80 osób interesuje się tą książką

Opis

Tyra Masters przeżyła taki dramat, że mocnych wrażeń wystarczy jej do końca życia. Teraz wróciła do równowagi i spokojnie na nowo próbuje ułożyć swoje sprawy. Udaje jej się to aż do chwili, kiedy spotyka mężczyznę ze swoich snów. Wytatuowany, umięśniony motocyklista raczy ją tequilą i najlepszym seksem, jakiego w życiu doświadczyła. Tyra wie, że to nie tylko alkohol i gorąca namiętność. Czuje, że spotkała mężczyznę, o jakim zawsze marzyła. Niestety, ten wspaniały facet jest także jej nowym szefem…

Kane „Tack” Allen ma pewną zasadę: nie zatrudnia dziewczyn, z którymi się przespał. Kiedy więc dowiaduje się, że osoba, z którą spędził ostatnią noc jest nowozatrudnioną kierowniczką biura, bez namysłu zwalnia ją z pracy. Tyra zaciekle walczy o zachowanie posady. Tack godzi się na jej pozostanie, ale pod warunkiem, że już nigdy nie wylądują razem w łóżku. Nigdy więcej. Jednak gdy atmosfera zaczyna być gorąca, Tack przekonuje się, że sam ma ochotę złamać wszelkie ustalenia…

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 571

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Tytuł oryginału: Motorcycle Man

Projekt okładki: Paweł Panczakiewicz/PANCZAKIEWICZ ART.DESIGN

Redakcja: Grażyna Muszyńska

Redakcja techniczna: Anna Sawicka-Banaszkiewicz

Skład wersji elektroniczej: Robert Fritzkowski

Korekta: Anna Sawicka-Banaszkiewicz, Renata Jaśtak

Copyright © 2012 by Kristen Ashley

All rights reserved

For the cover illustration © ZoranOrcik/Shutterstock

© for the Polish edition by MUZA SA, Warszawa 2019

© for the Polish translation by Agnieszka Lipska-Nakoniecznik

ISBN 978-83-287-1202-7

Wydawnictwo Akurat

Wydanie I

Warszawa 2019

FRAGMENT

Barbarze Hunter Mahan – mojej cioci, mojemu wzorcowi do naśladowania i najbardziej entuzjastycznej z czytelniczek. To jest ciocia z rodzaju tych, które interesują się wszystkim, co robisz, wspierają w podejmowaniu każdej decyzji, pragną dla ciebie jedynie niezmąconego niczym szczęścia i ofiarowują bezwarunkową miłość. To kobieta, która nazywa rzeczy po imieniu, robi to, co lubi i lubi to, co robi, i zawsze mówi to, co myśli. Jeśli nie doceniasz takiej szczerości, to masz problem. Jest pierwszą kobietą, z którą wybrałabym się na zakupy, i jedyną, z którą chciałabym zostać porwana. Kocham cię, ciociu Barb.

PrologFacet na motocyklu

– Nie śpisz już, skarbie? – zapytał.

Jego ciepła dłoń powędrowała wzdłuż mojego kręgosłupa, zsuwając po drodze prześcieradło i wprawiając moje ciało w rozkoszne drżenie, żeby ostatecznie spocząć tuż poniżej pośladków.

Uśmiechnęłam się.

Udało się. Wreszcie. Znalazłam go. I nie było to złudzenie wywołane tequilą. Wlałam w siebie naprawdę sporo, ale nie aż tyle, żeby nie zdawać sobie sprawy z tego, co się dzieje. To był właśnie ten jedyny. Leżący obok motocyklista był bez wątpienia facetem z marzeń.

Nigdy bym nie pomyślała, że to będzie ktoś taki jak on, a jednak tak się stało. Wiedziałam o tym od samego początku, od chwili, kiedy dostrzegłam go po drugiej stronie dziedzińca w kłębiącym się morzu ludzi. Wszyscy śmiali się, pili, krzyczeli, tańczyli, jedli, obejmowali się albo walczyli. To nie było moje towarzystwo, ale Eloise powiedziała, żebym przyszła, bo powinnam stać się członkiem rodziny, więc jej posłuchałam. Tak miało wyglądać moje nowe życie, sama podjęłam taką decyzję, więc musiałam sprostać wyzwaniom. Tak też zrobiłam.

On także mnie zobaczył. I odnalazł. Potem poił mnie tequilą, choć wcale nie musiał tego robić. Należałam do niego od chwili, kiedy nieśpiesznym krokiem przeciskał się przez tłum, nie odrywając spojrzenia od moich oczu, a jego usta, ocienione śmieszną, kozią bródką, układały się w seksowny uśmiech. W końcu stanął przede mną.

– Cześć – powiedział głębokim, nieco schrypniętym głosem.

I już było po mnie.

Wypiliśmy kilka drinków i trochę pogadaliśmy, co chwila wybuchając śmiechem. Po godzinie wziął mnie za rękę i zaprowadził do pokoju w budynku, w którym mieścił się klub motocyklowy, a teraz, kilka godzin później, leżałam naga z nim w łóżku, mając za sobą tyle orgazmów, że nawet nie zdołałam ich policzyć. Już było jasne, że to mój wymarzony mężczyzna. Facet o mrocznym obliczu, o którym śniłam, odkąd sięgam pamięcią. Wcale nie chodziło o orgazmy, lecz o to, że sprawił, że wciąż się śmiałam, wciąż piłam alkohol i czułam się tak fantastycznie i tak niewiarygodnie pełna życia, podczas gdy impreza kręciła się wokół nas.

