Opis

Germinal Ibarra jest pozbawionym złudzeń policjantem prześladowanym przez sławę i własne sumienie. Przed trzema laty poprosił o przeniesie na komisariat w La Coruñi, gdzie schronił się ze swoją melancholią po tym, jak rozwiązanie głośnej sprawy zabójstwa małej Amandy zrobiło z niego bohatera, którym nigdy nie chciał zostać i którym nigdy się nie czuł. To pozorne odcięcie od świata i anonimowość zakłóca pewnej nocy telefon ze szpitala: jakaś poturbowana kobieta, która trafiła na oddział ratunkowy, wzywa go, by przyjechał z nią porozmawiać. Trzy miesiące wcześniej w odludnym zakątku galisyjskiego wybrzeża pojawia się tajemnicza kobieta o imieniu Paola, uciekająca przed własnymi demonami. Wynajmuje pokój u Dolores, Portugalki o wrażliwej i udręczonej duszy, która bez zbędnych pytań przyjmuje ją pod swój dach i wprowadza do kręgu przyjaciół pomagających ulżyć jej samotności. Te dwie historie są niczym statki, które płyną wprost na siebie po morzu; grozi im nieuchronne zderzenie. Wspaniała powieść o fatalizmie ludzkiego życia, o przeszłości, która nieubłaganie do nas wraca, i o niestrudzonej walce człowieka o to, by zacząć od początku i zawsze iść naprzód.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 399

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Tytuł oryginału: La vispera de casi todo

© Victor del Árbol, 2016

Copyright © 2019 for the Polish edition by Wydawnictwo Sonia Draga

Copyright © 2019 for the Polish translation by Wydawnictwo Sonia Draga

Projekt graficzny okładki: Mariusz Banachowicz

Redakcja: Bogusława Wójcikowska

Korekta: Marta Chmarzyńska, Edyta Malinowska-Klimiuk

ISBN: 978-83-8110-820-1

Wszelkie prawa zastrzeżone. Nieautoryzowane rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci jest zabronione i wiąże się z sankcjami karnymi.

Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórców i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.

Szanujmy cudzą własność i prawo!

Polska Izba Książki

Więcej o prawie autorskim na www.legalnakultura.pl

WYDAWNICTWO SONIA DRAGA Sp. z o.o.

ul. Fitelberga 1, 40-588 Katowice

tel. 32 782 64 77, fax 32 253 77 28

e-mail:[email protected]

www.soniadraga.pl

www.facebook.com/wydawnictwoSoniaDraga

E-wydanie 2019

Skład wersji elektronicznej:

konwersja.virtualo.pl

Dla mojej towarzyszki życia, Loli

Bo tylko ona patrzy na mnie tak, żeby mnie zobaczyć.

Miłość jest także i tym…

Piekło to są inni.

JEAN-PAUL SARTRE,Przy drzwiach zamkniętych

Szaleniec jest człowiekiem, który postradał wszystko oprócz rozumu.

GILBERT K. CHESTERTON, Ortodoksja

Wstęp

Malaga, lato 2007r.

Germinal głęboko westchnął. Nigdy by nie przywykł do panujących na południu upałów. Były nie do zniesienia. Musiały być nie do zniesienia również dla ludzi przyzwyczajonych do wędrowania po tym pustkowiu. Po twarzy spływały mu krople potu, dokuczliwe jak mrówki, ale nie próbował już nawet ocierać ich wierzchem dłoni. Pozwalał, by zalewały mu bladoniebieskie oczy, kiedy omiatał wzrokiem równinę. W polu jego widzenia na tle horyzontu odcinała się jedynie kępa topoli, która na tej pustyni wydawała się fatamorganą. Kilka metrów dalej przebiegał rów irygacyjny, nad strumyczkiem brunatnej wody unosiła się chmara owadów. Lekki wietrzyk, którego szum zlewał się z bzyczeniem trzmieli, na próżno próbował tchnąć w to wszystko nieco życia.

Splunął na ziemię, odwrócił się do samochodu i otworzył drzwi od strony pasażera.

– Wysiadaj – nakazał Człowieczkowi; nie sposób było inaczej myśleć o tym bezbarwnym osobniku, który siedział skulony na fotelu i obserwował go ze strachem, przykładając zakute w kajdanki dłonie do opuchniętego policzka. Miał złamany nos i rozciętą wargę.

– Popełniłem błąd – wybełkotał.

Germinal powoli pokręcił głową, zdegustowany. To nie był żaden błąd, a czas na usprawiedliwienia już się skończył.

– Powiedziałem, żebyś wysiadł z samochodu!

Człowieczek poczuł w uszach siłę tego rozkazu, mimo to nie ruszył się z miejsca. Germinal musiał złapać go za poły i wyciągnąć z auta. Lekkie popchnięcie wystarczyło, żeby się zachwiał i upadł na twarz, wzbijając chmurę żółtawego pyłu. Nie pomógł mu się podnieść. Zaczekał, aż sam wstanie. Człowieczek drżał jak liść na chwilę przed oderwaniem się od gałęzi, nie budził w nim jednak ani krzty współczucia.

– Gdzie?

Człowieczek zamrugał i zmrużył oczy. Kajdanki wrzynały mu się mocno w nadgarstki, krew przestała dopływać do palców. Oślepiało go słońce, przekrzywił głowę, jakby chciał przed nim uciec. Niemrawo wskazał w kierunku topoli.

– W opuszczonym szałasie pasterskim.

– Prowadź.

Ruszyli równiną. Za drzewami i rozpadającą się chatą ciągnęło się to samo wyschnięte pustkowie i to samo bezchmurne niebo. Pozostałości szałasu pasterskiego wyrastały pośrodku niczego jak prehistoryczne ruiny albo opuszczony punkt kontroli granicznej. Ostała się tylko jedna z czterech ścian i niewielka studnia bez wody z zardzewiałym walcem. Dwie przepiórki poderwały się do lotu, wystraszone pojawieniem się obcych.

Germinal powiódł dookoła nieufnym spojrzeniem, jakby obawiał się zasadzki. Kwestia przyzwyczajenia. Chwycił Człowieczka za łokieć i powoli podeszli do szałasu. Przyjrzał się ruinom. Zaschnięte odchody, przegniłe belki dachu, ślady po ognisku. Kawałki potłuczonej butelki mieniły się niczym fałszywe szmaragdy.

Pośrodku tego wszystkiego leżały zwłoki. Porzucone jak jeszcze jeden śmieć. Twarzą do ziemi, niedbale przysypane trawą i kamieniami, spod których wystawały palce jednej dłoni i stopa obuta w sandał z urwanym paskiem. Jeszcze nie cuchnęły.

Kilka drobnych szczegółów pozwalało nakreślić bieg wydarzeń, jakie się tu rozegrały. Nie rzucały się w oczy, wystarczyło odwrócić wzrok, żeby ich nie dostrzec. Ale były tu: ślady drapania na ziemi, zmięte chusteczki użyte do wytarcia spermy, plamki na kamieniach, które można by uznać za wyschnięte krople deszczu, gdyby nie to, że nie padało od potopu. Germinal zwrócił też uwagę na coś, co nie powinno było się tu znaleźć: zerwany złoty łańcuszek leżący obok małego kawałka materiału zabrudzonego kałem i moczem, dowód, że zakończyło się tu przedwcześnie czyjeś życie. Kolorowe baloniki na dziecięcych majteczkach. Wziął głęboki oddech, próbując zapanować nad skurczem żołądka, nad chęcią, by krzyczeć, aż zedrze sobie gardło.

Podniósł głowę. Smuga pary kreśliła na niebie wznoszący się łuk. Mikroskopijny samolot błyszczał w oddali, nieosiągalny. Gdyby któryś z pasażerów wyjrzał w tym momencie przez okno, pomyślałby, że na dole nie ma nic ani nikogo. Żadnej szosy, żadnych zabudowań. Nawet polujący na króliki myśliwy nie odkryłby zwłok, chyba że byłby z którymś ze swoich chartów. Słońce i owady dokonałyby reszty. Wiatr powoli żłobiłby kości, tak jak żłobi góry. Starłby je na proch. Jakby nie istniały.

Człowieczek pochlipywał. Zawsze tak robią, kiedy wiedzą, że zostali zdemaskowani. Kręcił głową, jego łzy wydawały się szczere. Przerażony, obracał się w kółko.

– To był wypadek, musi mi pan uwierzyć!

„Szaleńcy”, pomyślał Germinal; świat jest pełen zwyrodnialców, postrzegających ludzi, jakby stanowili jedynie część scenerii, w której przebiega ich życie. Nie widzą ich, nie są świadomi ich istnienia, mijają ich albo depczą, wykorzystują, tratują, a potem wyrzucają jak śmieci.

