Wybieram siebie, wybieram ciebie - Tomasz Kieres - ebook + audiobook + książka

Wybieram siebie, wybieram ciebie ebook i audiobook

Tomasz Kieres

3,4

Opis

Dwoje obcych ludzi w całkowicie obcym miejscu, każde pozornie szukające czegoś innego. Czy właśnie tam, na końcu świata, znajdą wreszcie swoje miejsce?

Małe miasteczko w okolicach norweskiego Bergen. Niczym koniec świata. Dla jednych wymarzony eden, dla innych miejsce ucieczki, ale dla wszystkich, przynajmniej w zamierzeniu, nowy początek. Sara całe swoje dorosłe życie poświęciła dla innych. Teraz chce zacząć od nowa, po swojemu, tylko do końca nie wie, co to „po swojemu” miałoby znaczyć.

Jedno wie na pewno, nie potrzebuje nikogo innego, przynajmniej dopóki nie odnajdzie siebie. Maks spełnił swoje marzenie o małym domku na końcu świata. Tylko jest jedno ale, to marzenie nie zakładało, że będzie w tym raju sam. Przypadkiem drogi tych dwojga się przecinają.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 444

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 12 godz. 13 min

Lektor: Konrad Biel

Oceny
3,4 (30 ocen)
8
8
5
7
2
Sortuj według:
Alicja_al
(edytowany)

Z braku laku…

Nie polecam, za długie opisy, wywody przemyślenia, zupełnie zbędne. Niewątpliwie autor ma wielki talent pisarski ale ..... czytanie tej pozycji mnie zmęczyło.
20
aneta42

Z braku laku…

strasznie wolno rozwijała się akcja, autor mógł skrócić książę o kilkadziesiąt stron
00
letza

Nie oderwiesz się od lektury

Intymna - takie mam skojarzenie i bardzo mi się podobała. Ta intymność jest w każdym zdaniu i jeżeli masz ochotę na spokojne prześledzenie emocji i rozterek głównych bohaterów - to jest właśnie ta książka :)
00

Popularność




 

 

 

 

 

 

 

 

ROZDZIAŁ 1

 

 

 

Maks zaklął pod nosem.

Już kolejny raz mu się to zdarzyło i do tej pory powinien stać się bardziej przewidujący. Na swoje usprawiedliwienie mógł powiedzieć, że nie spodziewał się, że jego zamówienie z poniedziałku będzie do odebrania raptem po trzech dniach. Zazwyczaj realizacja jego zlecenia trwała około tygodnia, niezależnie, czy były to książki, komiksy, czy płyty. Najszybciej docierały wydania anglojęzyczne, zwłaszcza jeśli mieli je na stanie w oddalonym o około pięćdziesiąt kilometrów Bergen, największym mieście tego regionu Norwegii.

Co prawda mógł sam tam pojechać samochodem, ale od kiedy ponad dwa miesiące temu zawitał do tego małego miasteczka, jego dziesięcioletnie volvo nawet raz nie zostało ruszone z miejsca. Wszędzie przemieszczał się na piechotę. Oczywiście „wszędzie” brzmiało bardzo dumnie, a sprowadzało się do wycieczek do miasteczka po zakupy spożywcze i ewentualne odebranie paczki w miejscowej małej księgarni oraz do samotnych spacerów po okolicznych terenach.

Domek, który Maks wynajmował, znajdował się około trzech kilometrów od centrum miasteczka i była to odległość jego zdaniem idealna. Jeśli czegoś potrzebował, udawał się na sześciokilometrowy spacer. Naturalnie, przy zbyt dużych zakupach, a jeszcze tak jak w dzisiejszym przypadku, kiedy do nich doszła niemała przesyłka, zdecydowanie miał co nieść.

Równie często zdarzało się, tak jak dzisiaj, że do miasteczka zachodził całkiem przypadkiem, bez jakiegoś wcześniejszego planu. Po prostu nogi podczas spaceru zanosiły go w pobliże. Wtedy uznawał, że może kupi coś do jedzenia.

I właśnie teraz klął pod nosem, dźwigając w jednej dłoni torbę z zakupami, a pod drugą pachą spory karton z zamówieniem wypełnionym komiksami w twardej oprawie. Zawsze starał się pamiętać, aby brać ze sobą przynajmniej plecak. Kiedy jednak już wychodził z domu i nawet udawało mu się o nim pamiętać, zawsze cofał rękę. Tłumaczył sobie, że przecież idzie tylko się przejść i nie planuje wizyt w żadnych sklepach, a jeśli już, to da sobie radę bez plecaka. Koniec był zawsze taki sam.

Taki jak dzisiaj. Szedł owiewany mroźnym wiatrem od Morza Północnego. Choć nigdy nie był pewien, czy w tym miejscu nie znajduje się już Morze Norweskie. To mu nigdy nie dawało spokoju. Mimo chłodu, który za sobą niósł powiew, Maks czuł pot płynący po plecach, a ciężar pakunków dawał mu się we znaki.

Jeśli to miał być jego nowy start, nowy początek, czy jakkolwiek by tego nie nazwał, to zerwanie z planowaniem i próbami kontrolowania rzeczywistości było pierwszym krokiem. Inna sprawa, że dyscyplina, z którą starał się podchodzić do wszystkiego, pozwoliła mu stać się tym, kim był dzisiaj.

Tylko kim był?

To pytanie zadał sobie głośno, stawiając sprawunki na podłodze domku.

Rozejrzał się po około siedemdziesięciometrowym wnętrzu.

Czyż to właśnie nie był cel wszystkiego? Jego drogi?

Ciekawe tylko, dlaczego tego nie czuł.

 

 

***

 

 

Sara przeciągnęła się na łóżku i spojrzała na stojący na szafce zegarek. Dokładnie za minutę powinien włączyć się alarm, oznajmiając godzinę ósmą. Szczerze mówiąc, to nie pamiętała, kiedy ostatni raz słyszała jego sygnał. Zawsze budziła się tuż przed nim, jakby wiedziała, że za chwilę zadzwoni, że za chwilę postawi ją na baczność. Przez całe lata „na baczność” nie miało swojej pory, mogło się zdarzyć w każdej chwili i przybrać każdą możliwą postać. Od krzyku z jej imieniem w roli głównej po zapach spalenizny z kuchni, gdy niewyłączony gaz mógł wywołać pożar, a ona była pierwszą i ostatnią deską ratunku i strażniczką w jednym.

Po krótkiej wizycie w łazience Sara sięgnęła po mocno niedojrzałego banana w zielonej skórce i szybko go pochłonęła. Takie lubiła najbardziej, jeszcze gorzkie, zanim dojrzałość przyniesie charakterystyczną słodycz. Podeszła do stolika, na którym stał jej laptop i podłączona do niego drukarka. Przez chwilę walczyła z pokusą, aby go włączyć i sprawdzić pocztę.

Zamiast tego skierowała kroki po strój do biegania. Komputer włączy, gdy wróci. Na spokojnie. Niczego by w tej chwili nie przyspieszyła, a jeszcze mogłoby dojść do tego, że podczas biegu myślałaby o pracy. Czasy, kiedy jej laptop był włączony praktycznie przez całą dobę, były już za nią. Nie wynikało to co prawda z jakiegoś pracoholizmu, a bardziej z faktu, iż nie była do końca panią samej siebie, a pracowała, kiedy tylko mogła, kiedy złapała chwilę i rzadko na spokojnie i w pełnym skupieniu.

Teraz wreszcie mogła nadać swojemu życiu jakieś konkretne ramy. Wprowadzić porządek do chaosu, jakim była jej egzystencja. I ten porządek dawał jej wytchnienie, poczucie, że po raz pierwszy to ona decydowała o sobie.

Kilka minut później była gotowa do wyjścia. Jeszcze raz sprawdziła czas. Dokładnie o dziesiątej rozpocznie się jej pięciogodzinny dzień pracy. Ani krótszy, ani dłuższy, dokładnie taki.

 

 

***

 

 

Maks popatrzył na otwarty plik w Wordzie. Od kilku dni podchodził do niego, starając się wykrzesać z siebie jakieś słowa. Kiedy jednak tylko siadał przed komputerem, jego myśli odpływały. Niby wiedział, co ma pisać. Początek miał nawet dokładnie przemyślany, właściwie dosyć dobrze ułożony w głowie, a jednocześnie nie był w stanie ubrać tego w słowa. Nie mógł wybić ich na klawiaturze, aby zmaterializowały się przed jego oczami.

