Wyłącznik awaryjny - James Rollins, Grant Blackwood - ebook
Opis

Pierwsza część ekscytującej serii opartej na powieściach Rollinsa z cyklu „Sigma Force”. W rolach głównych znani z „Linii krwi”: były żołnierz armii amerykańskiej, Ranger Tucker Wayne, i jego czworonożny partner, Kane, służący w armii owczarek belgijski.

Ranger Tucker Wayne i jego pies zostają zatrudnieni przez jednostkę Sigma Force do sprowadzenia z Syberii rosyjskiego magnata farmaceutycznego.

Mężczyzna jest nie tylko potentatem na rynku farmaceutycznym, ale i prawdziwym geniuszem, który wie, jak uruchomić zupełnie nieznaną broń. Wiadomo, że skonstruowano ją wieki temu, by sterroryzować współczesny świat.

Tucker i Kane będą musieli przemierzyć mroźne stepy Rosji i wypalone sawanny Czarnego Lądu, cofając się do początków życia na Ziemi, by rozwikłać niezwykłą zagadkę, zanim ta potężna broń doszczętnie zniszczy Amerykę.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 490

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


O książce

Były żołnierz Rangersów, elitarnej jednostki amerykańskiej armii, i owczarek belgijski, który ma za sobą służbę w Afganistanie. Niezwykli partnerzy, znani z Linii krwi, teraz w rolach głównych w pierwszej powieści z nowego cyklu Jamesa Rollinsa.

Wolny strzelec

Jeśli trzeba załatwić coś sprawnie i dyskretnie, nikt nie nadaje się do tego lepiej niż Tucker Wayne i jego czworonożny partner Kaine. Po misji, w której kiedyś obaj brali udział, rząd Stanów Zjednoczonych już kilkakrotnie próbował zwerbować ich do Sigma Force. Tylko że Wayne nie ufa władzy i woli pracować na własny rachunek.

Niby proste zlecenie

Właśnie uratował życie rosyjskiemu milionerowi we Władywostoku, który płaci mu – i to niemało – za ochronę. Kiedy Painter Crowe nawiązuje z Wayne’em kontakt i prosi o wywiezienie z Rosji pewnego naukowca, były ranger się waha. W końcu przyjmuje zlecenie – może miał już dosyć syberyjskiej zimy, a może wyczuł, że człowiek, którego ma eskortować, jest z jakiegoś powodu bardzo ważny.

Tykająca bomba

I nie myli się. Bo gdzieś w Afryce zachowała się LUCA, starożytna forma życia mogąca zniszczyć ekosystem Ziemi. A jedyną osobą, która jest w stanie stworzyć „wyłącznik awaryjny” unieszkodliwiający ten inwazyjny organizm, jest ekscentryczny rosyjski profesor. Bezpieczeństwo światu zależy od tego, kto pierwszy dotrze do Namibii i znajdzie niewinnie wyglądającego „grzybka”, przy którym grzyb atomowy to dziecinna zabawka.

JAMES ROLLINS

Amerykański pisarz, z zawodu weterynarz, z zamiłowania płetwonurek i grotołaz. Absolwent University of Missouri, karierę literacką rozpoczął w 1999 r. powieścią o wyprawie do wnętrza Ziemi, Podziemny labirynt. Kolejne m.in. Ekspedycja, Amazonia oraz książki z cyklu SIGMA FORCE zapoczątkowanego w 2004 r. Burzą piaskową – których akcja toczy się często w niedostępnych rejonach świata – dżunglach, głębinach oceanów, podziemnych grotach oraz na pustyniach i lodowcach – odniosły międzynarodowe sukcesy. Obecnie trwają przygotowania do ekranizacji Mapy Trzech Mędrców.

www.jamesrollins.com

GRANT BLACKWOOD

Amerykański pisarz, były żołnierz piechoty morskiej. W Polsce znany głównie jako współautor powieści pisanych z Tomem Clancym i Clive’em Cusslerem.

www.grantblackwood.com

Tego autora

LODOWA PUŁAPKA

AMAZONIA

OŁTARZ EDENU

EKSPEDYCJA

PODZIEMNY LABIRYNT

Cykl SIGMA FORCE

BURZA PIASKOWA

MAPA TRZECH MĘDRCÓW

CZARNY ZAKON

WIRUS JUDASZA

KLUCZ ZAGŁADY

OSTATNIA WYROCZNIA

KOLONIA DIABŁA

LINIA KRWI

OKO BOGA

SZÓSTA APOKALIPSA

LABIRYNT KOŚCI

James Rollins, Grant BlackwoodCykl z Tuckerem Wayne’em

WYŁĄCZNIK AWARYJNY

James Rollins, Rebecca CantrellCykl ZAKON SANGWINISTÓW

EWANGELIA KRWI

NIEWINNA KREW

DIABELSKA KREW

Tytuł oryginału:

THE KILL SWITCH

Copyright © James Czajkowski & Grant Blackwood 2014

All rights reserved

Polish edition copyright © Wydawnictwo Albatros Sp. z o.o. 2017

Polish translation copyright © Maria Gębicka-Frąc 2017

Redakcja: Grażyna Dziedzic

Zdjęcie na okładce: Tatiana Shepeleva/Shutterstock

Projekt graficzny okładki: Mariusz Banachowicz

ISBN 978-83-6578-123-9

WydawcaWYDAWNICTWO ALBATROS SP. Z O.O.(dawniej Wydawnictwo Albatros Andrzej Kuryłowicz s.c.)Hlonda 2a/25, 02-972 Warszawawww.wydawnictwoalbatros.comFacebook.com/WydawnictwoAlbatros | Instagram.com/wydawnictwoalbatros

Niniejszy produkt jest objęty ochroną prawa autorskiego. Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku osobę, która wykupiła prawo dostępu. Wydawca informuje, że publiczne udostępnianie osobom trzecim, nieokreślonym adresatom lub w jakikolwiek inny sposób upowszechnianie, kopiowanie oraz przetwarzanie w technikach cyfrowych lub podobnych – jest nielegalne i podlega właściwym sankcjom.

Przygotowanie wydania elektronicznego: Michał Nakoneczny, 88em.eu

Dla wszystkich czworonożnych wojowników…i dla tych, którzy służą razem z nimi

Prolog

Beczuana, AfrykaWiosna 1900 roku

Doktor Paulos De Klerk zapakował ostatnie lekarstwa i materiały opatrunkowe do drewnianego kufra i zamknął go na trzy mosiężne zatrzaski, mamrocząc pod nosem:

– Amat… victoria… curam.

Zwycięstwo sprzyja przygotowanym.

W każdym razie o to się modlił.

– Więc jak idzie, drogi doktorze? – Dudniący głos generała Maniego Roosy napłynął z wieżyczki obserwacyjnej.

De Klerk zasłonił dłonią oczy przed oślepiającym blaskiem słońca i spojrzał na brodacza wychylającego się nad barierką. Roosa nie wyróżniał się imponującą budową fizyczną, ale miał charyzmatyczną osobowość, która sprawiała, że wydawał się ponaddwumetrowym olbrzymem; było to w jego oczach. Generał zawsze sprawiał wrażenie gotowego do walki.

I miał ją stoczyć, jeśli wiadomości z północy były zgodne z prawdą.

– Jesteśmy gotowi? – zapytał.

De Klerk skierował uwagę na inne kufry, skrzynie i jutowe worki. Choć słowa generała rzeczywiście brzmiały pytająco, wiedział, że nie wymaga on odpowiedzi. W ciągu całego dnia dowódca zadał to samo „pytanie” prawie wszystkim żołnierzom pod swoją komendą, krzątającym się na płaskowyżu, na którym stał fort, zajętym czyszczeniem broni, liczeniem amunicji i ogólnie rzecz biorąc, przygotowaniami do rychłego wymarszu.

– Jak zawsze będę gotów do ruszenia w drogę pięć minut przed panem, drogi generale – odparł De Klerk i westchnął.

Roosa, poklepując ręką drewnianą barierkę, wybuchnął gromkim śmiechem.

– Rozbawia mnie pan, doktorze. Gdyby nie był pan taki dobry w swoim fachu, może by mnie kusiło, żeby tu pana zostawić, w bezpiecznym miejscu.

De Klerk powiódł wzrokiem po ruchliwym forcie. Nie cierpiał samej myśli o opuszczeniu tych murów, ale wiedział, gdzie jest najbardziej potrzebny. Otoczony palisadą fort ze skromnymi zabudowaniami może i był prymitywny, lecz przetrwał niezliczone ataki Brytyjczyków, stanowiąc bastion burskich żołnierzy. Wyjście za te zapewniające ochronę mury oznaczało, że prawdopodobnie on i jego sanitariusze w ciągu najbliższych dni będą mieli pełne ręce roboty.

Co nie znaczy, że nie przywykł do okropności wojny.

De Klerk miał tylko trzydzieści dwa lata, ale pięć z ostatnich dziesięciu spędził na wojnie. Pierwsza Vryheidsoorlog, czyli wojna wyzwoleńcza, wybuchła w 1880 roku i na szczęście trwała tylko rok, kończąc się zwycięstwem Burów. Burowie wyzwolili się spod brytyjskiej władzy i Transwal uzyskał niepodległość. Osiem lat później rozpoczęła się druga wojna burska, w której brał udział nie tylko Transwal, ale również sąsiednia Orania.

Te same kwestie sporne, tylko więcej żołnierzy, pomyślał cierpko lekarz.

Brytyjczycy chcieli trzymać Burów pod kolonialnym obcasem, a ci, rzecz jasna, nie odnosili się z entuzjazmem do tego pomysłu. Przodkowie De Klerka przybyli na sawanny i w góry Afryki, żeby cieszyć się wolnością, a teraz Engelse chcieli im ją odebrać. W przeciwieństwie do pierwszej wojny, ta obecna przedłużała się, a Brytyjczycy stosowali w niej politykę spalonej ziemi. Choć ani De Klerk, ani żaden z jego towarzyszy nie ujął tego w słowa, wszyscy wiedzieli, że czeka ich nieuchronna klęska. Jedynym człowiekiem, który wydawał się tego nieświadom, był generał Roosa, w sprawach wojny niepoprawny optymista.

Roosa odepchnął się od barierki, zszedł po topornej drabinie i zatrzymał się przy zajętym De Klerku. Kilkoma wprawnymi pociągnięciami wygładził mundur khaki. Był tego samego wzrostu co doktor, ale bardziej krzepki i miał krzaczastą brodę. Ze względów higienicznych De Klerk nie zapuszczał zarostu i tego samego wymagał od sanitariuszy.

