekund zbierała się do rozpoczęcia rozmowy, ale zbita z tropu chłodem bijącym od starszego stopniem śledczego usiadła przy dwójce funkcjonariuszy. Oparła na stole splecione nerwowo dłonie.

Przedłużającą się chwilę krępującej ciszy zakłóciło przybycie komendanta z naczelnikiem wydziału kryminalnego, głośno debatujących nad jakąś urzędniczą zagwozdką.

– O, pan nadkomisarz. – Komendant wyciągnął rękę na powitanie, nieco zbyt wylewnie poklepał gościa po ramieniu. – No to jesteśmy uratowani. Takiej gwiazdy to u nas dawno nie było. Nie, proszę nie przeczyć, słyszałem o panu tyle dobrego, że nie uwierzę w żadne złe słowo. Alojzy Sztangiel, dla przyjaciół Aloś. A to szef wydziału kryminalnego, Alek Kamiński, komisarz, będziecie razem pracować. Jagę już znasz, a na tych dwóch pacanów szkoda czasu, ciecie z ochrony, nie policja, cholera jasna.

Bondar nie był przyzwyczajony do takiej gościnności, zapyziała komenda w Starogardzie była chyba jedynym miejscem na świecie, gdzie witano go z honorami. Poczuł natychmiastową sympatię do inspektora, którego aparycja dobrotliwego wujaszka Aloszy miała w sobie jakieś ojcowskie ciepło. Był przeciwieństwem Kamińskiego, sztywnego i nieruchomego jak zawodowy trep w trakcie uroczystej musztry. Odpychające wrażenie potęgowała paskudna narośl na brodzie, nowotworowy balon z zakrzepłą krwią. Już po minucie walki z polem przyciągania polipa Andrzej zaczął odnosić wrażenie, że to nie człowiek jest tu symbiontem głównym, lecz zmiana chorobowa, a komisarz stanowi tylko dodatek, narosły wokół nowotworu pasożyt.

Ledwo zdążyli usiąść po ceremonii powitalnej, gdy do pokoju wpadł, a raczej wtoczył się, z trudem przepychając przez próg, prokurator, na którego czekali. Ten sam wór granatowego materiału przewiązanego krawatem, który palił papierosa przed wejściem. Monstrum nadęte żarciem i władzą do granic przyzwoitości, aparat wymiaru sprawiedliwości o bezdyskusyjnej masie autorytetu. Bondar prawie niezauważalnie kiwnął głową z uznaniem, życzyłby sobie choć raz zademonstrować podobne wejście smoka, zaatakować z taką furią. Spiął mięśnie na wypadek, gdyby miał oberwać rykoszetem, a jednocześnie odetchnął z ulgą, prawnik odwalał za niego brudną robotę.

W paru słowach obsztorcował policjantów jak szeregowców na froncie, po czym dopadła go zadyszka. Zwalił się na krzesło, wprawiając stół w takie drżenie, że Andrzejowi zakołysał się ekran laptopa. Jaga wykonała gest, jakby zamierzała mu podstawić drugie krzesło, ale w porę się wycofała. Niesłusznie, dwa siedziska wcale nie byłyby w tym przypadku przesadą.

– Przysłali nam kogoś? – skierował pytanie do komendanta.

– Nadkomisarz Andrzej Bondar, prokurator Jan Balewski. – Alosza dokonał formalnej prezentacji.

Wielkolud podniósł brwi, jakby naprawdę dopiero teraz zauważył obcego. Jednym spojrzeniem zmierzył gościa i wycenił jak towar. Iście mistrzowski poziom arogancji.

– Pewnie nikogo innego nie było pod ręką, co?

– Był jeszcze Harry Hole, ale zachlał i nie zdołali go dobudzić.

– I na dodatek komik! – Prokurator pokiwał głową z udawanym uznaniem. – Całe szczęście, bo obawiałem się jakiegoś pajaca.

Przez chwilę mierzyli się wzrokiem. Andrzej zastanawiał się później, jak wytrzymał te dwieście kilogramów naporu. Komendant chrząknął, ale nic nie powiedział, wyraźnie zabrakło mu słów. Wyręczył go prokurator.

– Dobra, żarty na bok. Teraz słucham: jak wam się, do kurwy nędzy, udało zgubić trupa?

Oczy wszystkich skupiły się na sierżancie, który z kolei wzrokiem wywołał starszego posterunkowego, przez co łańcuszek winy rozciągnął się w całej okazałości – winien zawsze jest ten najniższy stopniem.

