Wybór Anny - Maria Nurowska - ebook
Opis

Wybór Anny Marii Nurowskiej, nowe wydanie powieści Postscriptum z 1989 roku, to historia przejmująca i opowiedziana z niezwykłą empatią. Anna Łazarska, czterdziestoletnia skrzypaczka, trafia na zapiski swojego ojca, Witolda Łazarskiego, i odkrywa, że nie jest osobą, za którą się uważała. Jej prawdziwe nazwisko to Miriam Zarg, jako niemowlę została uratowana z warszawskiego getta. Przeżywa wstrząs. Traci zaufanie do ojca i porzuca go, choć ciężko chory mężczyzna potrzebuje opieki. Anna nawiązuje kontakt z krewnymi, ale nie potrafi odnaleźć się w nowej roli. Z wielkim wysiłkiem próbuje poskładać fragmenty obydwu życiorysów w jedną całość. Historię Anny znamy z relacji dziennikarza, Hansa Beneka. Ich spotkanie dopełnia nakreślony przez Marię Nurowską obraz. Osobista tragedia Anny odzwierciedla losy trzech narodów uwikłanych w II wojnę światową: Żydów, Polaków i Niemców.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 191

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Co­py­ri­ght © by Ma­ria Nu­row­ska, 2010

Wy­da­nie IV

War­sza­wa 2010

MA­RIA NU­ROW­SKA

au­tor­ka po­wie­ści i dra­ma­tów. Wy­da­ła po­nad dwa­dzie­ścia ksią­żek, m.in. Hisz­pań­skie oczy (1990), Li­sty mi­ło­ści (1991), sagę Pan­ny i wdo­wy (1991–1993), Ro­syj­skie­go ko­chan­ka (1996), Tan­go dla troj­ga (1997), Mi­ło­śni­cę (1999), Nie­miec­ki ta­niec (2000), opo­wieść bio­gra­ficz­ną o Ry­szar­dzie Ku­kliń­skim Mój przy­ja­ciel zdraj­ca (2004), try­lo­gię ukra­iń­ską: Imię two­je… (2003), Po­wrót do Lwo­wa (2005), Dwie mi­ło­ści (2006) oraz wspo­mnie­nia Księ­życ nad Za­ko­pa­nem (2006). W 2008 roku na­kła­dem W.A.B. uka­za­ła się książ­ka bio­gra­ficz­na An­ders, w 2009 – po­wieść Spra­wa Niny S. Po­wie­ści Ma­rii Nu­row­skiej zo­sta­ły prze­tłu­ma­czo­ne na dwa­na­ście ję­zy­ków, w tym chiń­ski i ko­re­ań­ski. We Fran­cji i w Niem­czech były be­st­sel­le­ra­mi.

Mo­głem się spo­dzie­wać, że zro­bi coś ta­kie­go; być może pod­świa­do­mie na to cze­ka­łem. Ta nie­ja­sna myśl do­da­wa­ła mi od­wa­gi, tłu­ma­czy­ła ja­koś nasz wspól­ny wy­si­łek. Ob­cu­jąc z tą ko­bie­tą przez kil­ka mie­się­cy, mia­łem wra­że­nie, że na mo­ich oczach do­ko­nu­je się cud. Ze strzę­pów roz­bi­tej oso­bo­wo­ści na nowo po­wsta­wał czło­wiek. Ani ona, ani ja nie wie­dzie­li­śmy, kim bę­dzie, ale z upły­wem dni gra o jej ży­cie wcią­ga­ła mnie co­raz bar­dziej. Jak już nad­mie­ni­łem, ocze­ki­wa­łem ka­ta­stro­fy, nie wy­da­wa­ła mi się jed­nak nie­unik­nio­na, mia­łem na­wet pew­ną na­dzie­ję.

Po­sta­wio­no mi za­rzut, że dla swo­ich dzien­ni­kar­skich ce­lów trzy­ma­łem tę ko­bie­tę w za­mknię­ciu. Mija się to z praw­dą. Ona sama nie chcia­ła wy­cho­dzić, nie ży­czy­ła so­bie też spo­tkań z kim­kol­wiek in­nym.

Może parę słów o so­bie. Na­zy­wam się Hans Be­nek, mam trzy­dzie­ści sześć lat, je­stem ka­wa­le­rem. Pra­cu­ję dla ga­ze­ty, dla któ­rej w la­tach 1976-1981 pi­sy­wa­łem ko­re­spon­den­cje z Pol­ski. Stąd moje za­in­te­re­so­wa­nie lo­sem Anny Ła­zar­skiej. Zwró­ci­ła mi na nią uwa­gę wła­ści­ciel­ka pen­sjo­na­tu na ty­łach ka­te­dry w Ko­lo­nii.

Idąc na spo­tka­nie z Po­lką, są­dzi­łem, że ogra­ni­czy się ono do jed­nej roz­mo­wy. My­li­łem się. Od pierw­szych jej słów wie­dzia­łem, że tra­fia mi się pierw­szo­rzęd­ny ma­te­riał i że nie wol­no mi go wy­pu­ścić z rąk. Znam na tyle ję­zyk, że nie mie­li­śmy trud­no­ści w po­ro­zu­mie­wa­niu się, go­rzej było ze spi­sy­wa­niem z ta­śmy. Miej­sca­mi Ła­zar­ska mó­wi­ła nie­wy­raź­nie, po­ły­ka­ła sy­la­by, cza­sa­mi po­ja­wiał się skry­wa­ny płacz. Zwró­ci­łem się o po­moc do za­przy­jaź­nio­nej Po­lki, w krót­kim cza­sie zre­zy­gno­wa­łem jed­nak ze współ­pra­cy z nią, gdyż wy­da­wa­ła się na­zbyt zbul­wer­so­wa­na tym, co za­wie­ra­ły ta­śmy. Wie­dzia­ła o sa­mo­bój­stwie Anny Ła­zar­skiej, pra­sa się na ten te­mat roz­pi­sy­wa­ła, czy­niąc ją jed­ną z ofiar sta­nu wo­jen­ne­go. Oto no­tat­ka, któ­rą za­mie­ści­ła moja ga­ze­ta:

„Dziś w go­dzi­nach ran­nych wy­sko­czy­ła z dzie­wią­te­go pię­tra domu han­dlo­we­go Han­sen oby­wa­tel­ka pol­ska Anna Ła­zar­ska, lat 40. Zna­le­zio­no przy za­bi­tej bi­let lot­ni­czy do War­sza­wy na 13 grud­nia 1981 roku. Czas ocze­ki­wa­nia na przy­wró­ce­nie lo­tów do Pol­ski w przy­pad­ku Anny Ła­zar­skiej oka­zał się za­bój­czy w peł­nym tego sło­wa zna­cze­niu”.

