Wymazać siebie - Garrard Conley - ebook

10 osób właśnie czyta

Opis

Wspomnienia 19-letniego Garrarda, który pod naciskiem rodziców poddaje się terapii konwersyjnej, która ma go „uleczyć” z homoseksualizmu. Film, który powstał na podstawie bestsellerowej książki, w reżyserii Joela Edgertona z gwiazdorską obsadą: Nicole Kidman, Russellem Crowe’em oraz Lucasem Hedgesem jest poważnym kandydatem do Oscarów.

 

Wymazać siebie to historia młodego chłopaka, syna fundamentalistycznego pastora w małym miasteczku w Arkansas, który dokonuje coming outu przed rodzicami. Ci, przekonani, że homoseksualizm to ciężki grzech i nałóg, stawiają mu ultimatum – albo podda się terapii konwersyjnej i wyjdzie z nałogu, albo straci rodzinę, przyjaciół i zostanie wykluczony ze wspólnoty kościelnej.

 

Wówczas Garrard trafia do chrześcijańskiej organizacji o nazwie Love in Action. Tam pod okiem terapeutów poprzez dogłębne studiowanie Biblii i niemal wojskowy rygor ma zostać nawrócony na heteroseksualizm, oczyszczony z grzesznych impulsów i umocniony w wierze.

 

Czym tak naprawdę była terapia konwersyjna? I czy w ogóle upokarzanie, stygmatyzację i wyrzekanie się siebie oraz swojej seksualności można nazwać terapią?

Garrard Conley demaskuje obłudę systemu terapeutycznego, a jednocześnie w subtelny sposób pisze o miłości i seksualności.

 

***

 

„Fundamentalnie chrześcijańscy rodzice wysyłają nastoletniego syna geja na "terapię", wierząc, że pomoże mu ona - wraz z siłą woli i modlitwą - zmienić orientację na "słuszną", czyli hetero. Rzecz dzieje się w 2004 r. na głębokiej amerykańskiej prowincji, ale jest niestety wciąż niepokojąco aktualna i w Polsce w 2019 r. Geje i lesbijki, którzy mają na koncie horror podobnych "terapii", najczęściej nie chcą lub nie są w stanie opowiedzieć publicznie swych historii. Tym większą wartość mają wspomnienia Garrarda Conleya. Unikat. A zarazem przestroga dla wielu rodziców i ich homoseksualnych dzieci”.

Mariusz Kurc, redaktor naczelny magazynu „Replika”, patrona medialnego „Wymazać siebie”.

 

Dzięki hojnym sponsorom powstawały specjalne duszpasterstwa dla „byłych gejów”, z których najważniejsze to Exodus – koalicja ponad 80 Kościołów w 34 stanach. W 1998 roku główne dzienniki amerykańskie odnotowały 600 tys. dolarów wpływów z reklam terapii konwersyjnej. [...]

Terapia konwersyjna dla nieletnich jest obecnie zakazana w 14 stanach, a cztery kolejne prawdopodobnie wkrótce ją wprowadzą. Z badań wynika, że w pozostałych stanach żyje dziś ok. 20 tys. nastolatków, którzy zostaną wysłani na „leczenie”, zanim osiągną pełnoletniość. Jest więc o kogo walczyć.

Agnieszka Graff, fragment wstępu do książki.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 401

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Tytuł oryginału: BOY ERASED
Projekt okładki: RACHEL WILLEY
Ilustracja na okładce: na podstawie oryginalnej litografii, © A. Scheer; (leaf) Illustration reproduced from Flora von Deutschland, Österreich und der Schweiz, 1903, by Otto W. Thomé
Adaptacja projektu okładki, projekt typograficzny i łamanie: JOANNA RENIGER
Redaktor prowadzący: PAULINA POTRYKUS-WOŹNIAK
Redakcja: MAGDALENA GERAGA
Korekta: JUSTYNA MROWIEC
Copyright © 2016 by Garrard Conley All rights reserved Copyright © for the Polish translation by Kamila Slawinski Copyright © for the Polish edition by Poradnia K, 2019
Wydanie I
ISBN 978-83-66005-28-0
Poradnia K Sp. z o.o. ul. Wilcza 25 lok. 6, 00-544 Warszawa e-mail: poradniak@poradniak.pl www: www.poradniak.pl Zapraszamy do naszej księgarni internetowej: sklep.poradniak.pl
Konwersja: eLitera s.c.

WSTĘP

Agnieszka GraffPseudoterapia, prawdziwa polityka

Ojciec Garrarda Conleya głosił słowo Boże nawet wówczas, gdy wciskał komuś używanego forda. Nie miał wyjścia – musiał nawracać, by ratować zagubione dusze przed zbliżającym się końcem świata. Czy komuś takiemu może się przytrafić coś gorszego niż syn gej? Wstyd przed Bogiem i ludźmi. Wielka życiowa porażka. A w perspektywie – ogień piekielny. Trudno mi sobie wyobrazić, że jestem fundamentalistycznym kaznodzieją w Arkansas, ale zapewne na jego miejscu zrobiłabym to samo: wysłałabym dzieciaka na terapię konwersyjną. Byłabym wszak przekonana, że homoseksualizm to grzech i nałóg. W moim świecie wartości nie byłoby miejsca na tolerancję, o akceptacji nie wspominając. Nałogi się leczy. Z grzechem się walczy. Cała ta gadanina o gejach, lesbijkach i różnych orientacjach seksualnych byłaby dla mnie częścią liberalnego planu, by pogrążyć Amerykę w grzechu. Zrobiłabym wszystko, by ratować dziecko i własną reputację. Tak, na jego miejscu też wysłałabym syna na terapię konwersyjną do organizacji o sympatycznej nazwie Love in Action, a moja bogobojna żona oczywiście zgodziłaby się z tą decyzją. A potem oboje byśmy jej żałowali.

