Wymarzony mężczyzna - Kristen Ashley - ebook

30 osób właśnie czyta

Opis

Tyra Masters przeżyła taki dramat, że mocnych wrażeń wystarczy jej do końca życia. Teraz wróciła do równowagi i spokojnie na nowo próbuje ułożyć swoje sprawy. Udaje jej się to aż do chwili, kiedy spotyka mężczyznę ze swoich snów. Wytatuowany, umięśniony motocyklista raczy ją tequilą i najlepszym seksem, jakiego w życiu doświadczyła. Tyra wie, że to nie tylko alkohol i gorąca namiętność. Czuje, że spotkała mężczyznę, o jakim zawsze marzyła. Niestety, ten wspaniały facet jest także jej nowym szefem…

Kane „Tack” Allen ma pewną zasadę: nie zatrudnia dziewczyn, z którymi się przespał. Kiedy więc dowiaduje się, że osoba, z którą spędził ostatnią noc jest nowozatrudnioną kierowniczką biura, bez namysłu zwalnia ją z pracy. Tyra zaciekle walczy o zachowanie posady. Tack godzi się na jej pozostanie, ale pod warunkiem, że już nigdy nie wylądują razem w łóżku. Nigdy więcej. Jednak gdy atmosfera zaczyna być gorąca, Tack przekonuje się, że sam ma ochotę złamać wszelkie ustalenia…

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 571

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Tytuł oryginału: Motorcycle Man

Projekt okładki: Paweł Panczakiewicz/PANCZAKIEWICZ ART.DESIGN

Redakcja:Grażyna Muszyńska

Redakcja techniczna: Anna Sawicka-Banaszkiewicz

Skład wersji elektroniczej: Robert Fritzkowski

Korekta:Anna Sawicka-Banaszkiewicz, Renata Jaśtak

Copyright © 2012 by Kristen Ashley

All rights reserved

For the cover illustration © ZoranOrcik/Shutterstock

© for the Polish edition by MUZA SA, Warszawa 2019

© for the Polish translation by Agnieszka Lipska-Nakoniecznik

ISBN 978-83-287-1202-7

Wydawnictwo Akurat

Wydanie I

Warszawa 2019

Barbarze Hunter Mahan – mojej cioci, mojemu wzorcowi do naśladowania i najbardziej entuzjastycznej z czytelniczek. To jest ciocia z rodzaju tych, które interesują się wszystkim, co robisz, wspierają w podejmowaniu każdej decyzji, pragną dla ciebie jedynie niezmąconego niczym szczęścia i ofiarowują bezwarunkową miłość. To kobieta, która nazywa rzeczy po imieniu, robi to, co lubi i lubi to, co robi, i zawsze mówi to, co myśli. Jeśli nie doceniasz takiej szczerości, to masz problem. Jest pierwszą kobietą, z którą wybrałabym się na zakupy, i jedyną, z którą chciałabym zostać porwana. Kocham cię, ciociu Barb.

PrologFacet na motocyklu

– Nie śpisz już, skarbie? – zapytał.

Jego ciepła dłoń powędrowała wzdłuż mojego kręgosłupa, zsuwając po drodze prześcieradło i wprawiając moje ciało w rozkoszne drżenie, żeby ostatecznie spocząć tuż poniżej pośladków.

Uśmiechnęłam się.

Udało się. Wreszcie. Znalazłam go. I nie było to złudzenie wywołane tequilą. Wlałam w siebie naprawdę sporo, ale nie aż tyle, żeby nie zdawać sobie sprawy z tego, co się dzieje. To był właśnie ten jedyny. Leżący obok motocyklista był bez wątpienia facetem z marzeń.

Nigdy bym nie pomyślała, że to będzie ktoś taki jak on, a jednak tak się stało. Wiedziałam o tym od samego początku, od chwili, kiedy dostrzegłam go po drugiej stronie dziedzińca w kłębiącym się morzu ludzi. Wszyscy śmiali się, pili, krzyczeli, tańczyli, jedli, obejmowali się albo walczyli. To nie było moje towarzystwo, ale Eloise powiedziała, żebym przyszła, bo powinnam stać się członkiem rodziny, więc jej posłuchałam. Tak miało wyglądać moje nowe życie, sama podjęłam taką decyzję, więc musiałam sprostać wyzwaniom. Tak też zrobiłam.

On także mnie zobaczył. I odnalazł. Potem poił mnie tequilą, choć wcale nie musiał tego robić. Należałam do niego od chwili, kiedy nieśpiesznym krokiem przeciskał się przez tłum, nie odrywając spojrzenia od moich oczu, a jego usta, ocienione śmieszną, kozią bródką, układały się w seksowny uśmiech. W końcu stanął przede mną.

– Cześć – powiedział głębokim, nieco schrypniętym głosem.

I już było po mnie.

Wypiliśmy kilka drinków i trochę pogadaliśmy, co chwila wybuchając śmiechem. Po godzinie wziął mnie za rękę i zaprowadził do pokoju w budynku, w którym mieścił się klub motocyklowy, a teraz, kilka godzin później, leżałam naga z nim w łóżku, mając za sobą tyle orgazmów, że nawet nie zdołałam ich policzyć. Już było jasne, że to mój wymarzony mężczyzna. Facet o mrocznym obliczu, o którym śniłam, odkąd sięgam pamięcią. Wcale nie chodziło o orgazmy, lecz o to, że sprawił, że wciąż się śmiałam, wciąż piłam alkohol i czułam się tak fantastycznie i tak niewiarygodnie pełna życia, podczas gdy impreza kręciła się wokół nas.

Ten gość o imieniu Tack kochał życie i wiedział, jak korzystać z niego w pełni. A ja od razu wiedziałam, nieważne jak szaleńczo to zabrzmi, że u jego boku będę miała możliwość zasmakować życia w jego najbardziej kolorowym wymiarze.

Leżałam na brzuchu, z rękami skrzyżowanymi na poduszce i opartym na nich policzkiem, odwrócona tyłem do ukochanego. Wreszcie przekręciłam się na bok i zmierzyłam go uważnym spojrzeniem.

Ciemne, długie, niesforne włosy przetykane tu i ówdzie pasmami siwizny. Błękitne oczy z promieniującymi z kącików liniami, o których wiedziałam, po prostu wiedziałam, że powstały od częstego śmiechu. Ciemna kozia bródka dookoła ust, nieco dłuższa na podbródku, charakterystyczna dla motocyklistów i tak urocza, że trudno opisać ją słowami. Fantazyjne tatuaże wijące się dookoła mocarnych rąk, szerokie barki i umięśniony kark. Wiem, że reszta ciała jest tak samo mocna i silna, ponieważ z wielką przyjemnością zapoznałam się z każdym jego centymetrem.

Przepiękny. Doskonały. Wprawdzie nigdy bym nie pomyślała, że taki facet – motocyklista i miłośnik motoryzacji – może wpaść mi w oko, ale teraz okazało się, że znalazłam mężczyznę moich snów, trafiłam na ideał.

– Nie śpię – wyszeptałam, bo mogłam wydobyć z siebie jedynie szept.

Gardło ściskały mi radość i podekscytowanie. Od zawsze czekałam na tego człowieka i oto się pojawił. Wspaniały, pokryty tatuażami, o chropawym głosie, zręcznych rękach, ustach i innych częściach anatomii.

Jego dłoń ześlizgnęła się z mojej nogi, żeby wymierzyć mi lekkiego klapsa w pupę.

– Czas, żebyś przeniosła się do własnego łóżka, kochanie – powiedział.

Zamrugałam, ale reszta mojego ciała zamieniła się w lód. Odsunął się ode mnie, wyszedł z pościeli, chwycił dżinsy i wbił się w nogawki, a następnie nieśpiesznym krokiem podszedł do drzwi, nie troszcząc się nawet o to, by rzucić za siebie choćby jedno spojrzenie.

– Zostaw numer i zamknij drzwi, jak będziesz wychodziła, dobrze skarbie?

Chwilę później już go nie było.

Rozdział pierwszyZaparzę ci kawę

Była za dziesięć ósma, kiedy wstrzymałam oddech i skręciłam z Broadwayu na szeroki, wylany cementem podjazd, który poprowadził mnie dookoła dużego domu handlowego z artykułami motoryzacyjnymi, stanowiącego część przedsiębiorstwa Ride. Dojechałam do parkingu przed warsztatem z trzema bramami, który także należał do firmy.

Podjeżdżając, patrzyłam z uwagą na spory warsztat. Ride Custom Cars and Bikes, moje nowe miejsce pracy – firma słynna na cały świat. Gwiazdy ekranu oraz szejkowie z Arabii Saudyjskiej kupowali tutaj swoje pojazdy. Samochody i motocykle z tej firmy stały w magazynach i były zamawiane do produkcji filmowych. W Denver wszyscy ją znali. Do diabła, każdy w Kolorado wiedział o niej, a ja byłam całkiem pewna, że znał ją każdy mieszkaniec Stanów Zjednoczonych. Byłam całkiem pewna, mimo że sama niewiele wiedziałam na temat samochodów i motocykli robionych na zamówienie. Prawdę powiedziawszy, nie interesowałam się motoryzacją, a jednak doskonale orientowałam się, czym zajmuje się firma Ride.

Wiedziałam również, że klub motocyklowy Chaos posiada warsztat i cztery sklepy z wyposażeniem samochodowym: właśnie ten w Denver, jeden w Boulder, kolejny w Colorado Springs i ostatni, który niedawno został otwarty, w Fort Collins. Słyszałam także o klubie motocyklowym Chaos. Byli znani ze względu na powiązania z firmą Ride, jak również ze względu na fakt, że wielu ich szorstkich z wyglądu i sprawiających wrażenie gotowych na wszystko członków pozowało do zdjęć wraz ze swoimi robionymi na zamówienie samochodami i motocyklami. Znałam ich także dlatego, że często bywaliśmy razem na imprezach.

Tego dnia zaczynałam pracę jako nowy kierownik biura. To był pierwszy dzień po imprezie, na której Tack uprawiał ze mną seks. Tack, prezes Chaosu, a przede wszystkim mój nowy szef.

W końcu minął zaledwie jeden dzień i jedna noc od czasu, kiedy Tack mnie przeleciał: bum, bum, tadam, żegnam panią, madam.

– Boże… Ależ ze mnie idiotka. Cholerna, głupia idiotka – wyszeptałam do przedniej szyby, parkując tuż przed schodkami prowadzącymi do drzwi znajdujących się tuż obok potrójnej bramy. Drzwi z napisem: „Biuro”.

Ale wcale nie byłam idiotką. Byłam zwykłą zdzirą.

Nie miałam pojęcia, jak sobie poradzę z tą świadomością. Nigdy wcześniej nie czułam się jak zdzira. Nie miałam zwyczaju wskakiwać do łóżka z mężczyzną, którego ledwo co znałam. Nie czułam przypływów pożądania, kiedy myślałam, że są pięknymi, doskonałymi facetami na motocyklach, wyjętymi z moich snów, i że pójdę z nimi napić się tequili, a potem przez długie godziny będę uprawiać z nimi fantastyczny, dziki, szalony i rozkoszny seks. To zupełnie nie w moim stylu. Nie byłam osobą, która żyje tak, jak żył Tack. Miałam trzydzieści pięć lat i dotąd prowadziłam spokojną, cichą, pozbawioną ryzyka egzystencję. Z rozwagą podejmowałam decyzje. Ważyłam wszystkie „za” i „przeciw”. Układałam listy. Robiłam plany. Organizowałam. Myślałam z wyprzedzeniem. Nigdy nie stawiałam kroku, dopóki nie byłam pewna, że moja stopa trafi na oparcie. Jeśli zaś przypadkiem znalazłam się w sytuacji, która wydawała się niepewna, zawsze potrafiłam znaleźć drogę wyjścia. Gotowe!

