Wyć się chce - Beata Ostrowicka - ebook + książka

Wyć się chce ebook

Beata Ostrowicka

4,5

Opis

W życiu Julki nic się ostatnio nie układa. W domu musi wysłuchiwać ciągłych kłótni rodziców i narzekań matki na bałagan w jej pokoju, w szkole same nieusprawiedliwione nieobecności i Kamil, który nie zwraca na nią uwagi… Julka, nieasertywna i wycofana, zamiast walczyć o swoje, chowa głowę w piasek. Godzi się na fryzurę, którą wybiera jej Marlena, a potem na oszustwo, do którego skłania ją przyjaciółka.

Kiedy się ocknie i podejmie jakieś decyzje? Czy przełamie nieśmiałość i umówi się z Kamilem? Postawi wreszcie Marlenie? Czy warto iść przez życie pogniewanym na wszystkich?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 201

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




Okładka

Strona tytułowa

Beata Ostrowicka

Wyć się chce

Strona redakcyjna

Beata Ostrowicka

Wyć się chce

© by Beata Ostrowicka

© by Wydawnictwo Literatura

Okładka:

Elżbieta Chojna

Korekta i skład:

Lidia Kowalczyk, Joanna Pijewska

Wydanie I

w Wydawnictwie Literatura

ISBN 978-83-7672-638-0

Wydawnictwo Literatura, Łódź 2018

91-334 Łódź, ul. Srebrna 41

[email protected]

tel. (42) 630 23 81

www.wydawnictwoliteratura.pl

ROZDZIAŁ 1

Szłam do Marleny.

Miałam kolejnego doła. Po awanturze z matką o to, że powinnam posprzątać w kuchni, bo to przecież żadna filozofia. Wystarczyło włączyć zmywarkę, poukładać na stole i zamieść podłogę, ewentualnie przelecieć mopem. Moje tłumaczenie, że wróciłam kilkanaście minut przed matką, w ogóle do niej nie docierało. Powinnam to zrobić i już.

Za mną była już ponad połowa Błoń, psia kupa, w którą udało mi się wdepnąć prawym butem, coraz mniej wściekłości i coraz więcej smutku, że to kolejna – a nie ostatnia – awantura.

Nieostatnie nazwanie mnie „kretynką”.

Nieostatnie retoryczne pytanie: „Rozumu nie masz?”.

Wrócę wieczorem, ja i matka będziemy udawać, że wszystko jest w najlepszym porządku, a potem – wcześniej czy później – znowu zacznie się na mnie wydzierać.

– Musiałam wyjść z tego cholernego domu – mruknęłam, ledwo Marlena otworzyła mi drzwi.

– Dziesięć groszy – powiedziała.

Jasnowłosa, wysoka, z uduchowioną twarzą. Nadal opalona po wakacjach w Egipcie. Ostatnio ubierała się wyłącznie na czarno. I zaczęła się malować. W efekcie wyglądała rewelacyjnie. Też bym tak chciała. Ale z moją drobną budową i zwykłą twarzą musiałabym wcześniej zainwestować w operacje plastyczne. Nie wszystko bym zmieniła. Oczy zostawiłabym na pewno, ale ogólnie naciągnęłabym się na długość.

– Mogę od razu dać złotówkę. – Skrzywiłam się. – Mam potrzebę przeklinania.

– Co się stało?

– To, co zawsze. – Wzruszyłam ramionami. Czyli nie ma nic konkretnego do opowiedzenia, a wyć się chce. – Chwilę posiedzę, co?

– Siedź, ile chcesz. – Powtórzyła mój gest. – Jesteśmy same. Starzy w galerii z Młodym. Próbują mu kupić jakieś spodnie i koszule, ale to raczej przegrana sprawa, bo Młody jest za gruby na swój wiek.

– Super. Nie mam dziś siły na ludzi.

Jej rodzina kupowała ciuchy z taką częstotliwością, jak moja masło. Jej rodzina, czyli rodzice i młodszy brat Adrian, tęgi, powolny dziewięciolatek, którego nie można było nigdy niczym zdenerwować.

