Wyklęci. Podziemie zbrojne 1944–1963 - Opracowanie zbiorowe - ebook

Wyklęci. Podziemie zbrojne 1944–1963 ebook

4,7

Opis

Chronologiczny obraz dwudziestoletniej walki o wolną, wymarzoną Ojczyznę. Opowieść jest montażem wypowiedzi dziesiątek osób – świadków tamtych wydarzeń. Naoczne relacje przeplatane są komunikatami, odezwami, rozkazami, a także korespondencją zarówno lokalnych przedstawicieli UB z Centralą, jak i samego Ławrientija Berii ze Stalinem. Całość sprawia, że czujemy się uczestnikami tych wydarzeń.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 257

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,7 (9 ocen)
6
3
0
0
0

Popularność




Wybór i opracowanie: Marta Markowska

Współpraca: Agnieszka Uścińska

Kwerendy tekstowe: Marta Chrząstek, Marcin Czajkowski, Agnieszka Dębska, Małgorzata Kudosz, Hanna Kukwa, Patryk Makulski, Monika Samoraj, Emilia Wileńska-Skwarzec, Monika Żyła

Kwerendy ikonograficzne: Ewa Czuchaj

Konsultacja naukowa: dr Sławomir Poleszak (IPN Lublin)

Opracowanie graficzne: Iwona Mikos

Skład komputerowy, przygotowanie zdjęć: TANDEM STUDIO Piotr Suwiński

Copyright by Ośrodek KARTA, 2013

Ośrodek KARTA

ul. Narbutta 29, 02-536 Warszawa

tel. (48) 22-848-07-12, faks (48) 22-646-65-11

e-mail:[email protected]

http://www.karta.org.pl

Fundacja Niepodległości

ul. Bohaterów Monte Cassino 53

20-705 Lublin

tel. (48) 81-536-63-84, (48) 519-323-857

e-mail:[email protected]

www.fundacja-niepodleglosci.pl

Partner projektu: Instytut Pamięci Narodowej

Warszawa 2013

Wydanie I

ISBN: 978-83-64476-27-3

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.

OD WYDAWCÓW

Wyklęci – wiadomo kto. Chociaż w XX wieku potępionych formacji było w naszej części Europy wiele, nie ma wątpliwości, że to pojedyncze słowo odnosi się do tych, którzy nie uznali końca II wojny i z bronią w ręku wystąpili przeciw drugiemu – obok nazizmu – zaborczemu totalitaryzmowi. Stanęli nie tylko przeciw potężnym siłom nowego agresora (i sowieckim, i peerelowskim), lecz także wobec jego gigantycznej, bezwzględnej propagandy. Nie mogli zwyciężyć zbrojnie ani nawet ocalić swojego wizerunku – nonkonformistów i obrońców Niepodległej. Niezależnie od ich postawy, zaciążyło na nich na lata odium „bandytów, antysemitów i złodziei”. Zagarnął ich śmietnik Peerelu.

Niemniej wiadomo już także, że to – żołnierze. Uczestniczący w strukturze, podporządkowani hierarchii, uznający dyscyplinę. Póki trwał rząd (choćby daleki), którego zwierzchnictwo uznawali, wojskiem byli w sensie ścisłym. Gdy jednak Polskę zalała bezkresna, wzbierająca fala sowietyzmu, zaprawionego zaraźliwym powojennym konformizmem, stali się siłami zbrojnymi bez państwa i bez szansy na zewnętrzną pomoc. W latach 1947–51 zachodni alianci rozważali jeszcze oparcie swoich destrukcyjnych działań wobec Wschodu na niezależnych formacjach za Żelazną Kurtyną, potem po obu jej stronach nie pozostały już żadne złudzenia. Resztki polskiej armii podziemnej ocalały jedynie mit Rzeczpospolitej.

Żołnierze wyklęci pojawili się – jako hasło – w 1992 roku, gdy Liga Republikańska zatytułowała tak swoją niewielką wystawę. Sześć lat później wydawca Adam Borowski rozwinął tę inicjatywę, przygotowując – wraz z kilkoma historykami – album Żołnierze wyklęci. Antykomunistyczne podziemie zbrojne po 1944 roku z 600 fotografiami tego ruchu... startego, zdawało się wtedy, z powierzchni pamięci. Potem już w sposób systemowy zajmował się tą szczególną formacją Instytut Pamięci Narodowej, wiedzę o niej odtwarzając całościowo.

Gdy 1 marca 2011 Polska po raz pierwszy obchodziła Narodowy Dzień Pamięci „Żołnierzy Wyklętych” – jako doroczne święto państwowe – wielu jej starszych obywateli reagowało zdziwieniem: „Jak to narodowa pamięć, tym bandytom?”. To pewnie wykonawcy lub ofiary peerelowskiej propagandy, którzy uwierzyli, że jeśli ktoś podnosił rękę na tamten system, z pewnością stanowił przypadek patologiczny. Dla pogodzonych z komunizmem, ale i dla tych, którzy czuli się przez nich skrzywdzeni, żołnierze ci pozostali wyklętymi bez cudzysłowu.

