Wydawca: AGORA SA Kategoria: Literatura faktu, reportaże, biografie Język: polski Rok wydania: 2017

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 60000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
14 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 336 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Wygnani do raju. Szwedzki azyl - Krystyna Naszkowska

Jak to się stało, że ofiary politycznej nagonki, ludzie, którzy w bagażu mieli niewiele więcej niż wspomnienia z ojczyzny, stali się współtwórcami sukcesu kraju, do którego rzucił ich los?
Wspaniała opowieść o tym, że nawet najgorszy los można odmienić, jeśli wystarczająco tego chcemy i nie damy się złamać okolicznościom.

„Polsko-żydowscy emigranci zintegrowali się ze społeczeństwem szwedzkim najlepiej ze wszystkich wybierających ten kraj. I chyba najwięcej mu dali. Na tle ich doświadczeń rysuje Naszkowska portret Szwecji ostatnich 50 lat. Głęboka, emocjonalna książka” – Remigiusz Grzela 

„Zapuścili korzenie, zrobili kariery, zrealizowali się zawodowo, rozwijali swoje zainteresowania i pasje z pożytkiem dla siebie i dla ogółu. Polska straciła, Szwecja zyskała. Otwarte kraje zawsze zyskują” – Piotr Paziński

O Autorze:
Krystyna Naszkowska, publicystka i reporterka „Gazety Wyborczej” od jej pierwszego numeru. Związana z opozycją demokratyczną od połowy lat 70. W czasach pierwszej „Solidarności” pracowała w Agencji Prasowej „Solidarność” (AS). Po wprowadzeniu stanu wojennego współpracowała z podziemnym „Tygodnikiem Mazowsze”, który drukowano w jej podwarszawskim domu. Autorka książek: „Jedz, co chcesz” i „Polskie rody biznesowe”. Odznaczona Krzyżem Oficerskim Orderu Odrodzenia Polski.

Opinie o ebooku Wygnani do raju. Szwedzki azyl - Krystyna Naszkowska

Fragment ebooka Wygnani do raju. Szwedzki azyl - Krystyna Naszkowska

Redakcja: Mariusz Burchart
Korekta: Danuta Sabała
Projekt okładki: Ula Pągowska
Zdjęcie na okładce: Joanna Helander
Źródła zdjęć: portrety na s. 6, 30, 62, 90, 118, 158, 186, 212, 252 Joanna Helander; s. 263 Jonathan Nackstrand/AFP/East News; s. 268 Barbara Kubska; s. 284 Staffan Böös; s. 294 Bo Persson; archiwum prywatne: s. 24, 39, 56, 77, 88, 99, 130, 152, 171, 176, 196, 206, 221, 238, 256.
Fotoedycja: Rafał Szczepankowski
Przygotowanie zdjęć do druku: Zuzanna Waligórska
Projekt graficzny makiety, skład i łamanie:
Paweł Panczakiewicz/PANCZAKIEWICZ ART.DESIGN
www.panczakiewicz.pl
ul. Czerska 8/10, 00-732 Warszawa
WYDAWNICTWO KSIĄŻKOWE:
Dyrektor wydawniczy: Małgorzata Skowrońska
Redaktor naczelny: Paweł Goźliński
Koordynacja projektu: Katarzyna Kubicka
© Copyright 2017 by Krystyna Naszkowska
© Copyright 2017 by Agora SA
Wszelkie prawa zastrzeżone
Warszawa 2017
ISBN: 978-83-268-1956-8 (EPUB), 978-83-268-1957-5 (MOBI)
Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.

Szanujmy cudzą własność i prawo!

Polska Izba Książki

Powrót nie wchodzi w rachubę

DOROTA (DOROTEA) BROMBERG

wraz z ojcem Adamem Brombergiem założyła w Szwecji wydawnictwo i zyskała sławę jako najbardziej znany wydawca literatury pięknej. Przyjechała do Szwecji w wieku lat siedemnastu, razem z rodziną, po dramatycznych przeżyciach w trakcie wydarzeń marcowych. Zgodę władz polskich na wyjazd Brombergowie dostali dopiero w 1970 roku.