Za­sta­na­wia­łem się, jaką for­mę nadać ze­bra­nym ma­te­ria­łom, na któ­re skła­da­ły się przede wszyst­kim na­gra­nia mo­ich roz­mów z Ła­zar­ską, dzien­nik jej opie­ku­na, Wi­tol­da Ła­zar­skie­go, jej za­pi­ski, a tak­że moje no­tat­ki i ko­men­ta­rze. Wszyst­ko to wy­ma­ga­ło ob­rób­ki, było za­le­d­wie su­row­cem. A jed­nak, po na­my­śle, ten wła­śnie su­ro­wiec od­da­ję do rąk czy­tel­ni­ka, ma­jąc na­dzie­ję, że sam uło­ży so­bie ob­raz pęk­nię­te­go ży­cia Anny Ła­zar­skiej. Tekst miej­sca­mi może wy­dać się chro­po­wa­ty, mało zro­zu­mia­ły, za co z góry prze­pra­szam.

Bo­ha­ter­kę dwóch ży­cio­ry­sów zna­la­złem w bez­oso­bo­wym wnę­trzu. Nie było tam in­nych oznak ży­cia poza peł­ną nie­do­pał­ków po­piel­nicz­ką. Anna Ła­zar­ska zro­bi­ła na mnie wra­że­nie ko­bie­ty mało efek­tow­nej. Mia­ła mniej wię­cej 165 cm wzro­stu, ciem­ne, krót­ko ścię­te wło­sy z ozna­ka­mi si­wi­zny na przo­dzie gło­wy, moż­na by to okre­ślić jako siwe pa­smo. Mru­ży­ła oczy w spo­sób ty­po­wy dla krót­ko­wi­dza.

(na­gra­nie do­ko­na­ne 20 grud­nia 1981 roku. Ła­zar­ska nie wie­dzia­ła, że jest na­gry­wa­na)

Ja: Na­zy­wam się Hans Be­nek, nie­daw­no wró­ci­łem z Pol­ski. Po­my­śla­łem, że może chcia­ła­by pani po­roz­ma­wiać z kimś w swo­im ję­zy­ku.

Ł: Nie za­le­ży mi na roz­mo­wie.

Ja: Nie wy­cho­dzi pani, nie oglą­da te­le­wi­zji, nie słu­cha ra­dia…

Ł: Nie znam nie­miec­kie­go.

Ja: Musi się pani czuć od­izo­lo­wa­na.

Ł: Wasz ję­zyk nie jest mi po­trzeb­ny.

Ja: Cze­ka pani na lot do War­sza­wy?

Ł: Być może.

Ja: Nie jest pani prze­ko­na­na? My­śli pani o po­zo­sta­niu tu­taj?

Ł: Tego nie bio­rę pod uwa­gę.

Ja: Ja­kieś inne pań­stwo na Za­cho­dzie?

Ł: Nie są­dzę.

Ja: Więc jed­nak po­wrót?

Ł: Co pan na­zy­wa po­wro­tem?

Ja: Lot do War­sza­wy.

Ł: Tak, lot do War­sza­wy.

Ja: Prze­szko­dził pani stan wo­jen­ny?

Ł: Myli się pan, po­je­cha­łam na lot­ni­sko, nie wie­dząc, że loty są wstrzy­ma­ne.

Ja: Co to zna­czy?

Ł: Wa­ha­łam się, po­sta­no­wi­łam po­cze­kać jesz­cze parę dni.

Ja: Ale tra­ci­ła pani bi­let.

Ł: Tak, tra­ci­łam bi­let.

Ja: Jak za­mie­rza­ła pani wró­cić?

Ł: Nie my­śla­łam o tym, może wy­ku­pi­ła­bym nowy.

Ja: W mar­kach?

Ł: Tak, w mar­kach.

Ja: To moż­na za­ła­twić za zło­tów­ki, wy­słać te­leks do Pol­ski.

Ł: Nie mam tam ni­ko­go.

Ja: Stra­ta bi­le­tu to dla ko­goś stam­tąd duże fi­nan­so­we ob­cią­że­nie.

Ł: Nie my­ślę o pie­nią­dzach.

Ja: A o czym pani my­śli?

Ł: Czy mogę do­stą­pić ła­ski.

Ja: Słu­cham?

Ł: Ła­ski od­pusz­cze­nia.

(z za­pi­sków Anny Ła­zar­skiej)

Czy mo­gła­bym do­stą­pić ła­ski od­pusz­cze­nia? Czy po­win­nam o nią za­bie­gać? Prze­cież na­wet gdy­by on mi wy­ba­czył… Są­dzi­łam, że od­le­głość cho­ciaż czę­ścio­wo uwol­ni mnie od tego bied­ne­go, scho­ro­wa­ne­go cia­ła… Czym może być czło­wiek, do­wia­du­je­my się w sy­tu­acjach wy­jąt­ko­wych. Je­że­li ta­kie się nie zda­rza­ją, ży­je­my w nie­świa­do­mo­ści. Czym może być je­den dzień, któ­ry trze­ba prze­żyć od rana do wie­czo­ra, któ­ry trze­ba prze­cier­pieć. Brak kon­tro­li nad fi­zjo­lo­gią może stać się głę­bo­kim ludz­kim dra­ma­tem.

W swo­ich wy­sił­kach oj­ciec był he­ro­icz­ny. Go­lił się co­dzien­nie, mimo że ta zwy­kła czyn­ność ura­sta­ła do roz­mia­rów góry lo­do­wej, któ­rą trze­ba było wy­mi­nąć. Po­ko­ny­wa­li­śmy ją ra­zem i nie by­li­śmy so­bie przez to bliż­si. Może in­a­czej, nie umie­li­śmy so­bie tej bli­sko­ści oka­zać. Jego gło­wa, jak czasz­ka po­mniej­szo­na przez In­dian, po­ra­ża­ła mnie za każ­dym ra­zem, kie­dy wcho­dzi­łam do po­ko­ju. Fo­tel, któ­ry kie­dyś wy­peł­niał swo­im cia­łem, sta­wał się co­raz bar­dziej pu­sty. Od­cho­dził z tego świa­ta bez sło­wa skar­gi, za­wzię­ty w swo­im mil­cze­niu. Tyl­ko ta drob­na twa­rzycz­ka sta­re­go dziec­ka i prze­ra­żo­ne oczy. Moje zdu­mie­nie, że męż­czy­zna oka­za­łe­go wzro­stu i tu­szy w cią­gu nie­dłu­gie­go cza­su może prze­mie­nić się w zżół­kłe­go, za­su­szo­ne­go czło­wiecz­ka. Ale ten ludz­ki cień był kimś naj­bar­dziej re­al­nym w ca­łym moim ży­ciu. Ten czło­wiek ob­cej krwi był moją ro­dzi­ną. Obca krew, czy może ist­nieć mię­dzy ludź­mi prze­dział bar­dziej okrut­ny? Będę na ten te­mat mia­ła coś do po­wie­dze­nia. Mię­dzy in­ny­mi dla­te­go zgo­dzi­łam się, żeby dzien­ni­karz tu przy­cho­dził. Ma znu­żo­ny wy­raz twa­rzy, co spra­wia wra­że­nie, jak­by wie­le ro­zu­miał! A poza tym jest Niem­cem…

