Wybierz mnie - Abbi Glines - ebook

16 osób właśnie czyta

Opis

Miłość dziewczyny z przeszłością i rockmana ze świetlaną przyszłością.
Sadie White nie ma łatwego życia. Musiała dorosnąć znacznie szybciej niż jej rówieśnicy. Zajmuje się nie tylko domem, ale i ciężarną matką. W głębi serca marzy, żeby być zwykłą nastolatką z banalnymi problemami. W czasie wakacji zatrudnia się jako pomoc domowa w luksusowej willi na prywatnej wyspie. Nie spodziewa się, że tego lata poza obowiązkami czeka ją także miłość.
Jax Stone, nastoletni muzyk rockowy i łamacz damskich serc, co roku spędza wakacje w swojej willi. Tylko tu znajduje chwilę wytchnienia od zgiełku Hollywood. To jego azyl, jedyne miejsce, gdzie nie mają wstępu szalone fanki ani polujący na niego paparazzi. Pewnego dnia w swoim domu widzi natyka się na nieznajomą dziewczynę…
Spotkanie Jaxa i Sadie całkowicie zmienia ich życie.
Czy miłość w świecie rocka ma szanse na przetrwanie?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 293

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Copyright © 2012 by Abbi Glines

Copyright for Polish translation © Wydawnictwo Pascal sp. z o.o. Wszelkie prawa zastrzeżone. Żadna część tej książki nie może być powielana lub przekazywana w jakiejkolwiek formie bez pisemnej zgody wydawcy, z wyjątkiem recenzentów, którzy mogą przytoczyć krótkie fragmenty tekstu.

Ta książka jest fikcją literacką. Jakiekolwiek podobieństwo do rzeczywistych osób, żywych lub zmarłych, autentycznych miejsc, wydarzeń lub zjawisk jest czysto przypadkowe. Bohaterowie i wydarzenia opisane w tej książce są tworem wyobraźni autorki bądź zostały znacząco przetworzone pod kątem wykorzystania w powieści.

Tytuł oryginalny: Because of Low

Tytuł: Wybierz mnie

Autor: Abbi Glines

Tłumaczenie: Agnieszka Skowron

Redakcja: Klaudia Tyliba

Korekta: Aleksandra Tykarska

Projekt graficzny okładki: Jessica Handelman

Opracowanie graficzne okładki: Ilona i Dominik Trzebińscy Du Châteaux

Zdjęcie na okładce: © 2013 by Michael Frost

Redaktor prowadząca: Agnieszka Górecka

Redaktor naczelna: Agnieszka Hetnał

Wydawnictwo Pascal sp. z o.o.

ul. Zapora 25

43-382 Bielsko-Biała

www.pascal.pl

Bielsko-Biała 2016

ISBN 978-83-7642-846-8

eBook maîtrisé par Atelier Du Châteaux

Mojej najlepszej przyjaciółce, Monice Tucker.

Dziękuję Ci za wysłuchanie wszystkich moich pomysłów,

Gdy­bym wie­dział, kim jest, kie­dy ją po­zna­łem, czy wszyst­ko po­to­czy­ło by się ina­czej? Szcze­rze, nie je­stem w sta­nie po­wie­dzieć. W  mo­men­cie, kie­dy Willow po­ja­wi­ła się w moim ży­ciu, wszyst­ko się zmie­ni­ło. Gdy moja ro­dzi­na roz­pa­dła się na ka­wał­ki, ona była moim je­dy­nym sta­łym punk­tem od­nie­sie­nia. Moim fi­la­rem, moją ko­twi­cą. Po­tem to, kim była, zmie­ni­ło się w mój naj­gor­szy kosz­mar. Nie mo­głem mieć wszyst­kie­go. Mu­sia­łem wy­brać. Willow albo moja ro­dzi­na. Nie było in­ne­go wyj­ścia.

Rozdział I

Marcus

Po­wrót do domu był na­praw­dę do bani. Wszyst­ko w tym mie­ście przy­po­mi­na­ło mi o tym, dla­cze­go tak bar­dzo chcia­łem się stąd wy­do­stać. W Tu­sca­lo­osie mia­łem swo­je ży­cie, to była moja uciecz­ka. Tu­taj by­łem tyl­ko Mar­cu­sem Har­dym. Nie­waż­ne, gdzie się zja­wia­łem, lu­dzie za­wsze mnie roz­po­zna­wa­li. Zna­li moją ro­dzi­nę. A te­raz… plot­ko­wa­li na jej te­mat. I wła­śnie dla­te­go mu­sia­łem wró­cić. Zo­sta­wie­nie sio­stry i mat­ki, by same sta­wia­ły temu czo­ła, nie wcho­dzi­ło w ra­chu­bę. Skan­dal, któ­ry lada mo­ment miał się roz­pę­tać, ode­brał mi wszyst­kie opcje. I wol­ność. Póki co, o spra­wie wie­dzia­ło tyl­ko kil­ka osób, ale to tyl­ko kwe­stia cza­su. Wkrót­ce całe Sea Bre­eze w Ala­ba­mie do­wie się, co ro­bił mój oj­ciec – a ra­czej kogo ro­bił. Król de­ale­rów Mer­ce­de­sa na ca­łym wy­brze­żu Za­to­ki Mek­sy­kań­skiej był wy­star­cza­ją­co do­brym ty­tu­łem dla nie­wie­le ode mnie star­szej na­cią­gacz­ki, żeby wsko­czyć do łóż­ka mo­je­go dro­gie­go oj­czul­ka. Kie­dy je­den je­dy­ny raz wi­dzia­łem tę nisz­czy­ciel­kę cu­dzych ro­dzin, jak pra­co­wa­ła za biur­kiem, za­raz obok biu­ra mo­je­go ojca, czu­łem, że coś jest nie tak. Była mło­da, pie­kiel­nie sek­sow­na i naj­wy­raź­niej głod­na go­tów­ki.

Tata nie umiał utrzy­mać pta­ka w spodniach, a te­raz mama i sio­stra będą mu­sia­ły zmie­rzyć się z pięt­nem, ja­kie się z tym wią­że. Lu­dzie za­czną współ­czuć ma­mie. To wy­da­rze­nie było dla niej już wy­star­cza­ją­co dru­zgo­cą­ce, a nie wie­dzia­ła jesz­cze, że ta dru­ga do­pie­ro co sta­ła się ko­bie­tą. Moja młod­sza sio­stra, Aman­da, przy­ła­pa­ła tę par­kę na go­rą­cym uczyn­ku, kie­dy mama wy­sła­ła ją z obia­dem do biu­ra taty. Za­dzwo­ni­ła do mnie tam­tej nocy, pła­cząc hi­ste­rycz­nie. Wy­mi­ga­łem się od szko­ły, spa­ko­wa­łem swo­je rze­czy i po­je­cha­łem do domu. Nie było in­nej moż­li­wo­ści. Moja ro­dzi­na mnie po­trze­bo­wa­ła.

Pu­ka­nie do drzwi wy­rwa­ło mnie z po­nu­rych roz­my­ślań, wsta­łem więc i po­sze­dłem spraw­dzić, ja­każ to la­ska szu­ka Cage’a tym ra­zem. Przez ży­cie tego go­ścia pa­ra­du­je nie­koń­czą­ca się ko­lej­ka dziew­czyn. Mój współ­lo­ka­tor jest pod­ry­wa­czem. Naj­więk­szym ja­kie­go znam. Przy nim Pre­ston, mój naj­lep­szy przy­ja­ciel, wy­pa­da za­dzi­wia­ją­co bla­do. Na­ci­sną­łem klam­kę i z ca­łym im­pe­tem otwo­rzy­łem drzwi, nie pa­trząc wcze­śniej przez ju­da­sza.

I tu cze­ka­ła mnie praw­dzi­wa nie­spo­dzian­ka. By­łem przy­go­to­wa­ny na to, by po­wie­dzieć ko­lej­nej wy­so­kiej, smu­kłej, z wiel­kim-ale-sztucz­nym biu­stem, ubra­nej w pra­wie nic, cze­ka­ją­cej za drzwia­mi la­sce, że Cage jest za­ję­ty z inną, po­dob­ną do niej przed­sta­wi­ciel­ką płci pięk­nej. Tyl­ko że przede mną stał bar­dzo na­tu­ral­ny, pra­wie pulch­ny ru­dzie­lec. Pa­trzy­ła na mnie prze­krwio­ny­mi ocza­mi, a po po­licz­kach pły­nę­ły jej łzy. Nie mia­ła roz­ma­za­ne­go tu­szu. Jej wło­sy nie były spe­cjal­nie uło­żo­ne, ale zwią­za­ne z tyłu w zwy­kły ku­cyk. Mia­ła na so­bie dżin­sy i coś, co wy­da­wa­ło mi się ory­gi­nal­ną kon­cer­to­wą ko­szul­ką AC/DC Back in Black. Pę­pek przy­ku­wał uwa­gę do pła­skie­go, opa­lo­ne­go brzu­cha. Jej ubra­nia nie były ob­ci­słe. No, może spodnie były do­syć do­pa­so­wa­ne, ale bar­dzo ład­nie przy­le­ga­ły do jej bio­der. Mój za­chwyt jej no­ga­mi skoń­czył się w mo­men­cie, gdy zo­ba­czy­łem wa­liz­kę, któ­rej uchwyt moc­no ści­ska­ła w dło­ni.

