Wymarzony narzeczony - Tessa Dare - ebook
Opis

Piękne damy i przystojni dżentelmeni dziedziczą je, wygrywają, kupują lub zdobywają podstępem. I przeżywają w nich niebezpieczne i romantyczne przygody…
Miss Madeline Gracechurch wspaniale maluje, ale zupełnie nie radzi sobie w kontaktach z dżentelmenami. Jest pewna, że jej debiut na londyńskich salonach będzie zupełną porażką, a ona sama na zawsze straci szanse na znalezienie męża. Robi więc to, co od wieków robi każda nieśmiała, niepewna siebie młoda dama: wymyśla sobie ukochanego.
Przystojnego, honorowego Szkota, zakochanego w niej bez pamięci… Pisze do wyimaginowanego kapitana MacKenzie długie listy i wszystko przebiega zgodnie z planem. Do dnia, kiedy w jej drzwiach staje prawdziwy kapitan MacKenzie – przystojny jak grzech, choć może nie aż tak bardzo honorowy.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 336

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Korekta

Hanna Lachowska

Halina Lisińska

Projekt graficzny okładki

Małgorzata Cebo-Foniok

Zdjęcia na okładce

© freya-photographer/Shutterstock

© Zbynek Plinta/Shutterstock

Tytuł oryginału

When a Scot Ties the Knot

Copyright © 2015 by Eve Ortega

All rights reserved.

Wszelkie prawa zastrzeżone.

Żadna część tej publikacji nie może być reprodukowana

ani przekazywana w jakiejkolwiek formie zapisu

bez zgody właściciela praw autorskich.

For the Polish edition

Copyright © 2019 by Wydawnictwo Amber Sp. z o.o.

ISBN 978-83-241-7040-1

Warszawa 2019. Wydanie I

Wydawnictwo AMBER Sp. z o.o.

02-954 Warszawa, ul. Królowej Marysieńki 58

www.wydawnictwoamber.pl

Konwersja do wydania elektronicznego

Dla Brena

Bo

Prolog

21 września 1808

Drogi Kapitanie Loganie MacKenzie,

Jest tylko jedna pociecha w pisaniu tego absurdalnego listu. Taka, że Pan, moja droga iluzja, nie istnieje i go nie przeczyta.

Ale po kolei. Najpierw się przedstawię.

Nazywam się Madeline Eloise Gracechurch. Największa ofiara losu, jaka stąpała po angielskiej ziemi. Będzie Pan zszokowany, obawiam się, ale zakochał się Pan we mnie do szaleństwa, kiedy nasze ścieżki nie spotkały się w Brighton. A teraz jesteśmy zaręczeni.

Maddie nie mogła sobie przypomnieć, kiedy pierwszy raz trzymała w dłoni ołówek. Nie mogła sobie również przypomnieć, kiedy nie miała go w ręce.

Zwykle nosiła przy sobie dwa albo trzy. Chowała je do kieszeni fartuszka i wtykała w ciemne upięte włosy, a czasami, kiedy potrzebowała wszystkich czterech kończyn, żeby wspiąć się na drzewo albo przeskoczyć przez płot – ściskała je w zębach. Zużywała je do samiuśkiego końca. Rysowała ptaki w czasie, gdy powinna zajmować się nauką i szkicowała mysz kościelną, kiedy powinna się modlić. Gdy miała czas na przechadzki na świeżym powietrzu, jej celem stawała się cała przyroda – od pędów koniczyny pomiędzy palcami po byle chmurę przepływającą nad głową. Uwielbiała zwracać uwagę na wszystko.

No, prawie.

Nie cierpiała zwracać uwagi na siebie.

I dlatego, mając szesnaście lat, czekała na swój pierwszy londyński sezon mniej więcej z taką samą radością, jak można by wyczekiwać dawki środka na przeczyszczenie.

Po wielu latach życia jako wdowiec papa wziął sobie nową żonę. Zaledwie osiem lat starszą od samej Maddie. Anne była wesoła, elegancka, żywiołowa. Dokładnie taka, jaka nie była jej pasierbica. Och, być jak Kopciuszek z całym jej nieszczęściem, umorusanym sadzą i ubranym w szmaty. Maddie byłaby zachwycona, gdyby miała wredną macochę, która więzi ją w wieży, podczas gdy wszyscy inni jadą na bal. Zamiast tego trafiła jej się macocha zupełnie inna – chętnie ubierałaby ją w jedwabie, posyłała na tańce i pchnęła w ramiona jakiegoś Bogu ducha winnego księcia.

W przenośni, rzecz jasna.

Maddie w najlepszym przypadku miała szansę złowić trzeciego z kolei książęcego syna z aspiracjami do służby kościelnej albo może niewypłacalnego baroneta.

W najgorszym…

Nie radziła sobie zbyt dobrze w tłumie. Ściślej rzecz ujmując, w tłumie nie radziła sobie wcale. W jakimkolwiek większym skupisku ludzi – czy to na targu, w teatrze, czy na sali balowej – nieruchomiała, niemal dosłownie. Mrożące przerażenie brało nad nią władzę, a w gąszczu ciał stawała się głupia i sztywna jak blok lodu.

Wzdrygała się na samą myśl o londyńskim sezonie.

Ale nie miała wyboru.

Na czas, kiedy papa i Anne (nie mogła się zmusić, żeby dwudziestoczterolatkę nazywać mamą) zażywali uroków miodowego miesiąca, Maddie została wysłana do internatu dla młodych dam w Brighton. Morska bryza i towarzystwo miały pomóc jej wydostać się ze skorupy, zanim rozpocznie się sezon.

Ale nie bardzo pomogły.

Zamiast tego Maddie większość tych tygodni spędziła właśnie ze skorupami. Zbierała muszelki na plaży, rysowała je w szkicowniku i starała się nie myśleć o przyjęciach ani balach, ani dżentelmenach.

Tego ranka, gdy wróciła, Anne powitała ją właśnie takim pytaniem:

– No i? Jesteś gotowa na spotkanie twojego kawalera?

To w tamtej chwili Maddie spanikowała. I skłamała.

Pod wpływem impulsu wymyśliła niewiarygodne kłamstwo, które, na dobre i na złe, miało zdeterminować jej dalsze życie.

– Już go poznałam.

Wyraz zdumienia na twarzy macochy był nader satysfakcjonujący. Ale w kilka sekund Maddie uświadomiła sobie, jaka była głupia. Powinna była wiedzieć, że to zdawkowe stwierdzenie nie zamknie sprawy. Przeciwnie, jedynie sprowokowało sto innych pytań.

Kiedy tu przyjeżdża?

Och… eee… Nie może. Chciał, ale nagle musiał wyjechać z kraju.

A dlaczegóż to?

Bo służy w wojsku. Jako oficer.

A co z jego rodziną? Powinniśmy poznać przynajmniej ją.

Ale to niemożliwe. On jest z bardzo daleka. Aż ze Szkocji. Poza tym, jego rodzina nie żyje.

Powiedz nam przynajmniej, jak się nazywa.

MacKenzie. Nazywa się Logan MacKenzie.

Logan MacKenzie. Nagle jej nierzeczywisty konkurent miał nazwisko. Przed końcem popołudnia miał też włosy (brązowe), oczy (niebieskie), głos (niski, ze szkockim „r”), rangę (kapitana) i osobowość (stanowczy, ale inteligentny i miły).