– Napisałem już raport, co mam tu jeszcze dodać? – Konofał skurczył się pod świdrującym spojrzeniem prokuratora. – Rozłożyliśmy namiot, zanim jeszcze zaczęło lać, jak kazali. Już wtedy coś mnie tknęło, bo z górki było, stromo jak diabli. Ale przecież nie będę zwłok przenosił w inne miejsce przed oględzinami, nie? No to zabezpieczyliśmy miejsce zdarzenia, jak się dało, i czekaliśmy, bo miał przyjechać jakiś typ z wojewódzkiej, w sensie pan nadkomisarz. – Zerknął ze strachem na Bondara, jakby od niego też spodziewał się gromów. – No i przedstawiciel prokuratury – dodał szybko. – Przecież obowiązuje procedura. A później jak lunęło… Próbowaliśmy jakoś ratować zwłoki, ale ziemia zaczęła się ruszać i zapadać, namiot szlag trafił, a trup spłynął razem z połową skarpy. Wyrwa się zrobiła, jakby tamtędy płynęła rzeka. Wywaliłem się w to całe bagno, myślałem, że utonę. Radio mnie gdzieś porwało, telefon zalało… Zbych, znaczy się siedzący tu koło mnie sierżant Zbigniew Wojczal, poszedł do radiowozu, jemu też komórka przestała działać, nie mieliśmy nawet czym po pomoc zadzwonić. Tyle w temacie.

– Reasumując, panie prokuratorze – uzupełnił wypowiedź podwładnego komendant Sztangiel – zwłoki zostały porwane przez strumień wody powstały w wyniku nawałnicy. Najprawdopodobniej spłynęły do rzeki, wszczęliśmy już prace poszukiwawcze.

Na pucułowatej twarzy prokuratora pojawił się złośliwy uśmiech.

– A może wam się przywidziało, w ogóle nie było żadnych zwłok, hę? – Przesunął wzrokiem po zebranych przy stole, ale nikt nie chciał ryzykować konfrontacji z olbrzymem. – I co ja mam niby teraz począć? Nie ma zwłok, nie ma dochodzenia. No nic, dawać mi tu, co macie, zastanowię się.

Jaga otworzyła przed prokuratorem teczkę z wydrukami kilku zdjęć zrobionych komórką, raportami funkcjonariuszy i zapisem przesłuchań świadka, który znalazł zwłoki. Mężczyzna przewracał papiery opuchniętymi palcami, mrucząc coś i parskając pod nosem. W końcu zamknął teczkę i z jękiem dźwignął się z krzesła, z dokumentami pod pachą ruszył do wyjścia.

– No dalej, prowadźcie mnie do tego waszego świadka – rzucił w progu. – Mam nadzieję, że już wytrzeźwiał.

– Tak, jasne – odpowiedział komendant, po czym wskazał na komisarza. – Naczelnik Kamiński będzie czynił honory.

Mężczyźni zniknęli w korytarzu, a inspektor Alosza przybrał przepraszający wyraz twarzy, jakby próbował wytłumaczyć się przed Bondarem z niestosownego zajścia.

– Takie tu właśnie mamy warunki pracy. Cóż, musimy sobie jakoś radzić, prawda, pani aspirant?

Jaga wzruszyła ramionami i odwróciła się do ściany. Potraktowała obsobaczenie przez prokuratora zbyt osobiście, wyraźnie brakowało jej doświadczenia.

– A pan co o tym wszystkim myśli, nadkomisarzu?

Że dla świętego spokoju trupa powinny wpieprzyć ryby – pomyślał Andrzej.

– Że trzeba się konkretnie wziąć do roboty – skłamał. – Kontynuujcie poszukiwania. Postarajcie się zidentyfikować ciało, może wpłynęło jakieś zgłoszenie, ktoś wczoraj nie wrócił na noc. Ja chciałbym jeszcze raz zbadać miejsce zajścia, z pijakiem pogadam później, jak coś jeszcze z niego zostanie po wizycie prokuratora.

Wstał i zaczął pakować rzeczy.

– Jadę z panem! – Jaga zerwała się z krzesła i stanęła w gotowości do akcji.

Andrzej spojrzał na nią z nieukrywaną niechęcią

– Wolałbym pracować w pojedynkę, potrzebuję spokoju, żeby się skoncentrować – zakomunikował komendantowi.

