Wydawca: Wydawnictwo Ender Kategoria: Sensacja, thriller, horror Język: polski Rok wydania: 2015

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 462 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka www.Afgan.com.pl - Marcin Ciszewski, Tadeusz Michrowski

Ciszewski w świetnej formie, w tandemie z debiutującym Michrowskim, wraca do swojego sztandarowego cyklu. 
Nie można było podjąć tematu lepiej! Słuchacze i Czytelnicy będą zachwyceni!
Marcin Beme, prezes Audioteka.pl


Od chwili, gdy porucznik Jan Koller ląduje w Afganistanie, wszystko wydaje się nie takie, jak trzeba. Pierwszym Samodzielnym Batalionem Rozpoznawczym dowodzi idiota, a oficerowie, których Kollerowi kazano aresztować, należą do najbardziej godnych zaufania w całym kontyngencie. Jakby tego było mało – z Raji, najbardziej wysuniętym posterunkiem sił polskich, nie udaje nawiązać połączenia...


Koller staje na czele plutonu i z pomocą trzech Rosomaków rusza w kierunku bazy milczącego oddziału. Przygotowany do wykonywania zadań śledczych porucznik nie ma pojęcia, czego spodziewać się na miejscu. Wie tylko, że dowódcą gniazda był jego przyjaciel ze szkoły oficerskiej, zaś krótko przed zniknięciem z eteru w obozie pojawił się tajemniczy amerykański oddział...
Najważniejsze stają się pytania: kto przechwycił MDS – eksperymentalne urządzenie umożliwiające podróże w czasie? I jak pragnie zmienić losy świata właśnie w tym miejscu?


Jan Wieteska, Nancy Sanchez, Janusz Wojtyński i Leszek Jamróz, znane z serii WWW postaci, ożywają na nowo w kolejnej części przygód Pierwszego Samodzielnego Batalionu Rozpoznawczego.

 

Opinie o ebooku www.Afgan.com.pl - Marcin Ciszewski, Tadeusz Michrowski

Fragment ebooka www.Afgan.com.pl - Marcin Ciszewski, Tadeusz Michrowski

MARCIN CISZEWSKI • TADEUSZ MICHROWSKI

www.Afgan.com.pl

© 2015 WARBOOK Sp. z o.o.

© 2015 Marcin Ciszewski & Tadeusz Michrowski

Redaktor serii: Sławomir Brudny

Redakcja językowa: Karina Stempel-Gancarczyk

Korekta: Agnieszka Pawlikowska

Projekt graficzny, skład, eBook:Ilona i Dominik TrzebińscyDu Châteaux, atelier@duchateaux.pl

Ilustracja na okładce: Tomasz Tworek

ISBN 978-83-64523-40-3

Ustroń 2015

Wydawca: Warbook Sp. z o.o.

ul. Bładnicka 65

Mojemu Tacie.

Zdarzyło się lub się nie zdarzyło, w sędziwych odmętach czasu…

tradycyjna formuła, rozpoczynająca ludowe podania Palestyny

Prolog

Irak, 2004

Go­rą­co. Wil­goć.

Cia­sna be­to­no­wa nora.

Ostre świa­tło tu­zi­na lamp.

Dwóch męż­czyzn klę­czy po­środ­ku po­miesz­cze­nia. Umiesz­czo­na na sto­ja­ku ka­me­ra re­je­stru­je wor­ki na ich gło­wach, mun­du­ry w pu­styn­nym ka­mu­fla­żu i bia­ło-czer­wo­ne na­szyw­ki przy­mo­co­wa­ne do rę­ka­wów.

Drzwi otwie­ra­ją się, czar­ne wor­ki drżą.

Męż­czy­zna, któ­ry wcho­dzi do po­ko­ju, nie wy­glą­da groź­nie. Jest szczu­pły i trzy­ma się pro­sto. Ma zgrab­ny nos i czar­ne wło­sy. Moż­na by go wziąć za Ara­ba, gdy­by nie ja­sne oczy. Po­ru­sza się sprę­ży­ście, ale wol­no, jak­by wa­żył każ­dy ruch. Skry­ty pod tra­dy­cyj­nym, dłu­gim tho­be zda­je się wręcz do­stoj­ny.

Ostrze trzy­ma­nej w ręku ma­cze­ty błysz­czy w świe­tle lamp.

Przy­bysz za­sła­nia twarz.

Żoł­nie­rze krę­cą gło­wa­mi. Sły­szą kro­ki, a po­tem ci­che pik­nię­cie ka­me­ry.

Męż­czy­zna wcho­dzi w kadr. Non­sza­lanc­kim ru­chem zry­wa klę­czą­cym wor­ki z głów, po czym od­wra­ca się. Kadr jest nie­chluj­ny, źle scen­tro­wa­ny, ale on wy­glą­da w nim do­brze.

– Je­stem Ah­med Szah Sa­fez – mówi. Jego ja­sne źre­ni­ce świ­dru­ją obiek­tyw.

Za­kład­ni­cy są bla­dzi i spra­wia­ją wra­że­nie skraj­nie wy­czer­pa­nych. Je­den trzę­sie się, za­gry­za zęby, pró­bu­je opa­no­wać od­ru­chy or­ga­ni­zmu, ale im wię­cej wy­sił­ku w to wkła­da, tym mniej ma nad sobą kon­tro­li.

– Przed­staw się – mówi Sa­fez, trą­ca­jąc czub­kiem ma­cze­ty dru­gie­go z męż­czyzn, spo­koj­niej­sze­go. Żoł­nierz ma za­pad­nię­te oczy i chu­dą szy­ję.

– Na­zy­wam się… – za­czy­na je­niec kan­cia­stą an­gielsz­czy­zną. Ko­lej­ne ukłu­cie ostrza prze­ry­wa mu w pół sło­wa.

– W two­im ję­zy­ku. Imię, na­zwi­sko, sto­pień, jed­nost­ka.

– Na­zy­wam się Da­niel Paw­łow­ski. – Po tym wy­zna­niu na­stę­pu­je dłu­gi wdech. Da­niel Paw­łow­ski nie ma po­ję­cia, co tak na­praw­dę zna­czą wy­po­wie­dzia­ne przez nie­go sło­wa. Nie wie, czy kry­je się za nimi już tyl­ko kil­ka­na­ście li­ter na­dru­ko­wa­nych na kie­sze­ni na pier­si i ho­no­ro­wa sal­wa nad pu­stym gro­bem gdzieś w Oj­czyź­nie, czy może przy­szłość. – Je­stem star­szym sze­re­go­wym w kom­pa­nii roz­po­znaw­czej Dru­giej Ba­ta­lio­no­wej Gru­py Bo­jo­wej.

– Two­ja ko­lej – mówi Ah­med.

Dru­gi żoł­nierz zbie­ra się w so­bie.

– Star­szy ka­pral Ma­ciej Stry­chow­ski…

Ma ogrom­ne, peł­ne prze­ra­że­nia oczy i ści­śnię­te gar­dło, z któ­re­go le­d­wo wy­do­by­wa się szept.

– Kom­pa­nia roz­po­znaw­cza… – wy­rzu­ca z sie­bie. – Dru­ga Ba­ta­lio­no­wa…

Nie koń­czy zda­nia. Lewą część jego twa­rzy ochla­pu­je krew. Nie sły­szał na­wet świ­stu ma­cze­ty ani krzy­ku Paw­łow­skie­go. Czu­je tyl­ko cie­płą wil­goć na po­licz­ku.

Stry­chow­ski nie wy­ko­nu­je roz­ka­zu ter­ro­ry­sty do koń­ca. Za­czy­na się mo­dlić. Bar­dzo gło­śno, szyb­ko. Bar­dzo nie­wy­raź­nie.

Mo­dli­twy rów­nież nie koń­czy.

Kadr uka­zu­je męż­czy­znę w tho­be, któ­ry ko­lej­ny­mi cio­sa­mi pró­bu­je od­dzie­lić od kar­ku gło­wę star­sze­go ka­pra­la Ma­cie­ja Stry­chow­skie­go. Gdy mu się to uda­je, znów wbi­ja nie­po­ko­ją­ce spoj­rze­nie ja­snych oczu w ka­me­rę.

– Je­stem Ah­med Szah Sa­fez – mówi. – Nie mam żad­nych żą­dań.

W cią­gu ty­go­dnia trzy­mi­nu­to­wy film osią­ga w In­ter­ne­cie sie­dem i pół mi­lio­na od­słon. ■

I

Afgan

1

Nad lot­ni­skiem bazy woj­sko­wej w Ba­gram sza­la­ła bu­rza.

Z po­wo­du nie­sio­ne­go przez wiatr pia­chu wi­docz­ność okre­ślo­no na po­zio­mie dwie­ście, co ozna­cza­ło, że jest prak­tycz­nie ze­ro­wa. Ofi­cjal­ny ko­mu­ni­kat ISAF na­ka­zy­wał wstrzy­mać wszel­kie za­pla­no­wa­ne lą­do­wa­nia sa­mo­lo­tów So­ju­szu. Do od­wo­ła­nia. Wszyst­kie ma­szy­ny z prio­ry­te­tem in­nym niż naj­wyż­szy od­sy­ła­no na po­bli­skie lą­do­wi­ska.

Tyl­ko Casa C-295 z sza­chow­ni­cą Pol­skich Sił Po­wietrz­nych na skrzy­dłach pró­bo­wa­ła upar­cie prze­bić się przez ku­rza­wę. Usta­wio­ny w tra­wer­sie ka­dłub i pod­ry­wa­ny co chwi­la lewy płat wy­glą­da­ły na pre­lu­dium do ka­ta­stro­fy.

Pi­lot przy­zie­mił po­praw­nie. Za dru­gim ra­zem.

Wcze­śniej wy­ko­nał dwa nie­uda­ne krę­gi, do­da­jąc so­bie ani­mu­szu prze­kleń­stwa­mi tak gło­śny­mi, że szum sil­ni­ków zda­wał się przy nich dzie­cię­cą ko­ły­san­ką. To było coś o gó­rach, ka­mie­niach, wi­docz­no­ści, bu­rzach pia­sko­wych i mat­kach ich wszyst­kich.

– Pusz­ki będę sprze­da­wał!

Głos ten niósł się aż do luku trans­por­to­we­go ma­szy­ny. Re­zo­no­wał wśród uło­żo­ne­go nie­mal pod su­fit róż­no­ra­kie­go sprzę­tu: od trzę­są­cych się skrzyń z amu­ni­cją, na chlu­po­czą­cych bu­tlach, peł­nych pły­nów nie­zna­ne­go po­cho­dze­nia koń­cząc.

Ści­śnię­ty mię­dzy tym wszyst­kim czło­wiek sta­rał się tego gło­su nie słu­chać.

Po­rucz­nik Jan Kol­ler był nie­wy­so­ki, o cał­kiem zwy­czaj­nej fi­zjo­no­mii: wy­róż­nia­ły go spo­koj­ne oczy i roz­kład żło­bią­cych twarz zmarsz­czek, su­ge­ru­ją­cy, że czę­ściej niż śmiech to­wa­rzy­szy­ły mu gniew albo smu­tek.

Kol­ler po­czuł w żo­łąd­ku gwał­tow­ne opa­da­nie i lek­ki prze­chył w lewo, któ­re sy­gna­li­zo­wa­ły ko­lej­ną ko­rek­tę po­zy­cji ma­szy­ny albo zwrot pod wiatr. Prze­łknął śli­nę, żeby wy­rów­nać ci­śnie­nie w uszach. Miał szczę­ście, że nie ziew­nął. W ten spo­sób oca­lił ję­zyk.