Po dwóch latach Dzień Pamięci staje się w istocie ogólnopolski. Pomysłodawca tak przygotowanych obchodów, Przemysław Omieczyński, prezes Fundacji Niepodległości z Lublina, poruszył kraj, przekonując, że 2013 jest rokiem o specjalnym znaczeniu, skoro w nim właśnie – 21 października – mija 50 lat od śmierci ostatniego zbrojnego. Ten ostatni zginął na Lubelszczyźnie – w walce, co podkreśla Fundacja, która wiąże obie daty i planuje akcje pamięci od 1 marca do 21 października 2013.

Książka ta, realizowana przez KARTĘ wraz z lubelskim koordynatorem ośmiomiesięcznego przedsięwzięcia, przygotowana została przez zespół prowadzony przez Martę Markowską, redaktora całości. Znacząca część niepublikowanych dotąd materiałów pochodzi z rozległej kwerendy podjętej przez IPN, partnera obchodów. Z wszelkich dostępnych tekstów źródłowych stworzony został spójny, chronologiczny obraz dwudziestoletniej walki (1944–63).

Oddziały leśne trwały, nie mając żadnych szans zwycięstwa. Ich żołnierze godzili się nawet na status tropionej zwierzyny, dając w ten sposób świadectwo wierności Polsce – zapamiętanej, wymarzonej. „Czerwona zaraza” ogarnęła kraj na blisko pół wieku; tylko nieliczni jej zdeklarowani przeciwnicy zdołali doczekać nowej Rzeczpospolitej – tej, która była ich celem, choć pewnie inaczej wyobrażonym.

Tragiczny, gorzki, beznadziejny los żołnierzy, bijących się o ojczyznę, której coraz bardziej nie ma. Wielu z nich, czcicieli wolności, stawało w końcu przed wyborem: podległość, ucieczka albo śmierć. Tę pierwszą wybierali słabsi, podszyci strachem (stąd tylu zdrajców w ich szeregach). Tę ostatnią – zdeterminowani, osaczeni bez wyjścia, mogący dokonać już tylko aktu ostatecznego. Czasem ginęli z własnej ręki w imię lepszej przyszłości – na rzecz tych, co przyjdą tu kiedyś, ludzi współczesnych.

Luty 2013

Zbigniew Gluza

WOJNA

Z uchwały Rządu Rzeczpospolitej Polskiej:

Władze krajowe wydadzą polecenia terenowym przedstawicielom władzy administracyjnej, by wraz z dowódcą miejscowego odcinka czy oddziału Armii Krajowej wystąpili do dowództwa wkraczających oddziałów sowieckich z następującym oświadczeniem:

„Na rozkaz Rządu Rzeczpospolitej Polskiej zgłaszam się jako przedstawiciel polskiej władzy administracyjnej (jako dowódca wojskowy) z propozycją uzgodnienia współdziałania z wkraczającymi na teren Rzeczpospolitej Polskiej siłami zbrojnymi Sowietów w operacjach wojennych przeciw wspólnemu wrogowi.”

Należy poza tym oświadczyć, że oddziały Armii Krajowej, istniejące lub mogące powstać, są częścią Sił Zbrojnych Rzeczpospolitej, podlegają nadal Rządowi Polskiemu, rozkazom Naczelnego Wodza i Dowódcy Armii Krajowej.

W wypadku jeśliby ujawnieni przedstawiciele polscy zostali aresztowani, władze krajowe wydadzą na dalszych terenach zakaz ujawniania się władz administracyjnych i Sił Zbrojnych.

W każdym razie, obok ujawnionych przedstawicieli przygotować drugi, zastępczy skład osobowy władz cywilnych i wojskowych, które już w każdym wypadku pozostałyby w ukryciu, starając się o skomunikowanie z władzami polskimi, informując o losie ujawnionych przedstawicieli, o losie miejscowej ludności oraz o postępowaniu Sowietów.

Londyn, 18 lutego 1944

[71]

Józef Szczepański „Ziutek” (żołnierz batalionu Parasol Armii Krajowej) w wierszu Czerwona zaraza:

Czekamy ciebie, czerwona zarazo,

byś wybawiła nas od czarnej śmierci,

byś nam kraj przedtem rozdarłszy na ćwierci,

była zbawieniem witanym z odrazą.

Czekamy ciebie, ty potęgo tłumu

zbydlęciałego od twych rządów knutem,

czekamy ciebie, byś nas zgniotła butem

swego zalewu i hasłem poszumu.

Czekamy ciebie, ty odwieczny wrogu,

morderco krwawy tłumu naszych braci,

czekamy ciebie, nie żeby zapłacić,

lecz chlebem witać na rodzinnym progu.

Żebyś ty wiedział, nienawistny zbawco,

jakiej ci śmierci życzymy w podzięce,

i jak bezsilnie zaciskamy ręce,

pomocy prosząc, podstępny oprawco. [...]

Żebyś ty wiedział, jak to strasznie boli

nas, dzieci Wielkiej, Niepodległej, Świętej,

skuwać w kajdany łaski twej przeklętej,

cuchnącej jarzmem wiekowej niewoli.

1944

[73]

Antoni Górecki (żołnierz AK):

6 lipca przyszedł rozkaz szturmu na Wilno. Atak rozpoczęliśmy nocą, przywitała nas potworna nawała ognia. Później dowiedziałem się, że uderzyliśmy w samo czoło niemieckiej obrony, przygotowanej na przyjęcie armii sowieckiej.

[...]

Wieczorem tego samego dnia na tereny opuszczone przez nasze oddziały weszły wojska sowieckie. Przez pewien czas staliśmy tak obok siebie.