Beżowo-białym holem dotarłyśmy do pokoju Marleny. Tak naprawdę, to były dwa pokoje połączone przesuwaną ścianką. Jeden do życia, drugi do spania. Ten do życia miał żółte, wesołe ściany, drugi – zgaszone, szarozielone. Stało w nim zajefajne łóżko z Ikei, takie z metalowymi ściankami, stolik ze szklanym blatem i antyczna biblioteczka.

Ta biblioteczka działała na mnie wybitnie przygnębiająco. Marlena przetrzymywała w niej tony swoich zeszytów, kartek, karteczek z wierszami, opowiadaniami, fragmentami powieści i rysunkami.

Ja z artystycznych rzeczy potrafiłam zrobić kolczyki, bransoletki, wisiorki, ładnie poukładać na kromce ser, wędlinę, plasterek pomidora, ogórka i posypać to artystycznie pietruszką. Jeśli akurat była w domu.

– A co u ciebie? – spytałam, siadając w jednym z foteli, które stały w żółtym pokoju. Miała ich cztery. Każdy, jak to się mówi, z innej parafii. Najstarszy był zielony, z racji wieku już mocno podniszczony. Pamiątka rodzinna. Moim faworytem był bambusowy, przywieszony do sufitu. Mogłam się w nim godzinami delikatnie kołysać. I nawet nie miałam wtedy tej swojej okropnej choroby lokomocyjnej. Był jeszcze skórzany, tak zwany „klubowy”, którego nie lubiłam, i nijaki szary, przykryty kwiecistą narzutą.

Marlena przycupnęła na oparciu zielonego uszaka, na którym wedle rodzinnego przekazu siadywał sam Witkacy, gdy odwiedzał babkę ciotki albo ciotkę babki. Nie pamiętałam dokładnie. Marlena wierzyła w dobre fluidy w nim zaklęte.

– A dobrze, zaraz ci powiem. Na razie obowiązek.

Podeszła do biblioteczki i zdjęła z półki szklany słoik. Brudnosłówka. U mnie w pokoju stał drugi taki sam. U każdej z nas wypełniony był drobnymi mniej więcej w jednej trzeciej. Umówiłyśmy się, że jeśli drobnicy zbierze się jeszcze więcej, to zrobimy krótkie rozpoznanie w pobliskich sklepach i tam, gdzie przy kasie będzie siedziała panna z najdłuższymi tipsami, poprosimy o zamienienie drobnych na grubsze.

Odkręciła zakrętkę i podstawiła mi słój pod nos.

– Wrzucaj.

– Cholera, cholera, cholera – mruknęłam i wrzuciłam złotówkę. – Reszty nie trzeba, na pewno dziś ją wykorzystam. Mów.

– Stara mnie dziś wzięła na rozmowę. – Odstawiła słoik na miejsce.

– Widać taki dziś... rozmowny dzień – burknęłam i zaczęłam drapać palcami plamę na kolanie spodni. Chyba zaschnięty ketchup. – O czym ta rozmowa? O ocenach? Że możesz się lepiej uczyć? Że mogłaś przelecieć mopem?

– Jakim znowu mopem? – Popatrzyła na mnie ze zdziwieniem.

– Nieważne. Tak mi się coś przypomniało. To o czym sobie pogadałyście?

– Dobrze, że siedzisz, bobyś się przewróciła, jak usłyszysz. – Zaśmiała się.

– Zamiast liceum proponują ci gastronomik. – Bujnęłam się raz i drugi. – Będziesz realizować się jako kucharka. Albo coś tam takiego, że potem jesteś fryzjerką.

– Julka, a tobie co się dziś stało? Coś cię ugryzło? – Zerknęła na mnie kpiąco. – Zupełnie inne klimaty. Stara chciała spytać, czy może wyrwać się ze starym na trzy dni i czy przez ten czas przejmę opiekę nad Młodym. Przy pomocy ciotek, babci i zaprzyjaźnionej pani Iwonki.

– A dokąd się chcą wyrwać?

– Bąkała coś o Wenecji, zabytkach, galeriach, ale podejrzewam, że po prostu do pokoju hotelowego z dużym łóżkiem.