(na­gra­nie z 20 grud­nia osiem­dzie­sią­te­go pierw­sze­go roku, ciąg dal­szy)

Ja: Pani sie­bie czymś ob­cią­ża.

Ł: O, tak.

Ja: Czy mo­że­my o tym po­roz­ma­wiać?

Ł: Ra­czej nie, to by pana znu­dzi­ło. Nic cie­ka­we­go dla dzien­ni­ka­rza, nie we­szłam w za­targ z Ja­ru­zel­skim. To do­ty­czy mnie, mnie oso­bi­ście.

Ja: Je­stem tu pry­wat­nie.

Ł: Nie jest pan, pan nie może so­bie po­zwo­lić na taką stra­tę cza­su (uśmiech).

Ja: A może chcę pani po­móc? Jako dru­gi czło­wiek.

Ł: Od kie­dy dzien­ni­ka­rze są ludź­mi?

Po­wi­nie­nem nad­mie­nić, że po tej dość dziw­nej roz­mo­wie nie uwa­ża­łem Ła­zar­skiej za oso­bę nie­zrów­no­wa­żo­ną. Od po­cząt­ku było dla mnie ja­sne, że za jej sło­wa­mi ukry­wa się au­ten­tycz­ny dra­mat i moim obo­wiąz­kiem jest do nie­go do­trzeć. My­ślę, że Ła­zar­ska też była tego świa­do­ma.

Kie­dy tam­te­go mar­co­we­go dnia nie za­sta­łem jej w pen­sjo­na­cie, po­pro­si­łem kie­row­nicz­kę o klucz do jej po­ko­ju. Na sto­le le­żał list. Od pierw­szych słów wie­dzia­łem, że zwia­stu­je nie­szczę­ście, któ­re­go nie da się już od­wró­cić. Od­su­ną­łem szu­fla­dę. Zna­la­złem w niej mały ma­gne­to­fon, znisz­czo­ny stu­kart­ko­wy bru­lion, kil­ka li­stów, a tak­że jej no­tat­ki. Po­sta­no­wi­łem wszyst­ko za­brać, za­nim zro­bi to po­li­cja. Była tam mię­dzy in­ny­mi an­kie­ta, o któ­rej Ła­zar­ska kie­dyś wspo­mnia­ła. Po­wie­dzia­ła coś ta­kie­go, że ją wy­peł­ni­ła, ale nie zdą­ży­ła zwró­cić, bo była już kimś in­nym.

(an­kie­ta)

Jaki sens ma dla cie­bie po­ję­cie „po­ko­le­nia”, czy za­li­czył­byś się do „po­ko­le­nia­mar­co­we­go”?

Być może, zwłasz­cza w mło­do­ści, ży­łam za bar­dzo „z boku” i „od­dziel­nie” – mały bra­łam udział w roz­ma­itych przed­się­wzię­ciach i two­rach ko­lek­tyw­nych. Dla­te­go nie wy­ro­bi­łam w so­bie po­czu­cia przy­na­leż­no­ści do okre­ślo­ne­go po­ko­le­nia. Przez dłu­gi czas śro­do­wi­sko wy­da­wa­ło mi się lep­szą pod­sta­wą do iden­ty­fi­ka­cji i po­czu­cia wspól­no­ty niż po­ko­le­nie. Tak­że i te­raz, kie­dy chcia­łam zi­den­ty­fi­ko­wać wła­sne do­świad­cze­nia i bio­gra­fię, sło­wo „po­ko­le­nie” nie bar­dzo mi od­po­wia­da.

Mój oj­ciec, praw­nik, w cza­sie woj­ny nie brał czyn­ne­go udzia­łu w pod­zie­miu, nie był też żoł­nie­rzem po­wsta­nia war­szaw­skie­go, był, jak sam sie­bie okre­ślał, „cy­wi­lem”, a mimo to po woj­nie zo­stał aresz­to­wa­ny i prze­sie­dział sześć lat w wię­zie­niu mo­ko­tow­skim tyl­ko za swą przy­na­leż­ność do przed­wo­jen­nej in­te­li­gen­cji.

W szko­le śred­niej w moim śro­do­wi­sku ró­wie­śni­czym an­ga­żo­wać się lub wal­czyć o co­kol­wiek nie bar­dzo wy­pa­da­ło – był­by to do­wód pol­skie­go „mał­pie­go ro­zu­mu”. Pe­wien tak cha­rak­te­ry­stycz­ny dla mło­do­ści cy­nizm (cza­sem po­zor­ny i uda­wa­ny) i lek­ce­wa­że­nie prze­ka­zy­wa­nych jako obo­wią­zu­ją­ce re­guł gry – po­wsta­wa­ły, w moim prze­ko­na­niu, przez od­nie­sie­nie do do­świad­czeń po­ko­le­nia ro­dzi­ców.

Ze szko­ły pod­sta­wo­wej pa­mię­tam śmierć Sta­li­na, na­ukę re­li­gii i roz­po­czy­na­nie lek­cji mo­dli­twą w niż­szych kla­sach. Pa­mię­tam tak­że Paź­dzier­nik ’56. Prze­ży­wa­łam go ra­zem z oj­cem, któ­ry mi pew­ne rze­czy tłu­ma­czył. W cza­sie jego uwię­zie­nia prze­by­wa­łam w domu dziec­ka.

