Wykluczeni - Artur Domosławski - ebook
Opis

Nieważne gdzie mieszkasz, jeśli jesteś niechcianym gościem na Ziemi.

Książka Artura Domosławskiego to zbiorowy portret ludzi bez głosu i reprezentacji. Przegranych, poniewieranych i wydziedziczonych.

W Kolumbii milicyjne szwadrony śmierci mordują niewinnych młodych mężczyzn z dzielnic biedy, aby podnieść statystyki „wojny z terrorem” i otrzymać premie finansowe.

W Brazylii drobni sklepikarze zrzucają się na odstrzelenie „mętów” – bezdomnych dzieci, śpiących na schodach świątyni.

Na Okupowanych Terytoriach Palestyńskich  wojsko utrudnia rdzennym mieszkańcom dostęp do wody i zakazuje gromadzenia deszczówki.

W dalekiej Mjanmie dokonuje się ciche ludobójstwo na ludzie Rohingja, o którym większość ludzi Zachodu nawet nie słyszała...

Notes Artura Domosławskiego wypełniał się przez lata historiami przemocy i wykluczenia. Razem z nim odwiedzamy miejsca odległe od siebie o tysiące kilometrów: Kolumbię, Brazylię, Meksyk, Palestynę, Egipt, Sudan Południowy, Kenię i Myanmar, za każdym razem poznając nowy sposób, w jaki – będąc człowiekiem w XXI wieku – można cierpieć i zadawać ból. Te historie – ułożone jedna przy drugiej – łączy, mimo pozornych różnic, intymna nić. Nieważne w jakim języku mówisz, jeśli jesteś „nagim życiem” w rękach tych, którzy mają władzę, możesz zginąć, zniknąć, zostać zepchniętym do roli “podczłowieka”.  Globalizacja I homogenizacja objęła nie tylko rynki finasowe, ale też biedę, rozpacz I śmierć.

Szczególnie zasmucające są przypadki, kiedy jedni Wykluczeni wykluczają innych - jeszcze słabszych od siebie.

Artur Domosławski, fragment Wstępu

Artur Domosławski, autor słynnej na świat cały biografii Ryszarda Kapuścińskiego, postanowił kontynuować niedokończony trud swego bohatera, tak wnikliwie i pięknie w owej biografii przebadany i opisany. Tym razem odwiedził w naszym imieniu miliony wykluczonych z konsumpcyjnego jarmarku i – ku naszemu pouczeniu – opisał tych, którym żyć przypadło „z powietrza i łaski Boga“, „na obrzeżach świata dostatku“.

Zygmunt Bauman

Współczesna i przerażająca, bo prawdziwa wersja dantejskiego

piekła na ziemi. Domosławski oprowadza nas po mrocznej krainie,

którą sam przemierzał z notatnikiem w dłoni

przez ostatnie dwie dekady.

CULTURE.PL

Jeżeli czytacie te słowa, to znaczy, że ta książka nie jest o was.

Ale jest właśnie dla was. Często tchnie z tych opowieści taką

beznadzieją, że aż ręce opadają. Ale chyba Domosławski

tak rozumie swoją reporterską misję. Oddaje głos przegranym

w bardzo konkretnym celu. Żeby się świat potem nie dziwił.

I nie pytał, czemu nie bił na alarm.

POLITYKA

Domosławski przypomina nam, mieszkańcom bogatego świata,

że Wykluczeni przyjdą – już idą – zapukać do naszych drzwi.

DWUTYGODNIK

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 537

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Wykluczeni nie są „wyzyskiwani”, ale są odrzuceni, są „niepotrzebnymi resztkami”.

papież Franciszek, adhortacja apostolska Evangelii Gaudium

Podklasa uwidacznia i drastycznie unaocznia przerażającą możliwość, z której wolelibyśmy nie zdawać sobie sprawy: co przydarzyło się im, może – jeśli nie będziemy wystarczająco usilnie starać się utrzymać na powierzchni – przydarzyć się każdemu z nas.

Zygmunt Bauman, Straty uboczne

Trzy czwarte świata jest beznadziejnie biedne i w końcu przyjdzie po te nasze bogactwa [...]. To sobie można tak mówić: „jebać biedę”, ale to trochę samobójcze jest.

Andrzej Stasiuk w wywiadzie dla gazeta.pl

A teraz jestem jeszcze jedną duszą, która chodzi na wolności w białej skórze, nosi jakieś włókno ukradzionych dóbr: bawełnę lub diament, a przynajmniej wolność, dostatek. Niektórzy z nas wiedzą, jak doszliśmy do fortuny, a niektórzy nie wiedzą, ale i tak wszyscy ją nosimy.

Barbara Kingsolver, Biblia jadowitego drzewa

[...] zachodni humanizm się zaciął. Jak postrzegać Innego? Czy to zwierzę, czy człowiek? Identyczne pytanie zadawał sobie Robinson na temat Piętaszka. Jesteśmy w tej samej sytuacji: jak zdefiniować uchodźcę? Jeśli to zwierzę – trzeba je odgrodzić albo zabić. Jeśli człowiek – przesunąć się i zrobić mu trochę miejsca.

Kamel Daoud, algierski pisarz, autor Sprawy Meursaulta

Chcemy, żeby początkiem i końcem ludobójstwa był nazizm. Tak jest najwygodniej.

Sven Lindqvist, szwedzki pisarz i reporter, autor Wytępić całe to bydło

(kręgi wykluczenia)

Przez dwadzieścia ostatnich lat odbywałem reporterskie podróże do krajów Południa. Na mapie dłuższych wypraw i krótszych wypadów znajdowały się przede wszystkim kraje Ameryki Łacińskiej, rzadziej Afryki i Bliskiego Wschodu, a ostatnio również jeden z krajów południowo-wschodniej Azji. Opowieści, które przywoziłem z odległych zakątków, zazwyczaj miały za bohaterów reformatorów społecznych, naprawiaczy świata, społecznych marzycieli, byłych i obecnych bojowników, niegdyś z bronią, dziś uzbrojonych w idee i pragnienie zmiany; najczęściej – zwykłych ludzi, po których przetaczał się walec Historii.

Niemal zawsze moją uwagę zwracali przegrani, poniewierani, wydziedziczeni, niekoniecznie tylko z dóbr materialnych. Ludzie bez głosu, bez reprezentacji, bezsilni, którzy rzadko, czasem od święta, bywają bohaterami codziennych newsów.

Wielu z nich zamieszkuje wielkomiejskie slumsy lub obszary podobne w swym ubóstwie do slumsów – na wsi lub w przestrzeni, dla której trudno znaleźć nazwę, bo to ani miasto, ani wieś; na terytoriach okupowanych, w obozach lub osadach dla uchodźców, koczowiskach. Żyją za nędzne grosze i – jak to ujął jeden z moich rozmówców w Brazylii – „z powietrza i łaski Boga”, na obrzeżach świata dostatku. Dosłownie i symbolicznie. Są sąsiadami uprzywilejowanych, czasem żyją tuż obok nich, lecz nie mają dostępu do zdobyczy cywilizacyjnych, z których korzystają ci urodzeni po lepszej stronie życia. Nie chodzi o telefon komórkowy, telewizor, odtwarzacz DVD – te zazwyczaj, choć nie zawsze, są w zasięgu ich skromnych dochodów.

Nie chodzili do szkoły bądź uczyli się krótko. Niektórzy od dziecka pracowali. Albo nie robili nic. To ludzie, którzy mają ograniczony dostęp do lekarza lub nie mają go wcale; podobnie – do formalnego rynku pracy, ubezpieczeń. Niekiedy to migranci – wędrujący z kraju do kraju albo tylko jednego regionu swojego kraju do innego, bo wygnała ich nędza, wojna czy innego rodzaju konflikty. Połamani w środku, wyuczeni bierności. Ludzie, których historie tu opowiadam, są znacznie bardziej niż wielkomiejscy prekariusze naszego czasu – często przecież wykształceni, nieraz o wysokich kwalifikacjach – narażeni na eksploatację ze strony silniejszych i represje władzy. Represje dotykają ich czasem z powodu popełnionego przestępstwa, a często tylko dlatego, że są ubodzy, bezbronni albo szukają szczęścia tam, gdzie im nie wolno.

To wykluczeni. Współczesna refleksja nazywa ich najczęściej homo sacer – ludźmi przeklętymi, a źródłem określenia jest dawne prawo rzymskie. Przeklętych homo sacer wolno było każdemu zabić bez konsekwencji. Nie posiadali praw, ich życie nie przedstawiało żadnej wartości. Nie można ich było nawet złożyć bogom w ofierze. Ludzie – nieludzie.

W opowieściach z Południa wykluczonymi nazywam mężczyzn, kobiety i dzieci, którzy żyją w biedzie, bez perspektyw, nieraz w przedsionkach otchłani, wyzutych z praw – politycznych, obywatelskich albo ekonomicznych, a czasem wszystkich naraz. Stan wykluczenia, o czym przekonałem się w trakcie wielu podróży, ma wiele kręgów, różne wymiary i przyczyny. Spotkałem również i takich ludzi, którzy żyją na niezłym poziomie materialnym, bynajmniej nie w slumsach, lecz są wykluczeni z powodu przynależności etnicznej, orientacji seksualnej, wyznawanej wiary. Albo płci.

Kręgi wykluczenia niekiedy na siebie zachodzą. Kobiety w Ciudad Juárez są mordowane dlatego, że są kobietami, i dlatego, że są biedne. Palestyńczycy z terytoriów okupowanych, niezależnie od materialnego statusu poszczególnych jednostek i rodzin, są zamykani w enklawach, a Rohingjowie z Mjanmy (dawniej Birmy) – w gettach i obozach dla uchodźców z powodu tożsamości etnicznej, a także nędzy, która sprawia, że są bezbronni. Ktoś może powiedzieć, że niektóre grupy, wspólnoty, społeczności nie są pozbawione wszelkich praw i dóbr, a „jedynie” dyskryminowane. Rzecz w tym, że granice między dyskryminacją a wykluczeniem nie są ostre. To stany współzależne, niekiedy tożsame. Nie ma wykluczenia bez dyskryminacji. Każda dyskryminacja stanowi wykluczenie z jakiejś części praw, które przysługują innym.

Wykluczeni są niemal zawsze obiektem umizgów ze strony politycznych kacyków i manipulatorów – mięsem armatnim, wyborczym, kartą przetargową.

Są wykluczeni bierni – ci mają spuszczone głowy. Nie potrafią powiedzieć „nie”, nawet nie wyobrażają sobie, że mogliby zdobyć się na sprzeciw. Pozwalają się oszukiwać, godzą ze swoim losem, poddają. Inni rzucają losowi wyzwanie: ciężko pracują, nawet jeśli to wysiłek beznadziejny. Jeszcze inni proszą o pomoc, odrobinę solidarności. Albo żądają uznania należnych im praw.

Niektórzy schodzą na drogę występku, zakładają uliczny gang albo armię wyzwolenia, ruch polityczny, wywołują rebelię. O tych nikt nie powie „potulni”.

Szczególnie zasmucające są przypadki, kiedy jedni wykluczeni wykluczają innych – jeszcze słabszych od siebie.

Gdy udawało mi się zbliżyć do nich, namówić do rozmów, czasem zwierzeń, spędzić wspólnie trochę czasu, mogłem szkicować ich sylwetki w zbliżeniach i półzbliżeniach – by przywołać język planu filmowego. Czasem podejście zbyt blisko było z różnych powodów zbyt trudne, niemożliwe bądź redukowało zanadto pejzaż wkoło, przesłaniając innych ludzi i kontekst. Wówczas spoglądałem z większego dystansu – próbowałem opowiadać historie zbiorowości, ujęte w planach dalekim i ogólnym. Albo panoramicznie.

Niektóre sytuacje i konteksty, których byłem świadkiem, uległy mniejszym bądź większym przeobrażeniom, mają dalszy ciąg – rzeczywistość płynie, nie da się jej zatrzymać. Podobnie jest z losami spotkanych w trakcie podróży, a potem opisanych tu ludzi.

Początkowo chciałem napisać, że wykluczeni, których spotkałem w trakcie wielu podróży, są bohaterami zebranych w tej książce opowieści. Po namyśle skłaniam się ku stwierdzeniu, że są właściwie ich autorami, którzy – niekiedy świadomie, a częściej nieświadomie – wykorzystali dostępne medium, jakim był spotkany na drodze reporter.