Ta książka powstała ponad dekadę po opisanych w niej wydarzeniach. Dlaczego autor czekał tak długo? Przecież wyrwał się z objęć psychopatycznych terapeutów, skończył studia, stworzył sobie normalne, szczęśliwe życie. W jednym z wywiadów wyjaśnia, że obawiał się śmieszności. Wiedział, że środowisko, z którego się wywodzi, jest w liberalnej Ameryce uważane za zacofane, dziwaczne, groteskowe. Panujące tam przekonania – koniec świata jest tuż-tuż, żona musi być posłuszna mężowi, teoria ewolucji to brednie, AIDS i 9/11 to kara za grzechy – ocenia się jako absurdalne. Tymczasem Wymazać siebie nie jest historią człowieka porwanego przez religijnych fanatyków, lecz osobistą opowieścią kogoś, kto się w tym świecie wychował, przyswoił sobie jego zasady i wierzenia, tak jak przyswajamy sobie język ojczysty. Kogoś, kto nadal jest głęboko związany ze swoją rodziną i nie chce przysparzać jej wstydu i cierpienia.

Z perspektywy tęczowego Manhattanu terapia konwersyjna to trochę zgroza, a trochę egzotyka, ale w Arkansas w 2004 roku było to oczywiste rozwiązanie wstydliwego problemu. Że nieskuteczne? Tak, dziś wie o tym nawet religijna prawica na głębokim Południu. Nie istnieją „byli geje”, choć są geje żyjący w celibacie. Istnieją natomiast liczne ofiary terapii, które szukają pomocy psychologicznej – mówi się o nich „byli-byli-geje”. Prześladuje ich poczucie wstydu, niskie poczucie własnej wartości, depresje i poważne zaburzenia relacji. Jednak w 2004 roku rodzice Conleya mogli o tym nie wiedzieć. W ich świecie czytało się wyznania ludzi wdzięcznych za „wyleczenie” z grzesznego nałogu.

Historia terapii konwersyjnej (zwanej też „reparatywną”) jest fascynująca. Jej reputacja przeszła w ciągu ostatnich trzydziestu lat kilka zwrotów, wynikających po części z badań naukowych, a po części z burzliwej historii sporu o prawa gejów i lesbijek. Wiemy, jak ten spór się skończył – w czerwcu 2015 roku Sąd Najwyższy orzekł, że pary homoseksualne mogą zawierać małżeństwa w całych Stanach Zjednoczonych[1]. Zanim do tego doszło, toczono zaciekłe walki ideologiczne, w których brali udział psychiatrzy, psychologowie, politycy, działacze społeczni i kaznodzieje tacy jak ojciec Conleya. Czy homoseksualizm jest zaburzeniem, czy pełnoprawną odmianą ludzkiej seksualności? Czy to kwestia wyboru, czy cecha stała? Wrodzona czy nabyta? A może nałóg, który można leczyć tak, jak leczy się alkoholizm czy narkomanię? Czy można być szczęśliwym gejem lub lesbijką? A może ich cierpienie jest skutkiem stygmatyzacji, a leczenia potrzebuje homofobiczne społeczeństwo?

Terapia konwersyjna to coś więcej niż kontrowersyjna praktyka na styku psychologii i religii – przez dwie dekady był to ważny ruch społeczny, dochodowy interes, a zarazem front tak zwanych wojen kulturowych. Książka Conleya jest również częścią tej wojny: ukazała się wiosną 2016 roku, czyli rok po tym, jak progresywny prezydent Barack Obama poparł wprowadzenie zakazu terapii konwersyjnej, a Sąd Najwyższy dał gejom i lesbijkom prawo do zawierania małżeństw. Jednak kilka miesięcy po premierze wspomnień Conleya wybory prezydenckie wygrał Donald Trump, a wiceprezydentem został Mike Pence, fundamentalista religijny znany z działań wymierzonych w prawa mniejszości LGBTQ. Jesienią 2018 roku na ekrany wszedł także film oparty na książce, z gwiazdorską obsadą (Nicole Kidman, Russell Crowe). Choć jest utrzymany w konwencji melodramatu rodzinnego, a jego zadaniem jest wzruszenie publiczności, jest to oczywiście film polityczny, kolejny krok w kierunku wprowadzenia zakazu terapii konwersyjnej, następny cios zadany religijnej prawicy przez liberalną Amerykę.

Cofnijmy się jednak do 1973 roku, kiedy to Amerykańskie Towarzystwo Psychiatryczne (APA) wykreśliło homoseksualizm z listy zaburzeń psychicznych. Był to moment kulturowego przełomu nie mniej istotny niż decyzja Sądu Najwyższego w sprawie Roe v. Wade (również 1973 rok), która zalegalizowała w całych Stanach aborcję. Ogromna większość konserwatystów – zwłaszcza tzw. religijnej prawicy – uznała decyzję APA za oburzającą. Z ich perspektywy uznanie homoseksualności za pełnoprawną orientację seksualną stanowiło efekt knowań homoseksualnego lobby. Zaczęła się mobilizacja. Ewangelikalni pastorzy grzmieli w swoich kazaniach przeciw „zboczeńcom” i „sodomitom”; w kolejnych latach twierdzili też, że epidemia AIDS i zamachy z 11 września 2001 roku to kara boska za seksualne rozpasanie. Dzięki hojnym sponsorom powstawały specjalne duszpasterstwa dla „byłych gejów”, z których najważniejsze to Exodus – koalicja ponad 80 Kościołów w 34 stanach. W 1998 roku główne dzienniki amerykańskie odnotowały 600 tysięcy dolarów wpływów z reklam terapii konwersyjnej. Jeden z przywódców religijnej prawicy, Robert Knight z ultrakonserwatywnej organizacji Family Research Council, nazwał ten zmasowany atak „lądowaniem w Normandii”. Nie dajmy się zatem zmylić dobrodusznej opowieści o terapii nałogów i pomocy udzielanej zbłąkanym owieczkom. Z punktu widzenia organizatorów tych praktyk dużo istotniejszy jest czysto polityczny wymiar całej sprawy. Jeśli przekonamy społeczeństwo, że homoseksualizm da się wyleczyć, to spadnie poparcie dla praw gejów i lesbijek. Skoro chorują na własne życzenie, to można, a nawet należy ich dyskryminować. Kluczowy jest nie realny wynik terapii (o tym za chwilę) ale efekt propagandowy, stąd ogromne pieniądze inwestowane w reklamy. Obietnica pomocy jest w tym przypadku mową nienawiści, zawoalowaną groźbą. W USA strategia ta była przez pewien czas skuteczna. Lata 90. to czas rozkwitu terapii konwersyjnej, a zarazem zastoju w walce o prawa gejów i lesbijek w USA. W 1998 roku „Newsweek”, tygodnik uważany za pismo środka, a nawet liberalne, opublikował o tym zjawisku dość życzliwy artykuł.

