Wyczyny Rocambole'a. Część 3 - Pierre Alexis de Ponson du Terrail - ebook

Wyczyny Rocambole'a. Część 3 ebook

Pierre Alexis de Ponson du Terrail

0,0

Opis

Po upadku Klubu Sług Serca Rocambole wyjechał z Francji do Anglii. Cztery lata później, w 1851 roku wrócił z Londynu, przeobraził się w dandysa, a przede wszystkim w niebezpiecznego przestępcę, gotowego zrobić wszystko, aby zdobyć fortunę, który kradnie i zabija bez wyrzutów sumienia, a często w zawadiacki sposób i z humorem.

Kradnie dokumenty i nazwisko markiza Alberta de Chamery, którego porzucił na bezludnej wyspie podczas katastrofy statku, i zawiązuje intrygę poślubienia Conception de Sallandrera, córki hiszpańskiego granda, wspomagany przez Andreę – sir Williamsa, którego znalazł w cyrku pod postacią O’Penny’ego, niby wodza ludożerców, całkowicie wytatuowanego…

Jednak Baccarat, obecnie hrabina Artoff, kontynuuje walkę ze złem… Rocambole zostaje złapany, oszpecony i zostanie wysłany na galery do Tulonu…

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 383

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0



Pierre Alexis de Ponson du Terrail

Rocambole

 

 

 

 

Wyczyny Rocambole’a

część trzecia

Dziewięćdziesiąta trzecia publikacja elektroniczna wydawnictwa JAMAKASZ

 

Tytuł oryginału francuskiego: Les exploits de Rocambole

 

© Copyright for the Polish translation by Andrzej Zydorczak, 2021

 

30 ilustracji, w tym 27 kart tablicowych kolorowych: Louis-Charles Bombled, Paul Kauffmann, Désiré Quesnel (wg Wydawnictwo Jules Rouff, Paris 1894)

 

Redaktor kolekcji: Andrzej Zydorczak

Redakcja: Kinga Ochojska

Konwersja do formatów cyfrowych: Mateusz Nizianty

 

 

Wydanie I 

© Wydawca: JAMAKASZ

 

Ruda Śląska 2021

 

ISBN 978-83-66268-22-7 (całość)

ISBN 978-83-66268-95-1 (część dziewiąta)

Hiszpanka

(ciąg dalszy)

 

 

Rozdział LXIX

Wysłaniec Rocambole’a

 

Następnego dnia spotkaniu się Rocambole’a z Conceptión, a w konsekwencji przybycia pana de Sallandrera do Paryża, książę de Château-Mailly, obudziwszy się, ujrzał Zampę siedzącego przy jego łóżku. Portugalczyk miał tajemniczą, pełną pokory minę, co zaintrygowało młodego księcia.

– Co ty tu robisz? – zapytał.

– Czekam na przebudzenie się Waszej Książęcej Mości.

– Dlaczego? Czy nie mam zwyczaju dzwonić, gdy cię potrzebuję?

– Wasza Wysokość ma rację.

– A więc?

– Gdyby jednak – rzekł Zampa – książę pozwolił mi mówić…

– Mów!

– I pozwolił na pewną swobodę wypowiedzi…

– Co to znaczy?

– To dlatego, bym na chwilę mógł zapomnieć, że jestem na służbie Waszej Wysokości, a zatem jego sługą, a wtedy wyrażałbym się jaśniej.

– Słucham… – rzekł książę.

– Niech książę mi wybaczy, ale znam pewne szczegóły…

– Co takiego wiesz?

– Dziesięć lat służyłem u nieboszczyka don Joségo.

– Wiem o tym.

– Mój biedny pan – mówił Zampa, wydając się wzruszony tym wspomnieniem – raczył mnie darzyć pewnym zaufaniem.

– Widocznie sobie na nie zasłużyłeś.

– Co więcej, doszło nawet do tego…

– Że zostałeś jego powiernikiem, nieprawdaż?

– Niekiedy tak bywało.

– A wtedy…?

– Wtedy dowiadywałem się o wielu rzeczach dotyczących don Joségo, panny de Sallandrera, jego kuzynki i…

– I kogo jeszcze?

– Waszej Książęcej Mości.

– Mnie! – zadrżawszy, zawołał pan de Château-Mailly.

– Don José wcale nie kochał panny Conceptión – mówił dalej Zampa.

– Ach, tak sądzisz?

– Chciał ją tylko poślubić dla tytułu i majątku.

– Rozumiem.

– Natomiast w zamian panna Conceptión strasznie nienawidziła don Joségo.

Te słowa spowodowały, że młody książę radośnie drgnął.

– Dlaczego? – zapytał.

Zampa uznał, że teraz należy udać zakłopotanie.

– Do licha! – odrzekł po chwili wahania. – Ponieważ po pierwsze kochała jego brata.

– Don Pedra?

– Tak.

– A co dalej…?

– Po drugie, po śmierci don Pedra może pokochała kogoś innego.

Te ostatnie słowa wywarły na księciu dziwne i nieznane mu wrażenie.

– A ten… ktoś? – zapytał, drżąc.

– Nie wiem, ale być może…

– Kończ wreszcie! – krzyknął niecierpliwie de Château-Mailly.

– Nie śmiem wymienić jego nazwiska, ale mógłbym opowiedzieć księciu o niektórych okolicznościach…

– Mów… – rzekł zaciekawiony książę, całą duszę zawiesiwszy na ustach swego lokaja.

– Pewnego wieczora, jakieś sześć miesięcy temu, don José posłał mnie do pałacu de Sallandrera – zaczął Zampa. – Miałem zanieść list księciu, znajdującemu się wówczas w pokoju z panną Conceptión. Z przedpokoju poprzedzającego jego gabinet, którego drzwi były uchylone, gdzie pozostawałem przez pięć minut, mogłem dosłyszeć te słowa: „Moje drogie dziecko – mówił książę – twoja piękność stawia mnie w kłopotliwym położeniu. Otóż hrabina Artoff, która przed chwilą odjechała, przybyła tu prosić o twoją rękę dla młodego księcia de Château-Mailly”. To nazwisko i te słowa wzbudziły moją ciekawość…

– I…? – dopytywał się książę.

– Spojrzawszy przez uchylone drzwi, dostrzegłem, że panna Conceptión była mocno zarumieniona.

– Ach! – wyszeptał pan de Château-Mailly, poczuwszy, że serce gwałtownie mu uderzało. – A co ona odpowiedziała?

– Nic. Książę de Sallandrera mówił dalej: „Pan de Château-Mailly nosi piękne nazwisko, ma wielką fortunę, więc nic nie było dla mnie bardziej okrutnego niż odmowa, ale dobrze wiesz, że nie mogłem postąpić inaczej.

– A co na to panna Conceptión? – zapytał z niepokojem młody książę.

– Nic nie odpowiedziała, ale wydaje się, że zdusiła westchnienie, a z czerwonej, jaka wcześniej była, nagle stała się blada.

Książę spojrzał badawczo na sługę.

– Strzeż się! – zawołał. – Gdybyś mi opowiadał jakieś bajki, gdybyś kłamał…!

– Mówię prawdę… – odparł Zampa. – Przed miesiącem, gdy prosiłem pannę de Sallandrera o list rekomendacyjny do pana…

– Ach! Więc ty ją o niego prosiłeś?

Na ustach Portugalczyka pojawił się lekki uśmiech.

– Odgadłem albo uważałem, że odgadłem – odparł – i byłem pewny, że panna de Sallandrera nie odmówi napisania tego listu i że pan może weźmie pod uwagę…

– Faktycznie dobrze to wymyśliłeś – rzekł książę. – Co dalej?

– Skoro tylko wymówiłem pańskie nazwisko i powiedziałem, że życzyłbym sobie przyjąć u niego służbę, panna Conceptión powtórnie się zaczerwieniła i nic nie mówiąc, napisała list, o który prosiłem.

– A zatem…? – zapytał książę de Château-Mailly.

– Zatem – odparł Zampa, chytrze się uśmiechając – z tego wywnioskowałem, że książę zapewne mógłby być tym…

– Milcz! – zawołał nagle pan de Château-Mailly.

– Przepraszam! – rzekł Zampa. – Może mi książę pozwoli dodać ostatnie słowo…

– Słucham.

– Don José umarł…

– Wiem o tym.

– Panna Conceptión jest teraz wolna i może wyjść za mąż.

– To także wiem.

– A ponieważ właśnie przyjechała…

– Co? Przyjechała…? Przyjechała? – poderwawszy się z łóżka, wykrzyknął de Château-Mailly.

– Tak, wczoraj rano.

– Z ojcem?

– Z księciem i księżną.

Ta wiadomość sprawiła chwilowy zamęt w myślach pana de Château-Mailly. Podniósł się szybko i ubrał, jak gdyby chcąc natychmiast wyjść. Ta gorączkowa niecierpliwość trwała jednak zaledwie chwilę. Powrócił mu rozum z jego zimnymi kalkulacjami i książę z największym spokojem oświadczył Zampie:

– Skąd wiesz, że książę de Sallandrera powrócił…?