Jesteś znana?

– Jeżeli chodzi o wydawców literatury pięknej, to nie ma w Szwecji innego, który byłby tak znany. Nie tylko wydaliśmy czterech noblistów, ale wydajemy najbardziej znane nazwiska literatury światowej.

Ile wydajecie tytułów rocznie?

– Jakieś trzydzieści nowych i dwadzieścia, trzydzieści wznowień. To nie jest bardzo duże wydawnictwo, nas tu pracuje sześć osób.

Czy dzisiaj też byś założyła wydawnictwo?

– Ani sekundy bym się nie zastanawiała, mam czterdzieści lat praktyki za sobą. Ale jeżeli pytasz, czy ja jako cudzoziemiec, który nie zna szwedzkiego, bym założyła dzisiaj wydawnictwo, to oczywiście, że nie. To był zupełnie wariacki pomysł, kompletnie.

To skąd ten pomysł się wziął?

– Od mojego ojca, który był wydawcą przez wiele lat w Polsce.

Był dyrektorem PWN.

– Praktycznie stworzył ten PWN. Po wojnie państwo zdecydowało, że trzeba założyć kilka wydawnictw, bo wszystko było w ruinie. Mój ojciec był jeszcze w wojsku, był oficerem, pułkownikiem, a wojsko miało dostęp do papieru. I pierwsze powojenne wydawnictwo zostało zorganizowane przez mojego ojca jako wydawnictwo wojskowe. A ponieważ ojciec był wydawcą w międzywojennej Polsce, to wiedział, jak to zrobić. Kiedy kilka lat później opuścił wojsko, zorganizował kilka innych wydawnictw, państwowych oczywiście.

On uwielbiał organizować, pasjonował się książkami. PWN pod jego kierunkiem urósł od pięciu osób, które były na początku, do wydawnictwa, które zatrudniało dziewięćset osób i wydawało tysiąc dwieście książek rocznie.

Największą zasługą ojca, czymś, z czego on był niezwykle dumny, była dwunastotomowa encyklopedia. On ją zorganizował wbrew wszystkim – za dużo tu było niebezpiecznych haseł, wszyscy się bali, więc mu powiedziano, że to jest niemożliwe, bo zbyt kosztowne.

Wymyślił subskrypcję.

– Tak, wymyślił subskrypcję. Zdobył papier i rozesłał do księgarni w całej Polsce talony na pierwszy tom encyklopedii po 180 złotych z informacją, że jeśli się zapłaci za pierwszy tom, a tego tomu w ogóle jeszcze nie było, nie było żadnego zespołu, nie było nikogo, kto by to był w stanie zrobić, to się automatycznie abonuje dwanaście tomów, które będą wychodziły dwa razy do roku. I to poszło natychmiast – 100 tysięcy talonów rozchwytano w ciągu jednego dnia. Ludzie byli niesłychanie spragnieni wiedzy, rzucili się na te przedpłaty i ojciec dostał pieniądze. W ciągu kilku tygodni zebrał olbrzymią ilość pieniędzy, włożył to w jakiś wielki samochód, pojechał do ministra kultury i powiedział, że ma pieniądze na encyklopedię. Gomułka podobno na posiedzeniu Biura Politycznego krzyczał, by te pieniądze zwrócić subskrybentom, ale uznano, że jest już za późno. I tak się zaczęło.

Ojciec opowiadał, jak walczył o hasła?

– Całe moje dzieciństwo to były rozmowy w domu o encyklopedii. O hasło „obozy koncentracyjne” była walka na śmierć i życie. Nie chciano zgodzić się na pisanie o zagładzie Żydów, Żydzi do tamtego momentu w ogóle nie istnieli w Auschwitz, byli tam tylko Polacy i inne europejskie narody. Zamiast hasła „Katyń” zostawiono białą plamę, bo nie udało się osiągnąć kompromisu z cenzurą. Ale nie tylko o takie polityczne hasła była walka. Pamiętam, kiedyś tata przyszedł do domu z guzem na głowie. Okazało się, że premier Józef Cyrankiewicz walnął ojca popielniczką, bo jego żona, aktorka Nina Andrycz miała za małą notkę w encyklopedii.

