WWW.1944.WAW.pl - Marcin Ciszewski - ebook
Opis

 

Załóżmy, że w czasy poprzedzające wybuch Powstania Warszawskiego trafia kilkuset współczesnych żołnierzy z początku XXI wieku z nowoczesnym sprzętem, wyszkoleniem i wiedzą. Mają pewien wpływ na rzeczywistość, a także czas, aby starannie przygotować tę jedyną w swoim rodzaju operację wojskową. Czy konfrontacja przeszkolonych i wspieranych przez żołnierzy GROM powstańców z AK z doborowymi jednostkami Wehrmachtu i SS okaże się zwycięska?

Czy uda się odmienić los powojennej Polski?
Czy bohaterom znanym z powieści WWW.1939.COM.PL będzie dane wrócić w nasze czasy?


Tygrys. Potężnie opancerzony (czołowy pancerz przeszło sto milimetrów!), jak na swoją masę bardzo ruchliwy i zwrotny, uzbrojony w najlepszą na świecie osiemdziesięcioośmio-milimetrową armatę czołgową. Prawdziwy drapieżca wśród panter, pum i szakali.

A naprzeciwko...
PT91A1 twardy, polski czołg podstawowy, szczycący się studwudziestopięciomilimetrową gładkolufową armatą jako głównym uzbrojeniem. To duma uzasadniona. Działo o takich parametrach nie było ostatnim krzykiem mody w roku dwa tysiące siódmym, ale stanowiło absolutnie wizjonerski i nieosiągalny dla przeciwników szczyt techniki w roku tysiąc dziewięćset czterdziestym czwartym. Czołgiści twardego mogli wycelować znacznie dokładniej i strzelić na większy dystans niż niemieccy koledzy po fachu, a dzięki systemom nokto- i termowizyjnym nie straszne im były dymy pożarów czy noc.

Toteż konfrontacja tych dwóch wytworów ludzkiej pomysłowości zapowiadała się fascynująco…

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 380

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


MarcinCiszewski

WWW.1944.WAW.pl

Ustroń 2011

Historia powstania warszawskiego jest dobrze znana i szczegółowo opisana w literaturze. Każdy z sześćdziesięciu trzech dni walk zaznaczył się wieloma heroicznymi dokonaniami uczestników jednej z najbardziej zaciętych bitew miejskich w dziejach najnowszych Europy i świata. Czytelnik, nawet pobieżnie zorientowany w realiach tamtych wydarzeń, wie jednak, że w rzeczywistości powstańcom nie udało się niestety zdobyć ani dzielnicy policyjnej, ani lotniska Okęcie, co w żaden sposób nie umniejsza wysiłków poszczególnych ludzi i całych oddziałów.

Przedstawiona opowieść jest fikcją – podobnie jak główni bohaterowie. Jednak to powstanie jako bezprecedensowe wydarzenie historyczne oraz losy niektórych jego uczestników stanowiły inspirację do nadania ostatecznego kształtu przygód bohaterów książki. I tak postać kaprala podchorążego „Witka” wzorowana jest na przeżyciach powstańczych prof. Witolda Kieżuna (historia z wzięciem do niewoli czternastu Niemców za pomocą zaciętego automatu miała miejsce 2 sierpnia 1944 podczas zdobywania Poczty Głównej), któremu chciałem niniejszym serdecznie podziękować za poświęcony mi czas wypełniony fascynującymi wojennymi opowieściami.

Postaciami historycznymi byli przedstawiciele sił bezpieczeństwa Rzeszy: Paul Otto Geibel, Ludwig Hahn, Alfred Spilker oraz Walther Schellenberg. Ich rzeczywiste losy ułożyły się nieco inaczej niż w powieści. Więcej informacji na ten temat znajdziesz, Czytelniku, na stronie www.1944.waw.pl

Motyw zdrajcy w oddziale majora Wojtyńskiego również miał swój odpowiednik w rzeczywistości. To historia „Motora” – jednego z najbliższych podkomendnych słynnego kieleckiego partyzanta Jana Piwnika, „Ponurego”. Likwidacja „Motora” miała miejsce na ponad sześć miesięcy przed wybuchem powstania warszawskiego i została opisana przez Cezarego Chlebowskiego w książce „Pozdrówcie Góry Świętokrzyskie”, któremu również dziękuję za wsparcie i merytoryczne uwagi dotyczące tekstu powieści..

