Wydawca: Świat Książki Kategoria: Literatura faktu, reportaże, biografie Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 337 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Wtedy - Jacek Bocheński

Jacek Bocheński – prozaik, eseista, publicysta, nominowany w tym roku do Literackiej Nagrody NIKE – w dwudziestu pasjonujących rozmowach. Kto z nim rozmawia? Krytycy, dziennikarze, kulturoznawcy, poeci – . Jarosław Kurski, Anna Nasiłowska, Wiesław Kot. O czym? O rodzicach, nauce łaciny, pracy w redakcji „Zapisu”. A także o filozofii, kryzysie gospodarczym, polityce. Pierwszy wywiad pochodzi z roku 1965, najnowszy – z 2011. Jak zmieniał się przez 45 lat autor Stanu po zapaści? Jak, jego zdaniem, zmieniała się Polska?

Opinie o ebooku Wtedy - Jacek Bocheński

Fragment ebooka Wtedy - Jacek Bocheński

Redaktor prowadzący

Katarzyna Krawczyk

Redakcja

Krystyna Śliwa

Redakcja techniczna

Lidia Lamparska

Korekta

Tadeusz Marburg

Copyright © by Jacek Bocheński, 2011

Copyright © by Weltbild Polska Sp. z o.o., Warszawa 2011

Copyright © for the e-book edition by Weltbild Polska Sp. z o.o., Warszawa 2011

Wydawnictwo dołożyło wszelkich starań, żeby skontaktować się z rozmówcami Jacka Bocheńskiego.

Osoby zainteresowane prosimy o kontakt.

Świat Książki

Grupa Wydawnicza Weltbild

Warszawa 2011

Weltbild Polska Sp. z o.o.

02-103 Warszawa, ul. Hankiewicza 2

Księgarnia internetowa: Weltbild.pl

Niniejszy produkt objęty jest ochroną prawa autorskiego. Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku osobę, która wykupiła prawo dostępu. Wydawca informuje, że wszelkie udostępnianie osobom trzecim, nieokreślonym adresatom lub w jakikolwiek inny sposób upowszechnianie, upublicznianie, kopiowanie oraz przetwarzanie w technikach cyfrowych lub podobnych — jest nielegalne i podlega właściwym sankcjom.

ISBN 978-83-7799-542-6

Nr 90451709

Konwersja do formatu EPUB: Virtualo Sp. z o.o.virtualo.eu

Wstęp

To, co zawiera ta książka, powstało w następujący sposób. Przez czterdzieści sześć lat odpowiadałem co pewien czas na pytania, które ktoś mi zadawał. Dokładniej: począwszy od roku 1965, dwadzieścia różnych osób przeprowadziło ze mną wywiady na różne tematy. Wszystkie te osoby są więc w pewnej mierze współautorami książki.

Uzyskawszy ich łaskawą zgodę, za którą dziękuję, zdecydowałem się obecnie zebrać w jednym tomie te wywiady notowane kiedyś przez moich rozmówców długopisami lub rejestrowane na taśmie magnetofonowej, przepisywane, publikowane po czasopismach, a nawet — wiadomo mi o pięciu takich przypadkach — wydane w książkach.

Przeważnie jednak teksty te, szczególnie w partiach refleksyjnych, sam podczas autoryzacji uzupełniałem, przerabiałem i po prostu pisałem. Są zresztą i takie rozmowy, które od początku powstawały korespondencyjnie. Najczęstszym przypadkiem była procedura mieszana: najpierw rozmowa, potem dopiski. W lekturze większość tekstów zdradza, wydaje mi się, ten podwójny charakter kolokwialno-pisemny.

Pod względem treściowym całość tworzy coś pośredniego między esejem i autobiografią.