Niby ludzka sprawa, ale jakoś poczułam się niezręcznie. Seks i rodzice? Seks i moi rodzice? No, tego to już w ogóle nie chciałam sobie wyobrażać. Ale przecież muszą to robić. Bosz! Kiedy? Jak? Czy ja jestem wtedy w domu?

Przymknęłam oczy i znowu się bujnęłam. Wspaniałe uczucie. Kurczę, kupię sobie taki sam. Wywalę z pokoju tę niby-biblioteczkę, której nigdy nie lubiłam, i tam zmieszczę wisielca.

I tak fruwałam pod sufitem, nad puchatym dywanem. Zastanawiałam się, jak bym urządziła swój pokój, gdybym miała tyle kasy, ile Marlena.

Podobny fruwający fotel, ale zielony. Podobny puchaty dywan.

Inne łóżko. Zdecydowanie mniej metalowe, bardziej przytulne.

Biurko takie samo.

Takie same zasłony i takie same żaluzje w kremowe serduszka.

Taka sama fryzura...

Przy kolejnym bujnięciu coś zrozumiałam.

Z naszej dwójki Marlena była tą fajniejszą.

Ta świadomość wcale mi nie przeszkadzała.

Byłam szczęśliwa, że ktoś taki jak ona zaprzyjaźnił się z kimś takim jak ja.

***

Ile można siedzieć komuś na głowie? Nawet jeśli ten ktoś był jedyną przyjaciółką? I nawet jeśli namawiał do zostania, bo to no problem. Normalnie bym została. Zjadła kolację, którą by mnie poczęstowano, chwilę pogadała z mamą Marleny. Normalnie.

Ale dziś nie było normalnie.

Jakoś to bujanie pootwierało mi fragmenty mózgu, których wcześniej nie używałam. Bo gdy Marlena pisała, ja się bujałam i zastanawiałam nad ostatnią awanturą.

I zrozumiałam coś – mama i ja nie możemy się porozumieć nie dlatego, że gadamy w różnych językach. To norma, bo mało niby trąbi się wszędzie o różnicy pokoleń, konfliktach w rodzinie? Problem w tym, że działałam na własną matkę wybitnie wkurzająco. Tyle wymyśliłam.

Dzisiaj, kiedy wypluta dotarłam do domu po sześciu lekcjach, dwóch godzinach kółka biologicznego, niewyspana, bo wczoraj siedziałam do północy, kończąc ten idiotyczny projekt o transformatorach na technikę, nie sądziłam, że pierwsze, co od niej usłyszę, to bezsensowne pretensje.

Próbowałam jej tłumaczyć. Nie przyjmowała do wiadomości, że jestem w domu od niedawna, że jestem po ludzku głodna, zmęczona. Tak samo jak ona. Zupełnie jakby jej to uwłaczało, że jesteśmy obie głodne i zmęczone. Ona tak. Ona może. Ale ja powinnam być silna, zwarta i gotowa.

Powtarzała ten swój refren: „powinnaś” i „powinnaś”. Pewnie, że powinnam. Ale w innych okolicznościach. Gdyby nie było kółka, na przykład. I gdyby ona, po powrocie do domu, zastała ten nieszczęsny bałagan, a mnie przy kompie. Wtedy miałaby prawo się pluć. Ale tak? Mogła najzwyczajniej w świecie, jak polecają wszystkie te mądre gazety, wykazać zainteresowanie moimi sprawami. „Jak tam w szkole, córeczko? Jakieś oceny? A ten referat? Co za niego dostałaś?”

Miałam to wszystko wypłakać Marlenie?

I jeszcze dodać, że mnie ta sprawa bardzo zabolała?

Więc nic jej nie powiedziałam. Pogadałyśmy o niczym, połaziłyśmy po necie. A potem się zmyłam. Wykorzystałam moment, kiedy jej rodzina wróciła z zakupów, bo zrobiło się zamieszanie („Dziewczynki, zaraz zrobię kolację”, „Marlena, patrz, jakie mam odjechane adidasy i pasek. Mama mi kupiła”), i powiedziałam, że idę do domu.