Błyskawicznie się wyprostował i wbił palce w obojczyk Człowieczka, który cicho zawył. Germinal dalej naciskał, aż Człowieczek ukląkł przed częściowo zasłoniętym ciałem.

– Przyjrzyj jej się!

Człowieczek rozglądał się dookoła, omijając zwłoki. Germinal złapał go za brodę i zmusił do patrzenia.

– Przyjrzyj jej się dobrze, skurwysynu, i powiedz… dlaczego?

– Pan tego nie rozumie – wyszeptał Człowieczek. – Nie może pan tego zrozumieć. Ja ją kochałem.

Bzyczenie much brzmiało jak makabryczna piosenka. Germinal nie chciał słyszeć nic więcej.

– Co pan chce zrobić? – zapytał Człowieczek, wytrzeszczając oczy. Jego głos przypominał pisk szczura.

Germinal zamierzał zrobić to, co ktoś powinien był zrobić dużo wcześniej.

Wyciągnął berettę i kolbą uderzył Człowieczka w głowę. Raz, dwa, trzy, pięć razy z rzędu… Ale jego gniew nie ustępował. Walił więc dalej z wściekłością, jakby dokonywał zemsty. Już nie myślał o zamordowanej dziewczynce. Myślał o innym dziecku, o innym miejscu i innym czasie. Odległym czasie, do którego jednak wracał myślami każdego dnia swojego życia.

Tamto dziecko błagało go, żeby przestał uderzać Człowieczka, ale Germinal nauczył się nie słuchać jego głosu.

Miał mokrą od potu koszulę, jego zakrwawione dłonie drżały. W samochodowym schowku trzymał buteleczkę ginu. Alkohol był ciepły, mimo to wypił go duszkiem. Zachłysnął się i splunął śliną wymieszaną z pyłem. Spojrzał na fotel pasażera. Na dywaniku leżał zeszyt, który zabrał z mieszkania Człowieczka. Kolejny raz przerzucił kartki. Znał ich treść niemal na pamięć. Właśnie te słowa zapisane odręcznie na grubym papierze zaprowadziły go na to pustkowie. Wina wyznana drobnymi literkami, trudnymi do odczytania nawet w miejscach, gdzie nie rozmazał się atrament. Chaotyczna mieszanina złożona z odwołań literackich, intymnych przemyśleń i wierszy. Niektóre fragmenty starannie wykreślono, tak mocno, że stalówka przebiła papier.

Ale te kartki zawierały coś więcej niż tylko przyznanie się do winy. Były skierowane do niego, do Germinala; Człowieczek zwracał się do niego osobiście:

Nadal czekam. Czy to dzisiaj mnie złapiesz? Zaczyna mnie to nużyć.

Czyż to wszystko nie jest częścią deprymującej scenografii? Światło, twarze, przebrani ludzie, których spotykamy codziennie i wśród których się ukrywamy, udając, że jesteśmy tacy jak oni. Normalni ludzie, mówią o sobie z dumą. Ale ja i ty, Germinalu (mam nadzieję, że nie masz mi za złe, że zwracam się do ciebie po imieniu), wiemy, że wszystko psuje szare światło padające na dalekie od doskonałości dekoracje z papier-mâché. Dla osób takich jak my, jak ja i jak ty, które zwracają uwagę na szczegóły, to miejsce, ten świat, jest zapowiedzią śmierci. Naszymi oprawcami będą odraza, wstręt, przygnębienie w obliczu takiego nagromadzenia brzydoty.

Zidiocenie ludzi nie zna granic. Nikt nie chce już oglądać Anny Sten czy Mae Clarke w filmie Nana, który w latach trzydziestych Legion Przyzwoitości uznał za niemoralny. Jak można twierdzić, że postacie grane przez Joela McCreę i Humphreya Bogarta w Śmiertelnym zaułku były reakcyjne? Teraz, proszę pana, ludzie chcą oglądać tylko goliznę i słuchać wulgaryzmów, jakby to one stanowiły paradygmat wolności. Nie dostrzegają subtelności dialogów ze starych filmów, prawdziwego erotyzmu obecnego w spojrzeniu Miriam Hopkins, w tym, jak dotyka swoich włosów, jak pali. To dopiero była autentyczna rewolucja, dużo bardziej wywrotowa niż wszystko to, co obecnie pragnie uchodzić za nowoczesne, a jest wyłącznie wulgarne.

Niełatwo jest znaleźć poezję, estetykę w tym obrzydliwym świecie. Jak udaje ci się przeżyć? Ja czasami odnajduję je w latarni z pękniętym kloszem stojącej na końcu ulicy, przy której mieszkam. Ulicy, którą ty od kilku tygodni obserwujesz ze swojego samochodu, przekonany, że cię nie widzę. W nocy wokół lampy krąży ćma, odbija się od klosza, chce się przedostać do źródła światła, które natychmiast by ją spaliło. Wreszcie znajduje szczelinę, wciska się do środka, jej szaleńczy, samobójczy taniec kończy się skwierczeniem. Ćma spada na ziemię, ale zaraz zastępuje ją inna. Martwe ćmy tworzą u stóp latarni stos bezsensownych ofiar. Gdyby ktoś poza nami umiał odczytywać poetyckie metafory, mógłby wyciągnąć z tego jakieś wnioski. Ale normalni ludzie nie posiadają tego rodzaju umiejętności. Widzą jedynie głupie owady, które bez powodu składają swoje życie w ofierze.

W naturze nic nie jest za darmo. Wiem, że ty mnie rozumiesz. Może wywołuję w tobie obrzydzenie, ale w głębi duszy mnie rozumiesz. Jesteśmy sami, Germinalu. Sami w deprymującym, smutnym i niezbyt szczodrym świecie.

Wiem na pewno, że czasem ty również spoglądasz w lustro i masz wrażenie, że jesteś zbudowany z niczego, z oparów, z dymu, z powietrza. Obaj jesteśmy uwięzionymi w bursztynie pająkami.

Germinal położył zeszyt na tablicy rozdzielczej. Słońce zaczynało się obniżać, robiło to jednak tak wolno, że rozwiewało nadzieję na odrobinę chłodu. Przez długi czas siedział w samochodzie i bezmyślnie patrzył na bezlitosną kulę. Wyjął papierosa i wypalił go, choć nie miał na to ochoty.

Zamknął oczy. Ten przeklęty upał doprowadza ludzi do szaleństwa.

1

La Coruña, piątek, 20 sierpnia 2010 r.

Godzina 00.15

Przez żaluzje w oknie swojego gabinetu Ibarra obserwuje wyludnioną ulicę: zmieniające się światła odbijają się od pasów, po których nikt nie przechodzi. Jest coś fantasmagorycznego w tym zimnym księżycowym bezruchu, w tej pustce. Każda strefa czasowa ma swój własny charakter i swoich mieszkańców; godziny posuwają się w stronę niewidzialnego horyzontu, obojętne na wolę ludzi. Kiedyś Ibarra lubił noc, bo w nocy nie ma cieni. W ciemnościach wszystko było jasne. On i inni, reszta świata, rozdzieleni niewidzialną, nieprzepuszczalną błoną. Teraz już nie. Teraz przeraża go, że tak dużo myśli, że musi zagłuszać spowijającą go ciszę hałasami we własnej głowie.

To będzie noc spadających gwiazd, w radiu radzili, żeby poszukać miejsca z dala od sztucznych świateł i mieć pod ręką jakieś życzenie. Ludzie są przekonani, że w tym trwającym zaledwie ułamek sekundy blasku jest coś magicznego. Ale dla Ibarry spadające gwiazdy są jedynie martwymi obiektami, które gasną, nie pozostawiając po sobie śladu, kawałkami skał, które spalają się po wejściu w atmosferę; ogień, którym błyszczą, nie należy do nich, nie wydobywa się z ich wnętrza, ale powstaje wskutek zewnętrznego tarcia. Nie ma w tym niczego magicznego.

Carmela, jego żona, uważa, że stał się sceptykiem. Może powinien jej posłuchać i wybrać się z nią na jogę. Twierdzi, że pomogłaby mu „połączyć się” z własnym wnętrzem, oczyścić je z pajęczyn. Z fanatyzmem nowicjuszki zapewnia, że odkąd chodzi na zajęcia, jest innym człowiekiem; że wreszcie wie, co się z nią dzieje i dlaczego się dzieje. Ale kiedy Ibarra pyta ją, jakimż to problemom może teraz stawić czoło, Carmela spogląda na swoje dłonie i powoli je zamyka, unikając patrzenia mu w oczy.

– Wiesz, o co mi chodzi.

Tak, oczywiście, że wie; Ibarra nie potrzebuje brodatego jogina z galaretowatą przeponą, żeby wiedzieć, co kryje się za milczeniem jego żony. Carmela może ogolić się na łyso, przywdziać fioletową tunikę i wypełnić dom kadzidełkami, mirrą, dzwonkami i dywanikami z kokosa, ale to niczego nie zmieni. Ibarra nie może przestać być tym, kim jest.