Byłbym chętnie sięgnął do czasów jeszcze wcześniejszych niż rok 1965. Niestety, nikt przed tą datą nie próbował w PRL przeprowadzania wywiadów ze mną, a pierwszym czasopismem, które wpadło na taki pomysł, był w roku 1965 „Tygodnik Powszechny”. Moim ówczesnym interlokutorem z ramienia redakcji został Wiesław Paweł Szymański.

Dla książki, której sens winien polegać między innymi na dokumentalnym autentyzmie, przyjąłem zasadę, że w dawnych tekstach nie będzie się nic zmieniać. Tu i ówdzie byłbym dzisiaj skłonny powiedzieć coś inaczej, wyrazić nie tyle inną myśl, ile użyć innych słów, chociaż są to miejsca rzadkie. Nie wprowadziłem jednak do wydania książkowego żadnych aktualizacji, poprawek, dodatków ani skreśleń. W zupełnie wyjątkowych wypadkach skorygowałem oczywiste przekręcenia i omyłki powstałe niegdyś w druku.

Z przyczyn edytorskich ujednoliciłem pisownię i formę graficzną tekstów, uprzednio dość rozmaitą w poszczególnych publikacjach.

Oczywiście, zachowałem (prócz tytułów niepochodzących ode mnie, a użytych niegdyś w prasie) wszystko, co powiedzieli lub napisali moi rozmówcy. Ich wkład do dialogów bywał, w zależności od osoby, bardzo różny. Niektórzy nie wyszli poza formalny kwestionariusz i zapis moich opinii, ograniczając się jedynie do niezbędnych funkcji sondażowo-rejestracyjnych. Inni skorzystali z okazji, by rozwinąć własne poglądy, czynili mi zarzuty, występowali z pretensjami i podejmowali polemiki. Sądzę, że to właśnie może być bardzo ciekawe. W ogóle styl prowadzenia tych rozmów i zakres tematów poruszanych przez różnych ludzi wróżnych czasach zasługuje na uwagę.

Dwie pozycje zamieszczone wksiążce ukazują się drukiem po raz pierwszy, chociaż powstały już dawno. Nie chodzi jednak o skutki działania cenzury w PRL, jak można by oczekiwać, lecz o teksty napisane w roku 1990, które nie zyskały aprobaty w redakcjach „Przeglądu Tygodniowego” i „Wprost”. Ze względu na ścisłość trzeba jeszcze odnotować, że także rozmowa z Barbarą Kazimierczyk była przez moją interlokutorkę zaplanowana dla „Polityki”, lecz nieprzyjęta przez ten tygodnik, doczekała się potem druku w „Literaturze”.

Jacek Bocheński

Z Jackiem Bocheńskim rozmawiali:

Teresa Bogucka, Ewa Czerniakowska, Zuzanna Grębecka, Barbara Kazimierczyk, Wiesław Kot, Mirosław Kowalski, Grzegorz Kozyra, Jarosław Kurski, Krzysztof Lubczyński, Włodzimierz Maciąg, Katarzyna Marciniak, Krzysztof Masłoń, Anna Nasiłowska, Krystyna Nastulanka, Piotr Szewc, Wiesław Paweł Szymański, Zbigniew Taranienko, Jacek Trznadel, Andrzej Wróblewski, Mariusz Załuski

1965 Wiesław Paweł Szymański

Wiesław Paweł Szymański: Zainteresowała mnie wzmianka o panu w niedawno wydanej książce Kazimierza Andrzeja Jaworskiego pt.W kręgu„Kameny”. Jaworski pisze, że pomagał mu pan przy redagowaniu zaraz po wojnie, bo w roku 1945, trzech pierwszych numerów „Kameny”, pisma przeniesionego już z Chełma do Lublina. Dodaje, że później zajął się pan redagowaniem lubelskiego „Światła”. Wzmianka ta zainteresowała mnie z dwu względów: że był pan wówczas bardzo młody — na skrzydełku ostatniej pana książki widnieje data urodzenia: 1926 — i że był pan niejako przy narodzinach życia literackiego w Polsce. Czy nie zechciałby pan pamięcią wrócić do tamtego okresu?