Nie zamierzałam wracać. Przynajmniej nie teraz. Chciałam zrobić jeszcze jedną rzecz. Wymyśliłam to, gdy oglądałyśmy filmiki na YouTubie. To znaczy, wymyśliłam to już dawno temu, ale dopiero teraz podjęłam decyzję.

Postanowiłam iść na Klonową.

Tam mieszkał Kamil. Dzisiaj bardzo chciałam być blisko niego. Choćby blisko jego domu, ogródka.

Adres dostałam parę tygodni temu od Izy, którą znałam jeszcze z podstawówki, a teraz miałam z nią kontakt na GG. O Kamilu zgadałyśmy się przez przypadek.

Ode mnie z kapcia do Klonowej było ze dwadzieścia minut, od Marleny – ponad pół godziny. Nie miałam siły na spacerowanie, a przede wszystkim zaczynało mi brakować czasu, więc postanowiłam podjechać autobusem. Nie czekałam długo. Prawie od razu przyjechało 173. Kilka przystanków w stronę Mydlnik. Wiedziałam, gdzie wysiąść, dokąd iść. Palcem po mapie Krakowa wędrowałam już z tysiąc razy – teraz szłam naprawdę.

Gdy tylko wysiadłam z autobusu, serce podeszło mi do gardła i tam zostało. A co, gdybyśmy teraz się spotkali? Powiedziałby „cześć”? Powiedziałby, gdyby mnie kojarzył z budy, a w to szczerze wątpiłam.

Małe skrzyżowanie, uliczka między bliźniakami, ni z gruszki, ni z pietruszki pojedynczy, żółto-beżowy wieżowiec, znowu szereg domków jednorodzinnych. Ulica Klonowa. Trzeci z prawej to dom Kamila. Zakotwiczyłam po drugiej stronie uliczki, między jakimiś strzępiastymi krzakami. Mnie nie było zza nich za bardzo widać, za to dom miałam jak na dłoni.

Minęło parę minut. Nic się nie wydarzyło, jeśli nie liczyć mrówek, które zaczęły łazić mi po stopach. Naraz otworzyły się drzwi wejściowe. Ktoś wyszedł. O mało nie umarłam ze strachu. Nie, niech to nie będzie Kamil. Niech mnie nie zobaczy. Jeszcze sobie pomyśli (w sumie słusznie), że wyczekuję przed jego domem.

To był jakiś mężczyzna z psem. Facet jak facet – taki chudy, z dużym nosem i szpakowatymi włosami, pies typu wyżeł, podsikujący każde drzewo. „Fąfel, nie szarp. Do nogi!”

Gdy znikli z horyzontu, wylazłam z krzaków. Uznałam misję za zakończoną. Z pozytywnym wynikiem.

W końcu byłam bogatsza o poznanie Fąfla.

ROZDZIAŁ 2

Zazwyczaj rano omijałam członków mojej rodziny szerokim łukiem. Nie lubiłam tego ziewającego czasu, pośpiechu, ogólnego podenerwowania, tęsknego spozierania na poduszkę i kołdrę. Ale dzisiaj, po ostatniej awanturze, obchodziłam matkę dwa razy szerzej niż zwykle. Tak na wszelki wypadek. I bardzo chciałam, żeby to jej było głupio, żeby wykonała jakiś gest, coś na kształt przeprosin.

Nic z tego.

Ona oczywiście znała wszystkie czarodziejskie słówka typu „proszę”, „przepraszam”, „dziękuję”, ale ich nie używała.

I dlatego gdy załomotała w łazienkowe drzwi, nie spodziewałam się niczego innego niż: „Gdy wrócisz ze szkoły, to pomaluj duży pokój. Sufit dwa razy!” lub: „Chcę, żebyś po południu umyła i potrójnie nawoskowała samochód”. Nie pomyliłam się za bardzo.

– Jak wrócisz, posprzątaj w kuchni. Tylko dokładnie. I nie spóźnij się do szkoły.

Coś burknęłam w odpowiedzi, a gdy usłyszałam, że zamyka za sobą drzwi wejściowe, wypełzłam z łazienki.