Ten gość o imieniu Tack kochał życie i wiedział, jak korzystać z niego w pełni. A ja od razu wiedziałam, nieważne jak szaleńczo to zabrzmi, że u jego boku będę miała możliwość zasmakować życia w jego najbardziej kolorowym wymiarze.

Leżałam na brzuchu, z rękami skrzyżowanymi na poduszce i opartym na nich policzkiem, odwrócona tyłem do ukochanego. Wreszcie przekręciłam się na bok i zmierzyłam go uważnym spojrzeniem.

Ciemne, długie, niesforne włosy przetykane tu i ówdzie pasmami siwizny. Błękitne oczy z promieniującymi z kącików liniami, o których wiedziałam, po prostu wiedziałam, że powstały od częstego śmiechu. Ciemna kozia bródka dookoła ust, nieco dłuższa na podbródku, charakterystyczna dla motocyklistów i tak urocza, że trudno opisać ją słowami. Fantazyjne tatuaże wijące się dookoła mocarnych rąk, szerokie barki i umięśniony kark. Wiem, że reszta ciała jest tak samo mocna i silna, ponieważ z wielką przyjemnością zapoznałam się z każdym jego centymetrem.

Przepiękny. Doskonały. Wprawdzie nigdy bym nie pomyślała, że taki facet – motocyklista i miłośnik motoryzacji – może wpaść mi w oko, ale teraz okazało się, że znalazłam mężczyznę moich snów, trafiłam na ideał.

– Nie śpię – wyszeptałam, bo mogłam wydobyć z siebie jedynie szept.

Gardło ściskały mi radość i podekscytowanie. Od zawsze czekałam na tego człowieka i oto się pojawił. Wspaniały, pokryty tatuażami, o chropawym głosie, zręcznych rękach, ustach i innych częściach anatomii.

Jego dłoń ześlizgnęła się z mojej nogi, żeby wymierzyć mi lekkiego klapsa w pupę.

– Czas, żebyś przeniosła się do własnego łóżka, kochanie – powiedział.

Zamrugałam, ale reszta mojego ciała zamieniła się w lód. Odsunął się ode mnie, wyszedł z pościeli, chwycił dżinsy i wbił się w nogawki, a następnie nieśpiesznym krokiem podszedł do drzwi, nie troszcząc się nawet o to, by rzucić za siebie choćby jedno spojrzenie.

– Zostaw numer i zamknij drzwi, jak będziesz wychodziła, dobrze skarbie?

Chwilę później już go nie było.

Rozdział pierwszyZaparzę ci kawę

Była za dziesięć ósma, kiedy wstrzymałam oddech i skręciłam z Broadwayu na szeroki, wylany cementem podjazd, który poprowadził mnie dookoła dużego domu handlowego z artykułami motoryzacyjnymi, stanowiącego część przedsiębiorstwa Ride. Dojechałam do parkingu przed warsztatem z trzema bramami, który także należał do firmy.

Podjeżdżając, patrzyłam z uwagą na spory warsztat. Ride Custom Cars and Bikes, moje nowe miejsce pracy – firma słynna na cały świat. Gwiazdy ekranu oraz szejkowie z Arabii Saudyjskiej kupowali tutaj swoje pojazdy. Samochody i motocykle z tej firmy stały w magazynach i były zamawiane do produkcji filmowych. W Denver wszyscy ją znali. Do diabła, każdy w Kolorado wiedział o niej, a ja byłam całkiem pewna, że znał ją każdy mieszkaniec Stanów Zjednoczonych. Byłam całkiem pewna, mimo że sama niewiele wiedziałam na temat samochodów i motocykli robionych na zamówienie. Prawdę powiedziawszy, nie interesowałam się motoryzacją, a jednak doskonale orientowałam się, czym zajmuje się firma Ride.

Wiedziałam również, że klub motocyklowy Chaos posiada warsztat i cztery sklepy z wyposażeniem samochodowym: właśnie ten w Denver, jeden w Boulder, kolejny w Colorado Springs i ostatni, który niedawno został otwarty, w Fort Collins. Słyszałam także o klubie motocyklowym Chaos. Byli znani ze względu na powiązania z firmą Ride, jak również ze względu na fakt, że wielu ich szorstkich z wyglądu i sprawiających wrażenie gotowych na wszystko członków pozowało do zdjęć wraz ze swoimi robionymi na zamówienie samochodami i motocyklami. Znałam ich także dlatego, że często bywaliśmy razem na imprezach.

Tego dnia zaczynałam pracę jako nowy kierownik biura. To był pierwszy dzień po imprezie, na której Tack uprawiał ze mną seks. Tack, prezes Chaosu, a przede wszystkim mój nowy szef.

W końcu minął zaledwie jeden dzień i jedna noc od czasu, kiedy Tack mnie przeleciał: bum, bum, tadam, żegnam panią, madam.

– Boże… Ależ ze mnie idiotka. Cholerna, głupia idiotka – wyszeptałam do przedniej szyby, parkując tuż przed schodkami prowadzącymi do drzwi znajdujących się tuż obok potrójnej bramy. Drzwi z napisem: „Biuro”.