Już w trakcie pracy nad tą książką ruszyła ku Europie wielka wędrówka ludów z Bliskiego Wschodu, Azji, Afryki – uchodźców wojennych, ludzi wyzyskiwanych, wykluczanych, naznaczonych różnymi nieszczęściami, które popychają ich do opuszczenia domu i szukania lepszego życia, nowej szansy. Nie spodziewałem się, że sprawy, które poruszam w zebranych tu opowieściach, nabiorą tak niesłychanej dynamiki i tak szybko staną się bliskie naszemu bezpiecznemu i relatywnie beztroskiemu światu.

Wykluczeni załomotali do bram naszej twierdzy. Zapragnęli wejść do naszego raju.

...za którymi nikt nie zatęskni

Soacha – Bogota, 2011

Pierwszy zniknął Alex Arenas, 2 stycznia 2008 roku. Jeszcze w grudniu, dzień przed Wigilią, po fajrancie wyznał kumplom z budowy, że złapał świetną fuchę i wybiera się w podróż, a potem ich do siebie ściągnie. Cecilii, starszej siostrze, powiedział, że zamierza przywieźć trochę forsy dla ich schorowanej mamy. Był jej jedynym żywicielem. Siostrze też pomagał, bo jej mąż jest poważnie chory, bez pracy. Cecilia mówi, że był ich ostoją. Miał trzydzieści trzy lata.

Jaime Castillo powiedział bratu, że wkrótce wyjedzie do pracy na roli, dostał wreszcie dobrą propozycję. Był ulicznym sprzedawcą mydła i powidła, zarabiał grosze. Namawiał, żeby brat jechał z nim, ale ten nie chciał. Jaime nie wracał do sprawy. 10 sierpnia ślad po nim zaginął. Miał czterdzieści dwa lata.

Diego Tamayo, dwadzieścia pięć lat, zostawił mamie karteczkę na lodówce: „Uważaj na siebie, wracam w poniedziałek”. Dopisek: „Opiekuj się królikiem”. Diego kochał zwierzaki i marzył o weterynarii – ale gdzie jemu, chłopakowi z Soacha, myśleć o studiach? Imał się każdej roboty: pomalować komuś dom, przewieźć ciężarówkę cegieł. W sobotę 23 sierpnia mama chciała zabrać go na urodziny kuzynki, ale powiedział, że woli zostać w domu. Poszła sama. Gdy Diego wychodził o drugiej w nocy, uciął sobie pogawędkę z dozorcą bloku. Powiedział, że jedzie daleko, ale z kim, nie może zdradzić, tajemnica.

Andrés Palacio wspominał matce o możliwej podróży za kilka dni – że niby jacyś przyjaciele zapraszają go na wybrzeże. Ty lepiej uważaj, powiedziała mu na to, nie mamy na wybrzeżu żadnych przyjaciół. I że jak go zobaczy, że szwenda się z obcymi, to zadzwoni na policję. Może partyzanci albo inni bandyci?

Obawy matki nie były urojone. Soacha, nędzne przedmieście Bogoty, gdzie żyje kilkaset tysięcy ludzi, to skupisko wszystkich nieszczęść Kolumbii. Można rzec: stolica beznadziei. Nędza, napady, złodziejstwo, miejsce rekrutacji do nielegalnych partyzantek, band. Spora część ludzi to wygnańcy z interioru – ofiary długoletniego konfliktu zbrojnego. Mnóstwo uzależnionych od alkoholu i narkotyków. Zagłębie najtańszej siły roboczej. Przemoc domowa wobec kobiet i dzieci.

Matka Andrésa Palacia była czujna, bo przed laty jedna z politycznych band zabiła jej starszego syna. Ale jak upilnować dwudziestodwuletniego chłopaka? Andrés zniknął 23 sierpnia, tego samego dnia, co Diego Tamayo. Dowiedziała się później od kolegów syna, że opowiadał im o wyjeździe za pracą. Mówili, że za zarobione pieniądze miał kupić dla niej dom.

23 sierpnia, bez słowa, zniknął również inny młody mężczyzna – Víctor Gómez.

Wszyscy oni – i jeszcze jedenastu innych z Soacha i trzech z pobliskiego slumsu Ciudad Bolívar, którzy zniknęli między styczniem a sierpniem 2008 roku – nie znali się nawzajem.

Do Fernanda Escobara, lokalnego ombudsmana – w Kolumbii wiele gmin ma swojego rzecznika praw obywatelskich – zaczęły docierać sygnały o mężczyznach, którzy przepadli bez wieści. Od maja 2008 roku do jego biura przychodziły matki, siostry, bracia tych, którzy zniknęli. Instruował ich, że informacje ze zdjęciami należy zanieść do biura poszukiwań osób zaginionych.

Na spotkaniach władz lokalnych, policji i przedstawicieli wojska Fernando Escobar zaczął sygnalizować, że w Soacha dzieje się coś niepokojącego. Sądził, że młodych mężczyzn porwali lub zwerbowali partyzanci z FARC (Fuerzas Armadas Revolucionarias Colombianas) – najstarszej w Kolumbii, czerwonej niegdyś partyzantki. Albo paramilitarni – prywatne oddziały latyfundystów i handlarzy kokainą. Ale politycy i wojskowi odebrali sygnał ombudsmana o zaginionych jako krytykę: że niby nic nie robią, że w gminie panuje bałagan i groza. Odpowiedzieli mu krzykiem: „Zajmij się swoimi sprawami, nie politykowaniem!”.

Ombudsman nie miał w ręku konkretów, jedynie doniesienia rodzin trzech zaginionych plus własne domysły. Postanowił rozpytywać dalej – i czekać. Któregoś dnia w barze opowiedział znajomemu o trzech mężczyznach, którzy zaginęli jednego dnia, owego 23 sierpnia. Ten z kolei, niespodziewanie, zrewanżował się opowieścią o sześciu innych, zaginionych nieco wcześniej. Wskazał też nazwiska i adresy ich rodzin. W Soacha, podobnie jak w całej Kolumbii, zaginionych często nie zgłasza się żadnym władzom, więc ombudsman nie był tym zaskoczony. Zdziwiony był czym innym: ich dużą liczbą w krótkim czasie, na jednym przedmieściu.

Przełom nastąpił w ostatnich dniach sierpnia. Ktoś z rodziny zadzwonił do matki Diega Tamayo i powiedział, że jej syn prawdopodobnie zginął w potyczce wojska z partyzantami, w odległym regionie Kolumbii, w miejscowości Ocaña, ponad sześćset kilometrów na północny zachód od Bogoty. Taka informacja pojawiła się w internetowym wydaniu jednej z lokalnych gazet. W wiadomości zawarta była sugestia, że Diego zginął, ponieważ należał do partyzantki.

1 września, dokładnie tydzień po zniknięciu syna, matka Diega dostała potwierdzenie wiadomości o jego śmierci. Ciało znaleziono w zakładzie Medycyny Sądowej (Medicina Legal) właśnie w Ocañi.

Medycyna Sądowa ma oddziały w całym kraju i prowadzi rejestr zmarłych w nienaturalnych okolicznościach – ofiar wypadków, napadów, konfliktu zbrojnego. Pobiera się ich DNA, odciski linii papilarnych, robi fotografie. Jeśli ofiara ma dokumenty, zawiadamia się rodzinę. Jeśli dokumentów nie posiada, grzebie się ciało jako N.N. Dzięki systemowi porównywania danych z Medycyny Sądowej i informacji biur poszukiwania osób zaginionych często udaje się, nawet po długim czasie, ustalić tożsamość anonimowych ofiar.

Matka Diega dowiedziała się, że tego samego dnia co jej syn zniknęło z Soacha dwóch innych chłopców: Víctor Gómez i Andrés Palacio. Matka tego ostatniego poszła do ombudsmana, który pomógł jej potwierdzić hiobowe wieści. Te rozchodziły się szybko i bliscy pozostałych zaginionych w styczniu, lutym i kolejnych miesiącach zaczęli sprawdzać, czy o ich synach i braciach wypłynęła gdzieś jakakolwiek wiadomość – choćby przypuszczenie, poszlaka, ślad. Mauricio Castillo znalazł w ten sposób informację o zamordowanym bracie Jaime. Do niektórych dzwonili sami pracownicy zakładu Medycyny Sądowej, którzy zaczęli porównywać zdjęcia zaginionych z fotografiami zwłok w swoim archiwum. Wyszło im, że niektórzy z zaginionych są uderzająco podobni do ofiar.

Ciała osiemnastu zaginionych z Soacha i Ciudad Bolívar – z wyjątkiem Aleksa Arenasa, którego ciało „wypłynęło” w innym regionie Kolumbii – znalazły się w zbiorowych mogiłach w Ocaña. Większość pochowano jako N.N. Informacje o wszystkich zabitych zgłaszali do lokalnego zakładu Medycyny Sądowej wojskowi z 15. Lotnej Brygady – jako poległych w potyczkach z nimi partyzantów.

W środkach masowego przekazu zrobił się szum. Dlaczego ciała wszystkich znikających w różnym czasie z Soacha odnajdowano kilkanaście godzin drogi na północ, w tym samym miejscu?

Ombudsman, który początkowo przyjął do wiadomości, że mężczyźni dali się zwerbować partyzantom – w Kolumbii to żadna sensacja – zaczął wątpić, czy tak rzeczywiście było. Wątpliwości wzbudziło zestawienie dat ich zniknięć z datami, w których wojsko informowało Medycynę Sądową o ich śmierci w potyczkach zbrojnych.

Diego Tamayo, Andrés Palacio i Víctor Gómez zniknęli 23 sierpnia – zostali zabici 25 sierpnia. Jaime Castillo zniknął 10 sierpnia – zabity 12 sierpnia. Podobnie było z innymi. Elkin Verano zniknął 13 stycznia – zabity 15 stycznia. Jaime Valencia i Daniel Martínez zniknęli 6 lutego – zabito ich 8 lutego. Z jednym wyjątkiem wszyscy ginęli w ciągu czterdziestu ośmiu godzin od zniknięcia z domu. Droga na północ, ponad sześćset kilometrów z Soacha do Ocañi, to co najmniej kilkanaście godzin jazdy po drogach kiepskiej jakości. A gdzie czas na szkolenie partyzanckie? Obsługę broni, naukę strzelania?

Gdy w telewizji i gazetach zaczęło huczeć o sprawie, głos zabrał prezydent Álvaro Uribe: „Ci chłopcy nie pojechali, żeby zbierać kawę. Pojechali łamać prawo”.

Wtórował mu minister obrony Juan Manuel Santos, który zapewniał widzów, słuchaczy i czytelników, że młodzi mężczyźni z Soacha i Ciudad Bolívar należeli do nielegalnych grup zbrojnych i zginęli w potyczkach z wojskiem. Na koniec dodał: „Dowództwo armii i ministerstwo nie tolerują łamania praw człowieka”.

To ostatnie zdanie dało do myślenia pewnemu znanemu w Kolumbii działaczowi praw człowieka. Przecież mężczyźni z Soacha zginęli w walce zbrojnej – jako partyzanci. Co takiego minister Santos wiedział o ich zniknięciach i śmierci, że przez nikogo niepytany pospiesznie zapewnił, że nie było łamania praw człowieka?

Śledztwo prokuratury wykazało, że wojskowi z udziałem cywilnych pośredników oferowali młodym mężczyznom z dzielnic nędzy rzekomo dobrze płatną pracę w innym regionie kraju, a następnie zabijali ich i przedstawiali jako pokonanych w walce partyzantów. Na mocy przyjętej przez rząd instrukcji numer 29 z 17 listopada 2005 roku za pojmanie lub zabicie członków nielegalnych grup zbrojnych oficerowie i żołnierze mieli dostawać specjalne premie. Ile płacono za zabitego i jak dzielono pieniądze, nikt z całą pewnością nie wie. Wojsko pilnowało tajemnicy. Według poszlak od ośmiuset do tysiąca pięciuset dolarów. Żołnierze wykazujący się sukcesami w likwidowaniu partyzantów dostawali dodatkowe urlopy. Niektórzy szybciej awansowali.