Wyciąga rękę nad biurkiem, przysuwa ciężką popielniczkę, zapala papierosa i niemal od razu wymacuje w ciemności brzeg naczynka, żeby strząsnąć popiół. Za każdym razem, gdy wypuszcza powietrze z płuc, wydaje z siebie cichy pomruk, jak górnik chory na pylicę. Jego ojciec oddychał tak samo. Ciekawe, że właśnie to najlepiej pamięta z odwiedzin u starego: poplamione nikotyną palce, ciężki zapach, pożółkłe zęby i ten świszczący oddech. Tak jakby ojciec, ofiara swojej własnej wojny niezdolna uciec od przeszłości – życia w górach, więzienia – przemawiał do niego z głębi jego osmolonych płuc. Ale Ibarra nie chce go słuchać. W końcu nie zawsze uczymy się na cudzych błędach.

Opada na obrotowe krzesło przy biurku i rozgląda się po gabinecie. Co noc zadaje sobie to samo pytanie i wciąż nie może znaleźć na nie odpowiedzi: jaki sens ma jego praca? Tyle gromadzonych latami dokumentów, akt, kart. Osób, które przewinęły się przez jego ręce, zredukowanych do kilku dat, syntetycznych, piętrzących się na biurku beznamiętnych raportów, o których szybko zapomina; twarzy zamienionych w czarno-białe fotokopie. Twarzy osób, które czegoś od niego oczekują, czegoś, czego nie może im dać.

Na ścianie wiszą podziękowania za zasługi dla policji i zdjęcie uwieczniające jego moment chwały. Wycięty z gazety artykuł opisuje jego wyczyn. Legenda bohatera będzie mu towarzyszyła wszędzie, dokąd pojedzie; wielokrotnie powtarzana historia, stale ulepszana, zamieniła się z czasem w mechaniczną, gładką opowieść. Przykładny policjant w galowym mundurze, który trzy lata wcześniej zdołał rozwiązać sprawę Amandy, zaginionej dziewczynki z Malagi.

Jest jednak coś sztucznego w jego sztywnej minie na fotografii, zdradzającej zakłopotanie sławą, o którą wcale nie zabiegał. Stoi obok nadkomisarza i przedstawiciela rządu, mruży oczy oślepiony błyskającymi fleszami. Widać, że czuje się jak uzurpator, schwytany w chwili, która do niego nie należy. W wieku pięćdziesięciu trzech lat nie oczekiwał już niczego takiego. Awans, telewizja, gotowe formułki w odpowiedzi na pytania dziennikarzy, uściski rąk (setki dłoni dotykających przelotnie jego palców, dłoni wszelkiego rodzaju: delikatnych, zdecydowanych, nieśmiałych, wdzięcznych, nieufnych), samochody trąbiące na jego widok. Ludzie go kochali, podobno czuli się bezpieczniejsi, wiedząc, że ktoś taki jak on czuwa nad spokojnym snem ich samych, ich dzieci i bliskich.

Wszystko to należy już do przeszłości. Ludzie zapominają o strachu, gdy tylko poczują się uwolnieni od tego, co go budziło. Wtedy zaczynają się pytania, zeznania świadków – fałszywych i prawdziwych – donosy do prasy, podejrzenia, wątpliwości. Mówi się, że policja wznowi śledztwo w sprawie Amandy, że doszło do nieprawidłowości, że niektóre dowody powinny zostać ponownie przeanalizowane. Mówi się nawet, że może zostać oskarżony o stosowanie tortur i o morderstwo. Niektórzy od lat ostrzyli sobie na niego zęby, inni przyłączyli się do linczu. Wiedzą, gdzie uderzyć. Dla Ibarry to koszmar, który każe mu wracać myślami do tamtego upalnego lata 2007 roku.

Ale najgorsi nie są ci, którzy nękają go anonimowymi telefonami i obrażają na portalach społecznościowych, ukrywając się za nickami. Ani nawet ci, którzy posuwają się o krok dalej i zostawiają mu liściki z pogróżkami w skrzynce czy za wycieraczką samochodu. Nie, najgorsi są ci, którzy strzelają torpedami w jego słaby punkt: Samuela. Ibarrę najbardziej boli, kiedy wchodzi przypadkiem na jakąś stronę internetową i natyka się na anonimowe komentarze osób, które posługując się fałszywą tożsamością, wyśmiewają jego syna i obrzucają go wyzwiskami. Albo kiedy znajduje w skrzynce na listy zdjęcia Samuela z obelżywymi podpisami nawiązującymi do jego choroby. „Gnom”, „dziwoląg”, „potwór” – takie okrutne drwiny budzi jego wygląd.

Samuel jest delikatny, kruchy, zbudowany jakby wbrew prawom natury i rozumowi. Cierpi na zespół Williamsa, chorobę genetyczną wywołaną brakiem chromosomu 7; stąd jego charakterystyczna twarz. Ale wygląd to jeszcze nic – najgorsze jest to, że utrata materiału genetycznego spowodowała także zaburzenia psychiczne, problemy ze wzrokiem, uzębieniem i żołądkiem. Jednak to właśnie tej straszliwej chorobie zawdzięcza swój niesamowity słuch muzyczny, choć wygląda na to, że ten dar nikogo nie obchodzi. Za pośrednictwem muzyki Samuel potrafi wyrażać swoje nastroje, komunikować się ze światem. Światem, który przez większość czasu jest dla niego niedostępny i obcy. Jeżeli żyłby wystarczająco długo, mógłby zostać niezwykłym muzykiem… Jeżeli żyłby wystarczająco długo. Dziwnie jest myśleć w taki sposób. Pierwszy raz operowano go, kiedy miał cztery latka. Teraz skończył dwadzieścia, w miejscu starych blizn pojawiają się nowe. Nie doczeka trzydziestki – będzie powoli gasł albo umrze w straszliwych męczarniach. Przyczyną będą serce albo nerki, albo wątroba. A on, jego ojciec, bohater, nie jest w stanie oszczędzić mu choćby atomu cierpienia.

Nikt nie podejrzewa, o czym myśli Ibarra, kiedy Samuel zwija się z bólu, kiedy krzyczy, a potem milknie i wpatruje się w niego jak wyczerpane zwierzę. Czasami wyobraża sobie, że wyciąga syna z łóżka i zawozi go do lasu, by położyć kres cierpieniom ich obu. To byłaby szybka śmierć. Mgła spowiłaby podszycie, wilgotne pnie, gładkie kamienie, strumyki. Kilka dni później przypadkowy spacerowicz znalazłby przysypane liśćmi ciała. Obaj zaznaliby spokoju, nareszcie.

Ta myśl, zabicie własnego syna, budzi w nim przerażenie, ale nie potrafi się od niej uwolnić.

Przygląda się leżącemu na biurku pistoletowi, zwrócona w jego stronę lufa szeptem obiecuje spokój i zapomnienie. Waży go w prawej dłoni i z trzaskiem odciąga zamek. Kula to idealny, estetyczny przedmiot. Tabletka przeciwbólowa, ostateczny lek. Czeka gotowa, aż podejmie decyzję. Jak co noc, od trzech lat. Ibarra otwiera usta, przechodzi go dreszcz, kiedy metal dotyka języka. Zaciska zęby na lufie, żeby nie drżała, i zgina dłoń trzymającą pistolet. Jeden strzał, błysk, a potem wtopi się w mrok. Proste, pod warunkiem że się nie zawaha. Kiedy już nie da się cofnąć, chwila niezdecydowania może okazać się zgubna. Widział to u innych. Lepiej przytrzymać nadgarstek drugą ręką, mocno go ścisnąć i zamknąć oczy, żeby nie widzieć, jak wybuchają.

Wstrzymuje oddech, zaciska powieki, szuka palcem spustu. Naciska – jak zawsze nie do końca – i natychmiast cofa palec, w makabrycznym tańcu, który szarpie mu nerwy. „Zrób to wreszcie, do jasnej cholery!”, krzyczy w swojej głowie. Jednak i tej nocy pokonuje go niemoc. Opuszcza pistolet między kolana, z jego ust wydobywa się niemy krzyk. Desperacja bez końca. „Tchórz, jesteś przeklętym tchórzem”.

Przez kilka minut siedzi nieruchomo, nieobecny duchem. Potem otwiera kasetkę z drewna sandałowego, ręcznie rzeźbioną, z wizerunkiem bogini Parwati na wieczku. Prezent od żony, ma w niej chować złe wibracje. Ibarra wykrzywia usta w słabym uśmiechu. „Złe wibracje”. Trzyma w niej tabletki z perfenazyną i klozapiną, które skrycie zażywa. Gdyby dowiedzieli się o tym jego przełożeni, natychmiast wysłaliby go na zwolnienie.

