Wymarzony dom Dziuni - Anna Maria Nowakowska - ebook
Opis

Co nas nie zabije, to nas rozśmieszy.


Dziunia wyrusza szukać własnego miejsca na Ziemi aka Wymarzonego Domu do mlekiem i miodem płynącej Wielkiej Brytanii. Jednak szybko odkryje, że MyPolacy wcale nie różnią się od TychAngoli i na odwrót, a wszędzie jest wery desejm szit. Ale co nas nie zabije, to nas rozśmieszy, mawia Dziunia, gotowa po raz kolejny zmierzyć się z losem. Chyba że jednak zabije.
Pełen sarkazmu, ironii i absurdu, a jednocześnie przejmujący i realistyczny obraz emigracji, ksenofobii i chciwości, która drzemie w każdym z nas.

Nowakowska pięknie bawi się językiem, igra z nim. Książka „smakuje”. Niewielu autorów posiada ten dar.
rzeczoksiazkach.pl

Anna Nowakowska nie pozostawia nikogo obojętnym. Tytułowa bohaterka jest jak lustro społeczeństwa – w jej losach, w jej charakterze odbijają się całkiem realne problemy, te same lęki i pragnienia, jakie nosi w sobie większość z nas.
biblionetka.pl

Anna Maria Nowakowska (ur. 1960) – polska pisarka, publicystka,felietonistka i terapeutka. W latach 1995-2000 pracowała w Ogólnopolskim Pogotowiu dla Ofiar Przemocy w Rodzinie. Autorka programów i realizatorka szkoleń m.in. dla policji, służb socjalnych i nauczycieli. Współpracowała z „Tygodnikiem Ciechanowskim” i „Zwierciadłem”. W 2013 debiutowała powieścią Dziunia, która znalazła się w finale Nagrody Literackiej GRYFIA 2014. W 2015 ukazała się Dziunia na uniwersytetach, kontynuacja losów Dziuni. Strona autorki: nowakowska.pl.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 372

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Anna M. Nowakowska

WYMARZONY DOM DZIUNI

Copyright © by Anna Maria Nowakowska, MMXVII

Wydanie I

Warszawa, MMXVII

Część pierwsza: Koincydencje i Trajektorie

PRZYPOMNIENIE: ZBIÓR JEDNOELEMENTOWY O WŁAŚCIWOŚCIACH PANDESTRUKCYJNYCH

Dziunia o sobie w wywiadzie udzielonym miesięcznikowi „WZDYCHAJMY Q!” z października 2063. Wystąpi tam w charakterze założycielki i szefowej Ruchu Przeciw Unifikacji Starców, gdy RPuS rozpocznie ogólnoświatowy protest wobec zakazu żucia gumy w eutanariach:

Urodziłam się i od razu się okazało, że akt ten sam w sobie jest zobowiązaniem. Niczego nie podpisawszy ani krwią, ani nawet wodą, mam oto gigantyczny dług. Co jestem wam winna? Przede wszystkim zgodę na cały ów bałagan, który nazywacie Porządkiem Rzeczy (względnie rzeczysięmaniem). A mnie się nieodmiennie jawi jako chaos, napełnia grozą. Cóż, wymagacie szczerości, a zatem: Ja się was po prostu boję. Pewnego dnia może nauczę się być funkcjonalnym elementem waszego systemu. Sto trzy lata to żaden wiek, prawda? Milczałam, wylogowana, przez blisko pół wieku. A teraz potrzebuję nieco czasu na ponowne przećwiczenie pokory wobec Wistości i wobec Rzeczy. Proszę. Dobrze?

Kłopot z Dziunią od początku, pamiętamy, z grubsza właśnie na tym polegał, że nie miała (z powodu licznych dysfunkcji) szans na to, żeby stać się postulowanym elementem. Społecznie użyteczną częścią większej całości, która po obróbce (z użyciem tępych i ostrych narzędzi perswazji), zwanej procesem przystosowawczym, zajmie z góry przewidzianą pozycję w systemie. Sam proces skrawania nie jest specjalnie złożony, przycinanie do pożądanego kształtu przebiega niemal bezboleśnie, o ile osobnik się nie rzuca. Tu się wyrówna, a tu uwypukli. To się ostruga i świetnie się dopasuje.

Owszem, psiakrew! Każdy z nas musiał przez to przejść. Temu służą odpowiednie psychiczne wypustki, wklęsłości, wtyczki i gniazda, by z ich pomocą kreować jednostkę społecznie pożądaną. Nawet jeśli jednostka wykazuje jakieś usterki w budowie lub w działaniu, odchylenia w stronę źle widzianą, to przecież od tego są specjaliści, żeby jednostkę sprostować. Żeby się wpasowała i zatrybiła, przestając wreszcie sprawiać problemy. Z Dziunią sprawy miały się tak, że zatrzymała się na etapie sprawiania problemów. O których wiemy. I takich, o których lepiej było milczeć. Tak, tak, pamiętamy, że rodzice Dziuni byli, jak by to ująć... niewydolni wychowawczo, ale czy to może być usprawiedliwieniem? Nie może. Jedynym dopuszczalnym wyjaśnieniem fenomenu Dziuni jest postawienie diagnozy: nieprzystosowana. A ściślej, nieposiadająca wyżej wzmiankowanych wtyczek, gniazdek i wypustek. Mniejsza o detale, ważne jest co innego: ponieważ sama jest sobie winna, możemy umyć ręce. I udać się do swoich zajęć.

Prezentując światu indywidualizm, Dziunia popełniła niektakt i stała się błędem systemu. Zbiorem jednoelementowym, wypluwanym przez wszelkie podsystemy ze względu na brak zdolności adaptacyjnych. Zbiór to niefunkcjonalny i zbędny, w swej zbędności trwale zatrzaśnięty. Reaktywny, lecz słabo przewidywalny. A tak pożyteczny jak szarańcza, awaria kanalizacji i parę innych zsynchronizowanych plag.

Dziunia, będąc nieuporządkowanym, obcym zbiorem jednoelementowym wewnętrznie sprzecznym, miała nieprawdopodobną zdolność niszczczenia wszelkiego Porządku Rzeczy samą swoją obecnością. Sprowadzała kieszonkowych rozmiarów apokalipsy na sprawnie działające układy. Powodowała też szkody w większej skali. Jak? Wy mi powiedzcie. Mamy liczne przykłady, dla ilustracji podam pierwszy z brzegu. Jak to się dzieje, że Dziunia otwiera konto w banku IKS (solidny, ceniony, z tradycjami). Już tydzień później znika odwiedzony (nawiedzony) przez nią oddział. Na jego miejscu pojawia się sklep ze starzyzną na wagę albo nic się nie pojawia, tylko oślepłe witryny ktoś zakleja szarym papierem. Nie mija miesiąc, a o banku IKS trąbią wszystkie media. Do końca roku szacowna instytucja finansowa upada, puszczając jeszcze w agonii smrodliwego bąka na pół świata, a wszyscy zachodzą w głowę, o co chodzi. No jak to o co? Przyszła Dziunia i wszystko szlag trafił! A to, że wszystkie miejsca pracy, z których Dziunia została zwolniona, zbankrutowały w ten czy inny sposób? Co to jest, jeśli nie dywersja na planie kwantowym?

Więc może cioteczka Kazia będzie miała rację, gdy rzuci w nią butem, wołając:

– Zniszczyłaś moje małżeństwo! Maj houm! Moje wszystko!