Przed dwoma miesiącami, kiedy spojrzałam na swoje życie i na toksycznych ludzi, którzy byli w nim obecni, wiedziałam, że muszę wyjść z tego układu.

I wyszłam. Niczego nie planowałam. Nie rozważałam żadnych „za” i „przeciw”. Nie zakładałam żadnej strategii. Nie myślałam do przodu. Kiedy nadeszła chwila olśnienia i zdałam sobie sprawę, gdzie utknęłam, w jakim jestem niebezpieczeństwie i w jak niezdrowym układzie, nie miałam pojęcia, gdzie wyląduję, gdy wyskoczę z kolejki górskiej, w którą zmieniło się moje życie. Zwyczajnie wstałam zza biurka, zgarnęłam swoje rzeczy, wepchnęłam je do pudełka i wyszłam. Nawet nie pofatygowałam się, żeby powiedzieć mojemu szefowi, że odchodzę. Po prostu wyszłam. I już nie wróciłam.

Przez następne dwa miesiące w każdą środę kupowałam gazetę i otwierałam ją na dziale z ogłoszeniami o pracy. Potem zamykałam oczy i trafiałam palcem w jakieś miejsce na każdej stronie. Jeśli przypadkiem okazywało się, że spełniam warunki wymagane dla danej posady, składałam aplikację.

Tak wyglądał mój szeroko zakrojony plan działania.

Moja najlepsza przyjaciółka, Lanie, uważa, że zwariowałam. Trudno było stwierdzić, że się myliła. Nie miałam pojęcia, co właściwie powinnam robić, dokąd pójść ani co się wydarzy, kiedy już tam dotrę. Wiedziałam jedynie, że muszę zacząć działać. Więc zaczęłam.

W danym momencie byłam tutaj, czyli w miejscu, gdzie według mnie powinnam być. Spędziłam cały wczorajszy dzień na rozmyślaniach, czy w ogóle powinnam zjawić się w mojej nowej pracy, czy dać sobie spokój. Spieprzyłam dosłownie wszystko, choć jeszcze niczego nie zaczęłam. Nie chciałam widzieć się z Tackiem. Nigdy więcej nie chciałam go oglądać. Sama myśl o ponownym spotkaniu była wysoce upokarzająca. Czułam, jak pieką mnie policzki, a wstyd towarzyszył mi stale od momentu, kiedy wyślizgnęłam się z łóżka, włożyłam ubranie i odrętwiała wymknęłam się z jego pokoju. Ale od dwóch miesięcy byłam bez pracy. Miałam zapas gotówki na czarną godzinę, ale miałam też raty do spłacania. Musiałam znaleźć zatrudnienie i na nowo zbudować swoje życie. Cokolwiek przyszłoby mi robić, musiałam podjąć wyzwanie. Musiałam coś znaleźć, wszystko jedno co.

Teraz nie było drogi odwrotu. Wyskoczyłam z górskiej kolejki na samym szczycie wzniesienia, tuż przed tym, nim popędziła w dół, i właśnie zorientowałam się, że spadam. Gdzieś jednak musiałam wylądować i właśnie okazało się, że ląduję w tym konkretnym miejscu.

Tak więc jestem zdzirą. Po świecie chodzi mnóstwo zdzir, setki tysięcy takich dziewczyn. Może nawet miliony. Codziennie chodzą do pracy, a część z nich z pewnością spotyka tam ludzi, z którymi wcześniej uprawiała seks. Pewnie idą tam bez mrugnięcia okiem. Przypuszczalnie nie rumienią się z zażenowania, tylko wcale się tym nie przejmują. Zapewne po jakimś czasie znajdują następnego kolegę z pracy albo przypadkowego faceta, na którego widok ich serca biją mocniej, a po ciele przebiegają przyjemne dreszcze, i zwyczajnie idą z nim do łóżka. Pewnie to lubią. Nie, pewnie to uwielbiają.

To część życia, prawda? To część naszego sposobu na życie, zgadza się? Robisz głupie rzeczy, ponieważ sprawia ci to przyjemność, a jeśli coś spieprzysz, po prostu ruszasz dalej. Wszyscy tak robią. Wszyscy. Nawet ja. Psiakrew, przez przerażająco długi czas pędziłam w straszliwej, zwariowanej górskiej kolejce. Przez cały ten czas miałam oczy zamknięte i starałam się nie zwracać uwagi na okropne, straszne rzeczy, które działy się wokół mnie. Byłam zbyt przestraszona, żeby rozejrzeć się dookoła i podjąć ryzyko. Nigdy więcej nie powtórzę tego błędu.

Tak więc spałam ze swoim szefem. No i co z tego? Wzięłam głęboki wdech, zarzuciłam na ramię torebkę, otworzyłam szeroko drzwi i wysiadłam z samochodu. Rozejrzałam się po okolicy. Było dość wcześnie i najwyraźniej miłośnicy motocykli nie wstają o takiej porze. Na parkingu nie było żywej duszy. Zobaczyłam rząd motocykli, pięć z nich parkowało przed główną siedzibą firmy – długim, prostokątnym budynkiem, ustawionym bokiem do dziedzińca, który oddzielał warsztat od sklepu z częściami motoryzacyjnymi. Za firmowym autem z logo sklepu stała poobijana półciężarówka. Poza tym nie było tam nic innego. Żadnego ruchu. Żadnego dźwięku.

Eloise była umówiona ze mną punktualnie o ósmej, żeby wprowadzić mnie w obowiązki sekretarki. Oczywiście przyjechałam za wcześnie, ale mimo to weszłam po schodkach i nacisnęłam klamkę. Drzwi były zamknięte. Odwróciłam się twarzą do dziedzińca i spojrzałam na zegarek. Za siedem ósma. Muszę poczekać.

Zdjęłam z ramienia torebkę, wygrzebałam telefon, otworzyłam pstryknięciem klapkę, a potem z powrotem zarzuciłam torebkę na ramię i napisałam esemesa do Lanie.

„Jestem na miejscu”.

Mniej więcej pięć sekund później nadeszła odpowiedź.

„Matko Boska! Gdzie? Czyś ty zwariowała?”

Opowiedziałam mojej najlepszej przyjaciółce o imprezie w klubie motocyklowym i o łóżkowych wyczynach mojego nowego szefa. Postąpiłam tak w nadziei, że policzki przestaną mnie piec na samą myśl o tym, co się wydarzyło, a do tego problem powierzony przyjaciółce przestaje być problemem. Każda dziewczyna świetnie o tym wie, chociaż jak ostatnio nauczyło mnie życie, rozwiązywanie problemów zazwyczaj sprowadza się do dyskusji, jakie ciuchy włożyć na pierwszą randkę albo czy powinnaś zainwestować w ten bajecznie piękny, ręcznie kuty stojak do wina, który widziałaś w Pottery Barn, nie zaś do zwierzeń, że właśnie pozwoliłaś sobie na jedną czułą noc ze swoim szefem. Odrobiłam tę lekcję, ponieważ wygadanie się Lanie w niczym mi nie pomogło.

Lanie była zdania, że absolutnie nie powinnam pokazywać się w nowej pracy. Powinnam za to przez następne dwa – albo dwanaście – miesięcy bawić się w trafianie palcem w ogłoszenia o pracę, byle tylko nie wchodzić w zasięg wzroku Tacka. Jednak Lanie miała niezłą posadę jako szefowa biura ogłoszeń i mieszkała wygodnie ze swoim narzeczonym, Elliotem. Nie musiała martwić się, że pieniądze na czarną godzinę topnieją w oszałamiającym tempie – nie tylko dlatego, że była utalentowana i że na ten rodzaj pracy było duże zapotrzebowanie, dzięki czemu dostawała bardziej niż przyzwoitą pensję, lecz także dlatego, że Elliot był genialnym programistą i zarabiał mnóstwo kasy. Naprawdę mnóstwo. Lanie potrafiła wydać dziesięć tysięcy dolarów na same kwiaty na ich przyjęcie weselne, a budżet na catering przyprawił mnie o drgawki. Sama suknia ślubna kosztowała więcej niż mój samochód.

Przesunęłam kciukiem po klawiaturze na wyświetlaczu.

„Nie zwariowałam. Po prostu potrzebuję czeku”.

Pięć sekund później Lanie odpisała.

„Co będzie, jak go zobaczysz?”

Byłam przygotowana na taką ewentualność. Spędziłam mnóstwo czasu, przygotowując się na ponowne spotkanie z Tackiem. Prawdę mówiąc, ta myśl tak bardzo dręczyła mnie przez ostatnią noc, że udało mi się przespać najwyżej dwie godziny.

„Cóż, jeśli go zobaczę, to po prostu go zobaczę. Zamierzam dać sobie radę z tą dziwką, która mieszka we mnie” – odpowiedziałam.

Tym razem czekałam jeszcze krócej.

„Nie jesteś żadną dziwką! Jesteś Tyra Masters, a Tyra Masters zdecydowanie NIE JEST dziwką, rozumiesz?!”

„Teraz jest – odpisałam, żeby po chwili dodać: – Przynajmniej była nią w sobotę w nocy”.

„W życiu nie będziesz już włóczyć się sama – wysłała w odpowiedzi. – Jeśli w przyszłości wybierzesz się na jakąś imprezę i zaczniesz kogoś podrywać, będę obok ciebie”.

Uśmiechnęłam się, ale w tej samej sekundzie usłyszałam trzaśnięcie drzwiami, więc podniosłam głowę. I poczułam, że w płucach brakuje mi powietrza.

Psiakrew! Tack stał przed drzwiami prowadzącymi do głównego budynku, w którym mieścił się klub motocyklowy. Miał na sobie dżinsy w wyblakłym niebieskim kolorze, buty do jazdy na motocyklu i obcisły biały T-shirt. Nawet z tej odległości mogłam zobaczyć, że jego włosy są w całkowitym nieładzie. Natychmiast wiedziałam, skąd wziął się ten nieład. Tack obściskiwał się z jakąś wysoką, szczupłą laską o ciemnych włosach, a jak mówię „obścis­kiwał się”, to właśnie to mam na myśli. Nic im nie przeszkadzało, ona trzymała ręce na jego fantastycznym tyłku, on na jej pośladkach.

Boże, spędziłam w jego łóżku sobotnią noc, a oto on już w niedzielę zdążył przespać się z inną kobietą. I nie odprowadził mnie do drzwi ani nie objął czule na pożegnanie. Do diabła, wcale się ze mną nie pożegnał.

Niech to szlag! Zamknęłam oczy i przełknęłam ślinę. Zabolało… Cholernie zabolało. W porządku, może nie powinnam była tego robić.

Otworzyłam oczy i wbiłam wzrok w telefon, jednocześnie biegając kciukiem po wyświetlaczu.

„On właśnie wyszedł z budynku” – napisałam do Lanie.

Po dwóch sekundach dostałam odpowiedź.

„Chryste Panie!”

„Właśnie obmacuje jakąś brunetkę” – poinformowałam.

„O Boże! Boże, zabieraj się stamtąd! Natychmiast!” – odpisała.