Ale wcale nie byłam idiotką. Byłam zwykłą zdzirą.

Nie miałam pojęcia, jak sobie poradzę z tą świadomością. Nigdy wcześniej nie czułam się jak zdzira. Nie miałam zwyczaju wskakiwać do łóżka z mężczyzną, którego ledwo co znałam. Nie czułam przypływów pożądania, kiedy myślałam, że są pięknymi, doskonałymi facetami na motocyklach, wyjętymi z moich snów, i że pójdę z nimi napić się tequili, a potem przez długie godziny będę uprawiać z nimi fantastyczny, dziki, szalony i rozkoszny seks. To zupełnie nie w moim stylu. Nie byłam osobą, która żyje tak, jak żył Tack. Miałam trzydzieści pięć lat i dotąd prowadziłam spokojną, cichą, pozbawioną ryzyka egzystencję. Z rozwagą podejmowałam decyzje. Ważyłam wszystkie „za” i „przeciw”. Układałam listy. Robiłam plany. Organizowałam. Myślałam z wyprzedzeniem. Nigdy nie stawiałam kroku, dopóki nie byłam pewna, że moja stopa trafi na oparcie. Jeśli zaś przypadkiem znalazłam się w sytuacji, która wydawała się niepewna, zawsze potrafiłam znaleźć drogę wyjścia. Gotowe!

Przed dwoma miesiącami, kiedy spojrzałam na swoje życie i na toksycznych ludzi, którzy byli w nim obecni, wiedziałam, że muszę wyjść z tego układu.

I wyszłam. Niczego nie planowałam. Nie rozważałam żadnych „za” i „przeciw”. Nie zakładałam żadnej strategii. Nie myślałam do przodu. Kiedy nadeszła chwila olśnienia i zdałam sobie sprawę, gdzie utknęłam, w jakim jestem niebezpieczeństwie i w jak niezdrowym układzie, nie miałam pojęcia, gdzie wyląduję, gdy wyskoczę z kolejki górskiej, w którą zmieniło się moje życie. Zwyczajnie wstałam zza biurka, zgarnęłam swoje rzeczy, wepchnęłam je do pudełka i wyszłam. Nawet nie pofatygowałam się, żeby powiedzieć mojemu szefowi, że odchodzę. Po prostu wyszłam. I już nie wróciłam.

Przez następne dwa miesiące w każdą środę kupowałam gazetę i otwierałam ją na dziale z ogłoszeniami o pracy. Potem zamykałam oczy i trafiałam palcem w jakieś miejsce na każdej stronie. Jeśli przypadkiem okazywało się, że spełniam warunki wymagane dla danej posady, składałam aplikację.

Tak wyglądał mój szeroko zakrojony plan działania.

Moja najlepsza przyjaciółka, Lanie, uważa, że zwariowałam. Trudno było stwierdzić, że się myliła. Nie miałam pojęcia, co właściwie powinnam robić, dokąd pójść ani co się wydarzy, kiedy już tam dotrę. Wiedziałam jedynie, że muszę zacząć działać. Więc zaczęłam.

W danym momencie byłam tutaj, czyli w miejscu, gdzie według mnie powinnam być. Spędziłam cały wczorajszy dzień na rozmyślaniach, czy w ogóle powinnam zjawić się w mojej nowej pracy, czy dać sobie spokój. Spieprzyłam dosłownie wszystko, choć jeszcze niczego nie zaczęłam. Nie chciałam widzieć się z Tackiem. Nigdy więcej nie chciałam go oglądać. Sama myśl o ponownym spotkaniu była wysoce upokarzająca. Czułam, jak pieką mnie policzki, a wstyd towarzyszył mi stale od momentu, kiedy wyślizgnęłam się z łóżka, włożyłam ubranie i odrętwiała wymknęłam się z jego pokoju. Ale od dwóch miesięcy byłam bez pracy. Miałam zapas gotówki na czarną godzinę, ale miałam też raty do spłacania. Musiałam znaleźć zatrudnienie i na nowo zbudować swoje życie. Cokolwiek przyszłoby mi robić, musiałam podjąć wyzwanie. Musiałam coś znaleźć, wszystko jedno co.

Teraz nie było drogi odwrotu. Wyskoczyłam z górskiej kolejki na samym szczycie wzniesienia, tuż przed tym, nim popędziła w dół, i właśnie zorientowałam się, że spadam. Gdzieś jednak musiałam wylądować i właśnie okazało się, że ląduję w tym konkretnym miejscu.

Tak więc jestem zdzirą. Po świecie chodzi mnóstwo zdzir, setki tysięcy takich dziewczyn. Może nawet miliony. Codziennie chodzą do pracy, a część z nich z pewnością spotyka tam ludzi, z którymi wcześniej uprawiała seks. Pewnie idą tam bez mrugnięcia okiem. Przypuszczalnie nie rumienią się z zażenowania, tylko wcale się tym nie przejmują. Zapewne po jakimś czasie znajdują następnego kolegę z pracy albo przypadkowego faceta, na którego widok ich serca biją mocniej, a po ciele przebiegają przyjemne dreszcze, i zwyczajnie idą z nim do łóżka. Pewnie to lubią. Nie, pewnie to uwielbiają.