Pan Marek Wawrzonek wniósł dużo cennych spostrzeżeń dotyczących techniki wojskowej, możliwości konspiracyjnej produkcji broni i amunicji, a także zachowań niektórych postaci. Panu Markowi dziękuję serdecznie.

Doktor Bohdan Firek znalazł czas, aby oświecić mnie w skomplikowanych kwestiach medycznych, zwłaszcza dotyczących ran postrzałowych i ich następstw. Danku – jestem głęboko wdzięczny.

Last but not least dziękuję także mojej żonie Kasi, która jak zawsze z anielską cierpliwością znosiła moje humory podczas niełatwego procesu twórczego...

Marcin Ciszewski jest absolwentem Instytutu Historii Uniwersytetu Warszawskiego ze specjalizacją historia najnowsza. Od lat, choć nie uprawia historii zawodowo, pasjonuje się przebiegiem II wojny światowej, ze szczególnym uwzględnieniem kampanii wrześniowej.

I. ZRZUT

1

– Tyłek mnie boli.

– Aha.

– Jestem cały zdrętwiały.

– Współczuję.

– Już mi się znudziło.

– Mnie też.

Kapitan marudził tak od pewnego czasu. Tylko jemu chciało się rozmawiać, ja odpowiadałem monosylabami. W gruncie rzeczy jednak wyrażał naszą wspólną opinię: po pięciu godzinach lotu w ciasnym, zimnym i głośnym wnętrzu każdy miał dość i nie prezentował ani olśniewającej kondycji fizycznej, ani tym bardziej dobrego samopoczucia. Całe szczęście dyspozytor – facet z załogi w randze sierżanta, odpowiedzialny za prawidłowy przebieg zrzutu – wyszedł w końcu z kabiny pilotów, powiedział głośno:

– Action station! – i zaczął przygotowywać samolot i nas do skoku.

Ciężko podnieśliśmy się z twardej ławki. Każdy z nas dźwigał na sobie przynajmniej czterdzieści kilogramów wyposażenia: dwa spadochrony, broń osobistą, duży zapas amunicji, granaty, racje żywnościowe, latarki. Zresztą to nie wszystko, co mieliśmy ze sobą. Reszta sprzętu spoczywała w sporych rozmiarów zasobniku, który dyspozytor wyrzuci za nami w ciemność.

Przypięliśmy karabińczyki mechanizmu uwalniającego spadochrony do stalowej linki biegnącej wzdłuż kabiny samolotu. Dyspozytor starannie sprawdził oporządzenie, po czym otworzył drzwi. Tornado wdarło się do środka, chłodząc nasze i tak nie najlepsze nastroje. Dla większości z nas był to pierwszy w życiu skok bojowy ze spadochronem, i to w terenie zupełnie nieznanym, na dodatek w nocy. Przemknęło mi przez głowę, że gdyby sprawy szły swoim zwykłym trybem, piłbym właśnie wieczorną kawę na tarasie mojego luksusowo urządzonego domu i rozmawiałbym z żoną na temat weekendowych zakupów. Ta myśl uświadomiła mi, że nasza wyprawa była pomysłem, delikatnie mówiąc, dość karkołomnym. Rzecz jasna wszelkie żale i skargi należały do mocno spóźnionych, bo oto nad drzwiami kabiny pilotów zapaliła się zielona lampka, oznaczająca, że pilot znalazł w końcu właściwą lokalizację zrzutu. Sierżant machnął ręką i krzyknął głośno:

– Go!

Jeden po drugim, niemal na plecach poprzednika, runęliśmy w dół. Za nami poleciał zasobnik.

Według planu to był koniec akcji. Drzwi miały zostać zamknięte, pilot powinien zatoczyć obszerne koło, wejść na powrotny kurs i polecieć do bazy.

Zamiast tego samolot zwolnił jeszcze bardziej. Dyspozytor podbiegł w głąb kabiny, gdzie stał pokaźnych rozmiarów stalowy kontener. Gdy go otworzył, wyszły z niego dwie osoby, podobnie jak my ubrane w czarne spadochroniarskie kombinezony, i tak jak my z trudem rozprostowały kości. Szybko założyły na siebie broń i wyposażenie. Sierżant wyćwiczonym ruchem przypiął karabińczyki spadochronów do linki i podniósł kciuk.

