Wydawca: Insignis Kategoria: Sensacja, thriller, horror Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 366 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Wyklucie - Ezekiel Boone

Zaczyna się koszmar, z którego nie można się przebudzić.

W głębi peruwiańskiej dżungli, miejsca pełnego tajemnic, czarna szeleszcząca masa atakuje amerykańskich turystów. W odległym o tysiące kilometrów Minneapolis agent FBI, prowadząc dochodzenie w sprawie dziwnej katastrofy lotniczej, dokonuje makabrycznego odkrycia. W Kanpurze naukowcy z centrum ostrzegania przed trzęsieniami ziemi nie mogą dać wiary odczytom z jednego z sejsmografów i wyruszają, by go sprawdzić. W tym samym tygodniu rząd Chin zrzuca – jak oficjalnie zapewnia, w wyniku fatalnej pomyłki – bombę atomową na peryferyjne miasto przygranicznej prowincji własnego kraju. Podczas gdy fala niepokojących incydentów przetacza się przez świat, do pewnego waszyngtońskiego laboratorium dociera tajemnicza paczka z Ameryki Południowej. Cokolwiek jest w środku, rwie się na wolność.

Świat staje w obliczu zagłady. Pradawny gatunek, przebudzony po tysiącach lat hibernacji, rusza na łowy.

Najgorsze, że to dopiero początek.

Opinie o ebooku Wyklucie - Ezekiel Boone

Fragment ebooka Wyklucie - Ezekiel Boone

Tytuł oryginału The Hatching

Copyright 2016 © Ezekiel Boone

First published by Emily Bestler Books / Atria Books An Imprint of Simon & Schuster, Inc. 1230 Avenue of the Americas New York, NY 10020

Przekład Michał Jóźwiak

Redakcja i korekta Dominika Rychel, Tomasz Brzozowski oraz Justyna Charęza

Skład Tomasz Brzozowski

Konwersja do wersji elektronicznej Aleksandra Pieńkosz

Copyright © for this edition Insignis Media, Kraków 2018Wszelkie prawa zastrzeżone.

ISBN wersji pełnej 978-83-66071-04-9

Insignis Media ul. Lubicz 17D/21–22, 31-503 Kraków tel. +48 (12) 636 01 90biuro@insignis.pl, www.insignis.pl

facebook.com/Wydawnictwo.Insignis

twitter.com/insignis_media (@insignis_media)

instagram.com/insignis_media (@insignis_media)

Snapchat: insignis_media

Dla Sary i Sandy

Prolog

Pogranicze Parku Narodowego Manú, Peru

Przewodnik miał ochotę powiedzieć Amerykanom, których prowadził, żeby się zamknęli. Nic dziwnego, że żadne zwierzęta im się nie pokazały – pewnie odstraszyli je ciągłym narzekaniem. W zasięgu wzroku zostały tylko ptaki, które zresztą wyglądały na spłoszone. Przewodnik znał jednak swoje miejsce, więc się nie odzywał.

Amerykanów było pięcioro. Trzy kobiety i dwóch mężczyzn. Przewodnika ciekawiło, kto jest z kim, zwłaszcza że wydawało mu się mało prawdopodobne, by grubas Henderson miał wszystkie trzy kobiety dla siebie. Nieważne, jak bardzo był bogaty – dwie chyba mu powinny wystarczyć? Pomyślał, że może jedna kobieta była z tym drugim, wysokim mężczyzną, ale przewodnik zaraz uznał to za mało prawdopodobne. Z tego, co widział, dryblas szedł z nimi tylko po to, by służyć Hendersonowi za ochroniarza i kamerdynera. Taszczył jego wodę i przekąski, a Henderson najwyraźniej pilnował, by nie zawieszał wzroku na którejkolwiek z kobiet. Bez wątpienia wysoki facet był jego podwładnym – tak samo jak przewodnik.

Westchnął. Uznał, że kiedy rozbiją obóz, przyjrzy się, jak mężczyźni rozdzielą między siebie kobiety. Tymczasem zamierzał zająć się tym, za co mu płacono, czyli prowadzeniem klientów przez dżunglę i odkrywaniem przed nimi wszystkiego, co mogło im zaimponować. Rzecz w tym, że ta grupa była wcześniej na Machu Picchu, po którym każdy turysta nabierał przekonania, że nie zobaczy już w Peru nic ciekawszego, a na domiar złego zwierzęta, które zwykle by im pokazywał, gdzieś się zaszyły. Zerknął przez ramię na Hendersona i uznał, że czas na kolejny postój. Niepokoiło go, że bogacz zaczyna zdradzać objawy przemęczenia, jakby niedostatecznym utrudnieniem było to, że od początku zatrzymywali się co dwadzieścia minut, by mógł pobiec w krzaki i się wypróżnić.

Henderson nie był może koszmarnie otyły, ale nie należał też do szczupłych i z trudem dotrzymywał kroku reszcie. Pozostali mieli dobrą kondycję, szczególnie kobiety – były wysportowane, co aż rzucało się w oczy, i dwadzieścia albo trzydzieści lat młodsze od miliardera, który na ich tle robił wyjątkowo żałosne wrażenie. Henderson wyraźnie przegrywał walkę z upałem. Twarz miał czerwoną i co chwilę przecierał czoło wilgotną chusteczką. Mimo różnicy wieku pomiędzy nim a kobietami wyglądał zbyt młodo na zawał, przewodnik jednak uznał, że nie zaszkodzi zadbać, by się nie odwodnił. Przed wyjazdem dano mu jasno do zrozumienia, że jeśli wszystko pójdzie dobrze, Henderson prawdopodobnie da się przekonać do przekazania pokaźnej sumy na rzecz parku i pracujących w nim naukowców.

Dzień nie był bardziej upalny niż zwykle, ale członkowie grupy, dopiero co zszedłszy z Machu Picchu, nie rozumieli chyba, że wciąż znajdują się na znacznej wysokości. Najwyraźniej nie zdawali sobie sprawy również z tego, że dżungla, przez którą idą, nie należy do Parku Narodowego Manú. Przewodnik mógł im wytłumaczyć, że technicznie rzecz biorąc, wolno im było przebywać jedynie w biosferze otaczającej park, natomiast do samego parku wpuszczano tylko badaczy, pracowników i rdzennych Matsigenka. Nie chciał jednak, by się poczuli jeszcze bardziej zawiedzeni.

– Miggie, a jest szansa, że zobaczymy lwa? – spytała jedna z kobiet.

Druga, idąca obok niej, przywodziła na myśl modelki z magazynów, które przewodnik trzymał pod łóżkiem jako nastolatek, zanim pojawił się Internet. Zsunęła plecak z ramienia i postawiła go na ziemi.

– Boże, Tina – powiedziała i pokręciła głową w taki sposób, że włosy omiotły jej twarz i ramiona.

Przewodnik z trudem oderwał wzrok od jej głębokiego dekoltu, kiedy pochyliła się, żeby wyciągnąć butelkę wody.

– To nie jest Afryka, tylko Peru. Przez ciebie Miggie pomyśli, że wszyscy Amerykanie to idioci. W Peru nie ma lwów. Ale może zobaczymy jaguara.

Przewodnik przedstawił się jako Miguel, ale chyba potraktowali to wyłącznie jako niezobowiązującą sugestię, bo z miejsca zaczęli zwracać się do niego „Miggie”. Poza tym nie uważał wcale wszystkich Amerykanów za debili, bo kiedy nie prowadzał turystów na „ekowycieczki”, zwykle zatrudniali go pracujący w parku naukowcy, którzy w większości pochodzili z amerykańskich uniwersytetów. Zaczynał jednak dochodzić do wniosku, że mimo obecności Hendersona, który niewątpliwie był geniuszem, odsetek idiotów w tej grupie przekraczał normę. Nie zobaczą lwa. Jaguara, niezależnie od tego, co powiedziała ta druga kobieta, też nie. Nawet Miguel nigdy nie spotkał jaguara, a oprowadzał wycieczki po tym obszarze niemal od trzech lat. Inna sprawa, że ekspert był z niego żaden. Urodził się i wychował w Limie, mieście liczącym ponad osiem milionów mieszkańców, a w dżungli spędzał czas wyłącznie ze względu na dziewczynę. Razem studiowali, a kiedy jej udało się zdobyć doskonałe stanowisko asystenta badawczego, załatwił sobie pracę, która pozwalała mu od czasu do czasu pomagać w parku. Ostatnimi czasy jednak sprawy między nimi miały się kiepsko. Kiedy się spotykali, jego dziewczyna była rozkojarzona, a Miguel zaczął podejrzewać, że sypia z jednym z kolegów z pracy.

Przyjrzał się, jak Amerykanie wyjmują z plecaków wodę i batoniki w szeleszczących papierkach, po czym odszedł kilka kroków ścieżką. Obejrzał się za siebie i napotkał wzrok kobiety od lwa, Tiny, która uśmiechała się w sposób sugerujący, że dzisiejszej nocy, kiedy Henderson uda się do swojego namiotu, będzie wolna. Turystki składały mu takie propozycje już wcześniej, choć zdarzało się to rzadziej, niżby oczekiwał, i dotychczas zawsze odmawiał. Tej nocy jednak, gdyby Tina zaproponowała seks, nie odmówiłby, bo jeśli jego dziewczyna go zdradza, mógł przynajmniej odpłacić jej pięknym za nadobne. Tina nie przestawała się uśmiechać i Miguel zaczął się lekko denerwować.