Dwa­dzie­ścia sie­dem mi­lio­nów do­la­rów opa­ko­wa­ne w po­dłuż­ny sza­ry ka­dłub gruch­nę­ło o pły­tę lot­ni­ska. Po­rucz­nik uniósł się do­bre trzy­dzie­ści cen­ty­me­trów po­nad sie­dze­nie. Po­czuł szarp­nię­cie po­lu­zo­wa­ne­go pasa, któ­ry trzy­mał go na miej­scu. Ude­rze­nie z po­wro­tem o sie­dzi­sko kwa­li­fi­ko­wa­ło się praw­do­po­dob­nie jako naj­moc­niej­szy kop­niak w ty­łek, jaki zda­rzy­ło mu się przy­jąć.

A to – w przy­pad­ku za­wo­do­we­go żoł­nie­rza – było pew­ne osiąg­nię­cie.

Sa­mo­lot prze­je­chał kil­ka­na­ście me­trów po pa­sie, po czym zro­bił kan­gu­ra i gar­dło je­dy­ne­go pa­sa­że­ra znów wy­lą­do­wa­ło w żo­łąd­ku. Wresz­cie – jak­że­by ina­czej – ma­szy­na po­now­nie opa­dła na lą­do­wi­sko.

Kol­ler ude­rzył po­ty­li­cą o bla­chę za ple­ca­mi. Po­wstrzy­mu­jąc mdło­ści, za­ci­snął moc­niej pas bez­pie­czeń­stwa. Zda­wa­ło się, że Casa ma po­ła­ma­ne pod­wo­zie, a on sam – krę­go­słup. Przy­naj­mniej w pierw­szym przy­pad­ku nie była to praw­da – ma­szy­na ja­koś to­czy­ła się da­lej. Gna­na chy­ba bar­dziej war­cze­niem pi­lo­ta niż czym­kol­wiek in­nym.

– Ale tak la­tał nie będę!

Pi­lot wy­dzie­rał się wnie­bo­gło­sy czę­ścio­wo z przy­zwy­cza­je­nia. Wy­cho­wa­ny na Tu­po­le­wach ka­pi­tan Sił Po­wietrz­nych To­masz Pie­chow­ski uwa­żał po­dob­ne za­klę­cia za coś w ro­dza­ju czu­łe­go szep­tu do ko­chan­ki. Ale – tu nie było wąt­pli­wo­ści – zwra­cał się też do Kol­le­ra. Ina­czej nie nad­wy­rę­żał­by gło­su, pró­bu­jąc prze­krzy­czeć sil­ni­ki.

Po­rucz­nik na­wet go ro­zu­miał.

W ta­kich oko­licz­no­ściach nie la­ta­no, zwłasz­cza w woj­sku. Jak mó­wił przy­kaz: lot­nic­two mi­li­tar­ne nie ope­ru­je w trud­nych wa­run­kach po­go­do­wych, je­śli nie jest to ab­so­lut­nie ko­niecz­ne. Na­ra­ża­nie war­te­go for­tu­nę sprzę­tu i ży­cia za­ło­gi nie le­ża­ło w ni­czy­im in­te­re­sie. Od­stę­po­wa­nie od tej re­gu­ły wy­ma­ga­ło na­praw­dę do­bre­go po­wo­du. Pi­lot wście­kał się, bo ani mu go nie po­da­no, ani ni­cze­go nie wy­ja­śnio­no. Do­wódz­two ka­za­ło po pro­stu do­wieźć ła­du­nek do Ba­gram na czas, za wszel­ką cenę. Ła­dun­kiem był Kol­ler. Z per­spek­ty­wy Pie­chow­skie­go gów­niarz, le­d­wie po­rucz­nik, i to – Boże, wi­dzisz i nie grzmisz! – pie­cho­ty. Na do­miar złe­go pa­sa­żer nie dał się wcią­gnąć w luź­ną po­ga­węd­kę na te­mat bez­za­sad­no­ści nie­któ­rych roz­ka­zów i po­wo­dów, dla któ­rych ścią­ga­no go na woj­nę tak pil­nie. Mil­czał, ki­wał gło­wą, a na ko­niec wró­cił na tył i przez resz­tę po­dró­ży spał albo prze­glą­dał wy­ję­te z ple­ca­ka pa­pie­ry.

Do­to­czy­li się wresz­cie do koń­ca run­wayu. Kol­ler spró­bo­wał po­zbie­rać swo­je rze­czy i wstać, ale przy­po­mi­na­ło to wy­sił­ki prze­ciw­ni­ków Mike’a Ty­so­na z jego naj­lep­szych lat, tuż po prze­rwa­niu wal­ki przez sę­dzie­go.

Zza la­ta­ją­cych przed oczy­ma róż­no­barw­nych kół do­strzegł, że tyl­ko pas bez­pie­czeń­stwa oca­lił go przed wpad­nię­ciem wprost pod skrzy­nię z amu­ni­cją, któ­ra ze­rwa­ła się z uprzę­ży. Nie wie­dzieć cze­mu przy­szło mu do gło­wy, że wy­ko­na­no ją z ta­kie­go sa­me­go drew­na, z ja­kie­go zbi­ja się ta­nie trum­ny. Na­wet pach­nia­ła po­dob­nie.

Właz luku ba­ga­żo­we­go za­czął opa­dać. Ci­chy jęk sil­ni­ków uto­nął za­raz w szu­mie wia­tru, do środ­ka wpadł kurz i piach. Kol­ler wstał i za­czął biec.

Zdą­żył w ostat­niej chwi­li.

Śnia­da­nie i reszt­ki wczo­raj­szej ko­la­cji po­le­cia­ły cien­ką stru­gą wprost pod buty ka­pra­la nad­ter­mi­no­we­go Jó­ze­fa Ga­la­sia, któ­ry mel­do­wał się re­gu­la­mi­no­wo, jed­no­cze­śnie ro­biąc wszyst­ko, żeby w po­zy­cji „na bacz­ność” od­su­nąć się o kil­ka zbaw­czych cen­ty­me­trów.

– Spo­cznij­cie, ka­pra­lu – jęk­nął Kol­ler przez ści­śnię­te gar­dło. Pie­kło jak dia­bli.

– Dzię­ku­ję, pa­nie po­rucz­ni­ku! – krzyk­nął Ga­laś, od­ska­ku­jąc jak opa­rzo­ny. – La­ta­nie panu nie słu­ży?

Kol­ler wy­pro­sto­wał się z tru­dem. Ofi­cer to ofi­cer, na­wet je­śli le­d­wo trzy­ma się na no­gach.

– Nie mam nic prze­ciw­ko – od­parł. – Ale gdy­by Bóg chciał wi­dzieć nas w prze­stwo­rzach…

– Dał­by nam skrzy­dła?

– Nie od­bie­rał­by ro­zu­mu lot­ni­kom.

Po­rucz­nik na chwiej­nych no­gach wró­cił po ple­cak. Do­strzegł, że całą sce­nę ob­ser­wo­wał z sa­tys­fak­cją pi­lot Casy. Pie­chow­ski za­sa­lu­to­wał mu na­wet, na co Kol­ler od­po­wie­dział dość nie­chluj­nym przy­ło­że­niem dwóch pal­ców do heł­mu. Pie­cho­ta i siły po­wietrz­ne nie da­rzy­ły się sym­pa­tią.

Po­rucz­nik ukrył usta i nos w woj­sko­wej chu­ście. Wy­grze­ba­nie oku­la­rów z kie­sze­ni kurt­ki za­ję­ło mu dłuż­szą chwi­lę, więc kil­ka pierw­szych me­trów po­ko­nał nie­mal na oślep. Ga­laś uprzej­mie do­sto­so­wał tem­po mar­szu do ogra­ni­czo­nych moż­li­wo­ści ofi­ce­ra. Ka­pral miał twarz przy­stoj­ne­go zbi­ra, a w oczach ja­kiś iro­nicz­ny błysk, coś, co mó­wi­ło, że ow­szem, jest żoł­nie­rzem, a do­oko­ła to­czy się woj­na, ale to nie po­wód, żeby za­raz brać wszyst­ko na po­waż­nie.

– Pan po­rucz­nik Jan Kol­ler, tak? – spy­tał, niby dla pod­trzy­ma­nia roz­mo­wy. – Jak ten cze­ski pił­karz?

– Tak, ka­pra­lu. Jak on. A co?

Ga­laś spoj­rzał na Kol­le­ra, a do bły­sku w oczach za­raz do­łą­czył uśmiech. Dało się to po­znać po ku­rzych łap­kach, któ­re po­ja­wi­ły się na­gle wo­kół oczu, tuż nad kra­wę­dzia­mi chu­s­ty.

– A nic… – po­wie­dział, po­zor­nie od nie­chce­nia. – Wzro­stu tro­chę bra­ku­je.

Zro­bił to jed­no­staj­nym to­nem mel­du­ją­ce­go żoł­nie­rza, za­głu­sza­nym przez sza­le­ją­cy wo­kół wiatr, więc do­pie­ro po chwi­li dało się zro­zu­mieć żart.

Jan Kol­ler, za­wod­nik Bo­rus­sii Do­rt­mund i re­pre­zen­ta­cji Czech, miał dwie­ście dwa cen­ty­me­try wzro­stu – za­wsze gó­ro­wał o gło­wę nad resz­tą za­wod­ni­ków na bo­isku. Kie­dyś wie­dzia­ła o tym więk­szość dzie­ci i wszy­scy fani pił­ki noż­nej, dziś mało kto o tym pa­mię­tał.

Ga­laś, jak wi­dać, ow­szem.

Kol­ler przyj­rzał się ka­pra­lo­wi. Część ofi­ce­rów praw­do­po­dob­nie zru­ga­ła­by go, może na­wet wle­pi­ła ja­kąś karę; w koń­cu woj­sko ba­zu­je na dys­cy­pli­nie i sza­cun­ku dla prze­ło­żo­nych. Po­rucz­nik po­krę­cił jed­nak tyl­ko gło­wą, uśmie­cha­jąc się pod no­sem. Wo­lał jed­ne­go do­bre­go żoł­nie­rza z po­czu­ciem hu­mo­ru, choć­by py­ska­te­go, niż dzie­się­ciu po­słusz­nych de­kow­ni­ków. Oce­niał we­dle sie­bie: or­ga­nicz­nie nie zno­sił prze­ło­żo­nych z ki­jem w du­pie.

– Ka­pra­lu, przy­po­mnij­cie, ja­kie ma­cie roz­ka­zy?

– Do­sta­łem po­le­ce­nie asy­sto­wa­nia panu w dro­dze do Gha­zni! – wrza­snął za­py­ta­ny. Z ja­kie­goś po­wo­du, nie­wi­docz­ne­go zza uno­szo­ne­go wi­chu­rą pia­chu, zro­bi­ło się przy nich wy­jąt­ko­wo gło­śno. – A po­tem na miej­sce!

– I nie było nic mowy o ro­bie­niu po dro­dze za ka­ow­ca?

Ga­laś spoj­rzał z wy­rzu­tem, do­tknię­ty tym, że nie do­ce­nio­no na­le­ży­cie żar­tu na roz­ła­do­wa­nie at­mos­fe­ry.

– Nie, pa­nie po­rucz­ni­ku! Ale wszyst­ko jest do zro­bie­nia. Ku chwa­le Oj­czy­zny!

Kol­ler par­sk­nął. Za­czy­nał lu­bić tego fa­ce­ta.

– Kie­dy le­ci­my?

– Nie­dłu­go. Za­bie­rze­my się z ame­ry­kań­skim za­opa­trze­niem. Mię­so, kawa, mle­ko, wa­rzy­wa. W Pol­sce mój pies by tego nie tknął, ta­kie do­bre… No, wresz­cie.

Wska­zał ręką gdzieś przed sie­bie. Z po­cząt­ku po­rucz­ni­ka to uba­wi­ło, bo Ga­laś le­d­wo wi­dział czu­bek wła­sne­go nosa, ale po­tem zza pyłu i ku­rzu, któ­re Kol­ler znie­na­wi­dził już w Ira­ku, wy­ło­ni­ły się dwa wiel­kie, pod­cho­dzą­ce do lą­do­wa­nia dwu­wir­ni­ko­we Chi­no­oki.

Wie­dział już, cze­mu na­gle zro­bi­ło się gło­śniej.