– Dowiedziałem się tego wczoraj wieczorem, od jego lokaja.

– Och…!

– Pomyślałem więc, że książę nie pogniewa się, gdy się o tym dowie.

– Dobrze, dobrze! – rzekł pan de Château-Mailly. – Zostaw mnie.

Zampa wyszedł, nie wypowiedziawszy już ani słowa. Wtedy młodzieniec usiadł przy biurku, oparł głowę na rękach i zatopił się w rozmyślaniach.

– Mój Boże! – szepnął w końcu. – Gdyby ten sługa mówił prawdę… gdyby… mnie ona kochała… mój Boże!

Następnie wziął pióro i drżącą ręką napisał następujący list skierowany do księcia de Sallandrera:

 

Szanowny książę!

Przed nakreśleniem tego listu hrabina Artoff zapewne powiadomiła Pana, w jak doniosłej kwestii pragnąłbym pomówić osobiście. Łączący nas związek bliskiego pokrewieństwa daje mi niejako nadzieję uzyskania przychylnej odpowiedzi na moją prośbę. Będę szczęśliwy, jeżeli Pan raczy mnie u siebie przyjąć.

Pański posłuszny i pełen szacunku

Książę de Château-Mailly

 

Po napisaniu zapieczętował list i zadzwonił.

– Zampa – powiedział do lokaja – zanieś ten list do pałacu Sallandrera i z powrotem przynieś mi odpowiedź.

– Tak, mości książę.

Zampa wziął list i ruszył w stronę drzwi.

– Weź mój kabriolet lub wsiądź na konia, abyś prędzej dojechał.

Zampa ukłonił się i wyszedł.

Ponieważ książę de Château-Mailly wyjeżdżał konno codziennie rano, zawsze miał na dziedzińcu o godzinie dziewiątej w zimie i piątej latem osiodłanego wierzchowca.

– Z rozkazu księcia – biorąc konia z rąk stajennego i zwinnie na niego wskakując, rzucił Zampa.

 

Pałac księcia, jak sobie przypominamy, stał się przy placu Beauvau.

Zampa początkowo pomknął galopem na przedmieście Saint-Honoré, mając zamiar jechać ulicą Royale, by dotrzeć na plac Ludwika XV i lewy brzeg Sekwany, ale dojechawszy do ulicy de la Madeleine, skręcił gwałtownie w lewo i podążył ulicą de Surène.

Tam czekał na niego Rocambole w swojej peruce blond, ubrany w polonez. Zampa podał mu list. Rocambole rozpieczętował go ze zwykłą sobie zręcznością i przeczytał, a następnie kazał sobie opowiedzieć rozmowę sługi z księciem de Château-Mailly.

– Co teraz mam robić? – zapytał Zampa.

– Wykonać skrupulatnie moje wczorajsze polecenia.

– Ten list w niczym ich nie zmienia?

– Absolutnie w niczym, lecz…

Rocambole przez chwilę zdawał się rozmyślać.

– Czy wiesz, gdzie książę chowa ten piękny zeszyt, który mi przynosiłeś pewnego wieczora, zapisany ręką jego rosyjskiego krewnego, pułkownika de Château-Mailly? – zapytał.

– W którym mu wyjawia, że jest jednym z Sallandrerów?

– Dokładnie ten.

– Gdy mi go pan oddał, włożyłem go do sekretarzyka.

– I ciągle tam jest?

– Nie.

– Więc gdzie się znajduje?

– Książę włożył go do szkatułki z drzewa sandałowego1, w której przechowuje różne dokumenty i wartościowe papiery, banknoty i akcje przemysłowe.

– Ta szkatułka znajduje się w biurku?

– Nie.

– Więc gdzie ją schował?

– Stoi na stole, który służy mu do pisania, obok kominka w jego gabinecie.

– Bardzo dobrze – odparł Rocambole.

Przez dłuższą chwilę znowu nad czymś rozmyślał.

– Powiedz mi, czy ta szkatułka zwykle tam stoi? – badał dalej.

– Czasami. Niekiedy też książę chowa ją do sekretarzyka, ale tego ranka stała na stole, ponieważ dziś jest zbyt wzburzony, by się nią zajmować.

– Masz zapasowy kluczyk do szkatułki?

– Do licha, oczywiście!

– Wspaniale!

– Co trzeba zrobić?

– Zanieś najpierw ten list i rzuć się do stóp panny Conceptión. Chyba wiesz, w jakim celu?

– Dobrze… A potem?

– Potem przyniesiesz mi list, który napisze książę de Sallandrera do pana de Château-Mailly. Teraz ruszaj…

Zampa opuścił Rocambole’a, dosiadł konia i pomknął jak strzała do pałacu Sallandrerów, zostawiwszy Rocambole’a pogrążonego w bardzo intensywnych rozmyślaniach. Zampa zapytał, czy książę już wstał, a potem, kiedy mu powiedziano, że pan de Sallandrera poszedł bardzo późno spać i prawdopodobnie jeszcze nie wstał, poprosił lokaja, by poszedł do panny Conceptión i zapytał ją, czy zechce go przyjąć.

Panna do Sallandrera, mimo że bardzo późno udała się na spoczynek i spędziła noc prawie bezsennie, wstała wcześnie.

Choć żądanie Zampy niezwykle ją zdziwiło, poleciła wprowadzić go swojej pokojówce. Ten człowiek budził w niej rodzaj instynktownego obrzydzenia. Uważała go za wcieloną potępioną duszę don Joségo za jego życia i zwykle miotała nią dziwna odraza, gdy Zampa się do niej zbliżał. Tymczasem jednak w tym momencie uczucie ciekawości przeważyło u niej nad wstrętem, jaki w niej wywoływał, gdy go przyjmowała.

Zampa wszedł jak zwykle pochylony, płaszcząc się, i złożył głęboki ukłon pannie de Sallandrera. Następnie spojrzał znacząco na pokojówkę. Conceptión zrozumiała, że chciał z nią pomówić bez świadków.

Dała znak ręką służącej, aby ta odeszła.

– Pani – rzekł Zampa, gdy pozostał sam z dziewczyną – stoi przed tobą wielki winowajca, ścigany wyrzutami sumienia, który przyszedł błagać panią o miłosierdzie i przebaczenie.

Rzekłszy to, ukląkł przed nią.

– Jaką zbrodnię popełniłeś, panie Zampa? – zapytała bardzo zaskoczona Conceptión.

– Zdradziłem panią!

– Ty… mnie… zdradziłeś?!

– Tak! – odrzekł pokornym głosem.

– W jaki sposób? Czyżbyś kiedyś należał do naszej służby? – pytała wyniośle.

– Służyłem u don Joségo.

– No i co z tego?

– Don José kazał mi panią szpiegować.

– Och…! – zawołała ze wzgardą.

– Byłem oddany mojemu panu – mówił dalej Zampa. – Dałbym się dla niego posiekać, wszystko, co mi polecał, ślepo wypełniałem.

– Tak więc mnie… szpiegowałeś?

– Gdyby pani mi pozwoliła, powiedziałbym, w jaki sposób się to działo.

– Mów – rzekła Conceptión.

– Don José wiedział, że pani go nie kocha i tylko podąża za wolą swego ojca.

– Co dalej? – zapytała młoda dziewczyna.

– Wiedział, a może odgadywał, że pani kocha… innego.

Conceptión zadrżała, wstała i zmierzyła Zampę pogardliwym spojrzeniem.

– Don José – mówił dalej Zampa – kazał mi wieczorami czatować w okolicy pałacu.

Dziewczyna zbladła.

– Był przekonany, że jeżeli pani go nie kocha, to dlatego, że może pokochała pana de Château-Mailly.

– To nieprawda! – zawołała żywo Conceptión.

– Otóż wieczorem – ciągnął Portugalczyk – gdy szedłem bulwarem des Invalides…

Zamilkł. Panna de Sallandrera zaczęła drżeć.

Po chwili Zampa kontynuował:

– Dostrzegłem jakiegoś mężczyznę wysiadającego z powozu na nabrzeżu, idącego pieszo bulwarem i zatrzymującego się przy furtce ogrodowej pałacu. Tam czekał na niego pani Murzyn.

– Nędzniku! – zawołała ze wzburzeniem Conceptión. – Zamilcz…!

– Niech pani raczy wysłuchać mnie do końca, a może mi przebaczy…

– Co masz mi więcej do powiedzenia? – zapytała Conceptión.

– Widziałem tego człowieka wchodzącego, widziałem godzinę później, jak wychodził…

– I… poznałeś go?

– Nie, ponieważ nie był to książę de Château-Mailly, lecz jakiś zupełnie nieznany mi mężczyzna.

Conceptión odetchnęła.