To część życia, prawda? To część naszego sposobu na życie, zgadza się? Robisz głupie rzeczy, ponieważ sprawia ci to przyjemność, a jeśli coś spieprzysz, po prostu ruszasz dalej. Wszyscy tak robią. Wszyscy. Nawet ja. Psiakrew, przez przerażająco długi czas pędziłam w straszliwej, zwariowanej górskiej kolejce. Przez cały ten czas miałam oczy zamknięte i starałam się nie zwracać uwagi na okropne, straszne rzeczy, które działy się wokół mnie. Byłam zbyt przestraszona, żeby rozejrzeć się dookoła i podjąć ryzyko. Nigdy więcej nie powtórzę tego błędu.

Tak więc spałam ze swoim szefem. No i co z tego? Wzięłam głęboki wdech, zarzuciłam na ramię torebkę, otworzyłam szeroko drzwi i wysiadłam z samochodu. Rozejrzałam się po okolicy. Było dość wcześnie i najwyraźniej miłośnicy motocykli nie wstają o takiej porze. Na parkingu nie było żywej duszy. Zobaczyłam rząd motocykli, pięć z nich parkowało przed główną siedzibą firmy – długim, prostokątnym budynkiem, ustawionym bokiem do dziedzińca, który oddzielał warsztat od sklepu z częściami motoryzacyjnymi. Za firmowym autem z logo sklepu stała poobijana półciężarówka. Poza tym nie było tam nic innego. Żadnego ruchu. Żadnego dźwięku.

Eloise była umówiona ze mną punktualnie o ósmej, żeby wprowadzić mnie w obowiązki sekretarki. Oczywiście przyjechałam za wcześnie, ale mimo to weszłam po schodkach i nacisnęłam klamkę. Drzwi były zamknięte. Odwróciłam się twarzą do dziedzińca i spojrzałam na zegarek. Za siedem ósma. Muszę poczekać.

Zdjęłam z ramienia torebkę, wygrzebałam telefon, otworzyłam pstryknięciem klapkę, a potem z powrotem zarzuciłam torebkę na ramię i napisałam esemesa do Lanie.

„Jestem na miejscu”.

Mniej więcej pięć sekund później nadeszła odpowiedź.

„Matko Boska! Gdzie? Czyś ty zwariowała?”

Opowiedziałam mojej najlepszej przyjaciółce o imprezie w klubie motocyklowym i o łóżkowych wyczynach mojego nowego szefa. Postąpiłam tak w nadziei, że policzki przestaną mnie piec na samą myśl o tym, co się wydarzyło, a do tego problem powierzony przyjaciółce przestaje być problemem. Każda dziewczyna świetnie o tym wie, chociaż jak ostatnio nauczyło mnie życie, rozwiązywanie problemów zazwyczaj sprowadza się do dyskusji, jakie ciuchy włożyć na pierwszą randkę albo czy powinnaś zainwestować w ten bajecznie piękny, ręcznie kuty stojak do wina, który widziałaś w Pottery Barn, nie zaś do zwierzeń, że właśnie pozwoliłaś sobie na jedną czułą noc ze swoim szefem. Odrobiłam tę lekcję, ponieważ wygadanie się Lanie w niczym mi nie pomogło.

Lanie była zdania, że absolutnie nie powinnam pokazywać się w nowej pracy. Powinnam za to przez następne dwa – albo dwanaście – miesięcy bawić się w trafianie palcem w ogłoszenia o pracę, byle tylko nie wchodzić w zasięg wzroku Tacka. Jednak Lanie miała niezłą posadę jako szefowa biura ogłoszeń i mieszkała wygodnie ze swoim narzeczonym, Elliotem. Nie musiała martwić się, że pieniądze na czarną godzinę topnieją w oszałamiającym tempie – nie tylko dlatego, że była utalentowana i że na ten rodzaj pracy było duże zapotrzebowanie, dzięki czemu dostawała bardziej niż przyzwoitą pensję, lecz także dlatego, że Elliot był genialnym programistą i zarabiał mnóstwo kasy. Naprawdę mnóstwo. Lanie potrafiła wydać dziesięć tysięcy dolarów na same kwiaty na ich przyjęcie weselne, a budżet na catering przyprawił mnie o drgawki. Sama suknia ślubna kosztowała więcej niż mój samochód.

Przesunęłam kciukiem po klawiaturze na wyświetlaczu.

„Nie zwariowałam. Po prostu potrzebuję czeku”.

Pięć sekund później Lanie odpisała.

„Co będzie, jak go zobaczysz?”

Byłam przygotowana na taką ewentualność. Spędziłam mnóstwo czasu, przygotowując się na ponowne spotkanie z Tackiem. Prawdę mówiąc, ta myśl tak bardzo dręczyła mnie przez ostatnią noc, że udało mi się przespać najwyżej dwie godziny.

„Cóż, jeśli go zobaczę, to po prostu go zobaczę. Zamierzam dać sobie radę z tą dziwką, która mieszka we mnie” – odpowiedziałam.

Tym razem czekałam jeszcze krócej.

„Nie jesteś żadną dziwką! Jesteś Tyra Masters, a Tyra Masters zdecydowanie NIE JEST dziwką, rozumiesz?!”

„Teraz jest – odpisałam, żeby po chwili dodać: – Przynajmniej była nią w sobotę w nocy”.