Więc tego wieczoru, ponaglana przez rodzinę, Maddie usiadła, żeby napisać do niego list.

…W tej właśnie chwili myślą, że piszę list do mojego tajemniczego narzeczonego w kilcie, a ja zamiast tego zapełniam stronicę bzdurami, modląc się, żeby tylko nikt nie zerknął mi przez ramię. Najgorsze ze wszystkiego jest to, że nie będę mieć wyboru i będę musiała to wysłać, jak skończę. Trafi do jakiegoś wojskowego archiwum niedoręczonych listów. Mam nadzieję. Albo zostanie przeczytany i będzie pośmiewiskiem dla całego regimentu, na co z pewnością zasługuję.

Idiotka, idiotka, idiotka. Zegar zaczął tykać, a kiedy wybije godzina, będę się musiała przyznać. Najpierw będę musiała się przyznać, że skłamałam, że poderwałam przystojnego szkockiego oficera, będąc w Brighton. Później, jak już to zrobię, nie będę miała innej wymówki, żeby uchronić się przed odrzuceniem przez niezliczoną ilość dżentelmenów z nadejściem wiosny.

Mój drogi wyimaginowany kapitanie MacKenzie, nie jest Pan rzeczywisty i nigdy nie będzie. Jednak ja jestem prawdziwą idiotką i nią pozostanę.

To dla Pana, rysunek ślimaka.

5 października 1808

Drogi Nieistniejący Kapitanie MacKenzie,

Po namyśle może jednak nie będę musiała tłumaczyć się z tego w tym roku. Może uda mi się przeciągnąć to przez cały sezon. Muszę przyznać, że to mi całkiem na rękę. A moja rodzina patrzy na mnie zupełnie innymi oczami. Jestem teraz kobietą, która przynajmniej w jednym mężczyźnie wzbudziła głęboką miłość, a przecież jeden chyba wystarczy?

Bo, widzi Pan, Pan za mną szaleje. Jest Pan całkowicie ogarnięty namiętnością po zaledwie paru przelotnych spotkaniach i spacerach po plaży. Złożył mi Pan wiele obietnic. Nie chciałam ich przyjąć, wiedząc, że nasze rodzące się uczucie będzie wystawione na próbę odległości i wojny. Ale zapewnił mnie Pan, że Pańskie serce jest szczere, a ja…

A ja chyba naczytałam się zbyt wielu powieści.

10 listopada 1808

Drogi Kapitanie Urojony,

Czy jest coś bardziej żenującego niż bycie świadkiem amorów własnego ojca? Fuj. Wszyscy wiedzieliśmy, że musi się ponownie ożenić i spłodzić dziedzica. Najrozsądniej było wziąć sobie do tego młodą, płodną żonę. Ale nie spodziewałam się, że zacznie aż tak korzystać z życia i że zapomni o konwenansach. Przeklinam tę niekończącą się wojnę – to przez nią podróże poślubne nie trwają całego miesiąca, jak powinny.

Papa i Anne znikają codziennie po południu, a wtedy ja i służący musimy udawać, że nie wiemy, co robią. Wzdrygam się.

Wiem, że powinnam być szczęśliwa, widząc ich szczęśliwymi, i jestem. Raczej. Ale dopóki ten ich plan płodzenia dziedzica nie przyniesie rezultatu, chyba będę do Pana pisać mniej, a o wiele więcej spacerować.

18 grudnia 1808

Drogi Kapitanie Fantazjo,

Mam nową powierniczkę. Moja ciotka Thea przyjechała do nas na jakiś czas. W młodości siała zgorszenie jako dama z półświatka, zrujnowana na dworze we Francji przez lubieżnego hrabiego, ale teraz jest krucha i nieszkodliwa.

Ciotka Thea jest zachwycona ideą, że umieram z miłości i niepokoju o mojego drogiego szkockiego oficera. Prawie wcale nie muszę kłamać. „Ależ co w tym dziwnego, że Madeline nie ma ochoty na udział w londyńskich przyjęciach i balach! Nie widzisz, biedactwo umiera ze strachu o swojego kapitana MacKenziego”.

Tak naprawdę, to trochę przerażające, jak przejmuje się moim cierpieniem. Przekonała nawet mojego ojca, że śniadania należy mi teraz podawać do pokoju, jak kobiecie zamężnej albo chorej. Jestem zwolniona z udziału w czymkolwiek, co ma charakter publicznej rozrywki i wolno mi spędzać tyle czasu, ile tylko chcę na rysowaniu. Każdego ranka dostaję do łóżka czekoladę i grzankę, a gazetę czytam jeszcze przed papą.

Zaczynam wierzyć, że był Pan przebłyskiem geniuszu.

26 czerwca 1809

Drogi Wyimaginowany Kapitanie Fikcjo,

Co za szczęście! Bijcie w dzwony, dmijcie w róg! Szorujcie podłogi olejkiem cytrynowym. Żona mojego ojca wymiotuje obficie co rano i prawie każdego popołudnia. Sprawa jest oczywista. Hałaśliwe, śmierdzące, wiercące się „coś” wydostanie się na świat za jakieś sześć lub siedem miesięcy. Oni są w siódmym niebie, a ja jestem spychana coraz bardziej i bardziej na margines.

To nic. Dla nas jest reszta świata, dla Pana i dla mnie.

Ciotka Thea pomaga mi zaznaczać szlak Pańskiej kampanii. Opowiada mi o francuskich wiejskich krajobrazach, żebym mogła sobie wyobrazić widoki, jakie przywitają Pana, kiedy przegoni Pan Napoleona na drugą stronę Pirenejów. Gdy poczuje Pan zapach lawendy, mówi, zwycięstwo jest bliskie. Od czasu do czasu muszę się upominać, że mam być smutna, jakbym się o Pana martwiła. Czasem, co dość dziwne, udawanie przychodzi mi całkiem łatwo.

Niech Pan będzie cały i zdrowy, mój Kapitanie.

9 grudnia 1809

Och, mój kochany Kapitanie,

Nie spodoba się Panu moje zachowanie. Wiem, że się zarzekałam, że kocham naprawdę, ale muszę Panu coś wyznać. Zakochałam się. Straciłam serce dla innego, nieodwracalnie. Nazywa się Henry Edward Gracechurch. Waży zaledwie trzy kilo, jest różowy i cały pomarszczony… i jest idealny. Nie wiem, jak mogłam nazwać go „czymś”. Piękniejszy i słodszy anioł nigdy nie istniał. Teraz, kiedy papa ma dziedzica, nasza posiadłość nigdy nie przejdzie na Strasznego Amerykanina, a ja nigdy nie będę skazana na wytworną biedę. To znaczy, że nie muszę wychodzić za mąż i nie potrzebuję już dłużej tłumaczyć się wymyślonym szkockim konkurentem.

Mogłabym Panu oznajmić, że się rozstaliśmy, skończyć z tymi głupimi listami i kłamstwami. Ale ciotka Thea zdążyła Pana tak polubić, a ja polubiłam ją. Poza tym, brakowałoby mi pisania.

To najdziwniejsze. Nie rozumiem samej siebie.

Ale czasami cieszę się, że Pan mnie rozumie.