– Za­sta­łam Cage’a? – Choć głos jej się ła­mał, na­dal brzmiał bar­dzo me­lo­dyj­nie. Mia­łem spo­ry pro­blem z prze­tra­wie­niem tego, że ta dziew­czy­na była tu dla Cage’a. Zu­peł­nie nie była w jego ty­pie. Cał­kiem na­tu­ral­na, bez do­dat­ko­wych po­pra­wek czy ulep­szeń. Wszyst­ko, po­cząw­szy od gę­stych ciem­no­mie­dzia­nych wło­sów po tramp­ki, krzy­cza­ło: NIE JE­STEM TY­PEM CAGE’A. A to, że mia­ła przy so­bie wa­liz­kę, no cóż, nie wró­ży­ło ni­cze­go do­bre­go.

– Hmm, nie.

Jej ra­mio­na opa­dły i usły­sza­łem wy­raź­ny szloch. Mała, de­li­kat­na dłoń pod­nio­sła się, żeby za­kryć usta, jak­by sama sie­bie chcia­ła uci­szyć. Na­wet jej pa­znok­cie były ele­ganc­kie. Nie za dłu­gie, z gład­ki­mi, za­okrą­glo­ny­mi koń­ca­mi, po­cią­gnię­te de­li­kat­nym ró­żo­wym la­kie­rem.

– Zo­sta­wi­łam te­le­fon u mo­jej sio­stry – wes­tchnę­ła wresz­cie. – Mu­szę do nie­go za­dzwo­nić. Czy mogę wejść?

Cage wy­szedł gdzieś z mo­del­ką stro­jów ką­pie­lo­wych, któ­rą naj­wy­raź­niej po­cią­ga­li bejs­bo­li­ści gra­ją­cy dla dru­ży­ny uni­wer­sy­tec­kiej. Po­dej­rze­wa­łem, po tym, co mi opo­wia­dał, że ra­czej nie wró­ci na noc. Ni­g­dy nie od­bie­rze od niej te­le­fo­nu, a ja po pro­stu nie mo­głem znieść my­śli o tym, że ta dziew­czy­na mo­gła­by się jesz­cze bar­dziej za­smu­cić. Okrop­na myśl prze­mknę­ła mi przez gło­wę: Oby tyl­ko nie cho­dzi­ło o wpad­kę. Czy on nie wi­dział, jak cho­ler­nie była nie­win­na?

– Hmm, taa, ale nie wiem, czy od­bie­rze. On jest za­ję­ty… dziś wie­czo­rem.

Uśmiech­nę­ła się cierp­ko i przy­tak­nę­ła, wpra­sza­jąc się do środ­ka.

– Wiem, czym jest tak za­ję­ty, ale ze mną po­roz­ma­wia.

Brzmia­ła ra­czej pew­nie. Cóż, ja nie by­łem o tym aż tak prze­ko­na­ny.

– Masz może ko­mór­kę, z któ­rej mo­gła­bym za­dzwo­nić?

Się­gną­łem do kie­sze­ni dżin­sów i po­da­łem jej te­le­fon, nie chcąc się z nią sprze­czać. Prze­sta­ła w koń­cu pła­kać i chcia­łem, żeby tak zo­sta­ło.

– Dzię­ki. No to dzwo­nię.

Pa­trzy­łem, jak pod­cho­dzi do sofy i z gło­śnym hu­kiem rzu­ca na pod­ło­gę wa­liz­kę, a po­tem usa­da­wia się na wy­słu­żo­nych po­dusz­kach, jak­by go­ści­ła tu już wie­lo­krot­nie. Jako że wpro­wa­dzi­łem się do­pie­ro dwa dni temu, nie mo­głem wie­dzieć, czy rze­czy­wi­ście by­wa­ła tu­taj wcze­śniej. Cage był zna­jo­mym zna­jo­me­go i szu­kał współ­lo­ka­to­ra. Ja po­trze­bo­wa­łem cze­goś na już, a jego miesz­ka­nie było cał­kiem przy­jem­ne. Pre­ston i Cage gra­li w tej sa­mej dru­ży­nie uni­wer­sy­tec­kiej. Kie­dy mój kum­pel usły­szał, że po­trze­bu­ję miesz­ka­nia, za­dzwo­nił do Cage’a i umó­wił nas na spo­tka­nie.

– To ja. Kie­dy ucie­ka­łam, zo­sta­wi­łam swój te­le­fon. Nie ma cię tu, ale twój współ­lo­ka­tor mnie wpu­ścił. Za­dzwoń do mnie. – Po­cią­gnę­ła no­sem się roz­łą­czy­ła.

Za­fa­scy­no­wa­ny ob­ser­wo­wa­łem, jak za­czę­ła pi­sać do nie­go wia­do­mość. Ona na­praw­dę wie­rzy­ła, że ta mę­ska dziw­ka od­dzwo­ni, jak tyl­ko od­czy­ta jej SMS-a. By­łem za­in­try­go­wa­ny i z każ­dą mi­nu­tą co­raz bar­dziej za­nie­po­ko­jo­ny.

Skoń­czyw­szy, od­da­ła mi te­le­fon. Na jej za­pła­ka­nej czer­wo­nej twa­rzy po­ja­wił się de­li­kat­ny uśmiech, uka­zu­jąc do­łecz­ki w po­licz­kach. Cho­le­ra, to było na­praw­dę uro­cze.

– Dzię­ki. Masz coś prze­ciw­ko, że­bym tu za­cze­ka­ła, aż do mnie od­dzwo­ni?

Po­krę­ci­łem gło­wą.

– Nie, ab­so­lut­nie. Na­pi­jesz się cze­goś?

Przy­tak­nę­ła i wsta­ła z sofy.

– Tak, ale sama so­bie we­zmę. Moje na­po­je są na dol­nej pół­ce, za pi­wa­mi.

Zmarsz­czy­łem brwi i po­sze­dłem za nią do kuch­ni. Otwo­rzy­ła lo­dów­kę i schy­li­ła się, żeby wy­cią­gnąć swój ukry­ty na­pój. W tej po­zy­cji trud­no było prze­oczyć jej ty­łek – zwłasz­cza w tych do­pa­so­wa­nych, prze­tar­tych dżin­sach. Był ide­al­ny, w kształ­cie ser­ca, i choć nie była spe­cjal­nie wy­so­ka, jej nogi się­ga­ły nie­ba.

– Tu jest. Cage musi iść do skle­pu uzu­peł­nić za­pa­sy. Chy­ba po­zwa­la swo­im jed­no­noc­nym zdo­by­czom pić moje Jar­ri­tos1).

1) Meksykański napój owocowy (przyp. tłum.).

Mia­łem do­syć zga­dy­wa­nek. Mu­sia­łem wie­dzieć, kim wła­ści­wie jest ta ko­bie­ta. Na pew­no nie jed­ną z jego dziew­czyn. Czyż­by to była owa sio­stra, z któ­rą uma­wiał się Pre­ston? Mia­łem cho­ler­ną na­dzie­ję, że nie. By­łem nią na­praw­dę za­in­te­re­so­wa­ny, a nie in­te­re­so­wa­łem się ni­kim już od dłuż­sze­go cza­su – od­kąd ostat­nia dziew­czy­na zła­ma­ła mi ser­ce. Już chcia­łem za­py­tać, skąd zna Cage’a, kie­dy mój te­le­fon za­czął dzwo­nić. Po­de­szła do mnie i wy­cią­gnę­ła dłoń. Dziew­czy­na na­praw­dę my­śla­ła, że to Cage. Spoj­rza­łem na wy­świe­tlacz i oka­za­ło się, że fak­tycz­nie dzwo­ni mój współ­lo­ka­tor. Chwy­ci­ła apa­rat.