Można by pomyśleć, że odkąd znalazł się w tym kraju, w tej swojej ziemi obiecanej, to przyjął ten spokój miejscowych, ten brak pośpiechu, to slow life, o którym tyle słyszał, a jednocześnie nigdy nie zaszczepił na własny grunt. Tylko że to nie było to. To nie był relaks ani tym bardziej spokój ducha, który ten relaks powinien zapewnić.

Niby miał wreszcie to, czego zawsze pragnął. Nikt nic od niego nie chciał. Teoretycznie mógł nic nie robić albo raczej robić to, na co nigdy nie starczało mu czasu. Czytać książki, oglądać ukochane filmy czy cokolwiek by mu się w danej chwili zachciało. Wszystko zależało tylko i wyłącznie od niego.

To w czym był problem?

Oczywiście w tym nierobieniu niczego. To jednak była lekka przesada. Nie mógł nic nie robić. W końcu wybrał sobie chyba najdroższy kraj do życia, a jego portfel z pewnością nie był bez dna.

Osiem lat wcześniej zdecydował się na zrobienie czegoś więcej w swoim życiu. Bez żadnego przygotowania, bez wcześniejszego planu, prawie dosłownie pod wpływem chwili usiadł i zaczął pisać. Oczywiście można się było spierać, czy do tamtego momentu nie prowadziły całe lata rozmyślań właśnie o tym. Może niekoniecznie o pisaniu, ale o czymś innym niż jego codzienna praca. I w końcu przyszedł ten czas, kiedy rozmyślania i wypowiadane raczej żartobliwie słowa zamienił w czyny.

Punktem zwrotnym był urlop. On, jego żona i dwie córki. Po raz pierwszy zamiast udać się gdzieś na południe postanowili wsiąść do samochodu i pojechać na północ. Przez Niemcy do Danii, a stamtąd do Szwecji i Norwegii. Miłośnicy ciepła, którymi byli do tej pory, pokochali chłód północy. Ten spokój, wyciszenie i te bezkresne puste tereny. Była to tak wielka odmiana od ich codziennej pogoni, że gdy wrócili do domu, długo nie mogli dojść do siebie. Mało tego, zaczęli snuć marzenia o własnym domku gdzieś tam w Szwecji albo w Norwegii. Z dala od wiecznego wyścigu z czasem, którego nie byli w stanie wygrać. Codzienne obowiązki, praca, dziewczynki – wszystko to nie pozostawiało wiele pola manewru. Mimo że uważali się za bardzo dobrze zorganizowanych, tego najważniejszego czasu dla siebie wciąż było zbyt mało.

Niecały tydzień po powrocie, który to przechodzili jak zombie, usiadł do pisania. Może nie był to najlepszy sposób na szybki zastrzyk gotówki, ale przynajmniej dawał poczucie, że coś zaczął robić. Może ten domek na północy nie był czymś realnym, ale stał się dla nich symbolem, do którego chcieli zmierzać. Symbolem zwolnienia, spokoju, czasu, którego w końcu mieliby mieć wystarczająco.

Coś, co miało być początkowo zbiorem opowiadań, zamieniło się w powieść. Może nie najdłuższą na świecie, ale w powieść. Z początkiem, rozwinięciem i końcem. Potem siłą rozpędu napisał jeszcze dwie. Wtedy nastąpiło zderzenie ze ścianą. Okazało się, że cały świat nie czekał na jego twórczość. Co prawda wydał swoją pierwszą książkę, ale sposób, w jaki to się odbyło, pozostawiał wiele do życzenia. Vanity publishing nie było drogą, którą chciał podążać. Zrezygnował z wydawania kolejnych tym samym sposobem. W międzyczasie napisał jeszcze jedną, która „leżała” na twardym dysku przez kilka miesięcy, bo nie był w stanie zebrać się do napisania wymaganego przez wydawnictwa streszczenia.

Wreszcie pewnego dnia się przemógł i napisał ten przeklęty skrót. W końcu nie było sensu, aby skończona książka leżała bezużytecznie. Kiedy rozesłał ją, nie robił sobie specjalnych nadziei. Tym większe było jego zaskoczenie, kiedy dwa dni później otrzymał odpowiedź. Jego pierwszą myślą, kiedy sprawdził pocztę w telefonie, było, że jeszcze nikt tak szybko nie odrzucił jego książki. Kiedy jednak przeczytał całą wiadomość, dotarło do niego, że wydawnictwo chce wydać jego tekst i podpisać umowę na następne, które dopiero napisze. Nie posiadał się ze szczęścia.

To był dopiero początek drogi, ale rękawica została rzucona, a on musiał ją podjąć. W końcu do tego zmierzał. Oni do tego zmierzali. Nie stał się królem list bestsellerów, ale powoli i systematycznie budował swoją pozycję, z każdą książką poszerzając krąg czytelników i zbliżając ich tym sposobem do domku na północy.

To wszystko wymagało jednak jeszcze większej mobilizacji. Praca, dom i codzienna koncentracja na tym, aby ani córki, ani ich małżeństwo nie ucierpiały. W związku z czym na pisanie zostawało zawsze kilka godzin późno wieczorem, przed krótką drzemką przed pracą.

Żelazna dyscyplina pozwoliła mu przemierzyć tę drogę. Tym sposobem doszedł, a właściwie dojechał, do swojego domku. Klucz tkwił w słowie „swojego”, a nie „ich”. Prawdopodobnie nigdy nie miał być wspólny, ale o tym się przekonali, kiedy ten był już w zasięgu ręki.

Maks powoli wstał od stołu, zamykając przy tym laptop. Mógł oczywiście zostawić włączony ekran, ale z krótkiego doświadczenia wiedział, że nic tego dnia nie napisze. Jeszcze w domu było to coś nie do pomyślenia. Swoje codzienne minimum musiał zawsze wyrobić. Choćby się waliło i paliło, musiał stawiać krok po kroku. Książki same się nie napiszą, zwykł powtarzać, kiedy żona w środku nocy wołała go, aby się położył, bo przecież zaraz będzie musiał wstać.

Tego minimum nie wyrobił od ponad dwóch miesięcy. Na swoją obronę mógł powiedzieć, że zaraz po przyjeździe do Norwegii wysłał do wydawnictwa ostatni skończony tekst, napisany chyba w najbardziej burzliwym okresie jego życia. Teraz teoretycznie należał mu się odpoczynek. Zawsze po każdej napisanej książce planował mieć przynajmniej kilka tygodni oddechu. Naturalnie nic z tego nie wychodziło.

To była kolejna rzecz, którą odkładał na później.

W domku sobie odetchnę, mówił. I teraz oddychał. Tak samo jak się relaksował. Delikatnie mówiąc, kiepsko.

Rzucił okiem na leżące na ławie koło sofy trzy rozpoczęte książki z całej listy pozycji do nadrobienia. Trudno było jednoznacznie stwierdzić, czy były mało wciągające, czy po prostu nie mógł się na nich skupić.

Nagle założył kurtkę i buty i wyszedł z domu.

Chyba był najwyższy czas zakończyć ten relaks.

 

 

***

 

 

Sara kliknęła „wyślij” i zamknęła pocztę, po czym wyłączyła komputer. Ze zleceniami była bardziej niż na bieżąco. Do piętnastej pozostało jeszcze dziesięć minut, w związku z czym sięgnęła jeszcze po notatnik i zrobiła szybki plan z zadaniami do wykonania, pisząc przy każdym punkcie termin wymagalności. Nigdy oczywiście nie robiła niczego na ostatnią chwilę, ale chciała mieć dokładny ogląd sytuacji.

Pracy jej nie brakowało i na szczęście nowe zlecenia cały czas nadchodziły, a jej stali klienci polecali ją kolejnym. Odległość paru tysięcy kilometrów od kraju najwyraźniej nikomu w niczym nie przeszkadzała, dopóki praca była wykonana jak trzeba. A tego akurat nigdy nie zawaliła, nawet w najgorszym okresie swojego życia, kiedy terminy się nawarstwiały, a ona nie mogła znaleźć chwili, aby się skupić na pracy.