Jednak to dżungla bardziej go stresowała. Po przeprowadzce z Limy potrzebował kilku miesięcy, żeby przestać jej nienawidzić, ale w końcu jakoś się przyzwyczaił i teraz jej bliskość zasadniczo mu nie przeszkadzała. Nieustające bzyczenie owadów, ruch, upał, wszędobylskie życie. Nauczył się ignorować to wszystko i minęło wiele czasu, od kiedy ostatni raz się bał. Ten dzień był jednak jakiś inny. Odgłosy, do których przywykł, zniknęły. Zastąpiła je niepokojąca cisza przerywana paplaniem turystów, które dobiegało zza jego pleców. Narzekali na brak zwierząt. Gdyby miał być szczery – a nie był, bo nie za to płacono przewodnikom – zdradziłby im, że sam też jest niezadowolony. Zwykle natykał się na tych wycieczkach na tyle zwierząt, że nie było czasu wszystkim się przyjrzeć. Leniwce, kapibary, mazamy, małpy. Boże, turyści uwielbiali małpy. Małp nigdy za wiele. No i pająki, wiadomo. Zwykle były na wyciągnięcie ręki, więc kiedy trafiał na grupę, której nic nie interesowało, korzystał z tego, że sam nigdy nie bał się pająków. Podnosił je na gałązce i znienacka podtykał kobietom pod twarz. Uwielbiał słuchać panicznych krzyków, które to wywoływało, ale tak samo dobrze bawił się, obserwując, jak mężczyźni udają, że się nie boją.

Henderson, który stał za Tiną, znów zgiął się w pasie i chwycił za brzuch. Miguel musiał przyznać, że wcześniej go nie rozpoznał, choć oczywiście słyszał o nim i wiedział, że jest bardzo bogaty. Wszyscy parkowi badacze pracowali na małych srebrnych komputerach z logo Henderson Tech. Ogólne wrażenie robił jednak dość nijakie, a cały poranek spędził, narzekając. Nie odpowiadał mu ani stan dróg, ani dostęp do internetu w noclegowisku, ani jedzenie. Przede wszystkim jedzenie. Henderson narzekał na nie do znudzenia, ale teraz Miguel, widząc, jak tamten zgina się z obolałą miną, uznał, że w tej kwestii bogacz chyba miał rację.

– Wszystko w porządku, szefie? – spytał ochroniarz, nie zwracając uwagi na kobiety, które wciąż dyskutowały, gdzie właściwie występują lwy.

– Ten brzuch mnie wykończy – pożalił się Henderson. – To przez wczorajsze mięso. Znowu muszę się wysrać. – Podniósł wzrok na Miguela, który pokazał mu kciukiem, w którą stronę zejść ze ścieżki.

Miguel przyjrzał się, jak bogacz znika wśród drzew, po czym ponownie obrócił się w kierunku, w którym szli. Firma wycieczkowa wykarczowała pas dżungli buldożerem i utrzymywała ścieżkę w stanie na tyle dobrym, by bez większych przeszkód prowadzać po niej turystów – o ile sprawy nie utrudniał ktoś w rodzaju Hendersona, kto musiał się często zatrzymywać. Przewodnicy mieli za zadanie trzymać się trasy i pilnować, żeby nikt się nie zgubił. Raz na kilka tygodni firma ponownie przepuszczała maszynę, bo las deszczowy, gdy ludzie wydzierają mu teren, zawsze stara się odzyskać to, co stracił. Pod wieloma względami ścieżka bardzo ułatwiała Miguelowi pracę. Pozwalała mu widzieć drogę, którą miał się poruszać, na prawie sto metrów w przód. Jej istnienie oznaczało też, że kiedy unosił głowę, jego oczom ukazywało się błękitne niebo. Aktualnie nie było na nim ani jednej chmurki i Miguelowi przemknęła przez głowę myśl, że wolałby siedzieć na plaży, niż prowadzić tę grupę.

Nad szczeliną w sklepieniu drzew pojawił się ptak. Miguel obserwował go przez chwilę i w momencie, w którym postanowił obrócić się i sprawdzić, czy Henderson już się załatwił, dotarło do niego, że z ptakiem jest coś nie w porządku. Szaleńczo uderzał skrzydłami i poruszał się w nieskoordynowany sposób. Z trudem utrzymywał się w powietrzu. Ale to nie wszystko. Miguel pożałował, że nie ma lornetki, bo pióra ptaka wyglądały jakoś dziwnie. Jakby falowały, jakby coś…

Ptak spadł. Przestał walczyć i zwyczajnie runął na ziemię.

Miguela przeszedł dreszcz. Kobiety wciąż trajkotały za jego plecami, ale poza tym z dżungli nie dochodziły żadne odgłosy zwierząt. Zamilkły nawet ptaki. Zaczął uważniej nasłuchiwać i wtedy do jego uszu dotarło rytmiczne dudnienie. I szelest zgniatanych liści. Mniej więcej w chwili, gdy domyślił się, co to za odgłos, zza zakrętu ścieżki wybiegł mężczyzna. Nawet ze stu metrów widać było jak na dłoni, że jest w opałach. Dostrzegł Miguela i coś do niego krzyknął, ale Miguel nie zrozumiał. Chwilę później mężczyzna zerknął do tyłu i potknął się, po czym ciężko upadł.

Za nim nadciągało coś, co z odległości, w której stał Miguel, wyglądało jak czarna rzeka. Nieznajomy nie zdążył wstać. Był na czworakach, kiedy ciemna masa przetoczyła się po nim.

Miguel zrobił kilka kroków wstecz, ale z jakiegoś powodu nie mógł się odwrócić. Czarna rzeka zatrzymała się na mężczyźnie, gotując się i narastając, jakby coś ją tamowało, a ukryta pod nią zgarbiona sylwetka wciąż się poruszała. Mężczyzna walczył. Nagle garb się zapadł. Czarna woda rozlała się po ścieżce. Z perspektywy Miguela wyglądało to tak, jakby mężczyzna po prostu zniknął.

W tej samej chwili czerń zaczęła płynąć w jego stronę, pokonując ścieżkę z prędkością dorównującą człowiekowi biegnącemu ile sił w nogach. Miguel zdawał sobie sprawę, że powinien uciekać, ale w ciszy, z jaką poruszała się struga, było coś hipnotyzującego. Nie huczała jak rzeka. Zdawała się raczej absorbować dźwięk. Do jego uszu dobiegało tylko coś jakby szept – delikatny szelest przywodzący na myśl odgłos lekkiego deszczu. Rzeka poruszała się w zachwycający sposób, pulsując i gdzieniegdzie rozszczepiając się w kilka strumieni, które kilka metrów dalej znów splatały się z głównym nurtem. Kiedy ta płynna ciemność zbliżyła się do Miguela, on zrobił kolejny krok w tył, ale zanim zdał sobie sprawę, że to, co widzi, nie jest strumieniem ani w ogóle wodą, było już za późno.

Minneapolis, Minnesota

Agent specjalny Mike Rich nienawidził dzwonić do swojej byłej żony. Absolutnie, kurwa, nienawidził, szczególnie gdy wiedział, że słuchawkę może podnieść jej mąż – tak, jej nowy, kurwa, mąż. Mike nie miał jednak wyboru, wiedział, że się spóźni, a jeśli było coś, czego jego eksżona nie znosiła bardziej od jego spóźnialstwa, kiedy miał przyjechać po córkę, było to, że nie dzwonił, kiedy już wiedział, że nie będzie na czas. Szlag, całkiem możliwe, że gdyby lepiej sobie radził w obu tych sprawach, wciąż byliby z Fanny małżeństwem. Wgapił się w telefon.

– Weź to załatw, i już.

Jego partner Leshaun DeMilo też był rozwiedziony, ale bezdzietny. Zawsze powtarzał, że uciekł z czystym kontem. Inna sprawa, że powrót do kawalerskiego życia chyba nie do końca sprawiał mu przyjemność, bo randkował z jakąś ponurą determinacją, a na dodatek Mike odnosił wrażenie, że Leshaun ostatnio trochę zbyt często i zbyt długo przesiaduje w pubach. Od czasu rozwodu Leshaunowi DeMilo już kilka razy zdarzyło się przyjść do pracy w stanie świadczącym, że ma za sobą ciężką noc.

– Wiesz, że im dłużej będziesz czekał, tym gorzej – doradził Leshaun.

– Weź spierdalaj – żachnął się Mike, ale odblokował telefon kciukiem i wybrał numer byłej żony.

Oczywiście odebrał jej mąż.

– Zakładam, że dzwonisz poinformować, że znowu się spóźnisz?

– Rozgryzłeś mnie, Dawson – odparł Mike.

– Mike, prosiłem przecież, żebyś do mnie mówił Rich.

– Wybacz, ale wiesz, kiedy słyszę Rich, to myślę o sobie. Agent Rich. Takie tam. Dziwnie się czuję, zwracając się do ciebie moim nazwiskiem. A Richard by ci odpowiadało?