Usłyszałam kaszlnięcie silnika i podniosłam wzrok, żeby zobaczyć, że brunetka siedzi za kierownicą poobijanej półciężarówki. Przesunęłam spojrzenie na Tacka, żeby przekonać się, że on patrzy na mnie. Natychmiast spojrzałam znowu na półciężarówkę i ujrzałam, jak brunetka macha na pożegnanie do Tacka, ale on już z nią skończył. Gdy popatrzyłam z powrotem na niego, przekonałam się, że Tack nie zwraca na nią najmniejszej uwagi, tylko idzie w moim kierunku.

Opuściłam wzrok na telefon i szybko wstukałam kolejną wiadomość.

„Ona właśnie odjeżdża. On idzie w moją stronę”.

Wysłałam esemesa, ale nie podniosłam głowy, tylko nadal gapiłam się w telefon, starając się nie zagryzać warg ani w inny sposób nie okazywać swojego zakłopotania.

– Rudzielcu… – usłyszałam, ale na szczęście telefon zapiszczał w moim ręku, więc nie musiałam od razu podnosić spojrzenia, bo najpierw należało przeczytać odpowiedź Lanie.

„Rany boskie, uciekaj! Tyra, uciekaj stamtąd!”

– Rudzielcu… – usłyszałam znowu i w końcu podnios­łam głowę, żeby przekonać się, że Tack zdążył pokonać trzy z ośmiu dzielących nas schodków.

Wyglądał wspaniale. Wszystko w nim było wspaniałe. Sposób, w jaki nosił ubranie. Fryzura, która sprawiała wrażenie, jakby przed chwilą wyszedł z łóżka i tylko przeczesał palcami włosy. Płytkie zmarszczki od uśmiechu, rozchodzące się promieniście z kącików oczu. Ruch ciała, kiedy stawiał kroki.

Nic z tego, nie mogłam znów okazać się zdzirą. Powinnam była posłuchać rad Lanie.

– Cześć – wydusiłam z siebie.

Policzki paliły mnie żywym ogniem i byłam pewna, że jestem zarumieniona od stóp do głowy, kiedy czułam, jak jego spojrzenie przesuwa się po mnie. W końcu dotarł do podestu schodów i popatrzył na mnie z góry, ale nie odniosłam wrażenia, że mój widok go uszczęśliwił.

– Co tutaj robisz, skarbie? – zapytał.

Gapiłam się na niego ze szczerym zdumieniem. W sobotni wieczór uprzedziłam go przecież, że zostałam nową kierowniczką biura. Czyż nie?

– Pracuję tutaj – powiedziałam po prostu.

– Co takiego?!

– Powiedziałam, że tutaj pracuję.

Jego wzrok znów przesunął się po mnie od czubka głowy po końce palców.

– Pracujesz tutaj… – powtórzył jak echo.

– Tak, Eloise mnie zatrudniła. Przejmuję jej obowiązki. Jestem twoją nową kierowniczką biura.

Gapił się na mnie i tak samo jak przedtem nie sprawiał wrażenia uszczęśliwionego moim widokiem. Prawdę mówiąc, widać było, że wcale nie czuje się szczęśliwy.

– Nabierasz mnie? – stwierdził po chwili.

Znów musiałam opanować chęć zagryzienia warg. Pokręciłam głową. Najwidoczniej Tack nie był wielkim zwolennikiem współpracy z kobietami, które zaciągnął do łóżka i porzucił. Albo, jak w moim przypadku, zaciągnął, a następnie wykopał z łóżka. Pomyślałam, że to interesująca myśl. Może niezbyt korzystna dla mnie, niemniej interesująca.

– Już tutaj nie pracujesz – oznajmił Tack.

Zamrugałam, a moja ręka odruchowo zaczęła szukać oparcia, aż zacisnęła się na barierce za moimi plecami.

– Co takiego? – wyszeptałam.

– Kochanie, nic z tego – warknął z wściekłością. – Co ty sobie wyobrażałaś, do diabła?!

– Z czym sobie wyobrażałam?

Pochylił się i to zajęło mój zaćmiony, ogłuszony i ogarnięty ogniem umysł, zanim zdążyłam wykombinować, że on wygląda coraz groźniej. Co gorsza, musiałam przyznać, że ta myśl lekko mnie przeraziła.

– Nie mam zwyczaju pracować z sukami, które ssały mi fiuta – oświadczył i w tym momencie przestałam się rumienić. Teraz policzki paliły mnie żywym ogniem.

– Ale… – wyjąkałam, kiedy tylko udało mi się wydobyć głos. – Wydaje mi się, że mówiłam ci, że jestem nową kierowniczką biura.

– Nic podobnego – odparł.

– Jestem przekonana, że tak!

– Absolutnie nie – upierał się.

– Właśnie, że mówiłam!

Przysunął się bliżej i warknął mi wprost do ucha.

– Słuchaj, Rudzielcu! Nic! Mi! Nie! Mówiłaś!

– W porządku… – wyszeptałam, nie tylko dlatego, że w tym momencie naprawdę wydał mi się przerażający, ale po prostu przestałam być tak pewna. Może faktycznie tylko mi się zdawało?

– Nie pieprzę nikogo, kto dostaje czek z moim podpisem – jasno przedstawił swoje stanowisko, podczas gdy mój umysł gwałtownie starał się znaleźć rozwiązanie tego nowego dylematu, jednocześnie walcząc z potrzebą, by popędzić do samochodu, wycofać się z parkingu przed Ride Custom Cars and Bikes i uciec jak najdalej od tego okropnego, dziwacznego faceta.

To znaczy, co sobie o nim wcześniej myślałam? Myślałam, że jest piękny. Doskonały. Mężczyzna na motocyklu, wyjęty z moich snów. O rany, ale się myliłam. Bardzo, bardzo myliłam. Wcale taki nie był. Był prymitywnym facetem kochającym motocykle, prezesem klubu motocyklowego, a do tego w tej chwili wydawał mi się wprost przerażający. Z trudem udało mi się pozbierać. Wreszcie zdecydowałam się odezwać.

– No cóż, mi to nie przeszkadza. Taki nieistotny wyskok. Zapomnimy, że to się wydarzyło, a ponieważ nie zdarzy się nigdy więcej, możemy zacząć z miejsca, gdzie teraz jesteśmy i nie będziesz musiał łamać swojej zasady, że nie sypiasz z pracownicami, żeby… um… żeby mnie zatrudnić.

– Więc mam zapomnieć, co między nami zaszło? – teraz sprawiał wrażenie jeszcze bardziej rozgniewanego.

– Cóż… No tak – odpowiedziałam.

– Zasada została złamana, skarbie. Nie udawaj – parsknął.

– Wcale nie została – oświadczyłam z przekonaniem.

– Rudzielcu, została złamana.

– Według mnie nie.

– A według mnie tak.

– Właśnie, że nie – stwierdziłam i on otworzył usta, żeby coś powiedzieć. Jego rysy stwardniały, a w oczach pojawił się błysk, więc szybko postarałam się wytłumaczyć swoje racje. – Mówiłeś, że nie sypiasz z nikim, kto dostaje czek z twoim podpisem. Cóż, Eloise zatrudniła mnie, ale właściwie jeszcze nie zaczęłam pracy, zgadza się? Więc jak dotąd nie dostałam czeku z twoim podpisem, ponieważ na razie tylko otrzymałam propozycję pracy. Właściwie jeszcze nie zaczęłam jej wykonywać. Kiedy wejdę przez te drzwi… – wskazałam na wejście do biura – dopiero wtedy stanę się twoim pracownikiem, a wtedy… no wiesz… już nigdy więcej, więc zasadniczo nie złamałeś reguły niesypiania z pracownicami, no i nie złamiesz.

– Ale wiem, jaka jesteś w łóżku – poinformował mnie o czymś, o czym i tak wiedziałam.

To było niespotykane i lekko nieprzyzwoite, więc nie pośpieszyłam z odpowiedzią.

– I wiem, jak krzyczysz, kiedy dochodzisz – mówił dalej, nadal mało uprzejmie.

Nic nie wskazywało na poprawę sytuacji, więc zacisnęłam zęby, żeby nie zagryzać warg.

– I wiem, jak nienasycona potrafisz być – ciągnął dalej. – Skarbie, jeśli naprawdę sądzisz, że jak będziesz kręcić się w pobliżu, nie będę chciał powtórzyć tego, co było między nami, to masz nierówno pod sufitem.

Zamrugałam ze zdziwienia.

– Co powiedziałeś? – spytałam cicho.

– Kochanie, jesteś najbardziej smakowitym tyłeczkiem, jaki wylądował w moim łóżku od cholernie długiego czasu. Uwielbiam takie kąski, więc myślisz, że ci odpuszczę?

Tym razem zdecydowanie przesadził.

– Wcale nie jestem nienasycona – odparłam szeptem.

Odsunął się o krok.

– Owszem, jesteś, jak cholera. Jesteś tak kurewsko nienasycona, że prawie udało ci się mnie wykończyć. A to coś znaczy, skarbie.

To wcale nie było śmieszne i z każdą sekundą stawało się coraz mniej zabawne.

– Czy możemy zmienić temat?

– Tak, zdecydowanie nie będziemy o tym rozmawiać. To całkiem mi pasuje. Pasuje mi także to, że się zjawiłaś, ponieważ kiedy w sobotę wychodziłaś z mojego pokoju, zapomniałaś zostawić numer telefonu. Więc teraz daj mi swój numer, a potem wsadź swój uroczy tyłek do samochodu i zjeżdżaj. Zadzwonię do ciebie, jak będę miał ochotę cię przelecieć.

O mój Boże! Czy on naprawdę to powiedział? Poczułam, jak krew przestaje mi krążyć w żyłach, a całe ciało zamienia się w sopel lodu.

– Coś ty powiedział? – wymamrotałam, gdy moje wargi zdołały się poruszyć.

– Rudzielcu, zostaw numer telefonu, wsadź tyłek do samochodu i zjeżdżaj, a ja obiecuję zadzwonić do ciebie, kiedy znowu nadejdzie czas, żebyśmy się zabawili.

Tak, naprawdę to powiedział. Powiedział, ponieważ powtórzył prawie wszystko słowo w słowo. Znowu zacisnęłam zęby, tylko teraz z innych powodów niż poprzednio. A potem zadałam mu pytanie.

– Wiesz, jak mam na imię?

– Co takiego? – spytał.

– Czy wiesz, jak mam na imię – powtórzyłam. – W sobotę w nocy powiedziałam ci, jak mam na imię, więc nie próbuj mi teraz wmówić, że tego nie zrobiłam.

Tak było. Zdecydowanie, bez żadnych wątpliwości poinformowałam go wtedy, jak się nazywam. Prawdę mówiąc, zrobiłam to przynajmniej trzy razy, ponieważ on wciąż zwracał się do mnie per „Rudzielcu”.

– No chyba robisz sobie ze mnie jaja – parsknął.

– Przestań powtarzać, że robię sobie z ciebie jaja. Nic podobnego. Jak mam na imię? – Nie miałam zamiaru ustąpić.

– Kochanie, kogo to obchodzi? Po co nam imiona?

Tak brzmiała jego odpowiedź. Niewiarygodne.

– O mój Boże… – wyszeptałam. – Ale z ciebie dupek.

– Posłuchaj, Rudzielcu…

– Jesteś skończonym dupkiem – nadal mówiłam szeptem, a on w odpowiedzi skrzyżował ręce na piersiach.