– Efek­tow­ne, co, pa­nie po­rucz­ni­ku? – Ha­łas wo­kół na­ra­stał. Mia­ło się wra­że­nie, jak gdy­by ktoś po­sta­wił czło­wie­ko­wi na gło­wie wi­ru­ją­cą pral­kę. Ga­laś za­czął mó­wić mo­no­sy­la­ba­mi, by mo­gli się sły­szeć. – Mó­wią, że to je­dy­ne, co war­to wspo­mi­nać.

I rze­czy­wi­ście, po­my­ślał Kol­ler, je­śli było w tej woj­nie ja­kie­kol­wiek pięk­no, to może wła­śnie je wi­dział. Spa­la­ją­ce się na krań­cach śmi­gieł he­li­kop­te­rów dro­bin­ki me­ta­lu z pia­sku pu­sty­ni. Ko­ro­ny ognia nad ma­szy­na­mi wio­zą­cy­mi żoł­nie­rzy, któ­rzy przy­by­li do tego kra­ju nie­pro­sze­ni.

– Nie było za­ka­zu lo­tów?

– A mel­du­ję, że był. Ale pan i tak ma le­cieć, po­zwo­le­nie jest. Co komu szko­dzi, że chło­pa­ki do­sta­ną tro­chę no­we­go żar­cia?

– Świe­że­go, ka­pra­lu.

– No­we­go – za­prze­czył Ga­laś. – Pusz­ka z po­mi­do­rem to pusz­ka z po­mi­do­rem. – Ni­czym pro­fe­sjo­nal­ny ko­mik za­milkł na chwi­lę w ocze­ki­wa­niu na uśmiech po­rucz­ni­ka. Nie do­cze­kał się. – Zna­leź­li na­zwę na to – kon­ty­nu­ował więc. – Efekt Kop­pa – Et­chel­l­sa.

– Kto? – spy­tał Kol­ler. Dro­bin­ki pia­sku trza­ska­ły o szkieł­ka oku­la­rów, ale wciąż nie mógł ode­rwać wzro­ku od he­li­kop­te­rów.

– Ko­re­spon­dent ja­kiś wy­my­ślił. Spodo­ba­ło się.

Znał to zja­wi­sko z Ira­ku, gdzie nie na­zy­wa­no go w ża­den kon­kret­ny spo­sób.

– Kopp – Et­chells… – mruk­nął ci­cho. – Kim był?

– Oni, pa­nie po­rucz­ni­ku. Bry­tyj­czyk, strze­lec chy­ba, i ran­gers. Ame­ry­kań­ski. Żoł­nie­rze, jak my. Tyl­ko le­piej opła­ca­ni, oczy­wi­ście.

– Czym się za­słu­ży­li?

Wiatr ze­rwał Ga­la­sio­wi chu­s­tę z ust. Po se­kun­dzie ka­pral owi­nął się nią z po­wro­tem, ale to wy­star­czy­ło, by najadł się pyłu. Za­niósł się kasz­lem i od­po­wie­dział do­pie­ro po chwi­li.

– Tym, co za­wsze. – Mach­nął ręką. – Zgi­nę­li.

Żoł­nie­rze wy­sko­czy­li z Chi­no­oków i po­bie­gli po cze­ka­ją­ce na pa­sie skrzy­nie. Wiatr, wzmoc­nio­ny po­dmu­chem wir­ni­ków, był tak sil­ny, że po­rwał za­bez­pie­cza­ją­cą je płach­tę. Ule­cia­ła w dal, ni­czym ma­gicz­ny dy­wan z ba­śni. Ka­pral za­śmiał się. Opa­trzył zaj­ście ko­lej­nym za­baw­nym ko­men­ta­rzem, ale Kol­ler go nie słu­chał.

Pa­trzył na dwie au­re­ole iskier na wir­ni­kach, na tle prze­ja­śnia­ją­ce­go się, roz­gwież­dżo­ne­go nie­ba. Ta­kie same jak w Ira­ku.

Dwie woj­ny. Dwóch żoł­nie­rzy.

Do­bry hu­mor go opu­ścił.

2

Ga­bi­net puł­kow­ni­ka Kar­skie­go przy­po­mi­nał bar­dziej kwa­te­rę zie­mia­ni­na wy­gna­ne­go z wło­ści niż biu­ro do­wód­cy ba­ta­lio­nu. Ścia­ny zdo­bi­ły roz­ma­ite bi­be­lo­ty, sa­mu­raj­skie mie­cze, błysz­czą­ce mo­ne­ty w opra­wach i inne – zda­niem Kol­le­ra – śmie­ci, z któ­rych wie­le wi­dział wcze­śniej pod­czas bez­sen­nych nocy, oglą­da­jąc te­le­za­ku­py. Imi­ta­cji po­waż­ne­go sty­lu do­peł­nia­ło bar­wio­ne na he­ban biur­ko z mo­sięż­ną lam­pą. Wszyst­ko zaś znaj­do­wa­ło się w po­miesz­cze­niu, któ­re two­rzy­ła wy­ło­żo­na li­no­leum pod­ło­ga i ścia­ny z bla­chy fa­li­stej, wień­czył zaś uwie­szo­ny pod su­fi­tem kli­ma­ty­za­tor nie­okre­ślo­ne­go ko­lo­ru.

Pcha­nie sym­bo­li sta­tu­su do ewi­dent­nie tym­cza­so­wej prze­strze­ni ka­za­ło za­sta­no­wić się, czy na pew­no jest w niej jesz­cze dość miej­sca dla ego wła­ści­cie­la.

Kie­dy Kol­ler wszedł do środ­ka, Kar­ski dłu­bał w no­sie.

– Mel­du­je się po­rucz­nik Kol­ler.

– No, jest nasz tu­ry­sta – po­wie­dział Kar­ski jo­wial­nym to­nem. – Spo­cznij. – Prze­rzu­cił kil­ka pa­pie­rów na biur­ku, wy­cie­ra­jąc o nie za­bru­dzo­ną dłoń. – Jan Kol­ler, jak pił­karz?

– Tak jest.

– No tak. Tyl­ko że…

– Wzro­stu tro­chę bra­ku­je?

Puł­kow­nik zmru­żył nie­przy­jem­nie oczy. Zda­wa­ło się, że przy­szy­ko­wał ten żart wcze­śniej i li­czył na sal­wę śmie­chu oraz owa­cję na sto­ją­co.

– Skąd wy się u mnie wzię­li­ście, to ja nie wiem – stwier­dził. – Wy pew­nie też, ha?

Kol­ler nie od­po­wie­dział.

Miał trzy­dzie­ści lat, z któ­rych po­nad jed­ną trze­cią spę­dził w woj­sku. Jego oj­ciec aż do śmier­ci na raka trzust­ki, któ­ra na­stą­pi­ła kil­ka mie­się­cy wcze­śniej, nie uświa­do­mił so­bie, że ni­g­dy nie zo­sta­nie do­ce­nio­nym przez świat ge­niu­szem. Miał mat­kę, któ­ra przez więk­szość ży­cia utrzy­my­wa­ła tego nie­ro­ba, spę­dza­jąc dnie w cen­trum kul­tu­ry ta­tar­skiej, a noce w biu­rze tłu­ma­czeń. I sio­strę, któ­ra mia­ła wszyst­ko gdzieś i wy­le­gi­wa­ła się te­raz praw­do­po­dob­nie na jed­nej z au­stra­lij­skich plaż, cze­ka­jąc na ese­me­sa od męża fi­nan­si­sty.

Miał też kil­ka od­zna­czeń, z tych, któ­re da­wa­no wszyst­kim, nie­zbyt wie­le po­chwał i cał­kiem spo­ro na­gan, a na­wet jed­ną de­gra­da­cję. Te­le­wi­zor LCD ku­pio­ny na raty, ta­blet, kil­ka kur­sów ję­zy­ko­wych, nie­waż­ne pra­wo jaz­dy ka­te­go­rii A i wciąż ak­tu­al­ne B. Po­tęż­ne­go mo­ral­ne­go kaca i szu­fla­dę peł­ną zdjęć z róż­nych miejsc świa­ta.

Nie miał tyl­ko ży­cia poza ar­mią.

Sie­dząc za biur­kiem w cen­trum War­sza­wy, ca­ły­mi dnia­mi ga­pił się tę­sk­nie na te­le­fon. Jak na­sto­la­tek, któ­ry cze­ka na wia­do­mość od dziew­czy­ny. Ten wy­jazd był dla nie­go uro­dzi­no­wym pre­zen­tem. Nie­za­mie­rzo­nym przez prze­ło­żo­nych, oczy­wi­ście. Może na­wet nie­ocze­ki­wa­nym, a zda­niem wie­lu ob­ser­wa­to­rów – błęd­nym.

– Po­rucz­ni­ku Kol­ler – kon­ty­nu­ował Kar­ski. Przed­sta­wiał stan­dar­do­wy do bólu typ punk­tow­ca. – Zwy­kle nie mu­szę przy­po­mi­nać no­wym ofi­ce­rom, ja­kie­go ro­dza­ju za­da­nia wy­ko­nu­je­my. Z re­gu­ły jed­nak ktoś pyta mnie o zda­nie przy ich ob­sa­dzie. Sta­ra­my się, żeby na mi­sję jeź­dzi­li naj­lep­si.

Kol­ler nie zwykł oce­niać lu­dzi na pod­sta­wie pierw­sze­go wra­że­nia, ale w woj­sku w nie­któ­rych sy­tu­acjach trud­no o po­mył­kę. Kar­ski sta­no­wił wzór do­wód­cy wy­pra­ne­go z ini­cja­ty­wy, go­to­we­go na wszyst­ko w imię awan­su i chi­rur­gicz­nie – zda­wa­ło­by się – po­zba­wio­ne­go wia­ry w to, że ist­nie­ją ja­kieś ludz­kie za­sa­dy poza re­gu­la­mi­nem.

– Pierw­szy Sa­mo­dziel­ny Ba­ta­lion Roz­po­znaw­czy to naj­lep­sza, naj­le­piej uzbro­jo­na i naj­le­piej przy­go­to­wa­na do wszel­kich moż­li­wych za­dań jed­nost­ka Woj­ska Pol­skie­go. Klucz śmi­głow­ców Mi-24 pod do­wódz­twem ka­pi­ta­na Wie­te­ski, naj­do­sko­nal­sza do­stęp­na w kra­ju wer­sja ma­szyn, kom­pa­nia Twar­dych, ba­te­ria prze­ciw­lot­ni­cza, dy­wi­zjon ar­ty­le­rii, plu­ton roz­po­znaw­czy, plu­ton ko­man­do­sów GROM. Naj­lep­si lu­dzie…

Kar­ski wy­glą­dał na czło­wie­ka, któ­ry ni­g­dy nie po­bru­dził po­lo­we­go mun­du­ru, a na pa­ra­dach gu­bił czap­kę, kła­nia­jąc się naj­waż­niej­szym ge­ne­ra­łom. Po­rucz­nik nie ro­zu­miał, jaki pro­ces stał za de­cy­zją po­sta­wie­nia na cze­le jed­nost­ki ko­goś ta­kie­go jak Kar­ski. Ba­ta­lion fak­tycz­nie sta­no­wił crème de la crème Woj­ska Pol­skie­go. Był jako żywo zdję­ty z kom­pu­te­ro­wo ko­lo­ro­wa­nych i sztucz­nie fil­tro­wa­nych fil­mów w In­ter­ne­cie, wy­po­sa­żo­ny we wszyst­ko, cze­go za­chę­ce­ni nimi re­kru­ci ni­g­dy na­wet nie po­wą­cha­li.

– Szy­ku­je­my ofen­sy­wę, pa­nie puł­kow­ni­ku? – spy­tał Kol­ler.

Kar­ski na­wet nie spoj­rzał na no­we­go pod­wład­ne­go. Miał przy­go­to­wa­ny sce­na­riusz roz­mo­wy i nie pla­no­wał te­raz go zmie­niać.