– Przeżyję. O ile nie będziesz do mnie mówił Dick, w każdym razie nie prosto w twarz.

To była kolejna rzecz, która wkurzała Mike’a w nowym mężu Fanny. Rich Dawson był adwokatem – co samo w sobie było irytujące – ale poza tym okazywał się pod wieloma względami świetnym gościem. Gdyby nie zarabiał kroci, broniąc przed więzieniem sukinsynów, na których aresztowanie Mike poświęcał swój czas, i gdyby nie posuwał jego byłej żony, Mike całkiem chętnie poszedłby z nim na piwo. Z pewnością byłoby mu łatwiej, gdyby Dawson był zatwardziałym dupkiem. Miałby powód, żeby go nienawidzić, zamiast żyć ze świadomością, że może się złościć wyłącznie na siebie. Mike nie potrafił zdecydować, czy powinien się doszukiwać dobrych stron i docenić, że Dawson świetnie opiekuje się Annie, czy raczej uznać to za kolejny powód, dla którego nowy mąż jego byłej żony zasługuje na niechęć. Mike’a dobijało, że jego córka tak dobrze dogadywała się z Dawsonem, ale wiedział też, że ma to na nią pozytywny wpływ. Przez rok, który minął od ich rozstania, do chwili gdy Fanny związała się z Dawsonem, Annie zamknęła się w sobie. Nie była smutna, a w każdym razie nie dawała tego po sobie poznać, ale stroniła od rozmów. Z kolei przez ostatnie półtora roku, od kiedy na horyzoncie pojawił się Dawson, zachowywała się tak jak dawniej.

– Daj mi po prostu porozmawiać z Fanny, okej?

– Jasne.

Mike poprawił się w fotelu. Nigdy nie narzekał, że musi przesiadywać godzinami w samochodzie, pić zimną kawę i wdychać duszący smród skarpet i potu, który wypełniał wnętrze, kiedy sytuacja zmuszała ich do smażenia się w słońcu. Na zewnątrz było prawie trzydzieści stopni. Nietypowo ciepło jak na kwiecień w Minneapolis. Pamiętał lata, w których dwudziestego trzeciego kwietnia na ulicach leżał jeszcze śnieg. Poza latem trzydzieści stopni oznaczało w Minneapolis upał. Kiedyś nie gasili z Leshaunem silnika i ustawiali na cały regulator klimatyzację, a zimą grzanie, ale córka Mike’a, z której szkoła podstawowa zrobiła młodą wojowniczkę na rzecz ochrony przyrody, wymusiła na nich obietnicę, że siedząc na czatach, będą wyłączać silnik. Gdyby był sam, Mike prawdopodobnie złamałby się i włączył klimę, ale partner mu nie pozwalał.

– Słuchaj, obiecałeś, i to jeszcze swojemu dzieciakowi, to się tego trzymaj – zarządził Leshaun i nawet kupił do samochodu metalowe kubki do kawy.

Całe szczęście, że nie posunął się do tego, żeby zmuszać Mike’a do mycia i wielokrotnego używania butelek, do których sikali, kiedy stali za daleko od McDonalda albo Starbucksa. W gruncie rzeczy nie prowadzili już obserwacji tak często, jak kiedyś. Mike’owi, jeśli miał być szczery, trochę tego brakowało. Dni takie jak dzisiejszy były przecież tradycyjnie częścią tej roboty. Było coś romantycznego w siedzeniu i czekaniu. I czekaniu. I czekaniu. Dziś jednak koszmarnie bolały go plecy. Kisnęli w samochodzie od dziewięciu godzin, a poprzedni dzień spędził w YMCA, pływając, goniąc się z córką i podrzucając ją w powietrze. Annie miała dziewięć lat i zaczynała robić się ciężka, ale co miał na to poradzić? Nie wygłupiać się na basenie?

Wyprężył plecy i lekko się przeciągnął, szukając wygodniejszej pozycji. Leshaun podsunął mu opakowanie ibuprofenu, ale Mike pokręcił głową. Brzuch też mu dokuczał, a przez tę kawę, pączki, tłuste burgery, frytki i inny szajs z dnia na dzień coraz trudniej mu było przebiec i podciągnąć się na drążku w zakresie wystarczającym, żeby nie zawalić okresowych testów sprawności fizycznej. Nie chciał się dodatkowo truć z powodu bólu pleców. Ja pierdolę, pomyślał. Miał zaledwie czterdzieści trzy lata. Nie powinien jeszcze robić się stary.

– Ile się spóźnisz, Mike? – Fanny przejęła słuchawkę i z miejsca przypuściła atak.

Mike zamknął oczy i spróbował wziąć oczyszczający oddech. Tak to nazywał jego terapeuta. Oczyszczający oddech. Kiedy otworzył oczy, Leshaun, który gapił się na niego, uniósł brew i ułożył usta w słowo „przeproś”.

– Przepraszam, Fanny. Naprawdę mi przykro. Prowadzimy obserwację, a zmiana się spóźnia. Daj mi, proszę, pół godziny, maksymalnie czterdzieści pięć minut.

– Mike, miałeś ją zabrać na piłkę. Teraz ja będę musiała pojechać.

Mike wziął kolejny oczyszczający oddech.

– Nie wiem, co jeszcze powiedzieć. Przepraszam, naprawdę. Zobaczymy się na boisku.

Chciał tam być. Było coś szczególnego w zapachu świeżo skoszonej trawy i widoku córki uganiającej się za piłką. Nędzne drewniane trybuny przypominały mu dzieciństwo – te chwile, kiedy grając w baseball czy futbol, sięgał wzrokiem za linię boczną ku ojcu, który przyglądał mu się z poważną miną. Obserwowanie Annie wygłupiającej się z innymi dzieciakami albo uczącej się – w skupieniu i z grymasem na twarzy – nożyc czy innego ćwiczenia było jedną z najprzyjemniejszych części jego tygodnia. Boisko stanowiło odrębny świat. Krzyki dzieci i gwizdki trenerów działały jak reset, sprawiały, że przestawał myśleć o pracy, o byłej żonie, o czymkolwiek. Inni rodzice w większości plotkowali, czytali książki, starali się pracować, rozmawiali przez telefon, ale Mike po prostu się przyglądał. Nic więcej. Patrzył, jak Annie biega, kopie i śmieje się i na tę godzinę piłki zapominał o reszcie świata.

– Wiadomo, że ją zawiozę, ale nie o to chodzi. Denerwuje mnie, że wciąż to robisz. Wiesz, ja mogłam od ciebie odejść. Mogłam się rozwieść. Ale ona jest na ciebie skazana, Mike. Nieważne, jak bardzo lubi Richa, to ty jesteś jej ojcem.

Mike zerknął na Leshauna, który całym sobą pokazywał, że nie słucha. Zajmował się tym, po co tu przyjechali, czyli wpatrywaniem się w boczną uliczkę. Prawdopodobieństwo, że dupek, na którego czekali, Two-Two O’Leary, się pojawi, było niewielkie, ale jeśli zważyć, że koleś bez oporu bierze metamfetaminę, którą handluje, a tydzień wcześniej postrzelił agenta podczas nieudanego nalotu, to dobrze by było, żeby przynajmniej jeden z nich zwracał uwagę, co się dzieje dookoła.

– Nic na to nie poradzę, mogę tylko w kółko przepraszać.

Jeszcze raz spojrzał kątem oka na Leshauna. Uznał, że nie obchodzi go, czy partner się przysłuchuje czy nie. Przecież i tak wiele razy rozmawiali o swoich nieudanych małżeństwach. Leshaun znał myśli Mike’a lepiej niż jego terapeuta, nie mówiąc o samej Fanny. Może gdyby rozmawiał z nią o tych sprawach tyle samo, co ze swoim partnerem, wciąż byliby razem.

– Wiesz przecież, że mi przykro. Za wszystko. Żałuję wszystkiego. Nie tylko tego, że nigdy nie jestem na czas. – Mike czekał, aż Fanny coś powie, ale w słuchawce panowała cisza. Ciągnął więc to, co zaczął: – Rozmawiałem o tym z terapeutą i wiem, że się z tym spóźniłem. To znaczy, spóźniłem się pewnie ze wszystkim… Chcę po prostu powiedzieć, że powinienem był przeprosić cię już dawno temu. Nie chciałem, żeby między nami się posypało, i chociaż właściwie jest mi przykro, to naprawdę się cieszę, że ty się cieszysz. No i wiesz, z Dawsonem… Richem… Wygląda na to, że jest ci z nim dobrze, i wiem, że Annie go uwielbia. Tak że… no… wiesz… przepraszam. Bardzo się staram być innym człowiekiem, lepszym facetem, ale pewna część mnie nigdy się nie zmieni. Moja praca też nie.

– Mike, słuchaj – głos Fanny był niewyraźny i Mike znów poprawił się w fotelu. Nie potrafił ocenić, czy jego gówniany telefon tracił sygnał, czy to ona mówiła łagodniejszym tonem. – Mike – powtórzyła – chcę z tobą o czymś porozmawiać.

– O czym? Chcesz jeszcze raz się rozwieść?