– Hej… Ona jest ta­kim sa­mo­lub­nym pa­ja­cem… Nie mogę tam zo­stać, Cage… Nie chcia­łam zo­sta­wiać tam te­le­fo­nu. By­łam po pro­stu smut­na… Tak, twój nowy współ­lo­ka­tor to miły gość. Był bar­dzo po­moc­ny… Nie, nie kończ swo­jej rand­ki. Ulżyj so­bie. Po­cze­kam… Przy­się­gam, że tam nie wró­cę. Ona jest, jaka jest, Cage… Ja po pro­stu jej nie­na­wi­dzę. – Znów usły­sza­łem tłu­mio­ny szloch w jej gło­sie. – Nie, nie, na­praw­dę, wszyst­ko okej. Po­trze­bu­ję cię zo­ba­czyć… Nie rób tego. Odej­dę… Cage… Nie… Cage… Okej, w po­rząd­ku.

Po­da­ła mi te­le­fon.

– Chce z tobą roz­ma­wiać.

Cze­goś ta­kie­go się nie spo­dzie­wa­łem. Dziew­czy­na mu­sia­ła być jego sio­strą.

– Hej.

– Po­słu­chaj, mu­szę mieć pew­ność, że Low zo­sta­nie tam, gdzie jest, do­pó­ki nie wró­cę do domu. Jest zde­ner­wo­wa­na i nie chcę, żeby so­bie po­szła. Daj jej je­den z tych mek­sy­kań­skich drin­ków z lo­dów­ki. Są za pi­wa­mi, na dol­nej pół­ce. Mu­szę je ukry­wać przed la­ska­mi, któ­re do mnie przy­cho­dzą. Wszyst­kie ko­bie­ty sza­le­ją za tym pa­skudz­twem. Włącz te­le­wi­zor, ro­ze­rwij ją, co­kol­wiek. Je­stem dzie­sięć mi­nut dro­gi od domu, ale już wkła­dam dżin­sy i wra­cam. Po­móż jej sku­pić się na czymś in­nym, tyl­ko jej nie do­ty­kaj.

– Ach, okej, ja­sne. To two­ja sio­stra?

Cage za­śmiał się do te­le­fo­nu.

– No coś ty, to nie jest moja sio­stra. Sio­strze nie ku­pił­bym ulu­bio­ne­go na­po­ju i nie prze­rwał­bym ak­cji w trój­ką­cie, żeby do niej od­dzwo­nić. Low jest dziew­czy­ną, z któ­rą się oże­nię.

Nie mia­łem na to żad­nej od­po­wie­dzi. Spoj­rza­łem na nią – sta­ła przy oknie, ob­ró­co­na do mnie ple­ca­mi. Dłu­gie i gę­ste mie­dzia­ne loki, za­krę­co­ne na koń­cach, się­ga­ły środ­ka jej ple­ców. Ani tro­chę nie przy­po­mi­na­ła dziew­czyn, z któ­ry­mi za­da­wał się Cage. O co mu cho­dzi­ło, kie­dy mó­wił, że to dziew­czy­na, któ­rą po­ślu­bi? To nie mia­ło żad­ne­go sen­su.

– Za­trzy­maj ją tam. Je­stem w dro­dze.

Roz­łą­czył się.

Rzu­ci­łem te­le­fon na stół i na­dal sta­łem w miej­scu, ga­piąc się po pro­stu na jej ple­cy. Od­wró­ci­ła się po­wo­li i przez mo­ment przy­glą­da­ła mi się uważ­nie, aż wresz­cie się uśmiech­nę­ła.

– Po­wie­dział ci, że mnie po­ślu­bi, praw­da? – za­py­ta­ła, śmie­jąc się de­li­kat­nie i upi­ła nie­co swo­je­go na­po­ju. – Sza­lo­ny chło­pak. Nie po­win­nam była go mar­twić, ale jest wszyst­kim, co mam.

Po­de­szła bli­żej i usia­dła na sta­rej, wy­bla­kłej, zie­lo­nej so­fie, pod­ku­liw­szy nogi pod sie­bie.

– Nie martw się. Nie odej­dę. Gdy­bym wy­szła, Cage prze­trzą­snął­by dom mo­jej sio­stry, za­pew­ne na­pę­dza­jąc jej przy tym nie­złe­go stra­cha. Mam już wy­star­cza­ją­co dużo pro­ble­mów, kie­dy w grę wcho­dzi moja sio­stra. Nie mam za­mia­ru na­pusz­czać na nią Cage’a.

Po­wo­li pod­sze­dłem do je­dy­ne­go krze­sła w po­ko­ju i usia­dłem na nim.

– Więc je­ste­ście za­rę­cze­ni? – za­py­ta­łem, ga­piąc się na jej ser­decz­ny pa­lec, na któ­rym nie było żad­ne­go pier­ścion­ka.

Ze smut­nym uśmie­chem po­krę­ci­ła gło­wą.

– Ni­g­dy w ży­ciu. Cage mie­wa sza­lo­ne po­my­sły. To, że wy­po­wia­da je na głos, nie zna­czy, że sta­ją się one choć­by praw­do­po­dob­ne.

Unio­sła brew i znów po­cią­gnę­ła odro­bi­nę na­po­ju z bu­tel­ki.

– To nie wyj­dziesz za Cage’a? – Na­praw­dę chcia­łem, żeby mi to wy­ja­śni­ła, po­nie­waż by­łem nie­zwy­kle zdez­o­rien­to­wa­ny i bar­dziej niż tro­chę nią za­in­te­re­so­wa­ny. Przy­gry­zła dol­ną war­gę i do­pie­ro te­raz za­uwa­ży­łem, jak peł­ne były jej usta.

– Cage był moim „chłop­cem z są­siedz­twa”, kie­dy do­ra­sta­łam. Jest moim naj­lep­szym przy­ja­cie­lem. Ko­cham go na za­bój i na­praw­dę jest wszyst­kim, co mam. Jest je­dy­ną oso­bą, na któ­rą mogę li­czyć. Ni­g­dy nie by­li­śmy parą, po­nie­waż on wie, że nie będę się z nim ko­chać, a on po­trze­bu­je sek­su. Poza tym on jest zu­peł­nie za­krę­co­ny na punk­cie sa­mej idei na­sze­go związ­ku i tego, że za­nim się ze mną oże­ni, wszyst­ko się roz­pad­nie. Jest w nim ja­kiś ir­ra­cjo­nal­ny strach, że mnie stra­ci.

Czy ona wie­dzia­ła, że Cage po­su­wał wię­cej niż trzy róż­ne la­ski w tym ty­go­dniu i naj­wy­raź­niej za­ba­wiał się w trój­ką­cie, kie­dy do nie­go za­dzwo­ni­ła? Była o wie­le lep­sza od nie­go.

– Po­zbądź się tej miny. Nie po­trze­bu­ję two­jej li­to­ści. Wiem, jaki on jest. Wiem też, że zda­jesz so­bie spra­wę, na ja­kie dziew­czy­ny leci, i że nie wy­glą­dam ani tro­chę jak one. Nie żyję w świe­cie fan­ta­zji. Je­stem bar­dzo świa­do­ma. – Prze­chy­li­ła gło­wę i uśmiech­nę­ła się do mnie słod­ko. – Na­wet nie znam two­je­go imie­nia.

– Mar­cus Har­dy.

– Więc Mar­cu­sie Har­dy, je­stem Wil­low Mont­go­me­ry, ale wszy­scy wo­ła­ją na mnie Low. Miło mi cię po­znać.

– Wza­jem­nie.

– Je­steś przy­ja­cie­lem Pre­sto­na.

Przy­tak­ną­łem.

– Tak, ale nie miej mi tego za złe.

Za­śmia­ła się po raz pierw­szy i za­sko­czy­ła mnie na­gła przy­jem­ność, jaką od­czu­łem, pa­trząc na ten pro­sty gest. Lu­bi­łem jej śmiech.

– Nie będę. Pre­ston nie jest aż taki zły. Lubi wy­ko­rzy­sty­wać ład­ną buź­kę dla swo­ich ko­rzy­ści, ale ja je­stem poza jego ra­da­rem. Cage by go za­bił, gdy­by za­czął ły­pać na mnie tymi swo­imi nie­bie­ski­mi oczę­ta­mi.

Czy to dla­te­go, że Pre­ston był ko­bie­cia­rzem? A może po pro­stu wzbu­dzał w Cage’u sil­niej­szy in­stynkt opie­kuń­czy wo­bec Wil­low. Czy ten fa­cet na­praw­dę my­ślał, że ona za­cze­ka, aż bę­dzie go­to­wy się ustat­ko­wać i ją po­ślu­bić?

– Low! – za­brzmiał głos Cage’a, kie­dy otwo­rzy­ły się drzwi wej­ścio­we do miesz­ka­nia. Ro­zej­rzał się nie­spo­koj­nie do­oko­ła i od razu sku­pił wzrok na Wil­low.