– Nazajutrz – mówił dalej Zampa – doniosłem o tym don Josému.

– A co on na to…?

– Tym lepiej – rzekł do mnie don José – skoro to nie jest książę, którego nienawidzę z całego mego serca. Łatwiej zniósłbym rywalizację całego świata niż jego.

– I nie starałeś się dowiedzieć…? – zapytała Conceptión.

– Kim był ten człowiek?

– Tak – wybełkotała Conceptión.

– Nie, pani, ponieważ don José tego dnia by go zabił, ale…

Zampa znowu zamilkł, jakby jeszcze się wahając.

– Mów! – ciężko oddychając, rozkazała Conceptión.

– Ale wiem – wyjąknął z wysiłkiem Zampa – kto zamordował mego biednego pana…

Conceptión posiniała.

– Wiem i poprzysiągłem się zemścić…!

Panna de Sallandrera poczuła, jak gdyby ziemia rozstępowała się pod nią, i prawie padła, zemdlona. Czyżby ten lokaj posiadł jej tajemnicę?

– Mordercą don Joségo – mówił dalej Portugalczyk – jest książę de Château-Mailly!

Bez wątpienia chciała wykrzyknąć: „To fałsz, on go nie zabił”, jednak czy mówienie tego nie znaczyłoby oskarżyć, zgubić samą siebie? Czy nie byłoby to przyznanie się przed Zampą, że znała prawdziwego mordercę don Joségo? Tak więc pochyliła tylko głowę i milczała.

– Od dnia, kiedy powziąłem to przekonanie – mówił dalej Zampa – mam tylko przed sobą jeden cel, jedną gorącą myśl… Pomścić mojego pana! Z tego powodu widzi mnie pani u swoich stóp błagającego o przebaczenie…

 

Conceptión nakazującym gestem rozkazała mu powstać.

– Nie wiem, czy jesteś szalony, panie Zampa – powiedziała – ale nie rozumiem, dlaczego prosisz mnie o przebaczenie… Nie zdradziłeś mnie, ponieważ służyłeś wówczas u don Joségo.

– To prawda, ale ośmieliłem się naśladować pani pismo! – rzekł Zampa.

– Moje pismo…!

– I udałem się do pana de Château-Mailly jakoby z listem od pani.

– Dlaczego? W jakim celu? – zapytała żywo Conceptión.

– Chciałem, by przyjął mnie do swej służby.

– I… przyjął cię?

– Jestem jego kamerdynerem.

W spojrzeniu dumnej Hiszpanki pojawiła się błyskawica. Przez chwilę była gotowa wskazać drzwi temu człowiekowi i zawołać: „Precz! Będę się starała wygnać cię od księcia”, ale zapanowała nad sobą. Czy Zampa nie posiadał części jej tajemnicy, skoro wieczorem widział mężczyznę wchodzącego furtką od ogrodu do pałacu? Oczekiwał go jej Murzyn, więc nie można było wątpić, że szedł do niej.

Tak więc Conceptión z początku nic nie odpowiedziała, a potem popatrzyła na Zampę i rzekła do niego:

– Dobrze, nie powiadomię o twoim podstępie pana de Château-Mailly, ale co zamierzasz robić u niego?

– Pomścić don Joségo.

– W jaki sposób?

– Przeszkadzając księciu w zdobyciu pani ręki.

– On wciąż o tym myśli? – ponownie zadrżawszy, zapytała dziewczyna.

– Bardziej niż kiedykolwiek! – stwierdził Zampa.

Panna do Sallandrera zadygotała do szpiku kości.

 

 

 

 

1 Sandałowce (Santalum) – rodzina drzew, z których najważniejszy jest sandałowiec biały (Santalum album), niewielkie (do 9 m wysokości), półpasożytnicze drzewo rodzime w Indiach, uważane tam za święte, przyjemnie pachnące drewno używane jest do wyrobu rzeźb, ozdób, mebli, pozyskuje się też z niego olejek sandałowy.

Rozdział LXX

Pożar

 

Zampa mówił dalej:

– Książę de Château-Mailly ciągle i bardziej niż kiedykolwiek usiłuje otrzymać pani rękę i gdybym śmiał wszystko opowiedzieć…

– Mów! – z nagłą energią zawołała Conceptión.

– Mógłbym łatwo udowodnić, jakim nikczemnikiem jest ten człowiek!

Conceptión patrzyła na Zampę z pewnym osłupieniem. Czy książę de Château-Mailly mógł być nikczemnikiem?

Bandyta wiedział jednak, jak nadać swej fizjonomii taki pozór szczerości i dobrej wiary, że dziewczyna dała się tym zwieść.

Po chwili milczenia Zampa dodał:

– W imię Nieba, pani, racz mnie wysłuchać do końca.

– Mów – poleciła Conceptión.

– Hrabina Artoff i książę de Château-Mailly zmówili się przed tygodniem, że znajdą sposób powtórnego zbliżenia się do pani.

– Hrabina Artoff?

– Tak, było to przed katastrofą… – rzekł Zampa.

– Przed jaką katastrofą?

– Prawda – powiedział – pani dopiero od wczoraj jest w Paryżu, więc nie wie, co się tu wydarzyło.

– A co takiego się tu stało? – zapytała.

– Hrabia wiedział wszystko.

– Co?! Wszystko?

– Wszystko o postępowaniu żony i jej intrygach z panem Rolandem de Clayet…

Te słowa wprawiły Conceptión w osłupienie.

– Doszło do pojedynku.

– Pojedynek…!

– To znaczy hrabia oszalał na placu boju, tak bardzo kochał swoją żonę, która jak widać, nie kochała go, a pojedynek się nie odbył.

– Ależ to wszystko jest straszne, niesłychane! – zawołała młoda dziewczyna, która do tej pory miała jak najlepszą opinię o Baccarat.

– Och! Poczekaj więc, zobaczysz… – powiedział Zampa. – Podobno hrabina i książę byli… bardzo blisko… To było całkiem proste, książę i hrabia są bliskimi przyjaciółmi. Hrabina jako dobra przyjaciółka chciała cię poślubić z księciem, ale zobaczysz…

Zampa zrobił pauzę.

– Co dalej? – zapytała niecierpliwie Conceptión.

– Hrabia pewnego wieczora był u niego, jakieś osiem lub dziesięć dni temu, kiedy przybyła hrabina, zupełnie sama, dobrze zawoalowana, owinięta w duży szal. Byłem w toalecie obok palarni księcia pana i słyszałem ich rozmowę.

– Ach! O czym rozmawiali?

– Najpierw hrabina rzuciła się bezceremonialnie na fotel, dała się ująć za obie ręce i rzekła do księcia:

„– Mój chłopcze, dziś rano przyszedł mi do głowy niezły pomysł…

– Jaki? – zapytał książę.

– Taki, by uczynić cię grandem Hiszpanii.

– Cóż, już taki miałaś i widzisz, że się nie udał.

– Ale don José żył.

– Zgadza się.

– Teraz, kiedy nie żyje, dzięki mojemu pomysłowi wszystko pójdzie dobrze.

– Co to za pomysł?

– Masz krewnych w Rosji, a jeden jest sąsiadem hrabiego. Przyjmiemy od niego dobry, mały list ujawniający ci rzekomą rodzinną tajemnicę i wyjaśniający, że możesz siebie nazywać Sallandrera, tak jak ojciec Conceptión.

– Ależ to absurd! – zawołał książę.

– Wcale nie. Wymyśliłam świetną historię”.

Potem nachyliła się do ucha księcia i długo do niego mówiła, ale tak cicho, że nie mogłem usłyszeć. Dopiero gdy to poufne zwierzenie dobiegło końca, usłyszałem, jak książę powiedział:

„– Twoja mała historia jest ładna, ale trudność będzie polegała na znalezieniu listu, który nie istnieje.

– Ba…! Znajdziemy paleografa2, który się tym zajmie”.

W tym momencie zadzwonił książę i nic więcej nie usłyszałem – dokończył Zampa.

Conceptión była zdruzgotana i nic nie odpowiedziała.

– A teraz, pani – dodał Portugalczyk – jeśli zechcesz mi zaufać, przysięgam ci, że zdemaskuję księcia de Château-Mailly.

Conceptión nie miała czasu na odpowiedź. Weszła jej pokojówka i powiedziała do Zampy:

– Jego Ekscelencja Książę czeka na pana.

– To list od mojego nowego pana do pana de Sallandrera – powiedział cicho Zampa do młodej dziewczyny – na który muszę przynieść z powrotem odpowiedź.

Zampa odszedł, ale zanim wyszedł, miał jeszcze czas, aby powiedzieć Conceptión te ostatnie słowa:

– Pani znów mnie zobaczy.

***

– No cóż, mój biedny Zampo – powiedział książę, który przeczytał list przyniesiony przez lokaja – jesteś więc na służbie u pana de Château-Mailly?