– Widzę, że zapakował pan mnóstwo bandaży – zauważył Roosa. – Czy ma pan tak złe zdanie o moich talentach przywódczych, doktorze? A może zbyt wysoko ocenia pan angielskich żołnierzy?

– Na pewno nie to drugie, generale. Po prostu wiem, że niedługo będę opatrywać rzesze jeńców ranionych przez nasze kule.

Roosa zmarszczył brwi i potarł brodę.

– Tak, skoro o tym mowa, doktorze… o niesieniu pomocy wrogowi…

Od dawna była to drażliwa kwestia. De Klerk nie chciał zmienić swojego stanowiska.

– Jesteśmy chrześcijanami – powiedział. – Zapewnianie takiej pomocy to nasz obowiązek. Ale rozumiem, że nasi ludzie muszą mieć pierwszeństwo. Będę pomagać brytyjskim żołnierzom tylko na tyle, żeby mieli szansę przeżyć do czasu znalezienia się pod opieką swoich lekarzy. Jeśli zaprzestaniemy takiego postępowania, będziemy nie lepsi od nich.

Roosa poklepał go po ramieniu, niekoniecznie na znak, że się z nim zgadza, ale rozumiał jego punkt widzenia.

Z powodów, które De Klerk nie do końca pojmował, generał zaczął go uważać za swojego powiernika. Często rozmawiał z nim na tematy, które nie miały nic wspólnego z jego lekarskimi obowiązkami – jakby widział w nim swoje sumienie.

Lekarz wiedział, że Roosa jest zainteresowany jego przygotowaniami z jeszcze innego powodu. Podwładni generała stali się dla niego rodziną, zastępowali mu żonę, trzy córki i dwóch synów – cała szóstka dwa lata temu zmarła na ospę. Strata bliskich niemal go zdruzgotała i zostawiła trwałe blizny na jego psychice. Nie bał się kul czy bagnetów, lecz choroba budziła w nim przemożny strach.

Odchodząc od drażliwego tematu, Roosa wskazał oprawny w skórę dziennik, który De Klerk zawsze trzymał pod ręką.

– Widzę, że kataloguje pan kolejne kwiaty.

De Klerk tkliwie, niemal opiekuńczym gestem, pogładził podniszczoną okładkę.

– Gdy tylko Opatrzność pozwala, tak. Jeśli zmierzamy tam, gdzie przypuszczam, znajdę wiele gatunków, których nigdy dotąd nie widziałem.

– Owszem, kierujemy się na północ, w góry Groot. Zwiadowcy meldują, że brygada angielskich żołnierzy pod wodzą nowego dowódcy, pułkownika, który niedawno przybył z Londynu, wyruszyła z Kimberley na zachód.

– A ten pułkownik bez wątpienia chce jak najszybciej dowieść, ile jest wart.

– Czy oni wszyscy nie są właśnie tacy? Jeśli wyruszymy rankiem, ich patrole wypatrzą nas tuż przed wieczorem.

I wtedy rozpocznie się polowanie. De Klerk bynajmniej nie uważał się za stratega, ale spędził z Roosą wystarczająco dużo czasu, żeby poznać jego ulubioną taktykę: najpierw pozwalał, by brytyjscy zwiadowcy ich zauważyli, a następnie zwabiał nieprzyjaciela na północ, w góry Groot, gdzie ukształtowanie terenu ułatwiało urządzenie zasadzki.

Wróg wolał walczyć na sawannie, gdzie schludne formacje i przeważająca siła ognia nieodmiennie zapewniały mu zwycięstwo. Brytyjscy dowódcy nie cierpieli wzgórz, gór i dolin, nienawidzili tego, że Roosa ze swoją bandą wieśniaków odmawia walki na ich warunkach. Generał wiele razy stosował właśnie taką strategię, żeby wciągnąć Brytyjczyków w mordercze zmagania. A oni, jak dotąd, nie wyciągnęli z tego żadnych wniosków.

Ale jak długo będą tak aroganccy?

De Klerka przebiegł zimny dreszcz. Sięgnął po dziennik i schował go do kieszeni.

Oddziały wyruszyły długo przed świtem i gdy słońce wspinało się coraz wyżej po niebie, bez przeszkód zmierzały na północ. Było w zenicie, kiedy dopędził ich jeden z wysłanych na południe zwiadowców galopujący na spienionym, zadyszanym wierzchowcu. Udał się wprost do Roosy, który jechał na czele kolumny.

De Klerk nie musiał słyszeć meldunku, żeby znać jego treść.

Nieprzyjaciel ich znalazł.

Po krótkiej rozmowie ze zwiadowcą generał podjechał do wozu medycznego.

– Doktorze, Brytyjczycy niebawem rozpoczną pościg. Pańskim wygodnym wozem będzie trochę trzęsło.

– Mniej się przejmuję wozem niż tym, w jaki sposób wstrząsy wpłyną na moje delikatne narządy wewnętrzne. Myślę jednak, że jakoś to przeżyję.

– Podziwiam pański hart ducha.

Minuty przechodziły w godziny, a generał prowadził kolumnę na północ, w miarowym tempie zmniejszając odległość dzielącą ich od gór. Podnóża rysowały się na horyzoncie, ze szczegółami rozmytymi przez wznoszące się nad sawanną fale rozgrzanego powietrza.

Dwie godziny przed zmierzchem przybył kolejny zwiadowca. Gdy przejeżdżał obok wozu medycznego, De Klerk z wyrazu jego twarzy i postawy odgadł, że dzieje się coś złego. Po krótkiej rozmowie z generałem zwiadowca odjechał.

Roosa obrócił konia i krzyknął do oficerów:

– Przygotować wozy do szybkiej jazdy! Pięć minut! – Zbliżył się do De Klerka. – Ten nowy angielski pułkownik próbuje być sprytny. Chce nas oskrzydlić i podzielił swoje oddziały na dwie części, z których jedna jest młotem, a druga kowadłem.

– Z nami pośrodku.

– Przynajmniej taką mają nadzieję – odparł Roosa z szerokim uśmiechem. – Ale nadzieja zgaśnie wraz ze światłem, doktorze. Zwłaszcza jeśli zwabimy ich w góry. – Beztrosko machnął ręką, zawrócił konia i odjechał.

Kilka minut później wzdłuż kolumny poniósł się jego tubalny głos.

– Szybki marsz… naprzód!

Woźnica De Klerka trzasnął lejcami po końskich zadach.

– Wio… wio! – krzyknął.

Konie wierzgnęły i ruszyły galopem. De Klerk kurczowo chwycił się burty wozu, nie odrywając spojrzenia od dalekich gór Groot Karas.

Za daleko, pomyślał posępnie. Za daleko i za mało czasu.

Po godzinie okazało się, że jego obawy były uzasadnione.

Tumany pyłu zapowiadały powrót dwóch jeźdźców, których Roosa wysłał na północ na rozpoznanie, ale gdy pył osiadł, stało się jasne, że wrócił tylko jeden. Zwiadowca, dwukrotnie postrzelony w plecy, pochylił się w siodle i spadł z konia.

Roosa dał rozkaz, żeby się zatrzymać, po czym ruchem ręki przywołał De Klerka. Doktor zabrał torbę lekarską, podbiegł do rannego i ukląkł. Stwierdził, że obie kule przedarły się przez narządy wewnętrzne i wyszły z przodu torsu młodego człowieka.

– Zapadnięte płuco – powiadomił Roosę, który podtrzymywał głowę chłopca.

Zwiadowca Meer, ledwie osiemnastoletni, chwycił generała za rękaw i próbował coś powiedzieć, lecz zanim znalazł słowa, na usta wystąpiła mu krwawa piana.

– Generale – wyrzęził – Engelse batalion… na północ od nas. Ciężka kawaleria, szybkie przodki z armatami.

– Jak daleko, synu?

– Trzynaście kilometrów. – Meer zakaszlał chrapliwie i z ust trysnęły mu krople krwi. Wyprężył się, ostatkiem sił walcząc z tym, co było dla niego nieuchronne, po czym nagle jego ciało bezwładnie opadło.

De Klerk sprawdził puls i pokręcił głową.

– Całe to moje gadanie o angielskiej arogancji – mruknął Roosa. – To ja byłem arogancki. Ten nowy brytyjski pułkownik próbuje odciąć nam drogę do Groot. Jeśli dopadną nas na otwartej przestrzeni… Hm, w takim wypadku, drogi doktorze, będzie pan miał więcej pracy niż w ciągu całego życia.

De Klerk nie odpowiedział, ale generał zauważył, że pobladł.

Mocno chwycił go za ramię.

– Engelse pułkownik jest sprytny, ale jego kleszcze wciąż są rozwarte na tyle szeroko, że zdołamy się wymknąć. Co więcej, niebawem pochłonie nas noc.

Godzinę później, siedząc na podskakującym wozie, De Klerk patrzył, jak górny skraj tarczy słonecznej niknie za horyzontem. Wkrótce zapadnie noc, ale niebo na wschodzie przysłaniał pióropusz pyłu, czerwonozłoty w ostatnich promieniach zachodzącego słońca. Oszacował, ile koni może wzbić taką chmurę.

Co najmniej dwustu jeźdźców.

A za nimi niezliczone wozy pełne żołnierzy i do tego armaty.

Boże, miej nas w opiece…

Ale przynajmniej dotarli bezpiecznie do podnóży Groot, wymykając się z nieprzyjacielskich kleszczy. Wóz podskoczył i z terkotem wjechał do cienistej doliny. Siły brytyjskie zniknęły z pola widzenia.

Odwrócił się i spojrzał na rozciągający się przed nimi istny labirynt wzgórz, suchych koryt rzecznych i jaskiń. Roosa wiele razy wysławiał ukryte w górach „kieszonkowe fortece”, podziemne warownie, w których Burowie mogli przeczekać każde brytyjskie oblężenie.

Przynajmniej taką mieli nadzieję.

Czas płynął powoli, rozcierany w proch przez koła wozów i końskie kopyta. Wreszcie powróciła jedna z grup zwiadowców wysłanych przez generała na południe. Po krótkiej naradzie jeden z jeźdźców odjechał, a Roosa wydał rozkaz, żeby kolumna zwolniła.

Zbliżył się do wozu De Klerka.