W Soacha miejscem werbunku ofiar był bar Los Costeños, do którego mężczyźni przychodzą zapijać smutki. Dwóch werbujących znano w okolicy, mniej więcej od roku. Za zwerbowanego nieszczęśnika dostawali podobno dwieście tysięcy kolumbijskich peso, to jest około stu dolarów.

Werbowanych wieziono samochodem lub busem do Ocaña. Tam zatrzymywali się w domu oficera wojska Aleksandra Carretero. Pojono ich alhoholem. Wiadomo o tym dzięki niezwykłemu świadkowi – siedemnastoletniej wówczas Katerinie Osorio Ballesteros, kuzynce żony tegoż oficera, która rozpoznała na zdjęciach niektórych mężczyzn z Soacha. W domu kuzynostwa słyszała rozmowy o tym, co ma się z nimi stać.

Następnego dnia wieziono ich na miejsce kaźni. Po drodze podstawiony zawczasu patrol odbierał im dokumenty. To dlatego – gdy potem ich zwłoki przewożono z zakładu Medycyny Sądowej do zbiorowych mogił – chowano ich jako N.N. U celu podróży była egzekucja.

Żeby ubiegać się o premie i nagrody, wojskowi „legalizowali” zabitych – to znaczy zgłaszali ich do zakładu Medycyny Sądowej jako poległych w walce partyzantów.

O podstępnym uprowadzaniu i zabijaniu przez armię mężczyzn z dzielnic biedy cała Kolumbia dowiedziała się, gdy wybuchła sprawa znikających z Soacha, lecz byli tacy, którzy już wcześniej coś podejrzewali.

Mroczne przeczucia miał sędzia wojskowy Alexander Cortés, który w różnych regionach kraju badał przypadki „poległych w walce” – jak początkowo sądził – partyzantów. Dziwił się na przykład, że pewien partyzant FARC ruszył sam ze starym pistoletem na oddział żołnierzy. Inny – jak ustalił – cierpiał na kłopoty z nerkami, anemię i miał trudności z poruszaniem się. Niektórzy zabici mieli na sobie zbyt duże ubrania. Inni byli ubrani zbyt grubo jak na tropikalny klimat (zapewne zjechali z miast w górach, gdzie chłodniej, i od razu trafili pod kule). Byli i tacy, co mieli nowe buty: lewy włożony na prawą, prawy na lewą nogę. Niektórzy w ogóle nie strzelali (brak śladów prochu na twarzy), a kule, które ich zabiły, wystrzelono z bardzo bliska.

Sędzia Cortés był dociekliwy tak bardzo, że został zwolniony z wojska.

Gdy dowodom zbrodni wojska nie dało się zaprzeczyć, prezydent Uribe i minister Santos przyznali, że „członkowie sił zbrojnych być może brali udział w zabójstwach”. Że „popełniono błędy w procedurze i kontroli” oraz doszło do „poważnych zaniedbań na różnych poziomach”. Zwolnili dwudziestu siedmiu wysokich oficerów, w tym trzech generałów. Żaden z nich nie stanął przed sądem. Wyrzucono ich za niedopełnienie obowiązków.

Felipe Zuleta, znany w Kolumbii obrońca praw człowieka, a także komentator polityczny, przyjmuje mnie w swoim biurze. Niedawno wrócił z politycznego wygnania w Kanadzie, gdzie spędził dziewięć lat. Wyjechał z powodu pogróżek – tutaj to chleb powszedni ludzi demaskujących łamanie praw człowieka, zbrodnie władzy, paramilitarnych czy partyzantki. Zuleta miał wyrok od partyzantów FARC i jednocześnie był na celowniku czarnej propagandy rządu Uribe, który bezwzględnie zwalczał czerwonych partyzantów. Dlaczego? To wina dobrego wzroku: Zuleta dobrze widzi i lewym, i prawym okiem. To znaczy z jednakową konsekwencją, co rewolucyjnych partyzantów, ośmielał się krytykować brudne metody rządu, wojska i paramilitarnych.

Teraz z bezsilnym gniewem opowiada o młodych mężczyznach uprowadzanych ze slumsów, mamionych fałszywymi obietnicami. Często podnosi głos. Spójrz tylko, jakich ludzi wybierano na ofiary, mówi. To byli młodzi chłopcy, zdarzało się, że nieletni, którzy nie chodzili do szkoły, nie mieli stałej pracy, mieszkali na obszarach biedy. Niektórzy mieli kiedyś konflikty z prawem. Nadużywali alkoholu, narkotyków. Słowem – tacy, których mało kto pożałuje, nikt się o nich nie upomni ani za nimi nie zatęskni, z wyjątkiem najbliższych. Ich profil społeczny miał być gwarancją, że sprawa się nie wyda. W Kolumbii od lat w konflikcie zbrojnym ginie tylu ludzi – kto by podejrzewał, że kilku czy kilkunastu więcej z tego czy innego miasteczka albo przedmieścia to ofiary zaplanowanej przez wojsko zbrodni?

Gdy media zaczęły trąbić, że mężczyzn z Soacha podstępnie uprowadzono i zabito, w całym kraju zaczęto lawinowo zgłaszać zaginionych w podobny sposób. Rozpoczęły się śledztwa, zatrzymania podejrzanych. Prezydent Uribe i minister Santos starali się wcisnąć opinii publicznej teorię o paru „zgniłych jabłkach” w koszyku. Że niby armia jest zdrowa, tylko trafiły się zdemoralizowane jednostki, nadużycia są odosobnione.

Ten wykręt padł pod ciężarem faktów: zabójstw dokonywano niemal w całym kraju, w wielu prowincjach, uczestniczyło w nich ponad czterdzieści jednostek armii. Według organizacji praw człowieka i takich, które monitorują konflikt zbrojny w Kolumbii – w kraju i za granicą – w okresie ośmiu lat rządów Uribe armia zamordowała w taki sposób ponad cztery i pół tysiąca mężczyzn[*]. Dla porównania: to więcej niż zginęło w czasie siedemnastoletniej dyktatury Pinocheta w Chile.

To zbrodnia państwowa, mówi Zuleta.

Dopytuję, dlaczego tego rodzaju zbrodnia była w ogóle możliwa. Na jakiej glebie wyrosła?

Odpowiedź nie jest prosta, sięga w głąb historii kolumbijskiej wojny domowej. Pytania mnożą pytania. A jak możliwe było w latach osiemdziesiątych, pyta retorycznie Zuleta, skrytobójcze wymordowanie czterech tysięcy lewicowych działaczy Unii Patriotycznej? Unia Patriotyczna była partią, która miała przeprowadzić partyzantów FARC do cywilnego życia politycznego. Zabójcami jej działaczy byli wojskowi i paramilitares. To było ludobójstwo, odstrzeliwano ludzi według kryterium politycznego, na podstawie przynależności do grupy, a nie indywidualnych cech czy czynów.

Bezkarność władzy ma w Kolumbii długą historię, jest niestety częścią tutejszej kultury politycznej, mówi Zuleta, którego jeden dziadek był prezydentem kraju, a drugi prezesem Sądu Najwyższego.

Skąd diabelski pomysł, by wziąć na cel bezbronnych, niewinnych ze slumsów?

Zuleta mówi, że zadziałało sprzężenie motywacji materialnych, politycznych i doktryny rządu, zwanej Demokratycznym Bezpieczeństwem – to kolumbijska wersja „wojny z terroryzmem”. W ramach polityki Demokratycznego Bezpieczeństwa armii wolno wszystko, jest poza kontrolą. To sprzyja nadużyciom, a tutaj stworzono dodatkowo system zachęt materialnych i zawodowych, który nadużycia inspirował i pogłębiał.

Zgadza się: żołnierze i niżsi oficerowie dostawali za zabitych „partyzantów” pieniądze i urlopy. Wysocy oficerowie liczyli na szybsze awanse, mogli pokazać dowódcom i władzy politycznej sukcesy w walce z partyzantką. A rząd chwalił się tymi sukcesami przed społeczeństwem, dowodząc, że ideologia Demokratycznego Bezpieczeństwa się sprawdza.

Soacha, sobotnie przedpołudnie. Jadę na spotkanie z panią Idali Garcerą – matką Diega Tamayo. Niełatwo tu trafić, nawet lokalny taksówkarz błądzi. Ulice i numery domów w slumsach są kiepsko oznaczone.

W mieszkanku w bloku komunalnym pani Idali pokazuje fotografie syna i jego skromny pokoik – wszystko w takim porządku-nieporządku, w jakim zostawił to miejsce Diego. Opowiada historię jego zniknięcia. Potem przychodzi La Paisa – tak ją wszyscy nazywają – matka Andrésa Palacia z dwuipółletnim wnukiem, synem Andrésa, który urodził się już po śmierci ojca. Dołącza pani Carmenza Gómez, matka Víctora Gómeza, i kilkoro innych. Dzięki temu spotkaniu poznam nie tylko historie uprowadzonych i zamordowanych. Dowiem się czegoś jeszcze: że koszmar rodzin nie skończył się wraz z ujawnieniem prawdy. W czasie spotkania zaczynam powoli rozumieć, dlaczego najbliżsi zamordowanych nie bardzo chcieli się spotkać i musiało mnie protegować kilka zaufanych osób.

La Paisa, matka Andrésa Palacia, i jego brat dostają telefoniczne pogróżki. Kilka matek było ofiarami fizycznych napaści nieznanych sprawców na motorach, którzy dopadali je w ciemnych zaułkach, grożąc śmiercią im i rodzeństwu zamordowanych. Bratu jednego z zabitych, Johnowi Smithowi Porrasowi, oprawcy zostawiali karteczki na drzwiach: „Możesz się tu ryglować, ale jak tylko wyjdziesz, dorwiemy cię”. Po kolejnych pogróżkach chłopak się wyprowadził.

Drugi syn pani Carmenzy, John Nilson Gómez, też dostawał telefony z pogróżkami. Mówili, że ma przestać chodzić do prokuratury. Ktoś zepchnął go z wiaduktu. Przeżył. Więc znowu odbierał telefony: „Niczego się nie nauczyłeś? Nie starczy ci to, co się stało z bratem? Przestań węszyć!”.

4 lutego 2009 roku o szóstej po południu John grał na automatach w miejscowym centrum handlowym. Na motocyklu podjechał zamaskowany mężczyzna i strzelił mu z bliska w twarz. John Nilson Gómez zmarł w szpitalu następnego dnia rano.

Nikt, kto interesuje się sprawą, nie jest bezpieczny, nie tylko bezbronne rodziny zamordowanych. Ombudsman z Soacha Fernando Escobar pogróżki dostawał kilkanaście razy – karteczki, listy, e-maile, telefony. Teraz już nie odbiera komórki, gdy nie zna numeru dzwoniącej osoby. Zazwyczaj chodzi z ochroniarzami, lecz na spotkanie ze mną w hotelu w Bogocie przyszedł sam.

– Czasem lepiej, żeby nawet ochroniarze nie wiedzieli, z kim się spotykam – mówi. – Welcome to Colombia.

Rozmawiamy długo. To jedna z tych rozmów, dzięki którym mogę zrekonstruować całą tę historię. Najbardziej szokują zdania o tym, że w Kolumbii nikt nie chce o tej sprawie słuchać. Nie chodzi tylko o strach i zobojętnienie na śmierć, mówi Escobar.

Nie do końca rozumiem. Przecież o zbrodni wojska sporo się mówiło i pisało, czyż nie? Co ma na myśli, gdy mówi, że nikt nie chce o sprawie słuchać?

Escobar odpowiada tak, że bardziej klarownie nie można.

– Moi przyjaciele, ludzie z tak zwanych dobrych domów, nieraz mnie pytali: „Po co sobie zawracasz tym głowę? Warto ryzykować życie z powodu śmierci jakichś mętów, drobnych złodziei?”. A ja mówię, że nawet gdyby wszyscy oni mieli na bakier z prawem – to co z tego? Czy to znaczy, że można by ich było ot, po prostu porwać i zabić?

Dopiero teraz lepiej pojmuję słowa Zulety: że uprowadzeni i zamordowani byli mężczyznami i chłopcami, których nikt nie miał żałować i nikt nie miał się o nich upomnieć.

