Wydawca: Albatros Kategoria: Kryminał Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 292 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Wycofaj się albo zginiesz - Howard Roughan

Dziennikarz, Nick Daniels, przeprowadza wywiad z mało znanym celebrytą w bardzo znanej nowojorskiej restauracji. Wywiad przerywa tragiczne morderstwo, które ma miejsce kilka metrów od ich stołu. Zamachowcowi udaje się uciec tak szybko jak się pojawił w lokalu, pozostawiając za sobą chaotyczną scenę i zakrwawiony korpus. Kiedy Nick przesłuchuje swój wywiad natrafia na ślad, który może być kluczowy dla sprawy, ale coś w całej sprawie mu się nie składa. Dziennikarz zdaje sobie sprawę, że ktoś obserwuje każdy jego ruch i ktoś bardzo pilnuje, żeby Nick nie doszedł do prawdy.

Opinie o ebooku Wycofaj się albo zginiesz - Howard Roughan

Fragment ebooka Wycofaj się albo zginiesz - Howard Roughan

Wydanie elektroniczne

O książ­ce

Lom­bar­do’s Ste­akho­use miesz­czą­cy się w eli­tar­nej czę­ści Man­hat­ta­nu cie­szy się za­słu­żo­ną sła­wą z dwóch waż­nych po­wo­dów: ser­wo­wa­nych w nim gi­gan­tycz­nych ste­ków i klien­te­li – ce­le­bry­tów oraz gwiazd spor­tu, es­tra­dy i biz­ne­su. Trze­ciem ty­tu­łem do sła­wy sta­je się spek­ta­ku­lar­ne, po­peł­nio­ne w bia­ły dzień za­bój­stwo spo­ży­wa­ją­ce­go tam aku­rat lunch praw­ni­ka jed­ne­go z bos­sów no­wo­jor­skiej ma­fii, Ed­die­go Pi­ne­ra. Sie­dzą­cy przy są­sied­nim sto­li­ku Nick Da­niels, re­por­ter no­wo­jor­skie­go ma­ga­zy­nu „Ci­ti­zen”, na­gry­wa przy­pad­kiem wia­do­mość, jaką mor­der­ca prze­ka­zu­je swo­jej ofie­rze tuż przed wy­łu­pie­niem jej oczu. Sta­no­wi ona nie­pod­wa­żal­ny do­wód na to, kto był zle­ce­nio­daw­cą eg­ze­ku­cji – sam Pi­ne­ro. Pro­ku­ra­tor okrę­go­wy Da­vid Sor­ren aresz­tu­je ma­fio­sa pod za­rzu­tem za­bój­stwa, lecz Nic­ka za­czy­na­ją ogar­niać wąt­pli­wo­ści, czy spra­wie­dli­wo­ści fak­tycz­nie sta­ło się za­dość. A je­śli Pi­ne­ro zo­stał wro­bio­ny? Pró­bu­jąc dojść do praw­dy, dzien­ni­karz nie­świa­do­mie wplą­tu­je się w woj­nę po­mię­dzy dwo­ma no­wo­jor­ski­mi gan­ga­mi, po­li­cją oraz ry­wa­li­zu­ją­cy­mi mię­dzy sobą pro­ku­ra­to­ra­mi. I otrzy­mu­je wy­raź­ne ostrze­że­nie – wy­co­faj się, albo stra­cisz ży­cie. Gdy giną pro­ku­ra­tor z ze­spo­łu do zwal­cza­nia prze­stęp­czo­ści zor­ga­ni­zo­wa­nej oraz ochra­nia­ją­cy Nic­ka po­li­cjan­ci, jego sio­strze­ni­ca zaś zo­sta­je po­rwa­na, Da­niels za­czy­na w koń­cu ro­zu­mieć, iż w tej spra­wie nic nie jest tym, czym się z po­zo­ru wy­da­je…

JA­MES PAT­TER­SON

Czo­ło­wy ame­ry­kań­ski au­tor po­wie­ści sen­sa­cyj­nych i mło­dzie­żo­wych, we­dług ran­kin­gu „For­be­sa” naj­le­piej za­ra­bia­ją­cy pi­sarz świa­ta. W swo­im do­rob­ku ma pra­wie 100 ksią­żek w kil­ku cy­klach wy­daw­ni­czych, m.in. Alex Cross (21 ty­tu­łów z czar­no­skó­rym de­tek­ty­wem Ale­xem Cros­sem; 3 ty­tu­ły sfil­mo­wa­ne), Ko­bie­cy Klub Zbrod­ni (13 ty­tu­łów; w la­tach 2007-2008 se­rial te­le­wi­zyj­ny pro­du­ko­wa­ny przez 20th Cen­tu­ry Fox), Mi­cha­el Ben­nett (6 ty­tu­łów) oraz Da­niel X i Cza­row­ni­ca i cza­ro­dziej (se­rie dla mło­dzie­ży). Pat­ter­son jest li­de­rem świa­to­wych sta­ty­styk sprze­da­ży; łącz­nie sprze­da­no po­nad 220 mi­lio­nów eg­zem­pla­rzy jego po­wie­ści.

www.ja­me­spat­ter­son.com

HO­WARD RO­UGHAN

Za­nim zo­stał pi­sa­rzem, pra­co­wał jako co­pyw­ri­ter i dy­rek­tor kre­atyw­ny w agen­cji re­kla­mo­wej na Man­hat­ta­nie. De­biu­to­wał w 2001 thril­le­rem The Up and Co­mer. Choć książ­ka nie osią­gnę­ła suk­ce­su ko­mer­cyj­ne­go, ze­bra­ła wie­le po­chleb­nych re­cen­zji i zo­sta­ła do­strze­żo­na przez Mi­cha­ela Do­ugla­sa, któ­ry zde­cy­do­wał się ku­pić pra­wa fil­mo­we. W 2004 Ro­ughan opu­bli­ko­wał Obiet­ni­cę kłam­stwa, a na­stęp­nie, wspól­nie z Ja­me­sem Pat­ter­so­nem, Mie­siąc mio­do­wy, Ostrze­że­nie, Rejs, Wy­co­faj się albo zgi­niesz i Se­cond Ho­ney­mo­on, sprze­da­ne w mi­lio­no­wych na­kła­dach.

Tego au­to­ra

DOM PRZY PLA­ŻY

DRO­GA PRZY PLA­ŻY

KRZY­ŻO­WIEC

MIE­SIĄC MIO­DO­WY

RA­TOW­NIK

SĘ­DZIA I KAT

SZYB­KI NU­MER

OSTRZE­ŻE­NIE

BI­KI­NI

REJS

POCZ­TÓW­KO­WI ZA­BÓJ­CY

(z Lizą Mar­klund)

KŁAM­STWO DO­SKO­NA­ŁE

WY­CO­FAJ SIĘ ALBO ZGI­NIESZ

ZOO

DRU­GI MIE­SIĄC MIO­DO­WY

NIE­WI­DOCZ­NY

Ko­bie­cy Klub Zbrod­ni

TRZY OB­LI­CZA ZE­MSTY

CZWAR­TY LIP­CA

PIĄ­TY JEŹ­DZIEC APO­KA­LIP­SY

SZÓ­STY CEL

SIÓD­ME NIE­BO

ÓSMA SPO­WIEDŹ

DZIE­WIĄ­TY WY­ROK

Alex Cross

W SIE­CI PA­JĄ­KA

KO­LEK­CJO­NER

JACK I JILL

FIOŁ­KI SĄ NIE­BIE­SKIE

CZTE­RY ŚLE­PE MYSZ­KI

WIEL­KI ZŁY WILK

NA SZLA­KU TER­RO­RU

MARY, MARY

ALEX CROSS

PO­DWÓJ­NA GRA

TRO­PI­CIEL

PRO­CES ALE­XA CROS­SA

GRA W KOT­KA I MYSZ­KĘ

JA, ALEX CROSS

W KRZY­ŻO­WYM OGNIU

ZA­BIĆ ALE­XA CROS­SA

ALEX CROSS MUSI ZGI­NĄĆ

BOŻE NA­RO­DZE­NIE ALE­XA CROS­SA

Mi­cha­el Ben­nett

NE­GO­CJA­TOR

TER­ROR NA MAN­HAT­TA­NIE

NAJ­GOR­SZA SPRA­WA

Pri­va­te In­ve­sti­ga­tions

DE­TEK­TY­WI Z PRI­VA­TE

DE­TEK­TY­WI Z PRI­VA­TE: IGRZY­SKA

Ty­tuł ory­gi­na­łu:

DON’T BLINK

Co­py­ri­ght © Ja­mes Pat­ter­son 2010

All ri­ghts re­se­rved

Pu­bli­shed by ar­ran­ge­ment with Lit­tle, Brown and Co. Inc., New York, USA

Po­lish edi­tion co­py­ri­ght © Wy­daw­nic­two Al­ba­tros A. Ku­ry­ło­wicz 2014

Po­lish trans­la­tion co­py­ri­ght © Wła­dy­sław Ma­siu­la­nis 2014

Re­dak­cja: Piotr Choj­nac­ki

Ilu­stra­cja na okład­ce: Pan Xun­bin/Shut­ter­stock

Pro­jekt gra­ficz­ny okład­ki: An­drzej Ku­ry­ło­wicz

ISBN 978-83-7985-010-5

Wydawca

WYDAWNICTWO ALBATROS A. KURYŁOWICZ

Hlonda 2a/25, 02-972 Warszawa

www.wydawnictwoalbatros.com

Niniejszy produkt jest objęty ochroną prawa autorskiego. Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku osobę, która wykupiła prawo dostępu. Wydawca informuje, że publiczne udostępnianie osobom trzecim, nieokreślonym adresatom lub w jakikolwiek inny sposób upowszechnianie, kopiowanie oraz przetwarzanie w technikach cyfrowych lub podobnych – jest nielegalne i podlega właściwym sankcjom.