Leshaun przestał się garbić i lekko wychylił się przez otwarte okno. Mike też się wyprostował. W uliczkę wjeżdżał samochód, pierwszy od dłuższego czasu. Honda, czyli raczej nic, czym chciałby jeździć Two-Two. Samochód zatrzymał się z bagażnikiem wystającym na chodnik, po czym czarnoskóry nastolatek, może piętnasto- albo szesnastoletni, otworzył drzwi po prawej stronie. Mike się odprężył, a Leshaun z powrotem rozparł się w fotelu. Two-Two handlował bronią i metamfetaminą, ale był też ważną figurą wśród neonazistów z Aryan Nations i raczej nie było mowy, by jeździł z nim czarnoskóry dzieciak.

– Chcę zmienić Annie nazwisko – oznajmiła Fanny.

– Co?

– Chcę, żeby nosiła to samo nazwisko co ja.

– Moment. – Mike położył telefon na udzie i potarł twarz wolną dłonią.

Pożałował, że już nie pali, chociaż Leshaun i tak nie pozwoliłby mu kopcić w samochodzie. W ogóle miał dość tego cholernego samochodu. Tej ciasnoty i upału. Na T-shirt miał nałożoną kamizelkę kuloodporną i był cały spocony. Naprawdę nie mogli odpalić silnika chociaż na kilka minut; włączyć na chwilę tej pierdolonej klimy? Musiał wyjść, rozprostować nogi, wciągnąć trochę tlenu. Otworzył drzwi. Potrzebował uderzenia zimnego powietrza jak w tych reklamach gumy do żucia. Tyle że na zewnątrz wcale nie było przyjemniej niż w środku.

Leshaun wbił w niego wzrok.

– Mike? Co ty robisz?

– Jezu, nic. Nigdzie nie idę. Po prostu stanę na zewnątrz, okej? Chcę po prostu przez chwilę porozmawiać przez telefon, nie siedząc w samochodzie. Wolno mi? Masz coś przeciwko?

Zdał sobie sprawę, że jego głos zrobił się głośny i agresywny, i że kiedy skończy rozmawiać z Fanny, będzie musiał przeprosić Leshauna.

Leshaun był dobrym partnerem i przyjacielem i nie weźmie tego do siebie, ale Mike i tak poczuł się jak dupek. Jeszcze większy niż dotychczas. Leshaun skinął głową, więc Mike wysiadł. Zatrzasnął za sobą drzwi, chociaż przy opuszczonych szybach nie miało to większego znaczenia.

Przyłożył telefon z powrotem do ucha.

– Fanny, co ty opowiadasz?

– Rety, Mike, przecież na pewno się domyślałeś. Domyślałeś się, prawda?

– Nie, Fanny. Nie domyślałem się.

– No tak. Ty nigdy niczego się nie domyślasz.

Usłyszał delikatne szuranie telefonu o policzek Fanny, a następnie cichy pomruk – mówiła coś do Dawsona. Mocno docisnął telefon do skroni.

– Nie zmienisz nazwiska Annie. To jest moja córka, do kurwy nędzy. I będzie nazywała się Annie Rich, a nie Annie, kurwa, Dawson.

– Mike, Annie jest też moją córką. Dziwnie to wygląda, że ma inne nazwisko niż ja.

– Mogłaś go nie zmieniać – stwierdził Mike.

Połapał się, że nie powinien tego mówić, zanim słowa do końca opuściły jego usta, ale nie umiał się powstrzymać.

Fanny westchnęła.

– Możemy o tym jeszcze porozmawiać, ale to już postanowione. Przykro mi, Mike, naprawdę, ale pewne rzeczy się zmieniły.

– Też staram się zmienić – odparł Mike.

– I ja to doceniam. Naprawdę – zapewniła. Przez kilka sekund nic nie mówili. Ze słuchawki dobiegał odgłos oddechu Fanny, która w końcu spytała: – Chcesz porozmawiać z Annie?

– Tak, poproszę – odpowiedział.

Czuł się pokonany.

Mike odwrócił się w stronę uliczki, którą obserwowali, i oparł się o bok samochodu. Poszukał wygodnej pozycji, rozluźnił barki i pociągnął w dół wystający spod kamizelki T-shirt. Był kompletnie mokry od potu. Mimo wszystko lepiej było pomęczyć się w niewygodnym ubraniu, niż nie żyć. Agent, którego Two-Two postrzelił w Wisconsin, prawdopodobnie by zginął, gdyby nie kevlar. Trzy strzały zatrzymały się na kamizelce, czwarty pocisk przeszedł mu na wylot przez biceps. Inna sprawa, że strzelanina miała miejsce w Eau Claire, sto sześćdziesiąt kilometrów od Minneapolis, i nikt o zdrowych zmysłach nie sądził, że Two-Two, nawet jeśli nafaszerował się naziolską metą, wróci do swojego baru po takim fiasku. Mike poluzował paski przytrzymujące kamizelkę. Zwykle nosił jeszcze na wierzchu koszulę, ale uznał, że skoro i tak będą siedzieć cały dzień w samochodzie, nie miało to większego sensu. Poza tym z szyi zwisała mu odznaka. Dotknął łańcuch, na którym wisiała. Uwielbiał ją nosić. Uwielbiał zmianę w spojrzeniu rozmówców, kiedy przedstawiał się jako „agent specjalny Rich”. Czasami jednak odnosił wrażenie, że powinien ją częściej zdejmować.

– Cześć, tato.

– Cześć, ślicznotko. Zobaczymy się dopiero na boisku, okej?

– Okej.

– Jak było w szkole?

– Dobrze.

– Działo się coś ciekawego?

– Nie bardzo.

Tak wyglądały wszystkie ich rozmowy telefoniczne. Kiedy spędzali wspólnie czas, Annie nie zamykała się buzia, ale kiedy rozmawiali przez telefon i nie widzieli się nawzajem, coś sprawiało, że rzadko mówiła więcej niż kilka słów naraz. Tak jakby wyobrażała sobie, że telefonem rządzi jakaś złowroga magia, która wyssie jej duszę, jeśli przekaże zbyt wiele informacji. Mike uśmiechnął się na tę myśl. Przypomniały mu się książki Stephena Kinga.

Już miał spytać, co zjadła na lunch, kiedy dostrzegł kolejny samochód. W ich uliczkę skręcał czerwony pikap Forda z wielkimi oponami i przyciemnianymi szybami.

– Śliczności, muszę lecieć.

– Okej. Kocham cię, tato.

– Ja ciebie też, kochanie. – Poczuł ścisk w żołądku. Odruchowo chwycił wolną dłonią odznakę, która zwisała mu z szyi. – Bardzo, ale to bardzo cię kocham. Pamiętaj o tym, dobrze? Nieważne, co będzie się działo, pamiętaj, że cię kocham.

Pikap zatrzymał się. Mike schował telefon do kieszeni. Karoseria, o którą się opierał, lekko się poruszyła – to Leshaun otworzył drzwi i wysunął się na zewnątrz. Mike puścił odznakę. Jego dłoń powędrowała ku biodru i zacisnęła się na zimnej, metalowej rękojeści pistoletu. Poświęcił sekundę, by spojrzeć przez ramię na Leshauna. Jego partner stał wyprostowany, więc Mike wrócił wzrokiem ku czerwonemu pikapowi. Za późno zdał sobie sprawę, że przez to, iż stał na zewnątrz, Two-Two dawno go dostrzegł, że zobaczył kamizelkę kuloodporną i odznakę zawieszoną na szyi. Mike nie powinien był wychodzić z samochodu i rozmawiać przez telefon. Nie powinien był odrywać wzroku od pikapa. Powinien był siedzieć w środku z partnerem i uważnie obserwować, powinien był… Mógłby tu wymienić całą listę innych rzeczy.

Drzwi po stronie pasażera otworzyły się i wyskoczył zza nich, strzelając z pistoletu, ogolony na łyso chujek w podkoszulku, na oko nie starszy niż dwadzieścia lat. Mike nie potrafił później powiedzieć, czy w ogóle zarejestrował huk wystrzałów. Usłyszał za to metaliczny dźwięk pocisku uderzającego w drzwi ich samochodu i chrzęst pękającego szkła przedniej szyby. A potem stęknięcie i głuchy odgłos, z którym ciało Leshauna osunęło się na ziemię. Wszystko nastąpiło, zanim Two-Two zdążył opuścić samochód.

Umysł Mike’a wypełniła pustka. W bezruchu przyglądał się, jak chłopak, który wysiadł od strony pasażera, zwalnia pusty magazynek, sięga do kieszeni swoich workowatych spodni i wyciąga kolejny. Tymczasem otworzyły się drzwi, za którymi siedział Two-Two, i Mike dostrzegł, że też jest uzbrojony w pistolet. Dwóch mężczyzn, dwie sztuki broni, Leshaun trafiony, choć nie wiadomo jak groźnie, a Mike jeszcze nawet nie miał w dłoni swojego pistoletu. Miał świadomość, że powinien coś zrobić, ale stał jak słup, jakby nie wiedział co, nie wiedział co, nie wiedział co…

W końcu jednak się odblokował.