– Zyskaliśmy trochę czasu, doktorze. Ale ten Engelse pułkownik jest nie dość że szczwany, to jeszcze na domiar złego uparty. Jego żołnierze wciąż za nami ciągną.

– Co to dla nas oznacza?

Roosa westchnął. Wyjął chusteczkę z kieszeni bluzy i otarł twarz z pyłu.

– Cytując Szekspirowskiego Falstaffa, odwaga winna iść w parze z rozwagą. Pora się gdzieś zaszyć. W pobliżu jest jedna z naszych kieszonkowych fortec. Ukryta, łatwa do obrony. Schowamy się, zaczekamy, aż Engelse zaczną mieć gór powyżej uszu, i zaatakujemy od tyłu, kiedy rozpoczną odwrót. Nie ma pan… hm…? Jest takie słowo na lęk przed przebywaniem w ciasnych pomieszczeniach…

– Klaustrofobii? Nie.

– Dobrze to słyszeć, doktorze. Mam nadzieję, że inni podzielają pański hart ducha.

Przez pół godziny Roosa prowadził ich coraz dalej w góry, aż w końcu skręcił w wąską dolinę i zatrzymał się przed wejściem do jaskini. Ludzie zaczęli przenosić ekwipunek.

De Klerk dołączył do generała stojącego przy wlocie tunelu.

– A co z końmi i wozami? – zapytał.

– Wszystko pójdzie do środka, doktorze. Będziemy musieli częściowo rozebrać wozy, ale wewnątrz jest dość miejsca na zagrodę dla koni.

– A prowiant?

Roosa uśmiechnął się z pewnością siebie.

– Zaopatrywałem jaskinię od jakiegoś czasu, doktorze, a poza tym mam kilka asów w rękawie. Jeśli ten Engelse pułkownik nie wpadnie na pomysł, żeby miesiącami kręcić się po górach, nie mamy się czego obawiać. A teraz, jeśli pan chce, proszę zabrać dwóch ludzi i wnieście swoje rzeczy. Za godzinę wszystko ma się znajdować w bezpiecznym miejscu.

Jak zwykle Roosa postawił na swoim. Gdy w migotliwym blasku latarni wniesiono do jaskini ostatnie zapasy, zajął się nadzorowaniem rozmieszczania ładunków czarnego prochu wokół wejścia. De Klerk, urządziwszy w głębi jaskini coś w rodzaju infirmerii, przyszedł popatrzeć.

– Dobrze, dobrze! – krzyknął generał do jednego z saperów. – Ten ładunek z lewej strony umieśćcie trochę wyżej. Tak, tam! – Odwrócił się do lekarza. – Doktorze, już się pan urządził?

– Tak, generale. Ale czy mogę spytać… czy to mądre? Zamykanie nas w jaskini…

– Byłoby wybitnie niemądre, doktorze, gdyby istniało tylko jedno wejście. Ale ten system jaskiń jest ogromy, z licznymi mniejszymi, dobrze ukrytymi wyjściami. Długo rozmyślałem nad tą taktyką.

– Rozumiem.

Z zewnątrz napłynął tętent kopyt. Strzelcy wyborowi, wysłani w celu nękania sił brytyjskich, kolejno wchodzili do jaskini, prowadząc spienione, posapujące wierzchowce. Ostatni zatrzymał się obok Roosy.

– Znacznie spowolniliśmy wrogów, generale, ale ich zwiadowcy są niespełna godzinę za nami. Szacujemy, że mają trzystu kawalerzystów, dwustu piechurów i czterdzieści dwunastofuntowych armat.

Roosa przemyślał podane informacje i potarł brodę.

– Imponująca siła. Wygląda na to, że Brytyjczycy wyznaczyli wysoką cenę za nasze głowy. Ale nawet jeśli zdołają nas znaleźć, to bitwa zostanie stoczona na naszym terenie. A wtedy, towarzysze, zobaczymy, jak dobrzy są Engelse w kopaniu grobów.

Po odpaleniu ładunków i zasypaniu wejścia do jaskini noc minęła spokojnie – podobnie jak następny dzień i sześć kolejnych. Burscy żołnierze rozlokowali się w nowej warowni i urządzali groty w taki sposób, żeby były nie tylko wygodne, ale też jak najbardziej zdatne do obrony.

Tymczasem zwiadowcy Roosy pod osłoną ciemności korzystali z tajemnych wyjść z jaskini i wracali z tym samym meldunkiem: Brytyjskie bataliony wciąż przebywają w górach i prowadzą intensywne poszukiwania, ale, jak dotąd, nikomu nie udało się znaleźć podziemnej fortecy.

Po tygodniu samotny zwiadowca, który wrócił o świcie, zastał generała w mesie oficerskiej, małej grocie, w której z desek rozmontowanego wozu sklecono stół na kozłach i ławki. Roosa i De Klerk siedzieli przy stole, w blasku wiszącej latarni omawiając raport z infirmerii.

– Psy – zameldował zwięźle zwiadowca. – Gończe. Idą w tę stronę.

– Jesteś pewny? – zapytał Roosa, przymrużając oczy.

– Tak, generale. Słyszałem ujadanie, jakieś trzy kilometry stąd. Wydaje mi się, że zmierzają w kierunku naszej kryjówki.

– Może to szakale? – podsunął De Klerk. – Albo dzikie psy afrykańskie?

– Nie, doktorze. Moj ojciec miał gończe, kiedy byłem dzieckiem. Dobrze znam ich szczekanie. Nie mam pojęcia, jak…

– Pojmali trzech naszych – wyjaśnił Roosa, jakby spodziewał się takich wiadomości. – Ich zapach jest naszym zapachem, a stłoczeni w tej przeklętej jaskini… – Generał spojrzał na twarze towarzyszących mu oficerów i zniżył głos. – Panowie, obsadźmy szańce, takie jakie są. Wygląda na to, że Engelse wpadną tu na herbatę.

Pierwsze ukryte wejście, które znaleźli Brytyjczycy, znajdowało się po południowej stronie systemu jaskiń: dziura zamaskowana przez spiętrzone głazy.

I tak się zaczęło.

De Klerk znalazł generała, który wraz z jednym z oficerów, niejakim Vosem, klęczał za workami z piaskiem. Za nimi strop wielkiej groty opadał na wysokość ramienia, a jakieś piętnaście metrów dalej zaczynał się tunel prowadzący do tajnego wyjścia. Dwunastu żołnierzy zajmowało stanowiska w jaskini, każdy klęczał ze strzelbą za skalną kolumną.

Roosa się odwrócił, przyłożył palec do ust, a potem wskazał ucho.

De Klerk skinął głową i zachował milczenie. W ciszy wytężył słuch. Rozpoznał dobiegające z daleka ciche poszczekiwanie psów. Po kilku minutach ujadanie ucichło.

Wszyscy wstrzymali oddech. Żołnierz zajmujący pozycję za jedną z najbardziej wysuniętych do przodu kolumn dał znak generałowi.

Ten pokiwał głową.

– Słyszy głosy. Wielu ludzi idzie tunelem. Vos, wiecie, co robić.

– Tak jest, generale.

Vos zazgrzytał bagnetem o skaliste podłoże i kiedy przyczajeni ludzie obrócili głowy w jego stronę, gestami wydał im rozkazy. De Klerkiem, który wiedział, co zaraz nastąpi, zawładnął strach.

W wylocie tunelu pojawił się pierwszy brytyjski żołnierz widoczny w nikłym blasku niesionej przez niego latarni. Wczołgał się do groty, skręcił w lewo i stanął, robiąc miejsce dla następnego. Brytyjscy zwiadowcy jeden po drugim wypełzli z tunelu, aż cała szóstka przykucnęła w dalekim końcu jaskini. W milczeniu oświetlali latarniami ściany, sklepienie i skalne kolumny.

De Klerk patrzył, wstrzymując oddech.

Przekonani, że jaskinia jest pusta, Anglicy przypięli latarnie do pasów i ruszyli dalej, z karabinami gotowymi do strzału.

Vos pozwolił im podejść na sześć metrów, po czym dwa razy stuknął bagnetem w skałę. Jego ludzie otworzyli ogień, zabijając wszystkich poza jednym zwiadowcą, który teraz z jękiem czołgał się w kierunku tunelu, zostawiając za sobą szlak krwi.

De Klerk chwycił torbę lekarską i wstał, lecz Roosa złapał go za rękę i pokręcił głową.

– Generale, przecież on jest…

– Nie, doktorze. Im większe przerażenie wzbudzimy w sercach Engelse, tym prędzej stąd odejdą. Vos, zajmijcie się tym.

Na znak generała Vos przeskoczył przez wał worków, wyciągnął nóż i podszedł do czołgającego się żołnierza. Ukląkł i poderżnął mu gardło.

Roosa spojrzał na De Klerka.

– Przykro mi, doktorze. Wydawanie takich rozkazów nie sprawia mi przyjemności, ale jeśli chcemy przeżyć, musimy być brutalni.

Takie okrucieństwo ciążyło w piersi doktora niczym zimny kamień. Kiedy odwracał się zrozpaczony, jednego był pewien:

Pod czujnym okiem Boga nic nie uchodzi bezkarnie.

Mijały dni, a Brytyjczycy nie dawali za wygraną. Wróg znalazł wszystkie sekretne wejścia poza jednym. Na szańcach, jak zwał je Roosa, toczono małe, ale zaciekłe bitwy. Stało się jasne, że brytyjski pułkownik z determinacją dąży do zdobycia jaskiń, nie bacząc na ciężkie straty – pięciu, sześciu, siedmiu żołnierzy płaciło życiem za jednego rannego albo zabitego Bura.

De Klerk nie szczędził starań, żeby pomagać rannym i konającym, ale gdy dni przeszły w tygodnie, umierało coraz więcej Burów – z początku od brytyjskich kul, później z powodu choroby. Pierwszy niedomagający żołnierz, który pojawił się w infirmerii, narzekał na silne skurcze brzucha. Sanitariusze poratowali go ziołami, lecz kilka godzin później mężczyzna dostał gorączki i skręcał się z bólu. Nazajutrz przyszło dwóch innych z takimi samymi objawami, a dzień później zjawiło się czterech kolejnych.

Infirmeria stała się istnym domem wariatów pełnym krzyczących, wijących się z bólu pacjentów. Roosa codziennie tam zaglądał, żeby sprawdzić, w jakim stanie są jego ludzie. Pewnego dnia De Klerk zdał mu ponury raport.