Po­cząt­ko­we dwa lata stu­diów na pra­wie to okres, w któ­rym może naj­bar­dziej in­te­re­so­wa­łam się pro­ble­ma­ty­ką spo­łecz­ną i po­li­tycz­ną. Uczy­łam się wów­czas eko­no­mii po­li­tycz­nej i mark­si­zmu, a były to pierw­sze teo­rie, ja­kie po­zna­łam do­kład­niej, i wy­da­wa­ły mi się one od­po­wied­nio głę­bo­kie, przy tym praw­dzi­we i etycz­ne. Póź­niej jed­nak moje za­in­te­re­so­wa­nia po­wró­ci­ły jak­by do pro­ble­ma­ty­ki in­dy­wi­du­ali­sty czno-psy­cho­lo­gicz­nej (je­śli tak moż­na to okre­ślić). Mia­ły one trwal­sze i so­lid­niej­sze pod­sta­wy jako roz­sze­rzo­ne za­in­te­re­so­wa­nia sobą i bliź­ni­mi, z któ­ry­mi po­zo­sta­wa­łam w ja­kichś sto­sun­kach. W tym sa­mym mniej wię­cej cza­sie za­czę­ła do­cie­rać do mnie z wy­dzia­łu fi­lo­zo­fii i so­cjo­lo­gii kry­ty­ka mark­si­zmu (np. Ossow­skiej – że z są­dów opi­so­wych w spo­sób lo­gicz­nie upraw­nio­ny nie moż­na prze­cho­dzić do są­dów war­to­ściu­ją­cych, że prze­po­wied­nie Mark­sa się nie spraw­dza­ją itd.) i ist­nie­ją­ce­go wów­czas po­rząd­ku spo­łecz­ne­go, a jed­no­cze­śnie, dzię­ki wy­jaz­dom za gra­ni­cę (głów­nie) – wy­daw­nic­twa „Kul­tu­ry”. Za­baw­ne, że ję­zyk tych wy­daw­nictw przy pierw­szym ze­tknię­ciu wy­da­wał mi się zbyt „pry­wat­ny”, za mało ofi­cjal­ny i uczo­ny, co na sa­mym wstę­pie wzbu­dzi­ło moje po­dej­rze­nia co do war­to­ści prze­ka­zy­wa­nej wie­dzy. Do­pie­ro po ja­kimś cza­sie od­czu­łam, że był to ję­zyk wyż­szej ja­ko­ści niż np. ję­zyk „Kul­tu­ry” war­szaw­skiej, do któ­rej by­łam wcze­śniej przy­zwy­cza­jo­na. Tak więc po dwu po­cząt­ko­wych la­tach stu­diów prze­szło mi za­in­te­re­so­wa­nie po­li­ty­ką, nie by­łam też nig­dy człon­kiem żad­nych or­ga­ni­za­cji po­li­tycz­nych ani mło­dzie­żo­wych. Po dwu la­tach nie­zbyt głę­bo­kie­go za­in­te­re­so­wa­nia ide­ami so­cja­li­zmu po­wró­ci­łam więc do wy­nie­sio­nych z domu prze­ko­nań – w nie za bar­dzo po­głę­bio­nej for­mie – o tym, że ist­nie­ją­cy w Pol­sce sys­tem jest nie­spraw­ny, a miej­sca­mi wręcz idio­tycz­ny.

W tym cza­sie prze­rwa­łam stu­dia na pra­wie, na któ­re na­mó­wił mnie oj­ciec, i za­czę­łam uczęsz­czać do kon­ser­wa­to­rium, po­cząt­ko­wo jako wol­ny słu­chacz, po­tem przy­ję­to mnie na pierw­szy rok stu­diów. Po­tem wy­da­rzył się Ma­rzec ’68. Wie­lu mo­ich zna­jo­mych za­trzy­ma­no czy na­wet po­sa­dzo­no przy róż­nych oka­zjach. Sama bra­łam udział w nie­któ­rych zgro­ma­dze­niach i „oko­licz­no­ściach” to­wa­rzy­skich (wiec na dzie­dziń­cu UW, po­cho­dy, od­wie­dza­nie straj­ku­ją­cych, pa­mię­tam, że wów­czas na strajk oku­pa­cyj­ny stu­den­tów mó­wio­no „strajk wło­ski”), ale zaj­mo­wa­łam je­dy­nie po­zy­cję bier­ne­go ob­ser­wa­to­ra. O swo­jej po­sta­wie wów­czas mo­gła­bym po­wie­dzieć mniej wię­cej tyle: by­łam bier­nym ob­ser­wa­to­rem wy­da­rzeń, „ruch” po­pie­ra­łam i iden­ty­fi­ko­wa­łam się z nim w ta­kim sa­mym stop­niu jak prze­cięt­ni stu­den­ci. Mimo wie­lu kon­tak­tów to­wa­rzy­skich i przy­ja­ciel­skich nie iden­ty­fi­ko­wa­łam się na­to­miast z gru­pą or­ga­ni­za­to­rów, ak­ty­wi­stów i dzia­ła­czy stu­denc­kich – to było jak­by inne śro­do­wi­sko. Kto wie, czy nie naj­wy­raź­niej­szym do­świad­cze­niem Mar­ca ’68 było od­kry­cie „pro­ble­mu ży­dow­skie­go” w Pol­sce. Prze­ko­na­łam się wów­czas na­ocz­nie (przed­tem sły­sza­łam je­dy­nie o „Ży­dach w rzą­dzie”), że w Pol­sce są Ży­dzi i że wie­lu z nich to moi zna­jo­mi lub przy­ja­cie­le…

(z za­pi­sków A. Ł.)

Wy­da­wa­ło mi się, że dość do­brze wiem, kim je­stem, do cza­su aż od­na­la­złam w szu­fla­dzie biur­ka jego no­tat­ki. Był już wte­dy śmier­tel­nie cho­ry. Pierw­szy za­pis, na któ­ry na­tra­fi­łam:

„Już prze­szło ty­dzień tkwi­my w piw­ni­cy, zza przy­sy­pa­ne­go okna prze­do­sta­je się tro­chę nie­mra­we­go świa­tła. Ży­wi­my się sple­śnia­łą mar­chwią i bu­ra­ka­mi. Oprócz mnie jest tu­taj lo­ka­tor z pię­tra wy­żej, któ­re­mu wy­buch za­sy­pał oczy, i mło­da ko­bie­ta. W cza­sie bom­bar­do­wa­nia stra­ci­ła dziec­ko, co zmie­nia sy­tu­ację ma­łej Ży­dów­ki. Ko­bie­ta kar­mi ją pier­sią i wy­da­je się to bło­go­sła­wień­stwem dla nich obu.