– Boże, skar­bie, tak się ba­łem, że uciek­niesz. Chodź do mnie. – To był Cage, ja­kie­go ni­g­dy wcze­śniej nie wi­dzia­łem. Naj­wy­raź­niej ten słod­ki mały ru­dzie­lec tra­fiał do nie­go jak nikt inny. Ob­jął ją jed­ną ręką, dru­gą się­gnął w dół po za­po­mnia­ną już wa­liz­kę, po czym za­pro­wa­dził ją do swo­je­go po­ko­ju, szep­cząc coś do ucha. Gdy­by nie po­wie­dzia­ła mi wcze­śniej, że od­mó­wi­ła mu sek­su, to te­raz za­pew­ne wpadł­bym w szał, że Cage bę­dzie do­ty­kał ko­goś tak nie­win­ne­go jak ona, choć sam do­pie­ro co za­ba­wiał się w łóż­ku z dwie­ma la­ska­mi. A tak zże­ra­ła mnie tyl­ko zwy­czaj­na za­zdrość, po­nie­waż wie­dzia­łem, że przyj­dzie mu ją tu­lić i słu­chać jej me­lo­dyj­ne­go gło­su, kie­dy bę­dzie wy­pła­ki­wa­ła swo­je żale. To on bę­dzie tym, któ­ry jej po­mo­że, nie ja. Do­pie­ro co ją po­zna­łem. Dla­cze­go więc, do cho­le­ry, tak mnie to mę­czy?

Rozdział II

Willow

Spoj­rza­łam na Cage’a roz­ło­żo­ne­go na pod­ło­dze koło łóż­ka. Po po­wro­cie z noc­nych wo­ja­ży ja­kimś cu­dem zdo­łał zna­leźć kil­ka do­dat­ko­wych ko­ców i po­du­szek. Śmier­dział whi­sky i sek­sem. Nie po­zwo­li­łam mu spać obok sie­bie, sko­ro chwi­lę wcze­śniej bzy­kał ja­kąś bez­i­mien­ną la­skę. Wa­riat. Po­wstrzy­ma­łam chęć od­gar­nię­cia mu z czo­ła jego dłu­gich czar­nych wło­sów. Mu­sia­łam wyjść, a gdy­bym go obu­dzi­ła, pró­bo­wał­by mnie za­trzy­mać. Moja sio­stra li­czy­ła na to, że zaj­mę się dzi­siaj swo­ją sio­strze­ni­cą, La­ris­są. Wciąż by­łam na nią wście­kła, ale La­ris­sa była tyl­ko dziec­kiem, po­trze­bo­wa­ła mnie. To nie jej wina, że jej mama jest ta­kim sa­mo­lub­nym ba­cho­rem.

Wsta­łam, zdję­łam z łóż­ka na­rzu­tę i okry­łam nią pół­na­gie cia­ło Cage’a. W nocy ro­ze­brał się do bok­se­rek, żeby po­zbyć się smro­du dymu, al­ko­ho­lu i ta­nich per­fum, któ­ry­mi na­sią­kły jego ubra­nia. To nie mia­ło zna­cze­nia, bo i tak nie­przy­jem­ny za­pach na­dal się utrzy­my­wał. Jego ab­sur­dal­nie wy­rzeź­bio­na klat­ka pier­sio­wa za­wsze była zło­ci­ście brą­zo­wa. Jego mama była stu­pro­cen­to­wą In­dian­ką i to było wi­docz­ne na pierw­szy rzut oka. In­ten­syw­nie nie­bie­skie oczy Cage’a były je­dy­ną ce­chą, jaką odzie­dzi­czył po ojcu. To jed­na z wie­lu rze­czy, któ­re nas łą­czą – nie­obec­ność oj­ców w moim i jego ży­ciu.

W wa­liz­ce mia­łam tyl­ko trzy ze­sta­wy czy­stych ubrań. Moje brud­ne ciu­chy pię­trzy­ły się w pla­sti­ko­wym ko­szu na bie­li­znę, któ­ry Cage trzy­mał w rogu po­ko­ju. Na­praw­dę mu­szę zna­leźć chwi­lę, żeby zro­bić po­rząd­ne pra­nie. Ze skrom­ne­go za­so­bu ciu­chów wy­bra­łam zwy­kłe dżin­sy i ko­szul­kę Hur­ri­ca­nes Ba­se­ball, któ­rą do­sta­łam od Cage’a, po czym szyb­ko i ci­cho się ubra­łam. Po­tem ucze­sa­łam wło­sy, za­mknę­łam wa­liz­kę i wrzu­ci­łam do ko­sza brud­ne ubra­nia z po­przed­nie­go dnia.

De­li­kat­nie za­my­ka­jąc za sobą drzwi, żeby go nie obu­dzić, ru­szy­łam w kie­run­ku kuch­ni. Po­trze­bo­wa­łam kawy. Chcia­łam też zo­sta­wić tro­chę przy­go­to­wa­nej dla Cage’a. Bóg je­den wie, jak bar­dzo bę­dzie jej po­trze­bo­wał po wczo­raj­szej nocy.

– My­śla­łem, że wy­szłaś wczo­raj wie­czo­rem.

Od­wró­ci­łam się i zo­ba­czy­łam sie­dzą­ce­go przy sto­le Mar­cu­sa Har­dy’ego – po­pi­jał kawę i prze­glą­dał ga­ze­tę. Na­praw­dę wo­la­ła­bym, żeby nie był aż tak pie­kiel­nie przy­stoj­ny. Mar­cus Har­dy to zde­cy­do­wa­nie nie moja liga. Nie mia­łam zie­lo­ne­go po­ję­cia, jak Cage’owi uda­ło się zna­leźć ta­kie­go współ­lo­ka­to­ra. Pre­ston musi być bli­sko z Mar­cu­sem, co w su­mie jest dziw­ne, bo do­ra­stał w ta­kim sa­mym śro­do­wi­sku jak Cage i ja.

– Hmm, nie, to był Cage.

Mar­cus skrzy­wił się i po­pa­trzył z dez­apro­ba­tą, któ­rą wi­dzia­łam na jego twa­rzy już wczo­raj. On na­praw­dę nie ro­zu­miał na­sze­go związ­ku. Nie by­łam pew­na, czy nas oce­nia, ale i tak mnie to iry­to­wa­ło. Na­wet je­śli miał naj­pięk­niej­sze zie­lo­ne oczy, ja­kie w ży­ciu wi­dzia­łam.

– Cage’a tu nie ma?

Po­krę­ci­łam gło­wą.

– Jest, jest. Do­stał wczo­raj, hmm… te­le­fon i mu­siał wyjść. Wró­cił kil­ka go­dzin temu.

– Więc zo­sta­wił cię tu­taj, kie­dy on… wy­szedł.

Wes­tchnę­łam i się­gnę­łam po ku­bek, żeby na­lać so­bie kawy.

– Do­kład­nie.

– Wła­śnie mia­łem sma­żyć jaj­ka i ro­bić to­sty. Masz ocho­tę?

Nie ta­kiej od­po­wie­dzi się spo­dzie­wa­łam. My­śla­łam, że bę­dzie roz­trzą­sał moje re­la­cje z Cage’em. A on pro­po­no­wał mi śnia­da­nie.

– Nie, dzię­ku­ję. Mu­szę za­jąć się dziś sio­strze­ni­cą. – Po­ka­za­łam mu swój ku­bek z kawą. – Wy­cho­dząc, za­bie­ram ze sobą kawę, ale za­wszę zwra­cam kub­ki.

Mar­cus wzru­szył ra­mio­na­mi.

– Bez obaw. I tak nie są moje.

– Wiem. Ku­pi­łam je Cage’owi, kie­dy się tu wpro­wa­dzał.

Mar­cus wstał i pod­szedł do lo­dów­ki, by wy­cią­gnąć z niej jaj­ka i ma­sło. Je­śli mia­ła­bym być wo­bec sie­bie zu­peł­nie szcze­ra, to mu­sia­ła­bym przy­znać, że chcia­łam tam po pro­stu stać i pa­trzeć, jak go­tu­je. Po­tem zjeść z nim śnia­da­nie i spraw­dzić, czy dam radę spra­wić, by się uśmiech­nął. By­łam prze­ko­na­na, że ma pięk­ny uśmiech. I że te jego zie­lo­ne oczy po­tra­fią cud­nie błysz­czeć ra­do­ścią.

– Je­steś pew­na, że nie mo­żesz zo­stać? Moje umie­jęt­no­ści ku­li­nar­ne są dość im­po­nu­ją­ce.