Za zabójstwa mężczyzn z Soacha nie skazano nikogo z najwyższych szarż. Początkowo aresztowano pięćdziesięciu sześciu oficerów i żołnierzy z 15. Brygady Lotnej i postawiono im zarzuty: uprowadzenie, spiskowanie w celu przestępczym, zabójstwo. Obrońcy oskarżonych przeciągali sprawę kruczkami prawnymi, oskarżeni zmieniali adwokatów, którzy od nowa musieli studiować tomy akt, co wydłużało procesy i okres aresztowania. Kiedy wygasły dopuszczalne terminy trzymania ludzi pod kluczem bez wyroku, wszyscy wyszli na wolność.

Pilar Castillo, prawniczka, która reprezentowała przed sądem pięć rodzin z Soacha, opowiedziała mi o zniknięciu kluczowego świadka – tej młodej dziewczyny, która widziała uprowadzonych w domu kuzynostwa i słyszała, że mają zostać zabici. „Była objęta programem ochrony świadków, aż któregoś dnia nagle zrezygnowała z ochrony i przepadła bez wieści”.

W innych procesach przeciwko wojskowym, które toczyły się w całej Kolumbii, skazano zaledwie kilkudziesięciu zabójców – a toczyło się wtedy półtora tysiąca śledztw w sprawach obejmujących ponad dwa tysiące zamordowanych. W rozmowach z rodzinami, adwokatami, obrońcami praw człowieka, dziennikarzami czuło się, że mało kto wierzył, że sprawiedliwość zwycięży. Raczej powszechne było przeświadczenie, że poświęci się kilkudziesięciu wojskowych, zazwyczaj niższych szarż, żeby oczyścić wizerunek armii, rządu, kraju.

Matki z Soacha wysłały list do Międzynarodowego Trybunału Karnego w Hadze, żeby zainteresować swoją tragedią świat. I żeby miejscowy wymiar sprawiedliwości, a także rząd Kolumbii, poczuły na plecach oddech światowej opinii publicznej.

Poskutkowało?

Kilka lat później czytam w prasie, że niektórzy zabójcy młodych mężczyzn z Soacha zostają skazani na wieloletnie więzienie, a sąd apelacyjny podwyższa im wyroki z trzydziestu kilku do pięćdziesięciu kilku lat za kratami. Ważniejsze niż surowość kary jest uzasadnienie wyroku: mowa w nim, że zabójstwa poprzedził zbrodniczy plan wojska przeciwko ludności cywilnej, dlatego zabójstwa mężczyzn z Soacha i podobne w całym kraju powinny być traktowane jako zbrodnie przeciwko ludzkości.

Dla rodzin zamordowanych to nadzieja na koniec bezkarności i sprawiedliwość międzynarodową, gdyby sprawiedliwość na miejscu zawiodła. Zbrodnie przeciwko ludzkości można osądzać również poza Kolumbią.

Niewielu ma odwagę choćby postawić pytanie o odpowiedzialność polityczną, nie mówiąc o współwinie ludzi na samym szczycie władzy.

Ombudsman Fernando Escobar nie powie o tym słowa.

– Gdybym zaczął mówić o polityce, w najlepszym razie zdyskredytowano by mnie jako „terrorystę pod krawatem”. Mogę wspierać jedynie działania na rzecz procesu bezpośrednich sprawców.

„Terrorysta pod krawatem”? To aluzja do oskarżeń, jakie wobec krytyków rządu i obrońców praw człowieka rzucał przez lata prezydent Uribe. Oto przykład z jego mowy do adeptów szkoły wojskowej: „Politykierzy w służbie terroryzmu, którzy tchórzliwie wymachują hasłami praw człowieka, [pragną] zwrócić terroryzmowi w Kolumbii to, co terroryzmowi odebrali obywatele i władza publiczna”. Czyli: kto piętnuje nadużycia władzy, ten terrorysta! W Kolumbii to była wtedy nie tylko figura retoryczna i broń w politycznych pyskówkach. Publiczne napiętnowanie oznaczało nieraz sygnał dla cyngli, skrytobójców – z policji politycznej, paramilitarnych, wojska – kogo zastraszyć, zmusić do emigracji albo zlikwidować.

Amerykańska organizacja Human Rights Watch stwierdziła w raporcie z 2009 roku, że „wysocy funkcjonariusze rządu, w tym prezydent Uribe, przez lata negowali istnienie problemu [bezprawnych egzekucji] i oskarżali obrońców praw człowieka, że składając o nich doniesienia, działają w ramach kampanii zaplanowanej przez partyzantkę w celu zdyskredytowania sił zbrojnych”. Było nawet gorzej: DAS – kolumbijska policja polityczna – zastraszała obrońców praw człowieka i dziennikarzy, a także była zamieszana w polityczne skrytobójstwa. Wiele z tych spraw wciąż czeka na wyjaśnienie.

Mało kto mówi prosto z mostu tak jak Felipe Zuleta. Rozmawiał z wysokimi oficerami zamieszanymi w zbrodnię, którzy powiedzieli mu off the record, że codziennie dzwonił do nich naczelny dowódca wojska generał Mario Montoya i w tonie nalegającym dopytywał: „Ilu zabitych partyzantów macie dzisiaj?” (Montoya został oskarżony w innym procesie – o związki ze zbrodniczymi paramilitares). Wątpliwe, by oficerowie powtórzyli to na jakimkolwiek procesie. Solidarność mafijna zobowiązuje, a ponadto coś mogłoby się im przytrafić – akurat oni wiedzą, jak to działa.

A czy ktoś, kto był ponad generałem Montoyą, dzwonił do niego z podobnymi naleganiami? Ilu zabitych partyzantów macie dzisiaj? Żądam rezultatów!

Zuleta zwraca mi uwagę na pewną osobliwość: kiedy już zbrodnia wyszła na jaw, minister obrony Santos powiedział, że zbrodniczy proceder się skończył, ponieważ on, minister, wydał taki rozkaz. Czyli przyznał, że to była zbrodnia pod kontrolą lub co najmniej możliwa do kontrolowania.

Jakiś czas po wyjeździe z Bogoty czytam rewelacje tygodnika „Semana”: rząd i dowództwo armii wiedziały od połowy 2007 roku, że wojskowi porywają, zabijają i przedstawiają zabitych jako poległych partyzantów. Wówczas to pracownik ONZ poprosił ministra Santosa i jednego z dowódców armii generała Freddy’ego Padillę o poufne spotkanie, w którym uczestniczył również pewien żołnierz. Wojskowy wyznał, że brał udział w grupie trudniącej się zbrodniczym procederem, ale wycofał się z niego, gdy armia zamordowała jego ojca i przedstawiła jako poległego partyzanta. Według „Semany” Santos i Padilla byli wiadomością oszołomieni i obiecali sprawę zbadać. Wewnętrzne śledztwo wykazało – co nie jest zaskakujące – że żołnierz kłamał, a szwadrony śmierci nie istnieją.

Zuleta powiedział mi, że minister obrony Santos wiedział o zabójstwach jeszcze wcześniej: od 2006 roku – ponad dwa lata przed ujawnieniem sprawy ofiar z Soacha – i nie zrobił nic, żeby zbrodniczy proceder zatrzymać. Santosowi miał o tym powiedzieć odwiedzający Kolumbię przedstawiciel jednej z najpoważniejszych organizacji praw człowieka ze Stanów Zjednoczonych, do którego docierały sygnały o znikających mężczyznach z dzielnic nędzy.

To sensacyjna wiadomość – polityczna bomba atomowa! Chciałem uzyskać jej potwierdzenie, względnie poznać szczegóły. Napisałem do tego działacza – człowieka o znanym na świecie nazwisku – e-mail z prośbą o spotkanie albo pisemną odpowiedź na pytania. Na mój pierwszy e-mail odpowiedział pozytywnie. Gdy w kolejnym zapytałem o jego rozmowę z Santosem, odpowiedzi nie uzyskałem.

W roku 2010 Álvaro Uribe zakończył dwie kadencje swoich rządów. Następnym prezydentem Kolumbii został jego dawny minister obrony: Juan Manuel Santos.

Ostatniego dnia pobytu na placu Boliwara w Bogocie, do którego przylegają budynki pałacu prezydenckiego, kongresu i sądów, spotykam pana Raúla Carvajala. Od dwóch tygodni było o nim głośno – ów sprzedawca warzyw z północy kraju, lat sześćdziesiąt trzy, przywiózł tu ciężarówką szczątki swojego syna. Właściwie odbył pielgrzymkę przez kraj, z północy do stolicy, ponad tysiąc kilometrów. Zatrzymywał się po drodze w miastach i wioskach, rozdawał ulotki, w których oskarżał i piętnował. Żądał wyjaśnienia okoliczności śmierci syna i kary dla zabójców.

Syn, również Raúl Carvajal, lat dwadzieścia dziewięć, był sierżantem wojska. 8 października 2006 roku zadzwonił zdenerwowany z wiadomością, że zamierza porzucić armię, bo dowódcy zmuszają go do udziału w morderstwie dwóch chłopców, rzekomych partyzantów.

Kilka godzin później młody Raúl Carvajal zginął. Według oficjalnej wersji wojska poległ w bitwie z partyzantami FARC.

Śledztwo w sprawie jego śmierci wykazało, że w dokumentach armii nie ma śladu o takiej bitwie.

– Nie daruję im, będę żądał wyjaśnienia, jak zginął mój syn, póki sam nie umrę. Nie ma dla mnie nic ważniejszego w życiu, niech mnie zabiją. Dość ciszy, dość bezkarności! – wyrzuca z siebie w uniesieniu, z bezsilną rozpaczą.

Czasem ktoś przystaje i zagaduje pana Carvajala. Turyści patrzą na niego jak na dziwadło – bo obwieszony tablicami z informacjami o synu.

Większość przechodzi obojętnie.

POZA KADREM

Strategie wykluczonych

Krewny jednego z zamordowanych z Soacha – nazwę go José – uparcie domagał się ode mnie pieniędzy. Próbował różnych argumentów. Pierwszym były koszty dojazdu z dalekiego przedmieścia do centrum Bogoty, gdzie się spotkaliśmy. Te pokryłem z nawiązką, nawet sam to zaproponowałem, kiedy umawialiśmy się telefonicznie. Okazało się, że zwrot kosztów dojazdu to za mało. José próbował zagrać na mojej empatii i zaangażowaniu po stronie rodzin dotkniętych tragedią. Powinienem – jak twierdził – dać mu wsparcie pieniężne na dalszą walkę o sprawiedliwość, nagłaśnianie sprawy. Wszak druk ulotek, plakatów, przejazdy, telefony kosztują. „Przecież jesteś po naszej stronie, prawda?” – taki był przekaz emocjonalnego szantażu.

Gdy i z tej pułapki się wywinąłem, zrobiło się nieprzyjemnie. José wyliczył, ile godzin zajął mu dojazd na nasze spotkanie, rozmowa, a potem ile mu zajmie powrót do domu. Teraz domagał się zapłaty – podniesionym głosem – a ja czułem, że agresja dopiero w nim narasta. Początkowo starałem się ukryć irytację, zastanawiałem się, jak daleko się posunie. Później dowiedziałem się, że nie byłem pierwszą osobą, wobec której zachował się w taki sposób. Próbowałem cierpliwie tłumaczyć, na czym polega zawód dziennikarza, badacza, piszącego podróżnika. Za spotkania się nie płaci.

Nie przyjął tych wyjaśnień. „Ile zarobisz na swoim artykule?” – dopytywał.

Teraz to ja się zezłościłem. Wstałem z fotela – rozmawialiśmy w lobby hotelowym – zacząłem zbierać się do wyjścia i po chwili wyszedłem szybkim krokiem na ulicę.

Dogonił mnie. Próbował załagodzić sytuację. Mówił o swoich dolegliwościach. Że nie ma pracy, za to ma rodzinę na utrzymaniu. Nie miałem ochoty dalej rozmawiać. José wpychał mnie w emocjonalną pułapkę, prowadził grę, którą odbierałem jako zagranie nie fair. Chciałem się pożegnać. Znowu spytał o pieniądze. Tym razem prosił, nie żądał.

Złamałem się.

Twarz José wyrażała rozczarowanie, najwyraźniej oczekiwał większej kwoty, a nie drobniaków na obiad. Mimo to gest symbolicznej pomocy odebrał mu impet. Rozstaliśmy się pospiesznie, prawie bez słów. Adiós. Pozostał kac.