– Ale pan… – Pod­niósł nie­co głos i te­atral­nie się­gnął po le­żą­cą na biur­ku tecz­kę. – Pan zda­je się być do­wo­dem, że w tym przy­pad­ku jest zu­peł­nie od­wrot­nie. Że nie jadą, wie­cie, naj­lep­si. Tyl­ko naj­gor­szych nam wy­sła­no. Do­my­śla się pan cze­mu? Ha?

Kol­ler wbił wzrok w jego klat­kę pier­sio­wą.

– Nie, pa­nie puł­kow­ni­ku – od­parł.

Na ze­wnątrz war­cza­ły sil­ni­ki Ro­so­ma­ków, któ­re po­ko­ny­wa­ły wła­śnie ostat­nią pro­stą przed oto­czo­nym ba­ra­ka­mi do­wódz­twa pla­cem. Przez me­cha­nicz­ne dud­nie­nie nie­kie­dy prze­bi­ja­ły się krzy­ki i śmiech. Ty­po­wy dzień w ba­zie.

Gha­zni. Duża pol­sko-ame­ry­kań­ska pla­ców­ka, w pro­win­cji, któ­rą moż­na przy odro­bi­nie sa­mo­za­par­cia okre­ślić jako środ­ko­wy Afga­ni­stan. Stre­fa woj­ny. Woj­ny XXI wie­ku, gdzie rzad­ko do­cho­dzi do praw­dzi­wych bi­tew, a czę­ściej strza­łu w ple­cy, raj­du sa­mo­cho­du pu­łap­ki albo wy­pusz­czo­nej na oślep ra­kie­ty. Gha­zni le­ża­ło w są­siedz­twie sek­to­rów, któ­re na ma­pach ko­lo­ru­je się czer­wie­nią. Ta czer­wień prze­są­cza­ła się przez gra­ni­ce, zu­peł­nie nie re­spek­tu­jąc li­nii roz­ry­so­wa­nych na szta­bo­wych pla­nach.

Kol­ler zer­k­nął przez okno.

Po roz­grza­nych ulicz­kach bazy prze­miesz­cza­li się bie­ga­cze, głów­nie Ame­ry­ka­nie w bia­łych ko­szul­kach, z bu­tel­ka­mi wody w ręce. Ktoś wra­cał z si­łow­ni, wy­cie­ra­jąc ręcz­ni­kiem twarz. Ktoś si­kał do pla­sti­ko­wej rury, ktoś do­peł­niał pro­zy służ­by woj­sko­wej, nio­sąc do spa­le­nia wiel­kie drew­nia­ne skrzy­nie z od­cho­da­mi. Woj­na nie woj­na, żyć trze­ba.

– Wy tu nie uda­waj­cie. – Głos Kar­skie­go ode­rwał po­rucz­ni­ka od po­dzi­wia­nia wi­do­ków. – Nie uda­waj­cie, że nie wie­cie, jaką pla­mę że­ście dali w Ira­ku. I niech wam się nie zda­je, że my wam tego nie pa­mię­ta­my. Nie wiem, kto tam w kra­ju osza­lał, żeby wam dać ten przy­dział, a tym bar­dziej…

Kol­ler zda­wał so­bie spra­wę, że to te­atr. For­ma w woj­sku jest waż­na, a jed­nym z jej ele­men­tów są krzy­ki, ma­cha­nie rę­ka­mi, a po­tem za­ła­my­wa­nie ich w nar­ra­cji: „Ja­kie­go kre­ty­na przy­dzie­li­ła mi zno­wu góra”. Owa for­ma wpi­sy­wa­ła się w sta­rą PRL-owską szko­łę, a Kar­ski naj­wy­raź­niej był jej re­pre­zen­tan­tem. Ce­lem było spra­wie­nie, by pod­wład­ny po­czuł się jak śmieć, zro­zu­miał ogrom ła­ski, któ­rą ob­da­rza go prze­ło­żo­ny, że w ogó­le mar­nu­je czas na wy­da­wa­nie mu roz­ka­zów, a wresz­cie po­jął, jak ła­two bę­dzie go zgnieść w przy­pad­ku nie­po­słu­szeń­stwa.

– …nie­po­ję­te, nie­po­ję­te zja­wi­sko. Służ­ba Wy­wia­du Woj­sko­we­go zu­peł­nie osza­la­ła. Kto to wi­dział, żeby…

Wspo­mnia­na sta­ra szko­ła była dziś prak­ty­ko­wa­na głów­nie przez nie­do­bit­ków po­przed­nie­go sys­te­mu, nie­udacz­ni­ków i za­kom­plek­sio­nych ka­rie­ro­wi­czów. Kol­ler sta­rał się nie oka­zy­wać praw­dzi­wych uczuć, ale po­dej­rze­wał, że jed­nak pa­trzy na Kar­skie­go jak na idio­tę. Spo­tkał tego fa­ce­ta pięć mi­nut temu, a miał wra­że­nie, jak­by znał go całe ży­cie. Puł­kow­nik jed­nak zu­peł­nie tego nie za­uwa­żył. Był zbyt za­słu­cha­ny we wła­sne sło­wa.

– Żeby ta­kie­go ko­goś…

– Pro­szę o przy­dział do jed­nost­ki, pa­nie puł­kow­ni­ku – po­wie­dział Kol­ler naj­spo­koj­niej­szym to­nem, na jaki mógł się zdo­być.

Kar­ski spoj­rzał spode łba. Jak­by za­sta­na­wiał się, dla­cze­go jego obe­lgi nie ro­bią wra­że­nia na sto­ją­cym przed nim wy­mu­ska­nym gów­nia­rzu. Rzu­cił przed sie­bie ko­lej­ną tecz­kę.

– Tu ma­cie przy­dział, za­da­nie i mapy. Obej­mie­cie plu­ton po­rucz­ni­ka Gre­czy­ka. Roz­cho­ro­wał się… na moje, ty­po­wy sy­mu­lant… – Chciał po­wie­dzieć coś jesz­cze, ale tyl­ko mach­nął ręką. – Dziw­ne ma­cie za­da­nie, do­praw­dy dziw­ne, żeby ta­kie spra­wy za­ła­twiał wy­wiad woj­sko­wy. I to jesz­cze w oso­bie po­rucz­ni­ka z taką hi­sto­rią.

– Nie je­stem wy­wia­dow­cą – od­parł Kol­ler. – Mó­wi­my o for­mie współ­pra­cy. Pro­szę trak­to­wać mnie jak… ofi­ce­ra pie­cho­ty, któ­ry w wol­nych chwi­lach po­ma­ga SWW w śledz­twie.

– Ame­ry­kań­skie­go szpic­la, ha?

Po­rucz­nik wzru­szył ra­mio­na­mi. Jego przy­szły do­wód­ca naj­wy­raź­niej nie lu­bił ko­lo­ro­wych ob­raz­ków w książ­kach. Wo­lał czar­no-bia­łe.

– WSI nie ist­nie­je. SWW le­d­wo po­wsta­ło…

– A! I to się aku­rat zga­dza! Oczu i uszu nie mamy! Bo im się po­rząd­ków za­chcia­ło.

– WSI ni­g­dy nie zła­pa­ło żad­ne­go ro­syj­skie­go szpie­ga…

Kar­ski zje­żył się wy­raź­nie.

– A ilu zła­pa­ło ame­ry­kań­skich? Po­wta­rza­cie pro­pa­gan­dę po­li­tycz­ną. Na­szy­mi spra­wa­mi po­win­ni­śmy zaj­mo­wać się my, nie­praw­da?

Po­rucz­nik wes­tchnął. Był zmę­czo­ny. Miał ocho­tę ude­rzyć Kar­skie­go na od­lew w wy­szcze­ka­ny pysk i zo­ba­czyć, czy sie­dzi w nim coś wię­cej niż le­d­wo wy­sta­ją­ca po­nad pa­go­ny mor­da. Czuł, że nie. Kol­ler nie był czło­wie­kiem nad­mier­nie agre­syw­nym. Wie­rzył za to w sku­tecz­ność pro­stych me­tod. Za­miast prze­pro­wa­dzać ka­ra­lu­cho­wi psy­cho­ana­li­zę, miaż­dżył owa­da bu­tem. To samo chęt­nie zro­bił­by te­raz.

Ode­gnał sprzed oczu ten ku­szą­cy ob­raz i po­wie­dział:

– Praw­da jest taka, że ra­por­ty mó­wią o han­dlu opium na te­re­nie ca­łej pro­win­cji i w wie­lu re­jo­nach pro­win­cji ościen­nych. Po­dob­ne wie­ści do­cho­dzą z kil­ku in­nych miejsc, ale tu się naj­wy­raź­niej za­czę­ło. Li­kwi­da­cja pro­ce­de­ru nie jest pol­ską spra­wą.

– A czy­ją?

– To pro­blem ISAF. Na­wet je­śli za­czę­ło się od na­sze­go kom­bi­na­tor­stwa, ca­ło­ścią mi­sji do­wo­dzą Ame­ry­ka­nie. Fakt, że do tak klu­czo­wych za­dań wzię­li Po­la­ków, świad­czy o du­żym za­ufa­niu.

– A tam, gów­no tam, nie za­ufa­nie! – Kar­ski po­czer­wie­niał na twa­rzy. – Je­śli od­strze­lą któ­re­goś z na­szych, nikt się nie przej­mie. A pol­skiej te­le­wi­zji ani nikt nie ufa, ani nie oglą­da, ha? I nie oszu­kuj­cie się, że jest ina­czej. Wpro­wa­dzić was trze­ba?

– Prze­szko­lo­no mnie… – Kol­ler po­my­ślał o ty­go­dniach spę­dzo­nych z ofi­ce­ra­mi wy­wia­du, któ­rzy wbi­ja­li mu do gło­wy umie­jęt­no­ści i in­for­ma­cje z za­an­ga­żo­wa­niem god­nym naj­bar­dziej wy­peł­nio­nych ak­cją roz­dzia­łów „Akwa­rium” Su­wo­ro­wa. Nie uczo­no go jed­nak sztu­czek ze spa­da­niem z krze­sła ani chwy­tów krav magi czy sy­stie­my. Przez więk­szość cza­su przy­swa­jał nie­zli­czo­ne sche­ma­ty po­wią­zań ple­mien­nych Afga­ni­sta­nu, struk­tur or­ga­ni­za­cji ter­ro­ry­stycz­nych, bio­gra­fie ich naj­waż­niej­szych li­de­rów i sto­sy akt ofi­ce­rów ISAF. – Ale je­śli pan puł­kow­nik ma czas…

– Czas! Czas! Woj­na jest, sprzęt cały czas na miny wjeż­dża czy inne „aj­di­ki”, jak wy to z an­giel­ska na­zy­wa­cie, a ten pyta, czy ja mam czas! Nie mam, ani tro­chę. Ale sko­ro już so­jusz­nik do spół­ki z SWW wy­sy­ła mi ta­kie­go waż­ne­go po­rucz­ni­ka, i to ro­da­ka, chy­ba po­świę­cę mu jesz­cze parę mi­nut.

Kol­ler kiw­nął gło­wą, co mia­ło wy­glą­dać jak po­dzię­ko­wa­nie, a w rze­czy­wi­sto­ści było prze­łknię­ciem ci­sną­ce­go się na usta prze­kleń­stwa.

– Ba­ła­gan jest. O, tyle po­wiem! W ze­szłym mie­sią­cu mie­li­śmy wię­cej kon­tak­tów bo­jo­wych niż wcze­śniej przez pół roku. Zima jest, po­win­no się spo­koj­niej ro­bić. A tu taka zmia­na. Kil­ka wio­sek spło­nę­ło i przy­cho­dzą do nas się ża­lić, że ich nie obro­ni­li­śmy. A wie­cie, cze­mu nie obro­ni­li­śmy?

– Na pew­no jest do­bre wy­tłu­ma­cze­nie.