Dwaj tajemniczy pasażerowie bez wahania skoczyli w ciemność.

2

– Zwariowałeś, Galaś! – powiedziałem niemal dwa miesiące wcześniej. – Zupełnie zwariowałeś.

– Melduję posłusznie, że nie bardzo – odparł wyprężony jak struna były kapral nadterminowy Józef Galaś.

Rozmowa zaczęła się pogodnego majowego poranka, na przedmieściach San Antonio w Teksasie, w moim biurze. Jej końca nie widać do dzisiaj.

W maju w Teksasie jest bardzo gorąco. Biuro firmy mieściło się w dość luksusowym budynku, zlokalizowanym o sto metrów od teksańskich Termopil, czyli legendarnego klasztoru Alamo, ale pojęcie komfortu w roku czterdziestym czwartym było z mojego, całkowicie subiektywnego punktu widzenia, lekkim nieporozumieniem. Blaszany wiatrak mełł leniwie gorące, zastałe powietrze. Nie dawało to nawet psychologicznego efektu, nie mówiąc o faktycznej ochłodzie. Ponieważ czekało mnie spotkanie z Bardzo Ważnym Klientem, zmuszony byłem tkwić za biurkiem w ciężkim, trzyczęściowym garniturze. Pociłem się potwornie, trajkotanie Galasia potraktowałem więc wrogo.

– Mówię zupełnie poważnie. Razem ze Scottem wpadliśmy na pomysł, w jaki sposób zasilić pole. Odtworzyliśmy oprogramowanie sterujące. Brakuje nam trochę terabajtów na dysku twardym...

– Drobiazg – uśmiechnąłem się z przymusem, ale coraz bardziej zainteresowany. – Kupicie na rynku.

– ...i emitera – dokończył niezrażony kapral.

W pokoju zapadła cisza.

Gadanina Galasia, jakkolwiek fantastycznie by brzmiała, miała swoje uzasadnienie w przeszłości. Wiedziałem, o czym mówi, natomiast nie bardzo rozumiałem, o co mu chodzi.

– Tak się nie dogadamy – westchnąłem, wiedząc, że już się nie wykpię i raczej powinienem się skupić. – Siadaj i mów od początku.

– Tak jest. – Były kapral stuknął obcasami i usiadł na brzeżku krzesła. – Kilka tygodni temu przyszedł do mnie bardzo podniecony Railey. Od progu gadał, że wpadł na pomysł, jak z powrotem uruchomić generator pola, oprogramowanie sterujące i takie tam. Po czym wyciągnął laptopa... No mówię panu, takie oczy zrobiłem. Jesteśmy co prawda w Ameryce, ale szczytem techniki jest obecnie lampowe radio z głośnikiem trzeszczącym jak megafon w Koluszkach. A facio kładzie na stole notebooka i mówi, że złożył go z trzech innych, które ocalały z nalotu, wtedy...

Pamiętałem dobrze ten nalot, a przynajmniej jego część. Miał miejsce we wrześniu trzydziestego dziewiątego roku.

– Mów dalej, Galaś. – Nagle opanował mnie niepokój. Już domyślałem się, co będzie dalej.

– No więc odpala komputer, patrzę i oczom nie wierzę. Poskładał z części oprogramowanie sterujące polem. Jak pamiętam oryginał, wszystko się zgadza. I najważniejsza część, że tak powiem wycieczkowa, też działa.

Wycieczki. Ładnie powiedziane. Przez te wycieczki zginęło sporo ludzi.

– Pięknie. Tylko co z tego wynika?

– Że gdybyśmy odzyskali emiter, moglibyśmy wrócić, panie pułkowniku.

3

Wylądowałem dobrze. Wykonałem prawidłowego fikołka i znieruchomiałem, sprawdzając, czy wszystko w porządku. Ponieważ nic sobie nie złamałem, a spadochron szarpał jak zły pies, podniosłem się szybko na nogi i ściągnąłem linki. Zwinąłem materiał, zrzuciłem z ramion plecak z zapasowym spadochronem i cały ten majdan ukryłem starannie w gęstych zaroślach.

Trzask łamanej gałązki spowodował, że odwróciłem się gwałtownie, szczęknąłem zamkiem thompsona i skierowałem lufę w stronę, skąd doszedł dźwięk.