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.

Dla Isa­bel Mor­ris Pat­ter­son

J.P.

Ela­ine Glass,

jed­nej z naj­dziel­niej­szych zna­nych mi osób

H.R.

PrologW mgnieniu oka

1

Lom­bar­do’s Ste­akho­use w Up­per East Side, sza­le­nie eli­tar­nej czę­ści Man­hat­ta­nu, cie­szył się za­słu­żo­ną sła­wą z dwóch po­wo­dów – dwóch „spe­cjal­no­ści re­stau­ra­cji”. Pierw­szą były po­dwój­nej gru­bo­ści, za­py­cha­ją­ce tęt­ni­ce, po­nad­ki­lo­gra­mo­we ste­ki por­ter­ho­use, któ­rych sam wi­dok mógł przy­pra­wić we­ga­ni­na o atak apo­plek­sji.

Dru­gim ty­tu­łem do sła­wy była jego klien­te­la.

Lom­bar­do’s Ste­akho­use był ra­jem pa­pa­raz­zich. Od ak­tor­skich sław po gwiaz­dy spor­tu za­wo­do­we­go, od pre­ze­sów kor­po­ra­cji po su­per­mo­del­ki, od gwiazd rapu po na­gra­dza­nych po­etów – w Lom­bar­do’s moż­na było zo­ba­czyć wszyst­kich, któ­rzy się li­czy­li; za­ła­twia­li in­te­re­sy lub po pro­stu za­cho­wy­wa­li się jak na ce­le­bry­tów przy­sta­ło.

Naj­le­piej ujął to Za­gat, au­to­ry­ta­tyw­na czer­wo­na bi­blia prze­wod­ni­ków ga­stro­no­micz­nych: Bądź­cie przy­go­to­wa­ni na to, że wa­sze łok­cie i ego otrą się o przed­sta­wi­cie­li śmie­tan­ki to­wa­rzy­skiej, bo Lom­bar­do’s to bez wąt­pie­nia miej­sce, gdzie jest na co po­pa­trzeć i gdzie war­to być wi­dzia­nym.

To zna­czy, o ile nie było się Bru­no­nem To­ren­zim.

Ten wła­śnie czło­wiek miał uczy­nić Lom­bar­do’s Ste­akho­use miej­scem zna­nym z jesz­cze jed­ne­go po­wo­du. Z po­wo­du cze­goś strasz­ne­go, wręcz nie­wia­ry­god­nie okrop­ne­go.

I nikt go nie za­uwa­żał… do­pó­ki nie było za póź­no… do­pó­ki czyn omal się nie do­ko­nał.

Rzecz ja­sna, o to prze­cież cho­dzi­ło, nie? W czar­nym, za­pi­na­nym na trzy gu­zi­ki gar­ni­tu­rze od Er­me­ne­gil­da Ze­gny i przy­ciem­nia­nych oku­la­rach Bru­no To­ren­zi mógł być kim­kol­wiek. Mógł być każ­dym.

Poza tym była to pora lun­chu. Bia­ły dzień, na mi­łość bo­ską.

Bo czło­wiek spo­dzie­wał­by się, że je­śli już ma się wy­da­rzyć coś tak ma­ka­brycz­ne­go i nie­mo­ral­ne­go, to przy­najm­niej wy­da­rzy się nocą. Niech bę­dzie, że pod­czas peł­ni księ­ży­ca i przy wtó­rze wy­cia sta­da wil­ków.

– Czym mogę słu­żyć? – za­py­ta­ła ho­stes­sa. Mia­ła na imię Tif­fa­ny i była je­dy­ną oso­bą, któ­rej uda­ło się spo­strzec To­ren­zie­go, pew­nie dla­te­go, że zwra­ca­nie uwa­gi na go­ści na­le­ża­ło do jej obo­wiąz­ków. Była mło­dą, wspa­nia­łą blon­dyn­ką ze Środ­ko­we­go Za­cho­du, o do­sko­na­łej, ala­ba­stro­wej skó­rze, zdol­ną ob­ró­cić wię­cej głów niż krę­garz.

Dla To­ren­zie­go jed­nak jak­by w ogó­le nie ist­nia­ła.

Nie za­trzy­mał się, na­wet nie spoj­rzał w jej kie­run­ku, kie­dy się ode­zwa­ła.

Pie­przyć to, po­my­śla­ła za­bie­ga­na ho­stes­sa i po­zwo­li­ła mu przejść. Re­stau­ra­cja jak zwy­kle pę­ka­ła w szwach, a on nie­wąt­pli­wie wy­glą­dał sto­sow­nie do tego miej­sca. Na­pły­wa­li nowi klien­ci, wku­rza­ją­cy, jak to no­wo­jor­czy­cy. Pew­nie ten fa­cet miał spo­tka­nie z kimś, kto już sie­dział przy sto­li­ku.

Tu aku­rat mia­ła ra­cję.

Gwar roz­mów, szczęk srebr­nych sztuć­ców, bo­ska mu­zy­ka Joh­na Col­tra­ne’a są­czą­ca się z ukry­tych w su­fi­cie gło­śni­ków – wszyst­ko to na­peł­nia­ło wy­kła­da­ną ma­ho­niem salę ja­dal­ną Lom­bar­do’s nie­prze­rwa­nym szu­mem naj­mil­sze­go ro­dza­ju.

Nic z tego nie do­cie­ra­ło do uszu To­ren­zie­go.

Zo­stał wy­na­ję­ty z uwa­gi na swe zdy­scy­pli­no­wa­nie, nie­ustę­pli­wość i zdol­ność do skraj­nej kon­cen­tra­cji. Dla nie­go w prze­peł­nio­nej re­stau­ra­cji poza nim znaj­do­wa­ła się tyl­ko jed­na oso­ba. Tyl­ko jed­na.

Dzie­więć me­trów.

To­ren­zi do­strzegł sto­lik w pra­wym rogu sali, po jej prze­ciw­le­głej stro­nie. Nie­wąt­pli­wie spe­cjal­ny sto­lik. Dla bar­dzo spe­cjal­ne­go go­ścia.

Sześć me­trów.

Skrę­cił ostro w kie­run­ku in­ne­go przej­ścia mię­dzy sto­li­ka­mi, ob­ca­sy jego czar­nych dziur­ko­wa­nych pan­to­fli ni­czym me­tro­nom wy­stu­ki­wa­ły na wy­po­le­ro­wa­nej drew­nia­nej pod­ło­dze rytm trzy czwar­te.

Trzy me­try…

To­ren­zi skie­ro­wał wzrok na ły­se­go, bez­wstyd­nie oty­łe­go męż­czy­znę sa­mot­nie sie­dzą­ce­go przy sto­li­ku, ple­ca­mi do ścia­ny. Zdję­cie, w któ­re go za­opa­trzo­no, mo­gło po­zo­stać w kie­sze­ni. Nie było po­trze­by po­wtór­ne­go spraw­dza­nia.

To on, na pew­no. Vin­cent Mar­coz­za.

Czło­wiek, któ­re­mu zo­sta­ła nie­ca­ła mi­nu­ta ży­cia.

2

Vin­cent Mar­coz­za – waga po­wy­żej stu pięć­dzie­się­ciu ki­lo­gra­mów – pod­niósł wzrok znad tego, co zo­sta­ło z krwi­ste­go ste­ku, fa­sze­ro­wa­ne­go pie­czo­ne­go ziem­nia­ka i po­kaź­nej por­cji pa­nie­ro­wa­nej ce­bu­li. Na­wet sie­dząc bez ru­chu, wy­glą­dał na ża­ło­śnie zdy­sza­ne­go, o krok od za­wa­łu.

– Czym mogę słu­żyć? – za­py­tał na po­zór uprzej­mie. Po­nie­waż jed­nak mó­wił to­nem czło­wie­ka wy­cho­wa­ne­go przez uli­ce Bro­okly­nu, za­brzmia­ło to ra­czej jak: „Hej, ko­leś, na co się, do dia­bła, ga­pisz? Ja tu jem”.

To­ren­zi stał bez ru­chu, mie­rząc wzro­kiem roz­par­te­go przed sobą waż­nia­ka. Zwle­kał z od­po­wie­dzią, roz­ko­szu­jąc się tą chwi­lą. Na ko­niec z sil­nym wło­skim ak­cen­tem oznaj­mił:

– Mam wia­do­mość od Ed­die­go.