Przełom wieków przyniósł serię zdarzeń, w wyniku których nawet przywódcy religijni w większości stopniowo odwrócili się od terapii konwersyjnej. Oto kilka przykładów. W 2000 roku John Paulk, znany propagator „konwersji”, który utrzymywał, że jest szczęśliwym mężem byłej lesbijki, został sfotografowany w barze gejowskim w Waszyngtonie. W 2003 roku ujawniono, że Michael Johnston – inicjator „Narodowego dnia wychodzenia z homoseksualizmu” – współżyje bez zabezpieczeń z mężczyzną poznanym przez Internet, nosicielem wirusa HIV. Trzy lata później Ted Haggard, ówczesny przewodniczący Krajowego Stowarzyszenia Ewangelikalnego i zagorzały przeciwnik praw LGBT, przyznał się do korzystania z męskiej prostytucji, ujawniając przy okazji porażkę własnej terapii konwersyjnej. W sieci raz po raz pojawiały się też kompromitujące dla ruchu opowieści ofiar „leczenia”: o brutalnych egzorcyzmach, publicznym zawstydzaniu i wymuszanych spowiedziach, a także o seksie młodocianych pacjentów z terapeutami. Zaczęło się też mówić o długofalowych skutkach tych praktyk – depresjach, nerwicach, próbach samobójczych. Ostateczny pogrzeb terapii konwersyjnej w amerykańskim mainstreamie nastąpił w czerwcu 2013 roku, gdy przewodniczący Exodus International, Alan Chambers, na oczach milionów telewidzów przeprosił społeczność LGBT za działalność swojej organizacji. Człowiek, który niegdyś utrzymywał, że „dziesiątki tysięcy osób skutecznie zmieniły orientację seksualną”, przyznał teraz, że „99,9 procent osób, które poznał przez duszpasterstwo Exodus, nie doświadczyły takiej zmiany”.

I wreszcie historia Johna Smida – zawiła, dziwaczna, ale ważna, bo dotyczy kluczowej postaci tej książki, człowieka, którego wspomnienie do dziś budzi gniew jej autora. Otóż w 1980 roku Smid opuścił żonę i dwie córki, ponieważ stwierdził, że jest gejem. Kilka lat później doznał nawrócenia i rozpoczął działanie jako natchniony terapeuta w Love in Action, a wkrótce – przywódca tej organizacji. Powtórnie założył rodzinę. Jednak w 2007 roku po głośnym skandalu opuścił LIA, publikując przeprosiny dla skrzywdzonych przez tę organizację rodzin, a wkrótce oświadczył publicznie, że sam zawsze był i nadal jest gejem oraz że „nigdy w życiu nie spotkał człowieka, który doświadczyłby zmiany z homoseksualności na heteroseksualność”. Wkrótce potem ukazały się wspomnienia Smida, które wydał własnym sumptem. Czyta się je jak napisaną dość nieporadnie religijną powieść łotrzykowską. W 2014 roku świat usłyszał, że Smid poślubił swego wieloletniego partnera, z którym wiedzie szczęśliwe życie w miejscowości Paryż w Teksasie. Cóż, gdy dziewiętnastolatek o imieniu Garrard trafił w jego ręce, Smid był bezkompromisowym zwolennikiem zmiany orientacji. To on wpadł na pomysł, by LIA kierowało swoje usługi do osób nieletnich w ramach programu „Refuge”. W wypowiedzi dla „Guardiana” Conley mówi o nim tak: „Wiele lat później nawet się zbliżyliśmy i udało mi się zrozumieć jego historię. Jednak sądzę, że powinien spędzić resztę życia, przepraszając rodziny, które skrzywdził. Tymczasem moja rodzina nigdy nie usłyszała słowa przepraszam”.

Do spisania wspomnień – a przekonacie się, że Conley to pisarz pełną gębą, od książki trudno się oderwać – skłoniła go lektura blogów innych gejów i lesbijek, którzy zostali w podobny sposób skrzywdzeni i nie potrafili się pozbierać. Zaczął też rozpoznawać u siebie podobne symptomy. „Czasem nie byłem w stanie dotknąć swojego partnera bez uczucia wstydu”, mówi w wywiadzie dla BBC. Książka jest więc z jednej strony osobistą próbą uwolnienia się od bolesnych wspomnień, z drugiej – wkładem autora w kampanię na rzecz ogólnoamerykańskiego zakazu terapii konwersyjnej. Autor często powtarza, że ma nadzieję, iż jego wspomnienia trafią do rodziców, którzy rozważają oddanie dzieci w ręce specjalistów od terapii konwersyjnej. Cóż, jest ich niemało. Szacuje się, że 698 tysięcy dorosłych gejów i lesbijek w USA ma za sobą takie doświadczenia, przy czym mniej więcej połowę poddano terapii w wieku nastoletnim – trudno więc mówić o wolnym wyborze. Terapia konwersyjna dla nieletnich jest obecnie zakazana w 14 stanach, a cztery kolejne prawdopodobnie wkrótce ją wprowadzą[2]. Z badań wynika, że w pozostałych stanach żyje dziś około 20 tysięcy nastolatków, którzy zostaną wysłani na „leczenie”, zanim osiągną pełnoletniość. Jest więc o kogo walczyć.