– Towariszcz, nie strielaj – usłyszałem płaczliwy głos. – Ja nastojaszczij bolszewik.

– Ty nastojaszczij kretyn – odparłem z ulgą. – Więcej tego nie rób.

– Ćwiczymy refleks i orientację w terenie, no nie? – stwierdził kapitan Jan Wieteska, wychodząc z zarośli i ustawiając się w świetle księżyca, abym mógł go obejrzeć w całej krasie. Thompson dyndał beztrosko przewieszony przez ramię, a pistolet – nieodłączny desert eagle kalibru .44 – spoczywał w kaburze na biodrze. Nieotwartej nawet. – Reszta gdzie?

– Poszukaj ich – powiedziałem. – Pójdę się rozejrzeć. Spotkamy się za dziesięć minut. I pamiętajcie o zasobniku.

Wylądowaliśmy mniej więcej pośrodku mocno nachylonego stoku otoczonego lasem. Na południu i wschodzie, niezbyt daleko, majaczyły łagodne szczyty górskie. Mieliśmy mało czasu. Noc chyliła się ku końcowi.

Pomaszerowałem w dół. Po kilkudziesięciu metrach zobaczyłem w ciemności zarys wiejskich chałup. Mieszkańcy wsi raczej nie byli towarzystwem, którego mogłem się obawiać, ale musiałem się upewnić, czy nic nam nie grozi. Przycupnąłem w wykrocie zwalonego na środku obszernej polany drzewa, wyciągnąłem noktowizor i bez pośpiechu zlustrowałem okolicę, jednocześnie uważnie nasłuchując.

Cisza.

Prawie dałem się nabrać. Po raz ostatni omiotłem najbliższe zabudowania i już miałem się wycofać, gdy nikły błysk, umiejscowiony nieco poniżej żurawia, pomiędzy stodołą a chlewikiem, przyciągnął moją uwagę. Delikatnie poruszyłem pokrętłem transfokatora, po czym wycelowałem w niewyraźnie lśniący przedmiot.

Szyba.

Przyjrzałem się uważnie. Bez wątpienia – zamaskowany samochód. I to ciężarowy. Nie podejrzewałem, aby mieszkańcy zabitej dechami świętokrzyskiej wsi w piątym roku wojny posiadali ciężarówkę. Jej właścicielami mogli być raczej ludzie, na których spotkanie nie miałem żadnej ochoty.

Gdy już wiedziałem, czego szukać, rezultaty przyszły szybko. Na lewo od ciężarówki gałęzie i krzaki maskowały stanowisko karabinu maszynowego. W otwartych drzwiach stodoły ciemność kryła następną maszynkę. Na stryszku chałupy, w małym trójkątnym okienku – obserwator i, być może, punkt dowodzenia.

Ludzie ci czekali na coś i byli bardzo dobrze przygotowani na spotkanie. W stan pogotowia postawił ich dźwięk silników liberatora. Możliwe, że nie dostrzegli farbowanych na czarno czasz spadochronów, ale z pewnością zarejestrowali fakt, iż właśnie w tej okolicy samolot zawrócił – musiał zatem gdzieś tutaj pozbyć się swojego ładunku. Na miejscu niemieckiego dowódcy umieściłbym pluton piechoty na szczycie wzgórza, na zboczu którego wylądowaliśmy. Miałby doskonały wgląd w sytuację i świetną widoczność na wszystkie strony, bowiem wzgórze pozbawione było drzew. Po zlokalizowaniu zrzutu pluton ów zacznie schodzić w dół, naganiając skoczków i ewentualną przesyłkę na przyczajonych we wsi kolegów.

Wszystko to uświadomiłem sobie w jednym, przeraźliwie krótkim momencie.

Z lasu za plecami usłyszałem trzask łamanej gałęzi i soczyste polskie przekleństwo. Chwilę później spomiędzy chałup wystrzeliła biała rakieta, po niej kilka następnych. Nad polaną zrobiło się jasno jak w dzień.

Klnąc na czym świat stoi, naciągnąłem sprężynę thompsona, wycelowałem w ukryty w krzakach kaem i pociągnąłem za spust.