A jeżeli tę rację Kazi przyznamy, to jej świętym prawem będzie życzyć sobie:

– Żeby moje oczy już nigdy nie oglądały twojej gęby!

[To żądanie – choć rozsądne i uzasadnione – nie zostanie spełnione, o czym dobrze wiemy. Gdy Kazia dozna Ostrego Zapalenia Sumienia, gęba Dziuni stanie się dla niej obliczem Anioła Ulgi. Lecz zanim to nastąpi...].

POJEDNANIE

Pułkownikowa od lat należała do kategorii, którą nadwrażliwe Dziecko Dziuni zwykło określać pozbawionym płci mianem „biedny staruszek”. Dziecko dorastało w czasach, w których płeć przestała być wyznacznikiem stanu, za to stan stał się wyznacznikiem płci. Biedny staruszek to relatywnie stara osoba ludzka lub zwierzęca, celowo lub przez nieuwagę odtrącona przez stado, zagubiona i bezradna. Gdyby zatem Dziecko kiedykolwiek bliżej poznało swoją prababkę, z pewnością mówiłoby o niej „biedny staruszek” i miałoby łzy współczucia w oczach, i ściśnięte żalem gardło. Nie było jednak ku temu okazji ani dobrej woli, by taką okazję stworzyć. Niektóre mury trwają i trwają, dopóki śmierć nie rozłączy... dopóki Śmierć nie wyłączy źródła zasilania, obracając wniwecz złe i dobre intencje, którymi wybrukowano życiowe ścieżki. Stosunki Dziuni z rodziną od dawna były w ruinie. Wystygłe emocjonalne zgliszcza, z których wyparowały nawet urazy. Miejsca po rodzinnych więziach zwykło się starannie okładać kwieciem z plastiku w ordynarnych barwach żółci, różu i fioletu, żeby zamaskować tą dekoracją swój bezpłodny smutek.

[Ale chwileczkę! Jeszcze nie pora stroić grób Pułkownikowej; chociaż jest już nieprzyzwoicie stara, to nie wszystko zostało dopowiedziane, a Anka, ta głupia niezdara, jeszcze nie upuściła butli z olejem na świeżo umyte linoleum w korytarzu Wymarzonego Domu].

– A ło, ta z mojej rodziny najlepsza.

Babka wypowiedziała te słowa głośno i wyraźnie, chociaż od dłuższego czasu tylko mamrotała pod nosem. Dziunia potrząsnęła głową, żeby uwolnić się od słuchowej halucynacji, lecz słowa, nieco inaczej akcentowane, pojawiły się ponownie:

– A! Łota z mojej rodziny najlepsza.

Dziunia odłożyła szczotkę, którą czesała Pułkownikową, i przez chwilę trwała w bezruchu, pozwalając kłębić się zdumionym emocjom. Koniec Świata. Była niedziela, a ona jak zwykle święciła dzień święty poranną wizytą w Wymarzonym Domu. Szczotkowanie włosów oznaczało, że odwiedziny dobiegają końca. Wcześniej – jak zwykle – były kąpiel, masaż i makijaż, który zawsze wprawiał Pułkownikową w ożywienie. Dziunia cierpliwie i bez uczuciowego zaangażowania pielęgnowała (z wprawą, która w przyszłości mogłaby jej się przydać, gdyby sprawy nie potoczyły się w maliny) starą kobietę, będącą cieniem znanej nam z przeszłości dumnej i pewnej siebie Babki.

Lecz – cień, nie cień – Dziunia była pewna, że:

Wtedy i tylko wtedy, gdy nikogo bardziej godnego miłości nie było już w całej galaktyce, Babka Pułkownikowa (vel Generałowa) mogła w desperacji nazwać Dziunię (vel Bękarta z Mezaliansu) „a ło, tą z rodziny najlepszą”.

Każdy rozsądny człowiek wiedziałby, że to Lady Demencja – przejąwszy kontrolę nad ośrodkiem dowodzenia – gada głosem Babki. Ale nie Dziunia, która przeżyła pięć sekund radosnego zaskoczenia. Nie zdążyła się ową chwilą nacieszyć (ani tym bardziej zatriumfować), a już następne słowa ze świstem i pewnym wysiłkiem narodziły się w ładnie uszminkowanych ustach Pułkownikowej:

– Sisiunia moja. Docieńka najlepsza. Tylko łona pamięta. Do mnie przychodzić.

A ło, tyle jeśli chodzi o pojednania.

KROPKA NIELUBKA

Dziunia, osoba dosyć samotna, miała na tym świecie siostrzane/bratnie dusze. Realnie żyjące i wymyślone. Na przykład May z powieści Sekretne życie pszczół, która popłynęła rzeką do Nieba, o czym już wspominałam w poprzednim sezonie. Kategoria: Siostrzane. Podzbiór: Wymyślone.

Dalej. Lars von Trier, z wyłączeniem tej jego części, która odpowiada za nakręcenie Antychrysta. Kategoria: Bratnie. Podzbiór: Realnie Żyjące.

Przez pewien czas Dziunia za bratnią duszę uznawała C.S. Lewisa. Ale tylko do dnia, w którym przeczytała Chrześcijaństwo po prostu. Tam, na stronach od 121 do 122 wydania z 2002 roku, znalazła pogląd tak rozczarowujący, że na okres nieco dłuższy niż tydzień popadła w posttraumatyczne zaburzenie nastroju.

Międliła w myślach nocami pytania do byłej bratniej duszy:

Jak pan doszedłeś do miejsca, w którym można uznać wojnę za rozwojowe zajęcie dla krewkich młodzianków?

A co z gwałtami na kobietach? Czyż to nie główne danie żołnierskiej diety, tradycyjnie spożywane po zwycięskiej potyczce? To też tylko taka męska zabawa, pobożny Panie Narnia?

Piszesz pan: „Jeśli to konieczne, możemy zabijać, ale nie wolno nam nienawidzić i czerpać z tego przyjemności”.

Cóż za kolosalna różnica, gdy zaszlachtują mnie wraz z rodziną przyjaźnie nastawieni, oddani Bogu, radośni i połączeni męską więzią wspólnej walki w słusznej sprawie dobrzy chrześcijanie!

Noż kurwa mać, Panie Narnia. Pan mnie – pacyfistkę – uważasz za błądzącą? Ach, jaka szkoda, że pan nie żyjesz. Napisałabym do pana list rozjuszonej diablicy. Do starego durnia.

Odpowiedzi nie otrzymała ani wprost, ani za pomocą znaków.

Żeby przestać się dręczyć, napisała w zapominniku:

Człowiek posunie się do każdej intelektualnej niegodziwości, żeby uczynić cnotą występek, w którym brał udział. Nieważne, czy udzielał się z ochotą, czy pod przymusem.

[To nie było nic nowego, ale wizja „chrześcijańskiego” zadawania śmierci z życzliwym uśmiechem wydrążyła Dziuni w mózgu czarny korytarz pełen nieto-myślo-perzy.