Z pew­ne­go ro­dza­ju ulgą my­ślę, że po prze­szło roku dość nie­wy­god­ne­go obo­wiąz­ku mogę czuć się zwol­nio­ny. Mógł­bym. Oto zo­ba­czy­łem małą, jak peł­znie w moją stro­nę. Przy­po­mi­na­ła przed­po­to­po­we zwie­rząt­ko. Kwa­dra­to­wa, wiel­ka gło­wa po­zba­wio­na wło­sów, za­mknię­te oczy, lek­ko wy­su­nię­ty i unie­sio­ny do przo­du pod­bró­dek, jak­by kie­ro­wa­ła się wę­chem”.

(na­gra­nie)

Ł: Ja­kie dziec­ko, po­my­śla­łam wte­dy, dla­cze­go nig­dy mi nie opo­wia­dał? Cof­nę­łam się kil­ka­na­ście stron i na­tra­fi­łam na opis od­na­le­zie­nia. Na­wie­dzi­ło mnie prze­czu­cie, że to nędz­ne ży­cie, od­kry­te w za­ła­ma­niach sta­rej ma­ry­nar­ki, mo­gło być moim ży­ciem. Od­rzu­ci­łam je w po­pło­chu. Oj­ciec ba­wił się w li­te­ra­ta. Zda­je się, że przy­tak­nę­łam so­bie gło­wą na znak, że to na pew­no jego nie­wy­ży­te li­te­rac­kie am­bi­cje. Po­sy­łał ja­kieś opo­wia­da­nia my­śliw­skie do „Łow­ca”, nie­któ­re mu na­wet dru­ko­wa­no. Co mo­głam mieć wspól­ne­go z ży­dow­skim dziec­kiem? Na­zy­wa­łam się Anna Ła­zar­ska, mat­ka moja, Ire­na z Gniew­kow­skich, zgar­nię­ta w ulicz­nej ła­pan­ce, zgi­nę­ła w Oświę­ci­miu. Jako dziec­ko go­dzi­na­mi wpa­try­wa­łam się w jej por­tret. Mia­ła ja­sną, ład­ną twarz. Cie­szy­łam się, że tak wy­glą­da moja mat­ka…

(z za­pi­sków A.Ł.)

Z okna wi­dać róg uli­cy, sklep po prze­ciw­nej stro­nie i ka­wa­łek sta­cji ben­zy­no­wej. Ta­kie jest te­raz moje pole wi­dze­nia. Mogę ob­ser­wo­wać pod­jeż­dża­ją­ce sa­mo­cho­dy. Zwy­kle są duże, wy­sia­da­ją z nich męż­czyź­ni w śred­nim i po­de­szłym wie­ku. Dzi­wi mnie, że po­mi­mo zim­na no­szą cien­kie płasz­cze. Być może w ich li­mu­zy­nach jest cie­pło. Ci star­si mają siwe wło­sy, ob­wi­słe pod­bród­ki i do­bro­tli­wy wy­raz twa­rzy. Każ­dy z nich spra­wia wra­że­nie do­bre­go Niem­ca. A gdzie się po­dzia­li ci źli?

Przy­po­mi­na mi się, że ile­kroć zna­la­złam się za gra­ni­cą w ja­kimś to­wa­rzy­stwie i przy­pad­ko­wo po­ja­wił się tam Nie­miec, uwa­żał za swój obo­wią­zek po­in­for­mo­wać mnie, że w cza­sie woj­ny pra­co­wał w in­ten­den­tu­rze. Nie­miec w od­po­wied­nim wie­ku, za­po­mnia­łam do­dać, ci młod­si mo­gli mieć już do­wol­ną prze­szłość. I to wszyst­ko dla­te­go, że by­łam Po­lką. A gdy­bym po­wie­dzia­ła, że je­stem Ży­dów­ką…

Wi­dok z okna nic nie mówi o bli­sko­ści ka­te­dry, tej słyn­nej ka­te­dry obok dwor­ca ko­le­jo­we­go. By­łam wstrzą­śnię­ta jej wi­do­kiem. Sta­łam i za­dzie­ra­łam gło­wę. To było daw­no, mia­łam wte­dy kil­ka­na­ście lat, oglą­da­łam ją z oj­cem, czy ra­czej opie­ku­nem. W cza­sie tego po­by­tu już tak nie sta­łam, prze­śla­do­wa­ło mnie wspo­mnie­nie i nie to uoso­bie­nie strze­li­stej my­śli ludz­kiej było waż­ne, ale tam­ten czło­wiek… Może dla­te­go tu przy­je­cha­łam. Może chcia­łam od­szu­kać sie­bie, tam­tą kil­ku­na­sto­let­nią dziew­czyn­kę. I od­szu­kać jego…

Ten dzien­ni­karz. To, że tu­taj przy­cho­dzi, w ża­den spo­sób nie może wpły­nąć na bieg wy­da­rzeń. On my­śli in­a­czej, ale to złu­dze­nie. Nie wie, że po­ta­jem­nie na­gry­wam na­sze roz­mo­wy. W szu­fla­dzie trzy­mam mały ma­gne­to­fon. Włą­czam go, gdy sły­szę pod drzwia­mi jego kro­ki. Po­zna­ję je. Mam ostat­nio bar­dzo wy­ostrzo­ny słuch.

Męż­czy­zna jest prze­kaź­ni­kiem mo­ich my­śli, od­bi­ja­ją się w nim jak w lu­strze. Przez to, że do nie­go mó­wię, sta­ją się dla mnie bar­dziej czy­tel­ne. Po jego wyj­ściu prze­słu­chu­ję ta­śmę, mogę ją cof­nąć, pu­ścić od po­cząt­ku…

Okru­cień­stwo cza­su do­tknę­ło mnie z zu­peł­nie in­nej stro­ny, niż to się zwy­kle dzie­je, nie za­sko­czy­ło mnie prze­mi­ja­nie, sta­rze­nie się mo­ich oczu, twa­rzy, ale… (tekst się ury­wa)

Nar­ko­za, bu­dze­nie się z niej. Naj­pierw ja­kieś trza­ski, prze­bły­ski da­le­kie­go, jak w tu­ne­lu, świa­tła.

A po­tem na­gły triumf: By­łam w ciem­nym po­ko­ju! Nie ba­łam się!

(z dzien­ni­ka Wi­tol­da Ła­zar­skie­go)

Nie ro­zu­miem jej obłęd­ne­go lęku przed ciem­no­ścią po­ko­ju, czyż­by pa­mię­ta­ła piw­ni­cę? Sta­ram się to ja­koś prze­ła­mać, ta­kie za­sta­rza­łe lęki mają ten­den­cję do roz­sze­rza­nia się w pod­świa­do­mo­ści, po­wsta­ją z tego fo­bie. Ale za nic nie wej­dzie do mo­je­go ga­bi­ne­tu, kie­dy nie pali się tam lam­pa. Ja wcho­dzę, po­tem wra­cam, a ona nie daje się na­mó­wić.