Co właściwie się działo w Love in Action? Na pierwszy rzut oka – nic groźnego. Nie było elektrowstrząsów, nie proponowano lobotomii – etap tortur mniejszości seksualne w krajach zachodniej demokracji mają szczęśliwie za sobą[3]. Jednak to, co serwowała swoim młodym klientom LIA, można bez wahania nazwać psychicznym znęcaniem. Nie będę wchodzić w szczegóły – to dla nich przede wszystkim warto przeczytać tę książkę. Terapia konwersyjna to kompleksowa metoda łamania charakteru poprzez upokarzanie, piętnowanie, straszenie i wymuszanie intymnych zwierzeń. Chodzi o to, by pacjent stracił poczucie bezpieczeństwa, przeraził się własnym zagubieniem, a następnie tak opowiedział samemu sobie swoje życie i historię własnej rodziny, by pociąg do własnej płci jawił mu się jako krzywda spowodowana przez grzechy zaniedbania rodziców. Winne są też „fałszywe obrazy”, czyli wszystkie pozytywne doświadczenia homoseksualne oraz to, co nam o nich przypomina. W tej wizji świata nie istnieją szczęśliwi geje i lesbijki, jest tylko równia pochyła, której końcem jest śmierć. W książce pojawia się historia niesubordynowanego pacjenta LIA, któremu w ramach leczenia zorganizowano niby-pogrzeb. Chłopiec leżał, udając martwego, a członkowie LIA wygłaszali mowy pogrzebowe, w których opowiadano o degrengoladzie, jaka miała doprowadzić go do zgonu na AIDS. Nie ma to jak „miłość w działaniu”.

Wróćmy jednak do kwestii skuteczności tych praktyk. Sprawa jest o tyle istotna, że w Polsce dość powszechnie uważa się homoseksualizm za chorobę, a przekonanie to systematycznie i celowo podsyca Kościół katolicki. Wydawnictwa związane z Kościołem publikują książki dawno w Stanach skompromitowane; w czasopismach katolickich i w Internecie roi się od artykułów zapewniających, że „to” da się wyleczyć; w Lublinie od lat funkcjonuje katolicki ośrodek „Odwaga”, który „proponuje pomoc duchową i terapeutyczną osobom o niechcianych skłonnościach homoseksualnych oraz ich rodzinom. „Młody człowiek z katolickiej polskiej rodziny, który stwierdza, że pociągają go osoby tej samej płci, może trafić na stronę internetową o neutralnie brzmiącej nazwie www.homoseksualizm.edu. Znajdzie tam „Świadectwa ex gejów”: „Terapia homoseksualizmu działa” czy „Homoseksualizm. Nie jesteś za stary, by z tego wyjść”. Może też kupić jeden z licznych poradników obiecujących wyjście z homoseksualnego nałogu (na przykład Walka o normalność; Od nałogu do miłości). W marcu 2018 roku w „Newsweeku” ukazał się wywiad z Tomaszem Pułą, gejem, który przez rok uczestniczył w krakowskiej grupie terapeutycznej dla gejów. Z jego opowieści wynika, że w Polsce stosuje się metody bardzo podobne do tych stosowanych przez Love in Action:

„Dzieliliśmy się najintymniejszymi szczegółami naszego życia. To było żenujące. Nie chciałem słuchać, kto ile razy się masturbował i co sobie przy tym wyobrażał. (...) Z czasem zrozumiałem, że próbowano zbudować w nas jak najmocniejszą więź, opartą o to, że wiemy o sobie absolutnie wszystko. Często rozmawialiśmy o naszym dzieciństwie, bo założenie, które przyjęliśmy, polegało na tym, że homoseksualizm jest skutkiem negatywnych doświadczeń z przeszłości. Ktoś zwierzał się z tego, że był molestowany seksualnie, ktoś opowiadał o swoich nieudanych doświadczeniach z dziewczynami. Non stop przewijał się temat nadopiekuńczej matki i ojca, który nie był w odpowiednim stopniu zainteresowany swoim synem”.

Etyczny skandal polega na tym, że do celów politycznych wykorzystuje się tu autentyczne cierpienie osób o bardzo kruchej psychice, a język terapeutyczny staje się narzędziem dezinformacji i manipulacji. Można jednak trafić jeszcze gorzej: w Polsce istnieje też możliwość poddania się egzorcyzmom w celu wygnania złego ducha homoseksualizmu. Bo że jest to właśnie zły duch, religijna prawica w Polsce nie ma wątpliwości. Oto reakcja portalu prawy.pl na głośny coming out ks. Krzysztofa Charamsy:

„Homoseksualiści potrzebują pomocy lekarzy-specjalistów, lecz również, a może raczej przede wszystkim księży-egzorcystów. Trudno mieć jakiekolwiek wątpliwości, że nagranie, którym teraz bombardują wszelkie lewackie środowiska, przedstawia człowieka nieszczęśliwego i... opętanego. Wystarczy uważnie je przeanalizować, śledząc każde słowo i gest, aby dojść do wniosku, że mamy do czynienia z manifestacją demona, który dla swoich celów posłużył się tym nieszczęśnikiem. Nie może stanowić przypadku, że nastąpiła ona u zarania synodu ds. rodziny w Rzymie, synodu, który może wzmocnić katolików w Prawdzie i umocnić w wartościach, lub zwieść i zniszczyć w duchu tego, co proponuje demon ustami Charamsy”.

Logika tego wywodu jest nieubłagana: skoro homoseksualizm jest demonem, potrzebny jest egzorcysta. Co ciekawe, podczas gdy terapia awersyjna skupia się głównie na młodych mężczyznach, egzorcyzmom poddawane są głównie młode kobiety, a sam rytuał często zawiera elementy, które osobie spoza świata egzorcyzmów wydadzą się po prostu molestowaniem seksualnym[4].

A może niepotrzebnie się czepiamy, skoro praktyki te zwyczajnie nas nie dotyczą? Może powinniśmy być tolerancyjni wobec „innej kultury” – w tym przypadku kultury fundamentalistów religijnych, wszystko jedno czy w USA, czy w Polsce, czy w Brazylii? Dla kogoś, kto głęboko wierzy w Boga, a zarazem wierzy, że ten Bóg potępia homoseksualizm, odkrycie w sobie pociągu seksualnego do własnej płci jest źródłem psychicznego cierpienia. A skoro tak, to terapia konwersyjna (w wersji hard: egzorcyzmy) jest po prostu usługą świadczoną takim osobom. Chcą zmienić orientację, by pozostać w zgodzie ze swym systemem wartości – nic nam do tego, podobnie jak nic nam do tego, że sąsiad korzysta z usług nauczyciela tenisa, a szwagierka inwestuje w kosztowną opiekę ortodontyczną. Rzecz w tym, że usługa o nazwie „terapia homoseksualizmu” jest bardzo często świadczona pod przymusem, bo chodzi o osoby bardzo młode, uzależnione materialnie i emocjonalnie od domagających się zmiany rodziców. Drugi problem jest taki, że jest to usługa skrajnie nieskuteczna, a często bardzo szkodliwa. Żadne solidne badania naukowe nie potwierdziły, że homoseksualizm można wyleczyć, wykazano natomiast, że terapia wyrządza ludziom wymierne szkody psychiczne.