Najpierw załatwił dzieciaka. Trzy trafienia w klatkę, jedno przy drugim. Ani Two-Two, ani jego kumpel nie mieli kamizelek. Mike słyszał, jak niektórzy z jego kolegów, którzy mieli świra na punkcie broni, psioczyli na moc obalającą służbowych glocków 22, ale chłopak plasnął o ziemię jak mokra szmata, więc pociski kalibru .40 najwyraźniej spełniły swoje zadanie bez zarzutu. Tak naprawdę nigdy wcześniej nikogo nie postrzelił. Tylko raz zdarzyło mu się użyć broni na służbie. To był jeden strzał, ledwie rok po rozpoczęciu pracy, i wtedy nie trafił. Zaskoczyło go wiec, jak łatwe i naturalne wydało mu się to, co właśnie zrobił. Wszystkie trzy pociski sięgnęły celu i w chwili, gdy pod chłopakiem ugięły się nogi, przekręcił tułów, żeby wycelować do dilera.

Two-Two miał jednak ten sam zamiar co on, więc kiedy Mike zwrócił ku niemu wzrok, ujrzał wymierzony w siebie pistolet.

Mike nie był pewien, który z nich strzelił pierwszy. A może nacisnęli spust w tej samej chwili, bo dokładnie w momencie, gdy odrzut pistoletu popychał jego dłoń, poczuł pociągnięcie za rękaw. Nie miał jednak wątpliwości, kto lepiej wycelował. Z głowy Two-Two, którą raptownie odrzuciło w tył, wystrzeliła krwawa mgła. Mike spojrzał na swoje ramię. W rękawie T-shirtu znajdowała się okrągła dziura, ale skóra była nietknięta.

Dzieciak z siedzenia pasażera się nie ruszał, podobnie jak Two-Two. Mike schował pistolet do kabury i rzucił się na drugą stronę samochodu ocenić stan Leshauna. W koszuli jego partnera były dwa otwory: jeden w górnej części ramienia, za którym widział krwawą miazgę, drugi na klatce piersiowej, idealnie okrągły i czysty. Kamizelka spełniła swoje zadanie. Leshaun miał otwarte oczy i wbijał wściekłe spojrzenie w Mike’a, który nie posiadał się z radości, że wielkiemu czarnemu skurczybykowi koniec końców nic poważnego się nie stało. Wzywając wsparcie, zdał sobie niestety sprawę, że czeka go jeszcze jeden telefon do Fanny.

Spóźni się więcej, niż zakładał. Dużo więcej.

Ośrodek Informatyki Krajowego Centrum Inżynierii Antysejsmicznej, Kanpur, Indie

Doktor Basu nie potrafiła sprawić, żeby jej komputer przestał wyświetlać dziwaczne wyniki. Zresetowała go dwa razy, a kiedy to nie pomogło, zadzwoniła do Nadala ze stacji w Nowym Delhi z poleceniem, żeby zszedł do piwnicy i osobiście potwierdził, że z zamontowanym tam czujnikiem jest wszystko w porządku. Niczego to nie zmieniło. Coś ewidentnie wprawiało stolicę Indii w zagadkowo regularne drgania. Cokolwiek to jest, pomyślała doktor Basu, nie wygląda na trzęsienie ziemi.

– Faiz! – zawołała. – Pomóż mi, proszę, i przyjrzyj się temu.

Faiz zareagował dość opieszale. W poprzednim miesiącu wyjechał do Düsseldorfu na konferencję i jeśli mu wierzyć, większość czasu spędził w pokoju pewnej włoskiej sejsmolożki. Od kiedy wrócił, zaprzątało go przede wszystkim wymienianie się sprośnymi fotkami z nową dziewczyną i szukanie pracy we Włoszech.

Doktor Basu westchnęła. Faiz jeszcze nigdy nie zachowywał się w ten sposób. Był co prawda pod wieloma względami okropnym facetem, skłonnym do niechlujstwa i niestosownych zachowań (pokazał jej część zdjęć, które otrzymał od swojej włoskiej znajomej – przeznaczonych zdaniem Basu wyłącznie dla niego), ale ujmował urokiem osobistym i poczuciem humoru, a przede wszystkim znał się na tym, co robił.

– Faiz – powtórzyła. – Coś się dzieje.

Faiz zamaszystym ruchem łupnął w klawiaturę i odepchnął się piętami od betonowej podłogi, posyłając swoje krzesło na kółkach przez całą długość pokoju.

– Tak jest, pani doktor. – Dobrze wiedział, że nie znosiła, kiedy zwracał się do niej w ten sposób. Spojrzał na jej monitor i przejechał po nim palcami, czego też nienawidziła. – No… – stwierdził. – Dziwnie to wygląda. Zbyt równomiernie. Może by pani zresetowała komputer?

– Już resetowałam. Dwa razy.

– To może pani zadzwonić do Delhi i poprosić, żeby sprawdzili czujniki. Albo żeby też zresetowali.

– Dzwoniłam już – wyjaśniła Basu. – Dane są poprawne, tylko po prostu kompletnie bez sensu.

Faiz wyciągnął cukierek toffi z misy słodyczy, którą Basu trzymała przy komputerze, i zaczął odwijać celofan.

– Ines mówi, że mogłaby mnie odwiedzić w ostatnim tygodniu maja. Dałaby mi pani wtedy tydzień urlopu?

– Faiz – zwróciła mu uwagę. – Skup się.

– Trudno mi się skupić, skoro Ines może tu być za miesiąc. Nie będziemy wychodzić z mieszkania. Ona jest Włoszką, wie pani, to znaczy, że jest wyjątkowo zmysłowa.

– Tak, Faiz, wiem. A wiesz, skąd? Bo w kółko opowiadasz mi ze szczegółami o jej zmysłowości. Czy przyszło ci do głowy, że wolałabym teraz skupić się na danych, a nie na tym, w jaki sposób twoja nowa dziewczyna lubi uprawiać…

– Ona jeszcze nie była w Indiach – przerwał jej Faiz. – Ale nie będziemy zwiedzać. Tydzień w sypialni, rozumie pani.

– Zapewniam cię, Faiz, że rozumiem. Rozumiem, że jesteś mężczyzną, który jak dotąd nie zetknął się z koncepcją subtelności i gdybym nie była tak wspaniałomyślna i wyrozumiała, dawno bym cię zwolniła albo doniosła na ciebie na policję. A teraz się skup – poleciła.

Raz jeszcze przyjrzał się liczbom na ekranie.

– Stabilny sygnał o niskim natężeniu, ale na pewno nie trzęsienie ziemi. Zbyt równomierne.

– Wiem, że to nie trzęsienie ziemi – odparła doktor Basu. Starała się nie stracić panowania nad sobą. Była pewna, że czegoś nie dostrzega, a Faiz, choć zachowywał się teraz jak chory z miłości, był nadzwyczaj utalentowanym badaczem. – Nieważne, czym to nie jest. Skupmy się na tym, co to może być.

– Czymkolwiek to jest, narasta – stwierdził Faiz.

– Co?!

Doktor Basu wpatrzyła się w ekran, ale nie umiała określić, skąd Faiz mógł wyciągnąć ten wniosek. Wszystkie wstrząsy miały taką samą niewielką amplitudę. Gdyby występowały jednostkowo, w ogóle by jej nie martwiły. Jej poczucie, że coś jest nie tak, brało się stąd, że cechowała je pewna regularność.

– O, tutaj – wskazał Faiz palcem, zostawiając smugę na ekranie. – I tu, i tu. Widzi pani, mają jakby rytm, ale co dziesiąty jest odrobinę silniejszy.

Doktor Basu przewinęła do początku serii i zaczęła liczyć, po czym, marszcząc brwi, wynotowała kilka liczb. Zastanowiła się chwilę, gryząc końcówkę długopisu. Był to nawyk, którego nabrała podczas studiów doktoranckich, i którego, mimo że już niejeden długopis pękł jej w ustach, dotychczas nie udało się jej rzucić.

– Zostają silniejsze.

– Nie, tylko co dziesiąty wstrząs jest większy.

– Nieprawda, Faiz. Zobacz. – Doktor Basu wręczyła mu notatnik i wskazała na liczby na ekranie. – Widzisz?

Faiz pokręcił głową.

– E-e.

– Dlatego właśnie ja jestem szefową, a ty przynosisz kawę – odparła i ucieszyła się, że Faiz w odpowiedzi niemrawo parsknął. Chwyciła myszkę i kilkoma kliknięciami wyizolowała interesujące ją punkty odczytu, po czym przeprowadziła przez nie linię, tworząc diagram zmian. – Zobacz. Co dziesiąty wstrząs następuje wzmocnienie. Tylko część tej energii się zachowuje, ale każdy kolejny cykl dziewięciu jest odrobinę silniejszy niż poprzedni.

Faiz odchylił się na krześle.

– Ma pani rację, nie zauważyłem tego. Ale jeśli to się utrzyma, to znaczy jeśli będzie tak narastać, stolica niedługo zacznie narzekać. Na razie jeszcze tego nie czują, ale prędzej czy później ktoś zadzwoni i będzie chciał wiedzieć, co się dzieje. – Faiz nasunął okulary na włosy. Był przekonany, że dodaje mu tu inteligencji. To samo zresztą sądził o pocieraniu podbródka, któremu oddawał się teraz, myśląc na głos: – Hmm, co dziesiąty…

Doktor Basu wyjęła długopis z ust.

– Ale skąd to może się brać? – Postukała końcówką długopisu w biurko, po czym zakręciła nim tak, że odjechał na środek blatu. – Robią jakieś odwierty?