Z ja­kie­goś po­wo­du roz­ba­wi­ło to Mar­coz­zę. Za­śmiał się, jego zie­mi­sta twarz po­czer­wie­nia­ła, fał­dy tłusz­czu na szyi trzę­sły się ni­czym ga­la­ret­ka.

– Wia­do­mość od Ed­die­go, co? Do dia­bła, po­wi­nie­nem się do­my­ślić. Wy­glą­dasz jak je­den z chło­pa­ków Ed­die­go.

Pod­niósł z ko­lan ser­wet­kę i otarł tłu­sty sok z wo­ło­wi­ny z ką­ci­ków ust.

– O co więc cho­dzi, chłop­cze? Wy­krztuś to.

To­ren­zi zer­k­nął w lewo i w pra­wo, jak­by wska­zu­jąc, jak bli­sko znaj­du­ją się są­sied­nie sto­li­ki. Były zbyt bli­sko. Ca­pi­sce?

Mar­coz­za ski­nął gło­wą. Na­stęp­nie ge­stem przy­wo­łał nie­pro­szo­ne­go go­ścia bli­żej.

– Tyl­ko dla mo­ich uszu, co? – po­wie­dział i znów się ro­ze­śmiał, wpra­wia­jąc w drże­nie fał­dy tłusz­czu na szyi. – Tak po­win­no być do­brze. To ja­kiś ka­wał, tak? Po­słu­chaj­my.

Pod prze­ciw­le­głą ścia­ną sto­ją­cy na pal­cach na krze­śle kel­ner ście­rał wy­pi­sa­ną kre­dą na du­żej ta­bli­cy na­zwę po­tra­wy z chi­lij­skie­go oko­nia mor­skie­go. Obok nie­go krzą­tał się po­moc­nik z sza­rym ku­błem miesz­czą­cym reszt­ki z czte­ro­oso­bo­we­go sto­li­ka. Przy ba­rze kel­ner­ka usta­wia­ła na tacy kie­lisz­ki i szklan­ki: pi­not noir, wód­ka z to­ni­kiem i dwa wy­traw­ne mar­ti­ni z oliw­ka­mi na­dzie­wa­ny­mi mig­da­ła­mi.

To­ren­zi zbli­żył się wol­no i sta­nął u boku Mar­coz­zy. Lewą dłoń wparł w blat sto­li­ka, jed­no­cze­śnie roz­wie­ra­jąc pra­wą, do­tąd za­ci­śnię­tą w pięść i ele­ganc­ko za­ło­żo­ną za ple­cy. W ułam­ku se­kun­dy zim­na, sta­lo­wa rę­ko­jeść skal­pe­la gład­ko wy­su­nę­ła się z jego rę­ka­wa.

Na­stęp­nie, po­chy­liw­szy się, To­ren­zi wy­szep­tał trzy sło­wa. I tyl­ko trzy.

– Spra­wie­dli­wość jest śle­pa.

Mar­coz­za zmru­żył oczy, zmarsz­czył brwi. Już miał za­py­tać, co to, do cho­le­ry, ma zna­czyć.

Nie zo­sta­ło mu to jed­nak dane.

3

Bru­no To­ren­zi łu­kiem wy­rzu­cił rękę do przo­du i wbił skal­pel w obrzę­kłą po­wie­kę nad le­wym okiem Mar­coz­zy. Bły­ska­wicz­nie, z pre­cy­zją do­bre­go rzeź­ni­ka, wy­ko­nał ko­li­ste cię­cie wo­kół oczo­do­łu. Jak­by wska­zów­ka ze­ga­ra su­nę­ła po cy­fer­bla­cie. Trze­cia, szó­sta, dzie­wią­ta, pół­noc… Ostrze po­ru­sza­ło się tak szyb­ko, że krew nie zdą­ży­ła wy­try­snąć.

Aaa! W przy­bli­że­niu taki dźwięk wy­dał Mar­coz­za.

Wrza­snął z prze­raź­li­we­go bólu, w jed­nej chwi­li sta­jąc się przed­mio­tem za­in­te­re­so­wa­nia ca­łej re­stau­ra­cji. Te­raz wszy­scy za­uwa­ży­li To­ren­zie­go. Zo­ba­czy­li ko­goś, kto wła­śnie wy­ci­nał oko z twa­rzy gru­be­go męż­czy­zny!

Aaaaaa!

To­ren­zi był lżej­szy od swo­jej ofia­ry o po­nad pięć­dzie­siąt ki­lo­gra­mów, ale nie mia­ło to żad­ne­go zna­cze­nia. Do­sko­na­le usta­wio­ny, w dła­wią­cym uści­sku trzy­mał nie­ru­cho­mo gło­wę Mar­coz­zy, pod­czas gdy resz­ta cia­ła ofia­ry rzu­ca­ła się i szar­pa­ła. Czym było do­ko­na­ne z pre­me­dy­ta­cją mor­der­stwo, je­śli nie prze­my­śla­nym wy­ko­rzy­sta­niem za­sa­dy dzia­ła­nia dźwi­gni?

Pstryk!

Wy­dłu­ba­ne jak kul­ka me­lo­na lewe oko Mar­coz­zy spa­dło na bia­ły ob­rus, po­to­czy­ło się i znie­ru­cho­mia­ło.

Ko­lej na pra­we oko. Ciach, ciach, ciach… Bez dwóch zdań, pięk­na ręcz­na ro­bo­ta.

Ale pra­we oko nie wy­sko­czy­ło tak gład­ko jak lewe, lecz za­wi­sło na upar­tym po­wróz­ku ner­wu wzro­ko­we­go.

To­ren­zi uśmiech­nął się, po­ru­szył nad­garst­kiem. Już pra­wie skoń­czył, za­cze­kaj­cie więc chwil­kę z aplau­zem.

Ciach!

Pra­we oko Mar­coz­zy, cią­gnąc za sobą strzę­py mię­śni i żył, od­bi­ło się od ta­le­rzy­ka na chleb i spa­dło na pod­ło­gę.

Te­raz do­pie­ro z pu­stych oczo­do­łów buch­nę­ła krew. Uży­wa­jąc ter­mi­no­lo­gii me­dycz­nej, moż­na po­wie­dzieć, że tęt­ni­ca oczna zo­sta­ła od­cię­ta od tęt­ni­cy szyj­nej we­wnętrz­nej, sta­no­wią­cej głów­ną ar­te­rię za­opa­tru­ją­cą mózg w krew. Mó­wiąc ję­zy­kiem la­ika, zro­bił się nie­ziem­ski, okrop­ny, prze­ra­ża­ją­cy ba­ła­gan.

Kil­ka sto­li­ków da­lej ze­mdla­ła ja­kaś ko­bie­ta, w suk­ni i bu­tach od Cha­nel, inna zwy­mio­to­wa­ła w swo­je ti­ra­mi­su.

Je­śli cho­dzi o To­ren­zie­go, to we­tknął skal­pel w kie­szeń gar­ni­tu­ru od Ze­gny i skie­ro­wał się w stro­nę kuch­ni, ku tyl­nym drzwiom – z po­wro­tem w świa­tło dnia.

Za­nim to jed­nak zro­bił, po­now­nie się na­chy­lił, by po­wtó­rzyć swe prze­sła­nie, pro­sto w mię­si­ste ucho Mar­coz­zy, któ­ry le­żał na sto­le, umie­ra­jąc po­wol­ną, nędz­ną śmier­cią.

– Spra­wie­dli­wość jest śle­pa.

Część pierwszaUpragniona robota

Rozdział 1

Nig­dy nie za­po­mnę tych słów: „Trzy­maj się moc­no, bo to bę­dzie ostra jaz­da!”. Praw­dę mó­wiąc, sło­wa te opi­sy­wa­ły nie tyl­ko kil­ka na­stęp­nych mi­nut, ale i kil­ka na­stęp­nych dni mo­je­go ży­cia.

Spa­łem twar­do pod ja­sny­mi gwiaz­da­mi świe­cą­cy­mi wy­so­ko na afry­kań­skim nie­bie i nic oprócz wy­strzę­pio­nej, nad­je­dzo­nej przez mole maty nie dzie­li­ło mnie od ka­wał­ka naj­uboż­szej zie­mi na pla­ne­cie. Na­gle otwo­rzy­łem oczy, a moje ser­ce prze­sta­ło bić. No, może opu­ści­ło kil­ka ude­rzeń.

Ja­sny gwint! Czy to jest to, co mi się wy­da­je?

Od­głos wy­strza­łów?

Od­po­wiedź na moje py­ta­nie na­de­szła w cią­gu na­stęp­nych kil­ku se­kund, gdyż w ciem­no­ści pod­biegł do mnie dok­tor Alan Cole, chwy­cił za ra­mię i moc­no po­trzą­snął. Spa­li­śmy pod chmur­ką, gdyż w na­szych stoż­ko­wa­tych na­mio­ci­kach było go­rą­co jak w sau­nie.