Generał wysłuchał i zmarszczył czoło.

– Chcę to zobaczyć.

Lekarz wziął latarnię i zaprowadził go do groty, gdzie sześciu chorych odbywało kwarantannę. Razem uklękli obok pierwszego pacjenta, który zgłosił się z objawami choroby, młodego blondyna o nazwisku Linden. Chłopak miotał się na prowizorycznej pryczy. Był śmiertelnie blady. Ręce miał przywiązane rzemieniami do boków prymitywnego łóżka.

– Czy to konieczne? – zapytał Roosa.

– Nowe objawy – wyjaśnił De Klerk i pochylił się nad pacjentem.

Podciągnął cienką bawełnianą bluzę, żeby odsłonić tors chorego. Brzuch pokrywały brodawkowate zgrubienia, ale nie na powierzchni skóry. Wydawało się, że rosną pod spodem.

– Boże… Co to takiego?

De Klerk pokręcił głową.

– Nie wiem, generale. Gdyby nie był skrępowany, rozdrapałby sobie brzuch do żywego mięsa. Proszę spojrzeć.

Razem pochylili się nad chłopakiem. Doktor czubkiem skalpela wskazał jeden z większych guzków wielkości ziarnka grochu.

– Widzi pan ten mlecznozielony kolor pod skórą?

– Widzę. Wygląda to tak, jakby coś w nim rosło.

– Nie „jakby”, generale. Coś w nim rośnie. W nich wszystkich. I cokolwiek to jest, na siłę chce się wydostać. Wszyscy mają takie symptomy. Proszę spojrzeć tutaj.

Roosa przysunął latarnię. Guzowaty groszek zdawał się wić pod skórą jak robak. Nagle wyrósł z niego czerwony pęcherzyk, który szybko osiągnął wielkość dojrzałej śliwki.

– Co, u licha…? – szepnął Roosa.

– Proszę się cofnąć – powiedział doktor, sięgnął po kawałek płótna i zakrył nim guzek. Szmatka wybrzuszała się przez kilka sekund, a potem usłyszeli głuche pyknięcie. Na płótnie pojawiła się zabarwiona na żółto szkarłatna plama. Pacjent zaczął dziko wierzgać, nogi pryczy waliły o podłoże.

Podbiegł sanitariusz, żeby pomóc go przytrzymać. Linden wygiął plecy w łuk, wspierając tył głowy na poduszce. Nagle pod skórą na jego szyi i brzuchu pojawiły się dziesiątki guzków z pęcherzami, które rosły w oczach.

– Cofnąć się, cofnąć się! – krzyknął De Klerk i wszyscy trzej odskoczyli.

Z przerażeniem patrzyli, jak bąble pękają jeden po drugim. W migotliwym świetle latarni żółtawa mgiełka wzbiła się w powietrze, po czym powoli opadła na chłopaka.

W ostatnim paroksyzmie chory poderwał się z pryczy, wsparty tylko na piętach i czubku głowy. Szeroko otworzył niewidzące już oczy, opadł na posłanie i znieruchomiał.

De Klerk nie musiał sprawdzać, a Roosa nie musiał pytać. Linden nie żył. Sanitariusz zarzucił koc na wyniszczone ciało.

– Ilu się zaraziło? – zapytał Roosa łamiącym się głosem.

– Siedmiu.

– I jakie są rokowania?

– Jeśli nie znajdę źródła i nie będę mógł przeciwdziałać, obawiam się, że wszyscy umrą. Jak ten chłopiec. Ale nie to jest najgorsze.

Generał w końcu oderwał spojrzenie od okrytych kocem zwłok.

– To dopiero początek – powiedział De Klerk. – Z pewnością zachoruje wielu więcej.

– Podejrzewa pan, że szerzy się zaraza.

– Nie ma innego wytłumaczenia. Sam pan widział, co się wydobyło z pęcherzy. Musimy założyć, że choroba rozprzestrzenia się w ten sposób.

– Jak pan sądzi, ilu już się zaraziło? – dociekał Roosa.

– Musi pan zrozumieć, że nigdy nie widziałem czegoś podobnego ani nawet o czymś takim nie czytałem. Okres wylęgania jest krótki. Trzy dni temu ten chłopak był okazem zdrowia. Teraz nie żyje.

– Ilu? – powtórzył z naciskiem Roosa. – Ilu zachoruje?

Lekarz nie odwrócił wzroku, więc generał widział w jego oczach przekonanie.

– Wszyscy. Każdy obecny w tej jaskini. – Doktor chwycił Roosę za nadgarstek. – Cokolwiek zabija tych ludzi, jest wyjątkowo zjadliwe. I jest tutaj z nami.

CZĘŚĆ PIERWSZAPROSTA PROPOZYCJA

1

Władywostok, Rosja4 marca, godzina 7.42 czasu miejscowego

Jego zadanie polegało na ochronie złego przed gorszym.

Było to niezupełnie najszlachetniejsze ze wszystkich przedsięwzięć, ale dało się z tego wyżyć.

Tucker Wayne przykucnął na obrzeżach portu i pozwolił, żeby spadł na niego ciężar obowiązków. Przestał zwracać uwagę na lodowaty wiatr i padający deszcz ze śniegiem; koncentrował się na mrocznym, cichym zimowym pejzażu żurawi, przypadkowo ustawionych kontenerów i ledwie widocznych statków zacumowanych wzdłuż pirsu. W dali buczał róg mgłowy. Cumy skrzypiały i pojękiwały.

Portowe miasto Władywostok okazało się znacznie lepsze niż rozdarty przez wojnę Afganistan – choć nigdy nie dodałby tego mroźnego miejsca do listy tych, w których chciałby mieszkać na emeryturze.

Tucker zawsze pamiętał o swoim szkoleniu rangera, ale tego ranka okazało się ono wyjątkowo potrzebne. Pozwoliło mu skupić się na ważnych kwestiach.

Na ocenie zagrożenia, na ustaleniu, kto spróbuje zabić jego pracodawcę, gdzie się ukrywa i jak zamierza tego dokonać.

Trzy tygodnie temu, zanim przyjął to zlecenie, doszło do dwóch prób zamachu na rosyjskiego przemysłowca i intuicja podpowiadała Tuckerowi, że niebawem zostanie podjęta trzecia próba.

Musiał być gotów – obaj musieli być przygotowani.

Wyciągnął rękę, żeby krzepiąco poklepać swojego towarzysza i partnera. Przez oprószoną śniegiem sierść poczuł napięte mięśnie niezbyt rosłego malinois, belgijskiego psa pasterskiego. Kain, pies do zadań specjalnych, przed laty został jego partnerem w Afganistanie i odchodząc ze służby, Tucker zabrał go ze sobą. Łącząca ich więź była silniejsza niż najmocniejsza smycz, umieli wzajemnie czytać sobie w myślach i potrafili się porozumieć bez używania słów czy dawania sygnałów.

Kain siedział obok niego z postawionymi uszami i czujnością w ciemnych oczach; wyraźnie zadowolony, nie zważał na śnieg padający na odsłonięte części ciała porośniętego czarną i jasnobrązową sierścią. Miał na sobie zaprojektowaną specjalnie dla psów kamizelkę taktyczną K9 Storm, wodoodporną i wzmocnioną kevlarem. W jej kołnierzu znajdował się bezprzewodowy nadajnik wielkości paznokcia kciuka oraz kamera noktowizyjna, dzięki czemu jego partner miał z nim stały kontakt audiowizualny.

Tucker skierował uwagę na otoczenie.

Pora była wczesna, świt jeszcze nie nastał i w dokach panował spokój. Od czasu do czasu widział w mroku sylwetki robotników ciężkim krokiem idących do pracy. Starał się nie zwracać na siebie uwagi i próbował wtopić się w tło: po prostu kolejny doker.

Przynajmniej miał nadzieję, że na kogoś takiego wyglądał.

Prawie trzydziestoletni, wysoki, z trochę potarganymi jasnymi włosami. Gruba wełniana kurtka maskowała jego muskularną sylwetkę, a naciągnięta nisko na czoło futrzana uszanka, rosyjska czapka myśliwska, skrywała błysk jego oczu.

Kciukiem pogładził Kaina po łbie, a pies odpowiedział jednym machnięciem ogona.

Zupełnie inaczej niż w domu, co, Kain?

Z drugiej strony, gdyby usunąć ocean, Władywostok aż tak bardzo nie różnił się od Rolli w Dakocie Północnej, miasteczka leżącego blisko granicy z Kanadą, gdzie Tucker spędził pierwszych siedemnaście lat życia. Jeśli jakieś miejsce w Stanach Zjednoczonych mogło konkurować z Syberią, to właśnie Rolla.

W dzieciństwie spędzał wakacje na pływaniu canoe po jeziorze Willow i wędrówkach po północnych lasach. Zimą jeździł na nartach, chodził w rakietach śnieżnych i łowił ryby w przeręblu. Ale to życie wcale nie było takie piękne, jak mogłoby się wydawać. Kiedy miał trzy lata, jego rodzice, nauczyciele, zginęli w wypadku spowodowanym przez pijanego kierowcę, a on znalazł się pod opieką dziadka ze strony ojca, który pewnej ciężkiej zimy dostał ataku serca podczas odśnieżania dojazdu do domu. Nie mając innych bliskich krewnych, w wieku trzynastu lat trafił do rodziny zastępczej, z którą mieszkał do czasu złożenia podania o wcześniejsze usamodzielnienie się, i w wieku siedemnastu lat wstąpił do wojska.

Otrząsnął się ze wspomnień tamtych mrocznych lat, przepędził je do głębokiego zakamarka pamięci.

Nic dziwnego, że bardziej lubię psy niż ludzi, pomyślał.

Skupił się na bieżącej sprawie.

Chodziło o próbę zabójstwa.

Czujnie rozejrzał się po dokach.

Skąd nadejdzie zagrożenie? I w jakiej postaci?

Zleceniodawca – rosyjski miliarder i potentat przemysłowy Bogdan Fiedosiejew – zaplanował tę wczesną wizytę w porcie wbrew radzie Tuckera. Od tygodni krążyły plotki, że dokerzy próbują założyć związek zawodowy, i Fiedosiejew zgodził się spotkać z przywódcami w nadziei, że narzuci im swoją wolę i skłoni ich do uległości. Już to stanowiło wystarczające zagrożenie, Tucker podejrzewał jednak, że wielu robotników jest Władywostockimi Separatystami, politycznymi terrorystami, którzy biorą na cel przede wszystkim czołowych kapitalistów na rosyjskim Dalekim Wschodzie, co stawiało Bogdana Fiedosiejewa wysoko na ich liście.