   Po 1967 roku wszystko zaczęło się walić i wydano nadprogramowy trzynasty tom, który całą tę walkę mojego ojca zniweczył. Ten tom był tylko po to, by przerobić hasła z już wydrukowanych tomów, wycinać z niego strony i wklejać. Dla niego to była straszna klęska.

Ojca wtedy już nie było w wydawnictwie?

– Nie. Wyrzucili go w 1967 roku. To już było po wojnie izraelsko-arabskiej, zaczęły się antysemickie przygotowania. Powiedziano mu, że nie nadaje się do tej pracy.

Co się stało, że wyjechaliście?

– Wszystko, co mogło się stać, pomijając jakiś fizyczny gwałt, ale wszystko inne się wydarzyło.

Mama straciła pracę?

– Oczywiście. Była biologiem, pracowała w Instytucie Badawczym Leśnictwa.

   Wyrzucili nas z mieszkania. Ojciec nie tylko stracił pracę, ale w ciągu jednego dnia został wyrzucony ze wszystkich innych miejsc swojej działalności, a uczył na przykład w szkole bibliotekarskiej historii książki, pisał bardzo dużo do gazet, miał własny program w radiu, często wypowiadał się na temat książek w telewizji. I to wszystko zabrano mu natychmiast.

   Ale to był dopiero początek. Po 8 marca 1968 roku wszystkie gazety pisały, że mój ojciec sprzedał Polskę Zachodowi, że oszukał Polskę, oszukał na masę pieniędzy. Władza zaczęła przygotowywać proces, on miał być postawiony przed sądem, groziło mu do piętnastu lat. Najpierw była kampania w prasie, telewizji i radiu. Potem zaczęli go ciągać na przesłuchania. I nagle zniknął. Przyszli do domu, zrobili rewizję i zabrali ojca ze sobą. To był rok 1969. Przepadł na sześć tygodni.

   Codziennie dzwonił telefon, ktoś mówił, że go wysłali na Sybir albo że się powiesił. Myśmy nie wiedzieli, gdzie on był, to był horror. Potem się okazało, że siedział w areszcie w Warszawie. I nagle go puścili, pewnego dnia zjawił się w domu. Od tego dnia był przesłuchiwany od ósmej rano do ósmej wieczór, codziennie, przez rok. Nie mieli żadnych pytań, ale stworzyli pokój, który nazwali „Adam Bromberg”, i w tym pokoju zbierali wszystkie możliwe dokumenty do tego procesu, m.in. od masy świadków, którzy podpisali fałszywe dokumenty. Tatę wpuścili tam, żeby czytał, co napisali.

   Akt oskarżenia miał jedno albo dwa zdania: że działał w światowym syjonistycznym związku na szkodę państwa polskiego.

Z czego żyliście?

– W ciągu pierwszych sześciu miesięcy sprzedaliśmy wszystko, co mieliśmy wartościowego, włącznie z pianinem. Potem nie mieliśmy pieniędzy na nic. Wtedy zaczęli nam pomagać ludzie, kilku naukowców z PAN napisało list i zaczęli zbierać pieniądze dla nas. Było paru przyjaciół, ale dużo mniej niż kiedyś, bo większość ludzi bała się z nami kontaktować.

Chcieliście wyjechać?

– Tak, po wyjściu taty z aresztu złożyliśmy papiery emigracyjne. Ale wtedy wezwał ojca minister spraw wewnętrznych, by mu powiedzieć, że nie ma mowy o emigracji, że my nigdy nie dostaniemy pozwolenia, gdyż tata zna różne tajemnice wojskowe. Tydzień potem moja starsza, pełnoletnia siostra dostała zgodę na wyjazd. Mieliśmy dosyć duży kryzys w naszej rodzinie, ona się bała sama jechać, nie wiedząc, czy kiedykolwiek się z nami zobaczy. Ale rodzice uznali, że powinna skorzystać z tej możliwości. To było w listopadzie 1969 roku, na dziewięć miesięcy przed nami.