– Masz dwie możliwości, Rudzielcu. Albo dajesz mi numer, wsiadasz do auta, wynosisz się stąd i czekasz, aż zadzwonię, albo zwyczajnie wsiadasz i zjeżdżasz. Masz pięć sekund na decyzję.

– Nie mam zamiaru wsiadać do samochodu – odparłam bez zastanowienia. – Czekam, aż przyjdzie Eloise, żeby pokazać mi co i jak, a potem zabieram się do pracy.

– W życiu nie będziesz tu pracować – warknął.

– Owszem, będę – wypaliłam.

– Skarbie, nie mam ochoty powtarzać. Nie będziesz tu pracować.

To wszystko stało się w chwili, kiedy czułam, że jestem na straconej pozycji, choć nie wiedziałam dlaczego. Nie jestem osobą, która przegrywa. Nie możesz przegrać, jeśli starannie zaplanujesz każdą sekundę życia. Przezorność i przegrywanie nie idą w parze.

A jednak przegrałam.

Oparłam obie ręce na biodrach, podeszłam krok w jego kierunku i wspięłam się na palce, żeby znaleźć się z nim twarzą w twarz.

– Teraz ty mnie posłuchaj, obrzydliwy, okropny dupku – wycedziłam przez zęby. – Potrzebuję tej roboty, rozumiesz? Nie pracuję od dwóch miesięcy i ta praca naprawdę jest mi potrzebna. Nie mogę czekać kolejnych dwóch, albo jeszcze dłużej, aż znajdę następną posadę. Muszę zacząć pracować teraz.

Jego błękitne oczy przewiercały mnie w sposób, który odczuwałam niemal fizycznie, ale nie dałam za wygraną.

– Jesteś cholernie przystojny, masz piękne tatuaże i uroczą kozią bródkę. Przyciągnąłeś mój wzrok, a ja przyciągnęłam twój. Uprawialiśmy seks. Bardzo intensywny seks. Wyszło nieźle. I co z tego? Wtedy było wtedy, a teraz jest teraz. Już nie będziemy tak się zabawiać, już nigdy więcej. Zabawa się skończyła. Mam zamiar przychodzić tu na ósmą, wychodzić o piątej, robić, co do mnie należy, ty zaś będziesz moim strasznie gogusiowatym szefem, który będzie podpisywał dla mnie czeki i oceniał moją pracę. Jeśli okażesz się miły, być może zaparzę ci kawę. Poza tym ty nie będziesz istniał dla mnie, a ja dla ciebie. Co było, to było. Już skończone. Ja idę dalej, a to, w jaki sposób działam, oznacza, że spokojnie mogę… tutaj… pracować…

Przerwałam, bo zdałam sobie sprawę, że ciężko oddycham. Tak samo zdałam sobie sprawę, że on nadal przewierca mnie spojrzeniem. Wiedziałam, że wciąż jest wściekły, ale teraz pojawiło się coś jeszcze – coś, czego nie rozumiałam, ponieważ go nie znałam i nie potrafiłam odczytywać jego nastrojów. Jednak cokolwiek to było, wydawało się gorsze niż jego wściekłość, która, szczerze mówiąc, i tak była wystarczająco przerażająca. Kiedy się odezwał, jego głos brzmiał całkiem spokojnie.

– Naprawdę myślisz, Rudzielcu, że jeśli teraz położę na tobie ręce, to za mniej więcej dwie minuty nie będziesz dyszeć, leżąc na plecach w moim łóżku z szeroko rozchylonymi nogami?

Na te słowa zapomniałam, jak wielkie przerażenie we mnie budził.

– To coś nieprawdopodobnego – wysyczałam wściekle.

– Przecież mam rację – odpalił.

– Dotknij mnie, a podam cię do sądu – rzuciłam ze złością.

– Łżesz jak bura suka – odpowiedział.

– Tylko spróbuj – warknęłam z wrogą miną, choć wcale tego nie chciałam. Nie dlatego, że uważałam, że on ma rację, tylko dlatego, że okazał się dupkiem. Skończonym dupkiem. Właśnie doszłam do wniosku, że wolę być dotykana przez jakiegoś faceta, który właśnie siedzi w celi śmierci, niż żeby Tack kiedykolwiek jeszcze położył na mnie swoje łapska.

– Czy wszystko w porządku?

Obydwoje usłyszeliśmy to pytanie i jak na komendę odwróciliśmy głowy, żeby ujrzeć Eloise stojącą u podstawy schodów. Przyglądała się nam szeroko otwartymi oczami.

Otworzyłam usta, żeby coś do niej powiedzieć, ale zanim sensowne słowa przyszły mi do głowy, Tack odezwał się pierwszy.

– Powiedz jej, że jak założy do pracy te ekstrawaganckie ciuchy, to wyleci stąd na zbity pysk – warknął Tack, a ja ujrzałam, że Eloise drgnęła z zaskoczenia.

Miała na sobie dżinsy, obcisły T-shirt i sandałki na wysokich obcasach, ja zaś byłam w ołówkowej spódnicy, eleganckiej bluzce i pantoflach na wysokich obcasach, więc można powiedzieć, że zdecydowanie popełniłam błąd, jeśli chodzi o strój, ale z pewnością nie był on powodem zwolnienia. Spojrzałam na Tacka.

– Jeśli chodzi o ciebie… – powiedział. – Przelecę cię znowu, kiedy będę chciał, a ty nie będziesz miała nic do gadania, rozumiesz, Rudzielcu? A teraz wynoś się stąd. Czy wyraziłem się jasno?

– Nie ma mowy – oświadczyłam, a on zmierzył mnie wściekłym spojrzeniem, a potem przesunął wzrokiem dookoła mojej twarzy. Jego oczy krążyły po niej przez chwilę i zobaczyłam, że ich wyraz się zmienia. Mogłabym przysiąc, że widziałam, jak gniew uchodzi, ustępując miejsca czemuś innemu, jakiemuś zaciekawieniu, jakiejś dobroci, choć przez nagłą zmianę uczuć jego wzrok wydawał się jeszcze bardziej przerażający. Ciepłe spojrzenie błękitnych oczu przywarło do mnie.

– Jeszcze zobaczymy – zamruczał Tack.

Potem odsunął się ode mnie, zbiegł ze schodów, nieśpiesznie podszedł do jednego z motocykli, przerzucił nad nim nogę, włączył silnik, wycofał i z rykiem wyjechał z parkingu.

– O co mu chodziło? – odezwała się Eloise, a ja aż podskoczyłam i odwróciłam się, żeby zobaczyć ją stojącą obok mnie.

– Nie wydaje mi się, żebym zrobiła dobre wrażenie na moim nowym szefie – odparłam.

Eloise gapiła się w ślad za Tackiem, ale na te słowa odwróciła się do mnie i popatrzyła nadal szeroko otwartymi oczami, więc szybko przybrałam minkę typu „och, dam sobie radę”, a potem uśmiechnęłam się do niej.

– Och, przecież to nic wielkiego! – zawołałam. – On pewnie zaraz wróci. Chodź, zabierzmy się do roboty!

Nie czekając na odpowiedź, odwróciłam się w stronę prowadzących do biura drzwi.

Rozdział drugiPrzynieś to

To był mój trzeci dzień w Ride. Eloise wyjechała, zostałam pozostawiona sama sobie i nie miałam bladego pojęcia, co powinnam robić.

Wydawało się, że chyba powinnam była wiedzieć co nieco na temat samochodów i motocykli, skoro miałam zostać kierowniczką biura w warsztacie zajmującym się ich produkcją na zamówienie. Eloise robiła, co mogła, żeby w ciągu dwóch dni pokazać mi jak najwięcej, ale potem musiała jechać do pracy w Vegas. Oprócz tego, że prowadziła biuro, zajmowała się także w kasynie grą w blackjacka. Jej facet już tam pojechał, żeby zacząć nową pracę, więc musiała jak najszybciej się ogarnąć i wynieść się stąd, ponieważ gość zaczynał się niecierpliwić. Zdaje się, że nie było zbyt wielu kobiet, które mogły poprowadzić biuro w warsztacie samochodowym, albo przynajmniej takich, które by zdołały sprostać standardom obowiązującym w Chaos MC (to skrót od Chaos Motorcycle Club, jedna z rzeczy, których nauczyła mnie Eloise i które zapadły mi w pamięć), przez co poszukiwanie następczyni kosztowało ją o wiele więcej wysiłku, niż sądziła.

Nie podzieliła się ze mną informacją, na czym właściwie polegają standardy Chaos MC, ale najwidoczniej nie było wśród nich konieczności opanowania podstawowych spraw dotyczących samochodów i motocykli.

Dobrą rzeczą w pierwszych dwóch dniach pracy bez wątpienia było to, że odkąd Tack odjechał z rykiem silnika, widziałam go w przelocie zaledwie dwa razy. Raz wpadł na motocyklu na dziedziniec, kiedy akurat pierwszego dnia wychodziłam z biura, za drugim stał z rękami opartymi na biodrach na zapleczu salonu z częściami samochodowymi i nawijał o czymś z dwoma kolesiami, tak samo prymitywnymi jak on. Był odwrócony do mnie plecami, ale rozmowa nie wyglądała na przyjacielską pogawędkę. Nie bardzo mnie to obchodziło, ponieważ w torebce miałam listę i właśnie wychodziłam, żeby przynieść coś na lunch dla Eloise, dwóch mechaników i dla mnie. Kiedy wracałam, nigdzie nie było widać ani Tacka, ani dwóch jego szorstkich i nieogolonych kolegów, i żaden z nich nie pokazał się aż do momentu, kiedy wychodziłam.

Teraz nadszedł trzeci dzień pracy i pierwszy bez Eloise, za to Tack wciąż tu był. Wiedziałam o tym, bo kiedy przyjechałam za dziesięć ósma, jedna para olbrzymich, wahadłowych drzwi była uchylona i zobaczyłam, że Tack stoi pochylony nad silnikiem lśniącego wozu w pięknym wiśniowym kolorze. Odwrócił głowę, żeby przyjrzeć mi się, gdy parkowałam, ale na tym nasz kontakt się zakończył, ponieważ gdy zauważyłam, że na mnie zerka, parkując, celowo unikałam jego spojrzenia. Postarałam się szybko o tym zapomnieć, zabrałam torebkę z pączkami, które przywiozłam dla mechaników, wysiadłam z auta, otworzyłam kluczem drzwi biura, zapaliłam światło, włączyłam komputer i zabrałam się do parzenia kawy.

Czterdzieści pięć minut później pojawili się chłopcy. Słyszałam, jak przychodzili do pracy, a zaraz potem kilku wpadło na kawę i pączka. Siedziałam za biurkiem i popijałam kawę, jednocześnie wpatrując się w listę zamówionych części, którą wstukiwałam w komputer, nie wiedząc za Boga, która część do czego służy. Notatka, z której przepisywałam listę, nabazgrana na skrawku papieru, wyglądała jak sanskryt. Nagle drzwi prowadzące do warsztatu stanęły otworem.

Odruchowo prześlizgnęłam się wzrokiem w tamtą stronę, a moje usta już zaczęły układać się w uśmiech na powitanie kolejnego z mechaników, kiedy nagle zobaczyłam Tacka. Momentalnie uśmiech zastygł mi na wargach, a oczy przykleiły się do monitora komputera. Usiłowałam udawać, że wcale go tam nie ma, ale usiłowania spełzły na niczym. Dokładnie wiedziałam, kiedy zatrzymał się obok mojego biurka, choć starannie unikałam patrzenia w tamtą stronę.

