Wybór Sary - Rebecca St. James, Nancy Rue - ebook
Opis

Bliski awans ma zapewnić Sarze wszystko, o czym zawsze marzyła. Ale właśnie wtedy na jej drodze do sukcesu pojawia się… ciąża. I choć dziewczynie wydaje się, że kocha swojego chłopaka, to nie ma pewności, czy okaże się on odpowiedzialnym ojcem. A stanowisko, o które stara się Sara, zwolniło się tylko dlatego, że pracująca na nim kobieta odchodzi na urlop macierzyński.

Rozdarta pomiędzy radami koleżanek z pracy oraz naleganiami matki i siostry, w obliczu niepewności co do związku z Mattem i wobec pustki, jaką zostawił po sobie zmarły ojciec, Sara nie ma pojęcia, co zrobić.

Kiedy dziewczyna patrzy na kartkę bożonarodzeniową otrzymaną od tajemniczej starszej kobiety, w jej głowie pojawiają się trzy wizje przyszłości. Czy może jednak im zaufać? Czy są one wyrazami pragnień rozdartego serca? A może to prawdziwe wizje od Boga, o którym Sara myślała, że się od niej odwrócił?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 379

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Książ­kę tę de­dykuje­my nie­zwykłym lu­dziom, któ­rych wia­ra w świę­tość każ­de­go życia po­bu­dza do co­dzien­ne­go dzie­le­nia się na­dzie­ją i oka­zywa­nia so­li­dar­no­ści z tymi, któ­rzy znaj­du­ją się w sy­tua­cji Sary. Chro­ni­cie życie za­rów­no mat­ki, jak i dziec­ka. Je­ste­ście na­szymi bo­ha­te­ra­mi.

przed­mo­wa

Wszyscy lu­bi­my przy­łą­czać się do czyje­goś śpie­wu, gdy wie­my, że ta oso­ba na­praw­dę wie­rzy w sło­wa, któ­re wy­śpie­wuje. Wszyscy lu­bi­my słuchać mów­cy, któ­ry opo­wia­da o czymś z pa­sją. Wszyscy roz­ko­szuje­my się lek­turą, gdy wie­my, że au­tor pi­sze z głę­bi ser­ca i czer­pie z bo­ga­te­go do­świad­cze­nia.

Bio­rąc to wszyst­ko pod uwa­gę, zdra­dzę wam pe­wien se­kret.

Po­ko­cha­cie Wy­bór Sary! W książ­ce tej moja do­bra przy­ja­ciół­ka, Re­bec­ca St. Ja­mes, ra­zem z au­tor­ką be­st­sel­le­rów, Nan­cy Rue, opo­wia­da­ją hi­sto­rię, któ­ra tra­fi do was pod bar­dzo wie­lo­ma wzglę­da­mi. Ich pi­sar­stwo jest jak śpiew Re­bek­ki… świe­że, kre­atyw­ne, i płyną­ce z ser­ca… Śmia­łe, ale em­pa­tycz­ne, mą­dre, ale peł­ne mi­ło­sier­dzia, za­baw­ne, ale szcze­re.

Tu, w Ame­ryce, ła­two jest stać się nie­czułym na sta­tystyki. W ostat­nich czte­rech de­ka­dach prze­pro­wa­dzo­no tu po­nad pięć­dzie­siąt mi­lio­nów abor­cji. Na szczę­ście jed­nak lu­dzie tacy jak Re­bec­ca i Nan­cy nie prze­sta­ją z od­wa­gą mó­wić o tym pro­ble­mie. Jako wie­lo­let­ni przy­ja­ciel ro­dzi­ny Re­bek­ki wiem, że Re­bec­ca za po­mo­cą mu­zyki pra­gnie za­chę­cać nie­zli­czo­ne rze­sze ko­biet do po­dej­mo­wa­nia mą­drych de­cyzji w kwe­stii nie­chcia­nych ciąż. Jej na­praw­dę na tym za­le­ży. Wspie­ra cen­tra po­mo­cy ko­bie­tom w cią­ży w ca­łym kra­ju i jest men­tor­ką dla mło­dych ko­biet zma­ga­ją­cych się z pro­ble­ma­mi. Wie­lu z nich po­mo­gła rów­nież od­na­leźć uzdro­wie­nie i na­dzie­ję po do­ko­na­nej abor­cji.

Za­rów­no Re­bec­ca, jak i Nan­cy są mat­ka­mi. Nie spo­sób nie po­myśleć, że ich mi­łość do nie­na­ro­dzo­nych prze­świe­ca przez kar­ty tej książ­ki wła­śnie z tego po­wo­du. Nie spo­sób nie po­myśleć zwłasz­cza dla­te­go, że książ­ka ta zo­sta­ła na­pi­sa­na, gdy Re­bec­ca była w cią­ży z pierw­szym dziec­kiem.

Bóg jest do­bry.

Nie­chaj Wy­bór Sary przy­po­mi­na wam o tej praw­dzie.