Do tej pory zadawała sobie pytanie, jak jej się to wszystko wtedy udawało, kiedy większość czynności wykonywała automatycznie, a jej uwaga i myśli były cały czas przy mamie. Na szczęście to, że mogła pracować w domu, wiele ułatwiało, ale tak naprawdę niczego nie rozwiązywało.

Sara potrząsnęła odruchowo głową, jakby to mogło przegonić wspomnienia. Ostatecznie niczego nigdy nie zawaliła i dzięki temu wtedy miały za co żyć oraz teraz mogła sobie zniknąć na tym końcu świata. Dla kogoś, kto mieszkał całe życie w centrum europejskiej stolicy, małe miasteczko w Norwegii, nawet jeśli znajdowało się niedaleko stolicy krainy fiordów, w dalszym ciągu było, można powiedzieć, ostatnią granicą. W końcu na mapie wyżej były tylko Islandia i Grenlandia.

Sara odsunęła notatnik i zamknęła komputer. Wstała od biurka i ruszyła do kuchni, gdzie czekała na nią przygotowana wcześniej sałatka. Kolejna czynność wykonywana codziennie mniej więcej o tej samej porze. Czasami zastanawiała się, czy nie ma nerwicy natręctw. Jednakże ten porządek nie był dla niej powodem stresów. Wręcz przeciwnie, dawał jej spokój i relaks, wszystko było na swoim miejscu i miało swój czas. Chaos poprzedniego życia i jego całkowita nieprzewidywalność nie miały nic wspólnego z szaloną spontanicznością, a więcej z nieustannym oczekiwaniem, co złego teraz się wydarzy. Nieliczne zaś chwile wytchnienia przygotowywały na kolejny „wybuch”.

Może dla osoby postronnej w jej życiu wiało nudą. Wcześniej z pewnością tak nie było, ale za nic w świecie nie chciałaby cofnąć czasu. Oczywiście pewne rzeczy może i można byłoby zmienić, ale czy w tamtych momentach postąpiłaby inaczej? Pewnych wyborów żałowała, ale to teraz, gdy patrzyła z dystansu. Wtedy wybierała to, co było najlepsze. Dla innych.

Teraz żyła swoim spokojnym, najnudniejszym z możliwych żyć i była szczęśliwa. Ponieważ skoro czuła spokój i potrafiła uśmiechnąć się do swojego odbicia w lustrze, nie na siłę jak w coachowym podręczniku, tylko tak po prostu na widok siebie samej, to chyba było to szczęście.

Czy w końcu nie od tego należy zawsze zacząć? Właśnie od polubienia siebie?

Może i trochę czasu jej to zajęło, ale w końcu tu się znalazła.

Szybko pozmywała po jedzeniu. Następnie sięgnęła po książkę i schowała ją do torebki. Jeszcze lekki płaszcz, buty i była gotowa.

Kolejny punkt, bezwzględnie jeden z jej ulubionych. Najpierw spacer. Bez względu na pogodę przemierzała miasteczko wzdłuż i wszerz. Minęło kilkanaście miesięcy, odkąd się tutaj osiedliła, i wciąż to się jej nie znudziło. Mało tego, można było śmiało stwierdzić, że jej spacery już zdążyły się wpisać w krajobraz tego miejsca. Podobnie jak jej krótkie rozmowy z napotkanymi „znajomymi”. Nie było to nigdy nic wielkiego, ot, krótkie kilka zdań o pogodzie i o mijającym dniu. To ona, ku zaskoczeniu miejscowych, jak również siebie samej, była zazwyczaj stroną inicjującą. Tłumaczyła sobie, że chodzi o uczenie się języka, ale było w tym również coś innego. Coś podobnego do tego, co czuła, kiedy już kończyła spacer i siadała w małej kawiarence, której okna wychodziły na Morze Północne. A może już Norweskie? Mimo że informacje w internecie wskazywały jednak na Północne, to ona lubiła myśleć, że jest gdzieś na granicy światów.

Taka odrobina fantazji w jej poukładanym życiu.

W kawiarence miała swoje stałe miejsce. W rogu, przy oknie, takie trochę oddalone od innych. Kiedy zaczęła tu przychodzić, miała szczęście i przez kilka pierwszych dni stolik był wolny. Niestety w pierwszą sobotę szczęśliwa passa się skończyła i prawdę mówiąc, trudno było jej ukryć zawód. Może coś z tymi natręctwami było na rzeczy. W każdym razie ten fakt nie umknął Marit, właścicielce i kelnerce w jednym, i kiedy Sara w niedzielę pełna obaw przekroczyła ponownie próg kawiarni, na stoliku powitała ją karteczka ze znajomo brzmiącym napisem reservasjon. Zanim jednak zdążyła poczuć ponowne rozczarowanie, Marit już stała obok niej, mówiąc, że to dla niej. Zapytała też, czy ma zamiar ich odwiedzać tak często jak w ostatnich dniach. Kiedy Sara zaskoczona tym przyjęciem zapewniła, że tak, kobieta odpowiedziała, że w takim razie stolik będzie na nią czekał codziennie.

Sara mogła śmiało stwierdzić, że Marit była dla niej kimś najbardziej przypominającym przyjaciółkę. Może bardziej koleżankę, ale ona gdzieś wewnętrznie czuła, że gdyby nagle znalazła się w potrzebie, Marit byłaby pierwszą osobą, do której by się zwróciła i z pewnością mogłaby na nią liczyć.

Było to o tyle dziwne, że nie mogła z całą stanowczością stwierdzić, żeby przez miniony czas się poznały, a raczej żeby Marit dowiedziała się dużo o niej. Ona sama sporo wiedziała o tej kobiecie, szczęśliwej matce dwóch chłopców, a właściwie młodych mężczyzn, która wspólnie z mężem Magnusem prowadziła kawiarnię. Owszem, rozmawiały o pracy, o książkach, o filmach, ale opowieściami o życiu przed Norwegią Sara nie była specjalnie skłonna się dzielić. I Marit to świetnie rozumiała. Może właśnie dlatego tak doskonale się dogadywały, ponieważ kobieta wiedziała, że Sara znalazła się w tym miejscu, ponieważ potrzebowała własnej przestrzeni, tylko i wyłącznie dla siebie, a jeśli będzie gotowa kogoś do niej wpuścić, to zrobi to na własnych warunkach.

Dlatego właśnie Sara tak bardzo lubiła to miejsce i ten „swój” stolik. Siedziała między ludźmi, choć tych było niewielu. Miała ich na wyciągnięcie ręki, a jednocześnie nie czuła się przytłoczona. W końcu to była jej przestrzeń na oddech.

Czy kiedy zdawała maturę, tak sobie wyobrażała siebie za prawie dwadzieścia lat? Podstawowe pytanie na każdej rozmowie kwalifikacyjnej. Oczywiście, że nie. Jej plany były zupełnie inne. Czy byłaby szczęśliwsza, gdyby się zrealizowały? Na to pytanie nie potrafiła odpowiedzieć. To byłoby tylko gdybanie, a wnioski mogłyby być niewesołe.

Uśmiechnęła się do swojego odbicia w lustrze drzwi wejściowych do kawiarni.

Teraz jestem tutaj, stwierdziła pod nosem, i tutaj jest dobrze.

 

 

***

 

 

Maks stanął na rynku i rozejrzał się dookoła. Zdążył być tutaj już parę razy, ale nigdy wcześniej nie przykładał specjalnej wagi do tego, co i gdzie się znajduje. Wiedział, gdzie jest spożywczy i gdzie księgarnia, w której mógł odbierać zamówienia, i to do tej pory mu w zupełności wystarczało. Jadł w domu, a innych potrzeb chwilowo nie zdążył mieć. Do dzisiaj.

Jeszcze raz rzucił okiem na otaczające go budynki i uznał, że nic, czego by potrzebował, tutaj nie znajdzie. W związku z tym ruszył powoli ulicą prowadzącą na wybrzeże. Było to śmiałe stwierdzenie, gdyż odkąd się tu znalazł, miał wrażenie, że całe miasteczko było wybrzeżem. Położone na jednej z wielu większych wysp, połączonych ze sobą mostami, praktycznie z każdej strony otoczone było wodą. Jej szum nie odstępował go nawet na chwilę, niezależnie, w którym miejscu się znajdował.

Kiedy znalazł się już na uliczce prowadzącej na lokalne molo, dostrzegł wreszcie to, czego szukał. Małą kawiarenkę, w której chciał się napić kawy. Nie był nigdy specjalnym smakoszem tego napoju, a już z pewnością nie stosował jej jako swego rodzaju przebudzacza. Był to raczej dodatek do tak zwanej chwili relaksu. Nic dziwnego, że nigdy się nie przyjęła.