– Wydaje mi się, Rudzielcu, że coś ci mówiłem na temat ciuchów? – zawarczał.

Nie odrywałam oczu od komputera, upiłam łyk kawy i dalej klikałam myszką.

– Nigdzie nie ma kodeksu pracy – poinformowałam monitor.

– Możesz powtórzyć? – zażądał.

Moje spojrzenie powędrowało w bok i ku górze.

Psiakrew, ależ on był wspaniały! Ujrzałam biały T-shirt, ciasno opinający klatkę piersiową, szerokie ramiona i sprężyste mięśnie brzucha, akurat w tym momencie nieco poplamione smarem. Dłonie także miał brudne jak diabli, choć trzymał w ręku tłustą od brudu szmatę. Najwyraźniej wycierał w nią ręce, choć przypuszczalnie robił to każdy mechanik, i to po tysiąc razy dziennie.

Zanotowałam w pamięci, żeby sprawdzić, czy zapas ścierek wrócił z pralni, a następnie powtórzyłam to, co powiedziałam wcześniej.

– Nigdzie nie ma kodeksu pracy.

– Co? – spytał Tack, a jego ręce odruchowo powędrowały w stronę bioder odzianych w spłowiałe dżinsy. W jednej nadal ściskał brudną szmatę.

– No cóż, nie ma żadnych określonych zasad dotyczących ubioru, więc mogę nosić to, co mi się podoba. Poważnie traktuję tę pracę, noszę więc odpowiednie ubrania.

Tak było. Miałam na sobie ołówkową spódnicę w kolorze kości słoniowej oraz uroczą bladoróżową bluzeczkę, prawie bez rękawów, która kończyła się na wysokości talii. Całości stroju dopełniały bladoróżowe pantofle na niebotycznie wysokim obcasie, które uważałam za wyjątkowo wspaniałe. Tak wspaniałe, że dokupiłam jeszcze bluzkę, następną spódnicę oraz spodnie, które do nich pasowały. Tak bardzo pokochałam te buty.

– Skarbie, to jest warsztat! Do pracy w warsztacie nie zakłada się żałosnego badziewia, które pasuje do jakiegoś wypasionego biurowca! W warsztacie człowiek nosi dżinsy!

Odsunęłam się od komputera i przekręciłam krzesło w stronę Tacka, odchylając do tyłu głowę.

– Chcesz, żebym przygotowała szkic kodeksu pracy, który będzie zawierał wskazówki dotyczące stroju? – spytałam.

– Tak, Rudzielcu, możesz się tym zająć – odparł natychmiast.

– Oczywiście – przytaknęłam. – Jakiś termin?

– Koniec dzisiejszego dnia pracy.

Zamrugałam ze zdumienia.

– To niemożliwe – powiedziałam prędko. – Przy wszystkich moich obowiązkach muszę mieć na to co najmniej tydzień. Może nawet dwa.

– Masz zrobić to jeszcze dzisiaj. I potrzebuję wszystkich tych części, które były w zamówieniu, ale chcę przejrzeć listę, zanim ją wyślesz.

O rany! Teraz zaczęła mnie ogarniać panika. Pracowałam nad przygotowaniem zamówienia i nie chciałam niczego poplątać. Moje pojęcie o tym, co zamawiam, było dość niejasne, więc istniała niemal pewność, że jednak coś się schrzani.

– Dobrze, za godzinę wszystko będzie gotowe – powiedziałam jak ostatnia idiotka.

Wielce wątpliwe, czy w ciągu godziny zdołam nauczyć się sanskrytu, a już z pewnością w tak krótkim czasie nie dowiem się niczego na temat samochodów i motocykli.

– Cała godzina to za długo – oświadczył. – Wyjeżdżam za trzydzieści minut. Masz trzydzieści minut.

Psiakrew!

– W porządku – odgryzłam się.

Spojrzał na mnie spode łba i odwrócił się, żeby odejść, ale nagle stanął jak wryty.

– Cholera… – mruknął i spojrzał na mnie przez ramię. – To ty przyniosłaś tutaj te pączki?

– Tak.

– Po co?

– A dlaczego nie?

– „Dlaczego nie” to nie jest odpowiedź, Rudzielcu. – Tack odwrócił się i szedł w moim kierunku, żeby stanąć ze mną twarzą w twarz.

– Chłopcy lubią pączki – wyjaśniłam.

– Więc?

– Więc kupiłam pączki, żeby zrobić przyjemność moim współpracownikom. Jak chcesz być miły, to robisz takie rzeczy. A ja jestem miła.

– Robisz takie rzeczy, bo chcesz wejść im w dupę bez wazeliny i chcesz, żeby cię polubili. Więcej masz niczego tu nie przynosić, zrozumiano?

Chryste! Co z tym facetem było nie tak?

– Po prostu zrobiłam coś, co było miłe – stwierdziłam oczywistą oczywistość, powtarzając własne słowa.

– W porządku. Zrobiłaś. I nie rób tego więcej.

– Tack, to tylko głupie pączki.

– Po prostu więcej tego nie rób, okej?

Zmierzyłam go wściekłym spojrzeniem.

– Czy jesteś takim cholernym dupkiem tylko w stosunku do mnie, czy postępujesz tak ze wszystkimi?

Wepchnął brudną szmatę do tylnej kieszeni dżinsów i skrzyżował na piersi ramiona.

– Posłuchaj, kochanie… Uprzedziłem cię, że nie chcę, żebyś tu pracowała. Nie powinnaś więc być zaskoczona, że traktuję cię jak dupek, bo nie zmieniłem zdania. Nadal nie chcę, żebyś tu pracowała.

Gapiłam się na niego. Nagle przyszło mi do głowy, że muszę zrobić zamówienie na części do samochodów i motocykli i że nie mam pomysłu, jak się do tego zabrać. Wiedziałam, że kolejne pytanie pewnie rozwścieczy Tacka i być może skończy się wywaleniem mnie z roboty. Potem pomyślałam, że przespałam się z nim, że myślałam, że to coś niezwykłego, coś wspaniałego, a okazało się, że wręcz przeciwnie. A później nasunęła się myśl, że skoro on mnie tutaj nie chce, to czemu tak mi zależy, żeby tutaj być? Ja przecież nawet go nie lubiłam. Ani trochę. Fakt, że się z nim przespałam, tylko mnie upokorzył. Sama myśl, że dzień w dzień miałabym z nim do czynienia, bynajmniej nie napełniała mnie radością. Jasne, polubiłam niektórych chłopaków z warsztatu i cieszyłam się, kiedy przychodzili na pogaduszki, ale przecież z żadnym z nich nie czułam się związana emocjonalnie.

Na litość boską, co ja wyprawiam?

– Doskonale – odparłam i z powrotem wlepiłam wzrok w ekran komputera.

– Co? – spytał Tack.

– Doskonale – powtórzyłam odwrócona do komputera, a potem zaczęłam wyjaśniać, o co chodzi. – Eloise nie miała dość czasu, żeby mnie ze wszystkim zaznajomić. Nie wiem więc, co mam robić. Zresztą za pół godziny sam się o tym przekonasz. Wiem, że mnie nie lubisz. Ja też cię nie lubię… – moje spojrzenie prześlizgnęło się w jego stronę – …więc w porządku. Skończę dzisiejszy dzień i więcej mnie nie zobaczysz.

Brwi Tacka powędrowały do góry.

– Dwa razy przekonywałaś mnie, jak bardzo zależy ci na tej pracy, a teraz tak łatwo rezygnujesz?

– Nie mam zamiaru pracować w firmie, w której nie wolno jeść pączków – oświadczyłam, a następnie wbiłam spojrzenie w komputer i zaczęłam pisać. – Tym zakazem przekroczyłeś wszelkie granice. Jak widzisz, łatwo zrezygnowałam.

Sięgnęłam po kawę i upiłam łyk.

– Myślałem, że ta praca jest ci potrzebna – powiedział Tack.

– Znajdę inną posadę, gdzie będę mogła nosić moje bajecznie piękne, różowe pantofle bez obawy, że jakiś denerwujący, okropny typ na motocyklu zacznie mnie z tego powodu prześladować.

– Chcesz więc powiedzieć, że najpierw zawracałaś mi głowę, że tak strasznie potrzebujesz tej roboty, a teraz rezygnujesz, bo nie możesz nosić seksownych pantofelków i opychać się pączkami?

Spojrzeniem powróciłam do Tacka.

– Tak, przystojniaku, właśnie to miałam na myśli.

Wpatrywał się we mnie, a ja wpatrywałam się w niego. Nagle jego twarz rozjaśniła się, a ocienione kozią bródką usta ułożyły się w seksowny jak diabli uśmiech.

– Chryste! Rudzielcu, powiedz, czemu zachowujesz się jak wrzód na dupie, kiedy mam wielką ochotę cię zerżnąć, tu i teraz?

Poczułam to tak, jakby czyjaś silna ręka uderzyła mnie prosto w pierś. W płucach zabrakło mi powietrza.

– Nie bądź taki ordynarny – prychnęłam.

Jego brwi znowu powędrowały do góry.

– Ordynarny?

– Ordynarny, wulgarny, nieokrzesany… Chamski – wyjaśniłam bez ogródek.

Seksowny uśmiech zmienił się w jeszcze bardziej seksowny uśmieszek.

– Skarbie, ja potrafię być tylko taki… Po prostu jestem sobą.

– No cóż, to świetnie. Kolejny powód do rezygnacji z pracy.

– Nie rezygnujesz z pracy – oświadczył.

Teraz nadeszła moja kolej na unoszenie brwi.

– Słucham?

– Nie rezygnujesz – powtórzył.

Ręka przygniatająca mi pierś nacisnęła mocniej.

– Myślałam, że nie chcesz, żebym tutaj pracowała.

Wysunął podbródek.

– Zmieniłem zdanie, skarbie.

– Zmieniłeś zdanie? – powtórzyłam jak echo.

– Tak… W dodatku również zmieniłem zdanie co do twoich obcasików i pączków. Przynoś chłopakom wszystko, na co masz ochotę. Ubieraj się w co chcesz. Zwłaszcza w te obcisłe spódniczki, które przypominają mi o twoim cudownym tyłeczku, i te seksowne obcasy, które chciałbym poczuć, jak wbijają mi się w plecy.

O mój Boże! Czy można być jeszcze większym dupkiem?

– Nie możesz do mnie mówić w ten sposób – poinformowałam go zjadliwie.

– Nie mogę?

– Nie. To podpada pod kategorię molestowania seksualnego.

Znowu się uśmiechnął.

– Kochanie, chyba nie muszę ci przypominać, że to ty przyszłaś tutaj do pracy, wiedząc, że będę twoim szefem… Zjawiłaś się na naszej firmowej imprezie, a potem pieprzyłaś się ze mną tak, że odjęło mi rozum. Ja cię nie molestowałem. Bez oporów poszłaś ze mną do łóżka i w pełni brałaś udział we wszystkim, co tam robiliśmy. Naturalnie możesz próbować, ale będziesz mieć cholernie trudne zadanie, żeby kogokolwiek przekonać, że to ja cię molestowałem.

Niestety, to była prawda.

– Rezygnuję – oznajmiłam zdecydowanie.

– No to rezygnuj – odparł. – Nie mogę cię przykuć łańcuchami do tego krzesła. Ale to nie ja stanę rano przed lustrem i powiem, że jestem zasranym tchórzem.

Wzdrygnęłam się, jakby kopnął mnie prąd.