Spójrzmy na dane. W szczytowej fazie swojego działania organizacje takie jak Exodus podawały liczbę około 30% „wyleczonych”, przyznając jednak, że są to dane oparte na deklaracjach pacjentów i że chodzi o osoby, które zrezygnowały z homoseksualnych praktyk, wybierając celibat lub wchodząc w związki heteroseksualne. W swoich przeprosinach w 2013 roku Chambers, przywódca Exodusu, przyznał, że zmiana jest fikcją, a obietnica zmiany – oszustwem. Dużo wcześniej, bo w 2002 roku, ukazał się raport z badań, których autorzy przyjęli taką właśnie życzliwą perspektywę: terapia jest usługą, a my spytamy konsumentów o poziom satysfakcji z usługi. Wyniki były druzgocące: zaledwie 3% uczestników (8 osób z 202 badanych) uznało się za wyleczonych. W 88% przypadków nic się pod wpływem terapii nie zmieniło, a pozostałych 9% to osoby, które albo straciły popęd, albo podjęły decyzję o rezygnacji z życia seksualnego, jednak nadal czuły pociąg do własnej płci. Co ciekawe, siedem z tych ośmiu „wyleczonych” osób pracowało następnie jako terapeuci. Warto o tym pamiętać, czytając tę książkę – Conley opisuje Love in Action jako specyficzną subkulturę, w której starsi geje uczą młodszych, jak skutecznie udawać, że jest się hetero. Gdyby z tą historią nie wiązał się taki bezmiar ludzkiego cierpienia, można by powiedzieć, że jest ona chwilami zabawna.

Najciekawsze w tej książce są nie aktualne poglądy autora, ale wysiłek, jaki wkłada w odtworzenie swoich ówczesnych motywacji, uczuć i przekonań. Dziś mieszka ze swoim mężem w Nowym Jorku i szerzy wiedzę o szkodliwości terapii konwersyjnej. Jako nastoletni gej, mieszkający w Arkansas, był jednak głęboko przekonany, że homoseksualizm to grzech prowadzący do licznych nieszczęść. Jego opowieść o religijnym Południu nie jest jednak paszkwilem ani wycieczką w egzotyczne rejony USA. Conley sugestywnie opowiada o swoich ówczesnych lękach i przekonaniach. Pisze o okrucieństwie i obskurantyzmie kultury pasa biblijnego, ale też o serdeczności, jaka łączy tu ludzi, o ich głębokich religijnych przeżyciach, o fascynujących wizjach i dziwnych obsesjach. Ta książka, pełna humoru i współczucia, to swoisty pomost między dwiema kulturami, które funkcjonują równolegle w podzielonej Ameryce. To światy tak różne, że równie dobrze mogłyby istnieć na dwóch różnych planetach. Nie dziwmy się, że Conley tak długo milczał. Musiał je jakoś w swojej wyobraźni połączyć. Ucieczka z Love in Action dała mu wolność od oszukańczych terapeutów, wkrótce potem uwolnił się też od wpływu Kościoła, w którym wygłasza się kazania o grożącym sodomitom ogniu piekielnym, wreszcie – od dojmującego poczucia wstydu i klęski. Nie uwolnił się jednak od emocjonalnej więzi ze swoją rodziną. Gdy książka wreszcie powstała, dedykował ją rodzicom.

Korzystałam z następujących źródeł:

• Rafał Gębura, wywiad z Tomaszem Pułą: Wierzyłem, że terapia wyleczy mnie z homoseksualizmu, „Newsweek”, 28 marca 2018.

• Douglas C. Haldeman, Ph.D., The Pseudo-science ofSexual Orientation Conversion Therapy, „ANGLES. The Policy Journal of the Institute for Gay and Lesbian Strategic Studies”, vol. 4, No.1, 1999.

• Aaron Hicklin, I was 19, gay and ready to be ‘cured’ by conversion therapy, wywiad z Garrardem Conleyem, „Guardian”, 10 czerwca 2018.

• Jonathan Merritt, How Christians Turned Against Gay Conversion Therapy, „The Atlantic”, 15 kwietnia 2015.

• Ariel Shidlo and Michael Schroeder, Changing Sexual Orientation: A Consumers’ Report, „Professional Psychology: Research and Practice”, vol. 33, No. 3, 2002, s. 249–259.

• Lauren Turner, Boy Erased author Garrard Conley on surviving ‘gay conversion therapy’, BBC, 20 czerwca 2018. https://www.bbc.co.uk/news/entertainment-arts-44520162.

• Przeprosiny przywódcy Exodusu: Exodus Head Alan Chambers’ Full Apology to the LGBT Community | Our America with Lisa Ling | OWN (YouTube).

• Wykład Garrarda Conleya: Embracing the mess – how compassion saved my life | Garrard Conley | TEDxBG.

Odwiedziłam też następujące strony internetowe:

• garrardconley.com

• conversiontherapysurvivors.org

• www.homoseksualizm.edu.pl

• www.odwaga.org.pl

• www.prawy.pl

• www.fronda.pl

Wymazaćsiebie

.

CZĘŚĆ PIERWSZA

PONIEDZIAŁEK, 7 LIPCA 2004

John Smid, wysoki mężczyzna o kwadratowych ramionach, stał z twarzą promieniejącą zza okularów w cienkiej drucianej oprawce, odziany w spodnie khaki i zapinaną na guziki koszulę – w stroju, który stał się uniformem ewangelikanów w całej Ameryce. Pod koszulą rysowały się lamówki podkoszulki; siwiejące blond włosy przycięto golarką z ostrzem numer pięć, popularnym narzędziem w sieci męskich salonów fryzjerskich Sport Clips na Południu. Reszta z nas siedziała w półkolu, przodem do niego, wszyscy ubrani zgodnie z zasadami opisanymi w naszym liczącym dwieście siedemdziesiąt cztery strony podręczniku.