(na­gra­nie)

Ja: Ile lat ma w tej chwi­li Wi­told Ła­zar­ski?

Ł: Osiem­dzie­siąt.

Ja: Jest już sta­rym czło­wie­kiem.

Ł: Nie jest sta­ry, jest tyl­ko bar­dzo cho­ry. Nie za­uwa­ży­łam żad­nych zmian w jego oce­nie świa­ta i zja­wisk. Każ­dą myśl for­mu­łu­je nie­sły­cha­nie pre­cy­zyj­nie. Za­wsze mnie to tro­chę zbi­ja­ło z tro­pu, wy­da­wa­łam się so­bie roz­rzut­na, mó­wiąc nie­zbyt ja­sno. On nie użył nig­dy jed­ne­go sło­wa za dużo. Pro­ble­mem jest ra­czej ogra­ni­czo­na spraw­ność fi­zycz­na. Za­wsze był sa­mo­wy­star­czal­ny. Ja cho­dzi­łam do szko­ły, stu­dio­wa­łam, a on, moż­na po­wie­dzieć, pro­wa­dził dom.

Nie było u nas słu­żą­cej, bo nie zniósł­by w domu ob­cych osób. Ro­bił za­ku­py, go­to­wał obia­dy. Do mnie na­le­ża­ło sprzą­ta­nie, ale kie­dy prze­szedł na eme­ry­tu­rę, i w tym mnie wy­rę­czał. Nie sprzą­tał tyl­ko mo­je­go po­ko­ju, sza­nu­jąc moją pry­wat­ność.

(z dzien­ni­ka W. Ł.)

Z rana za­czę­ło pa­dać i my­śla­łem, że trze­ba bę­dzie zre­zy­gno­wać ze spa­ce­ru, ale oko­ło po­łu­dnia nie­bo po­ja­śnia­ło i na­wet zda­rza­ły się prze­bły­ski słoń­ca. Wy­cho­dząc, wzią­łem jed­nak pa­ra­sol. Na scho­dach spo­tka­łem Z. Uchy­li­li­śmy ka­pe­lu­szy, od owej pa­mięt­nej roz­mo­wy za­wsze tak się mi­ja­my, nie za­mie­nia­jąc sło­wa. Słusz­ność mo­jej de­cy­zji wy­da­je się bez­spor­na, bar­dziej na­wet te­raz niż wcze­śniej. Cy­wil nie po­wi­nien uda­wać woj­sko­we­go, zwy­kle koń­czy się to źle i dla nie­go, i dla jego to­wa­rzy­szy.

– Nie umiem ba­wić się w woj­sko – od­po­wie­dzia­łem na jego pro­po­zy­cję.

– Ale bawi się pan w woj­nę – rzekł. W jego wzro­ku wy­czy­ta­łem coś jak­by po­gar­dę, a tak­że po­twier­dze­nie, że jed­nak się co do mnie nie po­my­lił.

– Słu­żę po­mo­cą jako praw­nik – po­wie­dzia­łem.

– Jako praw­nik jest pan nam naj­mniej po­trzeb­ny – od­parł z nie­skry­wa­ną tym ra­zem iro­nią.

Po­da­łem mu płaszcz, wy­cho­dząc, uchy­lił ka­pe­lu­sza. I tak już po­zo­stał nam ten je­den, mało zna­czą­cy w sto­sun­kach mię­dzy­ludz­kich gest.

Na dole za­sko­czy­ło mnie cie­pło tego bądź co bądź kwiet­nio­we­go po­po­łu­dnia. Dziw­ne ka­pry­sy wio­sny, jesz­cze parę dni temu pa­no­wał nie­opi­sa­ny ziąb, lu­dzie kry­li się w pod­nie­sio­nych koł­nier­zach, a dzi­siaj moż­na było spa­ce­ro­wać w ubra­niu do fi­gu­ry. I desz­czyk oka­zał się bar­dziej fi­ne­zyj­ny, niż moż­na się było spo­dzie­wać. Za­sta­no­wi­łem się chwi­lę, czy­by nie wstą­pić do sio­stry Ire­ny, ale po na­my­śle zre­zy­gno­wa­łem. Spo­tka­nie na scho­dach z Z. było wy­star­cza­ją­co iry­tu­ją­ce. Skie­ro­wa­łem się w stro­nę prze­ciw­ną, zwy­kle za­wra­ca­łem, gdy mur wy­da­wał się zbyt bli­sko, tym ra­zem po­sze­dłem da­lej. Trud­no mi te­raz sko­men­to­wać ten fakt, być może dłu­gie ślę­cze­nie nad książ­ka­mi znie­chę­ci­ło mnie do szyb­kie­go po­wro­tu do domu. Po­tem zo­ba­czy­łem to, co le­ża­ło pod mu­rem. Przez chwi­lę po­my­śla­łem, że to czy­jaś po­rzu­co­na ma­ry­nar­ka. Nie my­li­łem się. O dzi­wo, lek­ko się po­ru­sza­ła. Zde­cy­do­wa­łem się roz­chy­lić nie­co kla­py, i wte­dy zo­ba­czy­łem to dziec­ko.

(z za­pi­sków A.Ł.)

Po wyj­ściu z wię­zie­nia mój opie­kun od­na­lazł mnie w domu dziec­ka. Po­je­cha­li­śmy do K. Wzno­wił tam prak­ty­kę ad­wo­kac­ką. Na drzwiach na­sze­go miesz­ka­nia wi­sia­ła ta­blicz­ka: „Wi­told Ła­zar­ski, ad­wo­kat”. I to ozna­cza­ło, że nic już nam nie za­gra­ża. Obec­ność ta­blicz­ki była gwa­ran­cją dla nas oboj­ga. Tak wte­dy my­śla­łam. Mia­łam trzy­na­ście lat, by­łam chu­da, o tro­chę bez­barw­nej twa­rzy, tyl­ko oczy były strasz­nie czar­ne. Stróż z na­szej ka­mie­ni­cy, ko­cha­ny pan Brzóz­ka, za­wsze żar­to­wał. – No, no, zno­wu pan­ni­ca uma­lo­wa­ła oczy, co po­wie­dzą w szko­le. – Oczu nie ma­lo­wa­łam, ale za to tro­szecz­kę brwi. Oj­ciec miał wy­ra­zi­stą, dla mnie bar­dzo pięk­ną twarz. Tak chcia­łam być do nie­go po­dob­na! Nie­ste­ty, był blon­dy­nem o ja­snych oczach, miał zu­peł­nie inne niż ja rysy. Kie­dy go raz spy­ta­łam, dla­cze­go nie je­stem po­dob­na ani do nie­go, ani do mat­ki, uśmiech­nął się. – Zda­rza się na­wet w naj­lep­szej ro­dzi­nie – od­rzekł. Żart to była na­sza mo­ne­ta obie­go­wa.