   Te dziewięć miesięcy wspominam jako koszmar.

W szkole spotykały cię przykrości.

– To było więcej niż przykrości. Chodziłam do liceum na Dolnym Mokotowie, do Dobiszewskiego. W tej szkole nauczyciele się wyżywali na wszystkich osobach żydowskiego pochodzenia. Nas było dwoje w klasie, pamiętam, jak weszła nauczycielka, pociągnęła demonstracyjnie nosem i powiedziała: „Coś mi tu Żydem śmierdzi”.

   Ja zawsze dobrze się uczyłam, miałam piątki ze wszystkich przedmiotów i nagle z dnia na dzień to się skończyło. Byłam przepytywana przez godzinę, a na końcu nauczycielka historii powiedziała: „Widzę, że wiesz, ale Żydzi polskiej historii nie rozumieją i więcej niż trójkę ci nie postawię”.

   Wszystkim moim koleżankom i kolegom rodzice zakazali się ze mną kontaktować, nie miałam z kim rozmawiać. A przedtem miałam bujne życie towarzyskie. Załamało się wszystko, tylko jedna osoba, moja najbliższa przyjaciółka, nie odwróciła się ode mnie. Ona się buntowała przeciwko temu, co mnie spotyka. W tajemnicy przede mną chodziła do nauczycieli i mówiła, że tak nie można, że to nie fair, przecież ja uczę się tak samo jak dawniej. Pewnego razu wezwał ją dyrektor i powiedział, że ją wyrzucają z tak zwanym wilczym biletem, co oznaczało, że nie będzie mogła dokończyć liceum, bo nigdzie jej nie przyjmą. Wróciła do domu i otworzyła gaz. Zostawiła list, w którym opisała tę rozmowę. Wtedy mój świat kompletnie się zawalił. Szkoła postanowiła zrobić z tego pokazówkę. Zwołano wszystkich uczniów i nauczycieli i dyrektorka powiedziała, że szkoła wysłała do policji oskarżenie przeciwko mnie, gdyż to ja doprowadziłam do tego samobójstwa. Powiedziała coś takiego: tak właśnie robią Żydzi, najpierw udają przyjaźń, a potem nas zabijają. I zażądała ode mnie przyznania się, że tak właśnie zrobiłam. Miałam publicznie się do tego przyznać, w auli szkolnej wypełnionej uczniami i nauczycielami.

   To były makabryczne przeżycia. Pamiętam, że kiedy siedziałam już na promie, który wiózł nas do Ystad, to byłam tak pełna żalu, wściekłości na tych nauczycieli, że zrobiłam listę ludzi, do których chciałam napisać, by im powiedzieć, co myślę o ich postępowaniu. Oczywiście do nikogo nigdy nie napisałam.

A pamiętasz ich nazwiska czy wymazałaś je z pamięci?

– Tych najgorszych pamiętam. Czasami, kiedy rozmawialiśmy po przyjeździe tutaj z innymi emigrantami z Polski, to mam wrażenie, że te nasze przeżycia były wyjątkowo ciężkie. Troszkę było to związane z tym, że mój ojciec był znaną osobą, więc go wybrali, by zastraszyć pisarzy, dziennikarzy, świat kultury.

Wiesz, co sprawiło, że dostaliście jednak zgodę na wyjazd?

– Nie mam pojęcia. Pomimo iż ostrzegano, że nigdy nie wyjedziemy, to myśmy dalej składali papiery. I nagle dostaliśmy pozwolenie. Cała trójka. I to było kompletnie niespodziewane, bo ciągle czekaliśmy na proces. Ojciec natychmiast pobiegł do ambasady szwedzkiej, jako że siostra już była w Szwecji, i siostra mojej mamy była w Szwecji, więc tam chcieliśmy jechać. Przyjechaliśmy tutaj w sierpniu w 1970 roku. Miałam siedemnaście lat i jeszcze rok do matury w Polsce.