– Obudź się, Nick. Wsta­waj! Szyb­ko! – po­wie­dział.

– Zo­sta­li­śmy za­ata­ko­wa­ni. Nie żar­tu­ję.

Ze­rwa­łem się na rów­ne nogi, a tym­cza­sem w po­wie­trzu znów niósł się od­głos wy­strza­łów. Puk! Puk! Puk!

Co­raz bli­żej. Ten, kto strze­lał – zbli­żał się. I to szyb­ko.

– Dżan­dża­wi­dzi? – za­py­ta­łem. – To oni, tak?

– Taa – od­parł Alan. – Oba­wia­łem się, że do tego doj­dzie. Mu­sia­ła się ro­zejść wia­do­mość, że tu je­ste­śmy.

– To co ro­bi­my?

– Za­su­waj za mną – po­wie­dział i mach­nął uzbro­jo­ną w la­tar­kę ręką. – Szyb­ko, Nick. Ru­szaj się.

Zła­pa­łem po­dusz­kę – a wła­ści­wie swój ple­cak. Ką­tem oka doj­rza­łem je­den ze swo­ich no­tat­ni­ków, le­żą­cy na sto­sie pu­stych skrzy­nek, któ­ry słu­żył mi za biur­ko. Zro­bi­łem krok w tę stro­nę, ale Alan znów zła­pał mnie za ra­mię, tym ra­zem po to, by mnie za­trzy­mać.

– Nie ma cza­su, Nick. Mu­si­my stąd spie­przać – rzu­cił ostrze­gaw­czo. – In­a­czej nas za­bi­ją. A wcze­śniej będą nas tor­tu­ro­wać.

No cóż, sko­ro tak sta­wiasz spra­wę…

Uła­mek se­kun­dy póź­niej bie­głem za Ala­nem. Mi­nę­li­śmy kil­ka ba­ra­ków z dyk­ty i za­rdze­wia­łej bla­chy, któ­re słu­ży­ły jako sale ope­ra­cyj­ne w tym pro­wi­zo­rycz­nym szpi­ta­lu na obrze­żach Za­lin­gei na po­łu­dniu Su­da­nu. Uświa­do­mi­łem so­bie, jak bar­dzo opa­no­wa­ny wy­da­je się dok­tor. Na­wet te­raz. Żad­ne­go bia­do­le­nia, żad­nych wrza­sków.

Na­wia­sem mó­wiąc, sam wła­śnie na to mia­łem ocho­tę.

A je­śli już mowa o gło­śnym pła­czu, Nick, to co z two­im pra­gnie­niem śmier­ci? Czy na­praw­dę mu­sia­łeś brać to zle­ce­nie?

Wie­dzia­łeś, że ta część Dar­fu­ru nadal jest zbyt nie­bez­piecz­na dla dzien­ni­ka­rzy. Na­wet Co­urt­ney tak po­wie­dzia­ła, pro­po­nu­jąc ci to zle­ce­nie.

Wie­dzia­łem jed­nak, że na tym za­sa­dzał się cały sens ar­ty­ku­łu, któ­ry pi­sa­łem – być tu­taj i wi­dzieć wszyst­ko na wła­sne oczy. Ta część Dar­fu­ru była wciąż zbyt nie­bez­piecz­na tak­że dla le­ka­rzy. Ewi­dent­nie. Ale to nie po­wstrzy­ma­ło dok­to­ra Ala­na Cole’a od przy­by­cia tu­taj, nie? Nie. Uzna­ny spe­cja­li­sta w za­kre­sie chi­rur­gii klat­ki pier­sio­wej zo­sta­wił w Ma­ry­lan­dzie żonę i dwój­kę ślicz­nych dzie­cia­ków i od czte­rech mie­się­cy pra­co­wał tu­taj dla Kor­pu­su Po­mo­cy Hu­ma­ni­tar­nej i ra­to­wał ży­cie su­dań­skim cy­wi­lom, któ­rzy in­a­czej cier­pie­li­by i umie­ra­li bez opie­ki me­dycz­nej.

Te­raz tak­że ja zło­ży­łem swo­je ży­cie w ręce Ala­na Cole’a.

Puk! Puk, puk, puk, puk! Puk, puk, puk, puk!

Bie­głem za Ala­nem i przy­mglo­nym bla­skiem jego la­tar­ki, nie zwra­ca­jąc uwa­gi na kłu­ją­ce mnie w bose sto­py ostre ka­my­ki i kol­cza­ste ga­łę­zie.

Za­uwa­ży­łem ja­kiś ruch w przo­dzie: dwie su­dań­skie pie­lę­gniar­ki za­trud­nio­ne w szpi­ta­lu na peł­ny etat. Jed­na z nich uru­cha­mia­ła roz­kle­ko­ta­ne­go sta­re­go je­epa, któ­re­go Alan po­ka­zał mi, kie­dy przy­je­cha­łem tu­taj przed kil­ko­ma dnia­mi.

Na­zwał go „uciecz­ko­wo­zem”. My­śla­łem, że żar­tu­je.

Ha! Ha! Ha! Prze­myśl to jesz­cze raz, Nick.

– Wsia­daj! – po­le­cił Alan, kie­dy do­bie­gli­śmy do sa­mo­cho­du. Pie­lę­gniar­ka na sie­dze­niu kie­row­cy wy­sko­czy­ła z je­epa, aby zwol­nić dla nie­go miej­sce. Rzu­ci­łem się na sie­dze­nie obok kie­row­cy i cze­ka­łem, aż pie­lę­gniar­ki usa­do­wią się z tyłu. Nie zro­bi­ły tego.

Oby­dwie wy­szep­ta­ły tyl­ko:

– Sa­la­am ala­ikum.

Wie­dzia­łem już, co to zna­czy. „Po­kój z tobą”. By­łem jed­nak zdez­o­rien­to­wa­ny.

– Nie jadą z nami? – spy­ta­łem Ala­na.

– Nie – od­po­wie­dział, prze­su­wa­jąc skrzy­pią­cą dźwi­gnię zmia­ny bie­gów z luzu na je­dyn­kę. – Dżan­dża­wi­dzi nie chcą ich. Chcą nas. Ame­ry­ka­nów. Cu­dzo­ziem­ców. Bruź­dzi­my im tu­taj.

W kil­ku sło­wach po­dzię­ko­wał pie­lę­gniar­kom i wy­ra­ził na­dzie­ję na ry­chłe spo­tka­nie.

– Wa ala­ikum sa­la­am – do­dał. – „I po­kój z wami”.

Na­stęp­nie jak mło­tem huk­nął sto­pą w pe­dał gazu, aż wbi­ło mnie w opar­cie fo­te­la.

– Trzy­maj się moc­no – za­wo­łał, prze­krzy­ku­jąc grze­chot blach i ryk sil­ni­ka – bo to bę­dzie ostra jaz­da!

Rozdział 2

Po­dmuch go­rą­ce­go pu­styn­ne­go po­wie­trza nie­mal pa­rzył mnie w twarz, kie­dy wy­pa­dli­śmy na dro­gę czy na coś, co ucho­dzi­ło za dro­gę w tym za­po­mnia­nym przez Boga kra­ju. Nie było as­fal­to­wej czy be­to­no­wej na­wierzch­ni, tyl­ko ubi­ta zie­mia, te­raz pry­ska­ją­ca spod kół na­sze­go je­epa. Je­cha­li­śmy zyg­za­kiem, a Alan ro­bił, co mógł, by omi­jać po­je­dyn­cze drze­wa cy­tru­so­we, któ­re ja­koś zdo­ła­ły prze­żyć w po­twor­nym upa­le i pa­nu­ją­cej tu su­szy.

Czy wspo­mnia­łem, że re­flek­to­ry je­epa były wy­łą­czo­ne? Wi­ta­my na raj­do­wym Grand Prix imie­nia Raya Char­le­sa.

– Jaka jest sy­tu­acja?! – krzyk­nął Alan naj­gło­śniej, jak mógł. – Wi­dzą nas? A ty ich wi­dzisz?

Sie­dzie­li­śmy ze trzy­dzie­ści cen­ty­me­trów od sie­bie, ale mu­sie­li­śmy krzy­czeć, by się po­ro­zu­mieć. Daję gło­wę, że od­rzu­to­wiec prze­kra­cza­ją­cy ba­rie­rę dźwię­ku był­by cich­szy niż sil­nik na­sze­go je­epa.

– Czy nas wi­dzą? Na pew­no nas sły­szą! – od­krzyk­ną­łem. – Na ra­zie ni­ko­go nie wi­dzę.

Od­ro­bi­łem pra­cę do­mo­wą i przed wy­jaz­dem ze Sta­nów po­czy­ta­łem o dżan­dża­wi­dach. Byli to człon­ko­wie mi­li­cji zło­żo­nej z arab­skich mu­zuł­ma­nów z Char­tu­mu. Od daw­na zwal­cza­li i za­bi­ja­li czar­nych mu­zuł­ma­nów na pro­win­cji, mię­dzy in­ny­mi z po­wo­du spo­rów o zie­mię. Roz­lew krwi trwał nie­prze­rwa­nie i była to zwy­kle krew jed­nej stro­ny. Stąd na­pły­wa­ją­ce sta­le do­nie­sie­nia o lu­do­bój­stwie.