Połyka je bez popijania i stara się nie myśleć. Ale myśli same wbijają mu się w głowę. Dlatego musi usłyszeć czyjś głos, uwolnić się od ogłuszającej ciszy, która unieruchamia go niczym dyby.

Policjant w mundurze zagaduje go, kiedy jest już przy drzwiach.

– Inspektorze, przyszedł ten faks z Barcelony.

Ibarra rzuca okiem na kartkę, którą podaje mu funkcjonariusz. Naszkicowany węglem portret pamięciowy niczym niewyróżniającego się faceta i rysopis, tak niedokładny, że pasowałby niemal do każdego. W punkcie „uwagi” zaznaczono, że to główny podejrzany o zabójstwo staruszka w Barcelonie. W telewizji przez cały dzień nie mówiono o niczym innym. Informacja została rozesłana do wszystkich komisariatów w kraju. Dla policji to sprawa priorytetowa. Ale nie dla Ibarry.

– Rozdaj to patrolom i powieś na tablicy.

Nie odwracając głowy, wychodzi na ulicę i zatrzymuje się na krawężniku. Zapala papierosa, spoglądając na księżyc. Przynajmniej noc nie zadaje mu pytań.

W pobliżu każdego komisariatu znajduje się bar czy klub otwarty przez jakiegoś oportunistę, podobnie jak przy każdym cmentarzu jest zakład pogrzebowy, a przy każdej szkole – sklepik ze słodyczami. Przy szosie mruga neonowy szyld, nadając plastikowym palmom surrealistyczne barwy. W oczku wodnym przy wejściu do klubu pływa kilka niedopałków. Bramkarz wita Ibarrę drwiącym śmieszkiem.

– Dobry wieczór, inspektorze. Wizyta służbowa?

Ibarra nie odpowiada. Powłócząc nogami, wchodzi do środka i niknie pośród niewyraźnych cieni poruszających się na parkiecie. Po prawej stronie ciągnie się długi bar z matowego szkła, przy którym stoją wysokie taborety; po lewej, obok podwyższenia z rurą do tańca, wydzielono strefę z niskimi fotelami i stolikami, na których ustawiono plastikowe kwiaty i elektryczne świeczki. Ibarra opada na kanapę, cuchnącą zbyt wieloma ciałami i przepaloną papierosami w zbyt wielu miejscach. Ale noc pochłania wszystko, a kiedy o świcie to wyrzyga, nie będzie już świadków.

Kobiety z tej nory wyglądają na takie, jakimi są: groteskowo i przygnębiająco wypacykowane duchy o wychudzonych ciałach. Rozpoznaje niektóre z nich, są też nowe. Wszystkie twarze zlewają się jednak w to samo wrażenie smutku, który walczy z oczywistością upadku tych kobiet. Jedna z nich podchodzi do inspektora. Obcisły gorset podnosi upstrzone brokatem piersi. Siada mu na kolanach z bezwstydną poufałością osoby, której spieszno do pominięcia niepotrzebnych wstępów. Wołają na nią Rajski Ptak – bez cudzysłowu.

– Nazywają mnie tak, bo przy mnie każdy może odlecieć – oznajmia z wyświechtaną lubieżnością, która napełnia smutkiem, zamiast podniecać. Wydziela lekki zapach papierosów mentolowych. Spuszczone oczy i uciekające spojrzenie podkreślają fałszywość jej śmiechu. Białe ręce z kościstymi łokciami mają fakturę jabłka, przecinają je nabrzmiałe, nazbyt męskie żyły.

– Przyszedłeś, żeby popatrzeć czy żeby się pobzykać?

– Przyszedłem, żeby się napić.

Rajski Ptak się uśmiecha, jej zęby ukazują długą drogę, która zaczęła się dawno temu i została naznaczona licznymi stratami. Nie sposób nie dostrzec jej blizn.

Mimo to chwilę później inspektor siedzi na niewygodnym krzesełku w prywatnym pokoju w klubie i patrzy, jak kobieta masturbuje się naga na łóżku.

– Tylko dla ciebie, kotku.

Ibarra musi odwrócić wzrok od łydek, gołych pośladków i cherlawych nóg prostytutki. Ma drobne, ściśnięte palce u stóp jak mała dziewczynka. Wije się przed nim bez wstydu, ale z oczami utkwionymi w przeszklony sufit – wypatruje kawałka bezchmurnego nieba. Wreszcie udaje, że doszła, w końcowym akcie godnym operetki.

– Podobało ci się? – pyta, zbierając ubranie w drodze do łazienki.

Ibarra widzi wyraźnie, jak będzie wyglądała bez makijażu, kiedy obudzi się rano i pójdzie przygotować kawę dla swojego chłopaka, który być może nie wie, czym się zajmuje. Wyobraża sobie, jak kocha się z tym, którego naprawdę pożąda. Wieloletnie doświadczenie w dłoniach i ustach.

– Masz rację. Byłaś fascynująca.

Rajski Ptak posyła mu uśmiech uszczęśliwionej dziewczynki i zamyka się w łazience. Inspektor włącza telewizor i zmienia kanał porno na wiadomości.

Relacjonują sprawę zabójstwa w Barcelonie. Od rana powtarzają w kółko te same migawki; w końcu Hiszpania to nie Stany Zjednoczone, nie co dzień znajduje się trupa na środku ulicy. Nogi wystają spomiędzy kół zaparkowanych samochodów, ułożone w dziwaczny sposób, stopami na zewnątrz, tworząc literę X. Prawa nogawka spodni jest podciągnięta, odsłania bardzo bladą łydkę i ślad po ściągaczu czarnej skarpetki. Głowa dotyka czołem krawężnika, otoczona kałużą krwi, która równie dobrze mogłaby być kałużą czegokolwiek innego. Postrzelono go w tył głowy, jasne włosy tworzą miazgę z ciemną dziurą pośrodku. Ma otwarte powieki, ale źrenice zastygły jak u lalki; to nie są prawdziwe oczy, wyglądają jak namalowane. Sztywne, przyklejone do ciała dłonie odwrócone są grzbietem do góry.

Ibarra podkręca dźwięk. Głos niewidzialnego narratora gorączkowo relacjonuje wydarzenia. Podobno ofiara miała w kieszeni marynarki tomik poezji Juana Gelmana, spiker podkreśla ten osobliwy szczegół przesadnie dramatycznym tonem.

– Jakby zmarli nie mieli prawa czytać wierszy – mruczy Ibarra.

– Nie powinni przenosić ciała w ten sposób. Niedelikatnie – szepce Rajski Ptak; weszła do pokoju ubrana, susząc włosy ręcznikiem. Jej oczy, znów przygotowane na wojnę, badawczo prześlizgują się po telewizyjnych obrazach.

– Strzelono mu z bliska w tył głowy dziewięciomilimetrową kulą. Co za różnica, jak go przenoszą? Nie żył, zanim jeszcze upadł na chodnik.

Rajski Ptak przygląda się twarzy inspektora, przyprószonym siwizną włosom, cieniowi zarostu wokół ust, wystającym kościom policzkowym. Ma ładne niebieskie oczy. Szkoda, że ich spojrzenie jest takie twarde.

– Nie ciekawi cię, kim był ten człowiek, jego historia?

Ibarra drapie się po brodzie paznokciem kciuka, patrzy na obrazy w telewizorze jak na coś, co nie ma z nim nic wspólnego.

– Każdy ma swoją historię, ale generalnie przy rozwiązywaniu spraw ograniczam się do konkretów. A potem staram się zapomnieć.

Kobieta uśmiecha się, ostrożna jak nocne zwierzę.

– „Konkrety”. To słowo nie zakłada zbytniego zaangażowania.

– Ale zakłada doświadczenie – mówi Ibarra.

Jej smutne oczy szukają schronienia na ekranie telewizora. Nie daje za wygraną.

– Dlaczego go zabili?

Inspektor traci cierpliwość.

– Strzelono do niego i nie żyje. To się liczy – stwierdza, posługując się uproszczoną logiką przyczynowo-skutkową. Chociaż nie miał takiego zamiaru, brzmi to nieprzyjemnie cynicznie. Rajski Ptak nieufnie mierzy go wzrokiem.

– Chyba nie przepadasz za rodzajem ludzkim?

Ibarra wzrusza ramionami. Myśli o Carmeli i o jej zajęciach jogi.

– Na pewno ktoś czeka, żebyś wzięła go za rękę i pocieszyła.