Nie znałaś szwedzkiego, tylko trochę angielski. A rodzice?

– Tata najlepiej sobie radził, bo znał trochę niemiecki, trochę francuski, trochę angielski, był bardzo komunikatywną osobą. Mama w ogóle nie znała żadnego języka. Siostra już wtedy studiowała biologię. Wylądowaliśmy w sierpniu w obozie dla emigrantów w południowej Szwecji. Ten obóz miał trwać trzy miesiące, ale ja uznałam, że chcę zacząć szkołę razem z innymi uczniami, a nie dołączyć w połowie jesieni. Rodzice zgodzili się, żebym sama pojechała do Uppsali do szkoły. Dostałam się do liceum, załatwiono mi pokój i stypendium. Ale chcieli, żebym zaczęła od pierwszej klasy, bo były tu cztery przedmioty, których nigdy się nie uczyłam – historia religii, nauka społeczna, literatura szwedzka i język. Wtedy się zbuntowałam i powiedziałam dyrektorowi, że w Polsce do matury został mi tylko rok i tu też chcę za rok mieć skończone liceum. On się tylko roześmiał, zwłaszcza że ja deklarowałam, iż chcę zrobić maturę na kierunku humanistycznym.

Uważałaś, że jesteś geniuszem?

– Nie, ale to, co się wydarzyło w szkole w Polsce, było tak strasznie trudne dla mnie, że nie chciałam siedzieć w szkolnej ławce ani dnia dłużej niż trzeba. Byłam zdeterminowana, w jakiś sposób dojrzałam w ciągu tych dwóch lat pod wieloma względami i postanowiłam, że nikt więcej nie będzie mną pomiatać w szkole. Oczywiście nie miałam pojęcia, do czego się zabieram.

   Miałam siedemnaście lat i sądziłam, że nauczę się języka w trzy tygodnie, może w dwa miesiące. Tymczasem to był najtrudniejszy rok w moim życiu, jeszcze ciągle, a mam teraz sześćdziesiąt dwa lata, tak myślę. Nigdy czegoś takiego nie zrobiłam ani przedtem, ani potem.

   Oczywiście nic nie rozumiałam. Postanowiłam, że będę na wszystkich lekcjach, a w domu, w nocy, postaram się zrozumieć, co myśmy zrobili tego dnia, i na dodatek zrobię lekcje na następny dzień. Siedziałam całą noc i ze słownika czytałam słówka.

   Ale była też poza językiem bariera kulturowa. Nie zdawałam sobie sprawy, do jakiego stopnia ta kultura jest różna od tej, w której wyrosłam. Przeciętny Szwed nie pokazuje emocji, kiedy jest zirytowany. Pierwszy gest jest zawsze pozytywny, inaczej niż w Polsce.

Ludzie są życzliwi?

– Tak. I tak jest szczególnie w szkole. Nauczyciele widzieli, jak się szarpałam, to była walka na śmierć i życie, widzieli, że ja naprawdę próbuję się tego nauczyć jak najszybciej, w związku z tym byli wyjątkowo życzliwi dla mnie. Tych moich prac nie można było zrozumieć, ale oni widzieli, że ja się naprawdę wytężam. W ciągu pierwszego semestru sądziłam, że idzie mi nieźle, bo oni mnie chwalili za postępy. Potem, kiedy na Boże Narodzenie zobaczyłam wyniki, to prawie zemdlałam z wrażenia, tak były beznadziejne, jedynki albo dwójki i jedna trójka.

   To było niemożliwe z takimi stopniami wyjść ze szkoły. Wpadłam w depresję, bo na dodatek miałam te cztery przedmioty, z których czekał mnie egzamin specjalny. Przepłakałam całe Boże Narodzenie. Ale troszkę się wtedy wyspałam, zebrałam siły na nowo i powiedziałam sobie, że mam jeszcze cztery miesiące, by zrobić maturę i pójść na uniwersytet.

[...]