Tucker nie dbał o politykę, ale wiedział, że z jego pracą wiąże się konieczność rozumienia krajobrazu społecznego – równie ważna jak poznanie krajobrazu naturalnego.

Popatrzył na Kaina.

– Co powiesz, brachu? Gotów do pracy?

Pies w odpowiedzi wstał i otrząsnął się. Z jego sierści wzbiła się chmura śniegu, natychmiast uniesiona przez wiatr.

Tucker ruszył i Kain potruchtał obok niego.

Godzina 9.54

Późnym rankiem Tucker namierzył sześciu z ośmiu robotników, których podejrzewał o przynależność do Władywostockich Separatystów. Dwaj pozostali rano telefonicznie powiadomili o chorobie, co do tej pory nigdy się nie zdarzyło.

Stojąc w drzwiach magazynu, rozglądał się po dokach. O tej porze port tętnił życiem, wózki widłowe jeździły we wszystkie strony, żurawie ładowały kontenery na statki i wszystko to odbywało się w kakofonii łoskotu, zgrzytania i wykrzykiwanych poleceń.

Tucker wyjął telefon, przewinął listę akt w PDF-ie i znalazł dwóch mężczyzn, którzy zgłosili, że są chorzy. Obaj służyli kiedyś w wojsku, byli podoficerami w rosyjskiej piechocie. Co gorsza, obaj byli wyszkolonymi snajperami.

Dwa plus dwa równa się zagrożenie.

Zapamiętał twarze tych mężczyzn.

W pierwszym odruchu chciał zadzwonić do Jurija, szefa ochrony Fiedosiejewa, ale nic by to nie dało. „Nie będę uciekał” – głośno i często obwieszczał Fiedosiejew. A do tego, z punktu widzenia ochroniarzy, Tucker był przecież intruzem, Amerykaninem, zupełnie tu niepotrzebnym.

Wyobraził sobie trasę Fiedosiejewa przez port. Znalazł odsłonięte miejsca, gdzie jego zleceniodawca będzie najbardziej narażony na zamach, ocenił możliwe kąty strzału. Zlokalizował wszystkie potencjalne stanowiska snajperskie. Było ich sześć.

Spojrzał w niebo. Słońce wzeszło; jego mętna biała tarcza jaśniała nad horyzontem. Wiatr ucichł i zamiast deszczu ze śniegiem z chmur spadały duże, ciężkie płatki.

Niedobrze. Teraz znacznie łatwiej oddać celny strzał z dużej odległości.

Spojrzał na Kaina. Wiedział, że nie mogą stać bezczynnie i czekać.

– Chodźmy znaleźć paru drani.

Godzina 10.07

Sześć potencjalnych miejsc odpowiednich dla snajperów znajdowało się w różnych częściach portu, na około ośmiu hektarach magazynów, pomostów, żurawi, wąskich przejść pomiędzy stosami kontenerów. Tucker i Kain szli szybko, ale patrząc na nich, nikt nie miałby wrażenia, że się spieszą; w miarę możliwości korzystali ze skrótów, nie zatrzymywali się zbyt długo w jednym miejscu.

Gdy mijali front kolejnego magazynu, Kain cicho warknął. Tucker, w pełnym pogotowiu, odwrócił się w półprzysiadzie. Pies zatrzymał się i patrzył w głąb przejścia między kontenerami.

Tucker dostrzegł postać znikającą z pola widzenia. Niby nic niepokojącego, ale znał swojego psa. Coś w mowie ciała albo zapachu nieznajomego musiało wzbudzić zainteresowanie Kaina: napięcie, postawa, ukradkowe ruchy. Po kilku latach spędzonych w Afganistanie instynkt psa był ostry jak brzytwa.

Tucker przywołał w myślach plan portu i po chwili namysłu podniósł kamerę na kamizelce swojego partnera.

– ZWIAD – polecił zwięźle.

Słownik Kaina zawierał około tysiąca słów, a poza tym pies rozumiał setkę gestów, co czyniło go przedłużeniem ciała przewodnika.

Tucker wskazał przed siebie i dał mu znak, że ma okrążyć kontenery z drugiej strony.

Kain potruchtał bez wahania.

Jego partner odprowadził go wzrokiem, a gdy pies zniknął w mroku, odwrócił się i pobiegł wąskim przejściem pomiędzy kontenerami do miejsca, gdzie przed chwilą był cel.

Na pierwszym skrzyżowaniu stanął i wyjrzał zza narożnika kontenera.

Kolejne przejście.

Puste.

Skręcił, pobiegł i dotarł do następnego skrzyżowania. Wielkie kontenery tworzyły piekielny labirynt.

Łatwo się zgubić, pomyślał, i jeszcze łatwiej zgubić cel.

W wyobraźni zobaczył, jak Kain biegnie gdzieś po drugiej stronie, obserwując stosy kontenerów. Tucker potrzebował oczu swojego partnera podczas polowania w tym labiryncie.

Dane z kamery były przesyłane na zmodyfikowany telefon satelitarny. Na małym ekranie ukazał się migoczący cyfrowy obraz.

Nagle ktoś wyskoczył z labiryntu – biegł na wschód.

Dobrze.

Tucker ruszył w tym kierunku. Zobaczył, że Kain robi to samo, tropiąc cel.

Teraz obaj polowali, dokładnie tak jak rangerzy, którzy – poza nielicznymi wyjątkami – nie patrolowali i nie udzielali pomocy humanitarnej. Rangerom przyświecał jeden cel i dążyli do niego z najwyższą determinacją: znaleźć i zneutralizować wroga.

Tuckerowi podobała się ta prostota.

Brutalna, owszem, ale też w jakiś sposób czysta.

Wydostał się z labiryntu kontenerów w porę, żeby zrównać się z Kainem, i przywołał go. Pies przytruchtał i usiadł obok jego nogi; z wywieszonym językiem i jasnymi oczami czekał na następną komendę.

Znajdowali się w pobliżu wschodniego krańca portu. Wprost przed nimi, za wysypanym żwirem placem, ciągnęły się tory kolejowe, na których stały porzucone zardzewiałe wagony towarowe, wśród których zniknęła ich zwierzyna.

Za torami wznosiło się wysokie ogrodzenie zwieńczone drutem kolczastym, a za nim rósł gęsty sosnowy las.

Poza napływającymi z dali stłumionymi odgłosami portu panowała cisza.

Nagle Kain obrócił łeb w lewo. Tucker zobaczył trzęsący się przez chwilę fragment ogrodzenia i znieruchomiał. Wyobraził sobie, jak drugi cel przeciska się przez dziurę, żeby od tej strony wejść na teren portu, wykorzystując osłonę lasu.

Dlaczego? – zaczął się zastanawiać.

Przesuwając się dalej w lewo, zobaczył wysoki dźwig, kiedyś używany do ładowania wagonów towarowych – jedno z sześciu potencjalnych stanowisk snajperskich, które miał naniesione na plan portu w swojej głowie.

Spojrzał na zegarek. Fiedosiejew przybędzie za sześć minut. Wyjął szybko z kieszeni kurtki małą lornetkę i spojrzał przez nią na szczyt dźwigu. Z początku widział tylko stalową konstrukcję, niewyraźną w wirującym śniegu. Potem ujrzał rozmyte kontury postaci powoli wspinającej się po drabinie do umieszczonej wysoko kabiny.

To ten, który przed chwilą wszedł przez dziurę w ogrodzeniu, pomyślał Tucker. Ale gdzie jest facet, którego śledziłem?

Zastanawiał się, czy nie zadzwonić do Jurija, żeby nakłonił szefa do rezygnacji z wizyty w porcie, ale wiedział, że jeśli nawet szef ochrony przekaże wiadomość, zwycięży niefrasobliwa brawura Fiedosiejewa. Ten człowiek nie cofnie się przed zagrożeniem. Kule musiałyby świszczeć w powietrzu, żeby wziął pod rozwagę ucieczkę.

Właśnie tacy są Rosjanie.

Tucker padł na ziemię i zajrzał pod wagony. Z prawej strony zauważył pojawiające się i znikające nogi, gdy idący mężczyzna mijał stalowe koła. Nie miał pewności, czy to tropiony przez niego facet, ale było to bardzo możliwe.

Sięgnął za plecy i z przypiętej do paska kabury wyjął samopowtarzalny pistolet Makarowa. Była to przyzwoita broń, chociaż na pewno nie jego ulubiona.

No, ale kiedy wejdziesz między wrony…

Spojrzał na Kaina, który leżał na brzuchu obok niego. Pies śledził wzrokiem cel biegnący truchtem wzdłuż torów, oddalający się od człowieka, który wspinał się na dźwig.

Tucker, wiedząc, że jedno słowo wystarczy, rzucił krótką komendę:

– TROP. – Po czym wskazał cel poruszający się po ziemi.

Kain wystartował i bezszelestnie popędził za celem.

Jego partner skręcił w lewo, w kierunku dźwigu.

Zgarbiony przebiegł przez plac, dotarł do torów, przeczołgał się pod wagonem i zsunął z nasypu do rowu melioracyjnego. Korzystając z tej skromnej osłony, wypatrzył lukę w ogrodzeniu. Zobaczył, że druty zostały przecięte, i to niedawno.

Sto metrów dalej po lewej stronie wznosił się dźwig. Tucker przetoczył się na bok, nastawił lornetkę i w końcu zauważył cel. Zamachowiec stał na drabinie kilka stopni poniżej oszklonej kabiny operatora i wyciągnął dłoń w rękawicy do włazu.

Tucker zastanawiał się przez chwilę, czy do niego nie strzelić, ale szybko zarzucił ten pomysł. Może gdyby miał karabin, nie makarowa. Z tej odległości nie mógł liczyć na celny strzał. Co więcej, padający śnieg gęstniał, stopniowo zmniejszając widoczność.

Sprawdził, która godzina. Za trzy minuty limuzyna Fiedosiejewa wjedzie przez główną bramę. Pomyślał o Kainie, ale zaraz potem skupił się na zadaniu.

Nie wszystko naraz, rangerze. Rozwiąż ten problem.

Pozwól, by Kain robił swoje.