Dave Sto­ne pa­stor So­uthe­ast Chri­stian Church

je­den

Tego ran­ka Sara uj­rza­ła przed sobą swo­ją wczo­raj­szą ko­la­cję po raz drugi. Po­tyka­jąc się o dwie pary bu­tów i dep­cząc po swo­jej ak­tów­ce, le­d­wo zdą­żyła po­ko­nać dro­gę z ka­na­py do ła­zien­ki, za­nim pa­prycz­ki ja­la­pe­ño od­sło­ni­ły swo­je ko­lej­ne ob­li­cze.

Mi­nia­turo­we, czar­no-bia­łe płyt­ki pod­ło­go­we zla­ły się w bez­kształt­ną masę, kie­dy przy­tknę­ła do nich czo­ło. Cho­ciaż raz ucie­szyła się, że ka­lo­ryfer nie dzia­ła. Zno­wu.

O mat­ko, jak ona nie­na­wi­dzi­ła wy­mio­to­wać. Nie­na­wi­dzi­ła. Tego.

Ochla­pa­ła twarz zim­ną wodą – po­nie­waż na ja­ką­kol­wiek go­rą­cą wodę w kra­nie trze­ba by cze­kać co naj­mniej pięć mi­nut – i wy­mam­ro­ta­ła kil­ka gróźb pod ad­re­sem Mat­ta. To on za­mó­wił na­chos z ja­la­pe­ño, mimo że do­sko­na­le wie­dział, że jego ro­dzi­ce będą świad­ka­mi każ­de­go jej ata­ku kasz­lu i plu­cia.

Chło­pak był uro­czy, ale wstydu nie miał za grosz.

Uda­ło jej się unik­nąć po­wtór­ki z roz­ryw­ki dzię­ki temu, że zre­zygno­wa­ła z kawy – a wła­ści­wie to w ogó­le z wej­ścia do kuch­ni. Wzię­ła tak wie­le głę­bo­kich od­de­chów, że na­wet hi­po­po­tam do­stał­by od tego hi­per­wen­tyla­cji. Opie­ra­jąc się o zlew, od­rzuci­ła w tył ciem­ne ko­smyki wło­sów, któ­re przy­kle­iły się do jej twa­rzy, i skrzywi­ła się na wi­dok swo­je­go od­bi­cia w lu­strze. Odro­bi­na ma­ki­ja­żu i za­kryje­my ten szpa­ra­go­wy od­cień zie­le­ni, praw­da?

Okej, wię­cej niż odro­bi­na.

Po­win­naś zo­stać w domu, po­wie­dzia­ły jej za­pad­nię­te brą­zo­we oczy.

I opu­ścić dzień w pra­cy, kie­dy ważą się losy jej awan­su? O, nie. Thad Nuss­baum nie za­ryzyko­wał­by pój­ścia na cho­ro­bo­we w ta­kim mo­men­cie, na­wet gdyby miał dżumę. Wła­ści­wie to Sara nie była do koń­ca pew­na, czy sama wła­śnie jej nie prze­cho­dzi.

I znów bieg do to­a­le­ty. Zde­cydo­wa­nie nie­na­wi­dzi­ła wy­mio­to­wać.

Nie­za­leż­nie od tego, czy jej twarz przy­po­mi­na­ła awo­ka­do, czy nie, mu­sia­ła wziąć się w garść. Po ko­lej­nej run­dzie wy­chyli­ła jed­nym hau­stem pół bu­tel­ki kro­pli na żo­łą­dek i prze­stą­pi­ła nad sto­sem po­życzo­nych od Me­gan po­rad­ni­ków z cyklu „Jak od­nieść suk­ces”, żeby do­stać się do biur­ka wci­śnię­te­go po­mię­dzy ka­na­pę i drzwi ła­zien­ki. Na szczę­ście mu­sia­ła po­szpe­rać tyl­ko w jed­nej ster­cie nie­za­pła­co­nych ra­chun­ków, żeby zna­leźć li­stę, któ­rą przy­go­to­wa­ła jej Me­gan.

1. Ubierz się jak pro­fe­sjo­na­list­ka. Nie je­steś już student­ką. Wy­bierz wer­sję mo­no­chro­ma­tycz­ną, je­śli mo­żesz, ale za­dbaj o ja­kiś ko­lo­ro­wy ak­cent. Re­kla­ma JEST po­lem do kre­atyw­ne­go dzia­ła­nia – tak mi przy­najm­niej mó­wi­li. I NIE za­kła­daj tego mysie­go sza­li­ka.

Sara jęk­nę­ła. W tej sy­tua­cji była to cał­kiem zro­zu­mia­ła re­ak­cja. Dziew­czyna mia­ła na­dzie­ję, że pie­nią­dze, któ­re wy­da­ła na od­świe­że­nie gar­de­ro­by pod czuj­nym okiem Me­gan i zgod­nie z jej za­sa­dą „daj so­bie spo­kój z dżin­so­wymi spód­ni­ca­mi”, oka­żą się tego war­te, je­śli – a ra­czej kie­dy – do­sta­nie awans. Do­pó­ki to jed­nak nie na­stą­pi, nic dziw­ne­go, że ope­ra­tor gro­zi jej odłą­cze­niem te­le­fo­nu.