„W życiu nie będziesz już włóczyć się sama – wysłała w odpowiedzi. – Jeśli w przyszłości wybierzesz się na jakąś imprezę i zaczniesz kogoś podrywać, będę obok ciebie”.

Uśmiechnęłam się, ale w tej samej sekundzie usłyszałam trzaśnięcie drzwiami, więc podniosłam głowę. I poczułam, że w płucach brakuje mi powietrza.

Psiakrew! Tack stał przed drzwiami prowadzącymi do głównego budynku, w którym mieścił się klub motocyklowy. Miał na sobie dżinsy w wyblakłym niebieskim kolorze, buty do jazdy na motocyklu i obcisły biały T-shirt. Nawet z tej odległości mogłam zobaczyć, że jego włosy są w całkowitym nieładzie. Natychmiast wiedziałam, skąd wziął się ten nieład. Tack obściskiwał się z jakąś wysoką, szczupłą laską o ciemnych włosach, a jak mówię „obścis­kiwał się”, to właśnie to mam na myśli. Nic im nie przeszkadzało, ona trzymała ręce na jego fantastycznym tyłku, on na jej pośladkach.

Boże, spędziłam w jego łóżku sobotnią noc, a oto on już w niedzielę zdążył przespać się z inną kobietą. I nie odprowadził mnie do drzwi ani nie objął czule na pożegnanie. Do diabła, wcale się ze mną nie pożegnał.

Niech to szlag! Zamknęłam oczy i przełknęłam ślinę. Zabolało… Cholernie zabolało. W porządku, może nie powinnam była tego robić.

Otworzyłam oczy i wbiłam wzrok w telefon, jednocześnie biegając kciukiem po wyświetlaczu.

„On właśnie wyszedł z budynku” – napisałam do Lanie.

Po dwóch sekundach dostałam odpowiedź.

„Chryste Panie!”

„Właśnie obmacuje jakąś brunetkę” – poinformowałam.

„O Boże! Boże, zabieraj się stamtąd! Natychmiast!” – odpisała.

Usłyszałam kaszlnięcie silnika i podniosłam wzrok, żeby zobaczyć, że brunetka siedzi za kierownicą poobijanej półciężarówki. Przesunęłam spojrzenie na Tacka, żeby przekonać się, że on patrzy na mnie. Natychmiast spojrzałam znowu na półciężarówkę i ujrzałam, jak brunetka macha na pożegnanie do Tacka, ale on już z nią skończył. Gdy popatrzyłam z powrotem na niego, przekonałam się, że Tack nie zwraca na nią najmniejszej uwagi, tylko idzie w moim kierunku.

Opuściłam wzrok na telefon i szybko wstukałam kolejną wiadomość.

„Ona właśnie odjeżdża. On idzie w moją stronę”.

Wysłałam esemesa, ale nie podniosłam głowy, tylko nadal gapiłam się w telefon, starając się nie zagryzać warg ani w inny sposób nie okazywać swojego zakłopotania.

– Rudzielcu… – usłyszałam, ale na szczęście telefon zapiszczał w moim ręku, więc nie musiałam od razu podnosić spojrzenia, bo najpierw należało przeczytać odpowiedź Lanie.

„Rany boskie, uciekaj! Tyra, uciekaj stamtąd!”

– Rudzielcu… – usłyszałam znowu i w końcu podnios­łam głowę, żeby przekonać się, że Tack zdążył pokonać trzy z ośmiu dzielących nas schodków.

Wyglądał wspaniale. Wszystko w nim było wspaniałe. Sposób, w jaki nosił ubranie. Fryzura, która sprawiała wrażenie, jakby przed chwilą wyszedł z łóżka i tylko przeczesał palcami włosy. Płytkie zmarszczki od uśmiechu, rozchodzące się promieniście z kącików oczu. Ruch ciała, kiedy stawiał kroki.

Nic z tego, nie mogłam znów okazać się zdzirą. Powinnam była posłuchać rad Lanie.

– Cześć – wydusiłam z siebie.

Policzki paliły mnie żywym ogniem i byłam pewna, że jestem zarumieniona od stóp do głowy, kiedy czułam, jak jego spojrzenie przesuwa się po mnie. W końcu dotarł do podestu schodów i popatrzył na mnie z góry, ale nie odniosłam wrażenia, że mój widok go uszczęśliwił.

– Co tutaj robisz, skarbie? – zapytał.

Gapiłam się na niego ze szczerym zdumieniem. W sobotni wieczór uprzedziłam go przecież, że zostałam nową kierowniczką biura. Czyż nie?

– Pracuję tutaj – powiedziałam po prostu.

– Co takiego?!

– Powiedziałam, że tutaj pracuję.

Jego wzrok znów przesunął się po mnie od czubka głowy po końce palców.

– Pracujesz tutaj… – powtórzył jak echo.

– Tak, Eloise mnie zatrudniła. Przejmuję jej obowiązki. Jestem twoją nową kierowniczką biura.

Gapił się na mnie i tak samo jak przedtem nie sprawiał wrażenia uszczęśliwionego moim widokiem. Prawdę mówiąc, widać było, że wcale nie czuje się szczęśliwy.

– Nabierasz mnie? – stwierdził po chwili.