Samo zjawisko usprawiedliwiania własnych uczynków poprzez powoływanie do istnienia ideologicznych nowotworów było jej znane. Przynajmniej od czasu, gdy w Znanym Miesięczniku ukazał się wywiad z guru Wu, bardzo wziętym terapeutą. Już na okładce walnęli tytułem Zdrada bywa dobra dla związku. Wtedy też przeżyła solidny wstrząs, bo guru od lat promował uczciwość, otwartość i lojalność w parach. Wyjaśnienie tego fenomenu było tak banalne, że aż wstyd o tym pisać: facet przeleciał uczestniczkę swoich kosztownych, rozwijających samoświadomość warsztatów i musiał jakoś opanować dysonans poznawczy. Jaki miał wybór? Albo uznać siebie za pobudliwego, fiutosterowalnego satyra, albo stworzyć koncepcję „uzdrawiającej zdrady”].

Prawdziwą – dostępną i istniejącą tuż obok – siostrzaną duszą Dziuni była Kropka Nielubka. Jeden drobiazg czynił różnicę: Nielubka była kotem rodzaju żeńskiego.

Ile wspólnych genów mają kot i człowiek? To zależy od kota i od człowieka. Są koty i dziunioty (podobnie jak ludzie i dziunie). Kropka była dziuniotem i żyło jej się bardzo ciężko.

Gdyby nie biała końcówka ogona, byłaby zupełnie szara. Prawdę mówiąc, była szarakiem. Na pierwszy rzut oka niczym się nie wyróżniała. Na drugi i dalsze – nie oszukujmy się, nadal była modelowo zwyczajna i nieciekawa. Tylko ta kropka na ogonie, ale trzeba się było uważnie wpatrzeć, pokonać pokusę odwrócenia znudzonego wzroku, przebić się przez znużenie szarością i dopiero wtedy dało się zauważyć, że kotka nie jest w stu procentach szara. Szara, ale. Zwyczajna, z wyjątkiem. Ogonowa kropka była niewielka i nie może służyć za wiarygodne wyjaśnienie fenomenu Nielubienia.

A miała naprawdę przesrane. Inne koty podpuszczały ją, udając brak zainteresowania lub, co gorsza, życzliwość. I za każdym razem, kiedy Nielubka z na nowo rozbudzoną nadzieją podchodziła do gromady, rozpoczynał się pokaz kociego mobbingu. Gdy już – obwarczana, pacnięta kilka razy, zapędzona w jakieś ciemne i niedostępne miejsce – Kropka lizała psychiczne rany, Dziunia współczuła jej tak szczerze, jak jej samej nikt nigdy nie współczuł. I zaraz szła przytulać i pocieszać, budząc jeszcze większą nienawiść stada do dziuniokotki.

Pomijając detale kocich gier w kota ofiarnego, podsumuję to tak, jak Padlińska (honoris causa) zwykła opisywać Dziunię: Kropka Nielubka była pozbadnięta. Czyli zwiktymizowana.

A przy tym w żadnej mierze nie była zwyczajna. Była piekielnie inteligentna i – nie pytajcie w jaki sposób – nauczyła się ludzkiego języka, to znaczy jego rozumienia. Była też zawsze pełna współczucia. Kiedy Albin Rebe wpadł pod auto i przyczołgał się ze złamaną łapką na ganek, Nielubka zrobiła wszystko, żeby wywabić Dziunię na dwór, co było bardzo trudne o czwartej nad ranem. Zrobiła, co musiała, ryzykując, że za skakanie po twarzy zostanie zesłana na strych lub nawet do stodoły. Były też inne sytuacje, w których koci behawiorysta (gdyby zechciał się pofatygować do zagrody w Nowych Perzach) przysiadłby w czci i zdumieniu: oddanie kawałka pasztetowej głodnemu psu sąsiadów, ostrzeganie ptaków przed czającym się kotem; karmienie piersią, oprócz własnych kociąt, progenitury pozostałych trzech kocic, skwapliwie korzystających z usług samozwańczej mamki. Te i podobne zachowania nie mogły się podobać stadu. Kropka Nielubka była psychicznym mutantem, chociaż fizycznie sprawiała wrażenie najzwyczajniejszego, nudnego dachowca. Czy nam to kogoś przypomina? Zapewne nikogo nie dziwi, że Dziunia utożsamiała się z tym biednym, pozbadniętym kotem płci żeńskiej.

Stała się dla Kropki opatrznością ubogich, wybawicielką z opresji i karmicielką troskliwą, wielką matką i... no, chyba nie przesadzę: bóstwem. Wzięła na siebie ten ciężar. I nie minęło wiele czasu, a musiała nosić tę kotkę w specjalnym nosidełku, bo zwierzątko nie znosiło poczucia opuszczenia i demolowało z rozpaczy całe otoczenie. Tak się kończą próby ingerencji w darwinowską kolejność dziobania! Czemu o tym wspominam? Odpowiedź znajdziecie o wiele dalej, mam na myśli odległość w czasie i przestrzeni.

O TYM, JAK ZDARZENIE LOSOWE URUCHOMI OCZEKIWANĄ SEKWENCJĘ ZMIAN

Między piątą pięćdziesiąt pięć, o której to godzinie pomocnica kuchenna Anka, lat osiemnaście, upuściła trzylitrową butlę oleju rzepakowego (tłoczonego na zimno), a szóstą sześć, kiedy podniósł się wielki rwetes, wydarzyło się coś, co jeszcze bardziej potargało kręte ścieżki życia Dziuni. Zdarzenie – zapewne losowe, bo jakie inne, u diabła – można uznać za ów z dawna żądany kopniak, który ma za zadanie wytrącić Dziunię ze stanu metastabilnego. Znalazła się w tym pożałowania godnym (a jednocześnie niesłychanie wygodnym) położeniu po tym, jak udało jej się zrazić do siebie wszystkich, mogących mieć wpływ na Bieg Spraw, o czym dość wyczerpująco pisałam w ubiegłym dziuniosezonie. Sprawy Dziuni nie biegły, lecz stały w miejscu, a ona tkwiła tam, gdzie jest miejsce dziuń – na mentalnym, finansowym i towarzyskim zadupiu. Czym i kim była w owym czasie, gdy świat kokosił się niespokojnie, szukając punktu wygody w nowym Millennium? Przypomnę: „Obiekt bez własnego napędu, zdany na tkwienie w przypadkowej niszy do chwili, w której dowolny bodziec – na przykład kopniak – nada mu kierunek”.

Ale skoro tylko podkuchenna Anka została włączona do gry, kostki domina z westchnieniem ulgi posypały się jedna za drugą, Dziunia zaś uzyskała napęd i trajektorię ruchu.

[Tym samym nieliczne osoby w tym czasie z Dziunią powiązane, chcąc nie chcąc, doświadczyły nagłego skrętu własnych życiowych ścieżek. Niektóre były tego świadome. Inne nie].

Tak to działa:

Ktoś niesie ten olej, na którym ktoś inny za chwilę usmaży placuszki z cukinii na śniadanie dla dwudziestki wybrednych pensjonariuszy Wymarzonego Domu. Ale idąc, pisze esemes („love u”), a wysyłając go, upuszcza ten rzekomo na zimno tłoczony olej, butla pęka bezgłośnie, olej sączy się pęknięciem, Anka tego nie widzi, bo właśnie odbiera esemes („love u2”), idzie dalej, do kuchni, namaszczając wciąż wilgotne po porannym myciu linoleum.