– Bo się sami le­d­wo bro­nić umie­my. Co kil­ka nocy gdzieś nad obo­zem prze­la­tu­je ra­kie­ta, nie­kie­dy w coś tra­fi, a ran­nych nie ma gdzie upchać. Moi ofi­ce­ro­wie bun­tu­ją się i pa­go­nów nie chcą no­sić, bo niby w mie­ście na nich po­lu­ją. Po­noć w związ­ku z nar­ko­ty­ka­mi. Ga­da­ją, że ktoś wy­ko­rzy­stu­je ofen­sy­wę, bo wte­dy ba­ła­gan i nie doj­dziesz po­tem, co się dzia­ło.

– Roz­gryw­ki mię­dzy ofi­ce­ra­mi ISAF?

– Może i tak być, głu­pie by to nie było. Mó­wią też, że Afgań­czy­cy, brat­ni nasz rząd zna­czy, sam za­czął han­del zwal­czać. Ale z czy­je­go roz­ka­zu i za czy­ją ła­pów­kę, to już nam nikt nie po­wie. Sami może chcą prze­jąć. Tyle, co pew­ne, że ktoś tam na­ro­bił nie­złe­go bi­go­su.

Kol­ler pod­niósł do­ku­men­ty i miał się kie­ro­wać do wyj­ścia. Po­wstrzy­mał go głos puł­kow­ni­ka:

– Chwi­la! Co za zwy­cza­je? Nie da­łem po­zwo­le­nia na odej­ście. No. Wa­sza pla­ców­ka leży na po­gra­ni­czu stre­fy ob­sa­dzo­nej przez Ame­ry­ka­nów. Bę­dzie­cie współ­pra­co­wać z tymi wa­szy­mi so­jusz­ni­ka­mi. Han­del opium han­dlem opium, rób­cie se, co chce­cie, ale mo­ich lu­dzi nie daj­cie w nic wcią­gnąć.

– Wcią­gnąć?

– Naj­po­tęż­niej­sza kon­wen­cjo­nal­na ar­mia świa­ta, z ca­łym jej przy­go­to­wa­niem lo­gi­stycz­nym i ide­olo­gicz­nym, nie zdo­ła­ła opa­no­wać Afga­ni­sta­nu. – Kar­ski chrząk­nął, po czym do­dał ła­god­nie: – Nie łu­dzić się, nie ba­wić w bo­ha­te­ra. Mar­twi ofi­ce­ro­wie to zła pra­sa. Ro­zu­mie­cie?

– Ma pan na my­śli ar­mię so­wiec­ką, pa­nie puł­kow­ni­ku?

Kar­ski kiw­nął gło­wą, a na jego twarz wy­stą­pił uśmiech w ro­dza­ju: „No, ro­zu­mie­my się wresz­cie”.

– Nikt nie za­prze­czy – po­wie­dział, zdo­by­wa­jąc się na god­ny ton. Gdzieś w po­miesz­cze­niu unio­sła się at­mos­fe­ra po­cho­dów pierw­szo­ma­jo­wych i pla­ka­tów wo­dzów par­tii, któ­rzy przy­tu­la­ją do pier­si dzie­ci. – Swe­go cza­su Kreml nie miał so­bie rów­nych. Je­śli na­wet z całą swo­ją po­tę­gą, sprzę­tem, stra­te­gią…

– Rów­nież trud­ny kunszt ba­le­tu naj­le­piej po­siadł on na pla­ne­cie tej – rzu­cił Kol­ler od nie­chce­nia. Nie miał ocho­ty dłu­żej słu­chać tego beł­ko­tu.

Ale Kar­ski, choć naj­wy­raź­niej za­ko­cha­ny w Kra­ju Rad, nie miał w so­bie dość oby­cia, żeby zro­zu­mieć i do­ce­nić na­wią­za­nie. Spur­pu­ro­wiał na twa­rzy.

– Won! – po­wie­dział wście­kle.

Kol­ler strze­lił ob­ca­sa­mi. Puł­kow­nik szy­ko­wał się do ty­ra­dy. Na­bie­rał już po­wie­trza w płu­ca jak gi­gan­tycz­na lo­ko­mo­ty­wa. Za­cho­wa­nie umiar­ko­wa­nie lo­gicz­ne, sko­ro do­pie­ro ka­zał pod­wład­ne­mu się wy­no­sić. A może lo­gicz­ne po so­wiec­ku. Za­miar prze­rwał gło­śny trzask otwie­ra­nych gwał­tow­nie drzwi.

Ofi­cer dy­żur­ny nie­mal wpadł na Kol­le­ra. Tyl­ko zgrab­ny, bok­ser­ski unik po­rucz­ni­ka spra­wił, że nie zde­rzy­li się ze sobą, a w po­wie­trze nie po­le­cia­ły sto­sy trzy­ma­nych przez obu pa­pie­rów.

Dy­żur­ny zer­k­nął na Kar­skie­go, po­tem na nie­zna­ne­go so­bie ofi­ce­ra. Wy­prę­żył się w po­zy­cji na bacz­ność. Jego bla­da mimo upa­łu twarz zdra­dza­ła zde­ner­wo­wa­nie.

– No, mów­cie – po­wie­dział puł­kow­nik, wciąż pur­pu­ro­wy z gnie­wu. – Le­piej, żeby to waż­ne było.

– Cho­dzi o Raji, pa­nie puł­kow­ni­ku!

– Zno­wu atak?

– Tego nie spo­sób po­wie­dzieć…

Puł­kow­nik zła­pał się za gło­wę i wy­rwał z niej kil­ka cien­kich si­wych wło­sów.

– Zno­wu, zno­wu! Do­pie­ro co re­por­te­rów wy­rzu­ci­łem do Ame­ry­ka­nów, a tu zno­wu to! – Spoj­rzał na wciąż wy­prę­żo­ne­go i wy­raź­nie nie­cier­pli­wią­ce­go się żoł­nie­rza. – Mie­li ja­kieś stra­ty?

– Mel­du­ję, że nie.

Kar­ski aż trza­snął ręką w biur­ko.

– Co mnie stra­szy­cie? Żar­ty so­bie ro­bią!

– Nie żar­ty.

– Jak im żar­cie nie sma­ku­je, to nie mój pro­blem.

– Nie.

– A z na­pra­wa­mi mu­szą po­cze­kać, ko­lej­ka jest.

Na twa­rzy żoł­nie­rza za­czę­ła po­ja­wiać się de­spe­ra­cja.

– Pa­nie puł­kow­ni­ku, nie o to cho­dzi…

– To o co? Od mi­nu­ty tu sto­icie i nic nie chce­cie po­wie­dzieć. Mel­do­wać za­raz!

Dy­żur­ny wes­tchnął i spoj­rzał na prze­ło­żo­ne­go z tym sa­mym bez­na­dziej­nym ża­lem nad jego in­te­lek­tem, co Kol­ler kil­ka mi­nut wcze­śniej.

– Łącz­ność z Raji zo­sta­ła ze­rwa­na – po­wie­dział ci­cho.

Kol­ler był pe­wien, że się prze­sły­szał.

Nie mo­gło dojść do ze­rwa­nia łącz­no­ści tak po pro­stu. Bazy ISAF znaj­do­wa­ły się w sta­łym, po­twier­dza­nym co kil­ka go­dzin na­słu­chu ra­dio­wym i sa­te­li­tar­nym. Po­nad­to nad każ­dą z nich wi­sia­ły ob­ła­do­wa­ne ka­me­ra­mi ba­lo­ny ob­ser­wa­cyj­ne – ob­raz był prze­ka­zy­wa­ny bez­po­śred­nio do cen­trów do­wo­dze­nia. W tym przy­pad­ku: Gha­zni. Pro­ce­du­ry awa­ryj­ne unie­moż­li­wia­ły sy­tu­ację, w któ­rej bez za­po­wie­dzi cał­ko­wi­cie zni­ka z ete­ru wy­peł­nio­na ludź­mi baza.

– Po­go­da? – spy­tał puł­kow­nik.

– Nie – za­prze­czył dy­żur­ny. – W ich re­jo­nie nie zgła­sza­no burz.

– No to jak? – W gło­sie Kar­skie­go za­brzmia­ło zde­ner­wo­wa­nie. Nie ta­kie jak wcze­śniej. Głęb­sze. – To nie okręt pod­wod­ny. Tyle sa­te­li­tów, elek­tro­ni­ki wię­cej jak na chiń­skim ba­za­rze i co, nie od­zy­wa­ją się?

– Nie, pa­nie puł­kow­ni­ku. Wszyst­ko jest na głu­cho, nie do­sta­je­my żad­nej in­for­ma­cji zwrot­nej. Zgła­sza­ją się zwy­kle co sześć go­dzin, za­czę­li­śmy ich wy­wo­ły­wać ru­ty­no­wo. Bez skut­ku. Nie ma na­wet łącz­no­ści z ba­lo­na­mi.

Raji. Kol­ler znał tę na­zwę. W trak­cie szko­le­nia po­wta­rza­no, że zna­cze­nie pla­ców­ki prze­kra­cza jej roz­miar. Le­ża­ła w miej­scu pra­wie wy­lud­nio­nym, stąd nie­wiel­ki gar­ni­zon – je­den plu­ton, trzy­dzie­stu lu­dzi. Była jed­nak istot­na z in­nych po­wo­dów. Strze­gła spor­ne­go te­ry­to­rium i sta­no­wi­ła naj­da­lej wy­su­nię­ty na za­chód punkt Pol­skie­go Kon­tyn­gen­tu Woj­sko­we­go. Da­lej znaj­do­wa­ły się pla­ców­ki ame­ry­kań­skie. Do więk­szo­ści nie­for­mal­nych kon­tak­tów na li­nii USA – Pol­ska, przede wszyst­kim mię­dzy zwy­kły­mi żoł­nie­rza­mi, do­cho­dzi­ło wła­śnie tam.

Raji znaj­do­wa­ło się na li­ście czte­rech miejsc wy­ty­po­wa­nych jako po­ten­cjal­ne ogni­ska han­dlu opium w ob­rę­bie sił So­ju­szu.

Dy­żur­ny ga­pił się na Kar­skie­go, puł­kow­nik zaś miał otwar­te usta i minę wska­zu­ją­cą na chęć rzu­ce­nia się do uciecz­ki.

– To ten, co by tu…

Do­wód­ca ba­ta­lio­nu uniósł słu­chaw­kę sto­ją­ce­go na biur­ku te­le­fo­nu. Po­trzy­mał ją chwi­lę w dło­ni, ob­li­zał raz i dru­gi usta, po czym odło­żył z po­wro­tem, nie ma­jąc naj­wy­raź­niej po­ję­cia, do kogo po­wi­nien za­dzwo­nić.

– Nie no… No jak ze­rwa­na? – spy­tał zno­wu. – Co to za głu­pie żar­ty?

– Pró­bu­je­my na­wią­zać łącz­ność, ale to nie kwe­stia sprzę­tu. Wy­da­je się, że po ich stro­nie wszyst­ko jest w po­rząd­ku.

– Do­bra, to może tak… Gdzie Wie­te­ska i he­li­kop­te­ry?

– W ak­cji, pa­nie puł­kow­ni­ku! Po­ma­ga­ją za­bez­pie­czać ame­ry­kań­ski kon­wój. Do­bre trzy go­dzi­ny dro­gi.

– Trzy go­dzi­ny? Kto po­zwo­lił, że­by­śmy na tak dłu­go zo­sta­li bez wspar­cia z po­wie­trza?

– Cóż… Pan.

Kar­ski skrzy­wił się sztucz­nie, uda­jąc zdzi­wie­nie ni­czym ak­tor ze szkol­ne­go te­atrzy­ku.

– Ja?

– Mó­wił pan, że trze­ba ma­ni­fe­sto­wać Ame­ry­ka­nom na­szą obec­ność.

– A, tak. Bo fak­tycz­nie trze­ba. No, nie trze­ba?

– Pa­nie puł­kow­ni­ku – wtrą­cił się Kol­ler – Raji jest po dro­dze do Tiro, praw­da?