Mar­cus się­gnął do pół­ki obok mnie. Po­czu­łam za­pach my­dła wy­mie­sza­ny z wo­nią kawy i czymś, co przy­po­mi­na­ło mi cie­płe let­nie dni. Po­wstrzy­ma­łam się od chwy­ce­nia go za ko­szul­kę i za­cią­gnię­cia się moc­niej tym za­pa­chem. Po­my­ślał­by, że osza­la­łam. Za­wsze uwa­ża­łam, że za­pach Cage’a po zwy­cię­skim me­czu był nie do prze­bi­cia. Ale pot, piw­sko i pa­pie­ro­sy to jed­nak żad­na kon­ku­ren­cja dla czy­ste­go Mar­cu­sa Har­dy’ego.

Okej, mu­szę już spa­dać.

– Hmm, okej, mu­szę już ucie­kać. Jesz­cze raz dzię­ku­ję i może kie­dyś sko­rzy­stam z tego za­pro­sze­nia na śnia­da­nie. Mu­szę do­stać się do miesz­ka­nia sio­stry, za­nim ona zja­wi się tu z dziec­kiem na do­czep­kę.

Mar­cus spoj­rzał na mnie i zmarsz­czył de­li­kat­nie brwi. Wy­da­wał się zmar­twio­ny. Gdy­by tyl­ko ten fa­cet wie­dział, że to naj­mniej­sze z mo­ich zmar­twień. Za­sta­na­wia­łam się, co by po­my­ślał, gdy­by się do­wie­dział, że nie mam gdzie miesz­kać. Ka­na­pa u sio­stry i łóż­ko u Cage’a to były na dzień dzi­siej­szy moje je­dy­ne opcje. Po­dej­rze­wa­łam, że chciał­by mi ja­koś po­móc, i to mnie roz­czu­la­ło. Po­trzą­snę­łam gło­wą, chcąc roz­wiać tę ilu­zję Mar­cu­sa, któ­rą sama so­bie wy­my­śli­łam. Mi­nę­łam jego i pysz­ne sma­ko­ły­ki, któ­re przy­go­to­wy­wał, i skie­ro­wa­łam się do wyj­ścia.

– Po­ra­dzisz so­bie? – za­wo­łał, kie­dy moja dłoń się­gnę­ła klam­ki. Uśmiech­nę­łam się. Mia­łam ra­cję. Za­le­ża­ło mu. Ale z dru­giej stro­ny, fa­ce­ci tacy jak on chcie­li ra­to­wać cały świat.

– Ja­sne – od­par­łam, oglą­da­jąc się za sie­bie i po­sy­ła­jąc mu uśmiech, po czym wy­szłam na ze­wnątrz, wra­ca­jąc do rze­czy­wi­sto­ści.

– Gdzie ty się, do li­cha, po­dzie­wa­łaś? Nie, po­cze­kaj, nie mówi mi. Znów wy­lą­do­wa­łaś w łóż­ku Cage’a  Yor­ka. Zda­jesz so­bie spra­wę, że nie mo­żesz mnie oce­niać, kie­dy sama sy­piasz z tą mę­ską dziw­ką.

Ugry­złam się w ję­zyk, żeby po­wstrzy­mać się od krzy­ku. Moja sio­stra była tak nie­zo­rien­to­wa­na w tym, co dzie­je się w moim ży­ciu, że na­wet nie była świa­do­ma tego, jak bar­dzo się myli. Tak, Cage mógł być uwa­ża­ny za mę­ską dziw­kę, ale wy­bie­rał za­wsze na­praw­dę go­rą­ce, sek­sow­ne dziew­czy­ny. Cał­kiem wy­so­ko sta­wiał po­przecz­kę. Ni­g­dy nie prze­sta­ło mnie dzi­wić, że lu­dzie bra­li mnie za je­den z jego pod­bo­jów. Kom­plet­nie nie pa­so­wa­łam do pro­fi­lu. Po pierw­sze, wciąż utrzy­my­wał ze mną kon­takt. A nie ro­bił tego ni­g­dy, je­śli już pa­nien­kę za­li­czył. Po dru­gie, nie by­łam wy­star­cza­ją­co wy­so­ka, by­łam ru­dziel­cem, moje bio­dra były zbyt sze­ro­kie, a pier­si zbyt na­tu­ral­ne. Cage lu­bił sztucz­ne cyc­ki. Dziw­ne, ale praw­dzi­we. W każ­dym ra­zie moja sio­stra była ży­wym przy­kła­dem tego, na co le­ciał Cage. Praw­da, też mia­ła rude wło­sy, ale jej były na­tu­ral­nie po­fa­lo­wa­ne, była wy­so­ka i szczu­pła. Rudy wy­glą­dał na niej le­piej niż na mnie. Jej rudy był sek­sow­ny. Mój nie­ko­niecz­nie.

– Je­stem prze­cież. Więc idź już, prze­stań prze­kli­nać i krzy­czeć przy La­ris­sie. Cały ty­dzień pra­co­wa­łam nad tym, żeby prze­sta­ła mó­wić c-h-o-l-e-r-a, kie­dy coś upusz­cza.

Gdy­bym nie mu­sia­ła za­mar­twiać się tym, że to sło­wo wej­dzie na sta­łe do jej ję­zy­ka, uzna­ła­bym to za­pew­ne za coś za­baw­ne­go. Sie­dzia­ła na swo­im wy­so­kim krze­śle i upusz­cza­ła jed­ną chrup­kę za dru­gą. Kie­dy ta od­bi­ja­ła się od pod­ło­gi, mała krzy­cza­ła: „CHO­LE­RA!”, kla­ska­ła w rącz­ki i… po­wta­rza­ła cały pro­ces od po­cząt­ku. A to wszyst­ko dzię­ki mo­jej uro­czej sio­strze, któ­ra krzy­cza­ła „cho­le­ra” za każ­dym ra­zem, kie­dy mała upusz­cza­ła je­dze­nie na zie­mię. I tak moja sio­strze­ni­ca zde­cy­do­wa­ła, że to bę­dzie do­sko­na­ła za­ba­wa.

– Nie­waż­ne, to było za­baw­ne. Mu­szę le­cieć. Za­dzwoń do Ja­net Hall, tej ko­bie­ty, któ­ra w swo­ich żół­tych wło­sach wiecz­nie ma wał­ki. Miesz­ka trzy domy stąd. Za­py­taj, czy może ju­tro za­jąć się La­ris­są. Ty masz za­ję­cia, praw­da?

Przy­tak­nę­łam.

– Tak.

Nie zno­si­łam zo­sta­wiać ma­łej z tą ko­cia­rą. Ostat­nim ra­zem, kie­dy tam była, wró­ci­ła do domu cała po­dra­pa­na przez ty­sią­ce ko­tów, któ­re się tam krę­cą, o smro­dzie ko­cich od­cho­dów na­wet nie wspo­mnę. Nie mo­głam jed­nak opu­ścić za­jęć czy na­wet do­stać mniej niż 5 z któ­re­go­kol­wiek kur­su – ode­bra­li­by mi sty­pen­dium. A bar­dzo go po­trze­bo­wa­łam. W Faulk­ner pod­ję­łam dwu­let­nie stu­dia i tyl­ko na tyle było mnie stać. Kie­dy skoń­czy się moje sty­pen­dium, będę mu­sia­ła odło­żyć edu­ka­cję na bok. Chy­ba że uda­ło­by mi się zdo­być kre­dyt stu­denc­ki, ale zwa­żyw­szy na to, że w tym mo­men­cie nie mia­łam na­wet domu, było to mało praw­do­po­dob­ne.

– Okej, już mnie nie ma. Nie dzwoń na ko­mór­kę, kie­dy je­stem w pra­cy. Jak bę­dziesz mia­ła ja­kieś pro­ble­my, sama je roz­wiąż.

I już jej nie było. Żad­ne­go bu­zia­ka dla La­ris­sy. Nie­na­wi­dzi­łam jej za to – zresz­tą nie tyl­ko za to.