Spokojniutko przygotowałam sobie dwie kanapki, w dużym kubku zaparzyłam herbatę. Zegar w pokoju babci wybimbał ósmą. Właśnie zaczęła się geografia. Postanowiłam ją olać. Dawno nie siedziałam sama w domu. Potrzebna mi była chwila spokoju.

Z herbatą i kanapkami ruszyłam na spacer po mieszkaniu. Oczywiście kanapki na talerzyku. Jeszcze bym nakruszyła i awantura gotowa. Kuchnia, łazienka, toaleta. Duży pokój. Pokój rodziców, pokój babci, mój pokój. Pomiędzy łazienką a kuchnią składzik. Kiedyś, w przeszłości, był dupką dla służącej. Aha, jeszcze balkon. Ogólnie meble typu składanka. Trochę przedwojennych, trochę z Ikei. Dużo doniczek z różnymi roślinami, dużo książek. Parę bibelotów, najwięcej w pokoju babci. Przedmioty, które uwielbiałam – stara lampka z koralikami naszytymi wzdłuż materiałowego klosza, zmywarka, babci sole do kąpieli, Karin, córka Monsa (teraz już bez okładki) i przedmioty, których nie cierpiałam – skórzany komplet w dużym pokoju, wielki jak smok, rude zasłony u rodziców, ohydna szafa w przedpokoju i moja okropna biblioteczka, teraz oklejona kremową tapetą samoprzylepną.

Mało spokoju, radości. Dużo uszczypliwych uwag babci kierowanych do mamy. Dużo krzywych uśmieszków mamy za plecami babci. Taty nieporadne próby łagodzenia spięć między „dwiema z trzech kobiet jego życia”.

I moje w tym wszystkim złe samopoczucie.

Osiemdziesiąt siedem metrów kwadratowych fragmentu naszego świata.

***

– Coś się stało? – spytała Marlena.

– Nic. – Wzruszyłam ramionami.

– To czemu nie byłaś na gegrze?

– Bo mi się nie chciało – odparłam zgodnie z prawdą.

Na pozostałe lekcje też mi się nie chciało iść, ale wolałam nie kusić złego. Ostatnio narobiło mi się trochę nieusprawiedliwionych godzin.

Marlena uśmiechnęła się lekko. Znowu wzruszyłam ramionami. Mówić też mi się nie chciało. A co będzie podczas deszczowej, pochmurnej jesieni, skoro już teraz, u schyłku lata, mam deprechę?

Siedziałyśmy na parapecie obok automatu z napojami. Kilku kolesi z pierwszej klasy okupowało go od początku przerwy.

– Wezmę kawę – powiedział jeden, chudy niczym tyczka. – Bo zasnę na biologii. Ile to?

– Złoty osiemdziesiąt – odpowiedział drugi, z niesamowicie odstającymi uszami, i zarechotał. Trzeci odrechotał, jakby usłyszał dowcip.

– Osiemdziesiąt?

– Złoty osiemdziesiąt.

– Oki. Życie zmusza do wydatków – rzucił chudy nonszalancko, na co Marlena i ja, jak na komendę, przewróciłyśmy oczami.

Chudy wrzucił złotówkę i pięćdziesiąt groszy. Zanim dorzucił resztę, jego kumpel, ten uszaty, wcisnął guzik obok napisu „gorący kubek”. Maszyna zafurgoliła, wysoki zaklął, kolesie zarechotali, wyrzuciło parujący kubeczek. Zapachniało gotowaną szmatą do podłogi.

– Borowikowa z grzankami – kwiknął uszaty. Siorbnął zupkę. Był wyraźnie zadowolony z siebie. Z kubkiem ruszył w kierunku schodów na piętro. Chudy ponowił akcję „kawa” i powlókł się za kumplem.

– Matko, to będą kiedyś mężowie i ojcowie. – Marlena się wzdrygnęła. – Aż strach pomyśleć.

– Mhm.

Mało mnie to interesowało. Interesował mnie tylko Kamil, którego z kolei ja nie interesowałam. Bo gdyby było inaczej, to od początku roku zagadałby do mnie z tysiąc razy.