Wiele razy rozmyślałem o tym zdarzeniu. Żałowałem finału. Nie chodziło o sumę pieniędzy, to były grosze. Nie płaciłem José za informacje czy za opowiedzenie historii – materiał do reportażu miałem w zasadzie zebrany, to było spotkanie ekstra, rodzaj nadwyżki, którą dobrze mieć w każdej badawczej robocie. Żałowałem tego, że dając mu pieniądze, postąpiłem tak, jakbym składał mu obietnicę, której nie jestem w stanie spełnić. Empatii nie potrzebuję udowadniać ani sobie, ani nikomu innemu – dlaczego więc wykazałem się brakiem konsekwencji? Może zaszkodziłem swoim gestem następnemu reporterowi – rozmówcy José? Pewnie dałem mu empiryczny dowód na to, że można domagać się od dziennikarza zapłaty – i to skutecznie. A to przecież nie była zapłata. Nie wiem tylko, czy José o tym wie.

Pocieszałem się potem, że uratowałem mu dzień, że przecież kiedy człowiek w potrzebie prosi, należy pomóc, jeśli ma się taką możliwość. Nie przekonałem samego siebie. Trzeba było trzymać się tego, co myślę o takich sytuacjach, o roli reportera, o szantażu emocjonalnym – i z uporem tłumaczyć to mojemu rozmówcy, narażając się nawet na jego gniew.

Zapomnijmy o sentymentach.

Los ubogich, poniewieranych, prześladowanych budzi współczucie. Ze współczucia rodzi się czasem solidarność. Dobrze, żeby jedno i drugie miało właściwy horyzont: prawa należne tym, których dotyka nieszczęście. Bo gdy zamyślamy się nad ich dramatem bez tego horyzontu, współczucie wyradza się łatwo w sentymentalizm. Paternalistyczny, protekcjonalny. Czasem narcystyczny.

Ludzi, którzy potrzebują upodmiotowienia i szansy na inne życie, sentymentalizm przerabia na obiekty westchnień. Wzruszenie, przejęcie się losem pokrzywdzonych to uczucia dobre, ale – jak uczy mądra Susan Sontag – chwilowe, nietrwałe. Tym, których dotyka nieszczęście, trzeba czegoś innego: naszego gniewu, wściekłości, niezgody. Może przede wszystkim uświadomienia sobie i innym, że przywileje lepiej urodzonych bywają okupione nieszczęściem tych, którzy są pozbawiani praw i możliwości. Zrozumienie tej zależności to pierwszy impuls ku zmianie, przynajmniej szansa na nią.

Sentymentalizm to też pułapka, z której sentymentalni mogą nie zdawać sobie sprawy. Biedni – ci naprawdę biedni w slumsach Południa walczący o przeżycie każdego dnia, ci, którym odmawia się prawa do życia na własnym kawałku ziemi, których gwałci się i okrada, których wciela się do armii lub partyzantek i rozkazuje zabijać – nie są wcieleniem cnót ani aniołami. Nędza i poniżenie odbierają im niekiedy szacunek do samych siebie i do innych. Czasem nie znają innego języka współżycia niż przemoc. Zwracają światu to, co od niego dostali.

Wykluczonymi targają namiętności, z którymi my, z lepszej strony życia, wcale nie chcemy wchodzić w interakcje. Spotkanie z nimi nie musi być pełną wzajemnego zrozumienia rozmową o trudnym życiu na dnie czy ofiarowaniem osobie ubogiej pomocy. Bywa, że w ruch idzie pięść, nóż, pistolet. Może się zdarzyć porwanie dla okupu lub dla Sprawy. Albo polityczna zawierucha, która zakołysze naszym wygodnym, zabezpieczonym ze wszystkich stron życiem. Można zapłacić wysoką cenę za naruszenie terytorium gangu lub podziemnej armii albo mieć pecha i stać się obiektem czyjejś okrutnej zabawy. To ekstremalne sytuacje, które od czasu do czasu się zdarzają. W wersji soft, dużo bardziej powszechnej, mamy sporą szansę stać się obiektem natarczywości, takiej jak ta ze strony José z Soacha.

Przez lata podróży po krajach Południa przytrafiały mi się dziesiątki spotkań i zdarzeń prowokujących do uogólnień, które z powodów zwykle prozaicznych – ograniczone miejsce na szpaltach, kolejna podróż, zmuszająca, bym odłożył niespisane na wieczne „później” – nie stały się fragmentami publikowanych opowieści. Czasem także dlatego, że reportaż nieufnie traktuje komentarze i duże kwantyfikatory. Teraz odkurzam niektóre zdarzenia „spoza kadru”, a część uwag i obserwacji formułuję po raz pierwszy. Mam przekonanie, że oświetlają ludzi i sprawy, o których tu piszę, z innych, często nieoczywistych stron. W osobistej perspektywie – są spojrzeniem wstecz po dwóch dekadach; sprawdzeniem, kogo spotkałem, gdzie byłem, co zanotowałem i co zapamiętałem; rodzajem pierwszych rekapitulacji po przebyciu sporego kawałka drogi.

Gdy stawiałem pierwsze kroki w krajach Południa, wyobrażałem sobie, że to empatia jest najważniejszą z cnót i dyspozycji psychicznych w zawodzie reportera. Z pewnością bez niej trudno byłoby mi spędzić kawał życia wśród ludzi naznaczonych nieszczęściem i słuchać ich opowieści. Dziś zdaje mi się, że ważniejsza – a na pewno trudniejsza – jest sztuka mówienia „nie”; asertywność, która komuś, kto nie ma doświadczenia „w terenie”, kto nie doświadczył osobliwego treningu opędzania się od próśb, nalegań i bezzasadnych roszczeń, może jawić się jako zachowanie na pograniczu obojętności, wręcz uczuciowego okrucieństwa. Frustracja, jakiej doświadcza reporter opisujący światy wykluczonych, potęguje się.

Poczucie bezsilności – jedno z pierwszych i najbardziej dojmujących w takiej pracy. Opowiadacz historii, którego jedynym narzędziem jest słowo – niekiedy też obraz, dźwięk – może od czasu do czasu wpłynąć na zmianę sytuacji cierpiących. Przełamać milczenie, nagłośnić nieszczęście, wywołać zainteresowanie. Znacznie częściej jego praca nie ma żadnego wpływu na los opisywanych, szczególnie jeśli na przykład los pokrzywdzonych z Kolumbii, Sudanu czy Bangladeszu opisuje autor z dalekiego kraju. Im szybciej się to pojmie, tym mniej późniejszych rozczarowań. („Piszę o ludziach, którzy nigdy nie przeczytają moich reportaży, dla ludzi, których losy moich bohaterów nie obchodzą”. Kto to powiedział?)

Oczekiwanie bohaterów reportaży – ludzi nieszczęśliwych, cierpiących – że reporter może im pomóc, bywa naprawdę frustrujące. Niektórzy rozmówcy dzielący się swoimi przeżyciami wyraźnie mają nadzieję, że ta właśnie rozmowa odmieni ich los; a jeśli nie los, jeśli nie ogólną sytuację życiową, to przynajmniej spotkanie z wysłannikiem z innego świata, który przejął się ich nieszczęściem, przyniesie im chwilową ulgę. Nie duchową – materialną.

Nie pamiętam, ilu ludziom i ile razy mówiłem coś w rodzaju: życzę ci lepszego życia, jestem oburzony i zaszokowany tym, co cię spotyka, solidaryzuję się z tobą. Naprawdę chciałbym pomóc, ale nie mam możliwości. Jestem tu z innego powodu, mój zawód polega na czymś innym.

Zawsze czułem się źle po takich rozmowach, szczególnie wtedy, gdy podejrzewałem, że moi rozmówcy, niekiedy bohaterowie reportaży, nabierali przekonania, że z niezrozumiałych powodów nie chcę im pomóc, zaangażować się bardziej.

Próby wymuszenia pieniędzy bez fizycznej przemocy, takie jak ta w Bogocie, zdarzały mi się nieraz i wcześniej, i później, choć ta kolumbijska zapadła mi w pamięć ze względu na emocjonalną intensywność i niefortunny finał. Innym razem pewien kierowca z Nairobi, Paul, który kilka razy zawiózł mnie to tu, to tam, zaprosił mnie do siebie na obiad. Mieszkał w Kiberze, jednym z największych slumsów kenijskiej stolicy. Jak sądziłem, chciał się zrewanżować za to, że dałem mu zarobić, a poza tym dobrze nam się gadało, nie byłem zdziwiony próbą zakumplowania się. Dziwna była tylko pora odwiedzin – za późno na śniadanie, za wcześnie na obiad.

Mieszkanie Paula nędzne, jak to w Kiberze: chatka miała jakiś fragment murowany, ale co najmniej jedna ściana była sklecona z desek, na dachu blacha falista, standard. Jedna izba, może dziesięć metrów kwadratowych, której większą część wypełniało łóżko, na którym śpi Paul, jego żona i trójka dzieci; dalej – telewizor, butla z gazem podłączona do minikuchenki. Na klepisku porozrzucane zabawki. Za przepierzeniem – namiastka łazienki. Nie zauważyłem, gdzie trzymają ubrania.

Żona Paula zaserwowała nóżki kurczaka w rosole z gotowanymi warzywami i ugali (kaszę kukurydzianą). Nie usiadła z nami, od razu gdzieś wyszła. Gdy spytałem Paula, dlaczego żona nie dołącza do nas, popatrzył dziwnie, trochę z zaskoczeniem, trochę z wyrzutem, ale nic nie powiedział. Rozmawialiśmy o ciężkim życiu w Kiberze, a właściwie to Paul mówił, ja od czasu do czasu podrzucałem pytania.

Teraz on przeszedł do sedna: zapytał otwarcie, czy zgodziłbym się sfinansować naukę jego najstarszego syna w prywatnej szkole, ufundować mu, względnie załatwić jakieś stypendium. Chodziło o plus minus dwieście dolarów miesięcznie. To niedużo, perswadował. Był wyraźnie zasmucony, że wspólny obiad – w końcu inwestycja finansowa i czasowa – nie zakończył się dobiciem interesu.

Rozstaliśmy się w zgodzie, po obiedzie Paul odwiózł mnie do hotelu. Ale po drodze nie był już tak rozmowny jak wcześniej.

[*] Dane z 2014 r. mówią o 4716 przypadkach takich zabójstw zgłoszonych do prokuratur w całej Kolumbii; podaję za „El País” z 26 marca 2014 roku (przyp. aut.).

Fawela I

Rio de Janeiro – São Paulo, 1996–2015

2012. Okupacja

Teraz cała Rocinha wygląda jak terytorium okupowane. Specjalne jednostki policji i wojska odbiły fawelę z rąk narkogangu Amigos dos amigos, „Przyjaciele Przyjaciół”. Przywódcę gangu, niejakiego Nema, i niektórych jego ludzi schwytano, poszli siedzieć. Policjanci i żołnierze patrolują ulice, zaułki, mroczne zakamarki. Zatrzymują samochody, sprawdzają dokumenty.

Na pierwszy ogień poszły mototaksówki – główny sposób dystrybucji narkotyków i narzędzie gangu, dotychczas prawdziwej władzy w faweli. Wiele mototaksówek pochodziło z kradzieży w lepszych dzielnicach. Teraz wszystko już gra, pojazdy bez legalnych dokumentów wyłapano, tak samo ich właścicieli, reszta funkcjonuje jak trzeba. Mototaksówki muszą być, bo podróż po Rocinhii to mordercza wspinaczka.

Rocinha to największa fawela – dzielnica biedy – w Rio de Janeiro. Położona jest na rozległym, wysokim, w niektórych miejscach stromym morro, wzgórzu. Ze szczytu widać bajeczne widoki na inne morros skąpane w zieleni i zatopione w niej domy szczęśliwców z lepszej strony życia. Widać jezioro w środku miasta, zatokę i ocean. W Rocinhii mieszka jakieś sto trzydzieści tysięcy ludzi, choć po prawdzie liczba ta jest szacunkowa: nikt nie wie na pewno, ilu ma mieszkańców.

To dwudziesta fawela w Rio, którą „podbiły” jednostki specjalne.