Znów musiałam opanować chęć zagryzienia warg. Pokręciłam głową. Najwidoczniej Tack nie był wielkim zwolennikiem współpracy z kobietami, które zaciągnął do łóżka i porzucił. Albo, jak w moim przypadku, zaciągnął, a następnie wykopał z łóżka. Pomyślałam, że to interesująca myśl. Może niezbyt korzystna dla mnie, niemniej interesująca.

– Już tutaj nie pracujesz – oznajmił Tack.

Zamrugałam, a moja ręka odruchowo zaczęła szukać oparcia, aż zacisnęła się na barierce za moimi plecami.

– Co takiego? – wyszeptałam.

– Kochanie, nic z tego – warknął z wściekłością. – Co ty sobie wyobrażałaś, do diabła?!

– Z czym sobie wyobrażałam?

Pochylił się i to zajęło mój zaćmiony, ogłuszony i ogarnięty ogniem umysł, zanim zdążyłam wykombinować, że on wygląda coraz groźniej. Co gorsza, musiałam przyznać, że ta myśl lekko mnie przeraziła.

– Nie mam zwyczaju pracować z sukami, które ssały mi fiuta – oświadczył i w tym momencie przestałam się rumienić. Teraz policzki paliły mnie żywym ogniem.

– Ale… – wyjąkałam, kiedy tylko udało mi się wydobyć głos. – Wydaje mi się, że mówiłam ci, że jestem nową kierowniczką biura.

– Nic podobnego – odparł.

– Jestem przekonana, że tak!

– Absolutnie nie – upierał się.

– Właśnie, że mówiłam!

Przysunął się bliżej i warknął mi wprost do ucha.

– Słuchaj, Rudzielcu! Nic! Mi! Nie! Mówiłaś!

– W porządku… – wyszeptałam, nie tylko dlatego, że w tym momencie naprawdę wydał mi się przerażający, ale po prostu przestałam być tak pewna. Może faktycznie tylko mi się zdawało?

– Nie pieprzę nikogo, kto dostaje czek z moim podpisem – jasno przedstawił swoje stanowisko, podczas gdy mój umysł gwałtownie starał się znaleźć rozwiązanie tego nowego dylematu, jednocześnie walcząc z potrzebą, by popędzić do samochodu, wycofać się z parkingu przed Ride Custom Cars and Bikes i uciec jak najdalej od tego okropnego, dziwacznego faceta.

To znaczy, co sobie o nim wcześniej myślałam? Myślałam, że jest piękny. Doskonały. Mężczyzna na motocyklu, wyjęty z moich snów. O rany, ale się myliłam. Bardzo, bardzo myliłam. Wcale taki nie był. Był prymitywnym facetem kochającym motocykle, prezesem klubu motocyklowego, a do tego w tej chwili wydawał mi się wprost przerażający. Z trudem udało mi się pozbierać. Wreszcie zdecydowałam się odezwać.

– No cóż, mi to nie przeszkadza. Taki nieistotny wyskok. Zapomnimy, że to się wydarzyło, a ponieważ nie zdarzy się nigdy więcej, możemy zacząć z miejsca, gdzie teraz jesteśmy i nie będziesz musiał łamać swojej zasady, że nie sypiasz z pracownicami, żeby… um… żeby mnie zatrudnić.

– Więc mam zapomnieć, co między nami zaszło? – teraz sprawiał wrażenie jeszcze bardziej rozgniewanego.

– Cóż… No tak – odpowiedziałam.

– Zasada została złamana, skarbie. Nie udawaj – parsknął.

– Wcale nie została – oświadczyłam z przekonaniem.

– Rudzielcu, została złamana.

– Według mnie nie.

– A według mnie tak.

– Właśnie, że nie – stwierdziłam i on otworzył usta, żeby coś powiedzieć. Jego rysy stwardniały, a w oczach pojawił się błysk, więc szybko postarałam się wytłumaczyć swoje racje. – Mówiłeś, że nie sypiasz z nikim, kto dostaje czek z twoim podpisem. Cóż, Eloise zatrudniła mnie, ale właściwie jeszcze nie zaczęłam pracy, zgadza się? Więc jak dotąd nie dostałam czeku z twoim podpisem, ponieważ na razie tylko otrzymałam propozycję pracy. Właściwie jeszcze nie zaczęłam jej wykonywać. Kiedy wejdę przez te drzwi… – wskazałam na wejście do biura – dopiero wtedy stanę się twoim pracownikiem, a wtedy… no wiesz… już nigdy więcej, więc zasadniczo nie złamałeś reguły niesypiania z pracownicami, no i nie złamiesz.

– Ale wiem, jaka jesteś w łóżku – poinformował mnie o czymś, o czym i tak wiedziałam.

To było niespotykane i lekko nieprzyzwoite, więc nie pośpieszyłam z odpowiedzią.

– I wiem, jak krzyczysz, kiedy dochodzisz – mówił dalej, nadal mało uprzejmie.

Nic nie wskazywało na poprawę sytuacji, więc zacisnęłam zęby, żeby nie zagryzać warg.

– I wiem, jak nienasycona potrafisz być – ciągnął dalej. – Skarbie, jeśli naprawdę sądzisz, że jak będziesz kręcić się w pobliżu, nie będę chciał powtórzyć tego, co było między nami, to masz nierówno pod sufitem.

Zamrugałam ze zdziwienia.

– Co powiedziałeś? – spytałam cicho.