Jacek Bocheński: W czasie wojny przez pewien czas mieszkałem w Chełmie Lubelskim. Zainteresował się mną Kazimierz Andrzej Jaworski, gdyż dowiedział się, że piszę wiersze. Jaworski miał zawsze słabość do początkujących poetów, roztoczył więc nade mną pewien rodzaj opieki literackiej. Tuż po wyzwoleniu tych ziem w „Rzeczpospolitej”, pierwszym dzienniku w Polsce, ukazał się anons zapraszający literatów, aby się zjawili na zebraniu w Lublinie w celu zorganizowania życia literackiego. Anons ten przeczytał Jaworski, postanowił się tam wybrać i zaproponował, abym pojechał razem z nim. Przyjąłem propozycję, bo bardzo mi zaimponowała. W spotkaniu wzięło udział kilkanaście osób. Patronował mu Wincenty Rzymowski, ówczesny kierownik resortu kultury i sztuki w PKWN, był także Putrament, a ze Lwowa ściągnięto samolotem Karola Kuryluka. Referat programowy wygłosił Rzymowski, dużo mówiąc o patriotyzmie, powołaniu społecznym literatury i Żeromskim, który niejako ideał takiej literatury ucieleśniał. Zrobiło to na mnie duże wrażenie. Putrament prosił nas wszystkich o materiały do nowo powstającego tygodnika. Wszyscy składali, więc i ja złożyłem, ponaglany zresztą przez Jaworskiego. Dwa lub trzy tygodnie później zobaczyłem w pierwszym numerze „Odrodzenia” jeden ze swoich wierszy, wiersz raczej niedobry. Prozę zacząłem pisać znacznie później, bo w roku 1948, rok później ukazał się mój pierwszy tom — były to opowiadania.

W.P.S.: Pozwoli pan, że dokonam teraz wielkiego przeskoku — od tych początków do książki, która się niedawno ukazała. Jestem przekonany, żeTabu, ta niewielka opowieść, a pełna uroku, nie waham się użyć tego terminu, sprawi krytyce wiele kłopotu. Krytyka ma zawsze ambicje racjonalizowania, a powieść pana jest w moim przekonaniu tak dalece niedopowiedziana, o tylu różnych możliwościach interpretacyjnych, że trudno ją będzie poddać takiemu procesowi racjonalizacji. Już sama kompozycja tej książki jest bardzo przewrotna. Dwie jak gdyby nowele mówiące o różnych i odległych bardzo rzeczywistościach czasowych, które jakby na siebie się nakładają. Taki zabieg jest przecież właściwie możliwy tylko w baśni. Czuję się w tej chwili trochę bezradny — stąd prośba — może pan by jakoś rozszyfrował tę swoją bardzo poetycką, a równocześnie bardzo syntetyczną książeczkę?