Kar­ski zda­wał się go nie do­strze­gać. Ob­ró­cił się w stro­nę mapy, a po­tem do okna, wresz­cie wy­cią­gnął z kie­sze­ni chust­kę i za­czął dłu­bać przez nią w no­sie. Ode­zwał się za to dy­żur­ny, spo­glą­da­jąc ką­tem oka na trzy­ma­ną przez po­rucz­ni­ka tecz­kę.

– Po dro­dze – po­twier­dził. – Nie trze­ba na­wet za bar­dzo zba­czać.

– Do­bra – po­wie­dział wresz­cie Kar­ski. – Zbo­czy­cie, za­wa­dzi­cie, rzu­ci­cie okiem, tak? Nie ro­bić nic bez kon­sul­ta­cji ze mną. Co­kol­wiek nie tak, naj­pierw mel­du­nek do mnie, ha? Je­śli się nie ode­zwą… – Wy­tarł spo­co­ne dło­nie o spodnie. – Kie­dy Wie­te­ska skoń­czy za­da­nie, do­łą­czy do was. Kogo będę miał pod ręką, też za­raz wy­ślę. A wy mel­duj­cie. Na pew­no to ja­kieś głup­stwo.

Puł­kow­nik pró­bo­wał unik­nąć zbęd­ne­go roz­gło­su, Kol­ler zda­wał so­bie z tego spra­wę. Tak na­praw­dę do­wód­ca ba­ta­lio­nu był prze­ra­żo­ny – to też dało się po­znać od razu. Ostat­nie zda­nie wy­po­wie­dział, jak gdy­by pró­bo­wał prze­ko­nać sam sie­bie. Bla­dość na jego twa­rzy zdra­dza­ła wszyst­ko.

Wie­te­ski nie od­wo­łał, co z ko­lei ozna­cza­ło, że chce wszyst­ko za­ła­twić po ci­chu.

Kie­dy wy­cho­dzi­li ra­zem z po­ko­ju Kar­skie­go, dy­żur­ny trą­cił Kol­le­ra ra­mie­niem.

– Ta ofen­sy­wa to tra­ge­dia – po­wie­dział. – Pra­wie wszyst­kie bazy na po­łu­dnio­wy za­chód od Gha­zni zgła­sza­ły ak­tyw­ność prze­ciw­ni­ka. Mniej­szą czy więk­szą.

– Pra­wie wszyst­kie?

– Wszyst­kie oprócz Raji.

3

Kar­ski stał przed ścia­ną, wo­dząc nie­obec­nym wzro­kiem po zdo­bią­cych ją dro­bia­zgach. Puł­kow­nik był czło­wie­kiem nie­udol­nym, ma­łost­ko­wym i za­wist­nym. Ukształ­to­wa­ło go woj­sko in­nych cza­sów, ar­mia, w któ­rej drzwi ka­rie­ry otwie­ra­ło do­bre, ro­bot­ni­cze po­cho­dze­nie i po­pie­ra­nie się ze „swo­imi”.

Po zmia­nie ustro­ju za­szedł znacz­nie da­lej, niż mógł­by się spo­dzie­wać. Miał szczę­ście, tyle wie­dział. Na­tu­ral­ną kon­se­kwen­cją do­wódz­twa w Afga­ni­sta­nie po­wi­nien być awans.

„Ge­ne­rał Jan Kar­ski”. Co­dzien­nie my­ślał, jak wy­glą­da­ły­by zło­te li­te­ry na wi­zy­tów­ce.

Coś pod­po­wia­da­ło mu, że pie­lę­gno­wa­ne od lat ma­rze­nie wła­śnie się od­da­la.

4

Żoł­nie­rze z no­we­go plu­to­nu Kol­le­ra cze­ka­li na ze­wnątrz w peł­nym opo­rzą­dze­niu. Sta­li w non­sza­lanc­kiej po­zy­cji na bacz­ność, może lek­ko prze­sa­dzo­nej, na wzór fil­mów w ro­dza­ju „Dzie­wią­tej kom­pa­nii”. Część ga­wę­dzi­ła, nie za­wra­ca­jąc so­bie gło­wy ści­sze­niem gło­su.

– Po­dob­no pod­ofi­cer mu po tej hi­sto­rii zwa­rio­wał. Sły­sza­łem od kum­pla, któ­re­go przy­ja­ciel ma zna­jo­mych w psy­chia­try­ku. Fa­cet zu­peł­nie nie kon­tak­tu­je, lata z ja­kąś ga­łąz­ką jo­dły i gada do niej bez prze­rwy. Bo po­noć lu­dziom nie ufa.

– A nie cy­pry­su?

– A co za róż­ni­ca?

– W su­mie żad­na. Tak czy siak, kla­sycz­nie po­je­ba­ny.

– Ja sły­sza­łem, że pal­nął so­bie w łeb jesz­cze w Ira­ku. Na miej­scu. A nie ja­kieś cho­in­ki zbie­rał.

Z ra­mion żoł­nie­rzy zwi­sa­ły Be­ry­le, nie­kie­dy w im­pro­wi­zo­wa­nym z sza­rych szmat pu­styn­nym ka­mu­fla­żu. Kol­ler do­strzegł, jak nie­wie­le z nich sta­no­wi­ły wer­sje z gra­nat­ni­kiem. Wie­dział, że moc­no na­rze­ka­no na te bra­ki. Uzbro­je­nia plu­to­nu do­peł­nia­ło kil­ka gra­nat­ni­ków RPG, dwa ka­ra­bi­ny ma­szy­no­we PK i na tym koń­czy­ła się li­sta ognio­wych atu­tów. Kol­ler do­strzegł całą masę sprzę­tu, któ­ry żoł­nie­rze ewi­dent­nie do­ku­pi­li na wła­sny koszt: ka­mi­zel­ki, ła­dow­ni­ce, buty, ple­ca­ki i kurt­ki.

Z tyłu, za plu­to­nem, cze­ka­ły trzy brud­no­zie­lo­ne Ro­so­ma­ki z otwar­ty­mi wła­za­mi i dum­nie unie­sio­ny­mi trzy­dzie­sto­mi­li­me­tro­wy­mi ar­mat­ka­mi. „Świ­nia­ki”, jak je nie­kie­dy na­zy­wa­no, były go­to­we. Sze­ścio­cy­lin­dro­we sil­ni­ki mru­cza­ły przy­jem­nie w słoń­cu.

Ko­ło­wy trans­por­ter opan­ce­rzo­ny Ro­so­mak bez kom­plek­sów mógł kon­ku­ro­wać z naj­lep­szy­mi ma­szy­na­mi po­zo­sta­łych kon­tyn­gen­tów ISAF. Na as­fal­cie po­tra­fił roz­wi­nąć pręd­kość oko­ło stu ki­lo­me­trów na go­dzi­nę, po­ło­wę tego na bez­dro­żach, na do­da­tek był mało wy­wrot­ny i miał świet­ne wła­ści­wo­ści jezd­ne. Li­stę atu­tów wień­czy­ła im­po­nu­ją­ca siła ognia. Trzy­dzie­sto­mi­li­me­tro­wa szyb­ko­strzel­na ar­ma­ta Bu­sh­ma­ster ATK Mk 44 oraz uni­wer­sal­ny ka­ra­bin ma­szy­no­wy UKM-2000 zda­wa­ły się wręcz ide­al­nie przy­sto­so­wa­ne do afgań­skich wa­run­ków bo­jo­wych. Prze­ciw­nik nie miał sprzę­tu opan­ce­rzo­ne­go, był jed­nak szyb­ki i nie­uchwyt­ny. I to wła­śnie szyb­kość była w wal­ce z nim naj­waż­niej­sza.

Eks­per­ci ISAF zgod­nie ce­ni­li Ro­so­ma­ka wy­żej niż na przy­kład ame­ry­kań­skie Stry­ke­ry. Żoł­nie­rze zaś mniej nie­chęt­nie niż w in­nych przy­pad­kach po­wie­rza­li ży­cie pol­skiej ma­szy­nie.

Gdy Kol­ler sta­nął na pla­cu, roz­mo­wy urwa­ły się na­gle. Po­rucz­nik zde­rzył się ze ścia­ną mil­cze­nia i ba­daw­czych spoj­rzeń. Wy­czuł to mo­men­tal­nie, nie po­trze­bo­wał ani dwu­na­stu lat w woj­sku, ani prze­szko­le­nia przez SWW. Każ­dy nor­mal­ny czło­wiek wie, kie­dy zna­lazł się w sy­tu­acji ucznia przy ta­bli­cy.

– Czo­łem, żoł­nie­rze! – rzu­cił z głu­pia frant.

Od­po­wie­dzia­ło mu kil­ka nie­wy­raź­nych po­mru­ków, z któ­rych: „Co to za de­bil?” i „O tym pa­ca­nie mó­wi­łeś, Ma­ciek?” wy­da­wa­ły się jed­ny­mi z bar­dziej kul­tu­ral­nych.

Stał i wo­dził wzro­kiem po ko­lej­nych twa­rzach. Nie były przy­jaz­ne. Wy­jeż­dża­nie z mor­dą na dzień do­bry, w sty­lu Kar­skie­go, nie wy­da­wa­ło się do­brym po­my­słem, ści­ska­nie po ko­lei dło­ni i żar­cik o Po­la­ku, Ru­sku i Niem­cu tak­że. Na ra­tu­nek przy­szedł Ga­laś.

– Roz­ka­zy, pa­nie po­rucz­ni­ku?

Kol­ler do­ce­nił gest ka­pra­la, ale do­strzegł też dy­stans i pe­wien chłód. Głos Ga­la­sia brzmiał su­cho, wręcz prze­sad­nie ofi­cjal­nie. Pod­ofi­cer na­dal miał bez­czel­ną iskrę w oczach, ale za­bra­kło w nich ser­decz­no­ści, któ­rą dało się do­strzec kil­ka go­dzin wcze­śniej na lot­ni­sku.

– Je­dzie­my do Tiro, zmie­nić sta­cjo­nu­ją­cy tam plu­ton.

Ka­pral kiw­nął gło­wą.

– Mel­du­ję po­słusz­nie, że tak jest. To wszyst­ko? – spy­tał, jak gdy­by znał od­po­wiedź.

Szczel­ność obie­gu in­for­ma­cji w ba­zie, w któ­rej wieść o na­głym za­milk­nię­ciu Raji roz­cho­dzi­ła się szyb­ciej wśród żoł­nie­rzy niż do­wódz­twa, przy­pra­wi­ła Kol­le­ra je­dy­nie o śmiech. Spo­tka­nie z Kar­skim upew­ni­ło go, że w tej kwe­stii (jak za­pew­ne i w in­nych) moż­na się spo­dzie­wać iście mon­ty­py­tho­now­skie­go ka­ba­re­tu.

– A jak my­śli­cie? – rzu­cił Kol­ler, niby od nie­chce­nia.

Uj­rzał, że Ga­laś ob­da­ro­wu­je go tym sa­mym spoj­rze­niem, któ­rym Kar­skie­go bliź­ni ob­da­ro­wy­wa­li praw­do­po­dob­nie od ko­ły­ski.

– Mel­du­ję, pa­nie po­rucz­ni­ku, że nie my­ślę – wy­prę­żył się ka­pral. – Na stu szes­na­stu stro­nach re­gu­la­mi­nu woj­sko­we­go nie pada sło­wo „my­śleć”. Na­le­ży do­mnie­my­wać, że my­śle­niem zaj­mu­ją się ofi­ce­ro­wie. Od pod­po­rucz­ni­ka wzwyż.

Kol­ler uśmiech­nął się pod no­sem w uzna­niu kla­sy żar­tu. Nie on był jed­nak ad­re­sa­tem dow­ci­pu, czuł to wy­raź­nie. Kil­ku żoł­nie­rzy pod Roś­ka­mi za­re­cho­ta­ło.