9 listopada 1810

Drogi Loganie,

(Chyba możemy już zwracać się do siebie po imieniu).

To, co poniżej, jest ćwiczeniem w umęczaniu się.

Nie wierzę, że to napiszę, ale może gdy przeleję to na papier i wyślę w świat, łatwiej mi będzie wyzbyć się tego głupiego nawyku. Widzisz, mam poduszkę. To luksusowa poduszka, wypełniona gęsim puchem. Dość jędrna i duża. Tak właściwie to wałek. W nocy układam ją po jednej stronie łóżka i wsuwam pod nią gorące węgle, żeby ją rozgrzać. Potem układam się przy niej, a kiedy zamykam oczy i zapadam w taki półsen… Prawie wierzę, że to Ty. Obok mnie. Ogrzewasz mnie i chronisz. Ale to nie Ty, bo to poduszka, a Ty tak naprawdę nawet nie istniejesz. A ja jestem stuknięta. Ale tak się do niej przyzwyczaiłam, że nie mogę bez niej zasnąć. Noce po prostu bardzo mi się dłużą i są samotne.

Gdziekolwiek jesteś, mam nadzieję, że śpisz dobrze.

Słodkich snów, Kapitanie Poduszko.

17 lipca 1811

Mój drogi szkocki Lairdzie i Kapitanie,

Zrobiłeś niezły numer jak na mężczyznę, który jest tylko poduszką wypchaną kłamstwami z wyhaftowanym cieniem osobowości. Zostaniesz ziemianinem. Ciotka Thea przekonała mojego ojca chrzestnego, earla Lynfortha, żeby zapisał mi w testamencie jakiś mały drobiazg. Tym „małym drobiazgiem” jest zamek na szkockich wzgórzach. To zamek Lannair. Ma się stać naszym domem, gdy wrócisz z wojny. Idealne zwieńczenie tego absurdalnego majstersztyku, prawda?

Dobry Boże. Zamek.

16 marca 1813

Drogi Kapitanie prawdziwego szaleństwa mojego serca,

Mały panicz Henry i panienka Emma rosną jak na drożdżach. Załączam rysunek. Dzięki troskliwej mamie umieją już zmówić wieczorny pacierz. I co wieczór – ściska mnie w sercu, gdy to piszę – modlą się za Ciebie. „Niech Bóg błogosławi i zachowa naszego dzielnego kapitana MacKenziego”. No, w ustach Emmy brzmi to raczej jak „kap’n Macaroni”. I za każdym razem, kiedy się za Ciebie modlą, czuję, jak moja własna dusza jest coraz bliżej piekła. To wszystko zabrnęło za daleko, a jednak – gdybym wyjawiła moje kłamstwo, wszyscy zaczęliby mną gardzić. I opłakiwać Ciebie. W końcu to prawie pięć lat, odkąd nie poznaliśmy się w Brighton.

Teraz należysz do naszej rodziny.

20 czerwca 1813

Mój drogi milczący Przyjacielu,

Serce mi pęka, ale muszę to zrobić. Muszę. Nie mogę dłużej dźwigać tego poczucia winy. Jest tylko jeden sposób, żeby to teraz zakończyć.

Musisz umrzeć.

Strasznie mi przykro. Nie wiesz, jak bardzo. Przyrzekam, że będzie to bohaterska śmierć. Ocalisz czterech – nie, sześciu – innych mężczyzn w godnym podziwu akcie odwagi i szlachetnej ofiary.

Jeżeli chodzi o mnie, jestem zdruzgotana. To szczere łzy kapią na ten pergamin. Będę też po Tobie nosić prawdziwą żałobę. Czuję, jakbym zabijała cząstkę mnie samej – tę, w której kryły się wszystkie te romantyczne, choć głupie, nadzieje.

Ułożę sobie teraz życie jako stara panna, tak, jak od zawsze myślałam. Nigdy nie będę mężatką. Nikt mnie nie będzie przytulał ani kochał. Może, jeżeli to wszystko przeleję na papier, oswoję się z tą prawdą.

Pora przestać kłamać i porzucić mrzonki.

Mój drogi nieżyjący Kapitanie MacKenzie…

Adieu.

1

Invernesshire, Szkocja Kwiecień 1817

Bul. Bul- bul-bul.

Ręka Maddie drgnęła. Atrament prysnął z jej pióra, zostawiając wielkie kleksy na skrzydlatej postaci, której kontur kreśliła. Jej delikatna ważka brazylijska przypominała teraz trędowatego kurczaka. Dwie godziny pracy, zmarnowane w mgnieniu oka.

Ale to nie będzie miało żadnego znaczenia, jeżeli bulgotanie oznacza to, na co liczyła.

Kopulacja.

Serce zaczęło jej szybciej bić. Odłożyła pióro, podniosła głowę tylko na tyle, żeby wyraźnie widzieć akwarium z morską wodą i znieruchomiała.

Maddie była z natury obserwatorką. Umiała wtopić się w tło, czy była nim tapeta w salonie, czy boazeria w sali balowej, czy otynkowany kamień zamku Lannair. I miała ogromne doświadczenie w obserwowaniu rytuałów godowych wielu dziwnych i niezwykłych stworzeń, poczynając od angielskich arystokratów, kończąc na piętnówce kapustnicy.

Gdy chodziło o zaloty, najbardziej pruderyjne i ceremonialne z nich wszystkich były homary.

Całe miesiące czekała, aż Fluffy, samica, wylinieje i ogłosi, że jest zdolna do spółkowania. Więc wsadziła do akwarium Rexa, samca. Nie wiedziała, które z nich było bardziej sfrustrowane. Może to właśnie dziś jest ten dzień. Maddie intensywnie wpatrywała się w akwarium, wstrzymując oddech w oczekiwaniu.

Tak. Za fragmentem koralowca w mętnym mroku falowały cienkie pomarańczowe czułki.

Alleluja.

No, dalej – zachęcała w duchu. Dalej, Fluffy. Dobra dziewczynka. Spędziłaś samotnie pod tym kamieniem bardzo długą zimę. Ale w końcu jesteś gotowa.

Wyłoniły się błękitne kleszcze.

A potem się cofnęły.

Wstydliwe podchody.

– No, nie bądź już taka skromna.

W końcu ukazała się cała głowa samicy, która wyszła ze swojej kryjówki.

I w tej chwili ktoś zapukał do drzwi.

– Panno Gracechurch?

I to był koniec.

Przy akompaniamencie bul-bul-bul Fluffy schowała się tak szybko, jak się wyłoniła. Z powrotem pod swój kamień.

Do licha!

– Co się stało, Becky?! – krzyknęła Maddie. – Ciotka źle się czuje?

Skoro niepokojono ją w pracowni, ktoś musiał być chory. Służący doskonale wiedzieli, że mają jej nie przeszkadzać, kiedy pracuje.

– Nikt nie jest chory, panienko. Ale ma pani gościa.

– Gościa? To dopiero niespodzianka.

Dla samotnej Angielki mieszkającej na jałowych pustkowiach szkockich wzgórz goście zawsze byli niespodzianką.

– Kto to?

– Mężczyzna.

Mężczyzna!

Teraz Maddie była zaskoczona jeszcze bardziej. Była pozytywnie zszokowana.