Po­zo­sta­łe ra­chun­ki le­ża­ły po­upycha­ne w prze­gród­kach w or­ga­ni­ze­rze, kłując ją w oczy bez wzglę­du na to, jak do­kład­nie pró­bo­wa­ła­by do­mknąć te małe pla­sti­ko­we szuflad­ki. Co do jej oso­bi­stych ra­chun­ków… szuka­ła cze­goś, czym mo­gła­by je przy­kryć, by ich wi­dok nie stra­szył jej, gdy wró­ci z pra­cy do domu.

Je­dyną rze­czą, któ­rą uda­ło jej się zna­leźć, żeby za­sło­nić je bez ko­niecz­no­ści do­ko­nywa­nia ka­pi­tal­ne­go re­mon­tu ca­łej ka­wa­ler­ki, było opra­wio­ne w ram­kę zdję­cie, któ­re do­sta­ła od mamy na Świę­to Dzięk­czynie­nia, a któ­re­go jesz­cze nie po­wie­si­ła, bo… po pro­stu jesz­cze go nie po­wie­si­ła.

Po­mi­mo nie­usta­ją­cych mdło­ści Sara nie mo­gła nie uśmiech­nąć się, pa­trząc na tę fo­to­gra­fię. Me­gan do­sta­ła­by za­ła­ma­nia ner­wo­we­go, gdyby zo­ba­czyła tę dwuna­sto­let­nią Sarę z wy­pro­sto­wa­nymi wło­sa­mi, dzię­ki któ­rym chcia­ła przy­po­mi­nać ciem­no­wło­są Chri­sti­nę Agui­le­rę, i w za du­żej to­dze w ko­lo­rze kró­lew­skie­go błę­ki­tu z wiel­kim i bez­spor­nie tan­det­nym krzyżem jako uchwytem do zam­ka. Jej oj­ciec w tej sa­mej to­dze wy­glą­dał dużo le­piej. Z drugiej stro­ny jed­nak wszyst­ko le­ża­ło na nim le­piej, tyl­ko dla­te­go, że to wła­śnie on miał to na so­bie. Fo­to­graf uchwycił Sarę pa­trzą­cą na ojca ocza­mi, któ­re szep­ta­ły „Bę­dziesz ze mnie dum­ny, ta­tusiu”…

Ści­śnię­te gar­dło w po­łą­cze­niu z mdło­ścia­mi: fa­tal­na kom­bi­na­cja.

Sara odło­żyła zdję­cie spodem do góry na ster­tę pa­pie­rów i po­de­szła do sza­fy, żeby wy­brać coś mo­no­chro­ma­tycz­ne­go z ja­kimś ko­lo­ro­wym ak­cen­tem.

Dzie­sięć mi­nut póź­niej była już pra­wie go­to­wa. Mimo ca­łe­go tego za­kupo­we­go sza­leń­stwa nie mia­ła zbyt wiel­kie­go wy­bo­ru. Czar­na ołów­ko­wa spód­ni­ca, ko­za­ki, bia­ła ob­ci­sła bluz­ka i sza­ry do­pa­so­wa­ny swe­ter z wy­koń­cze­niem w ko­lo­rze mo­re­lo­wym; de­li­kat­na bi­żute­ria. Do tego weł­nia­ny płaszcz w wiel­błą­dzim ko­lo­rze – po Me­gan – i skó­rza­na ak­tów­ka, któ­ra na­wet jak na kupio­ną na wy­prze­da­ży była sta­now­czo za dro­ga.

Sara za­trzyma­ła się na chwi­lę, zer­ka­jąc na sza­lik w kil­ku od­cie­niach brą­zu. Miał tak wie­le po­wycią­ga­nych ni­tek, że przy­po­mi­nał ra­czej bar­dzo smut­ne­go węża boa. Nadal jed­nak pach­niał tatą – brytyj­ski­mi fun­ta­mi, moc­ną kawą i ja­kimś piż­mo­wym, ta­jem­ni­czym za­pa­chem, któ­ry po pro­stu był nim. Wy­star­czył je­den po­wiew w od­po­wied­niej chwi­li i nie­mal­że słysza­ła jego głos, jak mówi: Masz to, co trze­ba, SJ.

Nie ma in­nej opcji, za­ło­ży sza­lik. Sor­ry, Me­gan.

Okej – ostat­nie spoj­rze­nie w duże lu­stro i czas wy­cho­dzić.

Już pra­wie była na ze­wnątrz. Już trzyma­ła rękę na klam­ce, kie­dy za­uwa­żyła, że coś leży pod drzwia­mi. Wy­glą­da­ło jak kart­ka na Boże Na­ro­dze­nie. Za­nim w ogó­le zdą­żyła się schylić, Sara wie­dzia­ła już, że to od Cat­fi­sha.

We­so­łych Świąt, pan­no Col­lins na­pi­sał pod rysun­kiem, któ­ry praw­do­po­dob­nie miał przed­sta­wiać Grin­cha. Ale jak nie za­pła­cisz czyn­szu, to Mi­ko­łaj do Cie­bie nie przyj­dzie. Z po­wa­ża­niem, Twój ad­mi­ni­stra­tor.