Od­kąd żoł­nie­rze plu­to­nu do­wie­dzie­li się, kto bę­dzie pro­wa­dził od­dział, coś się sta­ło. W cią­gu ostat­niej go­dzi­ny lub dwóch. To coś spra­wi­ło, że choć­by do­wód­ca wy­gło­sił te­raz prze­mó­wie­nie nie gor­sze niż Wil­liam Wal­la­ce za­grze­wa­ją­cy Szko­tów do wal­ki, roz­da­wał cu­kier­ki, bim­ber albo ku­po­ny do naj­bliż­sze­go domu uciech, oni i tak by mu nie za­ufa­li.

Nie było więc sen­su tra­cić cza­su na wstę­py.

– Je­dzie­my naj­pierw do Raji. Mają tam ja­kieś pro­ble­my z łącz­no­ścią, a to wła­ści­wie po dro­dze. Po­tem wra­ca­my do pod­sta­wo­we­go za­da­nia.

Wo­lał nie da­wać im szan­sy wol­nej wy­po­wie­dzi, więc do­rzu­cił na­tych­miast:

– Do wo­zów! Jadę w pierw­szym.

Pod­niósł z zie­mi ple­cak. Ry­zy­ko­wał w naj­głup­szy moż­li­wy spo­sób. Kładł na jed­nej sza­li na­der praw­do­po­dob­ną ewa­ku­ację do domu i dzie­sięć lat krą­żą­cej wśród żoł­nie­rzy le­gen­dy o po­rucz­ni­ku, któ­ry nie ukoń­czył na­wet pierw­sze­go pa­tro­lu, bo za­raz wpa­ko­wał się na aj­di­ka, a na dru­giej umiar­ko­wa­nie doj­rza­ły spo­sób udo­wod­nie­nia, że przy­naj­mniej nie jest tchó­rzem.

Li­czył, że nie udo­wod­ni tego wła­snym tył­kiem.

– Ga­laś, ze mną – po­wie­dział. – Każ kie­row­com trzy­mać się haj­łe­ja tak dłu­go, jak uzna­ją to za bez­piecz­ne, a po­tem niech jadą na prze­łaj. Spie­szy­my się, ale bez prze­sa­dy.

Ga­laś wzru­szył ra­mio­na­mi. Nie usły­szał nic no­we­go. Set­ki ki­lo­me­trów dróg, a oni przez więk­szość cza­su jeź­dzi­li po wer­te­pach dwie­ście me­trów od szla­ku. Na szo­sach, a wła­ści­wie pod nimi, ta­li­bo­wie naj­chęt­niej roz­kła­da­li miny pu­łap­ki.

Pa­ra­no­ja woj­ny.

Choć więk­szość aj­di­ków, im­pro­wi­zo­wa­nych ła­dun­ków wy­bu­cho­wych, nie była w sta­nie prze­bić pan­ce­rza Ro­so­ma­ka, ni­ko­go to nie uspo­ka­ja­ło. Broń ofen­syw­na roz­wi­ja­ła się, zwy­cza­jo­wo, w szyb­szym tem­pie niż de­fen­syw­na. I już gdzie­nie­gdzie mó­wio­no o uży­ciu ła­dun­ków ku­mu­la­cyj­nych. Po­noć ra­dzi­ły so­bie na­wet z Twar­dy­mi.

Żoł­nie­rze roz­bie­gli się na roz­kaz. Spraw­nie, szyb­ko i bez zbęd­nych ru­chów. Kol­ler ob­ser­wo­wał to z sa­tys­fak­cją. W pół­to­rej mi­nu­ty wszyst­kie wozy były go­to­we do dro­gi, dzia­ło­no­wi na sta­no­wi­skach, a Ga­laś za­my­kał za nim właz Ro­so­ma­ka. Po­rucz­nik chciał sie­dzieć z tyłu, z ludź­mi, nie na miej­scu do­wód­cy. Chciał ich po­znać.

5

Obec­ność Kar­skie­go na stoł­ku do­wód­cy ba­ta­lio­nu nie sta­no­wi­ła wy­zwa­nia. Jego tecz­kę Kol­ler wi­dział jesz­cze w Pol­sce. Za­war­tość do­ku­men­tów dało się za­mknąć w kil­ku sło­wach: ka­rie­ro­wicz, nie­zbyt in­te­li­gent­ny, tchórz­li­wy, nie­kom­pe­tent­ny – te same opi­nie po­wta­rza­ły się w za­sa­dzie bez prze­rwy. Ow­szem, mógł przez głu­po­tę czy ase­ku­ranc­two nie­spo­dzie­wa­nie ugryźć, ale – zda­niem ofi­ce­ra pro­wa­dzą­ce­go, naj­wy­raź­niej ma­ją­ce­go na ten te­mat wy­ro­bio­ne zda­nie – był w grun­cie rze­czy jak wiel­ka psia kupa; śmier­dzi z da­le­ka i nikt nie ma ocho­ty wziąć się do sprzą­ta­nia, ale przy­naj­mniej ła­two jej uni­kać. Kol­ler skrzy­wił się, sły­sząc po raz pierw­szy to nie­zbyt wy­ra­fi­no­wa­ne po­rów­na­nie, ale te­raz, gdy po­znał puł­kow­ni­ka, uznał, że jest traf­ne. Kar­skie­go na­le­ża­ło omi­jać sze­ro­kim łu­kiem, wte­dy był nie­groź­ny.

W wa­run­kach po­ko­ju puł­kow­nik mógł­by zła­mać nie­jed­ną ka­rie­rę, na woj­nie spra­wa się kom­pli­ko­wa­ła. W ra­zie kon­flik­tu z ofi­ce­rem w świe­tle re­flek­to­rów znaj­do­wał się i on – do­wódz­two mo­gło so­bie za­dać py­ta­nie, czy aby na pew­no pa­nu­je nad swo­imi ludź­mi. Puł­kow­nik sta­rał się ta­kich sy­tu­acji za wszel­ką cenę uni­kać: w oce­nie Kol­le­ra Kar­ski wo­lał, by jego na­zwi­sko po­ja­wia­ło się je­dy­nie przy oka­zji wspo­mi­na­nia, jak świet­ną szar­lot­kę upie­kła jego żona na piąt­ko­we­go po­ke­ra w szta­bie.

Poza tym był tchó­rzem, i to tchó­rzem sta­cjo­nar­nym. Za bazę wy­jeż­dżał, tyl­ko kie­dy mu­siał – tak twier­dzi­ło SWW. Naj­chęt­niej w bez­piecz­ne miej­sca, a i tak więk­szość po­dró­ży spę­dzał sku­lo­ny, nie­mal le­żąc na pod­ło­dze. Nie prze­szka­dzał więc swo­im ofi­ce­rom ina­czej niż przez ra­dio, co w dość istot­ny spo­sób ogra­ni­cza­ło jego moż­li­wo­ści poza bazą.

Kol­ler wie­dział, że je­śli tyl­ko nie spro­wo­ku­je do­wód­cy ba­ta­lio­nu o je­den raz za dużo, nie ma się cze­go bać. W tej ukła­dan­ce to nie Kar­ski sta­no­wił wy­zwa­nie.

Sta­no­wi­li je żoł­nie­rze.

Wozy ru­szy­ły z ko­py­ta, przy­spie­sza­jąc do osiem­dzie­siąt­ki. Naj­wy­raź­niej kie­row­cy za­mie­rza­li nad­ro­bić na haj­łe­ju czas, któ­ry po­tem stra­cą na ka­mie­niach.

Po­rucz­nik od­chy­lił gło­wę w tył i przy­mknął oczy. W środ­ku wozu pan­cer­ne­go świat za­wsze wy­glą­dał tak samo. Każ­da woj­na i każ­de za­da­nie, do­pó­ki za­my­ka­ły się w ścia­nach Ro­so­ma­ka, były jed­na­ko­we. W pa­mię­ci zle­wa­ły się po­tem w jed­no po­zba­wio­ne szcze­gó­łów wspo­mnie­nie. Wspo­mnie­nie emo­cji, któ­re czło­wiek ukry­wał sam przed sobą – jak dziec­ko, któ­re za­kry­wa oczy, li­cząc, że scho­wa się przed świa­tem – a któ­re były tyl­ko ocze­ki­wa­niem na huk.

Je­śli dało się sły­szeć huk, czło­wiek prze­ży­wał. Je­śli nie usły­szał, bu­dził się po­tem w szpi­ta­lu, jak bok­ser po cięż­kim no­kau­cie, i mo­dlił się do Boga, żeby koń­czy­na, któ­rej nie czu­je, po pro­stu zdrę­twia­ła od dłu­gie­go le­że­nia.

Albo nie bu­dził się wca­le.

Kol­ler prze­tarł czo­ło.

W Roś­kach pa­no­wa­ła zwy­kle przy­jem­na at­mos­fe­ra. Je­śli do­wód­ca nie był sztyw­nia­kiem, pusz­cza­no mu­zy­kę, gra­no w kar­ty, roz­ma­wia­no, żar­to­wa­no. Czuj­ność za­cho­wy­wa­li tyl­ko ci, któ­rzy ob­ser­wo­wa­li pe­ry­metr.

W po­rów­na­niu z tym, co dzia­ło się w wo­zie ja­dą­cym na cze­le zmie­rza­ją­cej do Raji ko­lum­ny, po­grzeb uko­cha­nej bab­ci przy­po­mi­nał kar­na­wał w Rio.

Część żoł­nie­rzy osten­ta­cyj­nie czy­ści­ła ka­ra­bi­ny, resz­ta błą­dzi­ła wzro­kiem po ścia­nach, od­su­wa­jąc się jak naj­da­lej. Pa­da­ły rzad­kie, ba­nal­ne sło­wa – je­śli w ogó­le. Kol­ler czuł się jak po­li­truk z naj­ciem­niej­szych cza­sów ko­mu­ny.

– Ga­laś, spró­buj na­wią­zać kon­takt ra­dio­wy z Raji – po­wie­dział. Było tak ci­cho, że jego głos re­zo­no­wał o pan­cerz po­jaz­du. – Może mie­li coś z prze­kaź­ni­ka­mi i zła­pie­my ich z bliż­szej od­le­gło­ści.

– Mel­du­ję po­słusz­nie, że tak jest, pa­nie po­rucz­ni­ku.

Ka­pral ma­ni­pu­lo­wał chwi­lę przy urzą­dze­niu. Po­tem za­czął jed­no­staj­nym to­nem wy­wo­ły­wać po­ste­ru­nek w Raji. Trwa­ło to do­bre pół mi­nu­ty, ale od­po­wie­dział mu tyl­ko bia­ły szum.

Kol­ler po raz pierw­szy wi­dział, że Ga­laś był za­gu­bio­ny. Ka­pral prze­krę­cał jesz­cze chwi­lę ja­kieś prze­łącz­ni­ki, spraw­dzał, czy świe­cą się wszyst­kie lamp­ki. Na­wet ude­rzył otwar­tą dło­nią w sprzęt, jak gdy­by re­pe­ro­wał sta­re­go Ru­bi­na, nie naj­no­wo­cze­śniej­sze ra­dio en­tej ge­ne­ra­cji.

– Ile ra­dio­sta­cji tam mają?

– W każ­dym wo­zie po jed­nej – za­czął ka­pral, wy­li­cza­jąc na pal­cach. – Na dru­ży­nę po jed­nej prze­no­śnej. Ze trzy na po­ste­run­ku… I kil­ka za­pa­so­wych. Nie mniej niż dzie­sięć. Plus coś moc­niej­sze­go z sa­te­li­tą.

Jesz­cze przed wyj­ściem od Kar­skie­go po­rucz­nik do­wie­dział się, że sa­te­li­ty ob­ser­wa­cyj­ne Ame­ry­ka­nów nie do­strze­gły żad­nej wro­giej ak­tyw­no­ści w re­gio­nie. Kol­ler wie­dział, że to aku­rat może być praw­dą. Oglą­dał wcze­śniej zdję­cia te­re­nu: same góry i bez­dro­ża. Nie spo­sób po­dejść nie­zau­wa­żo­nym.