– Kochanie, jesteś najbardziej smakowitym tyłeczkiem, jaki wylądował w moim łóżku od cholernie długiego czasu. Uwielbiam takie kąski, więc myślisz, że ci odpuszczę?

Tym razem zdecydowanie przesadził.

– Wcale nie jestem nienasycona – odparłam szeptem.

Odsunął się o krok.

– Owszem, jesteś, jak cholera. Jesteś tak kurewsko nienasycona, że prawie udało ci się mnie wykończyć. A to coś znaczy, skarbie.

To wcale nie było śmieszne i z każdą sekundą stawało się coraz mniej zabawne.

– Czy możemy zmienić temat?

– Tak, zdecydowanie nie będziemy o tym rozmawiać. To całkiem mi pasuje. Pasuje mi także to, że się zjawiłaś, ponieważ kiedy w sobotę wychodziłaś z mojego pokoju, zapomniałaś zostawić numer telefonu. Więc teraz daj mi swój numer, a potem wsadź swój uroczy tyłek do samochodu i zjeżdżaj. Zadzwonię do ciebie, jak będę miał ochotę cię przelecieć.

O mój Boże! Czy on naprawdę to powiedział? Poczułam, jak krew przestaje mi krążyć w żyłach, a całe ciało zamienia się w sopel lodu.

– Coś ty powiedział? – wymamrotałam, gdy moje wargi zdołały się poruszyć.

– Rudzielcu, zostaw numer telefonu, wsadź tyłek do samochodu i zjeżdżaj, a ja obiecuję zadzwonić do ciebie, kiedy znowu nadejdzie czas, żebyśmy się zabawili.

Tak, naprawdę to powiedział. Powiedział, ponieważ powtórzył prawie wszystko słowo w słowo. Znowu zacisnęłam zęby, tylko teraz z innych powodów niż poprzednio. A potem zadałam mu pytanie.

– Wiesz, jak mam na imię?

– Co takiego? – spytał.

– Czy wiesz, jak mam na imię – powtórzyłam. – W sobotę w nocy powiedziałam ci, jak mam na imię, więc nie próbuj mi teraz wmówić, że tego nie zrobiłam.

Tak było. Zdecydowanie, bez żadnych wątpliwości poinformowałam go wtedy, jak się nazywam. Prawdę mówiąc, zrobiłam to przynajmniej trzy razy, ponieważ on wciąż zwracał się do mnie per „Rudzielcu”.

– No chyba robisz sobie ze mnie jaja – parsknął.

– Przestań powtarzać, że robię sobie z ciebie jaja. Nic podobnego. Jak mam na imię? – Nie miałam zamiaru ustąpić.

– Kochanie, kogo to obchodzi? Po co nam imiona?

Tak brzmiała jego odpowiedź. Niewiarygodne.

– O mój Boże… – wyszeptałam. – Ale z ciebie dupek.

– Posłuchaj, Rudzielcu…

– Jesteś skończonym dupkiem – nadal mówiłam szeptem, a on w odpowiedzi skrzyżował ręce na piersiach.

– Masz dwie możliwości, Rudzielcu. Albo dajesz mi numer, wsiadasz do auta, wynosisz się stąd i czekasz, aż zadzwonię, albo zwyczajnie wsiadasz i zjeżdżasz. Masz pięć sekund na decyzję.

– Nie mam zamiaru wsiadać do samochodu – odparłam bez zastanowienia. – Czekam, aż przyjdzie Eloise, żeby pokazać mi co i jak, a potem zabieram się do pracy.

– W życiu nie będziesz tu pracować – warknął.

– Owszem, będę – wypaliłam.

– Skarbie, nie mam ochoty powtarzać. Nie będziesz tu pracować.

To wszystko stało się w chwili, kiedy czułam, że jestem na straconej pozycji, choć nie wiedziałam dlaczego. Nie jestem osobą, która przegrywa. Nie możesz przegrać, jeśli starannie zaplanujesz każdą sekundę życia. Przezorność i przegrywanie nie idą w parze.

A jednak przegrałam.

Oparłam obie ręce na biodrach, podeszłam krok w jego kierunku i wspięłam się na palce, żeby znaleźć się z nim twarzą w twarz.

– Teraz ty mnie posłuchaj, obrzydliwy, okropny dupku – wycedziłam przez zęby. – Potrzebuję tej roboty, rozumiesz? Nie pracuję od dwóch miesięcy i ta praca naprawdę jest mi potrzebna. Nie mogę czekać kolejnych dwóch, albo jeszcze dłużej, aż znajdę następną posadę. Muszę zacząć pracować teraz.

Jego błękitne oczy przewiercały mnie w sposób, który odczuwałam niemal fizycznie, ale nie dałam za wygraną.