Oto, co się wydarzyło w ciągu tych jedenastu minut:

Drzwi opatrzone napisem „apartament nr 7” bezszelestnie rozsunęły się na boki, wypuszczając obłoczek nocnego zaduchu (mieszanka potu, pudru dla niemowląt i wczorajszego powietrza, w które ktoś napierdział) na pachnący kwiatowym odświeżaczem korytarz. W Wymarzonym Domu dzień zaczynał się wcześnie i nikogo nie dziwiło, że któryś z pensjonariuszy wybiera się o szóstej na śniadanie. Płacąc siedem tysięcy miesięcznie, mogli żądać śniadania o dowolnej porze, prawda? W drzwiach pojawił się jasnoszary wózek inwalidzki. Powoziła nim starucha o obwisłej, ziemistej twarzy i przerażająco czarnych, sztywnych lokach z wysokim połyskiem. Nikt nie lubił przyglądać się dłużej fryzurze mieszkanki apartamentu numer 7. Patrzącemu w niepokojący sposób przywodziła na myśl salon piękności ze specjalnością balsamowanie zwłok.

– Pani tu czeka, pani Generałowa – poleciła opiekunka certyfikowana Maja Kaj, ścieląc łóżko ściśle według instrukcji CB1-557/SRA.

Gumowe koła zaświergotały na wilgotnym linoleum. Mniejsze kółka, te, które miały służyć jeździe precyzyjnej, czyli meandrycznej, wpadły w poślizg i jęły obracać się bezproduktywnie, wprawiając cały wózek w niemiłe wibracje. Gdy piszę „wózek”, mam na myśli wehikuł najnowszej generacji, który, w opisywanym roku Pańskim 2003 uchodził za przejaw luksusu i dekadencji. Oczywiście w kategorii pojazdów dla tych, którzy sami chodzić nie są w stanie. Kobieta, której lekko obrzmiałe ciało przymocowano do fotela szerokimi pasami z miękkiej skóry wyściełanej welwetem, od pewnego czasu nie chodzi o własnych siłach, chociaż w zasadzie by mogła. Nic nie stało na przeszkodzie, aby ta dama, nazywana Generałową, przeszła kilkadziesiąt kroków między sypialnią a jadalnią, między jadalnią a pokojem dziennym, między pokojem dziennym a tarasem, między tarasem a miniparkiem z minifontanną i miniogrodem botanicznym. Mogłaby chodzić, gdyby ktoś zechciał poświęcić jej trochę czasu, zachęcając i towarzysząc. Pierwotnym kłopotem starszej pani nie są bowiem trudności w chodzeniu. Nawet teraz potrafiłaby stawiać stopy jedna za drugą – człap, człap, człap – gdyby jej tylko pozwolono. (Gdyby wiedziała, dokąd warto pójść). Problemy Pułkownikowej alias Generałowej mieszczą się wyżej, pod czaszką. Tam wszystko miało swój początek, a zaczęło się od tego, że... sekundę, pozwólcie mi najpierw domknąć sekwencję zdarzeń: od chwili, w której koła wózka wiodącej marki wpadły w niekontrolowany poślizg, do chwili, w której Dziunia usłyszy w słuchawce:

– Proszę natychmiast przyjechać do naszej placówki Wymarzony Dom, zdarzył się pewien incydent.

Pewne Incydenty zapraszają do zabawy Koincydencje, a następnie razem losują Trajektorie. Otóż to.

Stało się coś bardzo oczywistego, bo skoro kobieta na wózku mogła chodzić, a nie mogła rozumować, to po jaką cholerę nagłą sadzać ją do pojazdu inwalidzkiego o parametrach kosmicznego promu? Ulokowany na przedłużeniu prawego podłokietnika podręczny komputer pokładowy miał dziesiątki przycisków; osiem trybów jazdy i mnóstwo dodatkowych gadżetów (w tym telefon satelitarny, GPS, gry Tetris i Mario oraz pasjansa, edytor tekstu i generator mowy). Więc potencjalny użytkownik – o ile nie był Stephenem Hawkingiem – powinien dla własnego dobra przejść miesięczny kurs jazdy i zdobyć certyfikat.

Kobieta (która nie była Stephenem Hawkingiem), zmierzająca ze swej sypialni do jadalni na pierwszy z sześciu posiłków, nie mogła przejść odpowiedniego przeszkolenia. Nie posiadała zdolności poznawczych, a jej neocortiswyglądała jak moherowy beret uprany w kwasie siarkowym. Potrafiła jednak, używając wyłącznie intuicji, postukać w ładny jasnozielony przycisk z napisem drive ahead i tak właśnie zrobiła, rozciągając wargi w radosnym uśmiechu. Zagaworzyła nawet, ale nikt nie słyszał i nikt się nie ucieszył, bo właśnie zaczęły się wydarzać inne rzeczy. Inteligentny wózek inwalidzki nie poradził sobie z plamą oleju rzepakowego. Tłoczonego na zimno. Rzekomo.

Zreasumujmy: W następstwie zdarzeń, na początku których Anka wylewa olej na linoleum, na końcu zaś Babka Pułkownikowa spada z wózka, Dziunia stała się Przymusową Dobrą Samarytanką, chociaż o to, szlagbytojasnystrzelił, wcale nie zabiegała. A nawet usiłowała się wymigać:

– Nie ma mnie tu, gdzie zwykle jestem. Jestem gdzie indziej – wymamrotała do telefonu, ale po drugiej stronie nikogo już nie było. Powiadomiono najbliższą dostępną krewną i na tym koniec.

Inni krewni naprawdę byli gdzie indziej, część z nich nawet Gdzie Indziej:

1. Brzydkie Ciotki w Ameryce (jedna w Północnej, druga w Południowej i wierzcie mi, szkoda naszego czasu na dociekanie, dlaczego tak im się drogi rozjechały w efekcie procesów lustracyjnych i dezubekizacji).

2. Sisiunia w Zjednoczonym Królestwie, po szybkiej ewakuacji z RPA. Zanim się stamtąd wyniosła, zdążyła jeszcze ułożyć sobie życie zgodnie z algorytmem klęski:

Zamożny, przystojny, inteligentny i wolny. WTF? Normalnej kobiecie powinien wyskoczyć podkreślony na czerwono komunikat NATYCHMIAST UCIEKAĆ! Ale u Sisiuni nic nie działało, jak powinno, i będą konsekwencje. Także dla Dziuni.

3. Ojciec gryzie piach, Mama gryzie piach, Pułkownik gryzie piach.

4. Lubuś jest... no cóż, skoro Dziunia nie wie, to ja tym bardziej.

5. Reszta świata ma gdzieś Pułkownikową, nawet jeśli mówią do niej per Generałowa.

Jest chyba całkiem oczywiste, kto teraz się zajmie Babką Pułkownikową, która sama siebie nazywa Generałową. W tych nielicznych chwilach, w których w ogóle jakoś się nazywa. Nikt nie wie dlaczego; nikogo to nie obchodzi. A nas?

Bądźmy jednak sprawiedliwi – Dziunia sama napytała sobie biedy. Nikt jej nie kazał odwiedzać Babki we wszystkie święta i większość niedziel. W Wymarzonym Domu, w którym Pułkownikowa wiodła wymarzone życie zdemenciałej staruszki. Dziunia zawsze lazła tam, gdzie inni potrafili sobie darować („płacimy bajońskie sumy, a ona i tak nikogo nie poznaje, więc można sobie darować, prawda?”). Lazła z uporem, żeby poczytać Babce, która szczyciła się tym, że przez całe życie nie przeczytała ani jednej książki. Wtedy, gdy jeszcze się mogła czymkolwiek szczycić. Dziunia uważała to za bardzo smutne nieporozumienie i czytając, starała się naprawić szkody, jakie (jej zdaniem) to całożyciowe nieczytanie przyniosło umysłowi Pułkownikowej.