Wilno, 6 lipca 1944

[29]

Por. Zygmunt Błażejewicz „Zygmunt” (żołnierz 6 Wileńskiej Brygady AK dowodzonej przez por. Adama Boryczkę „Tońkę”):

Wieczorem 11 lipca wszystkich poderwał alarm. Ogłoszono go z powodu aresztowania przez Sowietów we wsi Bogusze dowódców Brygad, zgromadzonych tam na polsko-sowieckiej naradzie-pułapce. Około 2 tysięcy ludzi ruszyło z nami w kierunku Puszczy Rudnickiej.

Wygląd wyruszającej kolumny mógł każdego przyprawić o spazm śmiechu. Niekończący się tabor hałaśliwie rozklekotanych wozów, na których ułożono wszelki sprzęt dowództwa, utrudniał marsz i uniemożliwiał poruszanie się w ukryciu. Miał także zły wpływ na samopoczucie żołnierzy – wszyscy przeczuwali żałosny koniec.

Bez przeszkód przekroczyliśmy tor kolejowy, a następnie trakt Wilno–Lida, i jeszcze tej nocy dotarliśmy do Puszczy. Był mglisty, przejmujący wilgotnym chłodem poranek, kiedy nasza kolumna, długo rozciągnięta, przechodziła przez okolicę, w której w 1863 roku walczył powstańczy oddział Narbutta. Po lewej stronie na wzniesieniu zamajaczył we mgle wysoki krzyż, upamiętniający wydarzenia sprzed ponad osiemdziesięciu lat. Szliśmy leśną drogą, z dala od siedzib ludzkich. Nagle z krańca polanki po prawej stronie drogi huknęły strzały i dwaj prowadzący nas szperacze padli zabici. Kolumna zatrzymała się w oczekiwaniu na rozkazy, ale nikt z dowództwa nie podejmował żadnych decyzji. W tej sytuacji rozkazałem, aby mój 2 pluton ruszył tyralierą przez polankę – poprowadziłem atak, aż do jej przeciwległego skraju. Przeczesaliśmy obrzeże lasu, ale oprócz śladów butów tych, którzy strzelali (na pewno byli to Sowieci z lasu), nie zastaliśmy już tam żywego ducha.

Puszcza Rudnicka, połowa lipca 1944

[12]

Ławrientij Beria(ludowy komisarz spraw wewnętrznych ZSRR) w raporcie dla Stalina, Wiaczesława Mołotowa (ministra spraw zagranicznych ZSRR) i Aleksieja Antonowa(zastępcy szefa Sztabu Generalnego Armii Czerwonej):

Dzisiaj o świcie przystąpiliśmy do przeczesywania lasów, w których, według naszych danych, znajdowali się Polacy. W niektórych miejscach Polaków nie było. Ustalono, że w nocy wymaszerowali w kierunku południowym. Dzięki podjętym krokom Polacy zostali doścignięci i rozbrojeni.

Według stanu na godzinę 16.00, rozbrojono 3500 osób, w tym 200 oficerów i podoficerów. Podczas rozbrajania skonfiskowano broń: 3000 pistoletów, 300 karabinów maszynowych, 50 cekaemów, 15 moździerzy, 7 dział lekkich, 12 samochodów, a także dużą liczbę granatów i naboi.

Polskich oficerów i szeregowców kieruje się pod konwojem do punktów zbornych, a broń zwożona jest do magazynów.

Jednostki biorące udział w operacji prowadzą dalsze rozpoznanie, ściganie i rozbrajanie oddziałów polskich.

Moskwa, 18 lipca 1944

[95]

Gen. Tadeusz „Bór” Komorowski (dowódca Armii Krajowej) w depeszy do Centrali w Londynie:

W związku z aresztowaniem sztabu Okręgu [Wilna i Nowogródka] poleciłem dowódcy AK Okręgu Wileńskiego [mjr. Aleksandrowi Krzyżanowskiemu „Wilkowi”]:

1. Przerwać jakąkolwiek współpracę z Sowietami.

2. Ściągnąć siły do Puszczy Rudnickiej, stąd przesunąć je w kierunku południowo-zachodnim, bądź do puszczy Augustowskiej, bądź do rejonu Białystok.

3. Walkę z Sowietami podejmować tylko w ostateczności, starać się przesunąć bez walki.

Mińsk Mazowiecki, 19 lipca 1944

[6]

Por. Zygmunt Błażejewicz „Zygmunt”:

Po dwóch–trzech dniach marszu resztki Brygady zatrzymały się na „półwyspie” otoczonym z trzech stron bagnem bez dna. Z „półwyspu” do byłego obozu partyzantów sowieckich wiodła przez bagno kładka z okrąglaków, długa prawie na dwieście metrów, z poręczą.

Nasz stopniały tabor zatrzymał się przy drodze przechodzącej koło „półwyspu”. Zmęczeni ludzie padali pokotem na suchsze miejsca. Naokoło grasowali konni Sowieci. Siadłem na konia mojego gońca i pojechałem zbadać sytuację. Po przebyciu kilkudziesięciu metrów zatrzymano mnie: „Ty kuda? Obratno!” [Ty dokąd? Z powrotem!]. Dzięki Bogu, nie łapali.