Ale czy­ta­nie ar­ty­ku­łów i nie­licz­nych ksią­żek po­świę­co­nych dżan­dża­wi­dom na wy­god­nej ka­na­pie we wła­snym miesz­ka­niu na Man­hat­ta­nie to jed­no. To, co się dzia­ło te­raz, to coś zu­peł­nie in­ne­go.

Od­wró­ci­łem się, aby spoj­rzeć do tyłu, ale przez cią­gną­cą się za nami chmu­rę ku­rzu nie da­wa­ło się nic zo­ba­czyć. Wte­dy po­czu­łem po­dmuch po­wie­trza i kula gwizd­nę­ła mi koło ucha. Rany bo­skie, nie­wie­le bra­ko­wa­ło.

– Szyb­ciej, Ala­nie! – za­wo­ła­łem. – Mu­si­my je­chać szyb­ciej! Mo­żesz je­chać szyb­ciej, praw­da?

Alan od­po­wie­dział szyb­kim ski­nie­niem gło­wy. Mru­żył oczy, sta­ra­jąc się prze­bić wzro­kiem ciem­ność i uno­szą­cy się nad dro­gą pył.

Ja tym­cza­sem roz­my­śla­łem o przed­wcze­snej śmier­ci w wie­ku trzy­dzie­stu trzech lat, li­cząc nie­od­faj­ko­wa­ne po­zy­cje na swo­jej li­ście rze­czy do zro­bie­nia. Zdo­być Na­gro­dę Pu­lit­ze­ra. Na­uczyć się grać na sak­so­fo­nie. Prze­je­chać się fer­ra­ri po Pa­ci­fic Co­ast Hi­gh­way.

No i w koń­cu zna­leźć w so­bie dość ikry, żeby po­wie­dzieć pew­nej ko­bie­cie, że ko­cham ją bar­dziej, niż do­tąd chcia­łem przy­znać – na­wet przed sobą.

Co mógł­bym po­wie­dzieć, cze­go je­den z kil­ku mo­ich ulu­bio­nych pi­sa­rzy, John Ste­in­beck, już nie wy­my­ślił? Coś o tym, że naj­le­piej ob­my­śla­ne pla­ny my­szy i lu­dzi czę­sto spa­la­ją na pa­new­ce?

Ale po­cze­kaj­my!

Sko­ro mowa o pla­nach, dok­tor naj­wy­raź­niej miał ja­kiś wła­sny.

– Po­trze­bu­je­my cze­goś cięż­kie­go – oznaj­mił.

Cięż­kie­go?

– Cze­go na przy­kład? – za­py­ta­łem.

– Nie wiem. Po­szu­kaj z tyłu, w ba­gaż­ni­ku – od­parł, po­da­jąc mi la­tar­kę. – I schyl się! Nie chcę cię mieć na su­mie­niu.

– Ja też tego nie chcę, Ala­nie!

Ni­czym do­dat­ko­wy wy­krzyk­nik, kula od­bi­ła się ry­ko­sze­tem od me­ta­lo­we­go pa­łą­ka bez­pie­czeń­stwa. Ping!

– Le­piej schyl się na­praw­dę ni­sko – do­dał Alan.

Ują­łem gru­by, gu­mo­wy kor­pus la­tar­ki i szyb­ko prze­śli­zną­łem się na cia­sne tyl­ne sie­dze­nie. Zaj­rza­łem do ba­gaż­ni­ka, ale nie za­uwa­ży­łem nic cięż­kie­go. Tyl­ko kil­ka pu­stych bu­te­lek po wo­dzie obi­ja­ło się o sie­bie ni­czym ska­czą­ce fa­sol­ki.

Już mia­łem prze­ka­zać Ala­no­wi złą wia­do­mość, kie­dy za­uwa­ży­łem coś błysz­czą­ce­go, przy­mo­co­wa­ne­go do bocz­nej ścia­ny ba­gaż­ni­ka, obok koła za­pa­so­we­go. Na­sa­do­wy klucz do kół. To jest to!

Ale czy był dość cięż­ki? Nie mia­łem po­ję­cia, gdyż nie wie­dzia­łem, do cze­go był po­trzeb­ny.

Wrę­czy­łem go Ala­no­wi, któ­ry po­trzą­snął nim, jak­by wa­żąc go w dło­ni.

– Może być – po­wie­dział, a na­stęp­nie włą­czył re­flek­to­ry. – Te­raz trzy­maj nie­ru­cho­mo kie­row­ni­cę, do­bra? Zu­peł­nie nie­ru­cho­mo, Nick!

Wró­ci­łem na przed­nie pra­we sie­dze­nie i zła­pa­łem kie­row­ni­cę, a tym­cza­sem Alan pod­niósł lewą nogę i ścią­gnął but. Mi­gnął mi znak fir­mo­wy Nike.

– Za­raz wra­cam – po­wie­dział.

Za­raz wra­cam? Do­kąd się, u li­cha, wy­bie­rasz, dok­to­rze?

Co te­raz ro­bisz?

Nie opusz­czaj mnie, sta­ry.

Rozdział 3

Alan za­nur­ko­wał pod kie­row­ni­cę, klucz ni­czym ba­tu­tę trzy­ma­jąc w jed­nym ręku, but zaś – w dru­gim.

Pró­bo­wa­łem po­dej­rzeć, co robi. Oczy­wi­ście po­wi­nie­nem był sku­pić się na tym, co mi po­le­cił – na trzy­ma­niu nie­ru­cho­mo kie­row­ni­cy.

O, cho­le­ra! Uwa­żaj! Uwa­żaj!

Je­epem na­gle szarp­nę­ło, oby­dwa lewe koła ode­rwa­ły się od zie­mi i nie­wie­le bra­ko­wa­ło, a wóz by się prze­wró­cił. Pró­bu­jąc wy­rów­nać, sły­sza­łem, jak Alan wali gło­wą w lewe drzwi sa­mo­cho­du. Au!

– Prze­pra­szam! – za­wo­ła­łem. – Je­steś cały?

– Tak, ale po­świeć mi tu tro­chę. Upu­ści­łem ten prze­klę­ty klucz.

– Prze­pra­szam, sta­ry.

– Nie, do­brze ci idzie. Tyl­ko trzy­maj nie­ru­cho­mo kie­row­ni­cę!

Włą­czy­łem la­tar­kę, skie­ro­wa­łem świa­tło na nie­go. Klucz upadł za pe­dał ha­mul­ca. Alan zła­pał go i z pra­wą nogą wciąż na pe­da­le gazu wsu­nął na­rzę­dzie do zdję­te­go buta. Nadal nie mia­łem po­ję­cia, co robi.

Po­tem za­sko­czy­łem.

Alan ob­cią­żał pe­dał gazu, czyż nie?

Ja­sne. Spo­glą­da­łem to na dro­gę, to na nie­go, a on zdjął nogę z pe­da­łu i usta­wił na nim ob­cią­żo­ny but. Po­słu­żył się sznu­ro­wa­dła­mi, aby go szyb­ko umo­co­wać naj­le­piej, jak się dało.

Wy­nu­rzył się, wy­cią­gnął pa­sek ze spodni i unie­ru­cho­mił kie­row­ni­cę, mo­cu­jąc ją do sta­lo­we­go prę­ta pod swo­im sie­dze­niem.

Je­cha­li­śmy te­raz ze sta­łą pręd­ko­ścią i w usta­lo­nym kie­run­ku.

Co da­lej?

Cho­dzi o to, że wła­ści­wie nie mu­sia­łem o to py­tać i cze­kać na od­po­wiedź. Po pro­stu nie chcia­łem uwie­rzyć w to, co się dzia­ło.

– Je­steś go­to­wy? – za­py­tał Alan. – Le­piej, że­byś był. Wy­no­si­my się stąd!

– Żar­ty so­bie ro­bisz!

– Nie, je­stem śmier­tel­nie po­waż­ny. Wi­dzisz ten głaz z przo­du po pra­wej? Tuż za nim jest skar­pa – po­wie­dział.

– Skąd wiesz?

– By­łem skau­tem, Nick. Za­wsze go­to­wi. Mu­si­my tyl­ko sko­czyć na bark, zwi­nąć się i po­tur­lać, a na pew­no nas nie za­uwa­żą! Za­ufaj mi.

Skie­ro­wa­łem świa­tło la­tar­ki na pręd­ko­ścio­mierz. Sto trzy­dzie­ści ki­lo­me­trów na go­dzi­nę. Że niby co? Sko­czyć i się po­tur­lać?

Nie było jed­nak cza­su na dys­ku­sje czy kłót­nie. Głaz i skar­pa były tuż-tuż. Obok nas gwizd­nę­ła na­stęp­na kula. Wzią­łem głę­bo­ki od­dech i po­wie­dzia­łem to, co Alan chciał usły­szeć:

– Do­bra, kur­wa, zrób­my to.