Moja mama zmar­ła na raka, kie­dy mia­łam dwa­na­ście lat, zo­sta­wia­jąc mnie i sio­strę zu­peł­nie same. Taw­ny mia­ła osiem­na­ście lat, kie­dy prze­ję­ła nade mną opie­kę. Dom na szczę­ście uda­ło się spła­cić dzię­ki oszczęd­no­ściom mamy. Za­rów­no on, jak i skrom­na suma na kon­cie przy­pa­dły Taw­ny. Zda­ła GED2), za­miast ukoń­czyć ostat­nią kla­sę li­ceum, i zdo­ła­ła zdo­być pra­cę, by móc pła­cić na­sze ra­chun­ki. Kie­dy już sama mo­głam pra­co­wać, po­ma­ga­łam z opła­ta­mi. Po­tem po­ja­wi­ła się La­ris­sa i ja­kiś rok temu wszyst­ko się po­gma­twa­ło. Taw­ny stwier­dzi­ła, że nie może mnie dłu­żej utrzy­my­wać i że mu­szę zna­leźć so­bie miesz­ka­nie. Z pen­sji kel­ner­ki nie było mnie stać na wła­sny kąt. Zde­cy­do­wa­ła więc, że je­śli będę zaj­mo­wać się dziec­kiem, kie­dy ona jest w pra­cy, w za­mian mogę zo­stać za dar­mo na noc. Pro­blem w tym, że nie po­trze­bo­wa­ła opie­kun­ki co­dzien­nie, a „za dar­mo” nie po­zwa­la­ła mi no­co­wać.

2) GED – amerykański egzamin uznawany za odpowiednik dyplomu ukończenia szkoły średniej, w Polsce często traktowany jako ekwiwalent matury (przyp. red.).

Brzmi okrut­nie, ale by­łam prze­ko­na­na, że w te noce przy­cho­dził do niej oj­ciec La­ris­sy i nie chcia­ła, że­bym do­wie­dzia­ła się, kim on jest. Po­dej­rze­wa­łam, że gdy­by nie ten se­kret, po­zwa­la­ła­by mi zo­sta­wać. A tak, no cóż… wy­ko­pa­ła mnie stam­tąd przez ja­kie­goś fa­ce­ta. Naj­pierw uda­łam się do ko­ścio­ła me­to­dy­stów, któ­rzy pro­wa­dzi­li ośro­dek dla bez­dom­nych, po­tem jed­nak do­wie­dział się o tym Cage, któ­re­go Taw­ny po­in­for­mo­wa­ła, że nie po­zwa­la mi u sie­bie no­co­wać. I tak wy­lą­do­wa­łam u nie­go. Pró­bo­wa­łam z nim dys­ku­to­wać, ale tak na­praw­dę po­trze­bo­wa­łam go. Na­wet kie­dy mo­men­ta­mi by­wał za­bor­czy i nie­co sza­lo­ny, opie­ko­wał się mną. Wcze­śniej nikt ni­g­dy tego nie ro­bił. A on lu­bił świa­do­mość, że po­tra­fi się kimś za­jąć.

Kie­dy zmar­ła jego bab­cia, zo­sta­wi­ła mu wszyst­ko, na­wet to, co mia­ła scho­wa­ne w skar­pe­cie. Cage ni­g­dy wła­ści­wie jej nie po­znał, po­nie­waż jego mat­ka jako szes­na­sto­lat­ka ucie­kła z domu i ni­g­dy już do nie­go nie wró­ci­ła. To było wiel­kie za­sko­cze­nie, kie­dy otrzy­mał czek na dwie­ście ty­się­cy do­la­rów. Pierw­szym, co zro­bił, był za­kup wła­sne­go miesz­ka­nia. Stwier­dził, że to do­bra in­we­sty­cja i chciał odro­bi­ny bez­pie­czeń­stwa. Resz­tę pie­nię­dzy ulo­ko­wał w ban­ku i brał z kon­ta tyl­ko tyle, ile po­trze­bo­wał. Od tam­tej pory nie­ustan­nie pró­bo­wał mnie na­mó­wić, że­bym z nim za­miesz­ka­ła.

– Low­low wyjść – za­żą­da­ła La­ris­sa, ude­rza­jąc swo­imi ma­ły­mi piąst­ka­mi w tacę krze­sła do kar­mie­nia, w któ­rym sie­dzia­ła. Ostat­nio za­czę­ła tak na mnie wo­łać. Wcze­śniej mó­wi­ła do mnie „mama”, ale to strasz­nie zło­ści­ło Taw­ny. Mu­sia­łam więc nie­co po­pra­co­wać, żeby wy­eli­mi­no­wać u ma­łej ten na­wyk.

– Tak, wy­cią­gnę cię, ale naj­pierw umy­je­my ci rącz­ki z ba­na­na.

Marcus

– Kie­dy Low wy­szła? – wy­mam­ro­tał Cage, wy­cho­dząc z sy­pial­ni go­dzi­nę po tym, jak Wil­low się ze mną po­że­gna­ła. Na od­le­głość wy­czu­łem za­pach whi­sky. Jak ona mo­gła przy nim spać?

– Ja­kąś go­dzi­nę temu.

Ski­nął gło­wą i wy­cią­gnął ko­mór­kę z kie­sze­ni spodni. W tym mo­men­cie na­praw­dę chcia­łem wy­glą­dać na sku­pio­ne­go na pra­cy przy swo­im lap­to­pie, a nie jak ktoś, kto umie­ra z cie­ka­wo­ści, żeby usły­szeć roz­mo­wę te­le­fo­nicz­ną współ­lo­ka­to­ra.

– Cześć, skar­bie, dla­cze­go wy­szłaś i mnie nie obu­dzi­łaś?… Ach, no prze­stań. Wiesz, że dla cie­bie bym wstał… Prze­pra­szam. Nie po­wi­nie­nem był wy­cho­dzić… Nie, nie po­wi­nie­nem był. My­śla­łem, że śpisz… Chcę, że­byś tu dziś wie­czo­rem wró­ci­ła i pro­szę, za­bierz wresz­cie klucz. Wciąż ci go zo­sta­wiam. Nie lu­bię, kie­dy z nią zo­sta­jesz i le­piej, że­bym się nie do­wie­dział, że wró­ci­łaś do tego cho­ler­ne­go schro­ni­ska… Sam cię tu przy­pro­wa­dzę, je­śli mnie do tego zmu­sisz… Mam dzi­siaj mecz. Chcesz przyjść? Obie­cu­ję, że wró­cę z tobą… Okej, do­brze. Ale wróć. Je­śli mu­sisz od­po­cząć przed ju­trzej­szy­mi za­ję­cia­mi, to przy­pro­wadź tu ten swój sek­sow­ny ty­łek i po­rząd­nie się wy­śpij. Obie­cu­ję dzi­siaj nie śmier­dzieć.

Cage za­śmiał się i za­koń­czył roz­mo­wę.

– Osza­le­ję z tą dziew­czy­ną, przy­się­gam.

Zer­k­ną­łem na nie­go. Na­peł­niał wła­śnie swój ku­bek kawą.

– Wzię­ła so­bie kawę, za­nim wy­szła?

– Taa, wzię­ła.

Przy­tak­nął i oparł się o blat.

– Wy­glą­da­ła na zmę­czo­ną czy ra­czej zmar­twio­ną?

Wy­glą­da­ła na po­ko­na­ną, ale tego nie chcia­łem mu mó­wić. Nie dla­te­go, że się o nie­go mar­twi­łem, ale dla­te­go, że ona nie chcia­ła­by, że­bym dzie­lił się po­dob­ny­mi ob­ser­wa­cja­mi.

– Wy­glą­da­ła okej.

My­śla­mi wró­ci­łem do ich roz­mo­wy te­le­fo­nicz­nej. Cage wspo­mi­nał coś o ja­kimś schro­ni­sku. Wzdry­gną­łem się na myśl o Wil­low śpią­cej w ta­kim miej­scu.

– Co mia­łeś na my­śli, mó­wiąc, żeby nie szła do schro­ni­ska?

Cage za­klął i po­krę­cił gło­wą z dez­apro­ba­tą.

– Ta jej sio­stra jest wred­na jak cho­le­ra. Ge­ne­ral­nie wy­wa­li­ła Low z domu. Na po­cząt­ku nie mia­łem o tym po­ję­cia. Do­pie­ro po ja­kimś cza­sie do­wie­dzia­łem się, że sy­pia w ko­ście­le, któ­ry pro­wa­dzi schro­ni­sko dla bez­dom­nych. By­łem tak ku­rew­sko zły, że mógł­bym za­bić tę babę go­ły­mi rę­ka­mi.

– Więc gdzie te­raz miesz­ka? – prze­czu­wa­łem, że od­po­wiedź wca­le mi się nie spodo­ba, ale po pro­stu mu­sia­łem wie­dzieć.

– Je­śli da­ne­go dnia pil­nu­je sio­strze­ni­cy, sio­stra po­zwa­la jej zo­stać na noc. Resz­tę nocy spę­dza tu­taj. Kil­ka­krot­nie pro­po­no­wa­łem jej po­kój, któ­ry ty te­raz zaj­mu­jesz, ale za­wsze od­ma­wia­ła. Po­wie­dzia­ła, że nie znio­sła­by mo­je­go sty­lu ży­cia tak na co dzień. Nie na­ci­skam na nią tyl­ko dla­te­go, że nie chcę jej stra­cić. Zro­zu­mia­ła­by w koń­cu, ja­kim je­stem tchó­rzem, i ode­szła­by. Po pro­stu nie mogę jej stra­cić.