Puszcza Rudnicka, 19 lipca 1944

[12]

Gen. Tadeusz „Bór” Komorowski w ostrzeżeniu dla komendanta Obszaru AK Lwów płk. Władysława Filipkowskiego „Stacha”:

Armia Krajowa wzięła udział w opanowaniu Wilna od 7 do 13 lipca, współdziałając z armią sowiecką i zyskując duże uznanie sowieckich dowódców liniowych. [...]

Sztaby Okręgu Wilno i Nowogródek zostały podstępnie aresztowane. Własne oddziały przeszły do Puszczy Rudnickiej. Prawdopodobne jest, że zostaniecie potraktowani w taki sam sposób. Zadanie wasze pozostaje bez zmiany. Musicie jednak działać tak, aby nie dać się zaskoczyć czy podejść. W razie zastosowania przez Sowietów gwałtu, wycofajcie się na zachodni brzeg Sanu.

Mińsk Mazowiecki, 20 lipca 1944

[6]

Antoni Górecki:

Zaczęli nas rozbrajać dopiero jakieś dwa tygodnie później. Otoczyli puszczę [Rudnicką], dokąd już się wycofaliśmy, i zaczęli stopniowo wszystkich wygarniać. Niektórym jednostkom udało się stamtąd wydostać. Ja miałem w puszczy rodzinę i, mimo rany w nodze, zdołałem do niej dotrzeć. Kurowałem się i starałem się unikać pokazywania w dzień. Pewnego dnia była jednak łapanka – szli po wsi od domu do domu i sprawdzali dokumenty. Wyskoczyłem i zacząłem uciekać do lasu. Złapali mnie i razem z innymi zawieźli na pocztę, która miała okratowane okna, więc zamienili ją na prowizoryczny areszt.

Przesłuchania odbywały się nocą. Naturalnie z biciem. [...] Śledczy [sowiecki] ciągle chciał „prawdy”. Że byłem w oddziale AK, że skończyłem działalność pod Wilnem, to było za mało. I tak co noc − bił, wymyślał od faszystów i bandytów.

Puszcza Rudnicka, koniec lipca 1944

[29]

Ławrientij Beria w piśmie do Stalina:

Po pierwszym dniu operacji niektóre oddziały polskie dowiedziały się o rozbrajaniu i podjęły decyzję o przejściu w rejon bagien, do tak zwanej Puszczy Rudnickiej, w pobliże miasteczka Jaszuny, mając nadzieję, że nie dotrą tam jednostki wojskowe. Zajęli tam pozycje obronne. [...] 19 lipca, przed końcem dnia, jednostki 152 rejonu umocnionego i 86 pułku Wojsk Ochrony Pogranicza podeszły pod pozycje Polaków, okrążyły ich i poleciły rozbroić się. Polscy oficerowie początkowo odmówili, a następnie zgodzili się i poprosili o zgodę na przenocowanie we wsi. W rezultacie rozbrojono do 1500 osób.

Jeden batalion Polaków poszedł do lasu, na zachód od Jaszun. Zajął pozycje obronne wzdłuż drogi i odmówił rozbrojenia się. [...]

W związku z tym, że operacja rozbrajania dobiega końca, [...] towarzysze [Iwan] Sierow [zastępca ludowego komisarza spraw wewnętrznych ZSRR] i [Iwan] Czerniachowski [dowódca 3 Frontu Białoruskiego] proszą o zgodę na następujące działania:

1. Dopuścić do punktu zbornego polskiej Armii Krajowej przedstawicieli Armii Berlinga, w celu selekcji osób chcących służyć w Armii Polskiej* spośród szeregowców i podoficerów. [...]

3. Kadrę oficerską, mającą znaczenie operacyjne, przekazać organom – odpowiednio NKWD-NKGB i Kontrwywiadowi „Smiersz”.

4. Pozostałą kadrę oficerską skierować do obozów NKWD, ponieważ w innych warunkach będą zajmować się oni organizowaniem różnych polskich formacji podziemnych.

Moskwa, 20 lipca 1944

[95]

Por. Zygmunt Błażejewicz „Zygmunt”:

Po kilku dniach wymykania się Sowietom dotarliśmy do Puszczy Grodzieńskiej. 26 lipca 1944 otrzymałem pozwolenie od komendanta „Tońki” na wyruszenie z małą grupą do Warszawy. Było nas razem piętnastu. Od przeszło tygodnia dostawaliśmy bardzo skąpe racje żywnościowe, więc męczył nas głód. W zdobyciu jedzenia przeszkadzały nam stojące prawie w każdej wiosce załogi sowieckie. Część nocy przespaliśmy w lesie. Rankiem ruszyliśmy w dalszą drogę.

W pewnej chwili „Kizak”, idący jako szperacz, krzyknął: „Halt!” – i skoczył z automatem w krzaki. Przed nami mignęła postać w niemieckim mundurze. Nie strzelaliśmy, nie chcąc zdradzać swojej obecności Sowietom, których dwuosobowe patrole poruszały się dość gęsto. Znaleźliśmy obozowisko. Przy niewielkim ognisku stały dwie pary butów, leżał mundur, parabellum i dwa pasy z bagnetami. W mundurze znaleźliśmy dokumenty Wehrmachtu i wiele fotografii. Pomimo naszych nawoływań, Niemcy woleli pozostać w ukryciu. Zabraliśmy tylko pistolet i bagnety. [...]