Stopniowo zaczynamy rozumieć, jak doszło do tego, że Dziunia utraciła błogosławiony/przeklęty stan metastabilny i udała się na emigrację. Ale nawet to nie będzie cała prawda, jeśli nie napomknę o wdzięczności. O tym, jak niebezpieczny dla otoczenia potrafi być ten stan, czego świadomi winni być wszyscy, którzy wyciągali ku czemuś/komuś swą pomocną dłoń. My dowiemy się, jak to działa, w odpowiedniej chwili. Wątek zmutowanej wdzięczności zagości w tej opowieści w momencie, gdy na pogrzebie Babki Pułkownikowej Sisiunia skieruje ku swojej bratanicy te oto słowa:

– Nie myśl, że ja jestem niewdzięczna. Wiem, że się moją mamą zajmowałaś najlepiej, jak umiałaś. Może myślisz, że ja nie chcę się odwdzięczyć. Ja chcę. Ja potrafię. Ja się odwdzięczę. Junoł. Żeby to było dla ciebie jasne.

No jasne.

A WCZEŚNIEJ

Najpierw zmieniły się rzeczy najprostsze. Stały się obce, a przy tym infantylnie złośliwe. Z początku obwiniała za to własne roztargnienie. Ale – natychmiast się karciła w myślach – nigdy nie była roztargniona. Ani przez chwilę w ciągu przytłaczającej liczby lat spędzonych na tym świecie. Uważała się za osobę skupioną, skuteczną i nad wyraz konkretną. A my nie mamy powodu, żeby podawać w wątpliwość tę samoocenę.

Co się z nią dzieje?

Weźmy zakładanie bluzek przez głowę. Pułkownikowa wiedziała, że wie, jak to się robi. Wiedziała z całą pewnością, że istnieje zależność między początkowym położeniem metki oraz wycięcia pod szyję a ostatecznym efektem ubierania się. Nie mogła sobie tylko przypomnieć, jak to działa. Czy przygotowując część garderoby do naciągnięcia na głowę, powinna mieć metkę z tyłu, a wycięcie z przodu? Czy raczej odwrotnie? Przód, tył, jakie to skomplikowane!

Uporczywe i zniechęcające próby połapania się w tym, co jeszcze niedawno było zwyczajnym automatyzmem, doprowadziły Pułkownikową do desperackiego kroku: kupiła kilka sweterków, sukienek i bluzek zapinanych na guziki, a wszystkie części garderoby o nieoczywistym sposobie wkładania spakowała w śmieciowory i postawiła blisko śmietnika. Stały tam niewiele ponad dwie minuty. Niezbyt gustowna, acz kosztowna garderoba Pułkownikowej przyduszona czarnym plastikiem rozpoczęła pielgrzymkę do światów, w których ona sama nigdy nie bywała. Część z tych ubrań znowu trafi do sprzedaży, ale już nie w butikach i nie w salonach Mody Polskiej. Na straganach ze starzyzną błyśnie tu i tam jakaś niecodzienna metka, trochę drogiego bezguścia będzie można zauważyć na grzbietach pary śmietnikowych nurków.

Ruszcie teraz empatią – jeśli Prezes wam jej nie poskąpił. Biedna Babka Pułkownikowa! Biedny Staruszek!

Zamiana ubrań bezguzikowych na guzikowe przyniosła tymczasową ulgę, chociaż kwestia bielizny pozostała nierozwiązana. Jednak łatwiej było Babce pogodzić się z noszeniem majtek tyłem do przodu niż z traceniem godzin całych na ustalenie, jak się je powinno obrócić, żeby wynik był zgodny z oczekiwaniami. Polecam takie ćwiczenie waszej empatycznej wyobraźni, żebyście przywołali w pamięci wszystkie banalne, oswojone czynności, których nawet nie raczycie zauważyć, a już na pewno nie traktujecie ich serio. Czymże jest włożenie swetra przez głowę, rozbicie skorupki jajka, rzut oka na zegar i automatyczna interpretacja uzyskanych danych? Albo wejście na trzy schodki, które policzył za was posłuszny mózg? A teraz proszę sobie wyobrazić, że za każdym razem musicie na nowo uczyć się tego wszystkiego, a raczej zgadywać, co się stanie, jeśli to, a co, jeśli tamto. Czujecie grozę? Tu jest miejsce na postulowaną empatię; Pułkownikowa też tę grozę czuła. Czuła ją, gdy nie mogła zrozumieć idei schodzenia po schodach. Zastygała w przerażeniu, nie mogąc poradzić sobie z kolejnością koniecznych sekwencji (unieść prawą/lewą nogę, zgiąć w kolanie i tak dalej, następnie drugą, podczas gdy ta pierwsza...). „I czort jewo znajet” – syczała w takich razach, ale to w niczym nie pomagało, a tylko szkodziło, jako że złość nie poprawia zdolności mózgu do sortowania i przetwarzania danych. Postępująca demielinizacja istoty szarej czyniła Babkę bezradną wobec wybryków własnej sieci neuronowej. Wobec zamierających w pół drogi, splątanych i bezładnych sygnałów wysyłanych na mózgowy Berdyczów. W tym miejscu możecie ze zdziwieniem zauważyć, że opis ten, a zwłaszcza wspomniana bezradność w zderzeniu z bałaganem panującym w układzie nerwowym bardzo przypomina to, co niegdyś pisałam o Dziuni. Ale to tylko złudzenie. Dziunia bowiem miała coś w rodzaju paraaspergera, a Babka – coś na kształt metaalzheimera. Ci dwaj kolesie bardzo się od siebie różnią, choć niektóre symptomy czynią ich przyrodnimi braćmi.

Wymarzone schronienie dla Babki Pułkownikowej nazywało się Wymarzony Dom. Miejsce, w którym nikt się niczemu nie dziwi, niczym nie oburza i niczego nie komentuje, gdyż siedem tysięcy (płatne z góry za każde trzy miesiące i zwrot tylko w wypadku zgonu pensjonariusza) skutecznie likwiduje wszelką nietolerancję wobec tych żywych skorupek po ludziach, tych pokracznych, żałosnych wraków, z którymi rodzina już nie chce mieć do czynienia. Żeby, no wiecie, nie czuć się nieswojo.

PROZAK

– Ale ostatecznie to wszystko jest śmieszne – zauważyła Dziunia.

– Oczywiście, że tak – odparłam z przekonaniem i sięgnęłam po dwudziestomiligramową dawkę prozaku, żeby móc docenić ostateczną śmieszność wszystkiego. Blister złośliwie wyszczerzył ku mnie szczerby po kapsułkach, przypominając, że czeka mnie wizyta u psychiatry. Kontakty z Dziunią zawsze niosły ryzyko osunięcia się w depresyjny biegun choroby afektywnej. Albo, co bardziej prawdopodobne, ludzie ze skłonnością do depresji szukają jej towarzystwa, jak narkoman szuka heroiny. Tak, patrząc na siebie nieco uczciwiej, niż to jest przyjęte i zalecane, dostrzegam wyraźnie, że moja gra jest kompatybilna z grą Dziuni, mój taniec pięknie się komponuje z jej życiowym tańcem. Czyja to wina, że ulegam jej ponuremu czarowi? Kto korzysta? Ja korzystam, bez żadnych wątpliwości. Najlepsze zaś jest to, że mogę za wszystko obarczyć ją: tę Wieczną Ofiarę Losu. Mogę też czuć się od niej lepsza, przynajmniej w kwestii przystosowania do życia w społeczeństwie ludzi. Bo już jeśli chodzi o koty... nieważne.