– Chwilowo, mości książę, bowiem Wasza Ekscelencja doskonale wie, że należę do niego duszą i ciałem.

– Zrobię coś dla ciebie – odparł książę – na pamiątkę mojego biednego don Joségo, który bardzo cię kochał.

Zampa zakrył dłonią oczy i otarł wyimaginowaną łzę.

– Ale – ciągnął książę – niech mnie diabli, jeśli wiem, co chce mi powiedzieć twój nowy pan… Nic nie rozumiem z jego listu. Zresztą oto moja odpowiedź, zanieś mu ją.

Zampa wziął list od księcia i pobiegł na ulicę de Surène.

Rocambole już tam na niego czekał.

List księcia został rozpieczętowany w ten sam sposób, z tymi samymi środkami ostrożności, które już ujawniliśmy. Rocambole przeczytał:

 

Mości książę!

Nie otrzymałem żadnego listu od hrabiny Artoff. Jest prawdopodobne, że jeśli napisała do mnie, jej list dotarł do Sallandrera po moim wyjeździe i wróci do mnie do Paryża. Nie wiem, jakie więzi rodzinne masz na myśli, i byłbym szczęśliwy, gdybyś mógł mi udzielić kilku wyjaśnień.

Czekam na Pana i nie ruszam się z mojego domu.

Twój

książę de Sallandrera

 

Rocambole na nowo zapieczętował list, pomyślał przez chwilę i powiedział:

– Czy twój pan jest ubrany?

– Zostawiłem go w szlafroku.

– Gdzie kładzie klucze do sekretarzyka i szkatułki?

– Zwykle są w kieszeni spodni, kiedy wychodzi, i na kominku w palarni, zanim się ubierze.

– Bardzo dobrze. Dam ci pewne instrukcje.

– Czekam na nie.

– Z dwóch rzeczy wydarzy się jedna: albo książę pospiesznie pobiegnie do pałacu Sallandrera i nie pomyśli o zabraniu słynnego pamiętnika pułkownika, jego krewnego, albo będzie chciał go przynieść jako dowód, by przekonać księcia.

– To jest możliwe…

– Wtedy zręcznie ukryjesz klucze. Będzie ich szukał, nie znajdzie ich i powie sobie: „Znajdę je, kiedy wrócę do domu, albo wyważę zamek szkatułki”. Wtedy odjedzie bez pamiętnika.

– Dobrze. A wtedy…?

– Więc kiedy odjedzie, zniszczysz pamiętnik.

– Jak?

– Ogniem.

– Spalę go?

– To znaczy spalisz stół, szkatułkę, dokumenty…

– A co z banknotami?

– O, cnotliwy głupcze…! – zawołał człowiek w polonezie. – Schowasz je do kieszeni. Czyż popiół wszystkich papierów na świecie nie jest tego samego koloru…?

– Tak też sobie pomyślałem.

– Rozniecisz niewielki pożar i wrzucisz szkatułkę w ogień.

– Dobrze, doskonałe zrozumiałem.

***

Książę de Château-Mailly owinięty w szlafrok, przechadzał się wielkimi krokami po swej palarni, z niewysłowioną niecierpliwością oczekując na powrót Zampy.

Otrzymawszy list, drżącą ręką złamał pieczęć i przeczytał. Podczas czytania Portugalczyk, niby porządkując różne przedmioty na kominku, wsunął zręcznie w rękaw znajdujący się tam mały pęk kluczy. Książę nie myślał teraz ani o kluczach, ani o szkatułce.

– Zampa, szybko mnie ubieraj i każ zaprzęgać konie – zawołał.

– Książę wyjeżdża?

– Natychmiast.

Zampa otworzył okno palarni wychodzące na podwórze i zawołał:

– Kareta dla księcia pana!

Następnie ubrał swojego pana wrzącego gorączkową niecierpliwością dziecka, a po mniej więcej kwadransie ubrany książę zszedł na dziedziniec, wskoczył do swej karety i zawołał do lokaja:

– Ulica de Babylone, pałac Sallandrera!

– Słowo honoru! – szepnął Zampa, znalazłszy się sam w palarni swojego pana. – Ten człowiek w polonezie jest wspaniały! Kazał mi wrzucić szkatułkę w ogień, a zapomniał, że jest lato i że kominek jest zapchany mchem… Ba! Mech zapewne jest suchy, może się dobrze palić… Cóż łatwiejszego jak wynaleźć ku temu pozór? Książę dziś rano palił cygara, następnie pieczętował list… Rzucił niezgaszoną zapałkę w kominek, mech się zapalił, a potem ogień rozprzestrzenił się na dywan, z dywanu na stół, a ze stołu na papiery. I oto stało się!

Wtedy Zampa otworzył szkatułkę i starannie ją przetrząsnął. Wyjął sławny manuskrypt, wrzucił do kominka, wsunął do kieszeni kilkanaście banknotów, pozostawił akcje dróg żelaznych, z jakich nie mógł korzystać bez narażenia się na niebezpieczeństwo, a zamknąwszy opróżnioną szkatułkę, również rzucił ją na mech. Następnie wziął zapałkę i podpalił go, zapalając przy tym różne papiery leżące na stole i te wrzucone do kosza na śmieci.

Zrobiwszy to, wyszedł z pokoju, zamknął drzwi i rzekł do siebie:

– Za kwadrans będę krzyczał: „Pali się!” i poślę po strażaków, gdyż nie można pozwolić, by spalił się cały pałac. Był ubezpieczony, a ja nie chcę rujnować towarzystwa ubezpieczeniowego.

***

Gdy pan de Château-Mailly przybył do pałacu Sallandrera, książę przyjął go w obszernym, surowo umeblowanym salonie, przyozdobionym kilkoma portretami rodzinnymi, wybranymi z galerii starego hiszpańskiego zamku.

Kiedy młody książę wszedł, kastylijski szlachcic powstał z majestatyczną dumą prawdziwego hidalga, podszedł do niego i przywitał go, po czym wskazał mu krzesło.

– Zechciej usiąść, książę – rzekł do niego.

Pan de Château-Mailly był mocno wzruszony, co nie uszło uwadze księcia de Sallandrera, który pospiesznie zabrał głos.

– Książę, proszę mi wybaczyć – rzekł – że nie udałem się do ciebie, zamiast tu oczekiwać na twoją wizytę, ale żałoba, którą noszę bardziej w głębi serca niż na ubraniu, nie pozwala mi, przynajmniej na razie, gdziekolwiek się pokazywać.

– Książę, to moim obowiązkiem było przybyć do pana – odrzekł pan de Château-Mailly.

Po wygłoszeniu owych banalnych grzeczności, dwaj szlachcice powitali się powtórnie. Potem pan de Sallandrera zabrał głos.

– Piszesz mi o jakimś liście hrabiny Artoff? – zapytał.

– Tak, panie.

– Zapewne ten list znajduje się w Sallandrera.

– To tam został skierowany.

– I on dotrze tam po moim wyjeździe.

– To jest prawdopodobne.

– Przyślą mi go więc do Paryża, ale zanim nadejdzie, może mi pan powiedzieć…

– Co on zawierał, prawda?

– Dokładnie.

– Oczywiście, mości książę.

Pan de Château-Mailly opowiedział tę historię, którą już znamy, opierającą się na twierdzeniu starego pułkownika, że obaj byli Sallandrerami, czyli krewnymi w prostej linii.

Książę słuchał tego wszystkiego w osłupieniu.

– Jakie to wszystko jest dziwne! – zawołał w końcu.

– Dziwne… Faktycznie.

– Wydaje mi się, że śnię…

– Początkowo i ja tak sądziłem.

– Panie – rzekł de Sallandrera – niech mnie Bóg broni, abym miał wątpić na chwilę w twoje słowa, ale zechciej zrozumieć pewną rzecz…

– Słucham pana.

– Czy jesteś pewny, że nie zostałeś zmistyfikowany?

– Coś takiego…!

– Kto wie, czy pański krewny, którego list bardzo chciałbym odczytać, czasem nie żartuje z ciebie?

– Panie – odrzekł młodzieniec – dziś wieczorem lub najpóźniej jutro powróci goniec wysłany do Odessy, by przywieźć do Paryża te dwa dokumenty, o których mówię. Co do listu mego krewnego, dostarczę go panu w ciągu dziesięciu minut…

Książę de Château-Mailly podniósł się i został odprowadzony do drzwi przez księcia de Sallandrera.

Młodzieniec szybko podbiegł do karety i rzucił woźnicy:

– Do pałacu… Całym pędem…!

– Dziwna rzecz! – szeptał podczas drogi. – Książę de Sallandrera wyglądał, jakby mi nie wierzył.

***

Faktycznie, po odjeździe pana de Château-Mailly, don Paez, książę de Sallandrera, ogarnięty nagłymi emocjami, opadł na fotel.