Gość był nie­źle po­pie­przo­ny. Ja­kim cu­dem wie­rzył w to, że jest za­ko­cha­ny, sko­ro nie po­tra­fił prze­stać bzy­kać wszyst­kie­go, co mia­ło dłu­gie nogi i sztucz­ne cyc­ki i za­opie­ko­wać się Wil­low?

– Ro­zu­miem – od­par­łem, tak na­praw­dę nie ro­zu­mie­jąc tego ani tro­chę.

Za­śmiał się, od­kła­da­jąc ku­bek.

– Wąt­pię, że­byś ro­zu­miał.

Nie od­po­wie­dzia­łem, miał prze­cież ra­cję.

Pu­ka­nie do drzwi mnie za­sko­czy­ło, choć spo­dzie­wa­łem się go już od kil­ku go­dzin. Od­kąd Cage za­po­wie­dział, że koło siód­mej mam się spo­dzie­wać Wil­low, by­łem wy­jąt­ko­wo nie­spo­koj­ny. Te­raz mia­łem ją mieć tyl­ko dla sie­bie. Na­wet wie­dząc, że jest to zu­peł­nie nie­roz­sąd­ne, wy­cze­ki­wa­łem jej z wiel­ką nie­cier­pli­wo­ścią. Fa­scy­no­wa­ła mnie. Drę­czy­ła mnie rów­nież świa­do­mość, że jej wła­sna sio­stra znów wy­rzu­ci­ła ją z domu. Choć dziś prze­cież zaj­mo­wa­ła się jej dziec­kiem.

– Hej, Mar­cus – uśmiech­nę­ła się do mnie, kie­dy otwo­rzy­łem jej drzwi, za­pra­sza­jąc ją do środ­ka.

– Wi­taj.

– Mam na­dzie­ję, że nie za­kłó­cam ci wie­czo­ru. Mo­żesz mnie igno­ro­wać i kon­ty­nu­ować to, co ro­bi­łeś, za­nim przy­szłam. Mogę się na­wet scho­wać w po­ko­ju Cage’a, je­śli po­trze­bu­jesz pry­wat­no­ści czy coś.

Nie ma mowy.

– Nie, hmm, tak wła­ści­wie to przy­da mi się to­wa­rzy­stwo. Pró­bo­wa­łem ja­koś sen­sow­nie usta­wić swo­je kur­sy in­ter­ne­to­we. Po­trze­bu­ję prze­rwy i roz­mo­wy w re­alu. – Uśmiech­nę­ła się pro­mien­nie, aż na jej po­licz­kach znów po­ja­wi­ły się te uro­cze do­łecz­ki.

– Świet­nie! Przy­nio­słam film na DVD, któ­ry ostat­nio wy­po­ży­czy­łam i mam też ja­kieś skład­ni­ki na piz­zę do­mo­wej ro­bo­ty. – W ręce trzy­ma­ła wiel­ką ba­weł­nia­ną tor­bę na za­ku­py. Dru­gą dło­nią na­dal obej­mo­wa­ła rącz­kę zu­ży­tej wa­liz­ki. Ści­snę­ło mnie w żo­łąd­ku na myśl o tym, że nosi tak ze sobą wszyst­kie swo­je rze­czy. I sam fakt, że w tak ma­łej tor­bie trzy­ma cały swój do­by­tek. Nie zmie­ści­ła­by się tam na­wet ko­lek­cja stro­jów ką­pie­lo­wych mo­jej sio­stry.

– Brzmi ide­al­nie.

– Jak so­bie ra­dzisz z kro­je­niem wa­rzyw?

Za­ka­sa­łem rę­ka­wy i osten­ta­cyj­nie na­prę­ży­łem ra­mię.

– Praw­dę mó­wiąc, mam w tym tro­chę do­świad­cze­nia.

Za­śmia­ła się, a ja po­czu­łem się tak, jak­bym miał prze­no­sić góry, a nie kro­ić dla niej ja­rzy­ny.

Po­sze­dłem za nią do kuch­ni i przez chwi­lę mo­głem bez­kar­nie na­pa­wać się jej wi­do­kiem. Dziś nie kry­ła swo­ich zgrab­nych nóg za dżin­sa­mi. Szor­ty w ko­lo­rze kha­ki i czer­wo­na ko­szul­ka pod­kre­śla­ły ko­lor jej kre­mo­wo­brzo­skwi­nio­wej skó­ry. Wło­sy wi­sia­ły luź­no wzdłuż ple­ców. Te je­dwab­ne fale zda­wa­ły się nie­mal nie­re­al­ne.

– Okej, wiem, że w któ­rejś z szu­flad jest cał­kiem do­bry nóż, któ­ry przy­nio­słam tu kil­ka ty­go­dni temu. Ty po­szu­kaj noża i de­ski do kro­je­nia, a ja umy­ję w tym cza­sie wa­rzy­wa.

Wy­ru­szy­łem więc na po­szu­ki­wa­nia, sta­ra­jąc się jed­no­cze­śnie po­zbyć głu­pa­we­go uśmiesz­ku z twa­rzy.

– Ile lat ma two­ja sio­strze­ni­ca? – Dziś by­łem zde­ter­mi­no­wa­ny, żeby do­wie­dzieć się cze­goś wię­cej na jej te­mat. Dziew­czy­na była dla mnie za­gad­ką. Spoj­rza­ła przez ra­mię i uśmiech­nę­ła się do mnie.

– W ze­szłym mie­sią­cu skoń­czy­ła ro­czek.

Otwo­rzy­łem szu­fla­dę i zna­la­złem nóż mię­dzy dwie­ma na­kład­ka­mi ter­mo­izo­la­cyj­ny­mi na na­po­je.

– Mam!

– Och, do­brze. Za­cznij od kro­je­nia grzy­bów – po­wie­dzia­ła, wska­zu­jąc gło­wą na ręcz­nik, na któ­rym le­ża­ły świe­żo umy­te skład­ni­ki na­szej przy­szłej piz­zy.

– Tak jest, psze pani.

– Po­wiedz, jak miesz­ka ci się z Cage’em? To zna­czy, z tego, co wi­dzę, je­ste­ście zu­peł­nie róż­ni.

Co wła­ści­wie mia­ła na my­śli? Nie, że­bym był ura­żo­ny tym, że nie uwa­ża mnie za pod­ry­wa­cza, ale Cage’a ce­ni­ła prze­cież bar­dzo wy­so­ko. A sko­ro je­stem zu­peł­nie inny od nie­go…

– To miły gość. Rzad­ko tu bywa. Dzię­ki temu ła­two mi się sku­pić na kur­sach.

– Cage nie umie zbyt dłu­go usie­dzieć w jed­nym miej­scu. Musi wy­cho­dzić do lu­dzi. Za­wsze taki był. Kie­dy by­li­śmy dzieć­mi, on za­wsze był go­to­wy na nowe przy­go­dy. Wie­czo­ra­mi czę­sto wśli­zgi­wał się do mnie przez okno, bo mama nie wpusz­cza­ła go do domu, je­śli wra­cał zbyt póź­no.

Ni­g­dy nie mo­głem zro­zu­mieć ro­dzi­ców, któ­rzy za­my­ka­li drzwi przed wła­sny­mi dzieć­mi, kie­dy te nie wra­ca­ły do domu o cza­sie. Moi za­wsze cza­to­wa­li przy drzwiach, żeby wle­pić mi karę za spóź­nie­nie.

– Prze­stań się tak krzy­wić – za­śmia­ła się i trą­ci­ła mnie łok­ciem w bok. – Pra­wie wi­dzę two­je my­śli. Je­steś przy­ja­cie­lem Pre­sto­na, więc wiesz, ja­kie miał ży­cie. No cóż, ta­kie jak więk­szość dzie­cia­ków w na­szym są­siedz­twie.

Zmu­si­łem się do uśmie­chu i pró­bo­wa­łem sku­pić na wa­rzy­wach.

– Nie, taa, to zna­czy, wiem.

Nie mia­ło to żad­ne­go sen­su. Wil­low za­śmia­ła się gło­śno i za­czę­ła wy­ra­biać cia­sto na piz­zę. Pra­co­wa­li­śmy w ci­szy – sta­ra­łem się ze wszyst­kich sił skon­cen­tro­wać na po­wie­rzo­nym mi za­da­niu, pod­czas gdy ona zaj­mo­wa­ła się cia­stem. Jej ra­mio­na były szczu­płe, ale mię­śnie, któ­re wi­docz­nie pra­co­wa­ły pod­czas ugnia­ta­nia masy, ro­bi­ły nie­sa­mo­wi­te wra­że­nie. Co jest ze mną nie tak?