Odsunęła na bok zniszczoną ilustrację ważki i wstała, żeby wyjrzeć przez okno. Niepotrzebnie. Ten pokój w wieży wybrała ze względu na zapierający dech w piersiach widok dzikich zielonych wzgórz i lśniące jezioro leżące wśród nich jak odłamek lustrzanej tafli. Nie można było podejrzeć z niego furtki ani alei.

– Och, panno Gracechurch. – Słychać było, że Becky jest zdenerwowana. – On jest taki wielki.

– Mój Boże. A czy ten wielki mężczyzna się jakoś nazywa?

– Nie. To znaczy, musi się jakoś nazywać, prawda? Ale nie powiedział. Na razie. Pani ciotka uznała, że najlepiej jak pani zejdzie i sama zobaczy.

Cóż. Robiło się coraz bardziej tajemniczo.

– Za chwilę zejdę. Bądź tak miła i poproś kucharkę, żeby przygotowała podwieczorek.

Maddie rozwiązała kitel. Zdjęła fartuch przez głowę, odwiesiła go na hak obok i szybko sprawdziła, jak wygląda. Jej popielata suknia nie była zbytnio pomięta, ale dłonie miała poplamione atramentem, a fryzurę karykaturalną – włosy miała rozpuszczone i rozczochrane. Nie było czasu na uczesanie z prawdziwego zdarzenia. Nie mogła też znaleźć spinek. Więc chwyciła ciemne loki i skręciła je luźno na karku, a kok przymocowała leżącym pod ręką ołówkiem. Nic lepszego nie mogła zrobić w tych okolicznościach.

Kimkolwiek był ten niespodziewany, bezimienny, wielki mężczyzna, wiedziała, że raczej nie zrobi na nim wrażenia.

Zazwyczaj nie robiła wrażenia na mężczyznach.

Zeszła powoli po krętych schodach, zastanawiając się, kim może być jej gość. Najprawdopodobniej to zarządca sąsiedniej posiadłości. Lord Varleigh miał przyjechać dopiero jutro, poza tym Becky wiedziałaby, jak się nazywa.

Kiedy Maddie dotarła w końcu na dół, dołączyła do niej ciotka Thea.

– Och, Madling. W końcu.

– Gdzie jest nasz tajemniczy gość? W holu?

– W bawialni. – Ciotka chwyciła ją pod rękę i razem poszły przez korytarz. – No, moja droga. Musisz zachować spokój.

– Jestem spokojna. A przynajmniej byłam spokojna, dopóki tego nie powiedziałaś. – Przyjrzała się twarzy ciotki, szukając wskazówek. – Co tu się, u licha, dzieje?

– To może być dla ciebie wstrząs. Ale się nie martw. Jak już będzie po wszystkim, zrobię gorącego mleka z korzeniami i piwem, żeby postawić cię na nogi.

Posset.

O, rety. Ciotka Thea uważała się za aptekarza-samouka. Sęk w tym, że jej „medykamenty” były na ogół gorsze od samej choroby.

– To tylko jakiś gość. Posset na pewno nie będzie potrzebny.

Maddie postanowiła powitać tego wielkiego, bezimiennego mężczyznę wyprostowana, w dobrym nastroju.

Kiedy weszły do bawialni, jej postanowienie zostało wystawione na próbę.

To nie był jakiś tam mężczyzna.

To był mężczyzna z prawdziwego zdarzenia.

Wysoki, władczy Szkot ubrany w coś, co wyglądało na wojskowy mundur: kilt w ciemnozielono-niebieską kratę i tradycyjny czerwony płaszcz.

Włosy miał długie (głównie brązowe, z rudymi pasemkami), a na jego prostokątnej szczęce widniał kilkudniowy zarost (głównie rudy z odrobiną brązu). Szerokie ramiona przechodziły w węższy tors. Nisko w pasie miał przyczepiony czarny prosty sporran, a na biodrze spoczywał dirk w pochwie. Poniżej krawędzi kiltu umięśnione owłosione nogi znikały w białych skarpetach i zdartych czarnych wysokich butach.

Maddie błagała siebie samą, żeby się nie gapić.

Walka była z góry przegrana.

Całość stanowiła imponujący obraz męskości.

– Dzień dobry – zdołała wydusić niezdarne powitanie.

Nie odpowiedział, ani się nie ukłonił. Podszedł do niej bez słowa.

I w miejscu, w którym przystanąłby każdy dobrze wychowany dżentelmen, on szedł dalej. Przestąpiła z nogi na nogę, niespokojna. Przynajmniej pozbawił ją problemu z gapieniem się. Teraz nie miała odwagi na niego spojrzeć.

Podszedł na tyle blisko, że Maddie poczuła zapach whisky i dymu z tlącego się drewna, i dostrzegła szerokie, diabelskie wargi wyłaniające się spośród lekkiego zarostu. Po długich sekundach zmusiła się, żeby spojrzeć mu w oczy.

Były oszałamiająco niebieskie. Bynajmniej nie w pozytywnym sensie.

To był ten odcień błękitu, który sprawiał wrażenie, że zostało się podrzuconym do nieba albo wrzuconym do lodowatej wody. Pchniętym w nicość bez możliwości powrotu. Nie było to miłe odczucie.

– Panna Madeline Gracechurch?

Och, jego głos był z tego wszystkiego najgorszy. Niski, z tym szkockim akcentem, który zgrzytał i zmieniał brzmienie słów, sprawiając, że nabierały głębszego znaczenia.

Kiwnęła głową.

– Wróciłem do ciebie do domu – powiedział.

– Do d-domu… do mnie?

– Wiedziałam – odezwała się ciotka Thea. – To on.

Obcy mężczyzna kiwnął głową.

– To ja.

– To znaczy: kto? – wypaliła Maddie.

Nie zamierzała być niegrzeczna, ale nigdy wcześniej nie widziała tego mężczyzny na oczy. Była o tym przeświadczona.

Takiej twarzy i postaci raczej by nie zapomniała.

Robił wrażenie. Całkiem spore.

Czuła się przy nim speszona.

– Nie znasz mnie, mo chridhe?

Pokręciła głową. Miała dość tej gry, serdecznie.

– Proszę się przedstawić.

Kącik jego warg drgnął w lekkim, szelmowskim uśmiechu.

– Kapitan Logan MacKenzie.

Nie.

Świat sprowadził się nagle do gwałtownej feerii barw: zieleni, czerwieni i tego przenikliwego, niebezpiecznego błękitu.

– Czy pan… – Maddie się zawahała. – Z pewnością nie powiedział pan kap…

Więcej nie była w stanie wymówić. Jej język się poddał. A po nim kolana.

Nie zachwiała się ani nie zgięła w pół. Po prostu usiadła, z impetem. Jej pupa uderzyła o kozetkę, aż powietrze uszło z jej płuc.

– Uuuf.

Szkot patrzył na nią z góry z wyrazem rozbawienia.

– Dobrze się czujesz?

– Nie – odpowiedziała szczerze. – Mam zwidy. To nie może się dziać naprawdę.

Wykluczone, niemożliwe, żeby to się działo naprawdę.

Niemożliwe, żeby kapitan Logan MacKenzie żył. Niemożliwe też, żeby był martwy.

On po prostu nie istniał.