– Nie, no, pani aspirant w niczym nie będzie przeszkadzać, prawda, Jaguś? – Dziewczyna przytaknęła pospiesznie. – Niech jedzie, przypatruje się. Od kogo niby ma się uczyć, jak nie od najlepszych?

Andrzej skrzywił się, ale kiwnął głową na zgodę. Dawno nikt mu tak bezpośrednio nie kadził, czuł się wręcz zobowiązany. Zarzucił torbę na ramię i odmeldował się. Ruszył do wyjścia zły, że dał się wrobić w niańczenie dziecka. Teraz naprawdę będzie musiał zanurkować w tę popieprzoną puszczę, taplać się w błocie, nadstawić tyłek na pożarcie przez komary i kleszcze. A w planach miał drzemkę i piękne, spokojne popołudnie w hotelu.

Starszy posterunkowy Kazio Wichr konsumował śniadanie, kiedy został wywołany przez radio. Nie odpowiedział natychmiast z nadzieją, że jego kolega Paweł Marek, człowiek o dwóch imionach, wróci z krzaków i zrobi to za niego. Poza tym miał usta wypchane bułką i salcesonem, minęła dobra chwila, zanim przełknął kęs i zapił kawą z termosu. Pawlika ciągle nie było widać. Odchrząknął, ujął mikrofon w dłoń i zameldował się. Z głośnika popłynęły słowa dyspozytorki.

– Mamy zgłoszenie z Czarnej Wody, po wsi pałęta się podejrzany osobnik. Uwaga, może być niebezpieczny. Odbiór.

– Jedziemy tam, bez odbioru.

Głośno westchnął, wyciągnął szyję, żeby lepiej widzieć zarośnięte pobocze, gdzie dobre pięć minut temu zniknął jego kolega. Ileż można w końcu urzędować w krzakach?

– Pawlik! Marek! Co ty tam, do cholery, robisz?!

Prawie natychmiast spomiędzy drzew wyłonił się młody policjant.

– Srałeś na zapas, na dwa tygodnie do przodu?

– Nie, Kaziu, nie zgadniesz, co żem widział! – Uradowany posterunkowy wsiadł do radiowozu.

– Sarni zad.

– Lepiej, prawdziwy! Ludzki, znaczy się, babską dupę. Tam za drzewami jest polana, akurat siano rozrzucają, bo im w nocy deszcz wlał. W samych gaciach!

Wichr przybrał zbulwersowaną minę, pokręcił głową. Dziesięć lat temu też pewnie by się podniecił takim widokiem, ale dekada małżeństwa wyprała go do czysta z wszelkich fizycznych ciągot, był niewinny jak moczona w wybielaczu i wyżęta pieluszka z tetry.

– Masz dziesięć minut, żeby się uspokoić i skoncentrować, robota czeka. Było zgłoszenie z Czarnej Wody, trzeba to sprawdzić.

Znajdowali się niedaleko od Franka, tam wtoczyli się na berlinkę i pognali w kierunku Czerska. Pojawiły się chałupy, sklepy, bary z parasolami i kwatery na wynajem, po lewej stronie stał kościół przypominający szeregowiec, przy czym każdy moduł stanowił większą, niepasującą do poprzedniego przybudówkę, co razem dawało świadectwo postępującego rozpasania proboszcza. Skręcili w Długą, zatrzymali się przy zbiegowisku kobiet. Prym wiodła przygarbiona staruszka w fartuchu i chustce na głowie, która zadziwiająco sprawnie przebierała sękatymi kołkami zastępującymi jej kijki do nordic walkingu.

– To stara Nowaczka go widziała, panie władzo, schował się u Karolaków w stodole! – zdała wstępny raport.

Funkcjonariusze wysiedli z radiowozu, rozejrzeli się. Starszy posterunkowy podszedł do wskazanej kobiety, która samotnie stała przed chatką oddzieloną od drogi betonową balustradą o kilku brakujących panelach. Ciężko dyszała.

– Pani Nowakowa?

Babinka kiwnęła siwą głową wyraźnie wystraszona.

– Proszę się nie bać, nic pani nie grozi. Kogo pani widziała i gdzie? Ciągle tu jest?

– Jo, tam pobiek, jak żeśmy go z babami sprzed chałupów przegnali. – Palcem pokazała drewnianą stodołę. – Obibok, pisijak jaki, w worku od śrutu laz środkiem drogi.