Negocjujemy sposób opisywania dalszych losów Dziuni, które w swej istocie są losami bliższymi. O ile mamy życzenie za kryterium przyjąć czas płynący liniowo, a co do czasu i jego liniowości, to już znacie naszą – moją i jej – wspólnie wypracowaną opinię. Nie będę się powtarzać, chociaż zgodnie ze wspomnianą opinią jak najbardziej powinnam. Cha-cha-cha.

Jako narratorka mam swoje prawa, a Dziunia już nie udaje, że potrafiłaby sobie beze mnie poradzić. Więc informuję ją, że pisząc trzecią część tej kuriozalnej trylogii, poćwiczę styl dowolny. Tak właśnie uczynię, czy jej się to spodoba, czy nie. Kto mi zabroni? Jedyne, czego mi nie wolno (pod groźbą klątwy-oplątwy), to lokowanie produktu. Żadnego, a-ni-jed-ne-go produktu nie ulokuję w tej opowieści, a te, które spróbują się tu wkręcić, bezlitośnie zdeletuję i odeślę w niebyt. Zresztą, kurmać, cóż takiego miałabym reklamować na kartach tej powieści? Gumofilce? Szczotki do zamiatania? Trutkę na szczury? Trumny? Oprócz – rzecz jasna – prozaku. Prawo pisarki.

Dziunia klepie okropną biedę, którą nazywa ewangelicznym ubóstwem. Gdyby była inną osobą, to jej losy byłyby inne. Gdyby jej losy były inne, to...

Poniżej notatka (może początek opowiadania) na odwrocie listy zakupów (kartofle, olej, sól, karma dla kotów), spisanej na ozdobnej kartce z logo ekskluzywnego hotelu, w którym nigdy nie była i być nie zamierza, ale będzie:

Pustelnia 2003, początek

Nie od razu pogodziła się z Prezesową koncepcją swego stylu życia. Prawdę mówiąc, straciła na to szmat czasu, a osiągnęła wielkie nico. Mijając ślicznie odremontowane (odpicowane) domki w drodze do swojej pustelni, czuła piekący żal. Żal ten wyżerał jej śluzówkę przełyku, więc wiecznie stękała i krzywiła gębę. Żeby rozsmakować się w ubóstwie, musiała przejść przez wyjątkowo parszywe ucho igielne, startując z miejsca, które nazwiemy roboczo Niedo Wytrzy Mania. Mało brakowało, a pozostałaby tam na zawsze. Tam, gdzie zamarzały jej rzęsy i pękały drobne żyłki na twarzy.

Wiecie, co jest zabawne? Pisząc te słowa, Dziunia nie miała pojęcia, że już wkrótce znajdzie się naprawdę w miejscu, które opisuje. Niektórzy pisarze (nawet tacy, którzy nie mogą znaleźć wydawcy) wykazują zadziwiającą zdolność prekognicji. Może zresztą to nie jest prekognicja, tylko o wiele groźniejsza umiejętność: przemiany słowa w ciało? Czy ktoś z państwa się ośmieli stanowczo zaprzeczyć?

Gdyby jej losy były inne, to może dałoby się sprzedać jakąś powieściową powierzchnię reklamową dla torebek, szminek albo chociaż lubrykatorów.

No, tośmy sobie pogdybali, prawda? Dziunia jest tym, kim być powinna, bo gdyby była kimś innym, to nie byłaby dziunią. A ja w tej chwili pisałabym jakiś fajny romans, dobrze się bawiąc. I może, ale tylko może, nie musiałabym regularnie odwiedzać psychiatry, żeby zdobyć receptę na (uwaga, bezpłatne lokowanie produktu) prozak. A raczej jego generyczne potomstwo.

Pierwszą część losów Dziuni umieszczano w różnych kategoriach. Na zasadzie „może gdzieś się dopasuje”. Serio. Oto przykłady, wraz z komentarzami bohaterki:

LITERATURA KOBIECA

(Co to jest za szajs, ta literatura kobieca? Jakaś wstydliwa choroba?).

ROMANS

(Jasne, zapewne z uwagi na gorącą namiętność Pułkownikowej do diamentów, wyrażoną wożeniem ich w odbycie!).

EROTYK

(Erotyk! Chyba, kurwa, dla dewiantów!).

LITERATURA DLA MŁODZIEŻY

(O Jezusie Nazareński...).

No, ale tak to właśnie było.

Z drugą częścią poszło łatwiej. Awansowała do kategorii LITERATURA POLSKA. Bez dodatkowych przymiotników, przysłówków i innych falbanek.

A co będzie teraz?

Oj, co teraz będzie...

O TYM, ŻE PEWNE ZAPISY ROZMÓW Z DZIUNIĄ SĄ JAK FRAGMENTY HISTORII CHOROBY

Ktoś, kto żyje w takim, a nie innym świecie i zupełnie się z tym nie zgadza, jest czubkiem, prawda? Och, nie zaprzeczajcie, szaleństwo czasem przypomina głębię i odwagę, lecz czy naprawdę musimy je mylić?

Pismo „Na Półsłupku” opublikowało kiedyś kilka wywiadów (numer, co?) z Dziunią. Słyszałam, że prowadząca te rozmowy dziennikarka, Zdziwa Czała, należała do wąskiego kręgu osób, mających dostęp do literackich płodów Dziuni. To może sporo wyjaśnić, bo dziuniość, powtórzę raz jeszcze, jest zaraźliwa (chociaż nie zakaźna). Pozostaje tajemnicą, jakimi środkami perswazji Zdziwa przeforsowała pomysł przeprowadzenia cyklu spotkań z dyżurną Sczyszczoną, a następnie brawurowej publikacji tych miazmatów w poważnym piśmie dla inteligentnych pań. Co za lekkomyślność.

Fragment wywiadu, który został opublikowany w cyklu „Zdziwa Czała na tropie sensu życia”

Osoby:

Dziunia (D)

Redaktor Zdziwa Czała (RZC)

RZC: Skarżysz się w felietonach publikowanych w „Kocie na Puszczy”, że... pozwól, że zacytuję: „ścierwosłowie opanowało Rzeczy Wistość”, co to znaczy, tak dokładniej?

D: Tak dokładniej, okej. Patrzymy bezradnie na postępujący proces globalnego ześcierwienia! Skup się i zobacz to: Wszystkie słowa mające jakiś potencjał zostały już zużyte do... Poczekaj, zastosuję metaforę: wyobraź sobie, że delikatne, wartościowe i pełne treści rękopisy wiszą w wychodku na gwoździu. Tam, gdzie wiesza się papier toaletowy. To mam na myśli. Odwagą nazywa się teraz chodzenie bez majtek albo oddawanie moczu na przedmioty cudzego kultu. Pięknem – udane transformacje chirurgii plastycznej, zjawy z fotoszopa, szmaty wiszące na wieszakach z resztek zagłodzonych kobiecych ciał. Kreatywnością – bezczelność, manipulanctwo i krętactwo. A co się nazywa kulturą? Kulturą są wspominkowe jasełka z udziałem politycznych kacyków, pajacowanie podstarzałych chłopczyków i dziewczątek, uwodzących gawiedź brakiem moralnych hamulców, igrzyska buractwa i chamstwa opanowanego chucią. No i oczywiście nieśmiertelne wybory miss, doroczny przepęd półnagich ludzkich samic. Pokaż mi wartościowe słowo, a ja ci udowodnię, że to truposłów. I nie chodzi tylko o techniki nakręcania sprzedaży, ale o dowolną rozmowę humanoidów, pokaranych darem mowy.