Nie ulegało wątpliwości, że blisko dekadę temu wszyscy uwierzyli, że stracił dla niej głowę, a potem opłakiwali mężczyznę, który był tylko fikcją.

Maddie spędziła niezliczoną ilość popołudni, pisząc do niego listy – epistoły, które tak naprawdę były pełne bzdur albo rysunków ciem i ślimaków. Odmawiała udziału w przyjęciach i balach, powołując się na oddanie wymarzonemu szkockiemu bohaterowi – ale tak naprawdę po prostu wolała zostawać w domu z książką.

Jej ojciec chrzestny, earl Lynforth, zapisał jej nawet w testamencie zamek Lannair, żeby mogła być bliżej domu swojego ukochanego. Bardzo szlachetnie z jego strony.

A kiedy oszustwo zaczęło ciążyć Maddie na sumieniu, skazała swojego szkockiego oficera na bohaterską, szlachetną i zupełnie fikcyjną śmierć. Ubierała się na czarno przez calutki rok, a później nosiła szarości. Wszyscy wierzyli, że jest niepocieszona, a tymczasem ona po prostu dobrze się czuła w czerni i szarościach. Ukrywały smugi atramentu i węgla, którymi brudziła się podczas pracy.

Dzięki kapitanowi MacKenziemu miała dom, dochody, pracę, którą lubiła – i nie czuła żadnej presji, żeby zaistnieć w londyńskim towarzystwie. Nigdy nie zamierzała oszukiwać rodziny przez tyle lat, ale nikomu nie wyrządziła krzywdy. Wydawało jej się, że wszystko się dobrze skończyło.

Do tej chwili.

Teraz coś się zupełnie pogmatwało.

Maddie odwróciła lekko głowę, w stylu panny Muffet z piosenki dla dzieci, zmuszając się, żeby spojrzeć na Szkota, który usiadł obok niej. Serce łomotało jej w piersi.

Skoro kapitan MacKenzie nie istniał, kim był ten mężczyzna? I czego od niej chciał?

– Nie jest pan prawdziwy. – Na chwilę zamknęła oczy i się uszczypnęła w nadziei, że obudzi się z tego potwornego snu. – Nie. Jest. Pan. Prawdziwy.

Ciotka Thea uniosła dłoń do szyi. Drugą energicznie się wachlowała.

– To musi być cud. I pomyśleć tylko, powiedziano nam, że…

– Zginąłem? – Nie odrywał wzroku od oczu Maddie. Cień ironii wyostrzył jego głos. – Nie jestem martwy. Dotknij i się przekonaj.

Dotknąć?

Co to, to nie. Nie miała zamiaru go dotykać.

Ale nim zdążyła się połapać, co się dzieje, chwycił jej nieosłoniętą rękawiczką dłoń, wciągnął pod swój rozpięty płaszcz i przycisnął do swojej piersi.

I tym sposobem się dotykali.

Intymnie.

Przeszył ją głupi, instynktowny dreszcz. Nigdy wcześniej nie trzymała się z mężczyzną za rękę. Nigdy nie czuła męskiej skóry przy swojej. Ciekawość była silniejsza niż opory.

Jego dłoń była duża i silna. Miejscami stwardniała od odcisków, naznaczona bliznami i poparzeniami od prochu. Te ślady zdradzały, że życie spędził w walce i zmaganiach, zapewne tak, jak jej blade, poplamione atramentem palce wyjawiały, że jej życie składało się z bazgraniny… i zupełnie żadnych przygód.

Położył jej dłoń płasko na podniszczonym batyście koszuli. Pod nią był imponująco twardy. Ciepły. Prawdziwy.

– Nie jestem duchem, mo chridhe. Tylko mężczyzną. Z krwi i kości.

Mo chridhe.

Powtarzał te słowa. Nie znała dobrze szkockiego, ale przez lata zdążyła sobie przyswoić to i owo. Wiedziała, że mo chridhe znaczy „moje serce”.

To był czuły zwrot kochanka, ale w jego głosie nie było czułości. Jedynie cicha, skwiercząca złość. Wypowiedział te słowa jak mężczyzna, który dawno temu wyciął sobie serce i pochował je w zimnej, ciemnej ziemi.

Ich złączonymi dłońmi odsunął na bok klapę płaszcza. Odsłonił przy tym róg pożółkłego papieru zatkniętego w wewnętrznej kieszeni. Rozpoznała pismo na kopercie.

Swoje własne.

– Otrzymałem twoje listy, moja damo. Każdy jeden.

Boże, miej ją w swojej opiece. On wiedział.

Wiedział, że skłamała. Wiedział wszystko.

I zjawił się, żeby za to zapłaciła.

– Ciociu – wyszeptała. – Chyba jednak będę potrzebować tego possetu.

Więc, pomyślał Logan. To jest ta dziewczyna.

W końcu miał ją w garści. Madeline Eloise Gracechurch. Jak sama siebie określiła, największa ofiara losu, jaka stąpała po angielskiej ziemi. Sądząc po tym, jaka blada zrobiła się w ciągu kilku sekund, nie zdziwiłby się, gdyby nigdy więcej już nie wstała.

Ścisnął ją delikatnie za rękę, a ona zaczerpnęła powietrza. Jej policzki nabrały koloru.

No, lepiej.

Szczerze mówiąc, on sam potrzebował chwili, żeby się pozbierać. Jemu też zabrakło przez nią tchu.

Często się zastanawiał, jak wygląda. Zbyt często, przez te wszystkie lata. Ona, oczywiście, wysyłała mu rysunki wszystkich możliwych grzybów, ciem i kwiatów, jakie tylko istnieją na ziemi – ale żadnej swojej podobizny.

O, bogowie, ależ była chuda. I o wiele ładniejsza niż wywnioskował z jej listów. Również drobniejsza, delikatniejsza.

– Więc… – odezwała się. – To znaczy… pan… ja… niech to.

I o wiele mniej wygadana.

Wzrok Logana przeniósł się na ciotkę Maddie, która jakimś cudem była dokładnie taka, jak sobie wyobrażał. Kruche ramiona, przenikliwy wzrok, szafranowożółty turban.

– Może pozwoli nam ciocia na kilka minut sam na sam? Mogę panią nazywać ciocią Theą?

– Ależ… oczywiście, że tak.

– Nie – jęknęła jego narzeczona. – Proszę, nie.

Logan poklepał ją po szczupłym ramieniu.

– Dobrze, już dobrze.

Ciotka Thea pośpieszyła tłumaczyć bratanicę.

– Musi jej pan wybaczyć, kapitanie. Przez wiele lat mieliśmy pana za zmarłego. Ona od tamtej pory chodzi w żałobie. Mieć pana z powrotem… cóż, to taki szok. Jest podenerwowana.

– To zrozumiałe – powiedział.

W rzeczy samej.

Logan też byłby zaskoczony, gdyby osoba, którą wymyślił na poczekaniu, a potem nikczemnie kłamał na jej temat przez prawie dekadę, nagle pewnego popołudnia stanęła w jego drzwiach. Zaskoczony, wstrząśnięty… a może nawet przestraszony.

Madeline Gracechurch wyglądała na wręcz przerażoną.

– Wspomniałaś, że coś chciałaś, mo chridhe? Okład?

– Posset – zreflektowała się ciotka Thea. – Zaraz przygrzeję.