Napotkany wieśniak powiadomił nas, że do Niemna jest już tylko kilka kilometrów i objaśnił, jak najłatwiej tam dotrzeć, omijając wioski zajęte przez Sowietów.

Z nastaniem nocy ruszyliśmy ku rzece. [...] Doszliśmy do Niemna około półtora kilometra od miejscowości Przełom, w której w 1934 roku spędziłem beztroskie wakacje. [...] W napotkanym samotnym gospodarstwie dopisało nam szczęście, gospodarz po namowach zgodził się przewieźć nas ukrytą w krzakach łódką, w zamian za zdobyty wcześniej niemiecki zegarek.

Koniec lipca 1944

[12]

Płk Władysław Filipkowski „Stach” (komendant Obszaru AK Lwów) w depeszy do Komendy Głównej AK:

Dziś ujawniłem się przed generałem [sowieckim], przedstawicielem dowódcy frontu. Oświadczył mi, że stanowisko naczelnego dowództwa sowieckiego jest następujące:

Obszar ten należy do państwa sowieckiego. Broń należy złożyć w terminie do dwóch godzin i rozwiązać wszystkie oddziały. Przez organa państwowe sowieckie zostanie przeprowadzona mobilizacja. Polacy będą mieli możność wyboru między oddziałami Berlinga a wojskiem sowieckim. [...] Wobec tej przymusowej sytuacji, wydałem rozkaz rozwiązujący oddziały w III Obszarze.

M[iejsce] p[ostoju], 27 lipca 1944

[6]

Bolesław Polakowski „Wiarus” (żołnierz oddziału AK dowodzonego przez por. Tadeusza Kuncewicza „Podkowę”) w dzienniku:

Przed północą, 29 lipca, obudził mnie „Wir” [Janusz Bac], gestem nakazując ciszę i ostrożność. [...] Zadanie było proste: wybrać dwóch zaufanych i pewnych ludzi, po cichu wziąć z koszar najcenniejszą broń i ukryć ją w bezpiecznym miejscu. Upatrzyć ludzi do dalszego zakonspirowania się, gdyż jutro rozbrajamy się jako żołnierze podlegli Polskiemu Rządowi Emigracyjnemu w Londynie, a nie Wandzie Wasilewskiej [wiceprzewodniczącej utworzonego przez Sowietów Polskiego Komitetu Wyzwolenia Narodowego]. [...]

Nadszedł wreszcie ów pamiętny ranek, rozpoczynający tak tragiczny dla nas dzień. [...] Po półgodzinnym zbieraniu się kompania mogła wreszcie odejść na plac przed dowództwem batalionu – przed główny budynek dawnego gimnazjum, gdzie czekały już na nas dwie inne kompanie. [...]

Po krótkiej naradzie „Wacław” [kpt. Janusz Pruszkowski] wszedł na podwyższenie ochraniające studnię i odczytał odezwę gen. Berlinga, zachęcającą nas do wstąpienia w szeregi jego armii. Żołnierze słuchali tego w największej ciszy, z niecierpliwością i ze zgrzytaniem zębów, czekając końca. Stojący obok „Wacława” dwaj oficerowie sowieccy i jeden berlingowiec patrzyli na nas, jakby chcieli wyczytać w naszych oczach zamiary na przyszłość. Po odczytaniu odezwy mjr „Wacław” zwrócił się do wszystkich: „Żołnierze, koledzy, towarzysze niedoli! W tak ważnej chwili i ważnej sprawie nie chcę sam decydować o waszym losie. Wiem, że kierowaliście się zawsze hasłem: Bóg, Honor, Ojczyzna. Stosownie do zarządzeń gen. Berlinga, mamy teraz dwie drogi: albo wstąpić w szeregi jego armii, albo rozbroić się. Ja sam zgodzę się na to, co wszyscy. Wybierajcie!”.

Nie wiem, czy coś w życiu mogło tak przerazić oficerów sowieckich i berlingowca, jak wtedy nasze głosy. Kilkuset żołnierzy krzyczało na cały głos: „Precz ze zdrajcami!”, „Rozbroić się!”, „Bić dziadów!”... Głosy te uciszył „Wacław”. Oficerowie, rozdawszy pomiędzy żołnierzy pieniądze z kasy batalionowej, wygłosili krótkie przemówienia do swoich kompanii. [...]

„Podkowa” pierwszy podszedł do żelaznego drąga łączącego kierat ze studnią i z całej siły strzaskał o niego swoją pamiątkową pepeszę [...]. Za jego przykładem poszła najpierw cała nasza kompania, a potem pozostałe. Dwaj Sowieci i berlingowiec w milczeniu obserwowali, jak żołnierze, patrząc na nich z nienawiścią, łamali i niszczyli swoją broń. Krótkim zasalutowaniem oddawszy cześć swoim oficerom oraz stercie żelastwa, [...] ze łzami w oczach i nienawiścią w sercach, już jako cywile, odchodziliśmy do swoich domów.

Szczebrzeszyn, 30 lipca 1944

[74]

Zygmunt Klukowski (lekarz, kronikarz Zamojszczyzny, twórca archiwum zamojskiej AK) w dzienniku:

W ciągu kilku godzin tętniące życiem, radością i śmiechem koszary opustoszały. Znikły wszelkie odznaki wojskowe, orzełki i biało-czerwone opaski. Żołnierze zamienili się w cywilów. Na mieście [...] szaro i smutno. Zaledwie cztery dni cieszyliśmy się naszym wojskiem, które wyszło z lasu i podziemi na światło dzienne, i radowało nas swoim widokiem, mieniąc się biało-czerwonymi barwami.