4

– A więc kapral Galaś ma dla nas interesujące wiadomości – stwierdził Wieteska, wydmuchując w moją stroną dym z cygara. Ostatnimi czasy zaczął hołdować wytwornym manierom, ubierać się wyłącznie w garnitury szyte na miarę z najdroższych materiałów, a jego ulubionym trunkiem stał się pięciogwiazdkowy francuski koniak, co zważywszy na kłopoty logistyczne i bajońskie ceny dyktowane przez czarny rynek, świadczyło o definitywnym przejściu kapitana, byłego pilota śmigłowców bojowych, na pozycje zamożnej burżuazji.

Spotkanie, w składzie poszerzonym do niemal całego zarządu firmy, odbyło się nazajutrz po wizycie Galasia.

– Możliwe, że są interesujące. – Skrzywiłem się. – Sami oceńcie.

Galaś ze szczegółami opowiedział o odkryciu Scotta Raileya. Wiedział, jaką przynętę założyć na haczyk, abyśmy dali się złapać. Pominął interpretację, uwypuklił gołe fakty – jednak zrobił to w taki sposób, że wniosek mógł być tylko jeden.

– Zatem kapral twierdzi, że razem z Raileyem zdołał odtworzyć oprogramowanie sterujące polem siłowym oraz umożliwiające skoki w czasie. Gdybyśmy odzyskali emiter, z technicznego punktu widzenia nasz powrót do dwa tysiące siódmego stałby się możliwy, czy tak?

– Tak – z zapałem pokiwał głową Galaś – to bardzo prawdopodobne...

– Momencik. – Wieteska podniósł rękę. – Nie tak szybko. Na razie zostawmy kwestię naszej chęci czy niechęci do powrotu. Ale po pierwsze: co z zasilaniem? Przecież, o ile pamiętam, kluczowym elementem technologii MDS-a był reaktor atomowy napędzający to cholerstwo.

– Tak. – Galaś rozjaśnił się. – Ten problem jest już rozwiązany. – Zręcznym ruchem wyciągnął z teczki mapę. Przedstawiała południowo-zachodnią część stanu Teksas. – Panowie będą łaskawi spojrzeć. – Nie tylko Wietesce urzędowanie na wysokich, firmowych posadach dodało savoir-vivre’u. – Reaktor atomowy to nic więcej, jak tylko nowoczesne źródło energii elektrycznej, no nie? Nie potrzebujemy reaktora, potrzebujemy prądu i musimy go jakoś zdobyć. Jak? To proste. Sto kilometrów na zachód od Houston oddano do użytku nową elektrownię. Ma moc wielokrotnie przekraczającą nasze potrzeby. Linie przesyłowe biegną tędy. – Zakreślił na mapie szeroki łuk ciągnący się na zachód, w stronę San Antonio. – Pięćdziesiąt kilometrów pustkowia. Znaleźliśmy bardzo dogodne miejsce, aby się podłączyć i wykorzystać przez kilka chwil moc elektrowni do naszych potrzeb. Mało tego, Railey zna te okolice, że tak powiem, z naszych czasów, i one się zupełnie nie zmieniły. Gdybyśmy tam odpalili emiter, jest gwarancja, że wylądujemy w dwa tysiące siódmym suchą nogą, a nie na przykład na dachu wieżowca albo na dnie jeziora... – Uśmiechnął się chytrze.

– Tego byśmy na pewno nie chcieli. Ale, ale... Chcesz podłączyć system do publicznej sieci elektrycznej? – zapytałem. – W połowie stanu wysiądzie prąd.

– No to co? Może na dwie godziny. Naprawią.

– To jest w ogóle technicznie możliwe? – odezwał się po raz pierwszy tego dnia Kurcewicz.

– Jest. – Galaś był coraz bardziej podniecony. – Musimy oczywiście trochę zainwestować, wynająć ekipę, która wykona stację transformatorową, generatory, baterie akumulatorów, musimy też wykopać tunel dla kabla zasilającego, bo przecież nie zainstalujemy się z naszym majdanem tuż obok linii przesyłowej. Ktoś może się zorientować.

– No dobrze. Mamy oprogramowanie. Przyjmijmy, że mamy też zasilanie – analizował temat Wieteska. – Potrzebujemy jeszcze emitera.

– Tak jest. Więc musimy pojechać po niego do kraju.

Wieteska spojrzał na mnie i parsknął śmiechem. Kurcewicz siedział w milczeniu, sprawiał wrażenie nieobecnego.