Teraz był jednak nowy on i mimo że przez ostatnie dwa miesiące nie mógł być dalej od stanu relaksu niż kiedykolwiek wcześniej, postanowił spróbować tej jednej rzeczy, która z tym mu się przynajmniej kojarzyła. Fakt, że nagle zaczął się dusić w swoim wymarzonym domku, wolał w tej chwili pominąć.

Odruchowo potarł dłonią głowę, jakby chciał okiełznać niesforną i rozwianą wiatrem czuprynę. Było to o tyle ciekawe, że na ostrzyżonej na jeża głowie żadnej czupryny nie było. Chyba zdał sobie sprawę z tego, co robi, ponieważ szybko opuścił rękę. Powinien raczej zadbać o brodę, która od wielu miesięcy rosła w sposób niekontrolowany, na dodatek tak intensywnie, jakby chciała zrekompensować brak włosów wyżej. Jego strój również pozostawiał wiele do życzenia, ale w końcu był w Skandynawii, w miejscu, gdzie, jak zawsze słyszał, zwracanie uwagi na wygląd zewnętrzny drugiego człowieka było raczej niespotykane, o jego ocenianiu nie wspominając.

Jeśli teraz miał się przejmować tym, że jego strój może być nieodpowiedni, to o jakimkolwiek relaksie mógł już zapomnieć. Nie zwlekając ani chwili dłużej, pchnął drzwi i wszedł do środka.

– Hello – powiedział do blondynki stojącej za barem.

Ta odpowiedziała mu z uśmiechem i lekkim skinieniem głowy.

Rozejrzał się po wnętrzu. Lokal nie był specjalnie mały, ale miał w sobie taką przytulność i ciepło, że od razu chciało się w nim zostać. Nic dziwnego, że właściwie wszystkie stoliki były zajęte. No prawie wszystkie.

Maks dostrzegł jeden wolny. Było to o tyle zaskakujące, że sprawiał wrażenie najatrakcyjniejszego w całej kawiarni. Nie dość, że stał przy oknie, to jeszcze był taki jakby oddalony od innych. Po prostu idealny. Nie namyślając się, ruszył w jego kierunku.

Już miał usiąść, kiedy zobaczył leżącą na stoliku książkę. Była po norwesku i leżała przy samej krawędzi. Wydawało się, że jeszcze centymetr i spadnie na podłogę. Maks podniósł wzrok i rozejrzał się dookoła. Wszyscy goście wydawali się zajęci sobą, natomiast kobieta stojąca za barem gdzieś zniknęła.

Najprawdopodobniej ktoś tę książkę zostawił, przeszło mu przez głowę i usiadł przy stoliku. Rzeczywiście widok był z tego miejsca piękny. Morze wydawało się na wyciągnięcie ręki. Na chwilę zamknął oczy i wziął głęboki oddech. Wyglądało to, jakby chciał zaczarować rzeczywistość, żeby wreszcie ten upragniony spokój przyszedł do niego. Niby nie miał żadnych zmartwień i spokój powinien stać się jego normalnym stanem. To był dopiero żart.

 

 

***

 

 

Sara umyła ręce i wytarła je papierowym ręcznikiem. Marit już powinna zdążyć przygotować gorącą herbatę. Gdy zaczęła tutaj przychodzić, zamawiała tylko kawę. Siadała sobie z nią przy stoliku i zanurzała się w lekturze, od czasu do czasu kojąc wzrok widokiem morskich fal. Kiedy jednak Marit zaczęła rezerwować dla niej stolik, jej wizyty zaczęły przeciągać się nawet do dwóch godzin. Był to chyba jedyny czas, który traktowała z pewną elastycznością. W granicach rozsądku, oczywiście. W każdym razie uznała, że wręcz nie wypada zajmować stolika, do tego najlepszego, przez tyle czasu i ograniczać swoje zamówienie do jednej kawy.

Naturalnie dodatkowa herbata szału nie robiła, ale było to zawsze coś więcej, a z czasem, kiedy już jej codzienne treningi przyniosły oczekiwane rezultaty, zaczęła pozwalać sobie na coś słodkiego. I mimo że Marit już dawno zapewniła ją, że może siedzieć, ile chce i choćby o szklance wody, to Sara i tak miała poczucie, że robi trochę za mało. Takie poczucie miała przez całe życie i mimo że w miarę skutecznie z tym walczyła, nie było to dla niej nic nowego.

Najpierw więc gorąca herbata, a później coś słodkiego do kawy. Książka była wciągająca, jak zwykle zresztą, gdy chodziło o skarb narodowy jej gospodarzy, czyli o Jo Nesbø. Był to natomiast pierwszy raz, kiedy czytała go w oryginale, i musiała przyznać, że było to wyzwanie, z którym radziła sobie lepiej, niż wcześniej przypuszczała, że będzie. Codzienna nauka, przypadkowe rozmowy czy codzienne oglądanie filmów z norweskimi napisami przynosiły efekty. Akurat do języków zawsze miała dryg, o czym mogła się teraz przekonać.

Sara wyszła z toalety i spojrzała w stronę baru. W tym momencie Marit wzięła kubek z herbatą i ruszyła w kierunku zajmowanego przez nią stolika.

– Dziękuję, Marit – powiedziała Sara po norwesku. – Sama wezmę.

Dopiero w tym momencie kobieta dostrzegła swoją polską koleżankę i wskazała wzrokiem jej miejsce.

– Ale ktoś usiadł przy twoim stoliku. Musiał mi umknąć ten moment. Zaraz to załatwię.

– Nie trzeba – odpowiedziała Sara. – Sama to zrobię.

W końcu nie była dzieckiem, a kwestie asertywności były na liście tych, które postanowiła zdecydowanie wprowadzić do swojego życia. Jakby się zastanowić, to tych nowości było całkiem sporo, no ale jeśli gruba kreska, to gruba kreska.

Spojrzała na mężczyznę, który zajął jej miejsce. Mimo że był wpatrzony w widok za oknem, widziała go dokładnie. Trudno było określić jego wiek, ale raczej młodszy od niej nie był. Musiał być już dobrze po czterdziestce. Gęsta i zwichrzona broda nie ułatwiała tej oceny. Mężczyzna chyba niespecjalnie dbał o wygląd, ponieważ ubrany był w szare i dosyć luźne spodnie od dresu oraz czarną bluzę z kapturem, na którą narzucona była jeszcze czarna kurtka, której najwyraźniej nie zdążył zdjąć. Wyglądu dopełniała ostrzyżona na jeża głowa oraz okulary. Może nie było to najlepsze skojarzenie, ale mężczyzna przypominał jej jednego z meneli wiecznie wystających pod osiedlowym sklepem niedaleko jej mieszkania. Wiecznie w dresach, które dawno już zapomniały, że oryginalnie były szare, i w czarnej bluzie. Tamten, o ile dobrze pamiętała, nie nosił okularów, ale z drugiej strony przecież parę lat minęło. Na obronę mężczyzny przy stoliku musiała stwierdzić, że przynajmniej wyglądał na czystego.

Przez moment pomyślała, że gdy tylko podejdzie do stolika, to nieznajomy się poderwie i podobnie jak ten pijaczek z Warszawy tym swoim nie do końca trzeźwym, sepleniącym głosem, powie swój stały tekst, którym ją zawsze witał:

– Uszanowanie pięknej pani.

Te słowa dźwięczały jej w głowie do dziś. Mimo że wydawały się szczere, a człowiek mimo swojego wyglądu i otaczającej go scenerii zawsze sprawiał miłe wrażenie, ona doszukiwała się w nich kpiny lub przynajmniej żartu. Pewne było jedno: ani nie była piękna, ani tym bardziej się taka nie czuła. Z dużą nadwagą i wiecznymi odrostami, owszem. Zainteresowania, jakiego mogłaby chcieć kobieta, z pewnością nie wzbudzała. Odruchowo zlustrowała siebie wzrokiem.

Chyba za długo stała z tym kubkiem w ręku, gdyż kiedy zerknęła na Marit, ta przyglądała się jej uważnie.

– Wszystko w porządku – powiedziała, chociaż nie była do końca pewna, kogo chciała uspokoić.