Co zro­bi­łam, kie­dy wresz­cie do­tar­ło do mnie, że ta mała Ży­dów­ka to ja? Chy­ba po­de­szłam do lu­stra i spoj­rza­łam na swo­ją twarz. Tak, spoj­rza­łam w nią, za­głę­bi­łam się wzro­kiem jak w coś wi­dzia­ne­go po raz pierw­szy. Moja twarz… Przy­zwy­cza­iłam się brać ją za pew­nik, a te­raz się mia­ło oka­zać, że nie na­le­ża­ła do mnie. Na­wet wte­dy, gdy by­łam dziec­kiem, to tam­ta wy­krzy­wia­ła się i stro­iła miny przed lu­strem, jak nikt nie wi­dział, to ona za­wią­zy­wa­ła wstąż­ki w mo­ich war­ko­czach. A gdzie by­łam ja w tym cza­sie?

Za­da­ję so­bie dziw­ne py­ta­nia – prze­bie­gło mi przez gło­wę. – Trze­ba po pro­stu iść do nie­go i spy­tać. Niech udzie­li od­po­wie­dzi, sko­ro po­zwo­lił, aby ja­kaś Ży­dów­ka żyła po­ta­jem­nie moim ży­ciem, niech te­raz po­wie, co da­lej. Ale on nie nada­wał się do ta­kich py­tań. Ze wszyst­kim był te­raz zda­ny na mnie. W tym zbu­do­wa­nym przez nie­go domu, w tej twier­dzy, by­li­śmy tyl­ko we dwo­je.

(z dzien­ni­ka W. Ł.)

Przede mną, w brud­nym, cuch­ną­cym stę­chli­zną łach­ma­nie, le­ża­ło nie­mow­lę. Ba­lo­no­wa­ta, po­zba­wio­na owło­sie­nia gło­wa, na­wet ja­kieś bez­rzę­se oczy. Całe cia­ło po­kry­te ro­pie­ją­cy­mi wrzo­da­mi. Nie mia­łem uczu­cia, że ob­cu­ję z isto­tą ludz­ką. (na mar­gi­ne­sie do­pi­sek A.Ł) „Ile razy już to czy­ta­łam? I za­wsze to samo zdu­mie­nie, że on mógł tak o mnie pi­sać. Nie by­łam zresz­tą nie­mow­lę­ciem, daw­no prze­kro­czy­łam rok ży­cia, ale to oka­za­ło się póź­niej, kie­dy swo­im wy­glą­dem za­czę­łam przy­po­mi­nać czło­wie­ka”.

Za­pu­ka­łem do Z. Otwo­rzył mi w ran­nych pan­to­flach, z uśmiesz­kiem wyż­szo­ści na ustach. – Pro­szę da­lej – rzekł uprzej­mie. – To ja ra­czej chciał­bym za­pro­sić pana do sie­bie.

– Czy coś się wy­da­rzy­ło? – spy­tał ostroż­nie.

– Tak. Są­dzę, że tak.

Dziec­ko le­ża­ło w sta­rej ma­ry­nar­ce. Dziw­ny za­pach zdą­żył wy­peł­nić cały po­kój. Z. przy­glą­dał się z naj­wyż­szym zdu­mie­niem.

– Co to jest? – spy­tał wresz­cie.

– Nie­mow­lę. Zna­la­złem je dzi­siaj.

– Jak to, zna­lazł pan?

– Le­ża­ło pod mu­rem, po na­szej stro­nie.

Z. aż pod­sko­czył.

– I cze­go pan ode mnie ocze­ku­je?

– Ra­czej od was. Ocze­ku­ję od was po­mo­cy. Nie mam żad­ne­go do­świad­cze­nia z ma­ły­mi dzieć­mi.

– My­śli pan, że Ar­mia Kra­jo­wa zo­sta­ła po­wo­ła­na do pod­cie­ra­nia tył­ków ży­dow­skim dzie­ciom?

– Ja nic nie my­ślę, żą­dam po­mo­cy.

– Żąda pan – Z. uniósł wy­so­ko brwi – a nam jej pan od­mó­wił.

– Nie od­mó­wi­łem, nie mo­głem in­a­czej.

Za­pa­dło mil­cze­nie.

– Zo­ba­czę, co się da zro­bić – rzekł wresz­cie Z. – na ra­zie trze­ba je na­kar­mić. Ma pan mle­ko w prosz­ku?

Za­prze­czy­łem ru­chem gło­wy.

– Po­wi­nie­nem mieć reszt­kę u sie­bie. No i niech pan nie roz­po­wia­da, spra­wa jest gar­dło­wa. Gdy­by pła­ka­ło…

– Do­tąd nie wy­da­ło z sie­bie gło­su.

– Tym le­piej.

Z. zde­cy­do­wa­nym kro­kiem opu­ścił miesz­ka­nie, by za chwi­lę po­ja­wić się z pusz­ką an­giel­skie­go mle­ka w prosz­ku.

(na mar­gi­ne­sie do­pi­sek A.Ł.)