– Jesteś cholernie przystojny, masz piękne tatuaże i uroczą kozią bródkę. Przyciągnąłeś mój wzrok, a ja przyciągnęłam twój. Uprawialiśmy seks. Bardzo intensywny seks. Wyszło nieźle. I co z tego? Wtedy było wtedy, a teraz jest teraz. Już nie będziemy tak się zabawiać, już nigdy więcej. Zabawa się skończyła. Mam zamiar przychodzić tu na ósmą, wychodzić o piątej, robić, co do mnie należy, ty zaś będziesz moim strasznie gogusiowatym szefem, który będzie podpisywał dla mnie czeki i oceniał moją pracę. Jeśli okażesz się miły, być może zaparzę ci kawę. Poza tym ty nie będziesz istniał dla mnie, a ja dla ciebie. Co było, to było. Już skończone. Ja idę dalej, a to, w jaki sposób działam, oznacza, że spokojnie mogę… tutaj… pracować…

Przerwałam, bo zdałam sobie sprawę, że ciężko oddycham. Tak samo zdałam sobie sprawę, że on nadal przewierca mnie spojrzeniem. Wiedziałam, że wciąż jest wściekły, ale teraz pojawiło się coś jeszcze – coś, czego nie rozumiałam, ponieważ go nie znałam i nie potrafiłam odczytywać jego nastrojów. Jednak cokolwiek to było, wydawało się gorsze niż jego wściekłość, która, szczerze mówiąc, i tak była wystarczająco przerażająca. Kiedy się odezwał, jego głos brzmiał całkiem spokojnie.

– Naprawdę myślisz, Rudzielcu, że jeśli teraz położę na tobie ręce, to za mniej więcej dwie minuty nie będziesz dyszeć, leżąc na plecach w moim łóżku z szeroko rozchylonymi nogami?

Na te słowa zapomniałam, jak wielkie przerażenie we mnie budził.

– To coś nieprawdopodobnego – wysyczałam wściekle.

– Przecież mam rację – odpalił.

– Dotknij mnie, a podam cię do sądu – rzuciłam ze złością.

– Łżesz jak bura suka – odpowiedział.

– Tylko spróbuj – warknęłam z wrogą miną, choć wcale tego nie chciałam. Nie dlatego, że uważałam, że on ma rację, tylko dlatego, że okazał się dupkiem. Skończonym dupkiem. Właśnie doszłam do wniosku, że wolę być dotykana przez jakiegoś faceta, który właśnie siedzi w celi śmierci, niż żeby Tack kiedykolwiek jeszcze położył na mnie swoje łapska.

– Czy wszystko w porządku?

Obydwoje usłyszeliśmy to pytanie i jak na komendę odwróciliśmy głowy, żeby ujrzeć Eloise stojącą u podstawy schodów. Przyglądała się nam szeroko otwartymi oczami.

Otworzyłam usta, żeby coś do niej powiedzieć, ale zanim sensowne słowa przyszły mi do głowy, Tack odezwał się pierwszy.

– Powiedz jej, że jak założy do pracy te ekstrawaganckie ciuchy, to wyleci stąd na zbity pysk – warknął Tack, a ja ujrzałam, że Eloise drgnęła z zaskoczenia.

Miała na sobie dżinsy, obcisły T-shirt i sandałki na wysokich obcasach, ja zaś byłam w ołówkowej spódnicy, eleganckiej bluzce i pantoflach na wysokich obcasach, więc można powiedzieć, że zdecydowanie popełniłam błąd, jeśli chodzi o strój, ale z pewnością nie był on powodem zwolnienia. Spojrzałam na Tacka.

– Jeśli chodzi o ciebie… – powiedział. – Przelecę cię znowu, kiedy będę chciał, a ty nie będziesz miała nic do gadania, rozumiesz, Rudzielcu? A teraz wynoś się stąd. Czy wyraziłem się jasno?

– Nie ma mowy – oświadczyłam, a on zmierzył mnie wściekłym spojrzeniem, a potem przesunął wzrokiem dookoła mojej twarzy. Jego oczy krążyły po niej przez chwilę i zobaczyłam, że ich wyraz się zmienia. Mogłabym przysiąc, że widziałam, jak gniew uchodzi, ustępując miejsca czemuś innemu, jakiemuś zaciekawieniu, jakiejś dobroci, choć przez nagłą zmianę uczuć jego wzrok wydawał się jeszcze bardziej przerażający. Ciepłe spojrzenie błękitnych oczu przywarło do mnie.

– Jeszcze zobaczymy – zamruczał Tack.

Potem odsunął się ode mnie, zbiegł ze schodów, nieśpiesznie podszedł do jednego z motocykli, przerzucił nad nim nogę, włączył silnik, wycofał i z rykiem wyjechał z parkingu.

– O co mu chodziło? – odezwała się Eloise, a ja aż podskoczyłam i odwróciłam się, żeby zobaczyć ją stojącą obok mnie.

– Nie wydaje mi się, żebym zrobiła dobre wrażenie na moim nowym szefie – odparłam.

Eloise gapiła się w ślad za Tackiem, ale na te słowa odwróciła się do mnie i popatrzyła nadal szeroko otwartymi oczami, więc szybko przybrałam minkę typu „och, dam sobie radę”, a potem uśmiechnęłam się do niej.

– Och, przecież to nic wielkiego! – zawołałam. – On pewnie zaraz wróci. Chodź, zabierzmy się do roboty!

Nie czekając na odpowiedź, odwróciłam się w stronę prowadzących do biura drzwi.

***

koniec darmowego fragmentuzapraszamy do zakupu pełnej wersji

Wydawnictwo Akurat

imprint MUZA SA

ul. Sienna 73

00-833 Warszawa

tel. +4822 6211775

e-mail: [email protected]

Dział zamówień: +4822 6286360

Księgarnia internetowa: www.muza.com.pl

Wersja elektroniczna: MAGRAF s.c., Bydgoszcz