J.B.: Utwór składa się z trzech monologów wygłaszanych przez trzy różne kobiety wtrzech różnych czasach historycznych. Te monologi są nawet ponumerowane kolejnymi liczebnikami porządkowymi. Ale całość stanowi rzeczywiście pewnego rodzaju syntezę poetycką i jeśli już wprowadzamy termin „nowela”, może powstać pytanie, ile jest tych nowel: dwie, jak pan odczytał, trzy, jak wynika z liczby monologów, czy jedna, jak się zdaje autorowi? Dlaczego myślę, że jedna?Tabuopowiada o dramatach miłosnych z różnych epok, ale przedstawia je we wzajemnej korelacji, chociażby dzięki przemiennym czy powtarzalnym motywom treściowym tych dramatów, co już samo przez się sprawia, że wszystkie one stają się właściwie jednym itym samym dramatem. Zdaje mi się jednak, że o syntetyczności książki decyduje coś więcej. Pokazana tam jest, jak sądzę, inna jeszcze korelacja, mianowicie z jednej strony występuje temat lub — powiedziałbym — model tematu literackiego, a z drugiej demonstruje się jak gdyby suwerenny model samej kompozycji artystycznej z wszystkimi jej prawami i możliwościami, dzięki którym temat kształtuje się bardzo swoiście i dzięki którym utwór zyskuje ostatecznie naturę oporną niekiedy procesowi racjonalizacji, by użyć słów pana. Myślę, że to zasugerowało również pańską uwagę o baśni. I wreszcie trzecia sprawa: monologi zawierają tylko taką świadomość, na jaką poszczególne narratorki mogą się zdobyć ze swoich stanowisk. Autor niczym ich świadomości nie uzupełnia, gdyż obierając formę monologu, przyjął rozmyślnie takie ograniczające go założenie. Ale we wzajemnym stosunku trzech monologów kryje się już jakaś dodatkowa świadomość czwarta. Jest to świadomość autora. W ten sposób autor niejako mówi: chciałem nie istnieć w swoim utworze, lecz okazało się to niemożliwe, bo jednak istnieję, proszę bardzo, istnieję tu, w tych obszarach rzekomo niczyich, nie w materiale, lecz w jego układzie, w czymś abstrakcyjnym, w mojej grze z materiałem, która — obawiam się — przesądza o mojej faktycznej wszechwładzy, całkowitej samowoli mojego wpływania na materiał.

W.P.S.: Wszystkie częściTabumają odrębną melodię. Melodia części pierwszej jest chyba stylizowana na średniowieczne opowieści trubadurów…

J.B.: Jeśli da się coś takiego odczuć, to bardzo się cieszę. Czy zauważył pan, że melodia monologu pierwszego powraca w ostatnim, krótkim monologu trzecim? Było mi bardzo trudno znaleźć uzasadnienie tematyczne dla tego powrotu, podyktowanego raczej względami kompozycyjnymi. Doszedłem do wniosku, że dobrym uzasadnieniem może być narratorka o niezrównoważonej psychice i przez to skłonna do afektowanego liryzmu. Oto właśnie przykład pewnej zależności tematu od formy.

W.P.S.: W tych wszystkich nakładających się na siebie częściachTabumiłość ulega rozbiciu. Czy można powiedzieć, że w części pierwszej tym, co rozbija miłość, jest religia, a w części drugiej ideologia?