– Jakże to wszystko jest niesłychane, dziwne, niewytłumaczalne – wyszeptał. – Jak może być prawdą to, co twierdzi książę, skoro w naszych rodzinnych dokumentach, w naszych tradycjach nie ma żadnej wzmianki o takim wydarzeniu? Gdyby jednak tak było, gdyby te dwa dokumenty naprawdę istniały…

Na tę myśl stary hidalgo zerwał się na równe nogi.

– Och, ale wtedy – powtórzył – Sallandrerowie nie umarli… Nie umrze też nasze szlachetne nazwisko i przez wieki będzie świeciło swym jasnym blaskiem! Wtedy Conceptión poślubi księcia… To jest absolutnie konieczne!

Gdy kończył półgłosem wymawiać te słowa, drzwi otworzyły się i w progu ukazała się Conceptión.

– Wejdź, moja córko – powiedział książę uroczystym tonem.

Młoda Hiszpanka drgnęła z obawy, ujrzawszy rozpromienioną twarz ojca.

– Chodź i siądź tu przy mnie – ciągnął książę. – Chcę ci oznajmić wielką nowinę, która nadzieją i radością napełnia me serce.

Dziewczyna popatrzyła na niego, zdumiona. Książę wziął ją za rękę i posadził przy sobie na sofie.

– Conceptión – rzekł – odmłodniałem o dwadzieścia lat!

– Jak to, mój ojcze?

– Jeśli przewidywane wydarzenie się spełni, jeśli się nie pomylę…

– A zatem, mój ojcze…?

– Zatem zamiast zejść do grobu z bladym czołem i duszą w żałobie, jak człowiek, który umiera bezpotomnie i widzi wygasający swój własny ród, Bóg przedłuży mi może jeszcze życie i pozwoli zobaczyć młodych spadkobierców mojego nazwiska, pochodzących od ciebie i…

– Mój ojcze – przerwała Conceptión, która choć nie odgadła całej prawdy, to jednak zrozumiała, że książę wybrał dla niej małżonka – chyba zapominasz, że jesteś ostatnim z rodu Sallandrerów i że kobiety…

– Mylisz się, moje dziecko.

– Ja… ja się mylę?

Conceptión zaczęła drżeć i z trwogą popatrzyła na księcia.

– Tak – odrzekł – jak się wydaje, znalazł się na świecie, nawet tu w Paryżu, człowiek noszący nazwisko Sallandrera, z tego samego rodu co ty i ja. Ten człowiek, jeżeli zdoła dowieść mi naszego wspólnego pochodzenia, musi zostać twym małżonkiem, Conceptión. To konieczne!

– Ojcze, na Boga! – zawołała.

– Honor i przedłużenie naszego rodu przede wszystkim – dodał stary hidalgo z despotycznym egoizmem człowieka, niewolnika własnych tradycji.

Conceptión poczuła się bliska omdlenia, a drżący głos zamarł jej w gardle. W tym momencie rozległ się turkot wjeżdżającego pędem na dziedziniec powozu. Po minucie dało się słyszeć kroki na schodach, potem w przedpokoju, po czym lokaj otworzył na oścież drzwi.

W progu ukazał się mężczyzna.

Na jego widok Conceptión cofnęła się i doznała zawrotów głowy. Był to książę de Château-Mailly.

– Oto i on! – mruknął hidalgo z akcentem tryumfu.

Tymczasem młody książę był blady i wzburzony. Wszystko to zdradzało w nim ciężkie wstrząśnięcie.

 

 

 

 

2 Paleografia – nauka pomocnicza historii, badająca dzieje i rozwój dawnego pisma, narzędzi i materiałów piśmiennych.

Rozdział LXXI

Dalsze matactwa Rocambole’a

 

Pan da Château-Mailly był tak blady, tak wzburzony, że stary książę od razu przeczuł jakąś katastrofę.

– Na Boga, książę! – zawołał. – Czy coś się panu stało?

Młodzieniec ukłonił się Conceptión i poczuł, że na jej widok cała krew napłynęła mu do serca.

Pan de Sallandrera dał córce przyjazny znak.

Panna da Sallandrera, oddawszy ukłon młodemu księciu, usiadła o kilka kroków dalej.

Pan de Château-Mailly, stojąc niemy na środku salonu, wydawał się czekać na pytanie księcia de Sallandrera.

– Co się stało, książę? – powtórzył ten ostatni.

– List został spalony – wybełkotał wreszcie młodzieniec.

– Spalony…!

– Razem ze wszystkim, co się znajdowało w szkatułce, w której go umieściłem.

– Książę, zechciej mi to wyjaśnić – powiedział stary książę.

De Château-Mailly uczynił wysiłek, odzyskał przytomność umysłu i wyrzucił z siebie:

– List pułkownika de Château-Mailly, mego krewnego, schowałem w szkatułce, gdzie zwykle trzymam wszystkie papiery wartościowe. To pudełko leżało na stole przy kominku w gabinecie, który opuściłem, aby tu przybiec. Po powrocie zastałem pałac pełen żołnierzy i strażaków. Ogień wybuchł właśnie w tym gabinecie, a wszystkie znajdujące się w nim przedmioty były już pochłonięte przez płomienie…

– Ale w końcu – zapytał książę – ogień został ugaszony?

– Tak, ale jakie to ma znaczenie! Wolałbym, żeby mój pałac raczej cały spłonął, niż widzieć zniszczony…

Książę zamilkł na chwilę i otarł zlane potem czoło.

– Dokończ – powiedział pan de Sallandrera.

– Zamiast oglądać zniszczony pamiętnik napisany przez mojego krewnego, pułkownika de Château-Mailly.

– Jak to?! – wykrzyknął książę. – Ten pamiętnik…

– Spalony! Ze szkatułką, w której znajdował się pośród akcji przemysłowych i banknotów…

Książę mówił z takim akcentem prawdy, z takim prawdziwym bólem, że przekonał pana de Sallandrera.

– Dobrze! – powiedział hidalgo. – Ale pociesz się, drogi książę, pamiętnik twego krewnego nie jest listem mojego przodka, który nie żyje od stulecia, ani tym bardziej oświadczeniem biskupa Burgos, który umarł tak jak on. Twój krewny wciąż jest na tym świecie, może od nowa przepisać to, co napisał.

– Och, z pewnością! – odparł książę, którego pierś nadęła się radością i dumą. – Poza tym wkrótce powinien przybyć posłaniec wysłany do Odessy przez hrabinę Artoff, gdyż wyjechał przed dwoma tygodniami.

Pan de Sallandrera spojrzał na córkę.

Conceptión, siedząca w drugim końcu salonu, była blada, niespokojna i spuściła wzrok. Szlachetny hidalgo uważał, że to bardzo naturalne i uzasadnione uczucie w obecności mężczyzny, który jak musiała zrozumieć, prawdopodobnie wkrótce zostanie jej mężem.

Potem wyciągnął rękę do pana de Château-Mailly.

– Mości książę – powiedział – czy trzeba panu mówić, że między ludźmi takimi jak my wymienione słowo…

– Ma większą wartość – przerwał pan de Château-Mailly – niż wszystkie pergaminy świata.

– To prawda. No cóż! Przynieś mi te dwa listy – dodał cicho, jakby nie chciał, żeby Conceptión to usłyszała. – I…

Zamilkł i ponownie spojrzał na córkę.

Panna de Sallandrera nadal miała spuszczone oczy i wydawała się nieobecna podczas rozmowy jej ojca z panem de Château-Mailly.

– I…? – zapytał młodzieniec, drżąc z niecierpliwości i nadziei.

– Zostaniesz moim synem – szepnął książę, który położył palec na ustach i jednocześnie wstał, jakby chciał wskazać panu de Château-Mailly, że nie powinien przedłużać wizyty.

Młody książę zrozumiał, pożegnał się, ukłonił się dziewczynie, która podnosząc oczy, objęła go zimnym i niemal pogardliwym spojrzeniem, i natychmiast wyszedł.

Bez wątpienia książę de Sallandrera zamierzał zbliżyć się do swojej córki i zrobić to, co w małżeńskich sformułowaniach można nazwać „uwerturą”, ale w tej chwili weszła księżna, a wraz z nią starsza dama znana paryskiemu światu pod nazwiskiem baronowej de Saint-Maxence.

Baronowa była bardzo gadatliwa, bardzo bogata, bardzo pruderyjna. Patronka wszelkiego rodzaju pobożnych fundacji często przychodziła do księżnej de Sallandrera.

Nagłe pojawienie się tej osobistości zamknęło więc usta księciu w sprawie pana de Château-Mailly i pozwoliło Conceptión odetchnąć, gdyż biedna dziewczyna od kilku minut siedziała jak na torturach.