Po­rwa­łem ple­cak i od­wró­ci­łem się, żeby uchwy­cić się pa­łą­ka bez­pie­czeń­stwa. Ping! – nad­le­cia­ła na­stęp­na kula. I jesz­cze jed­na: ping! A po­tem tu­zin pin­gów i pu­ków.

Zgrzy­ta­jąc zę­ba­mi, żeby do­dać so­bie otu­chy, czu­łem głę­bo­ko w ustach smak ku­rzu. Przez czte­ry lata stu­diów dzien­ni­kar­skich na Nor­th­we­stern Uni­ver­si­ty ani razu nie uczest­ni­czy­łem w kur­sie „Skacz i się tur­laj”. Szko­da. Więk­szy był­by z tego po­ży­tek niż z czę­ści tego, cze­go na­uczy­łem się na za­ję­ciach z gra­ma­ty­ki i ety­ki.

Ge­ro­ni­mo!

Sko­czy­łem w ciem­ność, trza­sną­łem o zie­mię. Tyl­ko że to nie była zie­mia. Ra­czej be­ton. Moje cia­ło eks­plo­do­wa­ło bó­lem.

Chcia­ło mi się wrzesz­czeć.

Nie krzycz, Nick! Usły­szą cię!

I tyle o mo­ich umie­jęt­no­ściach skocz­ka. Je­śli cho­dzi o tur­la­nie się, w jed­nej chwi­li opa­no­wa­łem je do per­fek­cji – to­czy­łem się, to­czy­łem i to­czy­łem w dół zbo­cza, aż za­trzy­ma­łem się bli­ski wy­mio­tów, z ko­ło­wro­tem w gło­wie. Od­wró­ci­łem się i spoj­rza­łem w górę.

Na­sze­go je­epa ści­gał inny jeep pe­łen rwą­cych się do uży­cia bro­ni dżan­dża­wi­dów, nie­wąt­pli­wie prze­ko­na­nych, że już za chwi­lę utłu­ką dwóch kło­po­tli­wych Ame­ry­ka­nów. Szyb­ko do­go­nią na­sze­go je­epa – ki­lo­metr czy dwa da­lej – ale wte­dy już Alan i ja bę­dzie­my głę­bo­ko skry­ci w ciem­no­ściach nocy.

Nig­dy nas nie znaj­dą. Taką przy­najm­niej mia­łem na­dzie­ję.

– W po­rząd­ku? – usły­sza­łem głos Ala­na. Znaj­do­wał się nie wię­cej niż trzy me­try ode mnie.

– Tak – od­par­łem. – Co z tobą?

– Nig­dy nie czu­łem się le­piej.

Do­strze­głem zna­jo­my blask oświe­tla­ją­cy wnę­trze dło­ni Ala­na. Te­le­fon sa­te­li­tar­ny. Przy so­bie mia­łem taki sam.

– Do kogo dzwo­nisz? – za­py­ta­łem.

– Do Do­mi­no’s Piz­za – za­żar­to­wał. – Lu­bisz pep­pe­ro­ni? Ro­ze­śmia­łem się i nig­dy śmiech nie spra­wił mi ta­kiej przy­jem­no­ści.

– Dzwo­nię po wspar­cie – po­wie­dział. – Już naj­wyż­sza pora, że­by­śmy spie­prza­li z tego Do­dge City. Mar­twy chi­rurg i mar­twy re­por­ter nie zdzia­ła­ją wie­le dla po­ko­ju na świe­cie i dla wszyst­kich tych do­brych rze­czy, na któ­rych tak nam za­le­ży. Co, Nick?

Rozdział 4

Po­si­nia­cze­ni, po­obi­ja­ni, po­tłu­cze­ni – ale, co naj­waż­niej­sze, żywi – o świ­cie Alan i ja od­le­cie­li­śmy sa­mo­lo­tem ONZ-owskie­go Świa­to­we­go Pro­gra­mu Żyw­no­ścio­we­go do Char­tu­mu. Po­czci­wy dok­tor po­sta­no­wił zo­stać w sto­li­cy Su­da­nu jesz­cze kil­ka dni, żeby po­móc pro­wa­dzą­cym inny szpi­tal. Nie­sa­mo­wi­ty fa­cet – szcze­rze tak o nim my­śla­łem.

– Za­pra­szam ze mną – za­pro­po­no­wał pół­żar­tem. – Po­trzeb­na mi muza.

– Nie. – Uśmiech­ną­łem się. – My­ślę, że na ra­zie mam dość eg­zo­tycz­nych przy­gód. I my­ślę, że mam wię­cej niż dość ma­te­ria­łu na ar­ty­kuł.

– Tyl­ko nie rób ze mnie bo­ha­te­ra – ostrzegł. – Bo nim nie je­stem.

– Opi­szę tyl­ko to, co wi­dzia­łem, Ala­nie. Je­śli nie­któ­rzy do­pa­trzą się w tym he­ro­izmu, niech im bę­dzie.

Po czym po­dzię­ko­wa­łem mu po raz dwu­dzie­sty za oca­le­nie mi ży­cia, do­da­jąc:

– Sa­la­am ala­ikum.

Uści­snął mi dłoń.

– I po­kój z tobą – od­po­wie­dział.

Nie­ste­ty, to ży­cze­nie nie mia­ło się speł­nić. Ni cho­le­ry.

Po po­łu­dniu, po czte­ro­go­dzin­nym lo­cie nad Mo­rzem Czer­wo­nym i Za­to­ką Per­ską, przy­by­łem do Zjed­no­czo­nych Emi­ra­tów Arab­skich, do Du­ba­ju, oj­czy­zny pierw­sze­go sklo­no­wa­ne­go wiel­błą­da. To sur­re­ali­stycz­ne miej­sce. Je­śli tam by­li­ście, to wie­cie, o czym mó­wię. Kil­ka lat wcze­śniej spę­dzi­łem w Du­ba­ju cały ty­dzień, zwie­dza­jąc wszyst­kie „atrak­cje tu­ry­stycz­ne” i zbie­ra­jąc ma­te­riał do tek­stu, któ­ry za­ty­tu­ło­wa­łem Di­sney­land na haju. Nie mu­szę wspo­mi­nać, że mi­ni­ster­stwo tu­ry­sty­ki Du­ba­ju nie było za­chwy­co­ne tym ty­tu­łem, ale cze­go się spo­dzie­wa­li? Zbu­do­wa­li stok nar­ciar­ski pod da­chem, Ski Du­bai. Jest tam też ar­chi­pe­lag trzy­stu sztucz­nych wysp uło­żo­nych na po­do­bień­stwo mapy świa­ta, roz­cią­ga­ją­cy się na ob­sza­rze pięć­dzie­się­ciu ki­lo­me­trów. Mimo wszyst­ko jest to za­iste mały świat.

Tym ra­zem jed­nak ba­wi­łem w Du­ba­ju tyl­ko prze­jaz­dem. Po krót­kiej drzem­ce w są­sia­du­ją­cym z lot­ni­skiem Du­bai In­ter­na­tio­nal Ho­tel – naj­czyst­szym miej­scu, w ja­kim moż­na się za­trzy­mać na go­dzi­nę za ta­kie pie­nią­dze – znów ła­do­wa­łem się do sa­mo­lo­tu, tym ra­zem do Pa­ry­ża. Mia­łem tam prze­pro­wa­dzić wy­wiad z jed­nym z eu­ro­pej­skich dy­rek­to­rów Kor­pu­su Po­mo­cy Hu­ma­ni­tar­nej, koń­cząc tym sa­mym zbie­ra­nie ma­te­ria­łów do ar­ty­ku­łu.

A przy­najm­niej są­dzi­łem, że znaj­du­ję się w dro­dze do Pa­ry­ża.

Kie­dy sta­łem w ko­lej­ce do wej­ścia na po­kład sa­mo­lo­tu, po­czu­łem wi­bro­wa­nie te­le­fo­nu sa­te­li­tar­ne­go. Z No­we­go Jor­ku dzwo­ni­ła moja na­czel­na, Co­urt­ney.

– Jak się mie­wasz? – za­py­ta­ła.

– Żyję – od­par­łem. Zde­cy­do­wa­nie było to sło­wo dnia. Po­krót­ce opo­wie­dzia­łem, jak to ni­czym Mad Max ucie­ka­łem przed dżan­dża­widz­ką mi­li­cją. Nie bar­dzo mo­gła uwie­rzyć w moją opo­wieść. Ja, cho­le­ra, też nadal nie mo­głem.

– Je­steś pe­wien, że z tobą wszyst­ko w po­rząd­ku? – za­py­ta­ła. – Mó­wisz ja­koś nie­pew­nie. Jak na cie­bie.

– Uwzględ­nia­jąc wszel­kie oko­licz­no­ści, tak, czu­ję się do­brze. Do­wie­dzia­łem się na­wet cze­goś bar­dzo waż­ne­go. Je­stem śmier­tel­ny. Na­praw­dę, na­praw­dę śmier­tel­ny.