J.B.: Powiedziałbym, że tak wydaje się moim bohaterom, którzy dopatrują się motywów rozbicia w religii bądź ideologii, a czasem ich tam szukają trochę po omacku. Mnie natomiast idzie o ukazanie pewnych czynników nadrzędnych, których przyjęcie stawia człowieka wobec systemu zakazów sugerujących wyrzeczenie. W tym sensie jako sugestia wyrzeczeń dałaby się funkcja religii iideologii sprowadzić do wspólnego mianownika: obie konfrontują człowieka z jakimiś formami tabu. To tabu jest różne wróżnych epokach, ale zawsze sugeruje wyrzeczenie. Mówię jednak „sugeruje”, bo prawdziwe motywy tego wyrzeczenia nie są wcale tak przejrzyste. Moja książka nigdzie nie oznajmia, co stało się rzeczywistym powodem wyrzeczeń u jej bohaterów, a i nawet nie przesądza, czy były to istotnie wyrzeczenia, czy też ludzie po prostu nie spełniali czegoś, czego spełnić nie mogli lub nie chcieli. Dobrym prawem pisarza jest opis zjawiska, niebezpieczeństwem wymyślanie jednoznacznych formuł rzekomo objaśniających zjawisko. Objaśnienia mogą być różne. Historia z części pierwszej da się na przykład wytłumaczyć niezależnie od korelatów religijnych w bardzo prosty sposób: nieudana miłość, nieudana dlatego, że zaszło niepowodzenie w sferze fizjologicznej. Oczywiście, jest to raczej uboga i jednostronna interpretacja. W historii drugiej dokonać ma interpretacji sam bohater, malarz komunista, od którego partnerka żąda wymienienia powodu i który przecież nie potrafi znaleźć tego powodu na gruncie własnej ideologii, gubi się w zawiłych spekulacjach, by w końcu odwołać się do Freuda. Lecz i ten nieoczekiwany odsyłacz nie może rozwiązać zagadnienia, raczej powiedziałbym, że je tylko pomnaża o jeszcze jeden wymiar, przeczący zresztą konkretnej sytuacji miłosnej, w której są wówczas kochankowie. Proszę też nie zapominać o części trzeciejTabu, gdzie już na pewno religia i ideologia nie odgrywają żadnej roli, a struktura konfliktu między dwojgiem ludzi pozostaje ta sama. Część trzecia odznacza się ogólną redukcjąad minimum, eliminacją wszystkiego, co niepotrzebne. Ale jednak myślę, że ona sama jest po coś potrzebna, mianowicie po to, żeby pokazać, czego może w niej nie być. W tej fazie rozwijania tematu i całej konstrukcji artystycznej wiele rzeczy okazuje się zbędnych, poniekąd już załatwionych, bezprzedmiotowych, i może ulec redukcji. Część ta jest bar dzo krótka, bo do redukcji kwalifikują się przede wszystkim rozmiary „noweli” po raz trzeci powtarzanej. Uwalniamy się od wszelkiego balastu problemowego, którego bałamutność już znamy. Tu właśnie należą wszelkie pozorne uwarunkowania czynów ipostaw ludzkich, wszystkie zwodnicze odniesienia do religii lub ideologii, tu one znikają, okazały się mylne, trop był fałszywy. Pozostaje czysta struktura dramatu, bohaterowie zastygli w swoim konflikcie, ale odarci z pozorów świętości i zredukowani do poziomu przeciętniaków, pointa mojego utworu. Dlaczego tak to napisałem? Między innymi może i dlatego, że we wszystkim, co piszę, traktuję zawsze materiał fabularny jako coś drugorzędnego. Każda moja koncepcja literacka, każdy pomysł nowej książki zaczyna się właśnie od struktury jakiegoś dramatu, konfliktu, spięcia, dopiero później znajduję sobie dla wypełnienia tej struktury fikcyjną rzeczywistość, ale mam chyba również podświadomą skłonność do kończenia każdej książki tak, żeby nasycony już dramat wyglądał w pewnym sensie na strukturę, usiłuję jak gdyby nawrócić do punktu wyjściowego.Tabuzacząłem pisać od części drugiej, początkowy jej pomysł był dość ubogi: mężczyzna i kobieta, on ma nad nią władzę, łączą go z nią intymne stosunki. Strukturę tego dramatu widziałem w układzie: sędzia — pod-sądna. Jakoś mi ten pierwszy pomysł nie wychodził w realizacji. Dopiero kiedy w„Expressie Wieczornym” przeczytałem notatkę dziennikarską, że gdzieś w Stanach Zjednoczonych jakiś ksiądz uciekł z zakonnicą, narodził się we mnie pomysł części pierwszej. Ale tutaj już wchodzę w sferę niedającą się zracjonalizować, po prostu pisarz, wydaje mi się, nie potrafi zrelacjonować tych pierwszych bodźców o rozmaitym charakterze, które przyczyniają się do powstawania przyszłych utworów. Bo co poprzedzałoTabu?Że jest gdzieś dwoje ludzi: on i ona, i jest bardzo gorąco. Wizja: pustka, dzika przyroda, trudna do pokonania droga pod jakąś górę, upał… Kiedy mówiłem, że przystępując do wymyślania fabuły, mam tylko gotową strukturę dramatu, nie było to całkiem ścisłe. Razem ztą strukturą mam od początku coś, czego tutaj nie da się zakomunikować — jakieś niepełne gesty, jakieś ułamki pejzażu, strzępki rozmów, nieraz jedno „ważne” słowo… Nie będę kontynuował tych bezładnych zwierzeń, które wchodzą już w zakres psychologii twórczości.