Baronowa przytłoczyła księcia wyrazami kondolencji po stracie don Joségo. Wydawała się bardzo zainteresowana Conceptión, więc potem, gdyż ta ostatnia pozostawała zimna i powściągliwa, rozmowa potoczyła się w przeciwnym kierunku. W ciągu kwadransa gadatliwa baronowa poinformowała hiszpańską rodzinę o najnowszych salonowych obmowach i plotkach. Mówiła to o małżeństwie księcia K…, to o pogrzebie marszałka Z…, to znów o pojedynkach neapolitańskiego markiza F… Jak kronikarz znający swoją profesję i wartość każdej skandalicznej anegdoty zakończyła wreszcie ten mały przegląd salonów historią o hrabim Artoffie.

– A propos – zaczęła z udanym smutkiem i melancholią – czy wiecie, że ten biedny hrabia postradał zmysły?

– Co też pani mówi? – zawołał książę.

– Jak to…?! – powtórzyła księżna. – Hrabia Artoff zwariował?

– Na dobre, pani.

– Ale dlaczego…? Kiedy?

– Przed tygodniem o siódmej rano, w Lasku Vinceńskim, w chwili gdy miał zacząć pojedynek.

– Z kim miał się bić, na Boga?

– Z panem Rolandem de Clayet.

– Cóż to za osobnik? – zapytał książę.

– To był jego rywal.

– Rywal hrabiego! Chyba pani sobie żartuje? – zawołała bardzo zaskoczona księżna.

– Ależ, wielki Boże! – odpowiedziała baronowa. – Widać, że państwo wracacie z Hiszpanii, skoro o niczym nie wiecie.

– Faktycznie, nic o tym nie wiemy – rzekł książę.

– A więc, hrabina Artoff, ta kobieta, która nas tak wszystkich zadziwiła, była wstrętną ladacznicą…!

Książę i księżna krzyknęli ze zdziwienia, prawie z niedowierzaniem, ale baronowa, może trochę zapominając o obecności Conceptión, opowiedziała im całą historię w najdrobniejszych szczegółach, co wprawiło ich w osłupienie. Zwłaszcza książę de Sallandrera wydawał się mocno skonsternowany.

– Pani – rzekł nagle w chwili, gdy baronowa miała się pożegnać – możesz mi powiedzieć, w którym dniu hrabia Artoff uległ obłąkaniu?

– W ubiegły czwartek.

„Dziś także jest czwartek – pomyślał książę. – Stało się to więc przed tygodniem. To dziwne…!”.

Po odejściu baronowej milcząca dotąd Conceptión powiedziała do ojca:

– Ojcze, czy pan de Château-Mailly nie wspominał ci, że hrabina Artoff wysłała list do Sallandrera?

– Rzeczywiście – rzekł książę, nie zwróciwszy uwagi na to, skąd jego córka mogła wiedzieć o tym szczególe. – Dlaczego o to pytasz, drogie dziecko?

– Ponieważ w tym wszystkim jest pewna zdumiewająca rzecz – odparła panna de Sallandrera.

– Co takiego?

– Jest prawdopodobne, że jeżeli hrabina Artoff pisała do ciebie w interesie pana de Château-Mailly, uczyniła to przed ubiegłym czwartkiem. Zatem upływa dziewiąty dzień, jak list został wysłany, a dopiero piąty, jak wyjechaliśmy z Sallandrera. Dlaczego więc ojciec dotąd nie otrzymał tego listu?

Książę zadrżał – tak ta uwaga zgadzała się z jego własnymi myślami – i zapomniał zapytać Conceptión, skąd wiedziała o tych sprawach.

– Rzeczywiście, to dziwne – wyszeptał.

– Jest jeszcze coś dziwniejszego – mówiła dalej stanowczym tonem Conceptión. – Owa zbieżność pożaru u księcia dokładnie w chwili, gdy wrócił szukać papierów, jakie w międzyczasie pochłonął ogień.

Tym razem książę de Sallandrera poczuł zwątpienie wciskające mu się w głąb serca.

– Poza tym – kończyła Conceptión, która wstała i chciała wyjść – odpowiedz sobie, ojcze, że jeżeli hrabina Artoff jest faktycznie ową zatraconą kobietą, o której mówiła pani de Saint-Maxence, to jej genealogiczne historyjki, jakie przywiozła z południowej Rosji, równie dobrze mogą być czystą fikcją, jak i jej niepokalana dotąd cnota…

Rzekłszy to, dziewczyna wyszła i pozostawiła księcia unicestwionego tymi ostatnimi słowami.

 

Godzinę później Murzyn panny Conceptión wrzucił do skrzynki pocztowej następujący list, adresowany do młodego markiza Alberta-Frédérica Honorégo de Chamery.

Ten list, który Rocambole otrzymał o wpół do szóstej, po powrocie z Lasku Bulońskiego, ujęty został w następujące słowa:

 

Mój przyjacielu!

Przybądź niezwłocznie dziś wieczorem. Ponownie zagraża nam wielkie niebezpieczeństwo. Oszust usiłuje pozyskać zaufanie mojego ojca i przekonać go, że w swoich żyłach ma krew Sallandrerów.

Jeżeli nie przybędziesz do mnie, jeśli nie poradzisz, co czynić, mój ojciec, posłuszny swoim rasowym przesądom, gotów jest mnie dla nich poświęcić bez żadnych skrupułów.

Przybywaj, przybywaj co prędzej!

Conceptión

 

– Patrz! – rzekł Rocambole do sir Williamsa, odczytawszy mu ten list. – Wydaje się, że Zampa po mistrzowsku wywiązał się ze swojej misji. Conceptión jest przekonana, że Château-Mailly jest nędznikiem i zapewne to nie ja będę ją wyprowadzał z tego błędu.

Ślepiec pokiwał przecząco głową, a potem napisał:

„Jesteś głupcem!”.

– Tak…? Więc co należy zrobić?

„Oto instrukcje dla ciebie”.

Ślepiec napisał dziesięć linijek na łupkowej tabliczce i podał ją Rocambole’owi.

Łotr odczytał je kilkakrotnie, potem na długo się zamyślił i w końcu powiedział:

– Nic nie rozumiem, ale skoro przywykłem wypełniać twoje rozkazy bez dyskutowania, także teraz będę posłuszny.

Na ustach sir Williamsa ukazał się uśmiech zadowolenia. Markiz odszedł i udał się na obiad do swej domniemanej siostry, wicehrabiny d’Asmolles.

O północy przybył na bulwar des Invalides, gdzie przy ogrodowej furtce zastał Murzyna, za którym podążył tak jak poprzedniego dnia do pracowni Conceptión. Tym razem dziewczyna nie pozostawała nieruchoma, przybita emocjami, na swoim siedzeniu. W obliczu bliskiego niebezpieczeństwa, a w perspektywie prawdopodobnej walki zapłonęła w niej gorąca hiszpańska krew.

Rocambole znalazł ją ze wzrokiem płonącym nieco gorączkową energią, mimo okazywanego wielkiego spokoju. Podbiegła ku niemu, chwyciła go za rękę i uśmiechnęła się.

– Ach, przyszedłeś! – rzekła do niego. – Przekonaj się, że na tym świecie istnieją prawdziwi nędznicy!

– Nędznicy! – wykrzyknął zaskoczony Rocambole.

– Tak, tak… nędznicy!

– Ale… kim oni są… Ich nazwiska?

– Och, jest tylko jeden, a raczej dwoje… Mężczyzna i kobieta.

– Kim jest owa kobieta?

– Hrabina Artoff!

Conceptión niewątpliwie spodziewała się, że usłyszy markiza mówiącego: „Ach, nie wymawiaj nazwiska tej istoty!”.

Rocambole jednak wyszeptał coś przeciwnego:

– Ty także ją oskarżasz i wierzysz w jej występek? Biedna kobieta!

– Jak to?! – zawołała Conceptión. – Ty w to nie wierzysz! Wątpisz w to?

– Tak – odrzekł ze smutkiem. – Wierzę, że świat bywa niesprawiedliwy i czasami skazuje niewinnych. Gdy jednak nie mogę obecnie dostarczyć dowodów popierających moje przekonania, wyjaw mi teraz nazwisko człowieka, który według ciebie zasługuje na przydomek nędznika.

– Tym człowiekiem jest książę de Château-Mailly – odpowiedziała.

– On! Książę? – cudownie odgrywając zaskoczenie, zawołał markiz.

– On! Książę de Château-Mailly! – powtórzyła zimno Conceptión.

– Nie, to niemożliwe, Conceptión! Mylisz się! – wykrzyknął Rocambole. – Książę jest najczystszym wzorem prawdziwego dżentelmena… Posiada wszelkie szlachetne zalety serca swego rodu.

Conceptión nakazującym gestem przerwała pochwały pod adresem księcia, które Rocambole oddawał młodemu księciu, bez wątpienia na skutek poleceń sir Williamsa, po czym powiedziała:

– Posłuchaj mnie, posłuchaj i nie przerywaj mi, dopóki nie skończę. Obiecujesz mi to?