– Nie. To nie to.

– Wiem, ale czasami lubię dostać potwierdzenie, że jestem tak genialna, jak mi się wydaje.

Faiz chwycił długopis leżący na biurku i zaczął nim kręcić. Jeden obrót, dwa, trzy. Przy czwartym długopis wypadł mu z dłoni, więc się po niego schylił. Spod krzesła dobiegł jego stłumiony głos:

– Może to wojsko?

– Może – odparła doktor Basu w sposób, który dawał jasno do zrozumienia, że też w to nie wierzy. – Przychodzi ci coś jeszcze do głowy? – spytała, bo sama była w kropce.

American University, Waszyngton

Pająki – oznajmiła profesor Melanie Guyer. Klasnęła w dłonie z nadzieją, że dźwięk dotrze do górnych rzędów auli, gdzie widziała co najmniej jednego drzemiącego studenta. – No, co z wami? Przecież wiecie, że na tych zajęciach odpowiedź na każde pytanie brzmi: „pająki”. I owszem, linieją – wyjaśniła, wskazując palcem młodą kobietę, która zadała pytanie. – Ale poza tym nie, niezbyt przypominają cykady. Przede wszystkim pająki nie hibernują. Chociaż właściwie cykady też nie.

Melanie wyjrzała przez okno. Nie zamierzała przyznawać się grupie, że cykady przyprawiają ją o gęsią skórkę. Kiedyś podczas poszukiwań rzadkiego gatunku chrząszcza w pewnej jaskini w Tanzanii zaplątał się jej we włosy nietoperz. Innym razem, w Ghanie, przez przypadek wdepnęła w gniazdo żmij. W południowo-wschodniej Azji użądliła ją potężna osa z rodziny nastecznikowatych, co naiwnie uważała za najbardziej bolesne doświadczenie, jakie mogło ją spotkać, póki na Kostaryce nie rozprawiła się z nią mrówka Paraponera clavata, której użądlenie zdaniem niektórych boli podobnie jak postrzał z broni palnej.Poczuła się wtedy, jakby ktoś potraktował jej łokieć nitownicą, po czym zanurzył zranione miejsce w kwasie. Wszystko to bledło jednak w porównaniu z cykadami. Nie znosiła bzyku i klików, które wydawały swoimi tymbalami, robiło jej się niedobrze na widok tego gatunku z czerwonymi oczami, jego straszliwych rojów, setek owadów spadających z drzew i zalegających na chodnikach. I tego chrzęstu. Jezu. To chrupanie pod butami, kiedy się szło po wylinkach przemieszanych z żywymi osobnikami. A najgorsza ze wszystkiego ta ilość. Strategia przesycenia drapieżników była przejawem ewolucyjnego geniuszu: cykadom wystarczyło namnożyć się w takiej liczbie, że wszystko, co się nimi odżywiało, najadało się do syta. Osobniki, które nie zostały pożarte, mogły spokojnie brać się do pracy. Kilka tygodni później cykl dobiegał końca i okolica zmieniała się w gigantyczne cmentarzysko, co też było absolutnie obrzydliwe. Bogu, kurwa, dzięki, że Waszyngton dzieliło jeszcze mniej więcej dziesięć lat od kolejnego masowego wylęgu. Musi na ten okres zaplanować wakacje. Biologowi specjalizującemu się w leczniczych zastosowaniach trucizn wytwarzanych przez pająki niestety nie wolno było się przyznać, że podczas wylęgu cykad boi się wyjść z domu.

– Ale nie rozmawiamy o cykadach – zaznaczyła Melanie, zdając sobie sprawę, że odpłynęła – tylko o pająkach. Których ludzie panicznie się boją, choć w zasadzie nie mają powodu. W każdym razie nie w Ameryce Północnej. Co innego w Australii. W Australii wszystko jest niebezpieczne, nie tylko krokodyle.

Grupa odpowiedziała niemrawym chichotem, co Melanie uznała za sukces. Niecałe trzy tygodnie przed zakończeniem semestru studenci rzadko się śmieją pod koniec dwugodzinnego porannego wykładu.

Melanie spojrzała na zegarek.

– Dobra, to na środę poproszę strony dwieście dwanaście do dwieście czterdzieści pięć. Zwróćcie uwagę, że tak samo jak ostatnio jest to odstępstwo od sylabusa. A teraz… – Melanie uniosła ręce i podyrygowała grupą, która wyskandowała razem z nią: – Karaluchy pod poduchy!

Przyglądała się, jak studenci opuszczający aulę ciągną nogi po ziemi. Niektórzy wyglądali na lekko otępiałych. Nie umiała ocenić, czy to przez wczesną godzinę, o której zaczynał się wykład, czy dlatego, że znów przynudzała. Melanie była wybitnej klasy badaczką, prawdopodobnie jedną z najlepszych w swojej dziedzinie, ale nauczanie, choć starała się podszkolić, nie należało do jej silnych stron. Próbowała tchnąć w swoje zajęcia trochę dynamiki, ubarwiać je dowcipami w rodzaju tego o Australii, ale wykład dla studentów trzeciego roku nie dawał zbyt wielkiego pola do popisu. Na co dzień bunkrowała się w swoim laboratorium i zadawała się tylko z doktorantami, ale układ, który zawarła z American University, przewidywał między innymi, że co drugi rok będzie prowadziła wykład dla studentów studiów pierwszego stopnia. Nie znosiła odrywać się od badań, ale uważała, że konieczność opowiadania raz na dwa lata grupie dziewiętnasto- i dwudziestolatków o nieszkodliwości pająków odbywających podróż na gapę w kontenerach z bananami nie była wygórowaną ceną za doskonale wyposażone laboratorium, asystentów i grant wystarczający, by opłacić szereg doktorantów pracujących pod jej bezpośrednim nadzorem.

Skierowała wzrok na tablet, który wyświetlał zdjęcia rzucane na wielki ekran z przodu sali. W tej chwili widniał na nim pająk z rodziny spachaczowatych Heteropoda venatoria, do którego miała słabość. Po części dlatego, że dzięki niemu poczyniła swój pierwszy przełom naukowy, który na tyle, na ile było to możliwe w jej dziedzinie, zrobił z niej kogoś w rodzaju gwiazdy, zapewniając granty oraz finansowanie, pozwalające swobodnie prowadzić dalsze badania. Przede wszystkim jednak pamiętała, że kiedy pierwszy raz zetknęła się z H. venatoria na pierwszym roku studiów, jej profesor, który mówił z silnym południowym akcentem, nazwał go „tym wąsatym”. Melanie spodobało się, że są na świecie pająki z wąsami. Podczas studiów doktoranckich przebierała się za Heteropoda venatoria na Halloween, ale dowcip rozumieli tylko jej znajomi, którzy pracowali nad własnymi doktoratami. Większość normalnych ludzi sądziła, że to kostium pająka ptasznika czy czegoś w tym rodzaju, i nie potrafiła rozgryźć, po co jej ten wąs. Dwa lata temu ostatecznie zrezygnowała z kostiumu pająka, kiedy podczas imprezy z okazji Halloween podsłuchała, że ktoś nazywa ją czarną wdową. Ubódł ją ten żart, o ile miał być żartem, bo nie mogła zaprzeczyć, że mimo wymagającej pracy męża – obecnie byłego męża – to ona była tą niedostępną. To ona spędzała tyle czasu w laboratorium, że Manny stracił wiarę w sens ich małżeństwa.

Melanie wyłączyła rzutnik, wsunęła tablet do torebki i ruszyła do wyjścia. Otwierając drzwi, postanowiła, że po drodze do laboratorium kupi sobie sałatkę, a w każdym razie coś świeżego, żeby znów nie posilać się kanapką z jednego z automatów rozstawionych w piwnicy budynku. Chciała zjeść coś, co nie smakowało głównie środkami konserwującymi. Inna sprawa, że Melanie nie przeszkadzała ilość chemii w paczkowanych kanapkach – podejrzewała, że nikt poza nią ich nie kupuje, więc lepiej, że dzięki konserwantom mogły dłużej wytrzymać w maszynie. Nawet najbardziej zdeterminowani z jej doktorantów przynosili sobie posiłki z domu albo poświęcali pięć minut, żeby przejść na drugą stronę dziedzińca i zjeść coś, czego nie trzeba było nabywać za garść ćwierćdolarówek. A skoro o zdeterminowanych doktorantach mowa… drzwi nie zdążyły się za nią zamknąć, gdy trójka takowych zatarasowała jej drogę.

Czekali na nią pod aulą.

– Pani profesor Guyer?

Melanie doznała uczucia graniczącego z irytacją, które wyraziła uniesieniem brwi. Bark, jej ukraiński doktorant, którego prawdziwego wielosylabowego imienia nie sposób wymówić, był niezaprzeczalnie genialny, ale doprowadzał ją do szału. Posiadał tajemniczą umiejętność, której brakowało jego kolegom i koleżankom. Przebywając w jego otoczeniu, odnosiła wrażenie, jakby poświęcał wolny czas na wymyślanie sposobów, by zajść jej za skórę. Na przykład to jego „pani profesor?”. Już za samo zwracanie się do niej per „proszę pani”, podczas gdy cała załoga laboratorium mówiła do niej po imieniu, najchętniej zdzieliłaby go po łbie. Prosiła, nalegała, w końcu rozkazała mu, by przeszli na ty, ale nie dość, że wciąż upierał się przy „pani profesor”, to jeszcze wypowiadał to zawsze z pytającą intonacją, jakby nie był pewien, że ją poznaje, jakby istniała możliwość, że ma przed sobą kogoś innego, chociaż pracowali razem od trzech lat.