Scenariusz zawsze taki sam: policja ogłasza, że tego a tego dnia jej oddziały wkroczą do faweli opanowanej przez gang. Datę ogłasza się – inaczej, niż robiono niegdyś – po to, by uniknąć zbrojnej konfrontacji z gangiem. W takich konfrontacjach ginęli zwykle drobni narcotraficantes i wielu postronnych ludzi. Gang wie, że w starciu z jednostkami specjalnymi nie ma szans – więc się rozprasza. Płotki zostają na miejscu jako zwykli mieszkańcy. Liderzy gangu przenoszą się do innej faweli, w której rządzi ta sama frakcja narkotykowa (trzy główne w Rio to Czerwone Komando, Przyjaciele Przyjaciół i Trzecie Komando). Zapowiadanego dnia wkracza policja, nieraz wspierana przez wojsko, i wspólnie zaprowadzają porządek. Upewniają się, że gang się wyniósł, a handel narkotykami zszedł do podziemia.

Celem operacji nie jest likwidacja rynku narkotykowego – to byłaby utopia. Chodzi o zepchnięcie go z głównych ulic i pozbawienie gangu dyktatorskiej władzy w faweli. Ważne, żeby w trakcie operacji skonfiskować jak najwięcej broni, w myśl zasady: mniej broni, mniej ofiar.

Przede wszystkim zaś liczy się odzyskanie terytorium faweli przez państwo, tak by jego władza sięgnęła tam, gdzie jej wcześniej nie było. Po miesiącu, dwóch, trzech – różnie bywało w różnych fawelach – siły specjalne wycofują się, a na ich miejsce wkraczają jednostki policji pacyfikacyjnej (mówi się o nich skrótem: UPP – Unidade de Polícia Pacificadora). UPP zakładają posterunki, których wcześniej nie było, bo w faweli rządził gang. Fawela zamienia się, przynajmniej teoretycznie, w „normalną” dzielnicę.

Słowo „slums” – brazylijski odpowiednik to właśnie „fawela” – pojawia się po raz pierwszy w angielskim słowniku z początku XIX wieku i oznacza tam „szwindel” bądź „przestępczy handel”. Kilkadziesiąt lat później jako slumsy określa się dzielnice rozpadających się domów i biedy, a także moralnej degrengolady. Ludzie marginesu znaleźli się w godnej pożałowania sytuacji, ponieważ żyli w niemoralny sposób – takie były wyobrażenia o źródłach biedy w epoce wiktoriańskiej. Slums kojarzył się z pijaństwem, rozpustą, no cóż, biedni sami sobie winni...

Współczesne definicje odrzucają dawne uprzedzenia. W raporcie ONZ Wyzwanie slumsów z 2003 roku zostały one określone jako obszary nędzy, przeludnienia, często bez dostępu do wody i urządzeń sanitarnych, bez uregulowanych praw własności do ziemi i budynków.

Dla opisania nie tyle slumsu, ile sytuacji życiowej jego mieszkańców należy dodać „czynnik subiektywny”: upokorzenie, poczucie braku szans i niemożności udziału w uczcie konsumentów, która odbywa się za rogiem, na sąsiedniej ulicy.

W różnych częściach świata slumsy mają swoją specyfikę. W Ameryce Łacińskiej częściej niż w Azji slumsy (fawele) mają kanalizację, a służby miejskie wywożą czasem śmieci. Slumsy azjatyckie mają częściej dostęp do prądu i wody niż slumsy w Afryce. W Afryce około połowa mieszkańców miast nie ma dostępu do urządzeń sanitarnych. Znane jest tam zjawisko „latających kibli”, to jest wypróżniania się do plastikowych toreb i wyrzucania ich, gdzie popadnie. W porównaniu ze slumsami Nairobi, gdzie „kible latają”, wychodki w brazylijskich fawelach to niebywały luksus.

Dzisiejsze slumsy różnią się nie tylko od tych z czasów Karola Dickensa, lecz także od slumsów sprzed półwiecza. Kiedyś slumsy powstawały wokół upadłej dzielnicy centrum; dzisiaj – czy to w Szanghaju, Dhace, Lagos czy Limie – na obrzeżach miast. Nie są ani miastem, ani wsią – czymś pomiędzy. Albo jednym i drugim naraz. Obejmują gigantyczne tereny, coraz gęściej zaludniane; mrowie ludzi gnieździ się na małych powierzchniach. Miasto ze względu na ceny ziemi jest dla nędzarzy niedostępne.

Nowością jest też powstawanie slumsów w obrębie slumsów. Najbiedniejsi z biednych wynajmują przestrzeń na dachach cementowo-blaszanych domków, tworząc niejako slums w powietrzu (przypadek Kairu). Slumsy powielają zwykle strukturę majątkową społeczeństwa z lepszej strony: są bogaci, średniacy, biedni i „ludzie-odpady”. Mają własne normy życia społecznego, na przykład samosądy, chłostę, karę śmierci, „godziny policyjne” wprowadzane przez gangi w obawie przed najazdami policji lub przestępczej konkurencji.

Rocinha wciąż jest pod okupacją, a tymczasem w sąsiedniej faweli Vidigal – pięćdziesiąt tysięcy mieszkańców – jest już na tyle bezpiecznie po „podboju”, że otwarto hostel z najpiękniejszym widokiem na miasto. W żadnej bogatej dzielnicy nie ma takiego.

Jestem umówiony z porucznikiem Jairem Dantasem z UPP, który zna w tej faweli każdy kamień. Trzydziestotrzyletni policjant urodził się tu i dorastał, wielu mieszkańców to jego sąsiedzi i znajomi. Strzelanina sprzed lat, kiedy był chłopcem, wspomnienie przerażenia i szlochów najbliższych sprawiły, że wstąpił do policji.

– Stworzenie tu posterunków to dla mnie jak powrót do domu – wyznaje z nutą nostalgii w czasie objazdu faweli. – Pomagamy ludziom ułożyć sobie życie na nowo, bez władzy gangów.

Porucznik Dantas zapewnia, że mieszkańcy są zadowoleni z obecności UPP. Wcześniej mieli policjantów za wrogów – z powodu korupcji i wymuszania haraczy od ludzi.

Powątpiewam w to zadowolenie favelados – i mam rację. Wystarczy zasięgnąć języka z dala od posterunku, żeby się przekonać, że optymizm, wręcz entuzjazm sympatycznego porucznika jest z gatunku oficjalnych. Na pokaz dla zagranicznego reportera? Dla lepszego samopoczucia? Dantas zna tu naprawdę każdy zaułek, więc musi wiedzieć, że jest inaczej, skoro po godzinie w Vidigal wiem to nawet ja.

Odwiedziłem lidera wspólnoty mieszkańców Vidigal, Wanderleya Ferreirę. Pan Ferreira, sześćdziesiątka na karku, rozgadał się o UPP i w ogóle o polityce władz miejskich i stanowych Rio de Janeiro. Było już parę programów włączenia faweli do „normalnej” części miasta, mówi, zawsze kończyło się na niczym. Jesteśmy porzuceni i zapomniani przez państwo od dziesięcioleci. Stowarzyszenie mieszkańców nie dostaje od miasta ani centa. Pan Ferreira gestykuluje, podnosi głos.

Przy okazji inauguracji posterunków UPP jako lider wspólnoty zwrócił się do gubernatora stanu: „Potrzebujemy szpitala i pogotowia, nauczycieli i lekarzy, policja to nie wszystko”.

W Vidigal są dwie szkoły publiczne, trzy żłobki, jest przychodnia, ale na wizytę u lekarza czeka się trzy–cztery miesiące.

Pan Ferreira boi się, że po „podboju” faweli przez państwo koszty życia wzrosną tak drastycznie, że wielu mieszkańców będzie musiało się wynieść. Dokąd? Do gorszych faweli, dalej od zamożnych dzielnic, które dają pracę favelados. Takie były skutki „podboju” innych faweli. Ceny prądu wzrastały nawet dwudziestokrotnie. Dlaczego? Bo wcześniej cena elektryczności była dotowana, fawela to strefa ryzyka – a po „podboju” już nią nie jest. Zniesiono dotacje i ceny prądu urosły najpierw z pięciu reali do trzydziestu, a potem do ponad stu. Tym, którzy nie płacą rachunków, odcina się prąd. Biedni mają na to sposoby, podłączają się do sieci nielegalnie. Ale przecież nie chodzi o to, żeby było jak zawsze. Ma być inaczej, lepiej.

Już w trakcie mojego pobytu w Vidigal zdążyły wzrosnąć ceny wynajmu – o sto procent i więcej. Rozpoczęły się spekulacje nieruchomościami. Gringos zaczęli kupować domy, mówi pan Ferreira. Trudno uwierzyć, prawda? Domek, który rok temu kosztował dwadzieścia tysięcy reali, dziś kosztuje osiemdziesiąt tysięcy. Pan Ferreira powątpiewa, czy taka obecności państwa opłaci się mieszkańcom faweli. Malkontenctwo? Bynajmniej.

Punkt widzenia niechętnych wyjaśnił mi dosadnie, bez dyplomacji, Cláudio Napoleão, pięćdziesięciolatek, który dorastał w sąsiedniej Rocinhii, a teraz pracuje dla lokalnej organizacji pozarządowej.

– Nasze państwo przypomina złego ojca, który porzucił rodzinę. Teraz zjawia się po latach, gdy dziecko już dorosło, chce pomóc, daje forsę, ale mówi: „Żyj według moich reguł”. Co powie takiemu tatusiowi dorosły syn czy córka? „Spieprzaj, tatku!”

Ulica w faweli mówi, że „podbój”, to znaczy wprowadzenie UPP, jest pokazówką na mundial i olimpiadę. Po obu imprezach wszystko będzie po staremu. Ludzie powtarzają, że wielu narcotraficantes siedzi w więzieniach, ale wciąż żyją. Kiedyś mogą wrócić, oni lub „Przyjaciele Przyjaciół”, a wtedy życie tych, którzy współpracują z policją, będzie zagrożone.

Ten strach to dziedzictwo pęknięcia Rio na światy nędzy i dostatku. Nie narzekanie, lecz doświadczenie.

1999. Rzymianie i barbarzyńcy

Kulminacją wielkiej fali przemocy w Rio był rok 1993. Dwie masakry: bezdomnych dzieci przed kościołem Candelaria w centrum miasta i w faweli Vigário Geral.

23 lipca, nocą, przed świątynię zajechały dwa nieoznakowane samochody. Wysiadło z nich sześciu policjantów po cywilnemu. Przed wejściem na posłaniach z kartonu spali chłopcy, którzy za dnia snuli się po okolicy. Bezdomni. Policjanci obudzili śpiących, doszło do pyskówki i szarpaniny. Padły strzały.

Rano służby miejskie znalazły przed kościołem zakrwawione zwłoki pięciu nieletnich. Ciała trzech innych – nieco dalej, przed Muzeum Sztuki Współczesnej.

Dla ludzi stąd to nie tajemnica, co się stało: zwyczajna egzekucja, albo – jak tu mówią – limpeza, „sprzątanie” miasta. Zabici mieli roztrzaskane głowy. Zabójcy strzelali z bliska. Precyzyjnie.

Zwykle to drobni sklepikarze zrzucają się na odstrzelanie „mętów” i płacą za to policjantom. „Sprzątacze” pracują po godzinach. Czasem taki szwadron śmierci działa z własnej inicjatywy, bo bezdomni zaleźli policjantom za skórę. Zabici niemal zawsze mają na koncie drobne kradzieże. Nieraz z głodu.

Miesiąc później, 28 sierpnia, kolejna masakra: policyjny szwadron śmierci zabija dwudziestu jeden mieszkańców faweli Vigário Geral. Złe gliny strzelają do przypadkowych ludzi. Najpierw na ulicy, potem w barze – gdzie favelados piją zdrowie reprezentacji piłkarskiej, która pokonała tamtego dnia Boliwię. Podpalają kioski z napojami.

Najazd jest zemstą za zabójstwo czterech policjantów, którzy zaczaili się na transport kokainy z São Paulo, ale wpadli w zasadzkę. W tamtej bitwie to gang był górą. Później wyszło na jaw, że zastrzeleni policjanci nie zgłosili akcji w centrali. To dowód z gatunku czarno na białym, że nie planowali aresztowania narcotraficantes: domagali się haraczu.