Mężczyźni: zawsze obowiązkowa koszula, nawet do snu. Zakazane jest noszenie podkoszulek bez rękawów, także pod koszulą; podobnie nie można zakładać podkoszulek „siłownianych” oraz na ramiączkach. Golenie twarzy obowiązkowe przez siedem dni w tygodniu. Baczki nie dłuższe niż do czubka ucha.

Kobiety: obowiązkowy biustonosz, nie podczas snu. Spódnica co najmniej do kolan lub dłuższa. Podkoszulki na ramiączkach dopuszczalne jedynie pod bluzką. Golenie nóg i pach obowiązkowe co najmniej dwa razy w tygodniu.

– Pierwsza rzecz, jaką musicie zrobić, to przyznać, że jesteście uzależnieni od seksu, od czegoś, co nie pochodzi od Boga – powiedział Smid. Właśnie uczyliśmy się Kroku Pierwszego z programu Dwunastu Kroków, opracowanego przez Love in Action. Ten zestaw zasad zrównywał takie grzechy jak: niewierność, zoofilia, pedofilia oraz homoseksualizm z uzależnieniami takimi jak: alkoholizm lub kompulsywny hazard. Program stanowił coś w rodzaju grupy Anonimowych Alkoholików dla osób dotkniętych jak to określali terapeuci, „dewiacją seksualną”.

Siedząc w biurze sam na sam ze Smidem zaledwie kilka godzin wcześniej, miałem do czynienia z kompletnie innym człowiekiem: skłonnym do żartów klaunem w średnim wieku, zdolnym do każdego wariactwa, byle tylko mnie rozśmieszyć. Traktował mnie jak dziecko, a ja, zaledwie dziewiętnastoletni, musiałem pogodzić się z tą rolą. Smid powiedział mi, że trafiłem we właściwe miejsce, że Love in Action mnie uleczy, podniesie z grzesznego upadku i wyprowadzi w światło boskiej chwały. Blask w jego biurze zdawał się świadczyć na korzyść tej tezy; ściany pomieszczenia były gołe, z wyjątkiem kilku oprawionych w ramki wycinków z gazet oraz haftowanych wersetów z Biblii. Za oknem widać było puste pole – rzadki widok w okolicy podzielonej na podmiejskie parcele budowlane; nieużytek, pełen dzikich, nieokiełznanych traw i poznaczony tu i ówdzie neonowożółtymi mleczami oraz tysiącami siwych głów dmuchawców, których puchate nasiona do końca tygodnia miały przefrunąć na drugą stronę autostrady.

– Staramy się stosować połączenie różnych metod terapeutycznych – zapewniał mnie Smid, obracając się na biurowym fotelu twarzą w stronę okna. W oddali pomarańczowe słońce wspinało się powoli po bielonych ścianach zamglonych budynków. Czekałem, aż światło słońca się rozleje, ale im dłużej czekałem, tym dłużej wydawało się to trwać. Zastanawiałem się, jak też działa w tym miejscu czas: czy minuty trwają tyle co godziny, godziny tyle co dni, dni tyle co tygodnie? – Kiedy tylko przyłączysz się do grupy, znajdziesz się na drodze do wyzdrowienia – powiedział Smid. – Istotne jest, by zachować otwartość umysłu.

Mimo mego narastającego sceptycyzmu i skrywanego pragnienia, by uciec od wstydu, jaki czułem od momentu, gdy moi rodzice dowiedzieli się, że jestem gejem – byłem tam z własnej woli. Zbyt wiele zainwestowałem w życie, jakie miałem do tej pory – w rodzinę oraz w coraz bardziej niewyraźnego Boga, którego znałem od niemowlęctwa – by po prostu to wszystko porzucić.

Boże – modliłem się, wychodząc z biura i zmierzając wąskim korytarzem, nad którym migotały zawieszone na metalowym stelażu jarzeniówki, do głównego pomieszczenia – nie wiem już, kim jesteś, ale proszę, daj mi mądrość, by to wszystko przetrwać.

Kilka godzin później, siedząc pośrodku kręgu Smida, czekałem, aż Bóg przyłączy się do mnie.

– Nie jesteście ani gorsi, ani lepsi od innych grzeszników tego świata – rzekł Smid. Ręce miał skrzyżowane za plecami, całe ciało napięte, jakby był przywiązany do niewidzialnej deski. – Bóg widzi wszelkie grzechy jednakowo.

Pokiwałem głową, wraz ze mną inni. Teraz już przywykłem do terminologii eksgejowskiej, chociaż za pierwszym razem byłem w szoku, wyczytawszy na stronie internetowej tej placówki, że homoseksualizm, który przez większość swojego życia próbowałem ignorować, jest „nie do okiełznania” i jak nic doprowadzi mnie do zabawiania się z czyimś psem, jeśli się z niego nie wyleczę. Jakkolwiek z dzisiejszej perspektywy ta idea wydaje się niedorzeczna, wtedy nie miałem nic innego, na czym mógłbym się oprzeć. Byłem na tyle młody, że miałem niewiele doświadczeń z innymi mężczyznami – albo raczej płytkie. Zanim poszedłem na studia, znałem zaledwie jednego otwarcie homoseksualnego mężczyznę, fryzjera mojej matki. Ten misiowaty facet spędzał większość czasu, dopasowując się do – jak to postrzegałem – stereotypu: komplementował mój wygląd, obgadywał znajomych z pracy albo dyskutował o planach na kolejne fantastyczne przyjęcie gwiazdkowe; jego niepokalanie biała broda była stosownie ufryzowana do roli Świętego Mikołaja Świntuszka. Pozostałego repertuaru mojej bigoterii nauczyłem się z pantomimy: z prześmiewczych gestów członków mojego Kościoła, jak wiotkie nadgarstki i przesadne wygibasy; z afektowanych fraz, szybujących od naturalnej wymowy w musicalową przesadę, jak „Och, doprawdy”; z kościelnych petycji, domagających się chronienia naszego kraju przed „zboczeńcami”. To, co zdołałem zobaczyć w telewizji – kawałki neonowego trykotu, szeleszczące boa z piór, zgrabny tyłek skierowany wprost na kamerę – udowadniało tylko, że bycie gejem było czymś nienaturalnym i dziwacznym.