Kain biegnie nisko przy ziemi, uszy ma postawione, gdy nasłuchuje chrzęstu zlodzonego śniegu pod butami zwierzyny. Liczy się tylko wydana komenda.

Trop.

Śledząc ciemną sylwetkę przemieszczającą się na tle bieli, która z chwili na chwilę gęstnieje, trzyma się cieni rzucanych przez pordzewiałe wagony. Ale jego świat nie ogranicza się do bodźców odbieranych tylko i wyłącznie wzrokiem. Widok jest najbardziej nieostrym elementem rejestrowanego przez Kaina świata, ledwie cieniem większej prawdy.

Zatrzymuje się na chwilę, żeby przysunąć nos do odcisku podeszwy, wietrzy gumę, ziemię i skórę. Unosi pysk, żeby pochwycić zapach wilgotnej wełny, dymu papierosowego i potu. Czuje strach w pocie swojej zwierzyny, słyszy chrapliwy szmer przyspieszonego oddechu.

Posuwa się w jej tempie, jego łapy stąpają bezgłośnie.

Chłonie informacje dostarczane przez otoczenie, odczytując przeszłość i teraźniejszość w potoku starych i świeżych tropów. Uszy rejestrują każdy daleki krzyk, warkot silnika, szum fali pobliskiego morza. Język smakuje mróz i lód.

W tym natłoku wrażeń jedna ścieżka lśni najjaśniej, ta wiodąca do jego ofiary.

Kain płynie po niej, duch na szlaku.

Godzina 10.18

Z punktu obserwacyjnego w rowie Tucker patrzył, jak cel wślizguje się do kabiny na szczycie dźwigu i ze stłumionym trzaśnięciem zamyka właz.

Gdy tylko mężczyzna zniknął w kabinie, Tucker wstał i chowając makarowa do kabury, popędził w kierunku dźwigu. Nawet nie próbując się ukrywać, wskoczył na trzeci szczebel drabiny i rozpoczął wspinaczkę. Szczeble były oblodzone i pokryte śniegiem. Buty ześlizgiwały się z nich, ale nie rezygnował. Zatrzymał się tuż pod włazem.

Wstrzymując oddech, wyciągnął pistolet i łagodnie, powoli przycisnął lufę do klapy, po czym lekko ją uniósł.

Nie pozwolił sobie na myślenie, na ocenianie, czy jego następny ruch będzie rozsądny. Wahanie może zabić równie łatwo jak brawura.

I jeśli mam umrzeć, to wtedy, gdy jeszcze mogę się ruszać, pomyślał.

W przeszłości wpadał na oślep przez setki drzwi w afgańskich wioskach i bunkrach. Po drugiej stronie zawsze ktoś czekał, żeby go zabić.

Tu nie było inaczej.

Pchnął klapę, wodząc lufą pistoletu z lewej strony w prawo. Zamachowiec klęczał pół metra dalej, pochylony nad otwartą walizką z karabinem. Śnieg wpadał do kabiny przez jedno z przesuwnych okien.

Mężczyzna odwrócił głowę, na jego twarzy może przez mikrosekundę malowało się zaskoczenie, a potem rzucił się na niego. Lecz w tym samym momencie Tucker oddał strzał. Dziewięciomilimetrowy pocisk z wgłębieniem wierzchołkowym wszedł dwa i pół centymetra nad garbem nosa, zabijając snajpera na miejscu. Mężczyzna upadł na bok i znieruchomiał.

Jeden z głowy…

Tucker nie żałował tego, co właśnie zrobił, ale przyszła mu na myśl pewna sprzeczność. Nie był wprawdzie religijny, lecz pociągała go filozofia buddyjska, która mówiła „żyj i daj żyć innym”. W tym wypadku pozwolenie, żeby ten człowiek żył, nie wchodziło w rachubę. Sam się dziwił, że odebranie życia człowiekowi uznawał za zasadną konieczność, podczas gdy zabicie zwierzęcia nie wchodziło w rachubę. Zaintrygowała go ta zagadka, ale wiedział, że łamanie sobie nad nią głowy musi odłożyć na później.

Schował makarowa, wspiął się do kabiny i zamknął za sobą właz. Szybko przetrząsnął kieszenie zamachowca, szukając telefonu komórkowego albo radia; nie znalazł ani jednego, ani drugiego. Jeśli snajper miał wspólnika, to działali niezależnie – prawdopodobnie na zasadzie: strzelaj, kiedy chcesz.

Czas: sześćdziesiąt sekund.

Fiedosiejew będzie punktualny. Jak zawsze.

Od tej chwili najważniejsze zadanie polegało na tym, żeby zatrzymać Rosjanina z dala od strefy zagrożenia.

Tucker skierował uwagę na karabin zamachowca, rosyjski SW-98. Wyjął go z futerału, obejrzał i stwierdził, że jest przygotowany do strzału.

Dzięki, towarzyszu, pomyślał, przestąpił nad zwłokami i podszedł do okna.

Rozstawił dwójnóg, oparł nóżki na parapecie i skierował lufę nad morzem kontenerów i dachów magazynów w główną bramę. Przykładając zimną kolbę do policzka, przybliżył oko do lunetki i spojrzał przez tumany wirującego śniegu.

– Gdzie jesteś, Fiedosiejew? – mruknął. – Dawaj…

Nagle zauważył czarny cień sunący w śnieżnej bieli. Limuzyna była dziesięć metrów od głównej bramy i zwalniała. Tucker, naprężając palec na spuście, skupił spojrzenie na przedniej szybie. Opadło go zniechęcenie, ale po chwili przypomniał sobie dane techniczne SW-98. Broń miała zbyt małą siłę rażenia, żeby przebić kuloodporną szybę – przynajmniej miał taką nadzieję.

Strzelił, huk zabrzmiał ogłuszająco w małej kabinie. Pocisk kalibru 7,62 mm uderzył w przednią szybę limuzyny wprost przed fotelem kierowcy. Dla wzmocnienia efektu Tucker oddał jeszcze jeden strzał; tym razem roztrzaskał boczne lusterko. Trzeba przyznać, że szofer zareagował błyskawicznie i właściwie: wrzucił wsteczny, tyłem przejechał piętnaście metrów i zawrócił.

Po kilku sekundach pojazd był sto metrów od bramy i znikał w śniegu.

Tucker z satysfakcją opuścił karabin. Wiedział, że Fiedosiejew na razie jest bezpieczny, ale przecież ktoś chciał go zabić. Postanowił nie pozwolić, żeby drugi zamachowiec uciekł i później ponowił próbę.

Wyłuskał magazynek z karabinu i schował go do kieszeni, po czym wyjął telefon satelitarny. Sprawdził obraz z kamery Kaina. Niestety, obiektyw był mokry, a do tego padał gęsty śnieg, Tucker zobaczył więc tyle co nic. Obraz był niewyraźny, rozmazany.

Z westchnieniem otworzył inną aplikację i na ekranie pojawił się plan portu. Na zachód od dźwigu, około czterystu metrów dalej, pulsowała zielona kropka. Był to sygnał z mikroskopijnego nadajnika GPS wszczepionego pod skórę między łopatkami Kaina.

Kropka jaśniała w jednym miejscu, co oznaczało, że pies postąpił zgodnie z instrukcjami: wytropił zwierzynę i teraz warował, czekając i obserwując.

Nagle plamka zmieniła położenie. Lekkie drgnienie wskazywało na to, że Kain zmienił pozycję, prawdopodobnie po to, by pozostać w ukryciu i jednocześnie mieć cel w zasięgu wzroku. Plamka znów się poruszyła, tym razem sunęła na wschód i miarowo nabierała prędkości.

To mogło oznaczać tylko jedno.

Drugi zamachowiec biegł w kierunku dźwigu.

Tucker pospiesznie zszedł po drabinie, zsuwając się przez większą część drogi na dół. Gdy tylko jego buty uderzyły o ziemię, potruchtał w gęstniejącym śniegu wzdłuż torów, z makarowem gotowym do strzału. Zanim przebył dziesięć metrów, zauważył przed sobą niewyraźną sylwetkę kucającą obok rozciętego ogrodzenia. Mężczyzna przedostał się na drugą stronę i zniknął w lesie.

Cholera…

Kain zjawił się dwie sekundy później, gotów kontynuować zadanie, ale gdy zobaczył swojego partnera, stanął jak wryty i z postawionymi uszami czekał na dalsze rozkazy.

– TROP. CICHO! – wydał komendę Tucker.

Żarty się skończyły.

Pies przeskoczył przez dziurę w ogrodzeniu i rzucił się w pościg, z partnerem depczącym mu po pietach. Posłuszny komendzie, nie wysforował się za bardzo. Kluczył pomiędzy drzewami i bez wysiłku przeskakiwał nad leżącymi pniami, mając w zasięgu wzroku zarówno zwierzynę, jak i partnera.

Las zupełnie stłumił odgłosy portu. Śnieg syczał cicho w konarach drzew. Gdzieś przed nimi trzasnęła gałąź. Tucker przykucnął. Na prawo od niego, dwanaście metrów z przodu, Kain też zamarł, przysiadając na zwalonym pniu, wpatrzony prosto przed siebie.

Ich cel widocznie się zatrzymał.

Tucker wyjął telefon i spojrzał na mapę.

Dwieście metrów dalej las był przecięty przez wąski kanał należący do portu w czasach, gdy port był własnością marynarki wojennej. Uciekający mężczyzna musiał kiedyś służyć w marynarce i okazał się dość sprytny, żeby opracować sobie trasę ucieczki – drogą wodną.

Ale czy rzeczywiście taki był plan?

Z mapy wynikało, że po drugiej stronie kanału biegnie główna droga.

A jeśli czeka na niego samochód?

Decyduj, Tucker.

Czy cel ucieknie lądem, czy morzem?

Cicho syknął, a Kain na ten znak obrócił łeb. Tucker podniósł pięść, potem otworzył dłoń i rozcapierzył dwa palce, wydając komendę: Trop.

Pies popędził prosto na południe.

Tucker asekuracyjnie ruszył na południowy wschód, gotów w razie konieczności przeciąć mężczyźnie drogę.

Biegnąc, obserwował na ekranie pozycję partnera. Kain dotarł do kanału i zatrzymał się na brzegu. Przez kilka sekund kropka nie zmieniała położenia, potem znowu ruszyła, równolegle do kanału, i szybko zwiększała prędkość.

To mogło oznaczać tylko jedno.

Cel wsiadł do łodzi.