Ibarra zapalił papierosa na parkingu przed klubem. Zaciąga się powoli, siedząc na masce samochodu. Szuka konstelacji gwiazd, których nazw i kształtów nauczył się jako mały chłopiec. Ani śladu łez Świętego Wawrzyńca. Myśli o najeżonych kolcami snach swojego syna, o koszmarach, które nie pozwalają mu spać i przez które zrywa się z łóżka zlany potem. Na pewno Carmela siedzi teraz przy Samuelu, próbuje go uspokoić, wygląda przez okno i mówi, żeby zacisnął mocno oczy i wypowiedział życzenie, czekając na swoją spadającą gwiazdę.

– Pomyśl jakieś życzenie, Samuelu.

– Co tylko chcę?

– Co tylko chcesz.

– Chcę dyrygować własną orkiestrą.

Ibarra dopala papierosa do samego końca i zdaje sobie sprawę, że nie ma gdzie uciec. Może jedynie przełknąć ślinę.

Podskakuje na dźwięk telefonu. Wyświetla się numer komisariatu. Pozwala komórce dzwonić, spogląda na ekran, zastanawiając się, co będzie, jeśli nie odbierze. Nic. Świat może kręcić się dalej bez niego.

Kilka minut później telefon ponownie dzwoni. Tym razem odpowiada.

Dyżurny operator odebrał zgłoszenie ze szpitala prowincji. Na oddział ratunkowy trafiła poturbowana kobieta. Jej stan jest ciężki. Ibarra nie okazuje najmniejszego zainteresowania. Każe wysłać patrol. Ale operator nie daje się zbyć.

– Kobieta mówi, że będzie rozmawiać tylko z panem. Twierdzi, że zna pana osobiście.

Ibarze ciśnie się na usta przekleństwo, mimo to zwleka się z maski, wsiada do samochodu i bez pośpiechu rusza w stronę szpitala. Włącza radio, trafia na jedną z audycji dla nocnych marków, którzy dzwonią do prowadzących wyłącznie po to, by się upewnić, że jest ktoś po drugiej stronie ich milczenia. Wyłącza radio. Ludzie są samotni, powinni się z tym pogodzić.

Lekarka z oddziału ratunkowego stara się trzymać fason, ale nie udaje jej się ukryć zmęczenia. Każdy ma swoje życie, a tej nocy wszyscy zdają się być na granicy wytrzymałości. Ibarra jest świadom, że jego ubranie cuchnie papierosami, że ma kleisty oddech charakterystyczny dla osób, które maskują opary alkoholu gumą do żucia. Odsuwa się nieco od lekarki – która pachnie nieskazitelną higieną – i skupia uwagę na leżącej na łóżku kobiecie. W jej ciele trudno się doszukać śladów człowieczeństwa.

– Musieliśmy podać jej bardzo silny środek, żeby złagodzić ból. To cud, że żyje.

„Kolejna, która wierzy w cuda”, myśli Ibarra. Lekarka wylicza długą listę obrażeń. W ludzkim ciele jest około dwustu kości. Niewielu ortopedów potrafiłoby wyrecytować je z pamięci, a większość ludzi nawet nie wie, po co tam są, pod warstwami skóry, tłuszczu i mięśni. Nosimy je w sobie przez całe życie, nie przywiązując do nich wagi, do czasu aż zaczną niszczeć, pękać, sztywnieć. Dopiero wtedy paliczki, rzepka, kłykcie, grzebień biodrowy czy łopatka nabierają ogromnego znaczenia. Wszystko, co nas podtrzymuje, przerażająco łatwo się kruszy, gmach naszego ciała zaczyna się walić.

Ibarra nie słucha. Skupił się na siniakach, na ranach ciętych, na otarciach. Jego umysł kreśli hipotezy.

– Została zgwałcona?

Lekarka zaprzecza.

– Nie ma śladów nasienia, ginekolog nie znalazł też otarć w pochwie ani odbycie. Ale przeprowadzimy dodatkowe badania.

– Mówi pani, że o mnie pytała.

Lekarka kiwa głową.

– Myślałam, że mógłby nam pan podać jej nazwisko. Nie ma przy sobie nic, co pozwoliłoby ją zidentyfikować. Żadnego dokumentu ani telefonu.

Ibarra przeszukuje galerię obrazów i twarzy ze swojego umysłu, lekko przymulonego mieszanką leków i alkoholu. Nie sądzi, żeby kiedykolwiek wcześniej widział tę kobietę. Mimo to chciałby jej pomóc, powiedzieć, że to koniec, cokolwiek ją spotkało. Ale nie może, bo nie wie, czy najgorsze już się wydarzyło, czy dopiero się zacznie.

– Kto ją przywiózł?

– Nie wiemy. Ktoś zostawił ją na podjeździe przed oddziałem ratunkowym. Była nieprzytomna.

– Macie monitoring?

– To nie więzienie. Ludzie wchodzą i wychodzą bez większych problemów. Ale mogę zapytać.

Ibarra kiwa głową.

– Chciałbym zobaczyć jej rzeczy.

Lekarka wskazuje krzesło, na którym leżą zwinięte w kłębek ubrania.

– Wszystko jest tutaj.

Trzeba było rozciąć nożyczkami nogawki dżinsów, żeby móc je zdjąć, tak samo jak golf. W wyżłobieniach zelówek górskich butów tkwią błoto i źdźbła trawy. Ibarra ogląda dokładnie stanik, majtki i skarpetki. Potem skupia uwagę na wkładkach do butów i kieszeniach spodni. Znajduje jedynie kilka monet, breloczek z dwoma kluczami i gumkę do włosów. Kiedy wywraca kieszenie na lewą stronę, między palcami przelatują mu jakieś roślinne resztki. Wącha je: to marihuana.

Uważnie przygląda się kobiecie. Zdaje się spać, ale może wcale nie śpi. Inspektor wie, że są takie chwile, kiedy człowiek czuje potrzebę pozostania na granicy dwóch światów, trwa w wodnistym błocie, żeby znieść ból.

– Kim jesteś? – szepce.

Nie otrzymuje odpowiedzi.

2

Trzy miesiące wcześniej

Wybrzeże Śmierci, początek czerwca 2010 r.

Reflektory kabrioletu oświetliły stojącą przy szosie zardzewiałą tablicę, kierunkowskaz zamigał na spłowiałych literach. Droga kończyła się kilka metrów dalej. Potem był już tylko płynny horyzont, koniec świata.

Paola musnęła dłonią policzek. Podkład pobrudził jej palce. Zdołała ukryć siniaka pod okiem, jednak ślad pozostał. Nie był nim ból fizyczny, ale poczucie upokorzenia. Uzmysłowiła sobie, że nie odjechała jeszcze wystarczająco daleko. Z odtwarzacza dobiegały dźwięki Hurt Johnny’ego Casha, słowa zlewały się z szumem oceanu i sosen, które szeptały między sobą: „Gdybym mógł zacząć od nowa milion mil stąd, zadbałbym o siebie, znalazłbym drogę…”.

Paola zadała sobie pytanie, czy to właśnie chce zrobić: znaleźć nową drogę. Jakie znaczenie ma miejsce? To czy jakiekolwiek inne. Wszystkie są takie same. Na ekranie komórki nadal wyświetlała się wiadomość od „Otto komórka”: „Gdzie ty, kurwa, jesteś? Zwariowałaś”.

Wyłączyła telefon. Był jeszcze czas, żeby zawrócić. Mogłaby wszystko wytłumaczyć, nikt nie zadawałby pytań, tak jak przy wcześniejszych okazjach. Zawsze, kiedy uciekała, wracała z podkulonym ogonem. Tego właśnie wszyscy się po niej spodziewali. Ale tym razem tak nie będzie. Wzięła głęboki oddech. Skręciła w lewo i ruszyła w kierunku wskazanym przez tablicę.

Kilka metrów dalej asfalt przechodził w drogę pełną wybojów i kamieni, które ocierały się o podwozie. Jechała pośród zarośli, prowadzona przez światła samochodu torujące jej drogę. Nie przejmowała się zadraśnięciami, jakie paznokcie roślin pozostawiały na karoserii sportowego auta. Prawdę mówiąc, za każdym razem, kiedy słyszała drapnięcie w blachę, wyobrażała sobie rozeźloną twarz Ottona i czuła dziecinną satysfakcję.

Prosta droga stopniowo się rozszerzała. Dwa kilometry dalej kończyła się przed domem o fasadzie obrośniętej wiciokrzewem. Drewniany szlaban zmuszał do przejścia pieszo ostatnich metrów dzielących go od drzwi, przed którymi piętrzyły się martwe liście i inne roślinne resztki. Po obu stronach rosły dwa cyprysy, wyższe niż dom. Drzwi balkonu i okiennice wymagały pilnego odgrzybienia i zabezpieczenia przed wilgocią. Rozległe pęknięcie rozgałęziające się na cieńsze szczeliny przecinało część fasady. Było oczywiste, że dom pamięta lepsze czasy, jego zaniedbany wygląd nie odstraszył jednak Paoli. Nie przyjechała tu, by szukać wygód. Wyjęła z bagażnika sprzęt fotograficzny i małą torbę podróżną. Kiedy wysiadała z samochodu, zakręciło jej się w głowie. Z trudem utrzymała się na nogach. Dopiero teraz zdała sobie sprawę, ile godzin spędziła za kierownicą.