– Zgoda, słucham cię…

Wtedy Conceptión opowiedziała Rocambole’owi wszystko, o czym on stokroć lepiej od niej wiedział, czyli historię rodowodu księcia de Château-Mailly, historię według niej zmyśloną przez hrabinę Artoff, tak samo jak i list tejże, którego nie otrzymał książę de Sallandrera, oraz manuskrypt pułkownika de Château-Mailly, który tego rana miał niby spłonąć w pożarze.

Zatrzymała się na chwilę w tym punkcie swego opowiadania, jednym słowem nie wspomniawszy o Zampie, i popatrzyła na swego rozmówcę.

Rocambole zdawał się słuchać z wielką uwagą, a jego oblicze wyrażało po kolei zdziwienie, zaskoczenie i żywą boleść.

– Mój Boże! W tym wszystkim widzę tylko jedno – powiedział – to znaczy, że pan de Château-Mailly już przedtem godny twej ręki, ma teraz bezsporne i święte prawo do jej otrzymania…

– Jak to? – zawołała Conceptión. – Więc ty także wierzysz w tę wymyśloną przez niego bajkę?

– W bajkę…? Czy to jest bajka?

– Tak – rzekła dziewczyna. – Posłuchaj mnie dalej, a zobaczysz…!

Wówczas opowiedziała Rocambole’owi o jej porannym spotkaniu z Zampą, czego domniemany markiz wysłuchał z wielką uwagą.

Spodziewała się, że ujrzy jego wzburzenie objawiające się w energicznych słowach, ale i tym razem znowu zawiodła się w swoich nadziejach. Rocambole odpowiedział jej smutnym, ale spokojnym głosem:

– Kim jest Zampa? Służącym. Kim jest książę? Szlachcicem. Być może ten sługa mówi prawdę, ale ja także, pani, jestem szlachcicem i zanim uwierzę, że szlachcic może być oszustem, potrzebowałbym świadectwa bardziej czcigodnego niż tego lokaja.

Conceptión zadrżała i spojrzała na niego przerażonym wzrokiem.

– A więc to wszystko może być prawdą? – zawołała.

– Niestety tak!

– A gdyby było fałszem…? Gdyby faktycznie książę był oszustem?

– Wtedy ja go zdemaskuję…!

– Lecz gdyby ten sługa skłamał…? – spuściwszy wzrok, szepnęła głosem drżącym z emocji.

Rocambole przesunął ręką po czole, jak gdyby ciężko walcząc z uczuciem, a następnie odpowiedział:

– Posłuchaj mnie, Conceptión. Jeżeli książę powiedział prawdę, jeżeli jest godny twej ręki, musisz być posłuszna swemu ojcu…

Dziewczyna jęknęła głucho, ukryła twarz w dłoniach i wybuchnęła płaczem.

Wówczas fałszywy markiz pochylił się nad nią, złożył pocałunek na jej czole i wyszeptał:

– Żegnam cię. Do jutra… Do widzenia. Przyjdę i być może przyniosę ci sposób na odkrycie prawdy, chociażby ta prawda miałaby być nawet dla mnie wyrokiem śmierci…

Zdusił ciężkie westchnienie i wyszedł, zostawiwszy pannę de Sallandrera pogrążoną w boleści i płaczącą gorącymi łzami.

 

 

 

 

Rozdział LXXII

Powrót Venture’a

 

Pozostawiliśmy mistrza Venture’a wymykającego się ostrożnie z domu Murilla zwanego Drewnianą Nogą, którego powiesił po uduszeniu go, z wyraźnym zamiarem nadania temu zdarzeniu cech samobójstwa.

Venture przeszedł pieszo granicę, idąc czujnym krokiem i pogwizdując arietkę, jak zwykły mieszczanin powracający z widowiska. Pierwsze promienie słońca zabłysły nad linią Pirenejów oddzielających Hiszpanię od Francji.

Przeskoczył rów, usiadł na francuskim kamieniu i szepnął:

– Teraz, skoro mam bardzo porządny paszport, wydany na nazwisko Jonathas, mogę sobie spokojnie wypocząć, gdyż nie muszę już biegać i się przemykać.

Morderca miał na sobie ciepłe kasztanowate palto, pod nim płaszcz, czarne spodnie, czapkę podróżną i grube futrzane buty.

– Ten ubiór jest zbyt ciepły dla pieszego wędrowca – stwierdził. – Trzeba poszukać noclegu i zaczekać na przyjazd pocztowego dyliżansu.

Przypomniał sobie, że ubiegłej nocy widział na poboczu drogi schodzącej stromymi zboczami w stronę Bajonny mały biały domek, a nad drzwiami tradycyjną gałązkę ostrokrzewu wskazującą na zajazd. Ten dom znajdował się prawie milę od granicy.

Venture ruszył i dotarł tam w niecałe pół godziny.

Właścicielami oberży była dwójka poczciwych górali, kobieta i mężczyzna. Kobieta zajmowała się domem i wydawała podróżnym jedzenie oraz picie. Mężczyzna w dzień uprawiał kilka prętów3 ziemi i winorośli, natomiast nocami trudnił się kontrabandą.

Na obu pochyłościach Pirenejów przemytnictwo jest dobrym rzemiosłem, które czci się w niższych klasach ludu. Kocha się przemytnika tak samo lub bardziej niż komiczne przedstawienia. Wieśniacy pożyczają im swoją broń, kobiety ukrywają ich pod łóżkiem, dzieci służą im za przewodników, jeżeli zabłądzą po drodze.

Nienawidzi się natomiast urzędników celnych. Jeżeli taki ściga przemytnika, ludzie starają się zmylić ślady. Jeżeli przychodzi ranny, zakrwawiony, na wpół żywy i puka nocą do drzwi, udają, że śpią, i mu nie otworzą.

Mistrz Venture, który jak powiedzieliśmy, mówił biegle po francusku i hiszpańsku, znał też te ludowe obyczaje i dlatego śmiało zapukał do drzwi małego zajazdu.

Otworzyła mu właścicielka, spoglądając ze zdumieniem na tego nieznajomego przychodzącego o tak porannej godzinie i tak ciepło ubranego, tym bardziej że Venture przybył pieszo, a jak się wydawało, przychodził z dość daleka. Tymczasem bandyta położył w pewien znamienny sposób palec na ustach, co przekonało kobietę, że miała do czynienia z przemytnikiem.

Venture wszedł do oberży.

– Powiedz mi, mateczko, czy nie gawędzi się tu u was? – zapytał po hiszpańsku, jednocześnie rzucając w kąt płaszcz.

– Nigdy, towarzyszu – odpowiedziała, kładąc dwa palce na ustach, co dla domniemanego przemytnika było znakiem masońskim, i dorzuciła: Amigo!

Venture zdjął palto, tak jak pozbył się płaszcza, po czym zażądał brzytwy, którą pospiesznie przyniosła mu kobieta, i ogolił sobie faworyty oraz brodę. Uczyniwszy to, spostrzegł zawieszone na belce kaftan, sukienne spodnie i kamasze, takie jak noszą baskijscy wieśniacy.

– Ile byś żądała za to wszystko, mateczko? – zapytał.

Bez wątpienia oberżystka była przyzwyczajona do sprzedawania odzieży przemytnikom, którzy zostawiali jej w zamian swoją w krzakach, lub też potrzebowali zmienić ubiór w celu ujścia czujności celników, ponieważ bez wahania odpowiedziała:

– Dziesięć francuskich ecu.

– Zgoda!

– Ale w zamian wasze ubranie…

– Niech i tak będzie.

Oberżystka zdjęła z haka ubiór i dała znak Venture’owi, aby szedł za nią. Wprowadziła go na piętro domu, gdzie wchodziło się przy pomocy drabiny, i tam go pozostawiła.

Dziesięć minut później Venture zszedł na dół w ubraniu baskijskiego wieśniaka, w czerwonym berecie, i włożył w opasujący go pas pieniądze wraz z owym cennym listem, który Murillo kosztował życie.

– Teraz – powiedział w baskijskim dialekcie, gdyż łotr urodził się przy hiszpańskiej granicy i był jakby we własnym kraju – postaw, mateczko, patelnię na ogień, usmaż słoninę i zrób mi pierwszej klasy omlet.

 

Oberżystka rozpaliła ogień i wkrótce Venture siedział za stołem, mając przed sobą omlet ze słoniną, kozi ser i butelkę starego muszkatelu4.

Zajadał omlet jak uczciwy człowiek, który nie ma nic innego do roboty. Wspomnienie nieszczęsnego Murilla nie wycisnęło mu ani jednej łzy, nie wywołało westchnienia, podobnie jak nie niepokoiła go myśl, że sir Williams żył jeszcze na tym świecie. Kazał sobie podać kawę, wódkę, wypalił doskonałe cygaro z przemytu, przedłużając tym swój posiłek o kilka godzin. Siedział jeszcze przy stole, gdy dało się słyszeć w oddali silne trzaskanie z bicza.

Był to nadjeżdżający dyliżans pocztowy.