Sara rzuci­ła kart­kę w stro­nę biur­ka, zdą­żyła jed­nak przed­tem po­czuć na niej jego za­pach: cały ten hip­ster­ski aro­mat nie­myte­go cia­ła o na­zwie „sprawdź­my, ile dam radę no­sić te dżin­sy, za­nim cał­kiem się roz­pad­ną”. Gdyby spo­tka­ła się z nim dziś rano twa­rzą w twarz, nie­chyb­nie zwymio­to­wa­ła­by mu na buty.

Wszyst­ko wska­zywa­ło na to, że do­star­czył kart­kę wczes­nym ran­kiem, a te­raz spał. Cat­fish był aspi­rują­cym mu­zykiem, któ­ry sie­dział do póź­na w nocy, uda­jąc, że żyje z gry na si­ta­rze, a po­tem przez pół dnia od­sy­piał. Sara mo­gła więc z dużą dozą praw­do­po­do­bień­stwa spo­koj­nie dojść do sa­mo­cho­du, nie na­tyka­jąc się na nie­go.

Drzwi wszyst­kich ka­wa­le­rek wy­cho­dzi­ły na przej­ścia mię­dzy bu­dyn­ka­mi; nie była to naj­lep­sza opcja, bio­rąc pod uwa­gę sro­gie zimy, ja­kie pa­no­wa­ły w Chi­ca­go. Jed­nak bu­dynek, w któ­rym miesz­ka­ła Sara, wcze­śniej służył za mo­tel i ci, któ­rzy go re­mon­to­wa­li, naj­wyraź­niej nie chcie­li wy­da­wać pie­nię­dzy na zmia­nę roz­kła­du miesz­kań. Chyba zresz­tą na nic nie chcie­li wy­da­wać.

Jak na przy­kład na do­zor­cę, któ­ry wy­sy­pał­by przy­najm­niej tro­chę soli na be­to­no­we stop­nie, kie­dy po­ja­wi się na nich lód.

Sara ruszyła w dół be­to­no­wymi scho­da­mi, za­trzymu­jąc się co chwi­lę, by upew­nić się, że jej dro­ga jest wol­na od wszyst­kie­go, co zwią­za­ne z Cat­fi­shem, po czym prze­sko­czyła po­mię­dzy du­żymi pla­ma­mi zbi­te­go lodu na par­king. Prze­cho­dząc obok miesz­ka­nia ad­mi­ni­stra­to­ra na pierw­szym pię­trze i wstrzymu­jąc od­dech, aby nie wdychać uno­szą­cych się spod drzwi opa­rów, obie­ca­ła mu po ci­chu, że za­pła­ci za­le­gły czynsz, kie­dy już do­sta­nie ten awans, po czym ser­decz­nie się z nim po­że­gna i opu­ści to miej­sce raz na za­wsze.

Jak tyl­ko po­spła­ca to wszyst­ko, co le­ża­ło w tam­tych pla­sti­ko­wych prze­gród­kach.

Nic dziw­ne­go, że mam mdło­ści, stwier­dzi­ła Sara, su­nąc swo­ją bla­do­czer­wo­ną toy­o­tą przez po­ran­ne, za­tło­czo­ne uli­ce. Okre­śle­nie „duży ruch” było kom­plet­nie nie­tra­fio­ne. Za­miast się po­ruszać, sa­mo­cho­dy wlo­kły się z Ike w kie­run­ku West Con­gress, z głoś­nym sa­pa­niem ota­cza­jąc Loop[1]. Od tego żół­wie­go tem­pa moż­na było do­stać sza­łu. Każ­dy sa­mo­chód krztusił się spa­li­na­mi, któ­re w po­łą­cze­niu z lo­do­wa­tym po­wie­trzem two­rzyły mgłę tak gę­stą, że moż­na ją było kro­ić no­żem.

Sara miesz­ka­ła tu całe swo­je życie; nie li­cząc sze­ściu lat, kie­dy studio­wa­ła w col­le­ge’u w No­wym Jor­ku, spę­dza­jąc zresz­tą wię­cej go­dzin na au­to­stra­dzie niż na wła­snej ka­na­pie. W któ­rym mo­men­cie ten za­pach stał się taki mdlą­cy?

Je­śli cho­dzi­ło o spa­li­ny, po­ciąg z pew­no­ścią nie był dużo lep­szym wy­bo­rem, za to przy­najm­niej szyb­ciej się po­ruszał. Szko­da, że po­trze­bo­wa­ła sa­mo­cho­du w cią­gu dnia, żeby do­star­czać pro­jek­ty do klien­tów spo­za mia­sta. I szko­da, że fir­ma Car­son Cre­ati­ve nie udo­stęp­ni­ła jej w tym celu służ­bo­we­go sa­mo­cho­du. Cho­ciaż w tym mo­men­cie jaz­da ja­kim­kol­wiek au­tem wy­wo­ła­ła­by do­kład­nie te same mdło­ści. Fuj.