Zemsta policjantów za śmierć kumpli była manifestacją przemocy i okrucieństwa. Próbą zastraszenia gangu i miejscowej ludności. Nikt z dwudziestu jeden zamordowanych nie miał związków z podziemiem narkotykowym.

Mieszkańcy faweli odpowiedzieli szybko. Kilka dni później sprzed kościoła Candelaria ruszył ich marsz przeciwko przemocy. Demonstranci szli trzydzieści kilometrów, przez centrum Rio de Janeiro do Vigário Geral, w północnej części metropolii.

Tego samego dnia w dostatniej części miasta zebrała się grupa akademików, przedsiębiorców, dziennikarzy i wydawców. Nic nie wiedzieli o marszu favelados, podobnie jak favelados nie wiedzieli o ich spotkaniu. W jednych i drugich dojrzewało przekonanie, że trzeba w końcu coś zrobić, bo w Rio nie daje się już żyć.

(tak jak zapisałem przed laty)[*]:

W Rio nie zawsze tak było. Kiedyś wzgórza, wcinające się w morze albo malujące się w głębi krajobrazu niczym tło, nie wytyczały tak ostro granicy dwóch światów. W dawnych, dobrych czasach chodziło się na wzgórza bawić, tańczyć, pić wino. Wtedy, mowa o latach pięćdziesiątych, bandyci byli marginesem. Zresztą starzy donowie, sprzed epoki narkotykowej hossy, byli mniej gwałtowni i mniej okrutni niż dzisiaj dzieciaki z bronią.

Stare, dobre czasy! Złote lata! Rio wydawało się rajem. Była bieda, nie było nędzy. Kto żyje na wzgórzach, żyje bliżej nieba, mówiły słowa popularnej w latach czterdziestych piosenki.

W grudniu pięćdziesiątego roku „Jornal do Brasil” doliczył się czterech napadów w ciągu całego miesiąca.

Stefan Zweig, który w latach czterdziestych przyglądał się fawelom w Rio, napisał, że nie spotkał tam ani jednego smutnego człowieka. Podobnie Claude Lévi-Strauss: „Nędzarze byli uczepieni na skałach w fawelach, gdzie czarni, odziani w łachmany, komponowali na gitarach wesołe melodie, które w karnawale miały wraz z nimi zejść z wysokości i opanować miasto”.

Złote lata Rio de Janeiro świat zna jako epokę artystycznej bohemy – Toma Jobima, Viniciusa Moraesa, João Gilberto. A wszystko dzięki Dziewczynie z Ipanemy, Sambie na jedną nutę, Corcovado. W „starych, dobrych czasach” słynne były wieczory u pisarza Aníbala Machado, który każdej niedzieli zapraszał na caipirinhę – cachaçę z sokiem z limonek, cukrem i potłuczonym na drobiny lodem. Przez dom przetaczały się tłumy znakomitości, przyszli nobliści: Albert Camus, Pablo Neruda...

Pewnej nocy pod koniec lat pięćdziesiątych na imprezę zawitało pięciu elegancko ubranych i dobrze wychowanych młodzieńców, którzy ukradkiem wynieśli drogocenne przedmioty. Maniery złodziei były jeszcze staroświeckie, lecz bezczelność już nowoczesna. Ów incydent stał się – w opinii pisarza i dziennikarza Zuenira Ventury, autora książki Cidade partida – symbolicznym zwiastunem nadejścia nowych, gorszych czasów.

Zaczynała się wielka wędrówka z interioru do miast. Wkrótce miała nadejść polityczna przemoc dyktatury, a potem w całym mieście ktoś rozsypał biały proszek.

Jestem w siedzibie Viva Rio w dzielnicy Gloria. Viva Rio to ruch społeczny przeciwko przemocy i na rzecz integracji favelados. Po latach przekształci się w dużą organizację pozarządową. W biurach gwar i ruch od rana. Gorączka, bieganina, nawoływania, telefony. Biedni, co widać po ubraniach, czekają cierpliwie w poczekalni. Matka przychodzi ze sprawą córki, którą zgwałcił ojciec. Inna chce prosić o pomoc dla syna, którego zatrzymała policja. Mówi, że bezprawnie: chłopak jest niewinny. Ktoś inny ma wziąć udział w naradzie na temat nowego programu Viva Rio: przyspieszonych kursów dla dorosłych, którzy kiedyś porzucili szkołę, a teraz chcieliby dokończyć naukę na poziomie liceum.

Niezupełnie mam pojęcie, co tu się dzieje.

Na gazetce ściennej powiesili T-shirt z czerwonym kwiatem, hasłem „Rio, porzuć tę broń” i podpisem: „Popieram prawo, które zabrania sprzedaży broni w Brazylii”.

– W Rio nie daje się już żyć – słyszę słowa po polsku. – Cześć, zachodź do mnie.

Nie jestem zaskoczony, bo wiem, że lider Viva Rio mieszkał kilka lat w Polsce, gdzie studiował na Uniwersytecie Warszawskim. Nazywa się Rubem César Fernandes.

(jak zapisałem przed laty):

...opowiada ze spokojem człowieka, który przeszedł i widział wszystko. Długie, siwe włosy zaczesane do tyłu, opalona twarz, słuszny wzrost, po pięćdziesiątce. Kobiety mówią, że jest piękny. Mężczyźni – że ma charyzmę przywódcy.

W latach sześćdziesiątych jako młody komunista Rubem César uciekł przed więzieniem do komunistycznego raju na ziemi: Polski. W sześćdziesiątym ósmym, jako student Uniwersytetu Warszawskiego, wyleczył się z komunizmu na zawsze. I znów musiał uciekać – tym razem do Ameryki. Filozof i antropolog, zrobił doktorat na Uniwersytecie Columbia w Nowym Jorku. Dużo podróżował, a ostatnio zrobił się „bardzo z Rio”, to znaczy siedzi na miejscu.

– Po masakrach przed Candelarią i w faweli Vigário Geral nie mieliśmy pojęcia, co robić – mówi. – Nie dawało się już żyć. A my chcieliśmy żyć. Zastanawialiśmy się, jak nazwać ruch protestu przeciw śmierci i przemocy w Rio. Ktoś powiedział: Niech żyje Rio!

Siedemnastego grudnia dziewięćdziesiątego trzeciego, pierwsza akcja Viva Rio: „Zatrzymać się, żeby zacząć od nowa”. Całe miasto ubiera się na biało, w oknach białe flagi, na samochodach białe wstążki. W południe wszyscy zatrzymują się w milczeniu na dwie minuty – w biurze, na ulicy, w samochodzie.

– Niesamowite, nikt się tego nie spodziewał: całe Rio sparaliżowane! Mieliśmy dobry start. Najpierw trzeba było uprzytomnić sobie rzecz najważniejszą: wszyscy jesteśmy zainfekowani przemocą.

Viva Rio udało się w lokalnym parlamencie przeforsować prawo zabraniające sprzedaży broni w stanie Rio de Janeiro. Lobby producentów broni złożyło za pośrednictwem swoich polityków skargę w Sądzie Najwyższym.

– Czekamy na decyzję. Dziś Rio, jutro cała Brazylia[**].

Zasada naczelna: przedrzeć się do świata przemocy bez przemocy, bez ducha wojny; walczyć z przemocą nie-przemocą.

Zuenir Ventura, współzałożyciel ruchu, opisuje życie w Rio jako rodzaj wojny domowej, lecz innej niż konflikty, które znamy z podręczników historii.

– To wojna ponowoczesna. Od sztuki wojennej zależy tu tyle samo, ile od prawa i ekonomii. Grupy rządzące, czyli bogaci, nie dostrzegają tego, że w razie konfrontacji tzw. klasy niebezpieczne, czyli nędzarze, znajdą się w strategicznie lepszym położeniu niż barbarzyńcy, którzy w piątym wieku spustoszyli Rzym. Nasi „barbarzyńcy” są już w murach miasta, między nami, wszędzie, a ich oddziały mają nowoczesną broń i świetne pozycje strzeleckie na wzgórzach.

Zuenir Ventura i Rubem César uważają, że przemoc w Rio można zdusić tylko w jeden sposób: zasypując przepaść między „barbarzyńcami” i „Rzymianami”. Robota na pokolenia.

„Rzymianie” z Viva Rio zabrali się za zasypywanie przepaści. Zebrali pieniądze od biznesmenów i władz miasta. Zaczęli wyrąbywać ścieżki, które są dla wielu jedyną szansą przedarcia się przez fawele ku miastu bez noża i pistoletu. „Barbarzyńcy”, którzy nigdy nie chodzili do szkoły albo szybko ją porzucili, mogą teraz ukończyć podstawówkę i liceum na kilkunastomiesięcznych telekursach. Dla wielu to pierwsza szansa, jaką dostali w życiu. Maltretowana żona, zamiast iść po opieszałą sprawiedliwość do sądu albo po okrutną sprawiedliwość do narkotykowego dona, może pójść do poradni prawno-mediacyjnej Viva Rio, gdzie dobrzy „Rzymianie” przygotują ugodę lub separację z mężem. Mali przedsiębiorcy z faweli mogą dostać nawet tani kredyt. Następna ścieżka do wyrąbania to ubezpieczenia na życie, od wypadku i pogrzebowe; ze zdrowotnymi będzie najtrudniej, są bardzo drogie.

– Chcesz zobaczyć, o czym mowa? – spytał mnie ktoś. – Chcesz zobaczyć, jak żyją „barbarzyńcy”?

Pojechałem do Maré.

To była pierwsza wizyta w faweli, w której rządził gang narkotykowy. Później otrzaskałem się z takim miejscami – i gorszymi – ale tego rodzaju wyprawy nigdy nie stały się rutyną. Tamtego dnia zwyczajnie się bałem.

(jak zapisałem przed laty):

Zjechaliśmy z autostrady prowadzącej do międzynarodowego lotniska na Wyspie Gubernatora. Widok za oknami samochodu się zmienił. Jeszcze przed chwilą błękit morza, zieleń palm, jasność piasku. A teraz – coraz brudniejsze uliczki, obdrapane budynki, coraz więcej obdartych dzieci.

Zmiana, choć szokująca, następowała łagodnie, bo w Rio granica między światem dobrych dzielnic a osiedlami nędzy bywa nieostra. Czasem fawele, tak jak Maré, są zbudowane u podnóża wzgórz, a od rajskich widoków bogatych dzielnic oddziela je bufor gorszych, choć jeszcze nie przerażająco nędznych osiedli. Nim człowiek trafi do piekieł, zdąży się oswoić z brzydotą, brudem, słodkawym odorem.

Miałem spocone i, mimo upału, zimne dłonie. Nasłuchałem się, że obcemu nie wolno wejść do faweli, szczególnie do tych, w których rządzą gangi narkotykowe.

– Jesteś z nami – uspokajał w samochodzie Eucrezio, młody nauczyciel z Viva Rio, filozof, miłośnik Heideggera.

Obcy w faweli. Obcy to szpieg policji albo konkurencyjnego gangu. To intruz, który przyszedł węszyć i któremu trzeba dać po nosie.

W Maré rządzi Comando Vermelho (Czerwone Komando), jeden z największych gangów narkotykowych w Rio. Jego szef Ue wydaje rozkazy zza krat więzienia przez telefon komórkowy. To Comando Vermelho decyduje, czy nauczyciele z Viva Rio będą prowadzić kursy, czy nie. To gangsterzy, choć niepytani, zdecydują, czy będę mógł spokojnie zobaczyć, jak żyją „barbarzyńcy”. Zawsze jest ryzyko, że przypadkiem zobaczę coś, czego widzieć nie powinienem.

Wjechaliśmy na teren „wroga”. Spiekota i kurz. Droga bez asfaltu. Przepisy drogowe nie obowiązują: ktoś jedzie pod prąd, przejście dla pieszych jest wszędzie, po „szosie” biegają rozkrzyczane i uśmiechnięte dzieciaki. Nie zauważyłem wśród nich ani jednego białego.

Pierwsze kilkaset metrów nie przypomina tradycyjnej faweli. Sklepiki, małe warsztaty – wszystko szare, pokryte smugami spalin i warstwą kurzu.

Nieco dalej przechwytuje nas Jorge. Ciemnoskóry, około czterdziestki, z podejrzliwym spojrzeniem, ale sympatyczny. Przewodzi stowarzyszeniu mieszkańców Maré.