– Co dziś robimy? Połazimy po sklepach?

– Dziś nie dam rady. – Pokręciłam głową. I to nie dlatego, że nie miałam kasy, tylko nastroju.

– Julka, muszę kupić sobie buty – powiedziała stanowczo.

– Ja też.

– Mówisz – masz. Zahaczymy o dział dziecięcy. – Uśmiechnęła się.

– Bardzo śmieszne – prychnęłam.

Ona miała problem z kupnem butów bardziej lub mniej odjechanych. Ja z kupnem każdych. Numer, który nosiłam, całe 35, nie pojawiał się zbyt często w sklepach. Jeśli był, to jako numer kojarzony z dziećmi. Z ich poczuciem estetyki. A ja chciałam buty dla dziewczyny, nie dla dziewczyneczki. Bez kokardek, serduszek czy jakichś tam kolorowych haftów, od których oczy bolały.

– To może jutro – zaproponowałam bez przekonania.

– Jutro nie mogę. Mam plany. Pójdziemy do galerii tylko na piętnaście minut. Upatrzyłam już takie pumy. Powiesz tylko, czy ci się podobają. Zerwiemy się z ostatniej?

– Raczej nie. – Znów pokręciłam głową. – Wyrobiłam dzisiejszy plan nieobecności. Jutro muszę przynieść usprawiedliwienie.

– Podrobisz?

– No co ty?! Ojciec mi napisze.

– Zajefajnego masz starego.

– Zgadza się. Zajefajnego. – Uśmiechnęłam się szczerze. – Ale pójdziemy tylko na chwilę? – upewniłam się.

– Ale ty męczysz, no pewnie, że tak... Jesteś naczelną mękołą.

***

Nie byłyśmy w galerii. Skłamałam, że boli mnie głowa i źle się czuję. Nie poszło łatwo. Marlena nie lubiła zmieniać planów. W sumie trudno się dziwić. Nikt tego nie lubi.

Odprowadziłam ją na przystanek trójki i ruszyłam do domu. Po drodze kupiłam sobie w papierniczym żelopis, w aptece aspirynę i butelkę soku malinowego, a w warzywniaku snickersa.

Gdy tylko wróciłam do domu, odpaliłam kompa. Od razu na GG wyskoczyła Kicia, którą poznałam rok temu na obozie językowym. Pogadałam z nią chwilę. Chorowała na anginę, rozstała się z Rafałem, poznała nowego ludzika, zaczęła chodzić na konie i ścięła włosy. Teraz ma króciutko z tyłu, a z przodu za ucho. Ale tylko z jednej strony. Próbowałam to sobie wyobrazić.

A co ja miałam jej napisać? O Kamilu, który mnie nie zauważa? Że matka i ojciec kłócą się ostatnio coraz częściej i coraz głośniej? Że wyraźnie działają sobie na nerwy? A ja nie mogę patrzeć na siebie w lustrze?

Zamiast tego napisałam, że u mnie okej. Chodzę z chłopakiem, na którego moja przyjaciółka mówi „ciasteczko”, w domu w porzo, w budzie w porzo. Cud-miód.

Kicia się ucieszyła, że u mnie tak słitaśnie. Potem napisała, że chce chodzić na japoński, chce mieć kolczyk w nosie, ale ojciec się nie zgadza, i chce kupić sobie szczurka, bo to takie inteligentne zwierzątko.

„Chcę”, „chcę”, „chcę”.

Tyle zdecydowania.

Tyle myślenia o sobie.

A ja? Czego bym chciała? Pragnęła?

Zaczęłam się zastanawiać. Nie wymyśliłam nic mądrego. Fotel, nowa komóra, może iPhone, lepszy komp, Kamil, nowe szczypce „bociany”, bo stare już się nadawały tylko na złom i robienie nimi biżuterii przestawało być przyjemnością, inny nauczyciel od matmy. Na pewno niczym mądrym nie było chcenie, żeby Kamil do mnie podszedł i powiedział, że mu się bardzo podobam i nie może przestać o mnie myśleć.