W blasku księżyca pokonała odległość dzielącą ją od ganku. Nie widziała, po czym stąpa. Obcas lewego buta kilkakrotnie ugrzązł w miękkim błocie, omal nie straciła równowagi. Żegnajcie ładne rajstopy, żegnaj plisowana spódnico.

W oknach na parterze paliło się światło, zza uchylonych okien dobiegała muzyka. Znała tę melodię: Światło księżyca Debussy’ego, jeden z wielu utworów, które jako dziecko musiała ćwiczyć pod czujnym i nieobiektywnym spojrzeniem matki. Znajome dźwięki dodały jej otuchy, jakby mogły uczynić przytulnym także to niegościnne miejsce.

Musiała dwukrotnie zapukać, zanim pianino ucichło. Drzwi uchyliły się, padające ze środka bursztynowe światło zalało fragment drewnianej podłogi na ganku. Stanęła w nich kobieta o płaskiej twarzy – jakby ten, kto ją rzeźbił, zapomniał zaznaczyć kości policzkowe.

– Dobry wieczór. To pani jest Dolores?

Kobieta bardzo wolno skinęła głową. Stała oparta o futrynę z rękami w kieszeniach cienkiej wełnianej kurtki i patrzyła na nią tak, jakby była wytworem pijackich zwidów. Paola oszacowała, że jest mniej więcej w jej wieku, musiała mieć jakieś czterdzieści pięć lat, chociaż wyglądała na starszą. Nie była gruba, ale jej ciało zaczynało wiotczeć. Miała za to piękne zielone oczy, chociaż oszpecało je senne spojrzenie.

– Rozmawiałyśmy przez telefon. Przepraszam, że zjawiam się tak późno, ale nie znam tutejszych dróg i zabłądziłam. Nazywam się Paola.

Kobieta spojrzała ze znużeniem na torbę podróżną.

– Zwykle o tej porze roku nie mamy gości – mruknęła, jakby recytowała monolog, z którego wykluczyła Paolę. Zamrugała, próbując wyjść z odrętwienia, po czym wzruszyła ramionami i zaprosiła ją do środka.

Salon był duży, przyozdobiony wariackim zbiorem przedmiotów, które wyglądały tak, jakby kupiła je na wyprzedaży. Regały wypełniały książki, ramki na zdjęcia, gliniane figurki, niepowieszone obrazki, czasopisma i płyty. Panujący nieład nie był nieprzyjemny, nie był też do końca przytulny. Na niskim stoliku paliła się lampka. Niebieski klosz kreślił świetliste koło na fortepianie. Przy taborecie stały opróżniony do połowy kieliszek wina i popielniczka, w której tlił się skręt z marihuany, wypuszczając spiralne smugi.

– Bösendorfer – powiedziała Paola, wskazując fortepian. – Z tego, co słyszałam, brzmi całkiem nieźle.

– Zna się pani na fortepianach? – Skóra Dolores uwięziona między refleksami światła rzucanego przez lampę przypominała skorodowany lakier.

– Grałam jako dziecko. Nigdy nie byłam zbyt dobra.

Zapadło dziwne milczenie, jakby z różnych powodów obie na chwilę wymknęły się myślami z salonu, zostawiając zawieszone w powietrzu ciała.

Dolores w końcu odchrząknęła, wzięła skręta i umieściła go we wgłębieniu, które latami żłobiło się między palcami wskazującym i środkowym. Przygryzła niedopałek i łapczywie się zaciągała, dopóki ponownie się nie rozżarzył. Jej półprzytomne spojrzenie powoli odrywało się od nieregularnych kółek z dymu, by z powrotem skupić się na Paoli.

– Jak długo zamierza pani tu zostać? – zapytała z niespodziewanym wigorem, wypuszczając gęsty obłok.

– Nie wiem jeszcze dokładnie. Mam zrobić reportaż – wymyśliła na poczekaniu Paola.

Kobieta popatrzyła na torbę podróżną i pomyślała, że nowo przybyłej starczy bagażu najwyżej na tydzień. Piżama, kosmetyczka – na pewno pełna kremów – i jeden strój na zmianę. Ta torba zdradzała ucieczkę w pośpiechu; ale to nie była jej sprawa.

– Jaki reportaż? Jest pani dziennikarką?

– Fotograficzką.

– Tu nie ma zbyt wielu rzeczy zasługujących na uwiecznienie.

Rzuciła jej badawcze spojrzenie. Instynkt i doświadczenie w obcowaniu z podróżnymi wszelakiej maści mówiły jej, że nie powinna przyjmować tego gościa.

– Skądś cię kojarzę. – Niespodziewanie przeszła na ty, czym zbiła z tropu Paolę. – Byłaś tu wcześniej?

Paola pokręciła głową. Dolores przyjrzała jej się nieco uważniej.

– Będą mi potrzebne twój dowód i karta kredytowa. Nazwisko muszę wpisać do rejestru, który każe nam robić policja – wytłumaczyła niechętnie – a karta na wypadek, gdybyś coś zepsuła albo gdyby przyszło ci do głowy wyjechać bez płacenia.

Ta prośba wystraszyła Paolę.

– Mogę zapłacić gotówką, z góry za cały pobyt. – Wyjęła z kieszeni spódnicy wymięte pięćset euro. – Tyle wystarczy?

Dolores uniosła brew.

– Moja droga, biorę dwadzieścia euro za noc. Sama policz. Za tyle możesz tu spędzić pół życia, a nie sądzę, żebyś tego właśnie chciała.

Paola podała jej banknot. Dolores obejrzała go pod światło, jakby chciała się upewnić, że nie jest fałszywy.

– Nieczęsto się takie ogląda… Ale i tak musisz się zameldować.

Paola powiedziała, że ukradziono jej torebkę na postoju przy północnej autostradzie. Straciła wszystkie dokumenty i jeszcze nie zdążyła zgłosić tego na policję.

„Kolejne kłamstwo”, pomyślała Dolores; mimo to schowała banknot.

– Jakoś to załatwimy. – Podeszła do bakelitowej kasetki stojącej na jednej z półek i wyjęła dwa klucze. – Ten jest od pokoju na trzecim piętrze, a ten od drzwi wejściowych. Posiłki są o ustalonych godzinach, ale jeśli wolisz, możesz coś kupić w miasteczku. To niedaleko, jakieś dziesięć minut na piechotę. W pokoju masz kuchenkę gazową. W okolicy jest jedna restauracja, ale o tej porze roku będzie zamknięta. Jeżeli masz ochotę skosztować miejscowej kuchni, musisz zadowolić się O Cafeto. To bar rybacki.

– Zrozumiano – powiedziała Paola; trzymała oburącz swoją torbę, na jej twarzy malował się niepokój.

W głowie Dolores ponownie rozległ się dzwonek alarmowy.

– Nie ściągniesz na mnie problemów, prawda?

Paola pokręciła głową jak grzeczna dziewczynka.

– Nie, oczywiście, że nie. Jestem tu tylko przejazdem.

Dolores zachichotała, pokazując zęby. Na jej sceptycznej, zaniedbanej twarzy można było jeszcze dostrzec ślady urody.

– Wszyscy jesteśmy przejazdem, moja droga.

W pokoju nie było wiele do oglądania: prosty stół, szafa z laminatu, półki wyłożone gazetami i kilka drewnianych wieszaków czekających, aż obciążą je jakaś bluzka czy spodnie. Bezosobowa przestrzeń, niezbyt starannie wysprzątana; kremowe płytki na podłodze niedbale przejechano mopem, z trudniej dostępnych kątów wyzierały kopczyki zbitego kurzu. Latarnia za oknem oświetlała zapuszczony teren na tyłach domu, który w lepszych czasach musiał być ogrodem, a teraz można było najwyżej przez niego przejść. Z zewnątrz dobiegały nocne odgłosy, nieprzyjazne dla przybysza z miasta. Nie sposób było odgadnąć, co znajduje się poza snopem rzucanego przez latarnię światła.

Paola rozebrała się do naga i położyła na łóżku. Jej kciuk musnął kolczyk w pępku. Z odrazą cofnęła rękę. Wciąż miała przyszyte do skóry rzeczy, które do niej nie należały, które musiała zostawić za sobą. Ciało zaczynało ją boleć, jakby pękało na drobne odłamki. Wstała i wcisnęła włącznik światła za drzwiami łazienki. Nad lustrem zapaliła się smutna żarówka. Spojrzała na siebie z dystansem.