– Te ra­dia. Wszyst­kie by się po­psu­ły?

– Nie wiem, pa­nie po­rucz­ni­ku – od­parł Ga­laś. – Może ja­kieś roz­bły­ski na słoń­cu. Dużo o tym te­raz pi­szą.

– To mu­siał­by być naj­dziw­niej­szy roz­błysk świa­ta, żeby do­padł tyl­ko Raji, a omi­nął dwa inne po­ste­run­ki w pro­mie­niu dwu­dzie­stu ki­lo­me­trów.

Kol­ler li­czył, że bę­dzie to ja­kiś przy­czy­nek do dia­lo­gu. Ga­laś jed­nak wzru­szył tyl­ko ra­mio­na­mi, a resz­ta – choć z wy­raź­ną cie­ka­wo­ścią przy­słu­chi­wa­ła się do­tych­cza­so­wej wy­mia­nie zdań – na­gle wró­ci­ła do po­dzi­wia­nia spo­jeń pan­ce­rza cudu tech­ni­ki, ja­kim był wóz bo­jo­wy pie­cho­ty Ro­so­mak.

– Pró­buj co kwa­drans – rzu­cił po­rucz­nik, na­gle znie­chę­co­ny. – Może się ode­zwą.

Przez pra­wie go­dzi­nę je­cha­li w ci­szy, prze­ry­wa­nej tyl­ko przez od­głos kolb ka­ra­bi­nów stu­ka­ją­cych na wy­bo­jach o pod­ło­gę i ko­mu­ni­ka­ty od­le­głych baz.

Służ­ba Wy­wia­du Woj­sko­we­go dała Kol­le­ro­wi wszyst­kie na­rzę­dzia, ja­kich po­trze­bo­wał do wy­ko­na­nia za­da­nia: peł­no­moc­nic­twa i wspar­cie po­trzeb­ne do zi­den­ty­fi­ko­wa­nia i wy­ła­pa­nia, po ci­chu, czar­nych owiec. Ofi­ce­rów i pod­ofi­ce­rów, któ­rzy han­dlo­wa­li opium i przez współ­pra­cę z lo­kal­ny­mi gru­pa­mi prze­stęp­czy­mi na­ra­ża­li in­te­gral­ność i le­gi­ty­mi­za­cję ca­łe­go ISAF.

O za­ufa­nie od­dzia­łu mu­siał wal­czyć.

– Ga­laś! – po­wie­dział tak, żeby wszy­scy sły­sze­li.

Ka­pral grał na te­le­fo­nie w grę, w któ­rej każ­dy ko­lej­ny punkt ozna­czał je­den frag­ment gar­de­ro­by mniej na po­ru­sza­ją­cej się na ekra­nie mo­del­ce. Wy­wo­ła­ny uniósł gło­wę, Kol­ler po­czuł jed­nak na so­bie wzrok ca­łej dru­ży­ny.

– Tak, pa­nie po­rucz­ni­ku?

Po­wiódł spoj­rze­niem po każ­dej twa­rzy, na każ­dej za­trzy­mał się kil­ka se­kund. Może na­wet tro­chę za bar­dzo po oj­cow­sku. Wes­tchnął.

– Wi­dzę, co się dzie­je. Od­pu­ść­my so­bie ci­che dni – po­wie­dział po­wo­li pod ad­re­sem wszyst­kich. – Mów­cie, co was mę­czy, i za­łatw­my to te­raz.

Ci­sza. Sły­chać było je­dy­nie od­głos sil­ni­ka wozu i ci­che pi­ka­nie urzą­dzeń ko­mu­ni­ka­cyj­nych od stro­ny kie­row­cy.

Pa­trzy­li na nie­go bez en­tu­zja­zmu. Czuł, że jesz­cze chwi­la i stra­ci ich na do­bre.

– Nie bę­dzie lep­sze­go mo­men­tu. Co­kol­wiek po­wie­cie te­raz, w Roś­ku, w nim zo­sta­je, tak się uma­wia­my. To do­ty­czy wszyst­kich – po­wie­dział z na­ci­skiem. Za­plótł ręce na pier­si, jak gdy­by szy­ko­wał się do snu. – Ma­cie czas do koń­ca jaz­dy, po­tem może nie być kie­dy.

Ka­pral kiw­nął gło­wą i Kol­ler zo­ba­czył na tej jego ban­dyc­ko uro­czej gę­bie, że nie chce cho­wać ura­zy, ale jed­no­cze­śnie nie umie za­ufać czło­wie­ko­wi, o któ­rym wspo­mi­na­no w tylu opo­wie­ściach. Zbie­rał się chwi­lę w so­bie i za­nim ze­brał do koń­ca, ubiegł go któ­ryś z żoł­nie­rzy.

– Pan po­waż­nie, pa­nie po­rucz­ni­ku?

Sze­re­go­wy. Ja­sne oczy, blon­dyn, chło­pię­ca twarz. Typ przy­stoj­nia­ka, ame­ry­kań­skie­go ma­ri­ne z fil­mu. Na na­szyw­ce, któ­ra wy­sta­wa­ła spod ka­mi­zel­ki, wid­niał na­pis: „Rat­czak”.

– Tak jak mó­wi­łem.

– Gu­glo­wał pan sie­bie w In­ter­ne­cie?

Ba, a bo to raz? – po­my­ślał Kol­ler. Miał kil­ka chwil sła­bo­ści, kie­dy wpi­sy­wał wła­sne na­zwi­sko w wy­szu­ki­war­ce. Gdy po prze­czy­ta­niu ton wy­le­wa­nych na nie­go po­myj wy­łą­czał kom­pu­ter, miał wra­że­nie, że byli z Hi­tle­rem kum­pla­mi ze szkol­nej ław­ki.

Wzru­szył jed­nak ra­mio­na­mi z obo­jęt­ną miną. Gest nie wy­szedł za bar­dzo, Ro­so­ma­kiem za­czę­ło nie­źle trząść; wje­cha­li wła­śnie na bez­dro­ża. Cze­ka­ła ich go­dzi­na losu ziem­nia­ków w wor­ku.

– Ja­koś się nie zda­rzy­ło… – skła­mał bez mru­gnię­cia okiem.

– Pan wie, co wy­ska­ku­je, jak się pana wpi­sze? – Ko­lej­ny głos w roz­mo­wie. Może i pę­dzi­li w stro­nę prze­pa­ści, ale przy­naj­mniej na po­kła­dzie było ich co­raz wię­cej.

Wiel­ki, umię­śnio­ny gość. Kol­ler ko­ja­rzył go. Star­szy sze­re­go­wy Fe­liks Kry­szak, ksyw­ka „Hulk”. Wy­star­czy­ło wpi­sać w wy­szu­ki­war­ce YouTu­be ha­sło: „Afga­ni­stan” i jako je­den z pierw­szych po­ja­wiał się film, na któ­rym Hulk wy­ci­skał sztan­gę ob­cią­żo­ną dwu­stu dwu­dzie­sto­ma ki­lo­gra­ma­mi. To była jego dru­ga zmia­na.

– Mogę się do­my­ślać. Po­wiedz­cie.

Hulk po­pra­wił się na sie­dze­niu. Fa­cet le­d­wo wcho­dził do Roś­ka, żoł­nie­rze po bo­kach wy­glą­da­li jak kra­sna­le.

– Irak, pa­nie po­rucz­ni­ku. Z tego, co pi­szą, wy­cho­dzi, że nie bar­dzo mamy far­ta z no­wym do­wód­cą.

Kol­ler pa­trzył na nie­go chwi­lę. Bez­po­śred­nio­ścią się nie prze­jął. Był wdzięcz­ny, że ktoś wresz­cie się od­wa­żył, ale też tro­chę zły na sie­bie. Czym mógł się z nimi po­dzie­lić, jaką praw­dę prze­ka­zać w pro­stych żoł­nier­skich sło­wach, sko­ro nie prze­spał do­tąd żad­nej nocy, nie wspo­mi­na­jąc tego, co się wte­dy sta­ło, a słów bra­ko­wa­ło mu na­wet, gdy sta­rał się wy­tłu­ma­czyć wszyst­ko sa­me­mu so­bie.

Wziął głę­bo­ki od­dech.

6

Czer­wiec 2004 roku. Koń­ców­ka dru­giej zmia­ny w Ira­ku. Pe­cho­wa zmia­na i pe­cho­wy rok. Z dwu­dzie­stu dwóch żoł­nie­rzy, któ­rzy zgi­nę­li pod­czas pol­skiej obec­no­ści na mi­sji, czter­na­stu po­le­gło wte­dy, mię­dzy ma­jem i grud­niem.

W tym dwóch mo­ich.

Hisz­pa­nie do­pie­ro co się wy­co­fa­li, to było po za­ma­chach w Ma­dry­cie. Pa­mię­tam lu­dzi z ich kon­tyn­gen­tu, gdy od­jeż­dża­li. Nie pa­trzy­li ni­ko­mu w oczy, ma­sze­ro­wa­li jak jeń­cy, nie woj­sko, ze wzro­kiem wbi­tym we wła­sne buty. Było im wstyd.

Do­mi­ni­ka­na, Hon­du­ras i Ni­ka­ra­gua za­raz po­tem zro­bi­ły to samo.

Słu­ży­łem w kom­pa­nii pie­cho­ty Dru­giej Ba­ta­lio­no­wej Gru­py Bo­jo­wej. Wszyst­ko dzia­ło się krót­ko po po­wsta­niu Ar­mii Mah­die­go. Od kwiet­nia do koń­ca maja no­to­wa­li­śmy sześć­dzie­siąt, sie­dem­dzie­siąt kon­tak­tów bo­jo­wych mie­sięcz­nie, na­wet w cza­sie za­wie­sze­nia bro­ni. Pa­tro­le bez prze­rwy wpa­da­ły w pu­łap­ki, a bazy ostrze­li­wa­no w za­sa­dzie każ­dej nocy. Na­pie­prza­li ze wszyst­kie­go co się dało. Od RPG, na pi­sto­le­tach spor­to­wych koń­cząc. To była po­zba­wio­na lo­gi­ki wście­kłość, któ­rą wy­plu­wa­li na nas, jak gdy­by sam ich gniew, nie broń, któ­rą trzy­ma­li w ręku, miał nas za­bić. Strze­la­li za­zwy­czaj z byle cze­go, na ogół na oślep. Ale kie­dy co noc gdzieś w obo­zie wy­bu­cha po­cisk, nie jest ła­two od­dać się w ręce opar­tej na sła­bej cel­no­ści wro­ga sta­ty­sty­ki i po pro­stu za­snąć.

Praw­dzi­we pie­kło roz­pę­ta­ło się w Kar­ba­li, Al-Hil­li i Nad­ża­fie. Każ­dy o tym sły­szał. Po­wsta­nie za­sta­ło nas, jak to się mówi, z ręką w noc­ni­ku, a już zwłasz­cza szta­bow­ców. Prze­wi­dy­wa­li ja­kieś ru­chy, ale li­czo­no na „po­ko­jo­we de­mon­stra­cje z nie­wiel­ką ilo­ścią pro­wo­ka­to­rów”.

Na uli­cę po pro­stu wy­bie­gli lu­dzie z ka­ra­bi­na­mi. Al-Ka­ida, sa­dry­ści, po­noć na­wet Cze­czeń­cy i róż­ni na­jem­ni­cy, któ­rzy po­ja­dą wszę­dzie, żeby tyl­ko po­strze­lać do lu­dzi za kil­ka­set do­la­rów mie­sięcz­nie. A my­śmy sie­dzie­li po­cho­wa­ni i nie mie­li­śmy po­ję­cia, co ro­bić. Ja i moi lu­dzie by­li­śmy w Al-Hil­li, za­bez­pie­cza­li­śmy miej­sco­wą wła­dzę. Na lo­kal­nych jed­nost­kach dało się po­le­gać tak samo jak i tu.