Ruszyła w końcu przed siebie. Przecież przyszła tutaj na swój codzienny relaks z książką.

Maks opadł na oparcie fotela i patrząc przed siebie, zaczął odliczać w myślach od jednego do dziesięciu i z powrotem. Nie miał jakiejś swojej mantry. Po prostu uznał w tym momencie, że to skupi jego wiecznie pędzące myśli na tych kilku liczbach. I może wtedy chociaż na chwilę znajdzie ten upragniony spokój.

Nie było mu dane jednak długo „nacieszyć” się tą chwilą, gdyż jego nieudolną wyliczankę przerwał kobiecy głos.

Podniósł gwałtownie głowę i zobaczył stojącą obok blondynkę, która coś do niego mówiła po norwesku. W pierwszej chwili pomyślał, że może to kelnerka, ale kobieta trzymała w ręku kubek, który z pewnością nie był dla niego. Co prawda mogła go przy okazji nieść innemu z gości, ale coś w jej tonie, a może spojrzeniu, powiedziało mu, że nie chodziło o przyjęcie zamówienia.

Zanim zdążył się odezwać, kobieta powtórzyła swoje słowa.

– Przepraszam, ale nie mówię po norwesku – odpowiedział po chwili po angielsku.

Kobieta jakby przez chwilę zastanawiała się, co ma powiedzieć.

– Chciałam powiedzieć, że ten stolik jest zajęty – odezwała się również po angielsku.

Maks odniósł wrażenie, że angielski w ustach kobiety brzmiał o wiele naturalniej niż norweski.

– Nie zauważyłem żadnej informacji – powiedział dosyć szorstko.

Nawet nie wiedział, dlaczego tak zrobił. Kobieta miała poważną minę, ale z pewnością nie patrzyła na niego z wrogością. Czyżby już zdążył zdziczeć w tej swojej „pustelni”? A może wynikało to z faktu, że pierwszy raz zdecydował się ją opuścić i znaleźć parę sekund spokoju? Z tym spokojem to jednak trochę zaszarżował, wiedział, że w środku kryje się ten wiecznie podenerwowany on.

Ton mężczyzny trochę zaskoczył Sarę. Nie żeby czegoś takiego nigdy nie poznała, ale odkąd tutaj przyjechała, spotykała się raczej z życzliwością i kulturą. Bardziej spodziewała się uśmiechu i ustąpienia miejsca. Kiedy jednak mężczyzna odezwał się po angielsku, stereotypowe myślenie szybko się zagnieździło w głowie. Jeszcze brakowało, żeby spotkała rodaka.

– Ponieważ przed chwilą ją zdjęłam – powiedziała najspokojniej, jak potrafiła, natomiast nie była pewna, jak jej to wyszło. – O, książkę zostawiłam – dodała szybko z wyraźnym uczuciem ulgi, że może udowodnić, że jednak była tutaj pierwsza.

Maks skierował wzrok na książkę. To by było na tyle, jeśli chodziło o dzisiejszy relaks. Trudno mu było ukryć rozczarowanie, ale zdawał sobie sprawę, że jego problemy sięgały o wiele dalej i głębiej i na pewno ten stolik nie był kluczem do ich rozwiązania. Ta kobieta również nie stanowiła jakiejś przeszkody ani tym bardziej nie była niczemu winna. Zresztą jeszcze chwila i zacznie wzbudzać niepotrzebne zainteresowanie.

– Oczywiście, przepraszam, myślałem, że ktoś wcześniej zapomniał książki – powiedział i się podniósł.

Przez moment wyglądał na tak zagubionego, że Sarze zrobiło się go żal i poczuła się winna, że tak bezceremonialnie go przegoniła.

Maks kiwnął jeszcze głową do kobiety, uśmiechając się przy tym przepraszająco i skierował się w stronę baru. Przez chwilę zastanawiał się, czy powinien usiąść na jednym ze stołków i zamówić kawę, ale już ta chwila, którą chciał złapać, zdążyła minąć. Zresztą jak na niego, te parę minut w fotelu to i tak było dużo.

– Czy mogę pomóc?

Głos kobiety za barem wyrwał go z zamyślenia. Ta od razu użyła angielskiego. Nie wiedział, czy słyszała jego rozmowę, czy po prostu rozpoznała w nim cudzoziemca.

Maks podniósł lewą rękę, jakby sprawdzał godzinę, i szybko odpowiedział, uśmiechając się do kobiety:

– Następnym razem.

Wiedział, że wyszło to wszystko jakoś tak nieporadnie, jeszcze brakowało, aby się potknął w drodze do drzwi. Na szczęście obyło się bez przygód i po chwili był na zewnątrz.

Odetchnął głęboko, jakby przed chwilą był bliski uduszenia się. Co to w ogóle było?, zapytał siebie w myślach. I kim był ten nieporadny mężczyzna? Zawsze był introwertykiem, ale też bez przesady. Jak musiał, to umiał się poruszać między ludźmi, umiał z nimi rozmawiać. Można było o nim wiele powiedzieć, ale na pewno nie to, że był nieprzystosowany. Oczywiście należało jeszcze raz podkreślić, że był taki wtedy, gdy musiał.

Kiedyś usłyszał, że ludzie to nieuniknione rozczarowanie. Z doświadczenia wiedział, jak prawdziwe było to zdanie. Kiedy miał do czynienia z niezobowiązującymi relacjami, wszystko było dobrze. Kiedy jednak zaczynały się obietnice lub trzeba było na kimś polegać, wtedy zaczynały się schody.

Może to wynikało ze zbyt dużych oczekiwań, jakie miał wobec innych. Ale czy naprawdę dotrzymywanie słowa to było zbyt wiele? Czy pamiętanie o swoich zapewnieniach to było zbyt wiele? Może część winy była również po jego stronie, może powinien przypominać, może powinien upominać się o swoje. On natomiast po prostu czekał, aż ten ktoś sobie przypomni, aż ten ktoś się wywiąże. Kiedy to się jednak nie stawało, po prostu utwierdzał się w swoim przekonaniu.

Czy on był zawsze w porządku wobec innych?

Nie przypominał sobie, żeby coś obiecał i się z tego nie wywiązał, ale z drugiej strony raczej na sto procent pierwszy nie rzuciłby kamieniem.

Naciągnął kaptur na głowę i zapiął kurtkę. Musiał coś ze sobą zrobić. I to szybciej niż później.

Sara patrzyła na odchodzącego mężczyznę. Tak naprawdę nie oderwała od niego wzroku od momentu, kiedy ustąpił jej wreszcie miejsca. Patrzyła na tę jego nieporadność, kiedy udawał, że się zastanawia, czy jednak coś zamówić. Potem to pospieszne wyjście pod pretekstem braku czasu. To bowiem chyba właśnie chciał zakomunikować, spoglądając na zegarek, tylko po to, aby na zewnątrz stać dobrych kilka minut, jakby nie wiedział, gdzie się znajduje, i zadawał sobie pytanie, co dalej.

Sara zdawała sobie sprawę, że mogła się całkowicie mylić, a nic z tego nie musiało być prawdą. Może po prostu miał wolne i próbował zabijać czas. Powodów takiego zachowania mogło być całe mnóstwo. A biorąc pod uwagę, że był cudzoziemcem, który, śmiało zakładała, skoro do tej pory na niego nie wpadła, był tutaj niedługo, mógł po prostu czuć się lekko zagubiony.

Inna sprawa, że wyglądało jej to na coś więcej. Naturalnie, mogła tylko dokonać projekcji. Przenieść własne doświadczenia na spotkanego mężczyznę, ponieważ ona była dokładnie w takim miejscu. Tuż po tym, jak jej życie prawie dosłownie się zawaliło. Teraz uważała, że nic lepszego nie mogło jej spotkać. To znaczy mogło ją spotkać masę lepszych rzeczy, tylko że jeśli pewne sprawy miały wyjść na jaw, to lepiej, że stało się to wtedy, a nie później.

Doskonale pamiętała, jak stała na ulicy i całym jej życiem była torebka i torba z komputerem. Na szczęście wszystko stało się, zanim straciłaby nie tylko siebie, ale również pieniądze. W tamtym momencie czuła się jak ktoś, kto nie ma swojego miejsca na ziemi i najgorsze było, że nigdy takiego nie miała. Nieźle jak na czterdziestoletnią kobietę. Stała wtedy tak dłuższy czas, po czym udała się do najbliższego hotelu.