– Wró­ci­łeś do domu, bo zmę­czy­ło cię stu­denc­kie ży­cie, czy mia­ła miej­sce ja­kaś wiel­ka zmia­na, któ­ra spo­wo­do­wa­ła zmia­nę lo­ka­li­za­cji?

Nie była pierw­szą oso­bą, któ­ra mnie o to py­ta­ła. Wszy­scy przy­ja­cie­le, któ­rzy wie­dzie­li, jak ko­cha­łem ży­cie w Tu­sca­lo­osie, za­sy­py­wa­li mnie py­ta­nia­mi. Wie­dzie­li też, że po moim ze­szło­rocz­nym wa­ka­cyj­nym związ­ku po­trze­bu­ję od­po­czyn­ku od dziew­czyn. Ale Wil­low była pierw­szą oso­bą, któ­rej chcia­łem po­wie­dzieć praw­dę – nie­ste­ty na to było jesz­cze za wcze­śnie.

– Przy­wio­dły mnie tu spra­wy ro­dzin­ne.

By­łem przy­go­to­wa­ny na ko­lej­ne py­ta­nia – Pre­ston so­bie nie od­pu­ścił – ale ona tyl­ko przy­tak­nę­ła, po czym wzię­ła garść po­kro­jo­nych prze­ze mnie grzy­bów i roz­sy­pa­ła je po piz­zy.

– Ro­dzi­na jak nikt inny po­tra­fi uprzy­krzyć ży­cie, praw­da? – Ton czło­wie­ka prze­gra­ne­go, wy­czu­wal­ny w tych sło­wach, po­ru­szył mnie do głę­bi. Przy­tu­le­nie jej i za­pew­nie­nie, że wszyst­ko bę­dzie do­brze, nie było za­pew­ne naj­lep­szym po­my­słem – tyl­ko bym ją wy­stra­szył. Ogra­ni­czy­łem się więc do przy­tak­nię­cia i się­gną­łem po ce­bu­lę, dba­jąc przy tym o to, by na­sze ra­mio­na się zetknęły.

– To była jed­na z naj­lep­szych pizz w moim ży­ciu – przy­zna­łem po tym, jak już uda­ło nam się do­pro­wa­dzić kuch­nię do względ­ne­go po­rząd­ku.

– Do­bra z nas dru­ży­na – od­par­ła z uśmie­chem, wkła­da­jąc pły­tę DVD do od­twa­rza­cza.

Usia­dłem na krze­śle, zo­sta­wia­jąc jej całą sofę wol­ną. Było na niej wy­star­cza­ją­co dużo miej­sca dla nas oboj­ga, nie chcia­łem jed­nak, żeby czu­ła się nie­swo­jo, sie­dząc obok mnie. Wil­low od­wró­ci­ła się do mnie i po­sła­ła mi krzy­we spoj­rze­nie.

– Ja nie gry­zę, Mar­cu­sie. Mo­żesz usiąść koło mnie na tej wy­god­nej sta­rej ka­na­pie. To krze­sło jest pie­kiel­nie nie­wy­god­ne.

Do­kład­nie ta­kie­go za­pro­sze­nia po­trze­bo­wa­łem. Usa­do­wi­łem się w rogu ka­na­py, wy­cią­ga­jąc nogi przed sie­bie.

– Nie mu­sisz po­wta­rzać. Chcia­łem być miły.

Za­śmia­ła się i wzię­ła koc. Nie za­ję­ła prze­ciw­ne­go rogu, czym nie­co mnie za­sko­czy­ła. Usia­dła obok mnie, ale za­cho­wu­jąc bez­piecz­ną od­le­głość, tak by na­sze cia­ła się nie do­ty­ka­ły, i za­ofe­ro­wa­ła mi koc.

– Chcesz się po­dzie­lić?

– Ja­sne. – Nie było mi ani tro­chę zim­no, ale moż­li­wość le­że­nia pod jed­nym ko­cem z Wil­low nie była czymś, co chciał­bym so­bie od­pu­ścić.

– W po­rząd­ku – oświad­czy­ła, przy­kry­wa­jąc nas obo­je. – Pro­szę bar­dzo.

W ciem­nym po­ko­ju ekran te­le­wi­zo­ra był je­dy­nym źró­dłem świa­tła. Cie­pło jej cia­ła było ta­kie ku­szą­ce. Chcia­łem zbli­żyć się do niej i prze­cze­sać pal­ca­mi jej wło­sy. Od mo­men­tu, kie­dy zo­ba­czy­łem ją wczo­raj za­pła­ka­ną, chcia­łem się prze­ko­nać, czy jej loki były ta­kie mięk­kie, na ja­kie wy­glą­da­ły. Jak­by czy­ta­jąc mi w my­ślach, przy­su­nę­ła się do mnie i po­ło­ży­ła mi gło­wę na ra­mie­niu.

– Mam na­dzie­ję, że nie masz nic prze­ciw­ko, ale lu­bię się przy­tu­lać, oglą­da­jąc film.

Cóż, w tym mo­men­cie pra­wie się za­krztu­si­łem.

– Hmm, nie, nie mam nic prze­ciw­ko.

Ja­koś uda­ło mi się utrzy­mać rękę tam, gdzie była do tej pory – czy­li na opar­ciu sofy – i po­wstrzy­mać się od się­gnię­cia do jej wło­sów.

– Nie martw się, to nie ko­me­dia ro­man­tycz­na. Po­my­śla­łam o to­bie, wy­po­ży­cza­jąc film, a nie wy­glą­dasz mi na ko­goś, kto lubi ten ro­dzaj kina. Wzię­łam więc scien­ce fic­tion.

Obej­rzał­bym na­wet Pa­mięt­nik – któ­re­go ser­decz­nie nie­na­wi­dzę, od­kąd sio­stra zmu­sza­ła mnie do oglą­da­nia go na okrą­gło – kie­dy tak tu­li­ła się do mnie na ka­na­pie.

– Scien­ce fic­tion jest okej – za­pew­ni­łem, wie­dząc, że i tak nie będę w sta­nie sku­pić się na ni­czym oprócz za­pa­chu jej wło­sów, z któ­rych uno­si­ła się de­li­kat­na woń wi­cio­krze­wu.

Rozdział III

Willow

– Low – szep­nął mi do ucha Mar­cus. Wtu­li­łam się moc­niej w źró­dło tego dźwię­ku i wzię­łam głę­bo­ki od­dech. Pach­niał tak do­brze, że chcia­łam wejść w jego ubra­nia. – Low, mu­sisz się obu­dzić – po­wie­dział nie­co gło­śniej. Prze­cią­gnę­łam się i otwo­rzy­łam oczy. Od­cze­ka­łam chwi­lę, żeby przy­zwy­cza­iły się do ciem­no­ści. Pierw­szą rze­czą jaką zo­ba­czy­łam, był bar­dzo wy­raź­nie za­ry­so­wa­ny sze­ścio­pak na brzu­chu Mar­cu­sa Har­dy’ego, wi­docz­ny spod nie­co pod­cią­gnię­tej ciem­nej ko­szul­ki. Po chwi­li do­tar­ło do mnie, że leżę na jego ko­la­nach.

– Prze­pra­szam, że mu­sia­łem cię obu­dzić, ale jest już po dru­giej i po­my­śla­łem, że ze­chcesz pójść do łóż­ka, za­nim wró­ci Cage.

Ści­ska­łam w dło­ni cie­pły ba­weł­nia­ny ma­te­riał jego ko­szul­ki. Ga­pi­łam się na nią przez chwi­lę, a po­tem szyb­ko zwol­ni­łam uścisk. Co, do dia­ska? Chcia­łam go ro­ze­brać we śnie? Boże, mam na­dzie­ję, że nie.

Usia­dłam i ziew­nę­łam.

– Prze­pra­szam, że za­snę­łam – po­wie­dzia­łam, czu­jąc jak twarz za­le­wa mi ru­mie­niec.

Uśmiech­nął się do mnie sze­ro­ko. W jego oczach wi­dać było roz­ba­wie­nie.

– Nie ma za co prze­pra­szać. Nie pa­mię­tam, kie­dy ostat­nio tak miło spę­dzi­łem wie­czór.

Przy­gry­złam war­gę, pró­bu­jąc…

.

.

.

…(fragment)…

Całość dostępna w wersji pełnej