Poza tym od lutego z nim sypiała.

Dlatego właśnie nie potrafiła opanować irytacji. Bark – poza tym, że był wkurzający – był też jej kochankiem. Chociaż nie, pomyślała Melanie. Kochankiem nie. Nie znosiła tego określenia. Znajomym do seksu? Też nie brzmiało za dobrze. Partnerem seksualnym? Nieważne. Jakkolwiek go nazwać, decyzja, by zacząć z nim sypiać, nie należała do najmądrzejszych. Problem, przynajmniej z perspektywy Melanie, polegał na tym, że choć za każdym razem, kiedy się odzywał, miała ochotę poderżnąć mu gardło rozbitą probówką, to póki trzymał usta na kłódkę – a jeszcze lepiej przyssane do jej ciała – myślała wyłącznie o nim. Nie sądziła, że okaże się taka płytka, ale po rozwodzie naprawdę miała ochotę na odrobinę przyjemności. A niezależnie od setek sposobów, jakimi Bark doprowadzał ją do szewskiej pasji, seks z nim był dużo więcej niż odrobinę przyjemny. Dawniej Manny dawał jej w łóżku poczucie ciepła i bezpieczeństwa. Teraz, po rozpadzie ich małżeństwa, napalony doktorant stanowił miłąodmianę.

Melanie miała na swoją obronę to, że wszystko zaczęło się podczas imprezy walentynkowej, na którą dała się namówić doktorantom, będąc pod wpływem kilku szklanek zabójczej mikstury alkoholowej, nazywanej przez nich jadem. Kiedy obudziła się następnego dnia, potrzebowała dłuższego czasu, by przypomnieć sobie, kim jest, gdzie jest, co robi obok Barka w jego łóżku i dlaczego ani jedno, ani drugie nie ma na sobie ubrania. Wymknęła się do łazienki. Płucząc usta płynem, który znalazła na półce, i poprawiając włosy w lustrze, zdała sobie sprawę, że podświadomie podjęła już pragmatyczną decyzję bardzo podobną do tej, która zupełnie się nie sprawdziła w małżeństwie z Mannym. Uznała, że skoro już sobie posłała, to się wyśpi. Wielokrotnie.

Samą imprezę walentynkową przypominała sobie bardzo niewyraźnie, za to z najdrobniejszymi szczegółami zapamiętała poranek następnego dnia. Bark był geniuszem, ale poza tym nie odpowiadał wyobrażeniom o wyglądzie naukowca. Modnie się ubierał, ale przyciągałby wzrok, nawet gdyby chodził w nerdowatej koszuli i nosił w jej kieszeni ochraniacz. Przeniósł się na American University prosto z drugiego wybrzeża, z Caltechu, i można było sobie wyobrazić, że w Kalifornii takich jak on było wielu. Tymczasem w laboratorium Melanie, ba, na całym wydziale entomologii, stanowił wyjątek. Tak jakby należał do innego gatunku. Melanie miała prawie sto osiemdziesiąt centymetrów wzrostu i mimo że minęło prawie dwadzieścia lat, od kiedy jako młoda studentka reprezentowała Yale w koszykówce, wciąż grała co najmniej trzy razy na tydzień, a cztery poranki w tygodniu przeznaczała na basen. Bark jednak był od niej o piętnaście centymetrów wyższy i zgodnie ze swoim przydomkiem solidny jak dąb. Melanie wiedziała, że nie podnosił ciężarów, i na tyle, na ile go znała, nigdy nie ćwiczył na siłowni, zresztą w ogóle nie uprawiał żadnego sportu. Mimo to nawet w ubraniu wyglądał jak wyrzeźbiony. Gdyby nie postanowił starać się o doktorat, mógłby zarabiać na życie jako model prezentujący bieliznę.

Kiedy wróciła z łazienki, ominęła ubranie, które leżało zmięte na podłodze, i wsunęła się z powrotem pod pościel. Potem długo czekała. Naprawdę długo. Bark spał jak zabity, ale w końcu zaczął wracać do życia i kontynuowali od momentu, w którym najwyraźniej przerwali poprzedniej nocy. Było warto. Po dwóch miesiącach sypiania z nim trzy albo cztery razy w tygodniu Melanie wciąż nie dawała wiary oczom, kiedy widziała go bez koszuli. Nie potrafiła się powstrzymać przed dotykaniem jego torsu, ramion i mięśni barków. W niczym nie przypominał jej byłego męża. Manny nie był niski, ale niższy od niej, i choć potrafił niesamowicie onieśmielać, zdecydowanie nie należał do mięśniaków. Twardy był wyłącznie w środku. Kiedy odnosił wrażenie, że ktoś robi go w konia w pracy lub w polityce – te dwie sytuacje były dla niego, jako szefa personelu Białego Domu, właściwie tym samym – postępował zawistnie i małostkowo. Odpierał ataki z zajadłością godną ptasznika australijskiego. Niestety agresja, którą przejawiał w życiu zawodowym, nie miała odzwierciedlenia w łóżku, gdzie zachowywał się zbyt ulegle. Ciachem więc nie był anitrochę.

Ciacho, które ostatnio zaprzątało jej myśli, teraz wpatrywało się w nią i próbowało zagaić.

– Pani profesor?

– Bark.

Melanie zerknęła pytająco na pozostałą dwójkę: Julie Yoo, która była o wiele za bogata, żeby spędzać czas, badając pająki, i Patricka Mordy’ego, który w tym roku zaczął studia doktoranckie i było bardziej niż prawdopodobne, że ich nie ukończy, bo okazał się o wiele mniej inteligentny, niż wynikało z jego ocen i z materiałów, które dołączył do swojego podania.

– Co? – spytała. – Co jest tak ważne, że nie mogliście poczekać, aż wrócę do laboratorium?

Bark i Patrick wbili wzrok w Julie, która usilnie wpatrywała się w swoje buty. Melanie westchnęła i starała się opanować złość. Lubiła Julie, naprawdę, ale jak na dziewczynę skazaną na sukces zdecydowanie brakowało jej pewności siebie. Jej rodzice mieli mnóstwo pieniędzy. Tony. Taką ilość, która pozwala latać prywatnym odrzutowcem. Taką, że ich nazwisko widniało na jednym z budynków kampusu American University. Taką, że za cholerę nie rozumiała, dlaczego Julie spędza swój czas w laboratorium, ślęcząc nad pająkami. Poza tym była ładna, i to nie w sposób typowy dla dziewcząt na kierunkach naukowych, których uroda wynikała głównie z braku konkurencji. Julie przyciągałaby wzrok również na studiach biznesu albo prawa. A do tego trzeba być naprawdę ładnym.

Melanie uśmiechnęła się do siebie. Pozwalała sobie na takie myśli, bo wiedziała, że sama też robi wrażenie. Nie wyglądała na młodszą, niż była, ale prezentowała się świetnie. Była jedną z tych czterdziestoletnich kobiet, które sprawiają, że mężczyźni spoglądają na swoje żony i zadają sobie pytanie, dlaczego nie podjęli lepszej decyzji. Zwróciła uwagę, że patrzy na nią Patrick i też zaczyna się uśmiechać, więc szybko się skrzywiła. Kiedy nie trzymała ich krótko, mniej starannie wykonywali swoje obowiązki w laboratorium.

– Możecie mi opowiedzieć po drodze – zakomenderowała, przeciskając się między nimi. – Mam zamiar wstąpić na stołówkę i kupić sobie sałatkę, a jeśli okaże się, że macie dla mnie coś naprawdę interesującego, postawię wam lunch. Jeśli nie, jeśli znów chodzi o to, że jakiś kretyn znalazł w skrzynce bananów pająka i boi się, że jest jadowity, to przysięgam, że zaraz pogracie sobie w ziemniaka pustelnikiem brunatnym.

Zarzuciła torbę na ramię i przygotowała się do zderzenia ze ścianą gorąca, która czekała na zewnątrz klimatyzowanego budynku. Od laboratorium dzieliło ją pięć minut, stołówka była jeszcze bliżej, ale wiedziała, że i tak dotrze na miejsce spocona i czerwona na twarzy. Waszyngtoński upał działał jej na nerwy, a tego roku nadszedł wcześniej niż zwykle.

– Pustelnik brunatny nie ugryzie, o ile…

Melanie odwróciła się w jego stronę z groźną miną i Patrick natychmiast się zamknął. Pokiwała głową.

– No właśnie. A teraz proszę, co dla mnie macie?