Godzina dziewiąta wieczorem. Przyszedł „Leszcz” [por. Mieczysław Skwarczyński], potem „Wrzos” [por. Stefan Poździk]. Obaj okropnie przygnębieni. Mówili, że żołnierze w oddziałach po odczytaniu rozkazu o rozbrojeniu płakali, nie mogli się powstrzymać od głośnego łkania. Broń prawie całą zatrzymano, zdano sam szmelc – tylko tak, dla oka.

I znów trzeba iść do lasu, do podziemia, prawdopodobnie konspirować się znacznie więcej niż przy Niemcach, trzeba zaczynać nowy, być może cięższy niż dotychczas, okres walki z drugim okupantem – z bolszewikami.

Szczebrzeszyn, 30 lipca 1944

[66]

Ppłk Marian Dorotycz-Malewicz (szef Sztabu Obszaru AK Białystok) w depeszy do ppłk. Mariana Utnika (odpowiedzialnego w Sztabie Naczelnego Wodza za łączność z AK):

Przedstawiam treść depeszy [z 3 Dywizji Piechoty AK] podsłuchanej 30 lipca o godzinie 8.30 z [radiostacji] Wanda 7W: „Jesteśmy rozbrojeni przez bolszewików – koniec AK – Niech żyje Polska”.

Mp., 30 lipca 1944

[6]

Z tajnego rozkazu Stalina do dowódców 1, 2 i 3 Frontu Białoruskiego, 1 Frontu Ukraińskiego, naczelnego dowódcy Wojska Polskiego gen. Michała Roli-Żymierskiego i dowódcy 1 Armii WP gen. Zygmunta Berlinga:

Ze względu na to, że hitlerowskie szpiegostwo stara się przeniknąć na terytorium działań wojennych Armii Czerwonej i pozostać na terytorium uwolnionej Polski pod pretekstem polskich oddziałów Armii Krajowej, Naczelne Dowództwo rozkazuje: uzbrojone oddziały wchodzące w skład Armii Krajowej czy innych podobnych organizacji, bezwarunkowo mające w swoim składzie niemieckich szpiegów – przy ujawnianiu natychmiast rozbroić. Oficerów tych oddziałów internować, a podoficerów i szeregowych skierować do samodzielnych zapasowych batalionów 1 Armii Polskiej. Broń odebraną tym oddziałom zdawać do magazynów uzbrojenia armii. [...] Podoficerów i szeregowych kierowanych do samodzielnych zapasowych baonów dokładnie badać i kontrolować w oddziale informacyjnym 1 Armii.

Moskwa, 31 lipca 1944

[80]

Płk Władysław Filipkowski „Stach” w depeszy do Komendy Głównej AK:

Dziś aresztowano Delegata Rządu. [...] Wracamy w podziemia. [...] Spodziewane dalsze aresztowania AK.

Mp., 1 sierpnia 1944

[6]

Plut. Lucjan Grabowski „Wybicki” (członek oddziału NOW-AK dowodzonego przez Ignacego Babińskiego „Kmicica”):

Oddziały AK, które stanęły do wspólnej walki przy wyzwalaniu obszarów wschodnich, przestały istnieć − Armia Czerwona rozbroiła je i internowała do obozów i więzień. Wiadomości o tym dotarły do naszego oddziału, gdy kwaterowaliśmy w lesie przy kolonii Stelmachowo. „Kmicic” starał się nie wtajemniczać żołnierzy w takie sprawy. Sam, zawsze pełen entuzjazmu i chęci do dalszej walki, stał się posępny i widać było jego przygnębienie. [...] Jeszcze przed paroma tygodniami mówił nam, że jesteśmy o krok od wolności i niepodległości, dziś prorokował czekającą nas długą i trudną walkę partyzancką, a nawet wspominał o całkowitej zagładzie. Wiedzieliśmy wszyscy, co się dzieje na wschodzie z naszymi kolegami, niemniej liczyliśmy jeszcze na jakieś wyjście z tej nieciekawej sytuacji. [...]

Do naszego oddziału przybył por. Władysław Szwarc „Lot”, dawny komendant NOW** powiatu wysokomazowieckiego. Dokonał przeglądu oddziału, a następnie [...] oznajmił nam, że [...] wobec groźnych wiadomości napływających ze wschodnich okręgów, gdzie Sowieci rozbrajają oddziały AK, aresztują i wywożą jej członków do więzień i obozów w Rosji, akcja „Burza”*** na naszym terenie zostanie wstrzymana. Powiedział, że aż do czasu wyjaśnienia tych przykrych wypadków pozostaniemy w konspiracji. Następnie rozkazał zdemobilizować nasz oddział; podchodził do każdego z nas i serdecznie się żegnał.