Przypominała matkę: miała bardzo krótkie włosy w kolorze brzoskwini. Dotknęła opadającej na czoło grzywki i pomyślała, że powinna się przefarbować, może na czarno. Chciała być kimś innym, zawsze tego pragnęła. Pewnie dlatego przed laty zoperowała sobie nos, żeby lekko go zaokrąglić i pozbawić greckiego kształtu charakterystycznego dla kobiet z jej rodziny. Usta wydawały się ładne, kiedy były nieruchome, ale gdy zmieniała wyraz twarzy, przybierały niepokojący wygląd, jakby miały wydać z siebie smutne cmoknięcie. Kości policzkowe, wystające i aroganckie, niemal męskie, podkreślały twarde spojrzenie jej ciemnych oczu, ani szczególnie dużych, ani szczególnie małych, przypominających guzikowe ślepka pluszowej zabawki, które czasami – niezbyt często – błyszczały jak kwarc. Do tych oczu pasowały wszystkie metafory, ale żadna nie oddawała ich wyrazu; były jak labirynt, ciąg pułapek, które uniemożliwiały odgadnięcie, co tak naprawdę myśli. Reszta ciała chyliła się ku upadkowi, z mozołem powstrzymywanemu przez operacje plastyczne, silikonowe piersi, usunięcie żeber, godziny spędzone na siłowni i dietę. Ale w ciągu ostatnich trzech lat kompletnie się zaniedbała, niwecząc w krótkim czasie wszystko to, co budowała z takim wysiłkiem.

Nie potrzebowała już swojego ciała, żeby inni mogli nim dowolnie dysponować, ale zstąpienie do piekieł zostawiło na nim ślady: dawne rysy, zaschnięte ścieżki na podbrzuszu i między pośladkami, pozostałość po wypełnionych przemocą nocach. Powoli przebiegła je palcami, kiedy zatrzymała się na owłosionym łonie, poczuła przenikliwy ból. Zrobiło jej się niedobrze, wstrząsnął nią dreszcz, a pod powiekami zaczęły się przesuwać obrazy. Wzięła głęboki oddech, żeby odesłać je w najdalsze zakątki ciała, i rozmasowała sobie szyję, cienką i kruchą, tak łatwą do skręcenia.

Z lekką odrazą spojrzała na wannę. Nie była brudna, ale podobnie jak cały pokój zachowała nienamacalne ślady obecności innych ludzi, mężczyzn i kobiet, którzy zanurzali w niej swoje ciała. Odkręciła kurek, wlała do wody żel pod prysznic i sprawdziła stopą temperaturę. Na jej grzbiecie miała wytatuowane mityczne zwierzę: gryfa. Orla głowa i skrzydła były wściekle czerwone; lwie ciało i pazury – w kolorze indygo, który zlewał się z żyłami biegnącymi w stronę kostki. Kolejny wybryk, który teraz budził w niej obrzydzenie.

Powoli zanurzyła się w wodzie. Jako dziecko nurkowała w wannie i słuchała bicia swojego małego serduszka. Fascynował ją ten rytm bębna, wydawało jej się, że ma w środku jakieś zwierzę, które może usłyszeć tylko w ten sposób. Wydmuchiwała nosem bąbelki, patrzyła, jak wznoszą się ku górze i zlewają z powierzchnią wody. Nigdy się nie bała, nawet kiedy jej usta za wszelką cenę chciały się otworzyć, nawet kiedy paliły ją płuca, a ona zmuszała się, żeby zostać na dnie wanny. Wiedziała, że mama przyjdzie ją uratować. Odliczała sekundy, czekając, aż pojawi się w drzwiach… Ale któregoś dnia mama nie pospieszyła jej na ratunek. Po prostu zniknęła. Zostawiła jej tylko liścik pod poduszką: „Nigdy nie czuj się porzucona przez tego, kto odchodzi. Niekiedy to jedyny sposób, żeby został z tobą na zawsze”.

Czasami wciąż czekała na dnie, wsłuchana w szepty wody i uderzenia swojego serca.

Paola nie wiedziała, ile czasu spędziła w wannie. Do rzeczywistości przywróciło ją pukanie do drzwi. Dopiero wtedy zorientowała się, że woda wystygła, a ona drży z zimna. Wytarła się i owinęła ręcznikiem.

W korytarzu stał jakiś mężczyzna w podeszłym wieku. Nie był jednym z tych zasuszonych, obciążonych bagażem wspomnień i lat dziadków, ale korpulentnym staruszkiem, który powolutku chylił się ku upadkowi. Sprawiał wrażenie roztargnionego, patrzył przed siebie spod krzaczastych, niesfornych brwi. Jego oczy spoglądały na nią z zainteresowaniem, ale nie zamierzały zatrzymywać się na jej piegowatych ramionach ani wciskać w wystający zza ręcznika zaczerwieniony rowek między piersiami. Uniósł dłoń do lekko przekrzywionego kapelusza – szarmancki gest, staroświecki i pełen pokory, wyuczony w innych czasach, w innych stronach. Kapelusz był ładny, z lekkim wgłębieniem na czubku, jakby pracowicie drążony przez czyjąś dłoń. Pasował jak ulał na głowę staruszka.

– Mercedes, który stoi na dole, należy do pani?

Paola miała wrażenie, że ten niski głos, przypominający echo odbijające się od sklepień klasztoru, dociera do niej z niedosięgłej dali. Skojarzenie pytania z kabrioletem Ottona zajęło jej kilka sekund. Zaciekawiona skinęła głową. Staruszek uśmiechnął się z odrobiną rozrzewnienia.

– Dwuosobowy mercedes kabriolet rocznik tysiąc dziewięćset sześćdziesiąt trzy, model sto dziewięćdziesiąt SL. Kolekcjonerskie auto: sto pięć koni mechanicznych, prędkość maksymalna sto siedemdziesiąt kilometrów, przyspieszenie od zera do stu w ciągu czternastu sekund. Obstawiam, że to ostatnia seria, jaką wyprodukowano.

Paola poczuła skrępowanie; dla niej był to tylko jeden z kaprysów Ottona, jak jego konie, jak hazard i jak kobiety, które kolekcjonował. A ten człowiek opowiadał jej o tej maszynie, jakby sam ją wyprodukował.

– Nie umiem panu powiedzieć.

– Wie pani, w latach pięćdziesiątych ja i żona wyemigrowaliśmy z Argentyny do Niemiec. Tam przez długi czas pracowaliśmy w montowni Mercedesa. Niewykluczone, że niektóre śrubki tego samochodu przeszły przez moje ręce. Paradoksalne, prawda? – Wymówił przymiotnik „paradoksalne”, jakby dopiero co odkrył go w słowniku. Paola poczuła lekki dyskomfort, miała wrażenie, że w jego słowach kryje się zakamuflowany wyrzut dla ludzi takich jak ona, którzy ograniczają się do prowadzenia samochodów i nawet nie pomyślą o trudzie włożonym w ich skonstruowanie.

Mauricio pierwszy raz opuszczał Argentynę. Czuł się jak poszukiwacz przygód. Nie zamierzał gnić w Buenos Aires, które w tamtych odległych latach pięćdziesiątych nie miało mu do zaoferowania niczego poza obietnicą powolnej, zapowiedzianej śmierci. Otwierała się przed nim nieznana przyszłość. W dodatku wyjeżdżał razem z Pieguską, swoją ukochaną, i Oliveriem, swoim serdecznym przyjacielem.

Mimo to z ciężkim sercem słuchał wyrzutów ojca.

– Po co jedziesz do tych Niemiec?! Praca robotnika przy taśmie produkcyjnej w fabryce samochodów to jest dla ciebie sukces?

– Nie, ojcze. Chcę poznać świat.

Ojciec spojrzał na niego jak na wariata.

– To wszystko wina tej twojej dziewczyny i jej głupich pomysłów. Rzuciła na ciebie urok.

Ojcu Mauricia w zupełności wystarczało to, co miał: chciał dalej robić kapelusze, słuchać tang Gardela, patrzeć, jak dorastają jego dzieci, i nie tęsknić za nimi, kiedy postanowią założyć własne rodziny. Mauricio, najstarszy z rodzeństwa – i jego największa nadzieja – nagle zaskoczył go absurdalnymi ambicjami i marzeniami, a to wszystko przez tę rudowłosą dziewczynę, z którą zaczął się spotykać. Kiedy tylko zobaczył Pieguskę, od razu powiedział synowi, że jest jak Cyganka.

– Pociągnie cię za sobą, żebyś tułał się z nią po świecie, od jednej roboty do drugiej, bez prawdziwej ojczyzny, bez korzeni.

Dla jego ojca świat nie miał sensu poza bezpiecznymi granicami znanego mu życia. Uważał, że ta cierpiąca na manię wielkości dziewczyna skaże Mauricia na chaos i niepewną egzystencję.