Mu­sia­ła skupić uwa­gę na czymś in­nym. Sara wło­żyła do swo­je­go sta­ro­świec­kie­go di­sc­ma­na płytę z na­gra­niem mo­tywa­cyj­nym, któ­rą dała jej Me­gan, i cze­ka­ła, aż głos brzmią­cy zde­cydo­wa­nie zbyt en­tuzja­stycz­nie jak na ósmą rano po­in­for­mu­je ją, że jej suk­ces w dzie­więć­dzie­się­ciu pro­cen­tach za­le­ży od jej na­sta­wie­nia.

Lub też, jak uję­ła to Me­gan w punk­cie drugim swo­jej li­sty:

2. Od mo­men­tu, w któ­rym po­ja­wisz się rano w Car­son Cre­ati­ve, aż do chwi­li, kie­dy za­par­kujesz wie­czo­rem w ga­ra­żu, mu­sisz za­cho­wywać twarz po­ke­rzysty. Nie mo­żesz opu­ścić gar­dy. Nig­dy nie wiesz, kie­dy do fir­my wej­dzie po­ten­cjal­ny klient, mu­sisz więc sta­le wy­glą­dać tak, jak­byś mó­wi­ła: „Po­tra­fię sprze­dać wszyst­ko”.

Sara zer­k­nę­ła w tyl­ne lu­ster­ko. Mo­gła mieć tyl­ko na­dzie­ję, że wszyscy klien­ci, któ­rych dzi­siaj spo­tka, będą po­trze­bo­wa­li kam­pa­nii re­kla­mo­wej le­ków na żo­łą­dek.

Wy­łą­czyła pa­nią „Po­zytyw­ne Myśle­nie”. I tak mu­sia­ła skupić się na dro­dze. Mo­kry, zbrylo­ny śnieg za­le­gał na szybie, two­rząc gru­dy roz­mia­ru niedź­wie­dzich łap, a wy­cie­racz­ki nie były w naj­lep­szym sta­nie.

Sil­nik zresz­tą też nie. Zgasł chwi­lę po tym, jak Sara skie­ro­wa­ła toy­o­tę na skrzyżo­wa­nie Sta­no­wej z Jack­son. Za­trą­bi­ło co naj­mniej pięć sa­mo­cho­dów i wię­cej niż jed­no okno otwo­rzyło się po to, by kie­row­ca mógł wy­pluć z sie­bie złość i mroź­ną parę od­de­chu, po­łą­czo­ną z barw­ną wią­zan­ką prze­kleństw.

Osta­tecz­nie, to Chi­ca­go.

Sara szarp­nę­ła ze zło­ścią klu­czykiem, na­ci­ska­jąc kil­ku­krot­nie na pe­dał gazu, do­kład­nie tak, jak Matt mó­wił, żeby tego nie ro­bić. Je­śli cho­dzi o to, co po­win­na ro­bić, to akurat jej umknę­ło.

– No da­lej, Buzz – po­wie­dzia­ła, mimo że z pew­no­ścią nie to za­wie­ra­ła in­struk­cja Mat­ta. – Nie rób mi tego. Nie dzi­siaj.

Czując, jak sznur sa­mo­cho­dów za nią do­słow­nie kipi gnie­wem, na­ci­ska­ła ner­wo­wo na pe­dał, po­wta­rza­jąc bła­gal­ne sło­wa. Sil­nik nie­udol­nie pró­bo­wał za­sko­czyć, pod­czas gdy po obu jej stro­nach sa­mo­cho­dy, dla któ­rych za­pa­li­ło się zie­lo­ne świa­tło, pró­bo­wa­ły nie wje­chać w nią jak go­kar­ty. W każ­dej chwi­li mo­gło się to za­mie­nić w sce­nę z The Blu­es Bro­thers.

Więk­szo­ści kie­row­ców uda­ło się za­ha­mo­wać z pi­skiem na lo­dzie. Je­den z sa­mo­cho­dów mu­siał ob­je­chać ją na­oko­ło, pod­czas gdy jego kie­row­ca wrzesz­czał – tak jak tyl­ko ro­do­wi­ty miesz­ka­niec Chi­ca­go po­tra­fi:

– Za­bie­raj tę… – tu użył dość nie­cen­zural­ne­go okre­śle­nia – kupę zło­mu z dro­gi, ko­bie­to!

– Pra­cu­ję nad tym – wy­mam­ro­ta­ła Sara. Zęby mia­ła tak moc­no za­ci­śnię­te, że czuła, jak ście­ra so­bie szkli­wo.

Jesz­cze jed­no do­ci­śnię­cie gazu i Buzz po­wró­cił do życia. Ra­zem prze­brnę­li przez po­zo­sta­łe kil­ka prze­cznic do Mi­chi­gan Ave­nue. Uda­ło im się też do­trzeć do jej miej­sca par­kin­go­we­go. Sara za­trzyma­ła się obok bia­łe­go bmw typu SUV na­le­żą­ce­go do Me­gan. Za­nim po­zna­ła Me­gan tak na­praw­dę – kie­dy to zresz­tą było? Pięć mie­się­cy temu? – za­wsze uwa­ża­ła, że pa­suje do niej mo­del spor­to­wy: czar­ny i szyb­ki, któ­ry na­wet za­par­ko­wa­ny wy­glą­da tak, jak­by za­raz miał ruszyć. Po dzie­się­ciu mi­nutach od za­war­cia zna­jo­mo­ści Sara wie­dzia­ła już, że bo­xster nie pa­so­wał­by do wi­ze­run­ku, któ­ry Me­gan dla sie­bie stwo­rzyła. Ta sama Me­gan wy­sunę­ła się te­raz z przed­nie­go sie­dze­nia SUV-a z więk­szą gra­cją, niż Sara po­tra­fi­ła z sie­bie wy­krze­sać w swo­im naj­lep­szym wy­da­niu, zwłasz­cza bio­rąc pod uwa­gę, że obie ręce mia­ła za­ję­te kub­ka­mi kawy.