– Ze mną jesteś bezpieczny. Chodź, pokażę ci, jak tu żyjemy.

Z „ulicy” niewiele widać. Domy „barbarzyńców” są jakby wstydliwie oddalone od centrum. Zbite deski i kartony pokryte blachą albo papą. Klepisko. Łóżka i naczynia wyciągnięte ze śmietnika. Blaszana miska do mycia. Odwiedziłem kilka domów – wszystkie takie same. Tworzą rzędy baraków, między którymi prowadzi najwyżej dwumetrowa ścieżka. Z lotu ptaka wyglądałyby pewnie jak obóz koncentracyjny z czasów drugiej wojny światowej. Jeden „dom” przy drugim, ze wspólnymi ściankami.

Mieszkając w bloku albo kamienicy, można przez całe życie nie wiedzieć nic o swoich sąsiadach. Tu wszyscy wiedzą wszystko o wszystkich. Zakaszlesz czy pokłócisz się z żoną, mężem, słyszą to w czwartym „domu”. Tak samo w nocy – gdy przychodzi czas na miłość. W Maré nie ma miejsca na prywatność, intymność. Matka, która wstaje o piątej rano do pracy, zostawia małe dzieci bez strachu, bo sąsiedzi przypilnują. Ta bliskość rodzi między tymi ludźmi solidarność, braterstwo, wspólnotę. Ale i agresję, przemoc.

Zapytałem Jorge o Comando Vermelho, wojny gangów, o to, jak żyć wspólnie z bandytami.

– Handel narkotykami? Tu nie ma. Wojny? Słyszałem, że były, ale teraz spokój.

Jorge przedstawił mnie Marcusowi. Dwadzieścia cztery lata, niepełne trzy klasy szkoły. Sprzedaje soki stojącym na światłach kierowcom.

– Narkotyki? Przemoc? Nie wiem, nie słyszałem.

Takich rozmów odbyłem jeszcze kilka. Eucrezio z Viva Rio objaśnił mi później, dlaczego ludzie nie chcą nic mówić o narkoświatku:

– Wpadłeś tu na chwilę, oni zostaną. Wiesz, co by się stało, gdyby ktoś doniósł, o czym ci opowiadają?

Ktoś zawołał Jorge. Zostałem sam obok baraku Everalda. Familiarna atmosfera, przed „domem” biegają dzieci, trójka z nich to dzieci Everalda. Żona, mama, ciotki – wszystkie gorąco witają przybysza z innej planety. Dzieciaki podbiegają i proszą o zrobienie im zdjęcia. Rozmawiamy o czymś nieistotnym, grzecznościowe uśmiechy. Zwątpiłem, czy dowiem się tu czegoś o tym, jak się żyje obok narkotykowego podziemia.

Everaldo zaczął niespodziewanie sam.

– Chcesz wiedzieć, jak tu jest naprawdę? Nie umiesz sobie tego wyobrazić. Nie puszczam dzieci, żeby się bawiły na ulicy. Niedawno zastrzelono przypadkiem czyjegoś malca. Broń jest wszędzie, narkotyki na każdym rogu...

– Tu też? – Pokazuję ręką na sąsiednie baraki. Everaldo nie odpowiada.

Po chwili:

– Tu jest trochę spokojniej.

Everaldo mówił ze ściśniętym gardłem; jak gdyby chciał krzyczeć: tu się nie da żyć, wyciągnij mnie stąd, na pomoc! Urodził się w Rio, w biednej dzielnicy, ale nie w faweli. Rodzice musieli opuścić stare lokum, bo zabrakło pieniędzy na wynajem. Od kilku lat mieszkają w Maré. Everaldo pomaga w warsztacie samochodowym. Pieniędzy ledwo starcza na jedzenie dla dzieci.

– Chciałbym mieszkać TAM. – Pokazuje w stronę miasta. – Ale to się nigdy nie stanie.

Nie wiedziałem, co powiedzieć. Miałem na szyi aparat fotograficzny wart kilka miesięcy życia całej jego rodziny. Przyjechałem z nim rozmawiać, żeby zarobić pieniądze dla mojej rodziny. Mogłem okazywać sympatię, współczucie, solidarność. Ale i tak byłem kimś STAMTĄD. To znaczy: ze świata knajp wyrzucających codziennie tony jedzenia, ze świata nocnych klubów z koncertami bossa novy, ze świata luksusowych mieszkań odgrodzonych od „barbarzyńców” stalą i strażnikami z nabitą bronią.

Czy potrafię go zrozumieć? Nawet potrzeby fizjologiczne i higieniczne załatwiamy inaczej. My, z lepszej strony życia, udajemy się rano do toalety oddzielonej od czystej łazienki z wanną i prysznicem. Bierzemy do ręki pachnące mydło, używamy delikatnego papieru, dobieramy wodę do kąpieli – żeby nie była za ciepła, żeby nie była za zimna. Tu pięćdziesiąt rodzin przychodzi do jednego pomieszczenia. Trzy dziury w podłodze...

– Zrób tu zdjęcie, pokaż, jak żyjemy.

POZA KADREM

Fernando

Pierwszy wykluczony, pierwszy „barbarzyńca”, jakiego spotykam, ma na imię Fernando.

Jeszcze nic nie wiem o jego świecie ani o miejscach, do których przyjdzie mi podróżować przez następne dwie dekady.

Jestem oszołomiony pierwszą wyprawą do kraju Południa. Nawet molochowatość i brzydota São Paulo mi nie przeszkadzają. Intensywne kolory, a jeszcze bardziej zapachy, niemal narkotyzują. Tajemnica nieznanego nie pozwala zasnąć.

Mój nowy znajomy i gospodarz Ari César prowadzi mnie do sąsiadki, która opiekuje się Fernandem. Zgodziła się zaaranżować spotkanie w swoim domu, kilkadziesiąt metrów od pobliskiej faweli. Fernando przychodzi do niej codziennie po jedzenie. Ma dwanaście lat i w świetle prawa nie istnieje. Gdyby zaginął albo został zabity, nie byłoby jak zgłosić tego faktu na policję. Czy da się sporządzić akt zgonu, skoro nie ma aktu urodzenia? Fernandożyje, ale jakby go nie było.

Nie zaprowadzi mnie do domu rodziców w faweli. Odmawia stanowczo, dla obcego to niebezpieczne. Obcy to nie tylko cudzoziemiec. Obcy to każdy, kto w faweli nie mieszka. Zresztą prawdziwy dom Fernanda to ulice dzielnicy Vila Prudente. Do matki i ojczyma – zwykle zamroczonych alkoholem – wraca tylko na noc; i to nie zawsze.

Trudno wyciągnąć z niego jakiekolwiek wyznania. Odpowiada półsłówkami, cały czas szeleści papierkiem, który trzyma w dłoni. Chwilami jest na granicy płaczu. Jeszcze wtedy nie mówię po portugalsku i jestem zdany na pomoc znajomego. Rozmowa przez tłumacza utrudnia nawiązanie nici zaufania. Robota reporterska bez języka to wciąż robota reporterska, ale okaleczona, niepełna. A ja na dodatek mam niewielkie doświadczenie; z takimi sytuacjami – żadne. Na szczęście brak pośpiechu, dobra atmosfera robią swoje. Fernando powoli się otwiera.

Wstaje wcześnie rano. Gdy ojczym jest trzeźwy, zabiera go ze sobą do pracy. Właściwie do niej zmusza. Praca jest na ulicy. Polega na chodzeniu od domu do domu i zbieraniu niepotrzebnego papieru i żelastwa. Uliczki São Paulo pełne są nieszczęśników pchających wózki ze złomem i makulaturą – przeważnie to mieszkańcy faweli, którzy nie mają innego zajęcia, a muszą zarobić. Złom i papier wożą do punktów skupu. Dostają za to grosze.

Gdy Fernando zdoła wymknąć się rano z domu, nie pracuje. Włóczy się z kolegami po ulicach, gra w piłkę. Albo nie robi nic.

To wszystko dzieje się potem: dzień zaczyna od zabijania głodu. Matce i ojczymowi nie starcza na jedzenie, bo musi starczyć na cachaçę – wódkę z trzciny. Głód jest dla Fernanda najgorszy: jak się czegoś nie zje, myśli się tylko o jedzeniu. Gdy Fernando nie zje czegoś u sąsiadów w faweli, dzwoni do drzwi Dobrej Pani, u której rozmawiamy. Zjada wszystko od razu, nigdy nie odkłada na później.

O czym marzy? Chciałby żyć gdzie indziej i żeby ojczym (Fernando mówi o nim „ojciec”) go nie lał. Mówi, że chciałby chodzić do szkoły, ale matka i jej gach zabraniają: musi pracować, w domu brakuje pieniędzy. Później dowiaduję się, że władze miasta nakazały mieszkańcom faweli posyłać dzieci do szkoły pod groźbą kar. Pewnego dnia klasy okolicznych szkół zapełniły się więc dziećmi, których nigdy wcześniej tam nie widziano. Kiedy niedługo potem okazało się, że nikt nie egzekwuje nakazu wobec nieposłusznych, przestano się nim przejmować. Większość dzieci z faweli opuściła szkolne sale i wróciła na ulice.

Bardziej niż o szkole Fernando marzy o rysowaniu. Po kilku dodatkowych pytaniach okazuje się, że nie bardzo wie, na czym ono dokładnie polega: nigdy nie miał kredek ani farb. Rysował patykiem na ziemi.

Ari César, który tłumaczy naszą rozmowę, powie później, że to był pewnie pierwszy raz, kiedy ktoś zmusił Fernanda, żeby zastanowił się nad swoim życiem.

Sąsiedzi mówią, że fawela, w której mieszka Fernando, należy do najbardziej niebezpiecznych w dzielnicy Vila Prudente. Takich ostrzeżeń lepiej nie lekceważyć. Pierwsza informacja o fawelach, jaka dotarła do mnie w Brazylii, pochodziła z krótkiej notki w porannej gazecie „Folha de S. Paulo” o zabójstwie dwóch holenderskich turystów w Recife na północnym wschodzie kraju. Zlekceważyli przestrogi i poszli na przechadzkę po faweli, w której rządził gang narkotykowy. Fawele bywają niebezpieczne nie dlatego, że ich mieszkańcy to ludzie biedni, lecz dlatego, że owi biedni zostali porzuceni, opuszczeni przez władze publiczne. Natura nie lubi próżni, więc lukę, jaką pozostawia nieobecność państwa, wypełnia władza gangów.

Fawelę Fernanda oglądam w kompanii Ariego, trochę ukradkiem, ostrożnie – to mój pierwszy raz, nie mam przewodnika „z wewnątrz”. Już z pewnej odległości bliskość faweli zdradza smród nieprzypominający żadnego znanego. Dziwnie słodki, odrzucający.

Fawela Fernanda sąsiaduje z szeroką, trzypasmową ulicą. Po zmroku miejscowi bandyci zastawiają wnyki na zbłąkanych kierowców – deski z gwoździami położone na jezdni. Samochód łapie gumę, zatrzymuje się, wpada. Obrobić takiego – łatwizna.

Przez fawelę wiedzie droga, po której biegają wychudzone dzieciaki. Domy są sklecone z desek, tektury i papy (dzisiaj to rzadkość, w większości faweli domy są zazwyczaj murowane). Gdy leje – a w Brazylii potrafi lać – w takim domu z desek jest powódź. Pewnej deszczowej nocy dobrodziejka Fernanda spotkała go przypadkiem, jak wraz z matką szukał noclegu poza fawelą. Schowali się w betonowej rurze, dzięki temu, że na pobliskiej ulicy była awaria i służby miejskie zrobiły w jezdni rozkop. Rura okazała się dobrym schronieniem na czas letniej ulewy.

Przechadzka po zakazanym rewirze nie trwała długo. Aparat fotograficzny, brzmienie nieznanego języka sprowokowały kilku nastolatków.

– Por que você está tirando fotos da favela? Dlaczego robisz zdjęcia faweli? – zaczepił nas jeden.

Za naszym samochodem poleciały kamienie.

[*] Wykaz źródeł znajduje się na końcu książki (przyp. red.).

[**] Kilka lat później referendum w całym kraju, które miało doprowadzić do zakazu posiadania broni, zostało przez Viva Rio przegrane (przyp. aut.).