Tucker biegł co sił w nogach; gdy omijał ostatnie drzewa, musiał schylać głowę. Wypadł z lasu na otwartą przestrzeń. Wzdłuż kanału ciągnął się wysoki wał, którego szczytem pędził Kain. Z prawej strony dobiegał warkot silnika. Tucker ruszył w tamtą stronę. Wiedział, że nie ma szans zrównać się z łodzią.

Przez chwilę się zastanawiał. Z mapy wynikało, że kanał jest wąski, ma nie więcej niż pięć metrów szerokości.

Da się zrobić, pomyślał.

– POWAL… ROZBRÓJ! – krzyknął.

Pies nisko opuścił łeb, zwiększył tempo, zeskoczył z wału i zniknął.

Kain szybuje, podekscytowany pędem powietrza na sierści. Oto sens jego życia, nieodłączny jego naturze jak bicie serca.

Doścignięcie i powalenie zwierzyny.

Gdy przednie łapy uderzają w drewno pokładu, błyskawicznie przesuwa zad, żeby te tylne znalazły się w idealnej pozycji. Odbija się od desek i skacze w kierunku kabiny.

Jego zmysły się wyostrzają, chłoną szczegóły.

Smród spalonego oleju…

Żywica wypolerowanego drewna…

Ślady soli i strachu prowadzące do otwartych drzwi kabiny…

Podąża tym tropem, napędzany przez komendę i zew natury.

Wpada do kabiny, widzi odwracającego się człowieka, który wytrzeszcza przerażone oczy, strach emanuje z porów jego skóry, z gardła płynie świst zaskoczenia.

Człowiek unosi rękę, nie w odruchowo obronnym geście, ale pewnie zaciśniętą na chwycie pistoletu.

Kain wie, do czego służy pistolet.

Huk go ogłusza, kiedy daje susa.

Godzina 10.33

Gdy Tucker wbiegł na wał, nad wodą rozchodziło się echo strzału. Strach ścisnął mu serce. Pięćdziesiąt metrów dalej pogłębiarka skręcała, kierując się dziobem w stronę brzegu.

Przerażenie dodawało Tuckerowi skrzydeł, kiedy biegł dalej. W końcu zrównał się z łodzią, odbił się i skoczył wysoko w powietrze. Ciężko wylądował na rufie; padając, uderzył w nadburcie i poczuł oślepiający ból. Mimo to przekręcił się, dźwignął na kolana i uniósł makarowa.

W otwartej kabinie zobaczył leżącego na plecach mężczyznę, który wymachiwał lewą ręką i wierzgał nogami. Kain zaciskał zęby na jego prawym przedramieniu. Muskularny malinois był na tyle silny, że potrząsał swoją zwierzyną jak szmacianą lalką.

Rosjanin krzyknął coś w ojczystym języku. Tucker kiepsko znał rosyjski, ale ton mówił sam za siebie.

– Zabierz go! Proszę!

Celując w pierś mężczyzny, wszedł do kabiny.

– PUŚĆ – powiedział spokojnie.

Kain natychmiast wykonał polecenie i cofnął się z cichym warknięciem, pokazując zęby.

Rosjanin przycisnął do piersi poranioną rękę, szeroko otwierając załzawione z bólu oczy. Tucker przypuszczał, że silne szczęki Kaina złamały kość łokciową i prawdopodobnie również promieniową.

Wcale nie współczuł temu człowiekowi, który o mało nie zastrzelił jego partnera.

Kilka kroków od Rosjanina leżał rewolwer, wciąż dymiący w zimnie. Tucker podszedł i spojrzał na powalonego mężczyznę.

– Mówisz po angielsku?

– Angielski… tak, trochę mówić angielski.

– Jesteś aresztowany.

– Co? Ja nie…

Tucker zrobił zamach prawą nogą i kopnął go prosto w czoło, pozbawiając przytomności.

– To by było na tyle – dodał.

2

Władywostok, Rosja4 marca, godzina 12.44 czasu miejscowego

– Jest mi pan winien za nową szybę – zagrzmiał Bogdan Fiedosiejew, podając mu kieliszek lodowatej wódki.

Tucker postawił kieliszek na brzegu stolika przy kanapie. Nie lubił wódki, ale, co ważniejsze, w tej chwili nie ufał swoim rękom. Po strzelaninie w porcie był napompowany adrenaliną – wrażenie nie było ani mu obce, ani nieprzyjemne. Zastanawiał się, jaką jego część stanowi euforia, a jaką zespół stresu pourazowego, bo tak w żargonie medycznym określa się nerwicę frontową albo wyczerpanie bojowe, stan zbyt często występujący u wielu weteranów wojny w Iraku i Afganistanie.

W porównaniu z innymi żołnierzami, w jego przypadku stres pourazowy był umiarkowany, ale stał się nieodłączną częścią życia Tuckera. Choć dobrze sobie z nim radził, wciąż czuł, że gdzieś się w nim czai, jak potwór, który szuka szczeliny w mentalnym pancerzu. Uważał tę metaforę za dziwnie krzepiącą. Czujność była jego drugą naturą. A jednak tkwiący w nim buddysta szeptał mu do ucha, żeby się odprężył.

Odpuść sobie.

Wzmacnia cię to, w co wierzysz.

Stajesz się taki, jakim chcesz być.

Niezupełnie potrafił ustalić, kiedy i gdzie przyjął taką filozofię. Sama się do niego podkradła. Miał kilku nauczycieli – jednego cenił w szczególności – ale podejrzewał, że źródłem jego światopoglądu były wędrówki z Kainem. Napotykając ludzi niemal każdego pokroju, nauczył się brać ich takimi, jakimi są, bez bagażu z góry wyrobionych opinii. Doszedł do przekonania, że w ludziach jest więcej podobieństw niż różnic. Każdy próbuje znaleźć drogę do szczęścia, do poczucia spełnienia. Dążą do celu na różne sposoby, ale nagroda pozostaje taka sama.

Dość, nakazał sobie w duchu. Rozważania są dobre, lecz dawno temu przekonał się, że są jak tequila – lepiej ich zażywać tylko w małych dawkach.

Kain siedział spokojnie przy jego stopach, ale oczy wciąż miał jasne i czujne. Nic nie umykało jego uwadze: postawa, ruchy ręki i oka, tempo oddychania, zapach i intensywność potu partnera. Jak można się było spodziewać, pies wychwytywał wiszący w powietrzu niepokój.

Tucker też go czuł.

Zostali parą między innymi z powodu zaskakująco wysokiej empatii Kaina. Przewodnicy służących w wojsku psów mawiają: „To spływa po smyczy”, co opisuje, jak z czasem oboje, człowiek i zwierzę, zaczynają podzielać emocje wiążące jednego z drugim. Ten dar pozwalał Kainowi odczytywać ludzi, dostrzegać niuanse mowy ciała i mimiki, które umykały innym.

Jak teraz, z napięciem wciąż panującym w pokoju.

– I za boczne lusterko – dodał Fiedosiejew z wymuszonym uśmiechem. – Zniszczył pan szybę i lusterko. Bardzo kosztowne, jedno i drugie. A co najgorsze, mógł pan zabić mojego szofera.

Tucker nie chciał ustąpić, bo wiedział, że byłoby to oznaką słabości.

– Pocisk karabinowy wystrzelony z takiej odległości i pod takim kątem miał zbyt małą siłę, żeby przebić kuloodporną szybę limuzyny. Może gdybym stał na masce, pana szofer miałby powody do zmartwienia.

Fiedosiejew zmarszczył czoło.

– Jednak zostały zniszczone bardzo drogie rzeczy, prawda?

– Może pan odciągnąć z mojej premii – powiedział Tucker.

– Z premii? Jakiej premii?

– Tej, którą dostanę od pana za ocalenie życia.

– Poradzilibyśmy sobie z… – zaczął stojący za Fiedosiejewem Jurij, ale szef uniósł rękę, uciszając go. Jurij poczerwieniał. Dwóch ochroniarzy stojących za nim przestąpiło z nogi na nogę i wbiło oczy w podłogę.

Tucker wiedział, co myślą ci trzej. Tryb przypuszczający jest nie do przyjęcia, kiedy chodzi o osobistą ochronę. No, a musieli przyznać, że ten obcy – ten Amerykanin ze swoim psem – ocalił ich szefa. Z drugiej strony, Jurij na coś się przydał; interweniował na policji, żeby nie dopuścić do komplikacji związanych z zabiciem zamachowca.

Półtorej godziny po zatrzymaniu drugiego mężczyzny, który obecnie przebywał w policyjnym areszcie, Tucker spotkał się z Fiedosiejewem i jego świtą w hotelu Meridian, gdzie Rosjanin wynajmował najwyższe piętro apartamentów dla VIP-ów. Wyposażenie było wygodne, ale wystrój przesadnie ozdobny. Sfatygowany sowiecki szyk. Śnieg wciąż padający za oknami zasłaniał oszałamiający widok na Zatokę Piotra Wielkiego i kontynentalną Rosję.

– Zaproponuję panu coś lepszego niż premia – oznajmił Fiedosiejew. – Dołączy pan do mojego zespołu. Na stałe. Jestem hojny. Pański pies co wieczór będzie jadł stek. Spodoba mu się, prawda?

– Niech pan sam go zapyta.

Fiedosiejew przeniósł spojrzenie na Kaina, uśmiechnął się i pogroził Tuckerowi palcem.

– Bardzo zabawne. – Spróbował innej taktyki. – Wie pan, że te dwie swołocze mogły mieć pomocnika. Jeśli wciąż jest…

„Swołocz” było jednym z jego ulubionych słów. Z grubsza rzecz biorąc, oznaczało kanalię.

Tucker nie pozwolił mu skończyć.

– Jeśli ma pan rację, Jurij z pewnością znajdzie wszystkich zamieszanych w tę próbę zabójstwa.

Zwłaszcza że jeden z zamachowców już przebywał w areszcie.

Tam tortury były narzędziem używanym równie powszechnie jak nóż i widelec.

Fiedosiejew westchnął.

– Więc jak brzmi pańska odpowiedź?

– Doceniam propozycję, ale mój kontrakt wygasa za dwa dni. Później muszę być gdzieś indziej.

Skłamał, ale nikt mu tego nie zarzucił.

Prawda była taka, że nie musiał nigdzie być i w tej chwili ten stan rzeczy najzupełniej mu odpowiadał. Co więcej, Jurij i jego ludzie kiedyś służyli w wojsku i przeszłość wpływała na wszystko, co robili i mówili. Miał takich jak oni powyżej uszu. Odsłużył swoje i rozstał się z armią w mniej niż przyjacielskiej atmosferze.