Me­gan zmie­rzyła wzro­kiem trzę­są­cą się toy­o­tę, któ­ra wła­śnie po­grą­żyła się w śpiącz­ce.

– Nie przej­muj się – po­wie­dzia­ła. – Nie­długo kupisz so­bie nowy.

Sara de­li­kat­nie za­trza­snę­ła drzwi i od­cze­ka­ła chwi­lę. Nic nie od­pa­dło. Do­bre i to.

– Nie za­pe­szaj – od­po­wie­dzia­ła.

Me­gan wy­cią­gnę­ła w jej stro­nę kubek z kawą.

– Mó­wisz o sa­mo­cho­dzie czy o awan­sie?

– O jed­nym i drugim. – Sara uda­wa­ła, że bie­rze łyk, ale sama para uno­szą­ca się nad lat­te wy­star­czyła, żeby przy­wo­łać po­zo­sta­ło­ści po na­chos. Za­bi­je tego Mat­ta. We­pchnę­ła go z po­wro­tem do jego ma­łej pla­sti­ko­wej prze­gród­ki i spró­bo­wa­ła ze­brać myśli.

– Za twój sa­mo­chód nie mogę rę­czyć. – Me­gan ob­rzu­ci­ła Buz­za spoj­rze­niem zwykle za­re­zer­wo­wa­nym dla ple­ców nad­mier­nie wy­ma­ga­ją­cych klien­tów, któ­rych z wdzię­kiem od­pro­wa­dza­ła do drzwi. – Ale ten awans masz prak­tycz­nie w kie­sze­ni.

To Sara po­win­na mieć taką pew­ność sie­bie. Wła­ści­wie to każ­dy po­wi­nien ją mieć. Me­gan mia­ła to coś. Jej wło­sy były za­wsze od­po­wied­nio lśnią­ce, w od­po­wied­nim od­cie­niu blon­du, tak jak­by od­ro­sty prze­ra­ża­ła sama myśl, że mo­głyby się po­ka­zać. Mia­ła nie­na­gan­ny ma­ki­jaż; wy­glą­da­ła jak dziew­czyna z okład­ki, z ide­al­nie zro­bio­nymi kre­ska­mi, któ­re uno­si­ły się w ką­ci­kach jej nie­bie­skich oczu. Oczu, któ­re mó­wi­ły: Mam to wszyst­ko ob­cyka­ne, więc po co w ogó­le jesz­cze roz­ma­wia­my?

Ale to usta Me­gan były tym, z czym Sara na­wet nie sta­ra­ła się rywa­li­zo­wać. Peł­ne. Sil­ne. Lek­ko iro­nicz­ne. Je­śli po­tra­fi­ło się do­pro­wa­dzić je do uśmie­chu, moż­na było uznać, że ten dzień nie mógł­by już być lep­szy. Sa­rze zwykle się to uda­wa­ło; są­dzi­ła, że to wła­śnie dla­te­go Me­gan wzię­ła ją pod swo­ją kura­te­lę.

Jed­nak w tej wła­śnie chwi­li Me­gan, tak­sują­ca Sarę wzro­kiem, da­le­ka była od uśmie­chu.

– No co? – za­pyta­ła Sara.

– Wy­glą­dasz okrop­nie – stwier­dzi­ła bez ogró­dek Me­gan.

– Tyl­ko tro­chę mnie mdli.

– Ner­wy?

– Ja­la­pe­ño. I ro­dzi­ce Mat­ta – od­po­wie­dzia­ła Sara.

Me­gan unio­sła pyta­ją­co ak­sa­mit­ne brwi.

– Nie pa­ła­ją do mnie sym­pa­tią, cho­ciaż ja… tak.

– Ja­la­pe­ño czy ro­dzi­ce? – za­pyta­ła iro­nicz­nie Me­gan.

– Jed­no i drugie – przy­zna­ła Sara.

Me­gan w dal­szym cią­gu ba­daw­czo przy­glą­da­ła się Sa­rze, aż do chwi­li, gdy prze­bie­gła obok nich mę­ska po­stać, wo­ła­jąc:

– Nie mo­żesz dźwi­gać, Au­drey! Daj, po­mo­gę ci!

Sara sta­ra­ła się nie prze­wró­cić ocza­mi. To też znaj­do­wa­ło się na li­ście. Coś o uni­ka­niu oczywi­stych re­ak­cji na dzie­cia­ki, z któ­rymi trze­ba było pra­co­wać. Nie mo­gła się jed­nak po­wstrzymać, żeby nie szep­nąć do Me­gan:

– Spójrz na nie­go. Co za wa­ze­li­niarz.