– Co takiego? – parsknęłam.

– Kochanie, wzięłaś tę robotę, wiedząc, że to będzie wyzwanie i walczyłaś o nią, wiedząc, jak to wyzwanie się zmieniło. I teraz, zaledwie po dwóch dniach i naszym pierwszym starciu sam na sam, ty nagle rezygnujesz. To wierutne kłamstwo, i do tego słabe jak cholera. Tak zachowują się tylko tchórze. Poddasz się, zrezygnujesz, a potem popatrzysz w lustro i będziesz wiedzieć, że ubabrałaś się w gównie. Mnie to nie dotyczy. Więc jak chcesz zrezygnować, rezygnuj. To gówno spadnie na ciebie, nie na mnie. Jeśli potrafisz z tym żyć… – Wzruszył ramionami, nie kończąc zdania.

– Najpierw chciałeś, żebym odeszła, a kiedy mówię, że odchodzę, ty nagle chcesz, żebym została? – zapytałam z kiepsko skrywanym niedowierzaniem.

– Ja tylko mówię ci, jak jest. Siedzisz sobie na swoim słodkim tyłeczku w tej uroczej spódniczce, z góry wiedząc, że w końcu dasz za wygraną i będziesz grzać mi łóżko. Tu nie chodzi o pączki, Rudzielcu, tylko o to, że jesteś słaba. Nie próbuj więc na mnie swoich sztuczek, ponieważ dobrze znam te gierki i nazywam rzecz po imieniu.

– Nie mam zamiaru grzać ci łóżka! – wrzasnęłam.

– Ale będziesz to robić. – Tack nie dawał za wygraną.

– Nawet nie wiesz, jak mam na imię – wypaliłam.

– Nie. I nie wiedziałem, kiedy ssałaś mi kutasa, kiedy cię gryzłem i kiedy pieprzyłaś mnie mocno, a potem ja ciebie jeszcze mocniej. Wtedy cię to nie martwiło.

– Bo myślałam, że wiesz, jak mam na imię!

Zgiął się w pasie, oparł pięść na biurku i pochylił do mojego ucha.

– Jeśli to cię podnieca, skarbie, to po prostu mi powiedz, a potem pójdziemy do głównego budynku i zaręczam, że będziesz miło wspominać tę dłuższą przerwę w pracy.

– Tack, idź do diabła – wysyczałam.

– Albo możemy zamknąć drzwi na klucz, opuścić żaluzje i zerżnę cię tutaj, na biurku.

Dość tego. Kretyn! Dupek!!!

– Idź do diabła – powtórzyłam.

– Nawet nie musimy zamykać drzwi ani opuszczać rolet, jeśli to cię podnieca.

Spiorunowałam go wzrokiem. Wytrzymał moje spojrzenie i nawet uśmiechnął się, jakby sprawiło mu to przyjemność. Przez chwilę prowadziliśmy bitwę na spojrzenia, aż w końcu Tack wyszeptał z pewną nieśmiałością.

– Nadal chcesz zrezygnować?

– Nie – prychnęłam i wtedy jego nieśmiały uśmiech zamienił się w uśmiech od ucha do ucha, więc szybko dokończyłam. – Nie, dopóki nie znajdę następnej pracy. Masz rację. Muszę tutaj pracować. Ale natychmiast zacznę szukać czegoś innego i jak tylko znajdę, od razu dam ci znać.

– W porządku – zamruczał, ciągle się uśmiechając.

– Na razie chcę cię uprzedzić, że nie dostałam żadnych wskazówek, na czym ma polegać moja praca.

– Jestem cierpliwy, dziecinko – powiedział łagodnie, a ja od razu wiedziałam, że wcale nie miał na myśli tego, że poprawnie wypiszę zamówienia na części do samochodów i motocykli.

– No cóż, to dobrze, ponieważ właśnie taki będziesz musiał być – oświadczyłam. – Bardzo cierpliwy.

– W końcu zrozumiałaś – zamruczał, a jego intencje stały się oczywiste.

– Jesteś niesamowity – rzuciłam z irytacją.

– Tak, zdaje się, że właśnie to szeptałaś mi do ucha w sobotę w nocy – odszepnął bez cienia irytacji, co natychmiast zauważyłam.

Spokojnie można było powiedzieć, że zostałam załatwiona.

– Tack, mam jeszcze mnóstwo rzeczy do zrobienia – powiedziałam. – Czy będziesz tak dobry i przestaniesz mnie denerwować, żebym wreszcie mogła zająć się tym, co do mnie należy?

– Jasne – zgodził się, a ja popatrzyłam na niego z irytacją.

Nagle, bez ostrzeżenia i tak szybko, że nie zdążyłam się wycofać, przyciągnął mnie do siebie i naparł na mnie całym ciałem, tak że musiałam wykonać mnóstwo skomplikowanych manewrów, żeby całe biurko nie zostało zalane kawą.

Zapomniałam o kawie, kiedy jego oczy znalazły się tak blisko moich, że niczego poza nimi nie widziałam.

– Szczerze mówiąc, zostałaś uprzedzona, kochanie – oznajmił spokojnie.

– Puść mnie – zażądałam takim samym tonem, głównie dlatego, że znów zaczęłam się bać.

– Jeśli czegoś chcę, to zwykle to dostaję.

– Puść mnie – powtórzyłam.

– Tylko raz mi się nie udało. I obiecałem sobie, że więcej niczego tak nie schrzanię.

– Tack…

– Rudzielcu, pamiętaj, że cię ostrzegałem – wyszeptał i ujrzałam, jak jego wzrok ześlizguje się na moje usta.

Wstrzymałam oddech, jednocześnie napierając tyłem głowy na jego dłoń. Koncentrowałam się na obu tych sprawach na tyle mocno, że straciłam z oczu jego drugą rękę, dopóki nie poczułam palców na policzku. Kciukiem przesunął po mojej dolnej wardze, zanim zdążyłam zrobić cokolwiek, by tego uniknąć.

Potem puścił mnie i bez słowa czy choćby spojrzenia pomaszerował w kierunku drzwi.

Kiedy drzwi zatrzasnęły się za nim, nabrałam powietrza, zamknęłam oczy i oddychałam głęboko dopóty, dopóki bicie serca nie wróciło do normalnego rytmu, a wargi nie przestały łaskotać.

Wówczas otworzyłam oczy i popatrzyłam na drzwi.

– Nie jestem tchórzem – wyszeptałam. – I nie mam zamiaru być twoją zabawką. Nie wiem, dokąd pójdę ani co będę robić, ale wiem, że jestem Tyra Sidney Masters, a Tyra Sidney Masters nie jest tchórzem ani nie jest zabawką. Tyle wiem na pewno. I lepiej przyjmij to do wiadomości, panie Tack–jak–ci–tam.

Wtedy odwróciłam się do komputera i całkowicie schrzaniłam zamówienie.

Rozdział trzeciTylko ja mówię na ciebie Rudzielec

– Hej, Lenny! – zawołałam głośno do mechanika (albo ochroniarza, zresztą czort wie, czym się tutaj zajmował), który akurat znajdował się najbliżej drzwi prowadzących do biura. Potężny mężczyzna w niebieskim kombinezonie wyprostował się, zsunął z twarzy maskę spawalniczą i odwrócił do mnie.

– Hej! – odpowiedział.

– Wiesz może, gdzie jest Tack? – spytałam.

Upłynęło dokładnie trzydzieści siedem minut od naszego ostatniego starcia z Tackiem (zmierzyłam czas). Trzymałam w ręku coś, co w moim przekonaniu zostało dokumentnie schrzanione, czyli wydruk zamówienia na części samochodowe, oraz karteczkę z sanskrytem i długopis. Miałam nadzieję, że może Tack zdążył już wyjechać, a kiedy wróci, szybko przyjdzie do mnie i wywali mnie z roboty za opieszałość w przygotowaniu zamówienia, jak również za brak profesjonalizmu, ponieważ było jasne, że nie mam zielonego pojęcia o tym, co robię.

Te nadzieje rozwiały się bez śladu, kiedy Lenny przesunął spojrzenie na drzwi prowadzące do hangaru i kiwnął głową w tamtą stronę.

– Jest tam, w głównym budynku – wrzasnął, starając się przekrzyczeć hałas dochodzący z warsztatu. Popatrzyłam w kierunku drzwi, lecz niczego nie widziałam, zbieg­łam więc ze schodków i przeszłam przez warsztat.

Wtedy go zobaczyłam. Stał w towarzystwie dwóch innych motocyklistów obok rzędu motocykli zaparkowanych przed głównym gmachem, odwrócony do mnie plecami. Dziś maszyn było znacznie więcej. Idąc na ukos przez dziedziniec, naliczyłam ich osiem. Moje obcasy stukały o betonową kostkę, a ja musiałam mrużyć oczy przed silnym jaskrawym słońcem lipcowego dnia w Denver.

Byłam może dziesięć kroków od nich, kiedy koledzy Tacka zwrócili uwagę na moją obecność, i jakieś siedem, kiedy ujrzałam, jak on sam odwraca się i mierzy mnie spojrzeniem.

Nie będę się rumienić ani zachowywać jak jakaś idiotka albo jędza. Będę w pełni profesjonalna. To jest praca. Tylko praca. On jest moim szefem. Jest przystojny, ale jest dupkiem i co prawda poszłam z nim do łóżka, ale teraz jest wyłącznie moim przełożonym. Dam sobie radę ze zdzirą, która mieszka we mnie. Zresztą zdziry nie oblewają się rumieńcem, nie zachowują się jak idiotki albo jędze. Po prostu robią to, co do nich należy. Więc dobrze, jestem zdzirą, ale mam swoją godność, myślałam, podchodząc coraz bliżej.

Zatrzymałam się tuż obok nich i spoglądałam na dwóch kolegów Tacka. Jeden był potężny i wysoki, włosy w kolorze blond nosił związane w koński ogon tuż nad karkiem. Miał niebieskie oczy, jaśniejsze niż u Tacka (którego oczy były tak intensywnie niebieskie, że bez przesady wydawały się niemal szafirowe) i sprawiał miłe wrażenie, oczywiście w kategorii mało subtelnych mężczyzn. Drugi także był wysoki i nosił brodę, która pilnie domagała się przystrzyżenia, w dodatku jakieś dwa lata temu. Miał długie, brązowordzawe włosy, zwinięte z tyłu głowy w męski kok. W przeciwieństwie do Tacka i drugiego kolegi, miał także niewielki brzuszek piwny.

– Cześć – powiedziałam, zatrzymując się obok nich. – Przepraszam, że przeszkadzam. Mam nadzieję, że nie macie nic przeciwko temu? Potrzebuję zamienić parę słów z Tackiem, to potrwa dosłownie chwilę.

– Ależ skąd, kochanie – odpowiedział ten z rudawymi włosami.

Uśmiechnęłam się do niego.

– Dziękuję – zamruczałam i odwracając się do Tacka, starannie zmazałam uśmiech z twarzy.

Zauważył to, bo dostrzegłam, jak zaciska usta i jak w jego oczach pojawiają się błyski, które nie mogły świadczyć o niczym innym, jak o zmianie nastroju.

– Przyniosłam zamówienie – oświadczyłam zwięźle, podając mu papiery i długopis. – Możesz to przejrzeć. Notatki, które zostawiła mi Eloise, są na samym wierzchu. A tu masz długopis, jeśli zechcesz coś poprawić.