Kolonia Stelmachowo (Podlasie)

[30]

Ppor. Zdzisław Broński „Uskok” (dowódca oddziału w Obwodzie AK Lubartów):

Przyszły wieści o powstaniu warszawskim. Każdy całą duszą pragnął znaleźć się w Warszawie, lecz okazało się to niemożliwe. Wrogość Sowietów wzrastała z godziny na godzinę. [...] Władze AK były bezradne. Nie wydawano właściwie żadnych rozkazów. Kierunek nadany przez rząd londyński: „Traktować Sowietów jak sojuszników, lecz zachować swoją odrębność” – w praktyce był nie do przeprowadzenia. [...] Każdy z nas, dowódców grup, musiał sam decydować o dalszym postępowaniu, kierując się swym sumieniem. [...]

Ja postanowiłem natychmiast (3 sierpnia) oddział rozwiązać. Zarządziłem zbiórkę przy gościńcu wysadzonym starymi wierzbami. Zauważyłem, że zebrała się spora grupa miejscowej ludności. [...] Musiałem przemówić. [...] Wystąpiłem przed oddział. Powiedziałem, że zostaje on rozwiązany. Podałem zasadniczy powód, dlaczego to czynię. Powiedziałem, że każdy z nas nadal jest żołnierzem AK. [...] Czułem, że mi do oczu napływa gorąca wilgoć, a słowa więzną w gardle. Przerwałem – nie mogłem mówić. Podszedłem do szeregów, by pożegnać się ze wszystkimi uściskiem ręki. Patrzyłem w ziemię, by ukryć łzy. [...] Gdy uścisnąłem rękę ostatniego [żołnierza], odszedłem na stronę, pod starą wierzbę, aby ochłonąć. [...]

Po rozwiązaniu oddziału schowałem broń w lasach kozłowieckich. O miejscu tym wiedziało tylko parę zaufanych osób. 4 sierpnia widziałem się z komendantem Obwodu „Okoniem” [kpt. Romanem Jeziorem] i złożyłem mu dokładny raport ze swego postępowania – zyskałem całkowitą aprobatę. [...]

Przez tydzień siedziałem w domu, oddając się pracy w gospodarstwie. Wiadomo, żniwa. [...] W Lubartowie na posiedzeniu Powiatowej Rady Narodowej (komunistycznej komórki) poruszono, między innymi, sprawę „Uskoka”. Traktowano mnie tam jako zdecydowanego wroga demokracji i sługę kapitalistów, a znaleźli się tacy, którzy skwapliwie podjęli się dostarczenia dowodów mojej przestępczości. [...] Postanowiłem mieć się na baczności i nie dać się schwytać.

Radzic Stary (Lubelszczyzna), początek sierpnia 1944

[13]

Por. Zygmunt Błażejewicz „Zygmunt”:

Zagłębiliśmy się w samo jądro Puszczy Augustowskiej. Powoli traciliśmy rachubę dni. Był już chyba początek sierpnia, kiedy nad ranem dotarliśmy do gajówki Borsuki. Ponieważ od pewnego czasu stale posuwała się za nami grupa około dwudziestu enkawudzistów (czyścili lasy z Niemców), postanowiliśmy, po zaopatrzeniu się w prowiant, przenocować w lesie. Gajowy, dobry Polak, doprowadził nas do błotnistego duktu, który wiódł na oparzelisko. Radził obozować na nim, aby uniknąć sowieckich patroli, których wszędzie było pełno. Ruszyliśmy po ułożonych śliskich kłodach. Niektórym osuwały się nogi, wpadali po kolana w błoto. [...]

Znaleźliśmy się w lesie tak podmokłym, że woda w wielu miejscach sięgała do połowy łydek. Rozmieściliśmy się na kępkach i na maleńkim ogniu gotowaliśmy fasolę. [...]

Nad ranem zatrzymaliśmy leśniczego. Uwierzył naszym relacjom i po dłuższych badaniach powiadomił, że teren objęty jest siatką (chyba NSZ****), przyrzekł też załatwić spotkanie z dowódcą. Chwilowo ulokował nas w lesie w pobliżu leśniczówki.

[...] Ubrany w kurtkę leśniczego, uzbrojony w parabellum i granat, udałem się na umówione spotkanie. [...] Zatrzymał mnie młody podchorąży i bez przeszkód zaprowadził do majora w mundurze, z proporczykiem na rogatywce. Omówiłem sprawy naszego zaprowiantowania i ewentualnego pozostania pod jego rozkazami. Prosił o unikanie akcji zaczepnej z grupą NKWD, która intensywnie nas poszukiwała.

[...] Szliśmy dalej przez lasy i błotniste zarośla, kierując się już tylko ku południowi. Któregoś dnia schwytaliśmy wychudzonego Niemca bez broni. Usta miał fioletowe od jagód, którymi się żywił. Podzieliłem ostatni pozostały nam kawałek chleba i podałem naszemu jeńcowi jego przydział, który pochłonął łapczywie. Zostawiliśmy go w lesie.

Po przekroczeniu szosy Augustów–Grodno, gdzieś na zachód od Lipska, trafiliśmy na błotniste grzęzawiska nad Biebrzą. Tam w znalezionym szałasie spędziliśmy chyba ze dwa dni, jedząc zebrane po drodze z pola surowe ziemniaki i pasąc się ziarnem ze snopka owsa. Nie wiedzieliśmy, jak wyjść z błotnistego labiryntu-pułapki. Ale szczęście w nieszczęściu, do szałasu przyszedł jakiś człowiek (z siatki) i wytłumaczył, jak przejść Biebrzę. [...]