– Do­kąd więc się te­raz wy­bie­rasz?

– Do Pa­ry­ża.

– Pa­ris?

– Oui.

– Je cro­is que non – po­wie­dzia­ła Co­urt­ney.

Tyl­ko przez rok uczy­łem się fran­cu­skie­go, jesz­cze w St. Pa­trick’s High Scho­ol w New­burgh w sta­nie Nowy Jork, by­łem jed­nak cał­ko­wi­cie pe­wien, że wła­śnie po­wie­dzia­ła: „Nie są­dzę”.

– Dla­cze­go nie? – za­py­ta­łem.

Było to do­bre py­ta­nie – i na cza­sie, bo przede mną sta­ły już tyl­ko dwie oso­by. Za­raz od­dam kar­tę po­kła­do­wą i od­le­cę do Pa­ry­ża, któ­ry jest chy­ba moim ulu­bio­nym mia­stem. Rzecz ja­sna, lu­bię tam wszyst­ko oprócz lu­dzi. Nie­któ­rych. Za­smar­kań­ców.

– Mu­sisz wra­cać – po­wie­dzia­ła Co­urt­ney.

– Dla­cze­go? Co się dzie­je?

– Coś do­bre­go, Nick. Coś na­praw­dę do­bre­go. Po­ko­chasz to. To wy­star­czy­ło, bym na pół kro­ku wy­su­nął się z ko­lej­ki.

Co­urt­ney Shep­pard mia­ła kil­ka ewi­dent­nych wad, ale nie było wśród nich skłon­no­ści do prze­sa­dy.

– Okay – po­wie­dzia­łem. – No to wal.

I oczy­wi­ście to wła­śnie Co­urt­ney zro­bi­ła. Przy­wa­li­ła tak, że omal nie zgu­bi­łem bu­tów.

Rozdział 5

Po­zwo­lę tu so­bie na pew­ne zwie­rze­nie. Wiem, że to za­brzmi nie­co ko­micz­nie, ale je­stem wiel­kim fa­nem ba­se­bal­lu. Od dziec­ka, kie­dy to w Hud­son Val­ley dla na­bra­nia wpra­wy rzu­ca­łem jabł­ka­mi w pnie drzew.

Wróć­my jed­nak do za­sad­ni­cze­go wąt­ku opo­wie­ści. Moc­no przy­ci­ska­łem te­le­fon do ucha, sta­ra­jąc się do­sły­szeć każ­de sło­wo Co­urt­ney. Na lot­ni­sku ro­iło się od lu­dzi. Głów­nym źró­dłem ha­ła­su była są­sied­nia otwar­ta bram­ka, przy któ­rej zgro­ma­dzi­ła się set­ka męż­czyzn ze schlud­nie przy­strzy­żo­ny­mi czar­ny­mi bro­da­mi i w bie­lut­kich luź­nych sza­tach, ską­di­nąd zna­nych jako di­sz­da­sze.

A oto ja.

Szo­pa ciem­no­blond wło­sów na czub­ku stu­osiem­dzie­się­cio­pię­cio­cen­ty­me­tro­wej syl­wet­ki odzia­nej w spło­wia­łe dżin­sy i jesz­cze bar­dziej spło­wia­łą ko­szul­kę polo. W tym oto­cze­niu nie wy­róż­niał­bym się bar­dziej, na­wet gdy­bym był Gene’em Sim­mon­sem, w peł­nym przed­kon­cer­to­wym ma­ki­ja­żu człon­ka gru­py Kiss, czy­ta­ją­cym na głos Ko­ran.

Co­urt­ney wzię­ła głę­bo­ki od­dech.

– Pa­mię­tasz Dway­ne’a Ro­bin­so­na? – za­py­ta­ła.

Ja­sne, że pa­mię­ta­łem, wie­dzia­ła o tym.

– Masz na my­śli tego Dway­ne’a Ro­bin­so­na, któ­ry kosz­to­wał Jan­ke­sów – mo­ich Jan­ke­sów – zwy­cię­stwo w World Se­ries? Tego szur­nię­te­go su­kin­sy­na? Nie­prze­nik­nio­ne­go czło­wie­ka za­gad­kę?

– Mi­nę­ło dzie­sięć lat, a ty wciąż cho­wasz pa­skud­ną ura­zę. Masz świ­ra na punk­cie ba­se­bal­lu, co?

– Ab­so­lut­nie. Może mi­nąć i sto lat, a ja nie za­po­mnę… i nie prze­ba­czę – na­je­ży­łem się.

Cóż mogę po­wie­dzieć? By­łem za­go­rza­łym fa­nem Bom­bar­die­rów z Bro­nxu, od kie­dy w wie­ku pię­ciu lat przy­je­cha­łem z oj­cem z New­burgh do No­we­go Jor­ku na swój pierw­szy mecz. Sie­dzie­li­śmy na naj­wyż­szej try­bu­nie, ja­kieś czte­ry ki­lo­me­try od pola, ale dla mnie nie mia­ło to zna­cze­nia. Od tam­tej pory nie­omal utoż­sa­miam się z prąż­ka­mi na jan­ke­skim ko­stiu­mie. I, owszem, to trą­ci świ­rem.

– Po na­my­śle do­cho­dzę do wnio­sku, że może to kiep­ski po­mysł – po­wie­dzia­ła Co­urt­ney. – Leć do Pa­ry­ża, Nick.

– Co to ma zna­czyć? Jak mam to ro­zu­mieć? Dla­cze­go od­sy­łasz mnie te­raz do Pa­ry­ża?

Przez kil­ka se­kund roz­ko­szo­wa­ła się prze­wa­gą.

– On chce ci udzie­lić wy­wia­du.

Mia­łem dziw­ne prze­czu­cie, że to wła­śnie za­mie­rza po­wie­dzieć, lecz mimo to by­łem za­sko­czo­ny. Bar­dzo za­sko­czo­ny. Dway­ne Ro­bin­son zo­stał J.D. Sa­lin­ge­rem ba­se­bal­lo­we­go świa­ta, od kie­dy w at­mos­fe­rze skan­da­lu za­ka­za­no mu udzia­łu w roz­gryw­kach li­go­wych. Jego ostat­nie oświad­cze­nie dla pra­sy brzmia­ło: „Nig­dy wię­cej nie ode­zwę się do żad­ne­go z was”. I przez ostat­nie dzie­sięć lat do­trzy­my­wał sło­wa.

Na szczę­ście wszyst­ko się zmie­nia. Cho­dzi­ło o coś wiel­kie­go. By­ła­by to naj­więk­sza spra­wa w ca­łej mo­jej do­tych­cza­so­wej ka­rie­rze. By­ło­by to tak­że speł­nie­nie mo­ich ma­rzeń.

– Co­urt­ney, cza­ro­dziej­ko, jak wy­cią­gnę­łaś od nie­go zgo­dę na wy­wiad?

– Chcia­ła­bym przy­pi­sać so­bie tę za­słu­gę – od­par­ła – ale po pro­stu ode­bra­łam te­le­fon. Wczo­raj dzwo­nił agent Ro­bin­so­na.

– Fa­cet nadal ma agen­ta? Już samo to jest za­dzi­wia­ją­ce.

– Wiem, wy­obraź so­bie. Może mają na­dzie­ję na przy­wró­ce­nie upraw­nień za­wod­ni­czych? Może o tym chce z tobą roz­ma­wiać?

– Nie sta­wiał­bym na to – po­wie­dzia­łem. – Jest do­brze po trzy­dzie­st­ce, nie rzu­cał od lat.

– Nie­mniej to by ja­koś tłu­ma­czy­ło chęć udzie­le­nia wy­wia­du, praw­da? Przy­zna­je się do wszyst­kie­go, wy­ja­śnia całą spra­wę… To mógł­by być pierw­szy krok do po­wro­tu – za­sta­na­wia­ła się Co­urt­ney. – Może nie na gór­kę mio­ta­cza, ale przy­najm­niej do łask opi­nii pu­blicz­nej, do swo­je­go dzie­dzic­twa.

– Taa, jak do­tąd to cu­dow­nie za­dzia­ła­ło w przy­pad­ku Pete’a Rose’a – za­żar­to­wa­łem. – Je­śli jed­nak o to cho­dzi, to dla­cze­go nie udzie­li wy­wia­du te­le­wi­zyj­ne­go?

Le­d­wie za­da­łem to py­ta­nie, a od­po­wiedź na­su­nę­ła mi się sama. Dway­ne Ro­bin­son, Wiel­ka Czar­na Na­dzie­ja z Har­le­mu i swe­go cza­su le­wo­ręcz­ny as ze­spo­łu mio­ta­czy Jan­ke­sów, cier­piał mię­dzy in­ny­mi na ostre za­bu­rze­nia lę­ko­we. Był w sta­nie wyjść na śro­dek kwa­dra­tu i wspa­nia­le rzu­cać na oczach pięć­dzie­się­ciu pię­ciu ty­się­cy wrzesz­czą­cych fa­nów, ale z tru­dem zno­sił roz­mo­wę sam na sam. Zwłasz­cza przed ka­me­rą.