– Musicie uświadomić sobie jeden fundamentalny fakt – mówił Smid, a jego głos rozbrzmiewał tak blisko, że prawie czułem go w piersi. – Posługujecie się seksualnym grzechem, by zapełnić pustkę we własnym życiu – pustkę, która ma kształt Boga.

Byłem tu. Nikt mi nie mógł zarzucić, że się nie staram.

Główne pomieszczenie było niewielkie i oświetlone halogenami; zasuwane drzwi otwierały się na zalany wściekłym słońcem betonowy ganek. Nasza grupa zasiadała na pokrytych tapicerką składanych krzesłach, stojących z przodu pomieszczenia. Na ścianach za nami wisiały laminowane tablice z Dwunastoma Krokami, obiecującymi powolne, ale pewne wyleczenie. Poza tym ściany były w zasadzie puste. Żadnych krucyfiksów ani stacji Drogi Krzyżowej. Tutaj ikonografia tego rodzaju uchodziła za bałwochwalstwo, podobnie jak astrologia, gra Dungeons and Dragons, religie Wschodu, tabliczki spirytystyczne, satanizm oraz joga.

W LIA odrzucenie świata świeckiego było o wiele bardziej ekstremalne niż w Kościołach, na łonie których się wychowywałem, chociaż sposób rozumowania instruktorów LIA nie był mi kompletnie obcy. W obrębie fundamentalistycznego odłamu chrześcijaństwa, znanego jako Kościół Chrześcijan Baptystów, wyznanie, do którego należała moja rodzina – byli baptystami misjonarzami – zabraniano wszystkiego, co mogło odwodzić duszę od bezpośredniej komunikacji z Bogiem i Biblią. Pośród ponad setki odłamów, kwalifikowanych jako baptyści, ciągle trwały dyskusje na temat tego, na co powinno pozwalać się wiernym; w niektórych Kościołach kwestie te traktowano z większą powagą niż inne, a zagadnienia takie jak etyczny aspekt tańca czy potencjalne pułapki świeckiej literatury ciągle budziły kontrowersje.

– Harry Potter to tylko uwodziciel dziecięcych dusz – powiedział raz baptystyczny kaznodzieja w kościele moich rodziców.

Nie ulegało wątpliwości, że moi instruktorzy z LIA będą unikać jakiejkolwiek wzmianki o Harrym Potterze, iż czas, jaki spędzałem w Hogwarcie, pozostanie moją słodką tajemnicą, oraz że przybywając tutaj, zawarłem z Bogiem jeszcze poważniejsze przymierze, które będzie wymagało ode mnie odwrócenia się niemal od wszystkiego co znałem przed przybyciem do LIA. Zanim wszedłem do pokoju grupowego, nakazano mi wyrzucić wszystko z wyjątkiem Biblii i organizacyjnego podręcznika.

Ponieważ większość klienteli LIA wyrosła pod wpływem takiego prostolinijnego protestantyzmu oraz desperacko pragnęła się wyleczyć, surowe zasady proklamowane przez terapeutów spotkały się z niejakim poklaskiem. Pozbawione ozdób ściany placówki wydawały się stosowne do miejsca, które miało być poczekalnią, gdzie oczekiwać będziemy Bożego rozgrzeszenia. Zakazana była tu nawet muzyka poważna – jak mówiono: „Beethoven, Bach i tak dalej to nie jest chrześcijańska muzyka” – toteż podczas naszego porannego „czasu refleksji” nad pomieszczeniem zalegała gęsta cisza, która wsączała się w codzienne zajęcia i sprawiała, że atmosfera była jeśli nie świątobliwa, to przynajmniej nie świecka.

W tyle pomieszczenia przeznaczonego do nauki stał regał pełen inspirującej literatury oraz wielki stos Biblii; znaleźć można na nim było również dziesiątki świadectw skutecznie wyleczonych eksgejów.

„Powoli przyszło ozdrowienie” – czytałem tego poranka, przesuwając z piskiem palec po błyszczącym papierze. „Zacząłem leczyć się z chorobliwej nieumiejętności nawiązywania przyjaźni z mężczyznami, jeśli w grę nie wchodził seks. Zacząłem dowiadywać się, kim naprawdę jestem, odrzucać fałszywą tożsamość, którą stworzyłem dla siebie, by być akceptowanym”.

Spędziłem kilka ostatnich miesięcy, próbując wymazać moją „fałszywą tożsamość”. Pewnego zimowego dnia wyszedłem z akademika i wskoczyłem do na wpół zamarzniętego stawu na terenie kampusu. Wstrząsany dreszczami, powędrowałem z powrotem do akademika w kłapiących, nasiąkniętych wodą butach, czując się, jakbym powtórnie przyjął chrzest. Stojąc potem pod gorącym prysznicem i, zaszokowany, rejestrując jak przez mgłę przeszywające gorąco wody na zmartwiałej skórze, przyglądałem się kropli spływającej po krawędzi główki prysznica.

Panie – modliłem się – uczyń mnie równie czystym jak ta kropla.

Podczas pobytu w Love in Action powtarzałem tę modlitwę, aż stała się niemal mantrą.

Panie, uczyń mnie tak czystym.

Niewiele pamiętam z tego, jak jechaliśmy z matką do ośrodka. Próbowałem nie patrzeć, nie rejestrować świadomie niczego, co migało za okienkiem po stronie pasażera, ale mimo to utkwiło mi w pamięci kilka szczegółów: błotnista, koloru wielbłądziej wełny rzeka Missisipi, przepływająca pod stalowymi przęsłami mostu łączącego Memphis w stanie Tennessee z West Memphis w Arkansas; skala tego amerykańskiego Nilu wydawała się idealnym stymulatorem dla mego pozbawionego kofeiny mózgu; na obrzeżach miasta migotała szklana piramida[5], rozlewająca na przedniej szybie samochodu gorący poblask. Był początek czerwca; za kilka godzin niemal każda powierzchnia w mieście robiła się zbyt gorąca, by dotykać jej przez dłużej niż kilka sekund; do południa wszystko było rozpalone. Jedynie poranki przynosiły nieco ulgi, gdy słońce leżało na brzegu horyzontu, dając zaledwie sugestię światła.