Jak tylko wyszła z pokoju, Logan zacieśnił uścisk na szczupłym nadgarstku Madeline i postawił ją do pionu.

Ten gest najwyraźniej przywrócił jej mowę.

– Kim pan jest? – wyszeptała.

– Myślałem, że już to ustaliliśmy.

– Nie ma pan sumienia, zjawiać się tu jak jakiś oszust i straszyć moją ciotkę?

– Oszust? – Wydał z siebie odgłos rozbawienia. – Nie jestem oszustem. Ale przyznaję, że sumienia nie mam.

Nerwowym ruchem oblizała wargi, ściągając jego wzrok na drobne usta w kształcie pocałunku, które, gdyby nie to, mogłyby umknąć jego uwadze.

Zastanawiając się, co jeszcze mógł przeoczyć, powiódł wzrokiem po jej postaci, od ciemnych włosów upiętych swobodnie na karku po… ciało, jakie mogło skrywać się pod tym zapiętym pod szyję szarym całunem.

To bez znaczenia, powiedział sobie. Nie przybył tu dla uciech cielesnych.

Przybył tu po to, żeby odebrać to, co mu się należało.

Zaczerpnął głęboki haust powietrza. Otaczająca ją aura niosła znajomy zapach.

Kiedy poczuje pan zapach lawendy, zwycięstwo jest blisko.

Jej dłoń powędrowała do czoła.

– Nie rozumiem, co się dzieje.

– Czyżby? Tak trudno uwierzyć, że nazwisko i ranga, które wzięłaś z sufitu, mogły należeć do prawdziwego mężczyzny, który gdzieś żył? MacKenzie nie jest rzadko spotykanym nazwiskiem. A armia brytyjska to szeroki krąg kandydatów.

– Owszem, ale ja nigdy niczego należycie nie zaadresowałam. Specjalnie napisałam numer regimentu, który nie istnieje. Nigdy nie wskazałam żadnej lokalizacji. Ja tylko wrzucałam je do skrzynki.

– Cóż, jakimś sposobem…

– Jakimś sposobem trafiły do pana. – Przełknęła głośno ślinę. – A pan… O, nie. Pan je przeczytał?

Otworzył usta, żeby odpowiedzieć.

– Oczywiście, że je pan przeczytał – odpowiedziała sobie, nie dając mu dojść do głosu. – Inaczej by tu pana nie było.

Logan nie wiedział, czy się złościć, czy być wdzięcznym, że go wyręcza w jego kwestiach w rozmowie. Przypuszczał, że taki ma już nawyk. W końcu przez lata prowadziła z nim jednostronną korespondencję.

A potem, gdy już spełnił swoje zadanie, miała czelność go zabić.

Tej przebiegłej angielskiej dziedziczce wydawało się, że uknuła idealny plan, żeby uciec od ponaglania do zamążpójścia.

Wkrótce miała się przekonać, że się myliła.

I to bardzo.

– Och, Boże – wyszeptała. – Chyba zbiera mi się na wymioty.

– Muszę przyznać, że to bardzo miłe powitanie w domu.

– To nie jest pana dom.

Ale nim będzie, droga panno. Będzie.

Logan postanowił dać jej chwilę, żeby wzięła się w garść. Powolnym krokiem okrążył pokój. Zamek był imponujący. Klasyczna ufortyfikowana twierdza rycerska, zachowana w dobrym stanie. Pomieszczenie, które w tej chwili zajmowali, obwieszone było wiekowymi arrasami, ale poza tym umeblowane w stylu, który wydawał mu się typowo angielski.

Ale dywany i otomany go nie obchodziły.

Przystanął przy oknie. Interesowały go przyległe tereny. Ten wąwóz był idealny. Szeroka, zielona wstęga żyznej ziemi rozciągała się wzdłuż krystalicznego jeziora. Dalej za nią widać było górzyste pastwiska. To były wzgórza, które jego żołnierze znali od młodości. Wzgórza, po których – gdy powrócili z wojny – zostało tylko wspomnienie. Zagrabione przez chciwych angielskich obszarników – i przypadkiem przez tę zdziwaczałą starą pannę.

Teraz staną się ich domem. Tutaj, w cieniu zamku Lannair, jego ludzie będą mogli odzyskać to, co im zabrano. Dość było miejsca w tym wąwozie, żeby wznieść domy, obsiać pola i założyć rodziny.

Odbudować życie.

Logan nie miał zamiaru cofnąć się przed niczym, byle tylko dać im tę szansę. Był to winien swoim ludziom. Był im winien o wiele więcej.

– Pan – oznajmiła – musi sobie pójść.

– Pójść sobie? Mowy nie ma, mo chridhe.

– Ma pan wyjść. W tej chwili.

Chwyciła go za rękaw i spróbowała zaciągnąć go do drzwi. Bezskutecznie.

Więc odpuściła ciągnięcie i dla odmiany zaczęła go pchać.

To też nic nie dało. Może jedynie tyle, że pomogło rozbawić Logana.

To był kawał mężczyzny, a ona była kruchą dziewczyną. Nie mógł się powstrzymać od śmiechu. Jednak jej wysiłki okazały się nie całkiem bezskuteczne. Ucisk jej drobnych dłoni na jego ręce i torsie poruszył go w niebezpiecznych miejscach.

Dużo czasu upłynęło, odkąd czuł dotyk kobiety.

O wiele za dużo.

Maddie w końcu zrezygnowała z ciągnięcia i pchania i chwyciła się swojej ostatniej deski ratunku.

Błagania. Duże, brązowe cielęce oczy błagały go o litość. Nie miała jednak pojęcia, że ta taktyka miała najmniejsze szanse powodzenia. Logan nie był mężczyzną, który ulegał sentymentom.

Jednakże, był mężczyzną – i nie pozostawał niewzruszony na widok ładnej buźki. Po tych wszystkich jej wysiłkach, dostrzegł, że zaczyna nabierać rumieńców. I dostrzegł też intrygującą iskrę tajemnicy w dużych, ciemnych oczach.

Ta dziewczyna nie pasowała do szarości. Do tych ciemnych włosów i różowych ust nadawałby się żywy kolor. Głęboka zieleń wzgórz albo szafirowy błękit. Jego własny uśmiech był dla niego zaskoczeniem. Ślicznie będzie wyglądać w jego kracie.

– Proszę wyjść – powiedziała. – Jeżeli wyjdzie pan teraz, będę w stanie przekonać ciotkę, że to wszystko było pomyłką. Bo to była pomyłka. Na pewno jest pan tego świadomy. Nigdy nie miałam zamiaru zawracać panu głowy moją głupią pisaniną.

– Może i nie miałaś zamiaru. Ale to zrobiłaś.

– Więc chce pan w takim razie przeprosin? Przepraszam. Jest mi naprawdę bardzo, bardzo przykro. Proszę, jeżeli odda mi pan listy i pójdzie w swoją stronę, będę panu bardzo wdzięczna. Chętnie zapłacę panu za kłopot.

Logan potrząsnął głową. Myślała, że zbędzie go przekupstwem?

– Nigdzie nie pójdę. Za żadne śmieszne pieniądze z twojej jedwabnej torebeczki.

– Więc czego pan chce?