W.P.S.: Kiedy się zastanawiam, co łączy takie pana książki, jakTabu, Boski JuliuszczyPożegnanie z panną Syngilu, dochodzę do wniosku, że łącznikiem jest jedno… ich różnorodność. Posługując się pana terminologią, każda z tych książek tworzy odrębną strukturę, samodzielną, każda w stosunku do poprzedniej jest niespodzianką. Jak gdyby każdą z tych książek napisał inny autor. Dlaczego tak się dzieje — już pan właściwie zdradził. Pisarstwo pana nie jest obsesyjne — pisarstwo obsesyjne to jakby ustawiczna kontynuacja jednej książki. Stosunek pana do przyszłych książek jest, wydaje się, stosunkiem wolnym, procesem kreacji ex nihilo. Między panem, pisarzem, a przyszłym dziełem istnieje dystans rzeczy niewiadomych. Dystans ten z czasem dopiero ulega redukcji, kiedy struktura dramatu obleka się w ciało fikcji… Mówi się, że Andrzejewski jest pisarzem obsesyjnym, być może, ale ja widzę pewne związki pana i jego twórczości. W pisarstwie Andrzejewskiego także, wydaje mi się, wzajemny stosunek następujących po sobie książek jest stosunkiem niespodzianki… A w takim razie proszę o pomoc w przejściu do pana książki sprzed kilku lat, doBoskiego Juliusza. Krytyka przyjęła tę książkę z ogromnym zainteresowaniem, tym bardziej czytelnicy…