– Por­tret Tha­da Nuss­bau­ma jest w słow­ni­ku za­raz obok sło­wa schle­miel[2].

Sara po­myśla­ła, że musi póź­niej spraw­dzić to sło­wo w słow­ni­ku, po czym za­czę­ła się przy­glą­dać nie­zmor­do­wa­ne­mu, le­d­wo dy­szą­ce­mu Tha­do­wi po­ma­ga­ją­ce­mu Au­drey Go­et­ze w bar­dzo za­awan­so­wa­nej cią­ży wy­gra­mo­lić się zza kie­row­ni­cy jej sub­ur­ba­na. Za­brał od niej ak­tów­kę, re­kla­mów­kę z drugim śnia­da­niem i ja­kąś tor­bę, któ­ra przy­gnia­ta­ła go tak, że wy­glą­dał jak boy ho­te­lo­wy, dzię­ki cze­mu Au­drey, z wol­nymi rę­ka­mi i ki­wa­jąc się na boki jak kacz­ka, mo­gła wto­czyć się do bu­dyn­ku.

Była w za­awan­so­wa­nej cią­ży.

– Chło­pak mar­nuje tyl­ko swój czas – Me­gan ski­nę­ła gło­wą w stro­nę tych sa­mych drzwi. – Ar­ri­ve­der­ci, Au­drey.

– Cze­mu tak mó­wisz?

– Wiem, że nie wró­ci tu już po po­ro­dzie. Po­waż­nie, nie wi­dzia­łaś, jak jej się oczy świe­cą, kie­dy wspo­mnisz w jej to­wa­rzystwie o dzie­ciach? Za­mie­nia się w Rudol­fa Czer­wo­no­no­se­go.

Sara par­sk­nę­ła śmie­chem. Nie­zbyt mą­drze, bio­rąc pod uwa­gę gro­żą­ce jej znów mdło­ści. Wzię­ła głę­bo­ki od­dech, pod­czas gdy Me­gan otwo­rzyła drzwi i prze­pu­ści­ła ją przo­dem.

– Na­wet je­śli Au­drey fak­tycz­nie wró­ci, nie bę­dzie już pra­co­wa­ła dla klien­tów Co­nE­xu. Za dużo do­jaz­dów. – Me­gan potrzą­snę­ła gło­wą, ob­ser­wując, jak Thad tasz­czy rze­czy Au­drey po scho­dach na drugie pię­tro, szcze­rząc się i za­pew­nia­jąc ją, że wciąż wy­glą­da świet­nie.

Nie wy­glą­da­ła świet­nie. Wy­glą­da­ła jak lu­dzik Mi­che­li­na.

Au­drey nig­dy nie przy­po­mi­na­ła wy­glą­dem olśnie­wa­ją­cej me­ne­dżer­ki do spraw klu­czo­wych klien­tów; nic w ro­dza­ju Jen­ni­fer Nol­te albo, je­śli się nad tym za­sta­no­wić, Me­gan, któ­ra sta­ła w hie­rar­chii o sto­pień ni­żej. Au­drey no­si­ła nie­bo­tycz­nie dro­gie gar­son­ki, a na spo­tka­niach była za­wsze su­per­pro­fe­sjo­nal­na, ale je­śli Jen­ni­fer moż­na było po­rów­nać do Jac­kie Ken­ne­dy, to Au­drey była co naj­wyżej Ele­anor Ro­ose­velt. A te­raz, kie­dy cią­żo­we swe­try opi­na­ły jej brzuch ni­czym pla­sti­ko­wa fo­lia, nie po­tra­fi­ła z sie­bie wy­krze­sać na­wet tyle.

Me­gan trą­ci­ła Sarę łok­ciem.

– Masz ra­cję. Thad fak­tycz­nie się pod­li­zuje.

– Jest jak mały pie­sek. – Sara po­dą­żyła scho­da­mi za Me­gan. – Bra­kuje jesz­cze tyl­ko, żeby za­czął li­zać ją po twa­rzy i szcze­kać: „Po­lub mnie! Po­lub mnie!”.

Me­gan po­cze­ka­ła, aż Sara zrów­na się z nią na ko­ryta­rzu, i zni­żyła głos, tak jak­by mia­ła za­miar wy­ja­wić szcze­gó­ły ja­kiejś kon­spi­ra­cji.

– Thad jest za mało bystry. Nie ro­zu­mie, że do­ni­kąd go to nie za­pro­wa­dzi.

– A co ma ro­bić? La­tać za Hen­rym i Nic­kiem, i… – Sara nie zdą­żyła do­koń­czyć zda­nia.

– Nie. Po­wi­nien la­tać za mną – stwier­dzi­ła zde­cydo­wa­nie Me­gan.

– Prze­cież la­tał za tobą, do­pó­ki prak­tycz­nie nie za­bi­łaś go spoj­rze­niem – przy­po­mnia­ła przy­ja­ciół­ce Sara.

Me­gan za­trzyma­ła się i wbi­ła w nią wzrok.