Kiedy zatrzymał się przed oberżą, w której pocztylioni i konduktorzy mieli zwyczaj zatrzymywać się i wypróżniać butelkę, Venture stał w drzwiach z miną poczciwego i szczerego górala, który ma do załatwienia sprawy w Bajonnie. Na ramię miał założony kij, a na końcu tej laski mały węzełek w chustkę związany, wyglądający jak jakiś lekki bagaż podróżny.

– Macie miejsce? – zapytał w baskijskiej gwarze.

– Jedno obok mnie, w kabriolecie – odrzekł konduktor.

Mimo swojej majestatycznej tuszy Venture dość zwinnie chwycił za rzemień zastępujący poręcz w tego rodzaju wehikułach i wszedł do kabrioletu, gdzie już siedział stary Hiszpan z siwą brodą, w czarnym aksamitnym kostiumie rękodzielników z Saragossy.

Po wypiciu szklanki wina konduktor wrócił, również wsiadł i pocztowy dyliżans ruszył w dalszą drogę.

– No i cóż tam słychać nowego, konduktorze? – zapytał jowialnym tonem Venture. – Nie ma w Hiszpanii żadnych rewolucji czy też rozruchów?

– Nie – odparł konduktor – ale natomiast widzieliśmy powieszonego człowieka.

– Co…? – zdziwił się Venture.

– Powieszonego człowieka – powtórzył konduktor.

– Przy drodze?

– Nie, we własnym domu.

– A gdzie się znajduje ten dom?

– W Corcie.

– Och, dobrze znam Cortę – rzekł Venture z prostoduszną miną – a dowodem jest to, że zeszłego roku jadłem tam wieczerzę u proboszcza.

– To święty człowiek – stwierdził konduktor.

– Ale mam nadzieję, że to nie on…

– Och, nie!

– Znam dużo ludzi w Corcie – ciągnął Venture. – Czy znacie nazwisko wisielca?

– Był to ekspedytor pocztowy.

– Wielki Boże! – zawołał z przerażeniem zbrodniarz, żegnając się. – Ten Murillo Drewniana Noga?

– Ten sam.

– I… on się powiesił?

– Tej nocy.

– Taki zacny człowiek… – szepnął Venture. – Ale czy jest pan tego pewny?

– Absolutnie pewny, gdyż sam go widziałem.

– Ale dlaczego odebrał sobie życie?

– Zapewne z powodu jakiejś zgryzoty.

– Kto wie…? – rzekł bezczelnie bandyta. – Może to ktoś go powiesił?

– Och, co to, to nie! – odparł konduktor. – Gdyby go powieszono, to zostałby okradziony, a tymczasem w szufladzie było pełno pieniędzy…

„Jacy oni głupi! – pomyślał Venture. – Przyjadę do Bajonny, zanim coś odkryją”.

I dalej lamentował nad losem Drewnianej Nogi, którego jak twierdził, dobrze znał.

Kilka godzin później dyliżans pocztowy przybył do Bajonny, gdzie Venture zjadł zupę i dalej kontynuował drogę do Paryża. Dotarł tam trzy dni później, pod wieczór, ale już nie dyliżansem pocztowym, bowiem w Étampes5 opuścił ten pojazd i wynajął sobie tilbury, którym przyjechał do rogatki d’Ivry6.

Podczas tego ostatniego etapu nasz człowiek mówił do siebie:

– Nie wyznaczyłem Rocambole’owi szczegółowo dnia mego przyjazdu, a ponieważ wcześniej załatwiłem sprawę, przeto mogę pozwolić sobie na jeden dzień wypoczynku. Zresztą sir Williams rozciągnąłby na mnie swe sieci przy placu Belhomme i kto może mi zaręczyć, że nie zostałbym zasztyletowany tej nocy z powodu owego sławnego listu, jaki mam przy sobie? Sir Williams jest bardzo oszczędnym człowiekiem.

Takie rozumowanie nie było wcale pozbawione słuszności. Venture poparł je drugą refleksją:

– Oczywiste jest, że dobrze zrobiłem, przyjmując tę powierzoną mi misję. Nie miałem grosza w kieszeni, a pięć tysięcy franków to sumka nie do pogardzenia. Przecież ani sir Williams, ani Rocambole nie mogli przewidzieć, że znajdę dwadzieścia tysięcy franków w tym worku, w którym umieszczono list. Dwadzieścia tysięcy to okrągła sumka i dzięki niej mogę pracować na własny rachunek, a list przetrzymam do jutra.

Venture wysiadł przed zajazdem przy rogatce, gdzie kazał sobie podać wieczerzę. Bandyta nie był jednak spokojny o swoje dwadzieścia tysięcy franków, dlatego po spożyciu posiłku zaraz wyszedł z oberży.

– Jest mi zbyt daleko do wdowy Fipart – powiedział sobie. – Ma to stare mieszkanie od czasu, kiedy została gałganiarką, i żyje w Clignancourt za Château Rouge7. Pojadę do niej fiakrem przez Villette. Wdowa Fipart ma się dobrze i nie kocha już swego małego Rocambole’a, od kiedy pozostawił ją w nędzy.

Venture skierował się ku Clignancourt, na wysokości Château Rouge odesłał fiakra, a sam udał się pieszo na wzgórza, w stronę domostw skleconych ze starych gruzów i drewna pozostałych po zburzeniu Paryża8, skupisku brudnych, nieszczęsnych lepianek, bardziej wstrętnych niż najnędzniejsze chałupki z najbiedniejszych górskich krain.

Wdowa Fipart mieszkała na drugim końcu tego miasteczka w czymś w rodzaju nory składającej z jednej izby na parterze. Na wyższym piętrze był spichlerz na paszę, należący do hodowcy bydła.

Kiedy Venture tam przybył, było około dziesiątej. Blade światło drżało spoza zatłuszczonych szyb, przemykając się również przez szpary w drzwiach.

„Stara jest w domu” – pomyślał i zapukał do drzwi.

– Można wejść – odezwał się z wewnątrz jakiś osłabiony głos – klucz jest na drzwiach.

Venture obrócił klucz w zamku i wszedł. W izbie, w której się znalazł, stał tylko stary stół, dwa kulawe stołki i rodzaj nędznego posłania, na którym leżała stara kobieta. Była to matka Fipart, wdowa Fipart, której odnalezieniu jej w łóżku zapewne dziwiłby się, gdyby przed trzema dniami był obecny przy jej rozmowie z Rocambole’em pod mostem de Passy.

Wdowa Fipart zmartwychwstała…!

Venture o niczym nie wiedział, więc tylko zapytał się:

– Cóż to, matko, jesteś chora?

– To znaczy, że byłam martwa – odpowiedziała tak słabym głosem, że można by powiedzieć, iż to głos umarłego powracającego o północy z cmentarza, by odmawiać modlitwy na żywych.

– Och, martwa? Chyba żartujesz!

– To nie jest żart. Nie żyłam przez dwie godziny.

– Zwariowałaś, stara kobieto?

– Zapytaj tego rozbójnika Rocambole’a.

– Rocambole’a…! – wykrzyknął Venture i zadrżał się od stóp do głów.

– Tak, to on mnie udusił.

– Udusił…!

– I wrzucił do Sekwany.

– Na honor Jonathasa! Myślę, że straciłaś rozum, staruszko.

– Straciłam go… na chwilę – szepnęła wdowa Fipart, która zacisnęła swoje wychudzone pięści – ale już go odnalazłam.

– Więc znowu widziałeś Rocambole’a?

– Poczułam jego palce na mojej szyi. Mocno ją ścisnął…

– Ale gdzie? Kiedy?

– Trzy dni temu, pod mostem de Passy.

Wdowa Fipart, opowiedziawszy Venture’owi wszystko, co już wiemy o jej przypadkowym spotkaniu z fałszywym markizem de Chamery, mówiła dalej w takich słowach:

– Kiedy ten potwór ścisnął moją szyję, straciłam przytomność, a on prawdopodobnie pomyślał, że nie żyję, skoro wrzucił mnie do wody. Wygląda na to, że na Sekwanie była łódź, jakaś krypa, która przybywała z Saint-Cloud i która mnie wyłowiła.

– Jak to?! – powiedział Venture. – Nie poszłaś na dno?

– Nie, najpierw podtrzymywała mnie spódnica, a potem zimno przywróciło mi zmysły i zaczęłam wołać o pomoc. Krypa była blisko. Jakiś mężczyzna rzucił się wpław i mnie wyłowił.

 

– Miałaś szczęście! – stwierdził Venture.

– Przez chwilę byłam tak oszołomiona, że nie wiedziałam, gdzie jestem.

– A potem – przerwał jej Venture – przypomniałaś sobie i wsypałaś Rocambole’a?

– Nie jestem taka głupia! – powiedziała wdowa Fipart.

– Więc nadal go kochasz, tego rozbójnika?

– Och! Nic z tych rzeczy.

– Dobrze! Zatem…