– Z pewnością mogli zafundować sobie lepszą miejscówkę – powiedziała matka, prowadząc samochód w stronę parkingu naprzeciw wejścia do klockowatej galerii handlowej. Ta lokalizacja była nieco bardziej ekskluzywna niż reszta miasta; znajdowała się w zamożniejszej podmiejskiej dzielnicy; galeria handlowa była bez dwóch zdań najmniej atrakcyjnym budynkiem na przestrzeni wielu kilometrów i stanowiła tymczasową lokalizację dla niespecjalnie eleganckich sklepów i małych klinik. Pobielana czerwona cegła i szkło. Podwójne drzwi otwierające się na biały westybul ze sztucznymi kwiatami. Logo nad wejściem: odwrócony czerwony trójkąt z wyciętą pośrodku dziurą w kształcie serca i wypływającymi z niej promieniście cienkimi białymi liniami. Wysiedliśmy z samochodu i ruszyliśmy w stronę drzwi; matka szła cały czas kilka kroków przede mną.

Gdy weszliśmy do westybulu, uśmiechnięty recepcjonista poprosił mnie, żebym wpisał się do księgi gości. Wyglądał na kogoś lekko po trzydziestce. Był ubrany w koszulę polo, spływającą luźno po torsie; oczy miał jasne, uczciwe, kobaltowego koloru. Spodziewałem się jakiegoś pobladłego smutasa, który już wymazał wszystko, co miał w sobie interesującego. Ale ten koleś wyglądał jak ktoś, kto zagrałby ze mną kilka rundek w Halo[6], a potem posłużył się analogią z gry wideo, by opowiedzieć mi nieco o tym, co Bóg dla niego zrobił. O tym, jak to trzeba walczyć z nieprzyjaciółmi, kosmitami najeżdżającymi nasze dusze. Spotkałem sporo takich młodych bajeranckich pastorów o podobnej prezencji i podobnym podejściu.

Nie pamiętam już jego imienia. Nie jestem też pewien, czy w westybulu były jakieś znaki wskazujące na to, co mnie tam miało spotkać, obrazy na ścianach, spisy obowiązujących w placówce zasad. Dziś ten westybul jest dla mnie jedynie oślepiająco białą poczekalnią, czymś w rodzaju tego, co hollywoodzkie filmy pokazują jako niebo: pustą przestrzenią.

– Czy mogę obejrzeć ośrodek? – zapytała matka. Coś w jej głosie, który nagle uniósł się do uprzejmie pytającego tonu, sprawiło, że poczułem się nieswojo, jak gdyby pytała, czy może obejrzeć nieruchomość.

– Przykro mi, proszę pani – odpowiedział recepcjonista. – Jedynie pacjenci mają wstęp do środka. Wymogi bezpieczeństwa.

– Bezpieczeństwa?

– Tak, proszę pani. Wielu z naszych pacjentów zmaga się z utajonymi problemami natury rodzinnej. Jeśli zobaczą rodzica – nie ma znaczenia, czyjego, nawet jeśli to ktoś tak miły jak pani – tu recepcjonista błysnął pełnym uroku, naznaczonym dołeczkami w policzkach uśmiechem – może spowodować to u nich niepokój. Dlatego nazywamy to strefą bezpieczną. – Tu rozłożył ramiona na boki i zrobił nimi szeroki gest; pomyślałem, że jest to gest powolny i nieco sztywny, jak gdyby niegdyś jego ruchy były znacznie bardziej szerokie, ale musiał nauczyć się je opanowywać. – Ponieważ ten program trwa tylko dwa tygodnie, pozostanie pani w kontakcie z synem przez cały czas, kiedy nie będzie uczestniczył w zajęciach.

Początek zajęć o dziewiątej, koniec o piątej po południu. Wieczory, noce i wczesne godziny poranne miałem spędzać z matką w pobliskim hotelu Hampton Inn & Suites, opuszczając nasz pokój jedynie wtedy, gdy to będzie konieczne. Zakładano, że będę spędzać większość czasu wolnego na odrabianiu pracy domowej na następne zajęcia. Grafik, który wręczył mi recepcjonista, wyglądał dość jasno – każda godzina była zagospodarowana i zaznaczona czarno obramowanym prostokątem, na którym drukowanymi literami napisano „czas refleksji”, „zajęcia grupowe” albo „terapia indywidualna”.

Recepcjonista wręczył mi gruby podręcznik LIA oraz papierową teczkę. Otworzyłem podręcznik; jego plastikowy grzbiet zaskrzypiał, a między okładkę a pierwszą stronę wsunięta była czarno-biała notka powitalna z moim nazwiskiem wypisanym dużymi literami. Poniżej widniało kilka wersetów z Biblii, Psalm 32,5, w codziennej, współczesnej angielszczyźnie, bardzo odmiennej od oficjalnego języka wersji Biblii króla Jakuba, na której się wychowałem. „Wreszcie wyznałem wszystkie moje grzechy i przestałem próbować je ukrywać. Powiedziałem sobie: Wyznam wszystko Panu, a On mi wybaczy! Moja wina została zmazana”.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

PRZYPISY

[1] Podobny stan prawny obowiązuje obecnie w 30 państwach: traktują one małżeństwa osób tej samej płci na równi z małżeństwami osób różnej płci.

[2]http://lgbtmap.org/equality-maps/conversion_therapy

[3] Może jednak warto przypomnieć, że nie jest to historia odległa. Jedną z ofiar takich praktyk był genialny matematyk i kryptolog, Alan Turing, gej, który w wyniku takiego „leczenia” popełnił w 1954 roku samobójstwo (poddano go chemicznej kastracji; do wyboru miał jeszcze więzienie).

[4] Zachęcam do obejrzenia fascynującego dokumentu Konrada Szołajskiego „Walka z Szatanem”, HBO, 2015.

[5] Piramida Memphis, znana jako Wielka Amerykańska Piramida – to przeszklony budynek, stanowiący najbardziej rozpoznawalny architektoniczny obiekt w mieście. Początkowo był stadionem, dziś służy jako galeria handlowa.

[6]Halo to seria gier strzelanek, której fabuła opiera się na międzygwiezdnym konflikcie zbrojnym między ludzkością a armią teokratycznego imperium Covenant.