– Chcia­łam przez to po­wie­dzieć, że po­wi­nien do­sta­wać ta­kie same rady, ja­kie ja daję to­bie.

Sara zmarsz­czyła brwi.

– Nie pod­suwaj mu żad­nych po­mysłów.

Me­gan za­pre­zen­to­wa­ła je­den ze swo­ich „pra­wie uśmie­chów”. Tym­cza­sem wcho­dzi­ły już do la­bi­ryn­tu ma­łych bok­sów, są­sia­du­ją­cych z biu­ra­mi o szkla­nych ścia­nach.

– Bez obaw. Je­steś moją je­dyną pro­te­go­wa­ną – uspo­ko­iła Sarę Me­gan.

– I jak mi idzie?

– Cu­dow­nie. Ale ko­niec z ja­la­pe­ño. – Me­gan unio­sła tyl­ko jed­ną z ak­sa­mit­nych brwi. – I ile razy już ci mó­wi­łam, że­byś wy­rzuci­ła ten sza­lik?

Me­gan roz­go­ści­ła się w swo­im biu­rze wiel­ko­ści akwa­rium, peł­nym mod­nej czar­nej skó­ry i me­ta­lo­wych wy­koń­czeń. Sara opar­ła się o ta­blicz­kę na drzwiach z na­pi­sem: „Me­gan Hol­li­ster, za­stęp­ca dy­rek­to­ra do spraw klien­tów mię­dzyna­ro­do­wych”, pró­bu­jąc opa­no­wać wes­tchnię­cie, przez któ­re cały ko­rytarz mógł­by wy­peł­nić się uczuciem za­zdro­ści.

– Za kil­ka mie­się­cy sama bę­dziesz mia­ła ta­kie biu­ro – po­wie­dzia­ła Me­gan.

– A ty co, czytasz mi w myślach?

– Po pro­stu pa­mię­tam, jak się pra­cu­je w czymś, co przy­po­mi­na klat­kę na szczury. Wte­dy nie prze­ma­wia­ło za mną tyle rze­czy, ile za tobą.

Sara po­wstrzyma­ła się, żeby nie prych­nąć.

– Akurat. Co ta­kie­go niby mam, cze­go…

– Do­kład­nie wiesz, cze­go chcesz. – Nie­bie­skie oczy wto­pi­ły się w jej twarz. – I nie od­pu­ścisz, do­pó­ki tego nie zdo­bę­dziesz.

Trud­no było z tym dys­kuto­wać. Z małą po­praw­ką; nie było tak, że Sara po pro­stu tego chcia­ła. Po­trze­bo­wa­ła tego. Po­nie­waż jed­nak Nig­dy, prze­nig­dy nie wy­glą­daj na zde­spe­ro­wa­ną zaj­mo­wa­ło ja­kieś szó­ste miej­sce na li­ście, przy­tak­nę­ła tyl­ko ener­gicz­nie i ode­szła wy­pro­sto­wa­na w stro­nę ko­ryta­rza. Z tyłu do­biegł ją jesz­cze głos Me­gan:

– Tyl­ko po­zbądź się tego sza­li­ka.

[1] Głów­ne skupi­sko biz­ne­su w Chi­ca­go (przyp. tłum.).

[2] Am. slang „nie­udacz­nik, fra­jer” (przyp. tłum.).

Ty­tuł orygi­na­łu: Sa­rah’s Cho­ice

Pro­jekt okład­ki: Ali­cja Krygier

Zdję­cia: fo­to­gra­fia na fron­cie – Eu­ge­nio Ma­ron­giu; fo­to­gra­fie au­to­rek – Al­li­ster Ann (Re­bec­ca St. Ja­mes), Hat­cher and Fell Pho­to­gra­phy (Nan­cy Rue)

Skład i ła­ma­nie: Sta­ni­sław Tuchoł­ka / pan­bo­ok.pl

© 2014 by Nan­cy Rue and Re­bec­ca St. Ja­mes

© for the Po­lish edi­tion by Świę­ty Woj­ciech Dom Me­dial­ny sp. z o.o., Po­znań 2016

Wy­da­no za zgo­dą Tho­mas Nel­son, Od­dzia­łu Har­per­Col­lins Chri­stian Publi­shing, Inc.

ISBN: 978-83-8065-063-3

Wy­daw­ca:

Świę­ty Woj­ciech Dom Me­dial­ny sp. z o.o.

Wy­daw­nic­two

ul. Char­to­wo 5, 61-245 Po­znań

tel. 61 659 37 13

wy­daw­nic­two@swie­tywoj­ciech.pl

Za­mó­wie­nia:

Dział Sprze­da­ży i Lo­gi­styki

ul. Char­to­wo 5, 61-245 Po­znań

tel. 61 659 37 57 (-58, -59), faks 61 659 37 51

sprze­daz@swie­tywoj­ciech.pl • sklep@mo­jek­siaz­ki.pl

www.swie­tywoj­ciech.pl • www.mo­jek­siaz­ki.pl

Kon­wer­sja do e-wy­da­nia: Wy­daw­nic­two Świę­ty Woj­ciech