– Za­po­mnia­łem o czymś – po­wie­dzia­łem. – Fa­cet był cho­dzą­cą re­kla­mą prze­ciw­de­pre­syj­ne­go pa­xi­lu.

– Bin­go – od­par­ła Co­urt­ney. – Praw­dę mó­wiąc, agent Ro­bin­so­na oznaj­mił, że oba­wia się, iż jego klient mógł­by zmie­nić zda­nie. Dla­te­go już za­kle­pał lunch dla was dwóch, Nick. Dla cie­bie i Dway­ne’a. Dla Dway­ne’a i dla cie­bie. Mi­lu­sio, co?

– Kie­dy? – za­py­ta­łem, a moje pod­nie­ce­nie z wol­na prze­sta­wa­ło być nie­znacz­ne.

– Ju­tro – od­po­wie­dzia­ła. – W Lom­bar­do’s, o dwu­na­stej trzy­dzie­ści.

– Co­urt­ney, ja je­stem w Du­ba­ju.

– Mam na­dzie­ję, że nie za­ba­wisz tam dłu­go, Nick. Masz ju­tro waż­ny lunch. W No­wym Jor­ku.

Jak na umó­wio­ny znak, w tym mo­men­cie pod­szedł do mnie pra­cow­nik lot­ni­ska ob­słu­gu­ją­cy bram­kę. Wy­glą­dał jak Ni­les Cra­ne z se­ria­lu Fra­sier. Upior­nie.

– Prze­pra­szam, czy leci pan z nami do Pa­ry­ża? – za­py­tał z iro­nicz­nym uśmiesz­kiem. – Wła­śnie za­my­ka­my bram­kę.

Ro­zej­rza­łem się. Wszy­scy już byli w sa­mo­lo­cie. To zna­czy wszy­scy oprócz mnie.

– Nick, je­steś tam? – za­py­ta­ła Co­urt­ney. – Mu­szę wie­dzieć, czy mo­żesz to zro­bić. Po­wiedz, że w to wcho­dzisz.

Te­raz przy­szła moja ko­lej, by przez kil­ka se­kund po­roz­ko­szo­wać się prze­wa­gą.

– Nick? Nick? Je­steś tam? Nick? Niech cię dia­bli… prze­stań się wy­głu­piać.

– No wcho­dzę – po­wie­dzia­łem w koń­cu. – Wcho­dzę.

Już wiem, że to zo­sta­ło po­sta­no­wio­ne za mo­imi ple­ca­mi.

– Nig­dy w to nie wąt­pi­łam – stwier­dzi­ła Co­urt­ney. – Prze­cież ty się utoż­sa­miasz z prąż­ka­mi Jan­ke­sów, nie­praw­daż, Nick?

Rozdział 6

Dwa loty, osiem stref cza­so­wych i dwa­dzie­ścia nie­po­mier­nie dłu­gich go­dzin póź­niej wy­lą­do­wa­łem w koń­cu na lot­ni­sku JFK. Do­cho­dzi­ła je­de­na­sta na­stęp­ne­go ran­ka. Wy­sia­da­jąc z sa­mo­lo­tu, czu­łem się jak zom­bie. I praw­do­po­dob­nie tak też wy­glą­da­łem i śmier­dzia­łem.

Kie­dy za­mie­ni­łem te­le­fon sa­te­li­tar­ny na iPho­ne’a, oka­za­ło się, że cze­ka na mnie tyl­ko jed­na wia­do­mość. Od Co­urt­ney, oczy­wi­ście.

– Lom­bar­do’s. Dwu­na­sta trzy­dzie­ści – przy­po­mi­na­ła. – I nie spóź­nij się! To duża spra­wa, Nick. Praw­do­po­dob­nie zro­bisz z tego książ­kę. I film. Nie spieprz ro­bo­ty, fa­cet.

Dzię­ki, sze­fo­wo…

Jest kil­ka rze­czy, któ­rych – jak są­dzę – w tym miej­scu mu­si­cie się do­wie­dzieć o Co­urt­ney Shep­pard. Przede wszyst­kim, mimo sto­sun­ko­wo mło­de­go wie­ku (trzy­dzie­ści czte­ry lata) jest re­dak­tor na­czel­ną ma­ga­zy­nu „Ci­ti­zen” – tego sa­me­go ma­ga­zy­nu, któ­ry w cią­gu za­le­d­wie dwóch lat ist­nie­nia wbrew wszel­kie­mu praw­do­po­do­bień­stwu do­ko­nał cze­goś, co wie­lu no­wym pe­rio­dy­kom na ryn­ku nig­dy się nie uda. Za­czął przy­no­sić zy­ski.

Zna­jąc ogra­ni­cze­nia za­rów­no „Va­ni­ty Fair”, jak i „The Atlan­tic”, Co­urt­ney zna­la­zła dla „Ci­ti­ze­na” for­mu­łę, któ­ra za­pew­ni­ła pi­smu suk­ces. Z tych dwóch ma­ga­zy­nów o na pierw­szy rzut oka prze­ciw­staw­nym cha­rak­te­rze wzię­ła to, co naj­lep­sze, i po­łą­czy­ła w jed­no. Spryt­ne po­su­nię­cie. Bo też jest spryt­ną ko­bie­tą.

Do tego bar­dzo ład­ną. I nie­szcze­gól­nie przej­mu­ją­cą się swo­ją uro­dą.

W tym mo­men­cie po­wi­nie­nem po­dzie­lić się z wami jesz­cze jed­ną in­for­ma­cją o Co­urt­ney Shep­pard.

Po na­my­śle do­cho­dzę do wnio­sku, że tą in­for­ma­cją zaj­mie­my się nie­co póź­niej.

Z lot­ni­ska Ken­ne­dy’ego po­je­cha­łem tak­sów­ką do swo­je­go miesz­ka­nia na Man­hat­ta­nie, w Up­per East Side. Żyję głów­nie na wa­liz­kach i ma to swo­je do­bre stro­ny, bo moje miesz­ka­nie nie jest dużo więk­sze od wa­liz­ki.

To ja­sne, że nie je­stem dzien­ni­ka­rzem dla pie­nię­dzy. Ale kto – może poza Tho­ma­sem Fried­ma­nem z „Ti­me­sa” – jest? Nie zna­czy to, że Fried­man nie ko­cha tego, co robi, tyl­ko że ro­biąc to, zgar­nia kupę drob­nia­ków.

Tak czy in­a­czej, kie­dy mia­łem je­de­na­ście lat, obej­rza­łem z ro­dzi­ca­mi film Wszy­scy lu­dzie pre­zy­den­ta. Mój oj­ciec uwiel­biał go, bo gar­dził Ri­char­dem Ni­xo­nem. Wy­star­czy­ło wy­mó­wić na­zwi­sko Ni­xo­na, a ni­czym pies Paw­ło­wa nie­zmien­nie re­ago­wał, wy­rzu­ca­jąc z sie­bie: „Ten kan­ciarz!”.

Moja mat­ka tak­że była en­tu­zjast­ką tego fil­mu, ale je­stem zu­peł­nie pe­wien, że kie­ro­wa­ła nią sła­bość do Ro­ber­ta Red­for­da. A może tak­że do mło­de­go Du­sti­na Hof­f­ma­na.

Ro­dzi­ce wła­ści­wie nie mie­li za­mia­ru cią­gnąć mnie ze sobą. Mia­łem zo­stać w domu pod okiem star­szej sio­stry, Kate. Zba­je­ro­wa­łem ich jed­nak i mnie za­bra­li.

– Kto wie, może kie­dy do­ro­snę, zo­sta­nę sław­nym re­por­te­rem – po­wie­dzia­łem, wy­kła­da­jąc swo­ją ra­cję. – Mógł­bym zo­stać dru­gim Wo­odwar­dem, dru­gim Bern­ste­inem.

Wszyst­ko to, oczy­wi­ście, było pie­prze­nie w bam­bus. Chcia­łem z nimi iść dla ku­beł­ka po­pcor­nu, bu­tel­ki mo­un­ta­in dew i może pa­czusz­ki ro­dzy­nek w cze­ko­la­dzie, je­śli tat­ko był w do­brym hu­mo­rze.

Ale kie­dy już chru­piąc i sior­biąc, sie­dzia­łem w ki­nie, zda­rzy­ło się coś za­dzi­wia­ją­ce­go. Nie­mal ma­gicz­ne­go. Na ekra­nie dwóch mło­dych go­ści wy­pu­ści­ło się na naj­więk­szą w swo­im ży­ciu wy­pra­wę w po­szu­ki­wa­niu skar­bów, tyle że szu­ka­li cze­goś cen­niej­sze­go niż zło­to, dia­men­ty czy na­wet Arka Przy­mie­rza. Mia­łem le­d­wie je­de­na­ście lat, ale po­ją­łem to – i do dzi­siaj nie chcę tego za­po­mnieć.

Oni szu­ka­li praw­dy.