Maszerując dalej, wyminęliśmy Bielsk Podlaski i w dużej wsi Łubin Kościelny, położonej przy szosie Bielsk–Brańsk, wymieniliśmy nasze wojskowe mundury (niemieckie, upodobnione do polskich tylko biało-czerwoną opaską i guzikami z orzełkiem) na zwykłe ubrania, które dawały nam możliwość lepszego udawania cywilów na coraz mniej zalesionych terenach.

Wreszcie przybyliśmy na kolonię Lachówka. Tu nawiązaliśmy kontakt z komendantem Obwodu AK Bielsk Podlaski por. „Świdą” [por. Bronisławem Błażkowskim]. Po zorientowaniu się w sytuacji i załatwieniu formalności, zgodziłem się na pozostanie w tym Obwodzie, zachowując broń. Za wikt nająłem się za pastucha na kolonii Wólka Biszewska. Reszta zakwaterowała się u okolicznych gospodarzy.

Podlasie, początek sierpnia 1944

[12]

Zygmunt Klukowski w dzienniku:

Wśród oficerów i żołnierzy AK panuje nastrój przygnębienia z powodu tak niejasnej sytuacji. Organizacja wojska znacznie się rozluźniła. Ludzie rozproszyli się po całej Zamojszczyźnie, jedni pracują przy żniwach, drudzy siedzą bezczynnie, a to żołnierza ogromnie demoralizuje. Już nawet zdarzały się napady rabunkowe. Nagromadzone zapasy żywności – cukru, mąki, kaszy itd., rozlokowane w różnych miejscach po wsiach, topnieją w szybkim tempie, bo prawie nikt ich teraz należycie nie pilnuje. [...]

7 sierpnia

Próby ochotniczego zaciągu do wojska o charakterze berlingowskim nie dały dotychczas pożądanego przez bolszewików rezultatu. Powstaje teraz pytanie, jakie stanowisko zajmą wobec nas władze sowieckie w najbliższej przyszłości. Już dochodzą wieści o jakichś aresztowaniach w szeregach AK w Lublinie i Biłgoraju.

Szczebrzeszyn, 10 sierpnia 1944

[66]

Dowódca AK gen. Tadeusz „Bór” Komorowski w depeszy do komendanta Podokręgu AK Nowogródek ppłk. Macieja Kalenkiewicza „Kotwicza”:

Stosunek Sowietów do AK na dotychczas zajętych terenach [...] negatywny. NKWD podstępnie aresztuje wszystkich dowódców i przedsiębiorczych oficerów. Oddziały rozbraja, stawiając żądania przejścia do Berlinga. [...]

W związku z ogólną sytuacją rozkazuję: przejść do walki podziemnej, sabotować pobór do armii Berlinga i sowieckiej. Wstrzymać się od występowania zbrojnego przeciw Sowietom.

Warszawa, 17 sierpnia 1944

[7]

Kpt. Henryk Żuk „Onufry” (członek wywiadu Delegatury Sił Zbrojnych na Kraj):

9 [Podlaska] Dywizja [Piechoty] AK generała „Halki” [Ludwika Bittnera], po nawiązaniu łączności z dowództwem wojsk sowieckich, przystąpiła do oficjalnego ujawnienia. Wiedząc o ich daleko posuniętych przyjacielskich rozmowach, zaczęliśmy zastanawiać się, co robić dalej. I w naszej grupie pojawiły się sugestie, by wraz z pozostałymi żołnierzami podziemia ujawnić się. [...] Brzemię ciągłego ukrywania się, ciągłego konspirowania, było już zbyt ciężkie, a wizja normalnego, wolnego od strachu życia była tak kusząca, że naprawdę bardzo poważnym problemem stało się podjęcie odpowiedniej decyzji. [...] Zgodzono się na moją propozycję, by najpierw zobaczyć, jak będzie przebiegało ujawnianie żołnierzy 9 Dywizji AK.

Jako stary kresowiak nie wierzyłem „ruskim”, ale nie miałem prawa zmuszać ludzi do dalszego konspirowania. Niestety, niebawem okazało się, że słusznie zachowaliśmy ostrożność. Sielanka trwała krótko. Najpierw zaczęły krążyć niepokojące wieści o gwałtach, rabunkach i kradzieżach, potem w tajemniczych okolicznościach znikali ludzie, a w urzędach pojawili się dziwni osobnicy o niezwykłych uprawnieniach. Aresztowanie i rozbrojenie ujawniających się żołnierzy było nagłe i niespodziewane. Szeregowych pakowano do różnych obozów, także na Majdanek, ociekającego jeszcze świeżą krwią ofiar Gestapo, oficerów gdzieś wywożono.

Lubelszczyzna

[107]

Szef Sztabu Okręgu AK Lublin ppłk Franciszek Żak „Zuzia” w depeszy do komendanta AK gen. Tadeusza „Bora” Komorowskiego:

Aresztowanych osadza się na Majdanku. Znajdują się tam sztaby 3 i 9 DP z gen. Ludwikiem Bittnerem „Halką”, około 200 oficerów i podoficerów oraz 2,5 tysiąca szeregowych. Komendant Okręgu „Edward” [płk Kazimierz Tumidajski] i delegat Okręgu [Władysław] Cholewa, od 27 lipca internowani, mają zostać oddani pod sąd. Zarzut: faszyzm i współpraca z Niemcami.

[...]