Wypisałam te wszystkie rewelacje na kartce. Podkreśliłam, narysowałam obok esy-floresy. Bosz, jakie pierdoły. Dopisałam jeszcze „matka”. To już nie pierdoły. Dopisałam „stara”. Teraz było okej. Gdyby było jak kiedyś, jak z tysiąc lat temu. Jak wtedy, gdy myślałam o niej „mama”, a nie „matka”, i gdy na myśl o niej robiło mi się ciepło w okolicy serca. Przesadzam. Nie ciepło – letnio. Ale to już zawsze coś. Nie zimno, lodowato, jak teraz. Ciepło na sercu to mi się robiło i robi nadal, gdy myślę o tacie. Kiedy w moich relacjach z matką zapanował ten lodówkowy klimat? Nie potrafiłam sobie przypomnieć żadnego konkretnego zdarzenia. Brr, smutne myśli.

„Stara matka”. Równie dobrze mogłabym wpisać jeszcze dwadzieścia centymetrów wzrostu, dziesięć kilogramów żywej wagi, pełne usta i większe piersi. To były sprawy, na które nie miałam żadnego wpływu. Wykreśliłam. Zostawiłam tylko Kamila i fotel. Dopisałam jeszcze „tęczę” i „deszcz”. Tęczę – dlatego że, jak dla mnie, była całkowicie magiczna; deszcz – bo lubiłam, gdy od niego kręciły mi się włosy. Machnęłam jeszcze dookoła szlaczek z trupich główek.

Wypisałam rzeczy ważne i mniej ważne. Na jedne miałam wpływ, na inne nie. Normalne. Obok czaszek nabazgrałam kwiatki. Głowa aż mi trzeszczała od myślenia, a w szkole, na lekcjach, nie potrafiłam się zmusić nawet do robienia mądrej miny, że niby słucham i niby rozumiem.

Te moje „chcenia” były bezpieczne. Miałam je, ale jakoś nie rwałam się do ich realizacji. Powiedziałam w domu, że chcę wisielca? Nie. A czemu? Bo się bałam reakcji. „Po co ci? Kolejna fanaberia”. „Nie ma w tej chwili pieniędzy do wyrzucenia”. Nawet nie zaczęłam tematu.

Poszłam na dyskotekę szkolną w zeszłym tygodniu? Mógł tam być Kamil. Nie poszłam, bo bałam się, że będę gorzej wyglądać niż inne dziewczyny, że będę tańczyć gorzej niż one...

Jak znałam Kicię, to przekłuje nos, zapisze się na japoński, kupi szczurka.

Włosy ścięłam tak, jak kiedyś zaproponowała mi Marlena. Znalazła w jakiejś gazecie zdjęcie. „Patrz, jaka odjechana fryzurka. W sam raz dla ciebie”.

Lekcje dodatkowe miałam z francuskiego, którego nie cierpiałam. Wolałabym niemiecki. Ale mama go nie lubiła.

Chodziłam do szesnastki, bo tak chcieli rodzice. Posprawdzali, popytali znajomych. W rankingu psiapsiółek mamy wygrywało to gimnazjum, więc sprawa była przesądzona. Ja chciałam do dwójki, ale skoro odwalili za mnie całe to sprawdzanie, odpuściłam. I tak jakieś gimnazjum musiałam skończyć.

W sumie wybrali mi budę najlepszą z możliwych. Tu poznałam Marlenę.

Oni wybierali, ja się zgadzałam. Nie musiałam martwić się konsekwencjami. Jakby co, to nie była moja decyzja. Mało kreatywne, ale wygodne.

Pozwalałam innym ustawiać swoje życie.

Na kartce pojawiły się teraz spirale. Prawoskrętne i lewoskrętne.

Nie trzeba się było zastanawiać, ale na pierwszy rzut oka widać, że ze mnie straszna cielęcina.

Taka bezwolna ciapa.

Ale najgorsze było coś innego. Pierwszy raz sobie to uzmysłowiłam. Czułam to wcześniej, ale dopiero teraz zrozumiałam.

Nie lubiłam samej siebie.