– To proste. Chcę tego, o czym mowa w twoich listach. Tego, co opowiadałaś swojej rodzinie przez lata. Jestem kapitan Logan MacKenzie. Otrzymałem wszyściutkie twoje listy i mimo twoich najlepszych starań, żeby mnie zabić, mam się całkiem dobrze.

Podparł palcem jej brodę i skierował jej twarz do swojej. Żeby na pewno usłyszała i uwierzyła w jego słowa.

– Madeline Eloise Gracechurch… Przyjechałem tu, żeby się z tobą ożenić.

2

Ciotka Thea siedziała naprzeciw Maddie przy stoliku herbacianym.

– Cóż, moja droga. Muszę przyznać, że to było bardzo zaskakujące popołudnie.

Maddie nie mogła się nie zgodzić. Zanurzyła łyżeczkę w possecie i kreśliła ósemkę w bladym, grudkowatym napoju.

Całe to spotkanie z kapitanem MacKenziem nią wstrząsnęło.

Przyjechałem tu, żeby się z tobą ożenić – powiedział.

A co ona mu odpowiedziała? Odmówiła mu w sposób kategoryczny i błyskotliwy? Zmyła mu z twarzy ten jego uśmieszek swoim ciętym dowcipem? Wysłała go gdzie pieprz rośnie zaklinającego się, że nigdy więcej nie będzie niepokoił niczego niespodziewającej się Angielki?

Ha. Pewnie, że nie. Ona tylko stała nieruchoma jak słup soli i dwa razy bardziej od niego niema, aż wróciła ciotka z possetem w dłoni.

Przyjechałem tu, żeby się z tobą ożenić.

Maddie obwiniała swoje wychowanie. Każda dziewczyna z dobrego domu była wychowywana w przekonaniu, że te słowa – wypowiedziane przez stosunkowo atrakcyjnego dżentelmena o dobrych zamiarach – były kluczem do szczęścia. Małżeństwo, uczono ją w czasie tysiąca zabaw w herbatki dla lalek, powinno być jej pragnieniem, jej celem… całym sensem jej egzystencji.

Tak wpojono jej tę lekcję, że rzeczywiście poczuła przypływ głupiej ekscytacji, gdy Logan oznajmił jej swój niedorzeczny zamiar. Cichy głos wewnątrz niej wiwatował. W końcu ci się udało! Nareszcie jakiś mężczyzna chce się z tobą ożenić. Siadaj – nakazała temu głosowi. I zamilknij.

Nie godziła się, żeby poczucie swojej wartości opierać na oświadczynach. W dodatku takich. Które nie były prawdziwymi oświadczynami, a groźbą – wypowiedzianą przez mężczyznę, który nie był dżentelmenem, nie miał dobrych intencji i był do przesady atrakcyjny.

– Nigdy nie śniłam, że to możliwe. – Maddie raz po raz mieszała łyżeczką w kubku. – Nie mieści mi się w głowie, jak to się stało.

– Z pewnością, ja też jestem zdumiona. Zmartwychwstanie to spory wstrząs, rzecz jasna. Większy jeszcze niż ten… – Ciotka podparła brodę grzbietem dłoni i wyjrzała przez okno wychodzące na dziedziniec. – Spójrz tylko na tego mężczyznę.

Maddie podążyła za wzrokiem ciotki.

Kapitan MacKenzie stał na środku trawnika i wydawał polecenia małej grupie żołnierzy pod jego dowództwem. Jego ludzie wprowadzili za mury zamku swoje konie, żeby je nakarmić, napoić i ulokować na noc w stajni. Potem wyrazili zamiar rozbicia obozu.

Właściwie przejmowali zamek.

Dobry Boże. Jak do tego doszło?

Tak samo, jak do wszystkiego innego, powiedziała sobie Maddie.

Z jej winy.

Wiele lat temu popełniła jeden błąd, mniej więcej taki, jak dziecko, które ulepiło śnieżkę. Z początku mała, wyglądała niewinnie i dawała się okiełznać. Mieściła się w dłoni. Ta śnieżka jednak wymsknęła się z dłoni i stoczyła ze wzgórza z zawrotną prędkością.

Od tej chwili wszystko wymknęło jej się spod kontroli. Kłamstwa się rozrastały, nabierały wagi i szalonej prędkości. I bez względu na to, jak długo i prędko za nimi pędziła, nie była już w stanie dogonić śnieżnej kuli.

– I pomyśleć, że moja mała Madling w tak młodym wieku szesnastu lat złowiła taki wspaniały egzemplarz. A ja myślałam, że zajmowałaś się tylko zbieraniem muszelek. – Ciotka Thea bawiła się swoją bransoletką. – Wiem, że sporo nam opowiadałaś o swoim kapitanie, ale zakładałam, że wyolbrzymiasz jego zalety. Tymczasem wygląda na to, że byłaś wręcz powściągliwa. Gdybym była trzydzieści lat młodsza…

– Ciociu, proszę.

– Teraz rozumiem, dlaczego opierałaś się poślubieniu kogoś innego przez cały ten czas. Przy mężczyźnie takim jak ten wszyscy inni blakną. Znam to doskonale. Tak samo było ze mną i hrabią de Montclair. Och, jeszcze raz przeżyć tę wiosnę w Wersalu. – Spojrzała znów na Maddie. – Nie tknęłaś possetu.

Maddie zerknęła na stojącą przed nią kisielowatą aromatyczną breję.

– Zapach ma… ryzykowny.

– Jest taki jak zawsze. Gorące mleko z piwem. Trochę cukru, anyżu, goździków.

– Jest ciocia pewna, że to już wszystko? – Maddie nabrała mikstury na łyżeczkę. – Żadnych specjalnych składników?

– A, tak. Rzeczywiście dodałam naparstek eliksiru doktora Hargreavesa. I szczyptę przypraw do pikli na flegmę. – Skinęła na kubek. – Dalej. Bądź grzeczną dziewczynką i wypij. Do kolacji jeszcze sporo czasu. Powiedziałam twojemu kapitanowi, żeby przyprowadził swoich ludzi na wieczorny posiłek, jak już się rozlokują.

– Będziemy ich karmić? – Wiadomo, że jak zacznie się karmić stado błąkającej się zwierzyny, ono nigdy sobie nie pójdzie. – Kucharka rzuci w proteście pracę.

– To żołnierze. Wystarczy im prosta strawa. Chleb, wołowina, pudding. Wyszukane dania nie są potrzebne. – Ciotka Thea uniosła srebrną brew. – Chyba, że zaoferujesz parę swoich homarów?

Maddie podniosła wzrok, przerażona.

– Fluffy i Rexa? Jak ciocia może w ogóle coś takiego sugerować?

– Sugeruję jedynie, moja droga, że prawdopodobnie kończy się dla ciebie epoka obserwacji skorupiaków.

– Ale pan Orkney zlecił mi narysowanie serii ilustracji przedstawiających cykl życia homara. Gody to zaledwie jego część. One żyją dziesiątki lat.

Homary były tylko jednym z paru drobnych projektów, którymi się zajmowała. Przy odrobinie szczęścia – i pomocy lorda Varleigha – miała nadzieję na większe zlecenia niebawem.

– Masz swój własny cykl życia do przeżycia. – Ciotka Thea przykryła dłońmi dłonie Maddie. – Teraz, kiedy wrócił kapitan, możesz niedługo wyjść za mąż. Oczywiście, zakładając, że nadal chcesz za niego wyjść. Chcesz?