Prawie dwa tygodnie szukała odpowiedzi na pytanie, co dalej. Czy ją znalazła? Chyba wciąż jej szukała, ale wtedy właśnie uczyniła pierwszy krok, aby to się stało. Wyjechała. Przypadek zrządził, że akurat tutaj. Właśnie tego potrzebowała.

Mężczyzna zdążył już dawno zniknąć z jej oczu, a herbata wystygnąć, kiedy wreszcie otworzyła książkę.

 

 

 

 

 

 

 

ROZDZIAŁ 2

 

 

 

Właśnie minął tydzień, odkąd Maks obiecał sobie, że coś ze sobą zrobi. Nie bardzo wiedział, czym to coś miałoby być, ale coś musiał zmienić. Musiał wprowadzić jakąś dyscyplinę, ubrać swoje dni w jakieś ramy. Tylko że ram to on miał już dość. Całe jego życie to były ramy, dyscyplina, plan, a zamysł w związku z domkiem na północy był taki, aby przynajmniej trochę to wszystko poluzować. Uelastycznić w jakiś sposób. Nie żeby pozbyć się ich całkowicie, ale może po raz pierwszy w życiu wyluzować się na dłużej niż parę minut.

Tylko że idea tego domku była całkowicie inna. Przede wszystkim nie miał być w nim sam. Mieli być we dwoje. Starsza córka miała być już na swoim, a młodsza przynajmniej kończyć studia i też już właściwie być samodzielna, może przy lekkiej pomocy z ich strony. A oni we dwoje mieli wyjechać, odetchnąć i wreszcie mieć czas dla siebie. Oczywiście nie chodziło tutaj o całkowitą wyprowadzkę. Przynajmniej na początku. Chcieli wyjechać, oderwać się od wszystkiego, zobaczyć, jak to jest mieszkać gdzieś indziej.

Maks zawsze się zastanawiał, jak to jest być daleko od domu, od znajomych, rodziny, wśród obcych. Tylko czy teraz, w Norwegii, znalazł się wokół naprawdę obcych? Czym różnili się od nieznajomych mijanych każdego dnia na ulicy? Tylko tym, że mówili innym językiem. W końcu w Skandynawii właściwie w każdym miejscu można było porozumieć się po angielsku, więc może ci ludzie nie byli tak bardzo obcy? Dużo się naczytał o tych wszystkich emigrantach, którzy tęsknili za krajem i którym tak źle było na obczyźnie, a mimo to cały czas tam byli, nie wracali do domu. Ale tęsknili bardzo, zwłaszcza kiedy mogli o tej tęsknocie opowiadać.

Wiadomo, że żadne uogólnienia nigdy nie były dobre i za każdym przypadkiem kryła się jakaś historia, ale w końcu to nie były już czasy komuny, granice były otwarte i nikt pod pistoletem na obczyźnie nie trzymał.

Bądź co bądź plan był taki, aby pomieszkać gdzieś indziej. Zobaczyć, jak ludzie żyją pod inną szerokością geograficzną. Chociaż chodziło bardziej o to, żeby przenieść się gdzieś, gdzie zaludnienie było mniejsze. Taki był plan. Oni we dwoje. Sami.

I to prawie się zgadzało, po odjęciu ostatniej litery.

Sam.

Jak to się szybko potoczyło... Jakby cały czas planowali dalszą część ich życia, aby po chwili tej już nie było. I nawet specjalnie o nią nie walczyli. Tak jakby powitali rozstanie z ulgą. Jakby jednym cięciem przecięli supeł, którym było ich życie, bez najmniejszej próby rozplątania go. Chociaż może już rozwiązanie tych wszystkich węzłów z całego ich życia było niemożliwe. To były takie małe supełki, powstające pewnie nawet niezauważenie, które narastały na siebie każdego dnia. Później przychodził zawsze taki moment, że je częściowo rozwiązywali, ale nigdy nie wszystkie, część zostawała, aby tworzyć grunt pod nowe. Ocierali się o powierzchnię i wracali w swoje ramiona, będąc pewni, że przecież ich miłość pokona wszystko.

Nie pokonała.

Teraz był sam, a samotność to nie było coś, w czym się czuł dobrze. Tak naprawdę wcześniej nie znał takiego stanu. Całe dorosłe życie byli razem i to miało być coś, co się nigdy nie skończy.

Tydzień temu Maks postanowił wziąć się w garść. Opornie, bo opornie, ale jakoś próbował tego dokonać.

Przede wszystkim ruszył dupę. Nigdy nie był fanem biegania, wolał wszystkie inne formy ćwiczeń, tylko nie tę. Co prawda jeszcze kiedy wyjazd był tylko w sferze marzeń, wyobrażał sobie, jak każdego ranka będzie wychodził pobiegać i pooddychać morskim powietrzem, po czym z takim zastrzykiem energii będzie siadał do pisania, a słowa będą się wręcz z niego wylewać.

Po przyjeździe ani nie zaczął biegać, ani tym bardziej rzeka słów nie rozpoczęła swojego biegu. W związku z tym postanowił, że pierwszym elementem zmiany będzie właśnie to nieszczęsne bieganie. Tylko pora inna. Każdego dnia, a raczej każdej nocy, między dwudziestą trzecią a dwudziestą czwartą wychodził na godzinny bieg, a właściwie bardziej trucht. Z kondycją nigdy nie miał problemów, bo starał się utrzymywać formę, ale jednak te kilka miesięcy przerwy od wszystkiego zrobiło swoje.

Dlaczego wybrał akurat taką porę? Odpowiedź była prosta. Miał problemy ze snem. Całe noce przewracał się z boku na bok, aby o świcie zapaść w drzemkę, która też była dosyć płytka i nie trwała zbyt długo. Pomyślał więc, że jeśli zmęczy się tuż przed snem, uda mu się może trochę pospać. Pierwszej nocy nawet trochę pomogło. Później już było różnie, ale przynajmniej kilka godzin przesypiał.

Musiał dodać jeszcze jeden sukces, skończył czytać rozpoczęte książki. Fakt, w pewnych momentach podczas lektury łapał się, że myśli o czymś innym. Wtedy wracał i kontynuował czytanie. Czy na pewno można było to nazwać przyjemnością? Co do tego miał poważne wątpliwości, ale książki skończył.

Znacznie gorzej było z tą nową, którą pisał. Zaczął ją, nawet parę razy, ale z jakiegoś powodu zawsze kasował te parę zdań, które udało mu się sklecić. Coś takiego też mu się wcześniej nie zdarzało. Zawsze miał pomysł i o ile martwił się, jak go rozwinie, systematycznie krok po kroku zmierzał do nieznanego na początku drogi końca.

Teraz nie miał nic.

Jak cholernie prawdziwe było to stwierdzenie.

 

 

***

 

 

Kolejny tydzień w raju prawie skończony, pomyślała Sara, wyłączając komputer. Właśnie minęła trzynasta. Trzy godziny, jak na sobotę, to było w zupełności wystarczająco. Pewnie niejedna osoba popukałaby się w głowę, że Sara pracuje w weekend, ale dla niej była to część naturalnego porządku. Jej porządku.

Skoro twardo trzymała się ustalonych godzin pracy w tygodniu, co było dla niej święte, czasami zdarzało się, że musiała pewne sprawy podomykać. I na to właśnie była sobota. Czasu poza pracą i tak miała bardzo dużo, a rachunki, warto zaznaczyć, że niemałe, trzeba było z czegoś zapłacić. Dopóki jednak wszystko było zgodne z jej planem, była szczęśliwa.

Sprawnie podniosła się od biurka, złapała torebkę. Teraz powinna zrobić jakieś zakupy. Normalnie zajmowała się tym w tygodniu, wracając od Marit, ale przez ostatnie dni trochę dłużej zasiedziała się u przyjaciółki, a rano się okazało, że kilka podstawowych produktów się skończyło. Jak na osobę tak skrupulatnie planującą, było to coś dziwnego. Chociaż przynajmniej świadczyło o tym, że może całkowicie nie zbzikowała na punkcie dokładności, że gdzieś głęboko w niej krył się jeszcze lekko niepoukładany człowiek.