Oczywiście, pierwsze dni w wojsku bardzo mu się podobały i na poważnie się zastanawiał, czy nie zostać żołnierzem zawodowym.

Do czasu operacji Anakonda.

Sięgnął po kieliszek wódki, gdy naszły go nieproszone wspomnienia. Nienawidził odgłosu kostek lodu grzechoczących o kryształowe szkło. ZSP, zespół stresu pourazowego… Zastanawiał się, czy na pewno tylko psychiczny odłamek tkwi w pobliżu jego serca.

Wypił trochę wódki, żeby zalać nią wspomnienia.

Nie miał wpływu na to, kiedy się pojawiają i kiedy odpływają.

Znowu pyknęło mu w uszach, jak wtedy, gdy śmigłowiec ewakuacyjny zwiększał wysokość, a on czuł pęd gorącego powietrza.

Zamknął oczy, wspominając ten dzień, wracając myślą do tamtej wymiany ognia. Towarzyszył żołnierzom z Dziesiątej Dywizji Górskiej, którym przydzielono zadanie zlikwidowania bunkrów w górach Shahi-Kot. Tego dnia miał dwóch partnerów: Kaina i Abla, braci z tego samego miotu. Jeśli Kain był jego prawą ręką, to Abel stanowił lewą. Wyszkolił obydwa psy.

Do jego zespołu w górach dotarło wezwanie o pomoc. Śmigłowiec Chinook przewożący grupę żołnierzy Navy Seals, trafiony pociskiem z granatnika, runął na szczyt zwany Takur Ghar. Tucker i jego oddział zostali wysłani na wschód i niedługo po rozpoczęciu mozolnej wspinaczki wpadli w zasadzkę w wąwozie. Eksplodowały dwa fugasy – prowizoryczne miny lądowe zakopane w ziemi – zabijając większość ludzi i raniąc pozostałych, łącznie z Ablem, któremu wybuch urwał lewą przednią łapę.

Po kilku sekundach z kryjówek wyskoczyli talibowie i błyskawicznie rzucili się na niedobitków. Tuckerowi wraz z garstką żołnierzy udało się znaleźć osłonę i utrzymać pozycję do czasu lądowania śmigłowca ewakuacyjnego. Kiedy znalazł się na pokładzie z Kainem i kolegami, chciał wyskoczyć i wrócić po Abla, ale jeden z członków załogi odciągnął go od drzwi i przytrzymał. Tucker mógł tylko patrzeć.

Gdy śmigłowiec wystartował i leciał nad wąwozem, dwóch talibów popędziło za Ablem, który kuśtykał w kierunku wznoszącej się maszyny, brocząc krwią z okaleczonej łapy i z bólem w oczach wpatrując się w swojego przewodnika. Tucker ponowił próbę przedarcia się do drzwi, ale znowu ktoś pociągnął go do tyłu.

Talibowie dopadli Abla. Tucker wymazał z pamięci te ostatnie chwile, ale nie głos, który zawsze go nawiedzał i kołatał w zakamarku umysłu: Mogłeś się bardziej postarać, mogłeś po niego pobiec.

Wiedział, że gdyby to zrobił, też zostałby zabity, ale przynajmniej Abel nie byłby sam. I nie zastanawiałby się, dlaczego partner go porzucił…

Wrócił do rzeczywistości, otworzył oczy i jednym haustem wypił resztę wódki, żeby jej ciepło wypaliło najgorszy lód z tego zimnego bólu.

– Panie Wayne… – Bogdan Fiedosiejew pochylił się, z zatroskaniem marszcząc czoło. – Jest pan chory? Zrobił się pan blady jak śmierć, przyjacielu.

Tucker odchrząknął i pokręcił głową. Bez spoglądania wiedział, że Kain na niego patrzy. Wyciągnął rękę i uspokajająco ścisnął jego kark.

– Nic mi nie jest. O czym mówiliśmy…?

Fiedosiejew się wyprostował.

– O tym, żeby pan do nas dołączył wraz ze swoim psem.

Tucker skupił się na Rosjaninie i teraźniejszości.

– Nie, przykro mi, jak powiedziałem, muszę być gdzieś indziej.

Skłamał, ale był gotów ruszyć w drogę, musiał ruszyć w drogę.

Pozostało pytanie: Co będzie robić?

Fiedosiejew głośno westchnął.

– No dobrze. Ale gdyby pan zmienił zdanie, wystarczy mnie powiadomić. Na dzisiejszą noc zatrzyma się pan w jednym z apartamentów. Zamówię dwa steki. Jeden dla pana, drugi dla pańskiego psa.

Tucker pokiwał głową, wstał i uścisnął mu dłoń.

Na razie takie plany muszą wystarczyć.

Godzina 23.56

Zbudził go świergot telefonu satelitarnego.

Sięgnął po niego na oślep i sprawdził, która godzina.

Prawie północ.

Co teraz? Fiedosiejew nie miał żadnych spotkań przewidzianych na tę noc, więc obaj z Kainem dostali wolne. Czyżby coś się stało? Jurij wcześniej powiadomił go, że zamknięty w areszcie członek Władywostockich Separatystów pękł i wszystko wyśpiewał.

Właśnie dlatego Tucker spodziewał się spokojnej nocy.

Podniósł telefon i spojrzał na numer: zastrzeżony. To rzadko wróżyło coś dobrego.

Kain siedział na brzegu łóżka, patrząc na niego.

Tucker odebrał.

– Słucham?

Seria pisków i trzasków sugerowała, że rozmowa będzie filtrowana przez szereg cyfrowych koderów.

Wreszcie usłyszał głos rozmówcy.

– Kapitanie Wayne, cieszę się, że pana złapałem.

Tucker odprężył się, choć nie do końca. Gdy rozpoznał głos, zaczęło w nim narastać podejrzenie. Dzwonił Painter Crowe, dyrektor Sigma Force i człowiek, który próbował go zwerbować po poprzedniej misji. Rola Sigmy w działaniach wywiadowczych i obronnych Stanów Zjednoczonych wciąż pozostawała dla niego tajemnicą, ale jedno wiedział na pewno: Sigma pracowała pod egidą DARPA, supertajnej Agencji Zaawansowanych Projektów Badawczych podlegającej Departamentowi Obrony USA.

Odkaszlnął, żeby nie mówić zaspanym głosem.

– Zakładam, dyrektorze, że pan wie, którą mamy tu godzinę?

– Tak… przepraszam. Ale to ważne.

– Czy tak nie jest zawsze? Co się dzieje?

– Wydaje mi się, że pański kontrakt z Bogdanem Fiedosiejewem zbliża się do końca. Wygasa za dwa dni, o ile się nie mylę.

Tucker powinien być zaskoczony, że Crowe o tym wie, ale przecież ten człowiek miał zatrważająco duże możliwości zdobywania informacji.

– Dyrektorze, przypuszczam, że nie dzwoni pan po to, żeby uciąć sobie pogawędkę. Może przejdzie pan do rzeczy?

– Potrzebuję przysługi. Pańska rosyjska wiza jest ważna jeszcze przez czterdzieści dwa dni.

– I coś mi mówi, że chce pan mi je zabrać.

– Tylko kilka. Chciałbym, żeby poznał pan naszego przyjaciela.

– Mam dość przyjaciół. Dlaczego ten jest taki wyjątkowy?

Zapadła cisza; trwała zbyt długo. Tucker zrozumiał. Rozmowa była szyfrowana, ale jego pokój mógł być na podsłuchu… znając Rosjan, prawdopodobnie był. Przekazanie wszelkich dalszych szczegółów będzie wymagało podjęcia dodatkowych środków ostrożności.

Tucker skłamałby, mówiąc, że to go nie zaintrygowało.

Podejrzewał również, że przerwa w rozmowie jest sprawdzianem.

Zadając kolejne pytanie, dowiódł, że rozumie potrzebę poufności.

– Gdzie?

– Osiemset metrów od hotelu, automat telefoniczny na północno-wschodnim narożniku Apartamentowca Siwy Koń.

– Znajdę go. Proszę mi dać dwadzieścia minut.

Był na miejscu po osiemnastu. Stał, tupiąc dla rozgrzewki. Używając karty prepaid, zadzwonił na główny numer Sigmy i czekał, słuchając trzasków kodera. W końcu zastąpił je głos Crowe’a.

Dyrektor od razu przeszedł do sedna.

– Jest mi pan potrzebny do wywiezienia z kraju pewnego człowieka.

To proste zdanie niosło mnóstwo informacji. Fakt, że według Crowe’a ten człowiek nie może wyjechać z Rosji na własną rękę, wskazywał na dwie rzeczy.

Po pierwsze, miał dla Sigmy bardzo duże znaczenie.

Po drugie, zwyczajne środki transportu nie wchodziły w rachubę.

Innymi słowy, ktoś nie chciał, żeby ten człowiek opuścił kraj.

Tucker wiedział, że nie powinien pytać, dlaczego musi opuścić Rosję. Crowe był zagorzałym wyznawcą zasady „Powiem ci tylko tyle, ile musisz wiedzieć”, ale on miał następne pytanie, na które chciał usłyszeć odpowiedź.

– Dlaczego ja?

– Już pan tam jest, ma pan przykrywkę, a także odpowiednie umiejętności do wykonania tego zadania.

– A pan nie ma nikogo innego pod ręką.

– To też.

– Dla jasności, dyrektorze… to przysługa. Nic więcej. Jeśli próbuje mnie pan nakłonić do dołączenia…

– Ależ skąd! Proszę wydostać naszego przyjaciela z Rosji, na tym koniec. Zarobi pan dwa razy więcej, niż wynosi pańskie zwykłe honorarium. Na czas misji przydzielę panu oficera prowadzącego. Nazywa się Ruth Harper.

– Poważnie? – Tucker nie przepadał za niespodziankami. – Dyrektorze, przecież pan wie, że nie dogaduję się z ludźmi, zwłaszcza z tymi, których nie miałem okazji poznać.

– Harper jest w porządku. Naprawdę zna się na swojej robocie. Proszę dać jej szansę. Zrobi pan to?

Westchnął. Nie miał wielkiego zaufania do agencji rządowych, ale, jak dotąd, Crowe okazał się wiarygodnym facetem.

– Proszę mi podać szczegóły.