RZC: Mocno powiedziane. Ale czy negowanie tego, co ludzkie i nam wszystkim nieobce, nie należy do zachowań fanatyczki?

D: Nie. Należy do zachowań osoby podającej w wątpliwość przymiotnik „ludzkie”. Nie dostrzegam nic ludzkiego w mieleniu słów na miazgę. I nic wartościowego w psuciu i tak ledwie żywej Rzeczy Wistości. Ani w samym mówieniu.

RZC: A jednak zgodziłaś się na tę rozmowę?

D: Tak, widocznie pękła mi sprężyna, jeśli wiesz, o czym mówię. Zawiesił mi się system operacyjny. Mój dysk mnoży bad sectory. To mnie tak ogłupiło, że siedzimy sobie tu i udajemy, że mamy o czym rozmawiać.

RZC: Cisza.

RZC: Cisza.

RZC:Westchnienie.

RZC: Nie mam pojęcia, o czym mówisz. Co to są badsektory?!

RZC: Masz na myśli...

RZC: I co chcesz nam w związku z tym powiedzieć?

D: Żebyście się pocałowali wszyscy w zbiorową dupę w ramach zaawansowanych ćwiczeń jogi.

Ten wywiad zrobił furorę, a ostatnie zdanie pobiło rekordy cytowań. I to w bardzo różnych mediach, od tabloidowych szmat dla czytelnika specjalnej troski aż po poważne i niezależne blogi polityczne. Na początku skrzętnie pomijając autorstwo tej frazy (ograniczając się do „pewna nikomu nieznana lokalna pisarka”), uczyniono z wezwania Dziuni zdanie założycielskie nowego ruchu społecznego – Udupionych. Ten ruch, niegłoszący niczego nowego poza wezwaniem do całowania w dupę, stał się na krótką (względnie) chwilę trzecią siłą polityczną w Polsce. W tym czasie usiłowano zaprosić Dziunię do radia, do audycji fitness Porcja Gadania zamiast Śniadania. Oraz do prywatnej, lewicującej i anarchizującej telewizji, do programu Już po Hierbacie. Umizgi (i to namolne) uprawiał wobec niej portal WolniAnalni.com. Niczego od niej nie wymagano poza tym, żeby głośno i wyraźnie proponowała wszystkim, żeby się całowali w dupę. Aż wreszcie ludziom się znudziło i dali jej spokój.

Zdziwa Czała próbowała jeszcze kilku podejść, bo dzięki cytowanemu tu wywiadowi zyskała dla swojej gazety rekord odsłon i komentarzy na blogach. Ale Dziunia, uzyskawszy potwierdzenie swojej teorii Globalnego Ześcierwienia, pozostała niewzruszenie w trybie mute. Z wyjątkiem felietonów publikowanych w „Kocie na Puszczy”, wydawanym w nakładzie 11 egzemplarzy raz na jakiś czas.

DZIUNIA WYPOWIADA ZAKLĘCIE

– Kocham cię – oznajmił Owca.

Dziunia nie miała powodu, żeby mu wierzyć. Nie miała też podstaw, by podać jego słowa w wątpliwość. Dlatego postanowiła nie odbierać. Słowa, pozbawione energii receptywnej, rozpłynęły się w powietrzu niby fałszywy dym z e-papierosa. Dziunia doskonale znała tę ich właściwość: jeśli nie zostaną w porę przechwycone i poddane metabolizmowi odbiorcy, po prostu zanikają. Fiuuu... były słowa i nie ma słów.

Owca zaszurał kapciami i strzelił patelnią, aż jęknęły fajerki.

– Coś mówiłem – rzucił nieco zaczepnie, lecz zachował przy tym należytą ostrożność.

Na szczęście był na tyle inteligentny, żeby nie powtarzać zaklęcia, skoro nie odniosło skutku od razu. Wiedział, że zaklęcia czasem działają. A czasem nie. Nie należał do ludzi, którzy w odpowiedzi na brak prądu molestują wyłączniki światła. Ani do tych, którzy sto razy napierają paluchem na przycisk przywołania windy w nadziei, że to przyśpieszy jej bieg. Gdy był młodszy, a aparaty telefoniczne miały jeszcze widełki, nigdy nie stukał w te widełki jak idiota, żeby przywrócić zerwane połączenie. Tak, zdecydowanie: Owca był facetem dobrze wyposażonym umysłowo. Do tego stopnia, że potrafił ukryć tę moc umysłu pod warstwą głupkowatej dobroduszności. Kamuflaż.

Dziunia wykryła u Owcy wiele cennych połączeń nerwowych; gęste jak żywopłot wiązki neuronów lustrzanych, prawdziwa rzadkość w trzecim tysiącleciu. Owca był mutantem, podobnie jak ona, tylko lepiej przystosowanym, bo introwertycznym. Dlatego zdwoiła czujność, wiedząc, że ktoś taki nie mówi „kocham cię” bez ważnego powodu. Owca musiał być naprawdę zdesperowany.

– Poradzisz sobie – zaczął i szybko się poprawił: – Poradzimy sobie przecież. To nie jest koniec świata. Czekaj, zrobię ci kawusię z dodatkami.

– Jasne – szczeknęła Dziunia, olewając i kawusię, i dodatki. – Podaj mi chociaż jeden sposób po-ra-dzenia-sobie-mać.

Banalne pocieszanki działały na nią jak okład ze świeżej pokrzywy i żywych mrówek. Natychmiastowa psychiczna wysypka.

Owca milczał, gmerając w smażonych kartoflach. Albo nie wiedział, co powiedzieć, albo wiedział, ale to, co wiedział, nie nadawało się do rozpowszechniania. Doskonale znał wszystkie możliwe reakcje swojej żony. Żadna z nich nie była dla niego atrakcyjna. To był naprawdę porządny facet, ugodowy pesymista, słabo przymocowany do podłoża codzienności. Oczywiście, o czym wszyscy doskonale wiemy (a jeśli jeszcze nie, to służę uprzejmie), każda zaleta, podobnie jak dowolna wada, ma swoje skutki uboczne, przeciwstawne do niej samej. Z Owcą sprawy miały się tak, że był ugodowy (i pesymistyczny) w dość denerwujący sposób. Jak bardzo, to się jeszcze przekonamy. W tej chwili zepsuł mu się czajnik elektryczny.

– Zepsuł się czajnik – oznajmił, jęknąwszy w duchu, bo to nie była dobra pora na psucie sprzętów domowych.

– Co znaczy zepsuł? – wkurzyła się Dziunia, która kilka godzin wcześniej wygłosiła coś w rodzaju proroctwa, że się „kurwa, wszystko posypie w ruinę i niedługo nic nie zostanie”.