Uśmiechnęła się do tej myśli. Jak i do tego, że nazwała Marit przyjaciółką. Gdy tylko przekroczyła próg jej kawiarni, otrzymała zainteresowanie, ciepło i troskę, jednocześnie nie było w tym nic nachalnego. To było coś nowego w jej życiu. Oczywiście miała kiedyś przyjaciółki, a może bardziej dobre koleżanki, w szkole i na studiach. Ale kiedy jej życie zostało zamknięte w czterech ścianach, wszystko się wykruszyło. Stała się nagle trędowata i nawet nie mogła nikogo winić. Ludzie chcieli żyć normalnie, a jej życie z normalnością nie miało wiele wspólnego.

Dobrze, teraz zakupy, a później obiad u Marit. Kawiarnia co prawda była właśnie tym, kawiarnią, takim trochę barem, gdzie poza kawą i herbatą można było napić się piwa lub wina, nic wyszukanego, ot, takie na kameralne spotkanie w gronie przyjaciół lub jak w jej przypadku – posiedzenie z książką. Natomiast w ofercie oprócz słodkości znajdowały się również jakieś drobne przekąski i w każdą sobotę Marit przyrządzała coś dla Sary. Było to zawsze coś specjalnego spoza karty. Całe szczęście, że Norweżka pozwalała sobie za to goszczenie płacić. Na początku oczywiście nie było o tym mowy, ale wtedy Sara postawiła sprawę jasno. I tak korzystała ze specjalnych przywilejów, a w jej odczuciu nie wydawała wystarczająco w stosunku do czasu, który tam spędzała.

Wzięła jeszcze dużą torbę na zakupy i opuściła mieszkanie.

 

 

***

 

 

– Ożeż kur… – rozległo się w sklepie, wcale nie tak cicho.

Osoba wypowiadająca te słowa chyba w ostatniej chwili chciała skorygować swoją wypowiedź, gdyż ostatnie dwie litery nawet nie zostały wypowiedziane. Maks znał ten rodzaj ekspresji i końcówkę sam sobie dopowiedział.

W pierwszym odruchu chciał od razu udać się w przeciwną stronę. W końcu idea znalezienia się z dala od wszystkich zdecydowanie obejmowała rodaków. Raz jeden, kiedy córki były jeszcze małe, będąc na urlopie za granicą, popełnili ten błąd, że pozwolili innym turystom z Polski się poznać. Przez pełne dwa tygodnie nowi znajomi nie odstępowali ich na krok, a kiedy już to się działo, zostawiali pod opieką Maksa i jego żony swoje „bąbelki”. Dosłownie na chwilę, mówili. Chwila potrafiła trwać kilka godzin. Pewnie było w tym trochę i ich winy, że nie potrafili postawić granicy, ale wiadomo, jak to jest. Chce się być miłym, a nie wyjść na chama. W każdym razie po tym doświadczeniu unikali takich znajomości jak ognia.

Tym razem jednak zwyciężyła ciekawość i w pewnym sensie również niepokój. W końcu wypowiedź sugerowała, że coś złego się wydarzyło. Mogło to być coś niewielkiego, niewinnego, ale również coś poważnego i wymagającego pomocy. Maks wyszedł powoli ze swojej alejki i zajrzał do sąsiedniej, w której jego zdaniem zostały wypowiedziane polskie słowa.

Znajomo wyglądająca blondynka pochylała się nad dużą plamą, na którą składało się z pewnością coś białego, coś czerwonego i coś nieokreślonego koloru. Wszystko razem przypominało coś ekspresjonistycznego, czego pewnie nie powstydziłby się sam Jackson Pollock. W tym wszystkim tkwiło szkło z potłuczonej butelki i kawałki plastiku. Pewnie z jakiegoś opakowania.

Maks szybko sięgnął do swojego koszyka, rozdarł folię zabezpieczającą ręcznik papierowy i podszedł z nim do kobiety.

Zanim jednak wziął się za wycieranie podłogi, popatrzył z góry na plamę.

– Trochę szkoda to wycierać – powiedział po polsku.

Sara popatrzyła w górę. Trudno było powiedzieć, czy bardziej zaskoczył ją ojczysty język, czy fakt, że mówił nim mężczyzna, który tydzień wcześniej zajął jej miejsce w kawiarni.

– Naprawdę? – spytała, kierując wzrok na plamę.

– W tych czasach nigdy nie wiadomo, co może stać się dziełem sztuki, a tutaj ewidentnie widać charakter.

– Charakter? Chyba passaty i wegańskiego majonezu. – Uśmiechnęła się.

– To też, chodziło mi raczej o twórcę.

– To bardzo ciekawe, ale tutaj twórcą jest raczej przypadek i kiepska jakość koszyka. – Wskazała na urwane ucho, które wciąż trzymała w dłoni.

– Najlepsze rzeczy zdarzają się przypadkiem – odparł.

Cud, że się przy tym nie skrzywił. Tekst brzmiał jak wyrwany z ciastka z wróżbą, ale było to pierwsze, co mu przyszło do głowy. Na swoją obronę mógł dodać, że dawno z nikim nie rozmawiał.

– I pewnie najgorsze – odpowiedziała kobieta.

– Wszystko zależy, jakie ciastko wylosujesz – postanowił się poprawić.

– Lub jaki horoskop przeczytasz – usłyszał w natychmiastowej odpowiedzi.

Odetchnął w duchu z ulgą. Na szczęście kobieta zrozumiała jego intencje.

– Swoją drogą, kto by pomyślał, że takie kiepskie koszyki tutaj robią.

– Prawda? – Uśmiechnęła się. – Ale pewnie jak wszystko, zrobione są w Chinach.

– No nie wiem, nie wiem, czy to może być usprawiedliwienie. Przecież jesteśmy w Norwegii. Jednym z najdroższych krajów w Europie. Nie wypada wręcz wyjeżdżać z jakąś tanią chińszczyzną.

– No niby nie – przyznała – ale skoro jesteśmy tutaj gościnnie, to chyba nie wypada nam narzekać. – I ściszonym głosem dodała: – Ale z koszykami powinni zrobić porządek.

– Wracając do dzieła – wskazał na podłogę – może należałoby go uwiecznić na zdjęciu.

– Myśli pan, że warto? – Sara popatrzyła uważnie na plamę na podłodze, jakby chciała dostrzec w niej jakiś sens. – Powiedziałabym, że ta abstrakcja przekracza granice mojej wyobraźni, ale to chyba nie jest specjalnie trudne. Ja raczej twardo stąpam po ziemi – dodała jeszcze.

– Czasami potrzeba czasu, aby dostrzec więcej – stwierdził z wzrokiem wciąż utkwionym w podłodze.

– Naprawdę? – Spojrzała z zainteresowaniem na mężczyznę.

Ten podniósł wzrok na Sarę i odpowiedział szczerze z uśmiechem, w którym nie dostrzegła wesołości:

– Nie, ale tak lepiej brzmi – odpowiedział.

Jeśli czegoś nie widzimy, to tego tam po prostu nie ma i wcale się magicznie nagle nie objawi, pomyślał, uznając, że to nie było miejsce ani czas na takie uwagi.

– Natomiast jeśli patrzymy na dzieło sztuki – dodał szybko, jakby chciał przykryć swoją wcześniejszą uwagę – to może też trochę zależeć od nas samych i gdzie się w danym momencie znajdujemy. Także myślę, że może jednak warto byłoby je uwiecznić przynajmniej na zdjęciu.

– Przepraszam, że spytam, ale zawsze pan udziela takich wyczerpujących odpowiedzi?

Sara była raczej bardzo konkretna, bez specjalnych skłonności do elaboracji, a już na pewno jeśli chodziło o nią samą. W takich sytuacjach najlepiej, jakby mogła wszystko zamknąć w dwóch słowach: „tak” i „nie”. Im mniej informacji, tym lepiej. Nie zawsze tak było, ale swoją lekcję od życia już odebrała.

Mężczyzna uśmiechnął się delikatnie.

– Taka przypadłość, ale z nią walczę. To co z tym zdjęciem dzieła na miarę Pollocka? Sam bym zrobił, ale nie wziąłem ze sobą telefonu.

W tym momencie pełne zaskoczenie wymalowało się na twarzy Sary. To musiał być ewenement na skalę światową. Człowiek bez telefonu. W tych czasach chyba łatwiej było wyobrazić sobie kogoś gołego, ale z telefonem niż na odwrót. Można było wręcz zaryzykować stwierdzenie, że właśnie taki człowiek był goły albo przynajmniej jak bez ręki.