– Rzeźbiarka? Cóż to za zawód dla młodej kobiety? Ja widzę tylko pospawany byle jak złom. Ona nie jest dla ciebie, Mauricio, nie jest dla ciebie. Powinieneś posłuchać pana Giovanniego. Mógłbyś mieć dobrą pracę i dom taki jak on.

Pan Giovanni był szefem jego ojca, właścicielem zakładu kapeluszniczego przy ulicy Florida, gdzie Mauricio nauczył się podstaw zawodu. Na terenie swojej posesji posadził sprowadzoną z chilijskich Andów araukarię. Coś musiało być nie tak z ziemią w Buenos Aires, bo iglak wiądł, ale pan Giovanni niewzruszenie zmuszał go do życia, wbrew radom swojego ogrodnika. Jego posiadłość znajdowała się w sąsiedztwie największych stołecznych parków, hipodromów i dzielnic, w których zaczęły osiedlać się rodziny przyszłej klasy średniej. Dom tworzył labirynt korytarzy, ściany obwieszone były obrazami przedstawiającymi posępne twarze przodków; wyglądali tak, jakby cierpieli na hemoroidy.

Pan Giovanni nie miał dzieci i to było dla niego największą tragedią. Jego twarz, tak samo szarozielona, jak twarze jego przodków, któregoś dnia zawiśnie na haczyku w tym niedokończonym mauzoleum. I to będzie koniec. Może właśnie dlatego wziął Mauricia pod swoje skrzydła.

– Kiedy osiągniesz odpowiedni wiek – podpowiadał mu – powinieneś kontynuować naukę na jakiejś prywatnej uczelni, może w Stanach Zjednoczonych, studiować ekonomię, żeby poznać i opanować podstawowe pojęcia kapitalizmu: dług, podaż, popyt, eksport, akcje, wahania kursu dolara amerykańskiego, ryzyko stopy procentowej. Po wojnie potrzebny będzie nowy punkt wyjścia dla odbudowy Europy. Milionowe interesy, okazja dla tych, którzy zachowają czujność i będą przygotowani na nadchodzące czasy.

Czy to interesowało niezgrabnego, nieśmiałego chłopaczka, którym był Mauricio? Miał świadomość, że oferowano mu przyszłość, o jakiej nie mógł marzyć ktoś z jego klasy społecznej? Oczywiście, że nie. Wolał przygodę.

Tak więc w końcu wsiadł na statek płynący do Niemiec.

– Zaczyna padać, lepiej niech pani zejdzie i rozłoży dach. Szkoda, żeby zniszczyła się tak piękna tapicerka.

– Och… Oczywiście… Już idę. Bardzo dziękuję.

Staruszek przyłożył palec do ronda kapelusza i oddalił się korytarzem. Kiedy dotarł do schodów, odwrócił głowę, ale Paola zamknęła już drzwi.

Podeszła do okna. Zobaczyła staruszka stojącego przy kabriolecie. Towarzyszył mu przystojny chłopak, nastolatek. Staruszek mówił coś, pokazując mu wnętrze samochodu, prawdopodobnie wyjaśniał jakieś techniczne szczegóły. Paola odruchowo sięgnęła po aparat i zrobiła mu zdjęcie. Chłopak podniósł głowę, jakby usłyszał pstryknięcie migawki. Ich spojrzenia się spotkały. Paola odsunęła się od okna i ukryła w mroku.

Ponownie rozległ się dźwięk komórki. Na wyświetlaczu nieubłaganie migotało imię Ottona.

– Dziwny człowiek z tego twojego dziadka – powiedziała Martina, córka Dolores, odgarniając z czoła grzywkę ruchem, który wydał się Danielowi wyuczony, jakby chciała dodać sobie lat. Dziadek Mauricio przechadzał się wzdłuż krawędzi klifu. Minął tydzień od przyjazdu Paoli, nowej lokatorki. Młodzi siedzieli na wilgotnej skale i podziwiali krajobraz. Martina patrzyła w dal, obejmując kolana.

Daniel przytaknął; jemu także trudno było przywyknąć do myśli, że ten mężczyzna spacerujący w tę i z powrotem z rękami w kieszeniach jest jego dziadkiem. Ojcem jego ojca. Miał gęste, poskręcane baki, które zwisały po obu stronach twarzy niczym sznurki. Biała jedwabista broda poszerzała szczękę i służyła do ukrycia drobnych blizn w formie króciutkich nitek, które okalały kąciki ust i rozchodziły się na dolną część policzków. Te blizny fascynowały Daniela; przypominały mu ukryte korzenie wychodzące na powierzchnię albo skurczone palce topielców. Musiały mieć jakąś historię, ale dziadek nie lubił rozmawiać o przeszłości. Tak naprawdę o niczym nie lubił rozmawiać. Był milczkiem.

Pierwszy raz zobaczył dziadka, kiedy ten przyjechał po niego do kliniki. Pracownik socjalny zakomunikował Danielowi, że ten mężczyzna w filmowym kapeluszu jest jego jedynym żyjącym krewnym i że od tej pory będzie też jego opiekunem. Daniel niewiele o nim wiedział. Dziadek czekał na niego na końcu korytarza, nie wyszedł mu na spotkanie, jakby chciał dać chłopcu czas, by przywykł do obecności nowej osoby w swoim życiu. Obrzucił go szybkim spojrzeniem i zamienił kilka słów z pracownikiem socjalnym. Potem wziął walizkę Daniela. Kiedy opuścili szpital, przyjrzał mu się nieco uważniej. „Teraz zostaliśmy sami, ty i ja”, powiedział, po czym położył na głowie chłopca swoją wielką dłoń. Daniel nie pamiętał, żeby ktokolwiek obdarzył go czulszym gestem. Od tamtego czasu minął już rok, a oni wciąż zbyt wiele o sobie nie wiedzieli.

– O czym on tak myśli? – zastanawiała się na głos Martina.

Dziadek podniósł głowę i skupił wzrok na wysepkach po drugiej stronie zatoki. Coś, co zobaczył albo o czym pomyślał, wywołało na jego twarzy uśmiech, jak gdyby fale opowiedziały mu szeptem jakiś dowcip, który tylko on potrafił zrozumieć; te poufałe relacje z przyrodą peszyły Daniela, broniły mu dostępu do myśli dziadka.

– Wydaje mi się, że na coś czeka – odpowiedział.

Martina rozchyliła usta w ironicznym, okrutnym uśmiechu.

– Starzy ludzie czekają już tylko na to, co nie nadejdzie.

– Czasami jesteś zbyt cyniczna, wiesz o tym? – obruszył się Daniel.

Martina spojrzała na niego z pogardą.

– Ja tylko mówię to, co czuję. Jedynym horyzontem starego człowieka jest przeszłość. – Ujarzmiła włosy, związując je gumką w koński ogon, który zakołysał się, kiedy ze zrezygnowaniem pokręciła głową. Rzuciła ostatnie spojrzenie w dal. Dziadek szedł w ich kierunku, obchodząc północną część klifu.

– Sądzę, że powinnam się zmyć.

– Nie musisz – powiedział Daniel.

– Dobrze wiesz, co on myśli o naszych spotkaniach.

Miała rację. Dziadek uważał, że Martina burzy jego spokój, że powinien wymazać ją ze swojego życia. Kiedy się widywali, Danielowi zawsze się pogarszało.

Martina odeszła w kierunku przeciwnym do tego, z którego nadchodził Mauricio. Daniel wiedział, że nie ma sensu za nią biec, że jego przyjaciółka jest samotniczym, zbuntowanym duchem. Zawsze taka była. Stara dziewczynka żyjąca we własnym świecie, odcięta od innych. Martina przypominała porywiste wiatry tej krainy. Była tu, czy ci się to podobało, czy nie, i mogłeś ją albo kochać, albo nienawidzić. Daniel postanowił ją kochać, dziś jednak nie miał ochoty brać udziału w jej gierkach.

Dziadek, zdyszany, wspiął się pod krzyż, przy którym siedział Daniel. Odsunął z czoła kapelusz i nieufnie spojrzał na niebo. Przeżuwał powietrze, jakby zamierzał je wypluć.

– Zbiera się na burzę. Tym razem nieźle lunie. Powinniśmy wracać.

Daniel skinął głową.

Tak długo siedział po turecku na wprost morza, że z trudem podniósł się ze skały. Miał mokre spodnie na pupie, jak wtedy, gdy jako dziecko moczył się w łóżko. Do tej pory czasami mu się to zdarzało: nie panował nad snami, budził się w mokrej pościeli. Było mu wstyd – miał już siedemnaście lat. Na szczęście dziadek nie wieszał zasikanego prześcieradła w oknie, żeby wszyscy mogli je zobaczyć. Tak postępował ojciec, ale ojca już nie było.