O dziwo, kiedy zeszli ze schodów i ruszyli w poprzek dziedzińca, to właśnie Julie zajęła pozycję obok niej. Patrick i Bark podążali krok w krok, ale zostali za jej plecami. Nad budynkami kampusu drzemały miękkie chmury niedające większej nadziei na deszcz, który mógłby dać wytchnienie od gorąca. Melanie pomyślała, że mogłaby tego wieczora wcześniej skończyć pracę, nastawić klimatyzację w mieszkaniu na cały regulator, zamówić sobie jakieś jedzenie i obejrzeć w samotności jedną czy dwie kiepskie komedie romantyczne. Albo zaprosić Barka na noc wypełnioną zajęciami niewymagającymi, żeby się odzywał. W głębi serca wiedziała jednak, że nie wyjdzie z laboratorium wcześniej niż zazwyczaj. Gdyby należała do kobiet, które potrafią skończyć pracę, kiedy jeszcze nie padają na twarz, prawdopodobnie wciąż miałaby męża, do którego mogłaby wracać. W pewnym sensie była dla siebie zbyt surowa, bo raczej nie zdarzało się, żeby Manny opuszczał Biały Dom wcześniej niż ona uczelnię. Różnili się jednak tym, że Manny rzeczywiście wracał do domu, do niej, ona tymczasem zostawiała swoją duszę w laboratorium.

– Miałaś rację – wydusiła z siebie wreszcie Julie.

– Oczywiście, że miałam – odparła Melanie. – W kwestii czego?

Szła przed siebie żywym krokiem, nie przejmując się, czy mężczyźni nadążają. O Julie nie musiała się martwić. Młodej doktorantce brakowało pewności siebie, ale była chyba najciężej pracującym naukowcem, z jakim Melanie miała kiedykolwiek do czynienia. Tak więc nawet szpilki na pięciocentymetrowym obcasie – skromne jak na noc na mieście, ale wysoce niepraktyczne w uczelnianych warunkach – nie stanowiły dla Julie przeszkody w nadążaniu za promotorką.

– Nazca – oznajmiła Julie.

– Nazca?

– Nazca – powtórzyła Julie tonem wskazującym, że jej promotorka powinna wiedzieć, o co chodzi.

Melanie zerknęła na nią bez zatrzymywania się. Jeszcze sto metrów i będą znów w chłodnym wnętrzu, w każdym razie przynajmniej na dwie minuty, które zajmie jej kupienie lunchu i poczekanie, aż obsługa go zapakuje, żeby mogła go bezpiecznie przenieść przez resztę drogi do laboratorium.

– Julie, co ty pieprzysz, do cholery. Nazca? Nic więcej dla mnie nie macie? Po to czailiście się pod moją salą jak stado wygłodniałych pierwszoroczniaków? To jest ta sensacja, która nie może poczekać, aż wrócę do laboratorium? Serio? – Wygłosiwszy tyradę, przyśpieszyła kroku.

– Nazca – powtórzyła jeszcze raz Julie. – No wiesz, w Peru…?

Melanie stanęła.

– To było pytanie, czy stwierdzenie? – Skierowała rażący wzrok na Barka, który chyba nie rozumiał, czym zawinił, ale miał dość oleju w głowie, by częściowo schować się za Patrickiem. Melanie znów chętnie zdzieliłaby go po łbie. Zaraził Julie swoim zwyczajem kończenia każdej wypowiedzi znakiem zapytania. – Nazca, w Peru – przytaknęła. Spojrzała na trójkę doktorantów, którzy wpatrywali się w nią w odpowiedzi, wszyscy lekko uśmiechnięci, jakby czekali na pochwałę. – Okej – westchnęła Melanie. – Poddaję się. Chodzi wam o rysunki z Nazca. No i? Czy ktoś może mi, do jasnej cholery, wyjaśnić, w jakim celu trujecie mi dupę? Chcę kupić sobie sałatkę i wrócić do labu.

– Nie pamięta pani, co robiła na imprezie walentynkowej? – spytał Bark. Trudno jej było ocenić, czy jego twarz była czerwona od gorąca, czy zlał się rumieńcem, kiedy zdał sobie sprawę, co mówi, ale z największym wysiłkiem zachował opanowanie i kontynuował: – Wciąż opowiadała pani o Nazca…? O rysunkach i pająku…?

Patrick rzucił się na ratunek:

– Mówiłaś, że nie powstały bez powodu. Te znaki na ziemi. Że jest ich wiele rodzajów. Linie, zwierzęta, i tak dalej. Nigdy wcześniej o tym nie słyszałem, ale w ogóle nie chciałaś opowiadać o innych zwierzętach, interesował cię tylko rysunek pająka. Mówiłaś, że rysunki widać z samolotu i że są dość płytkie, ale i tak wymagałyby mnóstwa pracy, i że twoim zdaniem pająk musiał się tam znaleźć z konkretnej przyczyny.

Melanie nie pamiętała, żeby rozmawiała o tym ze swoimi podopiecznymi, ale nie widziała też powodu, by im nie ufać. Prawdę mówiąc, rysunki z Nazca fascynowały ją, od kiedy usłyszała o nich po raz pierwszy, a wygłaszanie teorii na ich temat było czymś, co mogłaby spokojnie robić nawet po pijaku. Inna sprawa, że najwyraźniej po pijaku była też zdolna sypiać z doktorantami. Dlatego właśnie piła dość rzadko.

W Peru była tylko raz, z Mannym. Pojechali na wakacje ostatniej szansy z nadzieją, że spróbują załatać największe dziury w swoim dogorywającym małżeństwie. Manny proponował Hawaje, Kostarykę i Belize, białe plaże i domek tylko dla nich, ale Melanie od lat chciała zobaczyć rysunki z Nazca i nie obchodziło ją, że on nie. Tak naprawdę to gdyby miała być ze sobą szczera, nalegała na Peru po części dlatego, że Manny nie miał ochoty tam jechać.

Z powietrza wyglądały niesamowicie. Białe linie wyryte w rdzawo-brązowej ziemi, układające się w glify, zwierzęta, ptaki. I kształty, których nie rozumiała. A wśród nich ten, na którym najbardziej jej zależało: pająk.

Pewni badacze – zdaniem Melanie świry – twierdzili, jakoby linie rysunków służyły za lądowiska dla pradawnych astronautów albo że Indianie Nazca przy ich projektowaniu posługiwali się balonami. Poza tym panowała jednak zgoda, że do stworzenia rysunków zastosowano zwyczajne środki. Archeolodzy znaleźli dowody korzystania z podstawowych technik inżynierskich – na przykład słupki pozostawione na końcach niektórych linii. Nazca zaczynali od wytyczenia kształtu, po czym wybierali pokrywające ziemię kamienie do głębokości około piętnastu centymetrów, odsłaniając zalegającą niżej warstwę o kontrastującym białawym kolorze.

Widok pająka odebrał jej dech, mimo że oglądała go już wcześniej na zdjęciach i szkicach. Z wysokości, na której leciał ich jednosilnikowy samolot, wyglądał na małego, ale zdawała sobie sprawę, że w rzeczywistości, na ziemi, jest długi na pięćdziesiąt metrów, może nawet trochę dłuższy. Pilot coś do niej krzyknął i zobaczyła, że kręci palcem w powietrzu. Chciał wiedzieć, czy ma zatoczyć kilka okręgów nad pająkiem, na co umawiała się z nim przed startem, korzystając ze swojego tragicznego hiszpańskiego. Skinęła głową i poczuła dłoń Manny’ego na ramieniu. Nakryła ją własną i zdała sobie sprawę, że płacze. Powodem, dla którego chciała zobaczyć pająka, nie była chęć ujrzenia na własne oczy czegoś, o czym czytała. Chodziło o coś więcej. Sama myśl o tym sprawiała, że jej dusza naukowca skręcała się ze wstydu. Nie powiedziała Manny’emu, bo na pewno tylko by westchnął i odbyliby kolejną wielogodzinną rozmowę o ograniczeniach nauki i biologii, która następnie zeszłaby na temat adopcji.

Dopiero w tej chwili zdała sobie dokładnie sprawę, dlaczego nalegała na Peru mimo sprzeciwu Manny’ego. Dlaczego uparła się, że pojadą zobaczyć rysunki z Nazca albo nie pojadą nigdzie. Wiedziała, że to wariactwo. Racjonalna, naukowa część jej osoby, ta, która miesiącami mozoliła się nad badaniami do doktoratu, która przesypiała w laboratorium dwie albo trzy noce w tygodniu i odrzucała zaloty doktorantów nieskorych do równie ciężkiej pracy, nie miała złudzeń, że zaciągnęła Manny’ego do Peru z desperacji, chwytając się brzytwy, bo tylko to jej zostało jako kobiecie zbliżającej się do czterdziestki, której wydawało się, że odsunie rodzenie dzieci do chwili, gdy będzie na nie gotowa, po czym odkryła, że prawdopodobnie nigdy nie była do tego zdolna. Prawdopodobieństwo, że coś osiągnie, było bliskie zeru, ale od kiedy przeczytała o teorii pewnego badacza Nazca – którego zdaniem rysunki miały znaczenie rytualne, a ptaki, rośliny i pająk przedstawiały płodność – nie mogła się pozbyć wrażenia, że być może istniał powód, dla którego ten obrazek zawsze ją przyciągał. Być może pająk u podnóża peruwiańskich wzgórz po prostu na nią czekał.

Ciąg dalszy dostępny w wersji pełnej.

Epilog

Rozdział dostępny w wersji pełnej.

Podziękowania

Rozdział dostępny w wersji pełnej.