Sarze telefon służył przede wszystkim do pracy, a co się z tym wiązało, do odbierania poczty, kiedy znajdowała się poza domem. Ale i tak zawsze, gdy wychodziła z mieszkania, sprawdzała, czy ma portfel i właśnie telefon, a przecież nie należała do osób, które w mediach społecznościowych zdają relację z każdego swojego kroku.

Jeszcze raz przyjrzała się mężczyźnie. Wyglądał dokładnie tak samo jak wtedy w kawiarni. Te same szare spodnie dresowe i ta sama czarna bluza, i broda w takim samym nieładzie. O ile była pewna, że nie przykładał wagi do wyglądu, to z pewnością nie chodził brudny. Może po prostu miał tylko takie ubrania.

Sara poczuła zawstydzenie, że tak ocenia mężczyznę, i miała tylko nadzieję, że nie odczyta z jej oczu tego, co jeszcze przed sekundą kłębiło się jej w głowie.

– Ja mam i skoro mówi pan, że warto, to chyba powinnam… – przerwała zamyślenie, które w jej odczuciu trwało zdecydowanie za długo, i sięgnęła do torebki po smartfon.

Po chwili było po wszystkim. Gdy wykonała zdjęcie, mężczyzna pochylił się i rozłożył na plamie ręcznik papierowy, aby delikatnie, żeby się nie skaleczyć, zagarnąć wszystko na zdecydowanie mniejszą kupkę. Wszystko zrobił tak szybko, że Sara nawet nie zdążyła się włączyć. Nie miała zresztą zbyt dużych możliwości, gdyż mężczyzna ściskał ręcznik jak jakiś największy skarb.

– Myślę, że o dokończenie możemy poprosić kogoś z obsługi sklepu – powiedział, kiedy już kupka sosów, szkła i plastiku była wystarczająco mała.

– W sumie mogliśmy to zrobić od razu – stwierdziła, jednocześnie żałując, że nie ugryzła się w język.

Jej uwaga zabrzmiała tak strasznie niewdzięcznie w stosunku do tego, co ten obcy mężczyzna zrobił, że poczuła, jak się czerwieni.

– Pewnie tak, ale nie lubię zostawiać po sobie bałaganu – usłyszała w odpowiedzi – i mam wrażenie, że pani też nie.

To akurat była prawda, ale ona nie lubiła również, aby ktoś za nią coś robił. Nigdy nic takiego nie miało miejsca i z pewnością nie chciała, żeby było teraz. Inna sprawa, że to się już stało, a powiedzenie na głos swoich myśli podniosłoby jej niewdzięczność na wyższy poziom.

Przytaknęła tylko.

– To prawda, tym bardziej dziękuję.

– Nie ma o czym mówić.

Mężczyzna włożył resztę ręcznika do swojego koszyka.

– Zaraz kogoś znajdę – dodał jeszcze, odwrócił się na pięcie i odszedł.

Po dłuższej chwili na końcu alejki pojawił się pracownik sklepu w towarzystwie jej wybawiciela. Ten drugi coś przez chwilę tłumaczył, po czym podniósł dłoń, jakby w geście pożegnania, i zniknął, a pracownik obsługi podszedł do niej.

Sara wskazała na bałagan, który stał się jej udziałem. Młody chłopak zapewnił, że nie było potrzeby, aby coś robiła, i że takie rzeczy się zdarzają. Odpowiedziała raczej automatycznie, że nie lubi zostawiać po sobie bałaganu. Jeszcze raz przeprosiła, podziękowała za pomoc i ruszyła robić zakupy od początku.

Miała jakieś wewnętrzne przekonanie, że dobry samarytanin już zdążył opuścić sklep.

 

 

***

 

 

Maks stanął ze wzrokiem utkwionym w zakupach, które przed chwilą rozłożył na blacie. Przez dłuższą chwilę zastanawiał się, co ma zrobić. Czy powinien sobie coś przygotować? Czy może raczej powinien wrócić do miasteczka? Pójść do jakiejś miejscowej restauracji i dla odmiany zjeść coś poza domem?

Może wstyd było przyznać, ale nawet nie wiedziałby, gdzie powinien się udać. Były raptem dwa miejsca, do których chodził, i w żadnym z nich nie podawano jedzenia. Było jeszcze to trzecie, ale po pierwsze, akurat tam długo nie zabawił, a po drugie, nawet nie był pewien, czy tam jakieś jedzenie podawano.

Teraz jednak pomyślał o tej kawiarni. Nie do końca potrafił rozgryźć swoje motywy.

Tam zobaczył pierwszy raz kobietę ze sklepu. Dlaczego nagle tak bardzo chciał wyjść i spróbować spotkać ją jeszcze raz? Nie przyjechał tutaj i nie zamieszkał w tej pustelni, aby uganiać się za kobietami. Gdyby taki cel mu przyświecał, z pewnością było w Europie mnóstwo innych miejsc, gdzie damskiego towarzystwa miałby aż nadto. Tylko co on niby miałby robić z tym towarzystwem? Przez całe życie był tylko z jedną kobietą. Oczywiście zdarzały mu się flirty, jeśli w ogóle można było użyć takiego słowa, które ewidentnie coś sugerowało. Odnośnie do jego relacji z płcią piękną określenie to było bardzo przesadzone. Po prostu na swojej drodze poznał kilka kobiet, które mógł nazwać przyjaciółkami, i tyle.

Jedna dziewczyna, jedna kobieta, jedna żona. Całe jego życie zawarte w tych słowach. I tak miało zostać. Od początku do końca. I ten pieprzony domek. I wreszcie spokój. Coś, na co bardzo ciężko pracował, ciągnąc jednocześnie kilka wózków naraz. Jednocześnie cały czas sobie tłumacząc, że wewnętrzne wyciszenie w końcu przyjdzie. Że znowu będzie się potrafił cieszyć. Że będzie potrafił usiąść i odetchnąć.

Kiedy przestał się łudzić? Kiedy przestał wierzyć, że razem będą mieli swój eden?

Czy dlatego było z nim coraz gorzej i był coraz trudniejszy do zniesienia? Czy dlatego, że wiedział, że żadnego edenu nie będzie, a rzeczy, o których mówili i które wspólnie mieli zmienić w ich życiu, nigdy nie miały ulec zmianie?

Gdziekolwiek jedziemy, nasze piekło zabieramy ze sobą, jakiekolwiek by ono nie było. Tutaj akurat Ameryki nie odkrył.

My life, the war that never ends, jak śpiewała Metallica. Jego wewnętrzna walka trwała cały czas, zarówno na jawie, jak i we śnie. Jeśli tylko ten sen mógł nadejść.

Może dlatego tak się uczepił tej myśli o wyjściu. Podświadomie widział w tym jakiś ratunek dla siebie. Przez chwilę, kiedy stał w tym sklepie i prowadził ten dziwny i dosyć nieporadny jak na niego dialog, myślał tylko o plamie na podłodze, o kobiecie, która przed nim stała, i o tym, co może zrobić, aby jej pomóc. Na tę krótką chwilę walka ustała, a strony konfliktu zeszły do okopów. Na tę krótką chwilę.

 

 

Ciąg dalszy w wersji pełnej

 

 

 

 

 

 

 

Copyright © by Tomasz Kieres, 2021

Copyright © by Wydawnictwo FILIA, 2021

 

Wszelkie prawa zastrzeżone

 

Żaden z fragmentów tej książki nie może być publikowany w jakiejkolwiek formie bez wcześniejszej pisemnej zgody Wydawcy. Dotyczy to także fotokopii i mikrofilmów oraz rozpowszechniania za pośrednictwem nośników elektronicznych.

 

Wydanie I, Poznań 2021

 

Projekt okładki: Emotion Media

Zdjęcia na okładce: © olezzo/Adobe Stock

© Drobot Dean/Adobe Stock

 

Redakcja i korekta: RedKor Agnieszka Luberadzka

Skład i łamanie: Sandra Holona-Biegun

 

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej:

„DARKHART”

Dariusz Nowacki

[email protected]

 

 

eISBN: 978-83-8195-734-2

 

 

Wydawnictwo FILIA

ul. Kleeberga 2

61-615 Poznań

wydawnictwofilia.pl

[email protected]

 

Wszelkie podobieństwo do prawdziwych postaci i zdarzeń jest przypadkowe.