„«Z. wró­cił z pusz­ką an­giel­skie­go mle­ka w prosz­ku. Mała Ży­dów­ka od­cho­ro­wa­ła to po­waż­nie, było za tłu­ste. Bie­gun­ka wy­nisz­czy­ła ją jesz­cze bar­dziej. Ist­nia­ła oba­wa, że wresz­cie prze­sta­nie żyć». To on na­pi­sał to kar­ko­łom­ne zda­nie. Świa­do­mie czy nie­świa­do­mie okre­ślił swój póź­niej­szy sto­su­nek do mnie. Oba­wiał się, że wresz­cie go od sie­bie uwol­nię. Któ­re stwier­dze­nie było dla nie­go waż­niej­sze, być może uda mi się usta­lić. Z tego po­wo­du ster­cza­łam na le­śnej dro­dze, wy­pa­tru­jąc cze­goś mię­dzy drze­wa­mi. On za­wsze się gnie­wał, że psu­ję mu po­lo­wa­nie. Cały czas mu­siał pa­mię­tać, że ja tam sto­ję i cze­kam. – Da­ruj so­bie cho­ciaż, gdy pada deszcz – mó­wił. Ale nie mo­głam. Mu­sia­łam tam biec i do­stać swój wiel­ki pre­zent – uwie­sze­nie się naj­ego szyi. Za­pach potu po­mie­sza­ne­go z ni­ko­ty­ną. Tak pach­nia­ło dla mnie bez­pie­czeń­stwo. Wo­kół nas krę­cił się i pod­ska­ki­wał Fil, wy­żeł, któ­re­go wy­cho­wa­li­śmy od szcze­nia­ka i przy któ­re­go ago­nii obo­je czu­wa­li­śmy. Był już wte­dy sta­ry, z po­si­wia­łą bro­dą. Cier­piał na nie­wy­dol­ność ne­rek. Mę­czył się bar­dzo, a my by­li­śmy bez­sil­ni. Wa­ro­wa­li

śmy przy jego po­sła­niu w dzień i w nocy, a on rzu­cał co ja­kiś czas w na­szą stro­nę wdzięcz­ne spoj­rze­nie. To był je­dy­ny wy­pa­dek, kie­dy oj­ciec po­zwo­lił mi opu­ścić szko­łę. Cho­dzi­łam do niej na­wet z lek­ką go­rącz­ką, do­sta­wa­łam czo­snek z mio­dem i mle­kiem i by­łam od­wo­żo­na pod samą bra­mę. Ko­le­żan­ki się ode mnie od­wra­ca­ły, bo zdro­wo cuch­nę­łam. Ale wte­dy mo­głam sie­dzieć ka­mie­niem przy Filu. I by­łam ojcu za to wdzięcz­na. Być może obo­je prze­czu­wa­li­śmy, że od­cho­dzi czło­nek na­szej szczu­płej ro­dzi­ny i że nie po­ja­wi się już inny. Nie wzię­li­śmy in­ne­go psa.

Czy mo­głam przy­pusz­czać, wie­sza­jąc się na jego szyi, że w nim wła­śnie za­mknię­ta jest ta­jem­ni­ca mo­je­go losu. Dla­cze­go to zro­bił? Dla­cze­go po­zwo­lił mi być kimś in­nym? Czy nie ro­zu­miał, że w ten spo­sób oka­le­cza moją du­szę? A je­że­li już pod­jął taką de­cy­zję, dla­cze­go pi­sał? Czy ra­czej dla kogo?

Nie wiem już, o co mam więk­szy żal, o to, że mil­czał, czy o to, że pi­sał. Czy za­le­ża­ło mu, abym się do­wie­dzia­ła, jak zim­no na mnie pa­trzył? Być może w swo­im prze­ko­na­niu nie oszu­ki­wał mnie.

– Po­wiedz do mnie có­recz­ko – upie­ra­łam się.

Krę­cił ze śmie­chem gło­wą.

– Nie mogę, bo ty je­steś Anka.

Śmiał się, a ja mia­łam oczy peł­ne łez. Nig­dy nie po­wie­dział o mnie «moja cór­ka». Za­wsze było to tyl­ko imię. Wte­dy nie wy­cią­gnął ręki w moją stro­nę, nie zła­go­dził. Chciał mnie wy­cho­wać na od­por­ne­go czło­wie­ka. Przy ta­kiej me­to­dzie piesz­czo­ty nie były do­zwo­lo­ne. Tyl­ko na dro­dze, gdy ze strzel­bą wy­cho­dził z lasu, mo­głam się do nie­go przy­tu­lić. Mo­głam obej­mo­wać rę­ka­mi jego szy­ję. Tyl­ko tyle so­bie wy­wal­czy­łam i nie po­zwa­la­łam ode­brać.

– Mo­gła­byś so­bie da­ro­wać cho­ciaż, gdy pada deszcz – mó­wił z gnie­wem.

Nie mo­głam. Sta­łam na skra­ju le­śnej dro­gi, prze­mok­nię­ta do nit­ki, ko­la­na la­ta­ły mi z zim­na, ale nie było siły, któ­ra by mnie stam­tąd ru­szy­ła. Cze­ka­łam na swo­je­go ojca. Gdy­by mi po­wie­dział, cze­ka­ła­bym na ojca. Ale on wy­brał kłam­stwo. Ten pra­wy czło­wiek po­sta­no­wił prze­żyć ży­cie w oszu­stwie i dłu­go nie mo­głam zna­leźć od­po­wie­dzi dla­cze­go. Nie pró­bo­wał wy­ja­śnić, ka­zał mi brnąć dzień po dniu w nie­praw­dę mo­je­go losu i sam brał w tym udział. Prze­cież wy­star­czy­ło po­wie­dzieć:

– Nie mogę, bo je­steś małą Ży­dów­ką.

Wte­dy, kie­dy mia­łam sześć lat, a po­tem trzy­na­ście, i kie­dy umy­słem dziec­ka by­łam w sta­nie to ogar­nąć. Dzi­siaj jest już za póź­no. Dla mnie. Dla nie­go. To dla­te­go go zo­sta­wi­łam, gdy mnie naj­bar­dziej po­trze­bo­wał. Opusz­cza­łam go, wie­dząc, że umie­ra i że je­stem całą jego ro­dzi­ną. Nie mo­głam in­a­czej. Ale wró­cę. Już wiem, że wró­cę. Moje przy­wią­za­nie oka­za­ło się sil­niej­sze od go­ry­czy, ja­kiej do­zna­łam po zna­le­zie­niu jego «no­ta­tek». Taką dał na­zwę bru­lio­no­wi: «No­tat­ki». Na stu kart­kach ro­ze­grał się nie­my dra­mat na­sze­go spo­tka­nia i wspól­ne­go ży­cia. Nie­my, bo nie zde­cy­do­wał się prze­ło­żyć go na sło­wo mó­wio­ne.

Może bał się, że go opusz­czę? To by­ło­by naj­lep­sze wy­ja­śnie­nie. Kie­ro­wał nim zwy­kły ludz­ki lęk? Lęk przed sa­mot­no­ścią? Zna­jąc go, nie mo­głam tak są­dzić. On by to uznał za ma­łost­ko­we. Przy­czy­na mu­sia­ła być inna. Prze­cież już raz nas roz­dzie­lo­no. Mógł po mnie nie wró­cić. Wy­star­czy­ło zrzec się, na­pi­sać albo na­wet w drzwiach domu dziec­ka po­wie­dzieć:

– Przy­sze­dłem po