Maddie spojrzała ciotce w oczy.

Nadarzyła się. Okazja, żeby rozbić tę rozrastającą się śnieżną kulę zwinnym kopniakiem prawdy. Zniszczyć ją raz na zawsze.

Prawdę mówiąc, ciociu, nie chcę go poślubić. Widzisz, ja wcale nie złowiłam tego wspaniałego męskiego egzemplarza. Nigdy wcześniej go nie widziałam, dopiero dzisiaj. W ogóle nie było żadnego kapitana MacKenziego. Pod wpływem paniki powiedziałam głupie kłamstwo, żeby uniknąć sezonu rozczarowań. Oszukiwałam wszystkich przez lata i bardzo mi z tego powodu przykro. Tak bardzo przykro i wstyd.

Maddie zagryzła wargę.

– Ciociu, ja…

– Zaczekaj – powiedziała ciotka, wstając od stołu i podchodząc do barku. – Najpierw naleję sobie brandy, żeby to uczcić. Wiem, że to twój cudowny dzień. Że to twój ukochany wrócił do domu. Ale w pewnym sensie to także mój tryumf. Tyle razy musiałam toczyć boje z twoim papą, gdy chciał zmusić cię do powrotu do towarzystwa… Po prostu cieszę się twoim szczęściem. I swoim też. Okazało się, że miałam rację. Dziesięć ostatnich lat mojego życia ma teraz sens. – Przyniosła szklaneczkę z brandy do stolika. – A więc? Co chciałaś powiedzieć?

Maddie serce się ścisnęło.

– Wie ciocia, jaka jestem cioci wdzięczna. I jak bardzo ciocię uwielbiam.

– Ależ oczywiście, że wiem. Raczej nietrudno mnie uwielbiać.

– Zatem mam nadzieję, że będzie ciocia umiała mi wybaczyć.

– Wybaczyć? – Ciotka się roześmiała. – A niby co, Madling?

Maddie poczuła pulsowanie w skroniach. Ścisnęła łyżeczkę, aż rozbolały ją kostki palców.

– To, że nie piję possetu. – Posłała ciotce potulny uśmiech. – Czuję się lepiej. Czy ja też mogłabym się napić brandy?

Zwyczajnie nie była w stanie tego zrobić. Nie mogła skazywać ciotki na to, żeby cierpiała za błędy Maddie. Ciotka nie miała własnego majątku. W kwestiach finansowych była zależna od Maddie, a Maddie od swojej ciotki we wszystkich innych. Wyjawienie prawdy teraz zbyt mocno by je obie zraniło.

W te kłopoty wpędziła się sama.

Ten onieśmielający Szkot na dziedzińcu był jej problemem. I wiedziała, od razu, że to ona musi go rozwiązać.

Kiedy Logan wyłonił się z zamku, jego ludzie z niepokojem czekali na wieści. I sądząc po ich minach, spodziewali się, że będą to złe wieści.

– I…? – ponaglił go Callum. – Jak poszło?

– Tak dobrze, jak można się było spodziewać – odparł Logan.

Pod pewnymi względami nawet lepiej, niż można się było spodziewać. Logan myślał, że zastanie kobietę naznaczoną bliznami po ospie albo z zajęczą wargą. A już co najmniej, mówił sobie, będzie pospolita. Z jakiego innego powodu dobrze urodzona dziedziczka miałaby wymyślać ukochanego?

Ale Madeline nie miała żadnych widocznych skaz i z pewnością nie była pospolita.

Była słodka.

Słodka kłamczuszka.

Tylko nie bardzo wiedział, czy to dobrze, czy źle.

– Skoro tak – zagadnął Rabbie. – Dlaczego stoi pan tu z nami na dworze?

– Była przekonana, że nie żyję – wyjaśnił. – Nasz powrót jest dla niej wstrząsem. Daję jej chwilę, żeby doszła do siebie.

– No ale przynajmniej ciągle tu jest – skwitował Callum. – Czyli poszczęściło się panu bardziej niż mnie.

Dołączył do nich Munro, chirurg polowy.

– Nadal nie masz wieści o twojej dziewczynie, Callum?

Callum wzruszył ramionami.

– Wieści są. Mój wuj z Glasgow sprawdził rejestry statku, który wypłynął do Nowej Szkocji. Na liście pasażerów nie było panny Mairi Aileen Fraser.

– To chyba dobrze – powiedział Munro. – To znaczy, że nadal jest w Szkocji.

Pucołowaty żołnierz pokręcił głową.

– Powiedziałem, że na liście nie było Mairi Aileen Fraser. Była za to pani Mairi Aileen MacTavish. Takie powitanie spotkało powracającego bohatera.

Starszy mężczyzna poklepał Calluma po plecach.

– Przykro to słyszeć, chłopaku. Ale skoro nie zaczekała, nie była ciebie warta.

– Nie mogę jej winić. – Callum uderzył się w pierś pozostałością lewej ręki – tej pozbawionej dłoni, którą Munro amputował na froncie. – Spójrz na mnie. Kto by czekał na coś takiego?

– Całkiem sporo… – Fyfe czknął. – Dziewczyn, na pewno.

Logan wyciągnął piersiówkę z whisky ze sporranu, wyjął korek i podał ją Callumowi. Słowa współczucia nigdy nie były jego mocną stroną, ale zawsze był gotowy polać następną kolejkę.

To nie tak miało być. Kiedy regiment dotarł do Dover zeszłej jesieni, w Londynie powitano ich jak bohaterów. Później ruszyli na północ. Do domu, na wzgórza. A on patrzył, jak życie i marzenia jego ludzi rozsypują się kolejno jak domki z kart.

Callum nie był wyjątkiem. Trwający przy nim ludzie stanowili resztkę zwolnionych ze służby żołnierzy w najgorszym stanie: bez domu, rannych, tych, którzy pozostali w tyle.

Walczyli dzielnie, przeżyli bitwę, wygrali wojnę dla Anglii w nadziei, że wrócą do swoich rodzin i ukochanych – a tymczasem dowiedzieli się, że ich rodzin, domów i ukochanych już nie ma. Że zostali wyparci z ziem, które zamieszkiwali od wieków, przez tych samych chciwych angielskich obszarników, którzy wyprawili ich na wojnę. A Logan nie był w stanie nic na to poradzić.

Aż do dzisiaj.

Dziś wszystko odzyskał.

Nieporadny mężczyzna na skraju gromady wpadł w panikę.

– Gdzie jesteśmy? Co to za miejsce?

– Spokojnie, Grant.

Historia Granta była najsmutniejsza ze wszystkich. Pocisk z moździerza wylądował za blisko pod Quatre Bras, wyrzucając tego postawnego mężczyznę na dwadzieścia stóp w górę. Przeżył mimo odniesionych ran, ale nie pamiętał nic a nic sprzed godziny. Pamiętał za to dokładnie wszystko ze swojego życia aż do bitwy. Jakakolwiek nowa informacja przelatywała przez jego mózg jak piach przez sito.

– Jesteśmy w zamku Lannair – wyjaśnił Munro. Szpakowaty chirurg miał więcej cierpliwości niż cała reszta razem wzięta. – Wojna już się skończyła. Jesteśmy w domu, w Szkocji.