Wiedziałam, że poprawki będą na pewno, więc kiedy Tack wyciągnął lewą rękę, żeby odebrać ode mnie długopis i papiery, szybko cofnęłam się o krok.

– Możesz przynieść to z powrotem do biura, a ja wprowadzę wszystkie twoje zmiany – powiedziałam i popatrzyłam z powrotem na chłopców. – Przepraszam, panowie, i dziękuję. Możecie wrócić do rozmowy.

Zaczęłam się odwracać, żeby odejść, ale nagle mój ruch został zatrzymany, kiedy mocne ramię objęło mnie w talii i zorientowałam się, że jestem trzy kroki dalej, niż byłam pół sekundy wcześniej.

– Brick i Dog nie będą mieć nic przeciwko temu, że przejrzę to od razu na miejscu, Rudzielcu – oznajmił Tack, kiedy podniosłam głowę, żeby popatrzeć mu prosto w oczy.

Słyszałam, co powiedział, ale nie zdobyłam się na odpowiedź, ponieważ miałam otwarte ze zdumienia usta. I z powodu zaskoczenia, że on trzyma mnie przyklejoną do swojego boku. Byłam pewna, że z tych samych względów mam szeroko otwarte oczy. Znowu dotarło do mnie, że zapomniałam, jak mocne i szczupłe jest jego ciało, zaś dotyk twardych jak skała mięśni na moim miękkim boku jaskrawo mi o tym przypomniał. Zanim zdążyłam otrzeźwieć, usłyszałam czyjś chropawy głos, więc w oszołomieniu podniosłam głowę w stronę mężczyzny o ciemnych włosach.

– Ty jesteś tą nową dziewczyną z biura?

– Mmm… Tak… – odpowiedziałam, jednocześnie stawiając opór opasującemu mnie w talii ramieniu, przez co żelazny uścisk zamienił się w stalowy.

– Jestem Brick – oznajmił.

Skinęłam głową, nie przestając napierać na opasującą mnie rękę.

– Cześć, Brick.

– A ja nazywam się Dog – dodał blondyn.

Powędrowałam wzrokiem do jego twarzy i zobaczyłam, że zauważył ramię Tacka dookoła mojej talii, bo na jego ustach pojawił się wiele znaczący uśmieszek. Pamiętam, że obaj byli na sobotniej imprezie, ale wówczas żadnego z nich nie poznałam osobiście. Miałam też wrażenie, że obaj widzieli mnie w towarzystwie Tacka i jest bardzo prawdopodobne, że widzieli, jak wieczorem wchodziłam z nim do głównego budynku. Teraz, stojąc w palącym słońcu Kolorado na dziedzińcu Ride Custom Cars and Bikes, przyciśnięta do boku Tacka i z jego ramieniem dookoła talii, nie mogłam oprzeć się uczuciu, że wrażenia obu panów były zupełnie niezgodne z prawdą.

Poczułam, jak krwisty rumieniec wypływa na moje policzki.

– Cześć, Dog – wykrztusiłam z siebie i zamilkłam.

I wtedy Brick zadał pytanie.

– Masz jakieś imię?

Zesztywniałam, a moje spojrzenie powędrowało do Bricka.

– Możesz zwracać się do mnie per „Rudzielec” – oświadczyłam.

Stalowy uścisk dookoła mojej talii zacieśnił się, więc wykręciłam szyję i podniosłam wzrok na Tacka.

– Hej, tylko ja mogę nazywać cię Rudzielcem, rozumiesz?

– Ale dlaczego? – zdziwiłam się.

– Bo tak – odpowiedział.

Przechyliłam głowę z boku na bok.

– Czy to jest odpowiedź?

– Jedyna, jakiej mogę udzielić – odparł.

Wpatrywałam się w niego, a on wpatrywał się we mnie. W końcu dałam za wygraną.

– Jak tam chcesz – mruknęłam, znów usiłując odsunąć jego ramię i znów bez powodzenia.

– No więc, kochanie, masz jakieś imię? – spytał Brick.

Popatrzyłam na niego i przekonałam się, że się uśmiecha.

– Czy w akcie urodzenia masz wpisane imię Brick? – odparłam, choć byłam prawie pewna, jaka będzie odpowiedź.

– Nie – odpowiedział, choć wcześniej wiedziałam, co powie.

Popatrzyłam na drugiego z mężczyzn.

– A ty faktycznie nazywasz się Dog?

– Skąd – przyznał i także się uśmiechnął.

Spojrzałam na Tacka, nacisnęłam na jego ramię, lecz nadal nie przyniosło to żadnego skutku.

– A ty? Czy twoi rodzice nazwali cię Tack?

– Nie – przyznał.

– W porządku – zwróciłam się do obu chłopaków. – Skoro wszyscy dookoła mają jakieś ksywki, to będę reagować na imię, które mi nadacie, okej?

– Które ci nadamy? – powtórzył Dog.

– Właśnie – powiedziałam, wzruszając ramionami. – Proponuję, żebyście wykazali się kreatywnością.

Dog i Brick popatrzyli po sobie z szerokimi uśmiechami, a ja zwróciłam się do Tacka.

– Byłbyś tak uprzejmy i mnie puścił? Mam do napisania kodeks pracy.

– Nie – odparł, a ja poczułam, że mrużę oczy. Zignorował ten fakt i mówił dalej. – Kochanie, to zamówienie jest totalnie schrzanione – potrząsnął trzymanym w ręku papierem.

– Wiem – poinformowałam go. – Uprzedzałam przecież, że nie mam bladego pojęcia o tej robocie i że pewnie wszystko sknocę. Dlatego przyniosłam długopis, żebyś mógł nanieść poprawki.

Uśmiechnął się od ucha do ucha.

– Nie starczy mi miejsca na wszystko, co powinienem napisać. Rudzielcu, jak udało ci się tak dokładnie wszystko spieprzyć, skoro napisałem na kartce, czego potrzebuję?

Znowu potrząsnął papierami, a ja spojrzałam na nie i doszłam do wniosku, że ta karteczka zapisana sanskrytem to jego dzieło.

– Więc to twoja notka? – spytałam.

– Tak – odparł.

– Tack, ja nie potrafię czytać sanskrytu.

– Rudzielcu, nie napisałem tego w sanskrycie.

– Bazgrzesz gorzej niż niejeden lekarz – poinformowałam go.

– Ja potrafię to przeczytać – zauważył.

– Oczywiście, że potrafisz, ponieważ wiesz, co tam jest! Dla mnie to jakaś plątanina kresek i zawijasów, a ponieważ nie bardzo orientuję się w częściach do samochodów i motocykli, więc nie udało mi się poprawnie odgadnąć, co napisałeś. Więc tym razem poświęć trochę czasu i napisz wszystkie uwagi… – zawiesiłam głos, żeby po chwili zakończyć z emfazą – …tylko czytelnie.

– Więc Eloise zatrudniła do pracy w biurze laskę, która niczego nie wie o samochodach i motocyklach? – zdziwił się Dog, zwracając się z pytaniem do Tacka.

Jednak to Brick był tym, który pośpieszył z odpowiedzią.

– Eloise zatrudniła dziewczynę, która nosi cholernie seksowne buty i spódniczki. Kogo to obchodzi, czy wie cokolwiek o samochodach i motocyklach? – Brick popatrzył na mnie. – Nie martw się, kochanie, z biegiem czasu wszystkiego się nauczysz.

– Dzięki – uśmiechnęłam się do niego, postanawiając zignorować uwagę o moich seksownych spódniczkach i butach. Myślałam, że po prostu są urocze i bardzo dziewczęce, ale ostatecznie ja byłam kobietą, a oni byli mężczyznami. Mężczyźni oceniali wszystko w odmienny sposób, jak wiedziałam, koncentrując się przeważnie na sprawach seksu, więc coś, co dla kobiety było po prostu urocze, mężczyzna mógł odbierać całkiem inaczej.

– Jeśli będziesz potrzebowała pomocy, to ja świetnie znam się na samochodach i motocyklach – zaproponował.

Nadal uśmiechałam się słodko.

– Dzięki, to miło z twojej strony.

– To ja, ja jestem milutki. – Brick odwzajemnił uśmiech i właśnie wtedy poczułam, jak ciało Tacka sztywnieje.

Odwróciłam głowę, żeby na niego spojrzeć, i przekonałam się, że wykręca szyję i przygląda się czemuś za plecami Doga. Poszłam za jego spojrzeniem i zobaczyłam dwóch mężczyzn, którzy właśnie wyszli z głównego budynku i zmierzali w kierunku naszej gromadki. To byli ci sami mężczyźni, z którymi Tack rozmawiał poprzedniego dnia. Nie wyglądali na tak swobodnych i zadowolonych z życia jak Brick i Dog. Prawdę mówiąc, nie tylko nie wyglądali na swobodnych ani zadowolonych, lecz wręcz budzili przestrach.

Ups!

W tym momencie Tack ścisnął mnie mocniej. Podnios­łam wzrok i zobaczyłam, jak pochyla się nade mną.

– Wracaj do biura, Rudzielcu. Za chwilę tam do ciebie przyjdę, żeby wszystko poprawić.

Jego twarz była poważna, ale choć wydał mi polecenie, głos brzmiał spokojnie, nawet delikatnie, i z tego powodu wydał mi się dziwnie słodki.

Odezwałam się w taki sam sposób.

– W porządku, Tack – popatrzyłam na jego kolegów. – Na razie, chłopcy.

– Na razie, skarbie – zamruczał Dog, choć już wykręcał szyję w stronę dwóch mężczyzn, którzy byli naprawdę blisko.

– Na razie, laseczko – mruknął Brick, także nie spuszczając z nich wzroku.

Tack wreszcie mnie puścił. Uśmiechnęłam się uprzejmie do obu panów, którzy właśnie zatrzymali się obok nas, a potem odwróciłam się i pomknęłam na ukos przez dziedziniec, stukając głośno obcasami. Przez całą drogę zastanawiałam się, o co mogło chodzić?

Rozdział czwartyMasz ochotę na pączka?

Właśnie przepisywałam ściągnięty z internetu kodeks pracy, kiedy drzwi prowadzące do biura stanęły otworem i w blasku słonecznych promieni dostrzegłam ciemną sylwetkę stojącego w progu mężczyzny.

Super, pomyślałam.

– Cześć, Tack – przywitałam się.

– Cześć, Rudzielcu. – Podszedł bliżej. – Pokaż to zamówienie – zażądał.

– Tak jest – mruknęłam.

Uosobienie profesjonalizmu. Odwróciłam się do komputera i zaczęłam klikać myszką, żeby wyświetlić żądany materiał. Plik właśnie się ładował, kiedy poczułam ruch i usłyszałam szelest papierów. Odwróciłam się, żeby zobaczyć, jak Tack sadowi tyłek na blacie biurka, swoją umięśnioną nogą blokując mi krzesło w pozycji odwróconej w stronę monitora.

– Hm… Byłbyś tak uprzejmy zejść z mojego biurka? – poprosiłam.

– Nie – brzmiała odpowiedź.

– Staram się być miła – powiedziałam.

– Odpowiedź nadal brzmi „nie” – odparł.

Wpatrywałam się w niego. On wpatrywał się we mnie. Nie wyglądał teraz tak poważnie jak na dziedzińcu, kiedy zostawiałam go razem z Brickiem i Dogiem. Jednak nie wyglądał też ani na zrelaksowanego, ani na rozbawionego. Nie wiedziałam, o co chodzi, ale czułam, że nie wszystko jest tak, jak być powinno.