– No zepsuł, bo nie działa – wyjaśnił jej jak komu głupiemu. – Włączyłem i nie działa.

– No to postaw go może na tej czarnej, durniu, podstawce, co jest w niej prąd – podpowiedziała Dziunia głosikiem spod znaku dziegciu z miodem. – Może to wystarczy, żeby się cudownie naprawił.

W nagrodę otrzymała filiżankę Specjalnej Kawy1. Owca miewał intuicje smakowe, zresztą do niedawna pracował w mniej lub bardziej eleganckich knajpach, kucharząc. Nie dlatego, że był z zawodu kucharzem, bo akurat był technikiem lotniczym. Stał się Owcą Kucharzem w drodze wieloletniej praktyki, a jego motywacje okazały się aż nazbyt oczywiste. Gotowanie było przykrą koniecznością, prawdziwym celem był łatwy dostęp do darmowego wódopoju. Poznali się z Dziunią (mam na imię Owca, jestem alkoholikiem) w miejscu, gdzie się mówi prawdę, całą prawdę i tylko prawdę. Natychmiast zapragnęli nawzajem swojego towarzystwa, jakby znaleźli się w silnym polu magnetycznie aktywnym, na razie od pasa w górę. I w ciągu tygodnia stali się parą (wciąż od pasa w górę), łamiąc tym terapeutyczną zasadę, żeby nie wiązać się na podstawie wspólnoty deficytów i pokrewieństwa kalectw.

Nadeszła pora ostatecznego argumentu. Owca westchnął, bo nie lubił nikomu dokuczać. Mając nad miarę rozbudowane te wiązki lustrzane, uczestniczył przecież aktywnie w każdym cierpieniu, także w tym, które sam wywołał. Prawdziwy empata nie może sobie pozwolić na bycie sukinsynem.

– Wybacz, że o tym wspominam – zaczął. – Ale tysiąc razy mówiłaś, że trzymasz się z daleka od swojej zapowietrzonej familii, bo czegokolwiek dotkną, to się w gówno obraca. Twoje własne słowa.

Dziunia ziewnęła, wzruszyła ramionami i odparła:

– Słowa nic nie znaczą.

Zapomniała, że trzeba trzymać słowa na wodzy, nawet jeśli nic nie znaczą. Bo mają swoje Konsekwencje. Bo niektóre zaklęcia działają. I to jak!

Z BLOGA DYSYS INGLAND

Uwaga: Wyjaśnię wszystko teraz i już nie będziemy do tego wracać przy zwiedzaniu innych części tego bloga. Oryginalny tekst zawiera pewną dawkę sądów powszechnie uznawanych za obelżywe lub co najmniej krzywdzące, ale pomijając nawet te dwie brzydkie cechy – są to opinie niepoprawne politycznie. Miejscami (zwłaszcza w części dotyczącej uwięzienia Dziuni w domu w Clock Face przez eksfarmera z RPA, obecnie obywatela Zjednoczonego Królestwa, z wydatną pomocą cioteczki Cassie) stężenie niepoprawności było tak wielkie, że gdyby ktoś chciał nagrać audio i wypikać (piiip) całe to ohydztwo, to taki, pożal się Boże, audiobook składałby się z samych piknięć. Wersja pisana ma tę przewagę, że mogę użyć funkcji DELETE (ulubionej zabawki Dziuni), co wszystkim wyjdzie na zdrowie, a najbardziej tej opowieści. Tak, uzgodniłam to z autorką bloga. Nie, nie była zachwycona. Powiedziała mi (piiiip). Inne z kolei fragmenty, opowiadające o zmaganiach polskiej emigrantki z międzynarodową korporacją, zostały umieszczone w swojej oryginalnej wersji i wulgaryzmy pozostały na swoich miejscach. Przypomnę, że Dziunia nie uznaje dzielenia słów na ładne i brzydkie, preferując podział na potrzebne i zbędne. Wydało mi się całkiem sensowne, żeby ją w tym naśladować. Jak również w tym, by lekce sobie ważyć wszelką chronologię zadarzeń. Co komu po chronologii, jeśli nie pojmie pierwszej zasady – czas raz płynie tak, a kiedy indziej inaczej. Poniższy wpis pochodzi z końca roku 2004, chociaż został opublikowany znacznie później.

Siedzę w aucie, które przypomina domek ślimaka. Jest mi dobrze, palę ostatniego papierosa z tych przywiezionych z kraju. I może w ogóle ostatniego w życiu, bo skąd wezmę pięć funtów na nową paczkę? Ciągnę łapczywie, wsysając do płuc wszystkie życiodajne składniki smogu, wzbogacone aromatem kiszonki. Ten obrzydliwy smak przypomina mi podróż do tego raju, z której przecież można było zawrócić na każdym etapie. Na przykład wtedy, kiedy pękł słoik z kwaszonymi ogórkami i cały ten szajs wgąbczył się w moje zapasy fajek. Albo wtedy, gdy ta policjantka wrzeszczała na cały Londyn, żebym zabrała („swój cholerny złom”) auto z pasa awaryjnego, skoro nie mam awarii, tylko nie wiem, gdzie jestem. Angielskie przepisy drogowe nie uwzględniają awaryjnych postojów z powodu defektu rozumu u kierowcy.

A już na pewno powinnam zawrócić i zniknąć w porannej mgle po serdecznym powitaniu, jakie Bob nam zgotował w domu starego Brunona, dnia trzeciego z rana.

Co ja tutaj robię?

Skąd się wzięłam...

Skąd ja się TUTAJ wzięłam?

Oto prosta odpowiedź: jestem chciwa, głupia i naiwna. Jest połowa listopada Pierwszego Roku Emigracji, wkrótce Christmas. Merry, merry. Mam wrażenie, że zstąpiłam do piekieł. Lecz – co gorsza – zabrałam ze sobą Owcę. Chcę walić głową w dowolną twardą powierzchnię, ale nie mam na to czasu. Trzeba dokończyć mycie podłogi, powiesić pranie i przebierać się do roboty. Druga zmiana jest dobra. Gdy wracamy, nasi właściciele śpią. Jest bezpiecznie.

SZEŚĆ DOWODÓW NA BYCIE GIE-CE, OPRACOWANYCH STARANNIE NA OSOBISTE ŻĄDANIE BOHATERKI TEJ POWIEŚCI

Żądanie, o którym mowa, otrzymałam pocztą elektroniczną, a dodatkowo w postaci krótkiej wiadomości tekstowej, listem poleconym oraz dwukrotnie ustnie: w rozmowie telefonicznej i bezpośrednio.

Nie waż się opowiadać historii mojej emigracji bez wyraźnego zaznaczenia, że jestem głupią cipą. W innym wypadku czytelnik mógłby podjąć własne próby zaszufladkowania, o wiele bardziej niesprawiedliwe. W dodatku nie proszę cię o kłamstwo, bo obie wiemy, że istnieją symptomy, uzasadniające powyższą diagnozę psychologiczną. Spełniam wszelkie warunki, które decydują o przynależności do klasy gie-ce. Kapewu?

Kapewu. Zgodnie z powyższą dyspozycją podaję czytelnikowi pod rozwagę, co następuje:

Co czyni gie-ce, otrzymując niespodziewany a srogi cios z ręki (nogi) bliźniego swego? Ucieka? Walczy? Dochodzi swoich praw? Nie, ona zatrzymuje się i sprawdza. Sprawdza, czy:

1. To