– Czy wszystko w porządku? – spytałam.

– Nie – odparł z zadziwiającą szczerością.

O rany…

Czyżby w szeregach Chaos MC nastąpił jakiś rozłam? Przypuszczalnie to nic dobrego. A wydaje się jeszcze gorsze, jeśli przypadkiem jesteś prezesem Chaos MC. Może z jakiegoś zwariowanego powodu albo przypuszczalnie dlatego, że moim zdaniem zjedzenie pączka potrafi złagodzić rozmaite problemy, ośmieliłam się zadać mu to pytanie.

– Masz ochotę na pączka?

Przez moment wpatrywał się we mnie, do tego bardzo intensywnie. Coś dziwnego kryło się w głębi jego oczu, coś, czego nie umiałam rozszyfrować. Zanim mi się to udało, otrzymałam odpowiedź.

– Nie.

– Jadłeś śniadanie?

– Rudzielcu, przecież jest już po dziesiątej.

– Jadłeś śniadanie? – powtórzyłam.

– Nie.

– W takim razie musisz zjeść pączka.

– Nie chcę pączka.

– W porządku – skinęłam głową. – Masz ochotę na kawę?

– Nie, kochanie, nie chcę kawy. Nie chcę też pączka. Przyszedłem, bo chcę zrobić porządek z tym zamówieniem, wysłać je, a potem mam od cholery innej roboty.

Teraz już wiedziałam, dlaczego on tak wygląda, bo w jego głosie także to usłyszałam. On był zniecierpliwiony.

– W porządku – szepnęłam i odwróciłam się do monitora.

To był błąd, ponieważ sekundę później poczułam na karku gorący oddech. Poczułam, jak Tack pochyla się nade mną. Następnie położył dłoń na mojej dłoni, którą trzymałam na myszce, i wychodząc z ekranu zamówienia do głównego menu, swoim palcem przyciskał mój palec. Potem bez słowa wyjaśnienia czy poinstruowania mnie klikał po kolejnych stronach, zaznaczając części, których potrzebował, zwiększając przy pomocy strzałki ilość tam, gdzie to było niezbędne, aż w końcu wszedł do koszyka, żeby usunąć stamtąd praktycznie wszystko, co dodałam dzisiejszego ranka. Robił to szybko, z niezwykłą wprawą, a jedyny czas, który spędzał bezczynnie, to ten, kiedy ładowały się kolejne strony.

– Uch! – westchnęłam. – Obawiam się, że niczego się nie nauczyłam.

– Jak się niczego nie nauczysz, to będziesz ciągle do mnie biegać, żebym ci pomagał.

Zamrugałam, patrząc na ekran. Potem odchyliłam głowę, żeby zobaczyć profil Tacka. Muszę przyznać, że wydał mi się bardzo atrakcyjny. Już nie wspomnę o tym, że bosko pachniał mieszaniną oleju silnikowego, piżma i mężczyzny. Cholera.

– Raczej wolałabym, żebyś mi wytłumaczył, co mam robić – rzuciłam w stronę jego profilu.

Nadal klikał myszką, nie odrywając oczu od ekranu.

– Za to ja wolałbym od czasu do czasu widzieć, jak kręcisz tyłeczkiem, idąc tam, gdzie akurat jestem, bo chcesz poprosić, żebym coś uporządkował – odpowiedział.

– Tack…

Odwrócił głowę i nagle jego twarz znalazła się bardzo blisko mojej twarzy. Zamilkłam natychmiast.

– Posłuchaj mnie, Rudzielcu… – powiedział łagodnie. – Sama weszłaś do tej gry, skarbie. To moja gra, więc musisz przestrzegać moich zasad.

– Ale ja nie chcę w nic grać – oświadczyłam.

– Och tak, bardzo chcesz – powiedział.

– Chcę tylko wykonywać swoją pracę – upierałam się.

– Owszem, z czasem nauczysz się i tego – odparł.

– Niezbyt szybko, jeśli nadal nie wiem, co mam robić – powiedziałam. – To raczej będzie denerwujące, jeśli będę musiała cię szukać za każdym razem, kiedy trafię na coś, czego nie rozumiem.

– Przyzwyczaisz się.

Gapiłam się na niego, czując, jak rośnie mi ciśnienie, a potem cofnęłam się o cal. Jego ręka natychmiast zacisnęła się na mojej dłoni.

– Posłuchaj, tak na poważnie – zaczęłam. – To przecież śmieszne. Czy nie możemy po prostu iść naprzód?

– Nie.

Wrrrr!

– No cóż, w takim razie rób, jak chcesz – przybrałam obojętną minę i odwróciłam się do komputera. – Nie jesteś tutaj jedyną osobą, która zna się na samochodach i motocyklach. Brick obiecał, że mi pomoże. I wiem, że Lenny też zna się na swojej robocie, zakładając, że jest mechanikiem, ochroniarzem czy kimkolwiek, ale pracuje przy samochodach, więc musi wiedzieć co i jak. Być może uda im się nawet rozszyfrować twoje odręczne notatki. Spokojnie, dam sobie radę.

– Jeśli poprosisz kogoś o pomoc, Rudzielcu, to nie tylko ty będziesz za to odpowiadać, ale także oni – ostrzegł mnie Tack.

Oderwałam wzrok od ekranu, żeby spojrzeć na niego, i przekonałam się, że wciąż gapi się w monitor, a potem nacisnął palcem mój palec i kliknął myszką.

Spojrzałam w komputer i zobaczyłam, że zamówienie zostało złożone.

– Tack! – zawołałam. – Wysłałeś zamówienie, a ja nawet nie miałam szansy go przejrzeć!

– Skarbie, czy ty w ogóle słuchasz, co mówię?

Odwróciłam się, żeby spiorunować go wzrokiem i spróbowałam wyszarpać dłoń spod jego dłoni, ale Tack zacisnął palce i nagle moja ręka znalazła się na jego twardym jak skała udzie.

Niech to szlag.

– Tack! – warknęłam, na próżno próbując się uwolnić.

Zupełnie zignorował moje wysiłki, jednocześnie mówiąc skandalicznie obojętnym tonem:

– Muszę lecieć, kochanie. Odwróć proszę buzię w moją stronę, bo chciałbym cię pocałować, zanim pójdę.

Mój żołądek zareagował w sposób co najmniej mało przyjemny, a w tym samym czasie brwi powędrowały w górę, podobnie jak emocja wypowiedzi.

– Zwariowałeś?!

– Nie – odparł całkiem spokojnie, przesuwając spojrzeniem po mojej twarzy, aż zatrzymało się na ustach.

– Pamiętam, jakie masz słodkie usteczka – zamruczał. – Tak samo jak inne części ciała.

O mój Boże!

Czułam, że zamiast oczu mam teraz dwie kreski. On stanowczo za dużo sobie pozwalał, a co za dużo, to niezdrowo.

Spróbowałam wyszarpnąć rękę. Natychmiast jego palce zwiększyły uścisk, wolną ręką objął mnie za szyję. Próbowałam się wycofać i wyrwać rękę, ale nic z tego. Nie tylko nie pomogło, ale wręcz umożliwiło mu wsunięcie palców w moje włosy. Teraz ciągnął mnie ku sobie, nachylając się coraz mocniej. Poderwałam rękę z jego uda i z całej siły odpychałam go, naciskając na klatkę piersiową.

Widziałam jego twarz, jego zadziwiająco piękne usta, otoczone uroczą kozią bródką. Mój umysł wybrał ten niefortunny moment, żeby przypomnieć mi, że poza Tackiem nigdy dotąd nie miałam mężczyzny, który nosiłby zarost i że dotyk szorstkich włosów na rozmaitych częściach mojego ciała był niezwykle przyjemny. Prawdę mówiąc, na wszystkich, których dotknęły… Właśnie w tym momencie usłyszeliśmy trzask otwieranych drzwi.

Oboje odkręciliśmy się, by spojrzeć na kobietę, która zatrzymała się w progu. Była bardzo ładna, z burzą rudych włosów poprzetykanych tu i ówdzie pasmami ufarbowanymi na sztucznie wyglądający blond, co do których nie mogłam się w tej sekundzie zdecydować, czy to wygląda fajnie, czy raczej obciachowo. Miała także niesamowite, jasnoniebieskie oczy. Ubrana była w seksowny dżinsowy strój do jazdy na motocyklu, botki na wysokim obcasie i obcisły T-shirt z czterema guzikami na wysokości dekoltu, i wszystkie były rozpięte, by lepiej uwydatnić biust.

– Kurwa mać – mruknął Tack w tym samym momencie, w którym ruda wybuchnęła gniewem.

– Ty pierdolony draniu, robisz mnie w wała! – wrzasnęła i dla podkreślenia wypowiedzi mocno trzasnęła drzwiami.

Zmrużyła oczy, zacisnęła usta i wtedy zobaczyłam coś, czego nie dostrzegłam parę sekund wcześniej. Jej twarz już przedtem była zacięta, ale teraz zastygła w gniewnym grymasie. Dookoła ust ujrzałam sieć zmarszczek, przypuszczalnie od częstego palenia papierosów. Wokół oczu także były zmarszczki, ale nie wyglądały na efekt częstego śmiania się, lecz raczej na skłonność do złości. Stan skóry sugerował, że już przed trzema dekadami ktoś powinien doradzić jej używanie kremu z filtrem przeciwsłonecznym.

Pociągnęłam Tacka za rękę i udało mi się uwolnić szyję. Drugą ręką przyciskał obie nasze dłonie mocno do uda, jednocześnie prostując ciało i odwracając się w stronę nieznajomej.

– Naomi, co jest, do kurwy nędzy? – warknął, a jej pełne wściekłości spojrzenie natychmiast przewierciło go na wylot.

– Co, już zamierzasz przelecieć tę twoją nową kierowniczkę biura? – wysyczała.

– Gówno cię to obchodzi! – burknął w odpowiedzi.

– Chcesz przelecieć tę nową kierowniczkę? – powtórzyła, niestety głośniej niż poprzednio.

– To nie twój zasrany interes – syknął.

Spazmatycznie szarpnęłam ręką, lecz skutek był taki, że Tack przytrzymał ją jeszcze mocniej.

– Nie mój interes?! – wrzasnęła na cały głos.

Skrzywiłam się od tego krzyku, jednocześnie mając nadzieję, że hałas z warsztatu skutecznie zagłuszył jej słowa.

– Kobieto, rozstałem się z twoją dupą już cztery lata temu – wypalił.

Odruchowo otworzyłam usta, jednocześnie gapiąc się na eksżonę Tacka. Właściwie mogłam go zrozumieć, zważywszy, że kiedyś musiała być bardzo pociągająca. Teraz już bym jej tak nie określiła, ale głównie dlatego, że wyglądała i zachowywała się jak skończona suka. Co więcej, po bliższym przyjrzeniu się uznałam, że blond pasemka były zdecydowanie paskudne. Nie powinna była używać szampańskiego odcienia. Zamiast tego jej stylistka powinna zaproponować kolor miodu lub karmelowy.

– Co z tego? – odpaliła.

– Co z tego? – powtórzył Tack z nieukrywanym niedowierzaniem.

– No właśnie? – odwzajemniła.

– Przecież to ty znalazłaś sobie innego pieprzonego kolesia! – warknął Tack.

– I co z tego?

– To, że nie twój zasrany interes, co robię, i to już od dobrych paru lat! – odparł Tack.

– Zafajdany gnoju, zapomniałeś, że mamy dzieci!