J.B.: WBoskim Juliuszuusiłowałem spojrzeć na świat starożytny oczami człowieka współczesnego. Ale takie określenie nic jeszcze nie tłumaczy. Usiłowałem jak gdyby dokonać przekładu świadomości Rzymian na świadomość Europejczyka moich czasów. Gdy korzystałem ze źródeł pisanych po łacinie, próbowałem przeniknąć możliwie głęboko poza sam język, w jego zaplecze, w sferę styku słów z myślami i przedstawieniami wyobraźni Rzymianina. I dopiero dla tak odczytanego tekstu szukałem właściwych odpowiedników w pojęciowo-językowym materiale polszczyzny współczesnej, jeśli miałem tekst łaciński przetłumaczyć lub streścić. Tutaj jest niezbędna informacja biograficzna. Ojciec mój był z wykształcenia filologiem klasycznym, to mało, był fanatykiem filologii i kultury starożytnej. Wywarło to wpływ bardzo istotny — ojciec zaczął mnie uczyć łaciny, kiedy miałem sześć lat.W tym wieku przyswajamy sobie każdy język jako mowę żywą. Łacina też jest żywa i zupełnie naturalna, skoro mówię po łacinie z tatusiem i wyrażam to, co stanowi treść moich przeżyć: las, kotek, pójdziemy na spacer, nie chcę jeść obiadu i tak dalej. W ten sposób zapoznałem się z łaciną. Dopiero później zakomunikowano mi, że to język martwy. Ale jakoś nie mogłem uwierzyć. Pamiętałem przecież łacińskiego kotka, który chodził, i ten niedobry obiad, który po łacinie mi nie smakował. Doświadczyłem na sobie, że każda treść mieszcząca się w mojej świadomości może być pomyślana i wyrażona po łacinie, ale i odwrotnie: każda wyrażona po łacinie może być również pomyślana po polsku w sposób zupełnie swojski, nie natrafiając na żadne opory mojej świadomości. Z tą samowiedzą wyrosłem i ta predyspozycja psychiczna odegrała bardzo ważną rolę w momencie, gdy pisałemBoskiego Juliusza. Najlepiej ukazać to na przykładzie. Nepos powiada o Arystydesie i Temistoklesie:In his autem cognitum est, quanto an-testaret eloquentia innocentiae. Jak mam pomyśleć to po polsku? Czy zgodnie ze słownikiem i szkolną rutyną, że „po nich poznano, jak bardzo wymowa góruje nad uczciwością”? Ale ja tak nie mówię po polsku i w ogóle nie wiem, o co idzie. Jeśli chcę własną myślą oddać myśl Neposa, powiem: „Na ich przykładzie przekonano się, do jakiego stopnia demagogia góruje nad moralnością”. I dopiero teraz rozumiem to tak samo dobrze, jak po łacinie, chociaż lek sykalnie przekład jest nieścisły! Ten zabieg stylistyczny wydaje mi się bardzo typowy dlaBoskiego Juliusza. Pozwoliłem sobie w tej książce na jawne anachronizmy. Filozofowie starożytni nie znali terminu „racjonalizm”. U mnie znają. Mam jednak wrażenie, iż posługując się anachronizmami (czytaj: analogiami), oddawałem możliwie najtrafniej sens pewnych pojęć antycznych. W błędzie byli natomiast wszyscy ci, którzy uważaliBoskiego Juliuszaza utwór „kostiumowy”. Jakoś tym interpretatorom nie przyszło do głowy, że dla omówienia rzeczywistości współczesnej byłoby ekonomiczniej wymyślić fikcyjny kostium rzymski Nullusa Cezara, który nigdy nie istniał, lub nawet Juliusza, ale bez kłopotania się o fakty historyczne, jak zrobił to na przykład Brecht lub Thornton Wilder wIdach marcowych, gdzie fakty, chronologia i tym podobne traktowane są najzupełniej dowolnie. Tymczasem ja włożyłem tyle wysiłku w zbadanie źródeł i wierne trzymanie się faktów podług przekazu historycznego. Obawiam się, że moi arbitralni interpreta — torzy nie za bardzo się na tym znali. Jeśli wBoskim Juliuszujest jakiś kostium, to nie współczesność występuje tam w masce antycznej, lecz co najwyżej odwrotnie: antyk w przebraniu współczesnym. Zapewne w efekcie tej transpozycji antyku na świat nowożytny stworzyłem jakąś rzeczywistość trzecią, uogólnioną, ale cóż na to poradzę, gdy taka jest natura sztuki? Przynajmniej ja w swoim skromnym zakresie tylko taką sztukę potrafię uprawiać. Mówiliśmy uprzednio o strukturach. Mnie zawsze wyjdzie jakaś struktura, model zjawiska. Myślę, że ma pan rację, kiedy pan mówi o ich różnorodności. Rozpiętość realizacji tych modeli jest istotnie bardzo duża — pochodzą zróżnych światów.Pożegnanie z panną Syngilu albo słoń a sprawa polska to znowu struktura innego zjawiska. Jest nim, najogólniej biorąc, nierówność ludzi, między innymi rasowa. Materię fabularną stanowi natomiast Afryka i polski podróżnik. Pod względem formalnym książka jest kompozycją trzech gatunków prozy: reportażu, powieści i eseju, a dodatkowo może jeszcze pamiętnika. Boski Juliuszbył swego czasu pomyślany jako pierwsza część trylogii czy tryptyku. Chcę teraz napisać drugą część poświęconą Owidiuszowi. Poeta będzie postacią główną, jak wBoskim JuliuszuCezar, lecz na drugim planie ukaże się między innymi August Oktawian. Bohaterem tomu trzeciego byłby Tyberiusz. Czyli, jak pan widzi, trzy okresy panowania następujących po sobie cezarów. Niewiele wiemy o Owidiuszu, tyle co sam powiedział, możemy także znaleźć pewne informacje u retora Seneki, ojca filozofa, oraz drobne wzmianki u Kwintyliana. Wobec takiego braku źródeł trzeba będzie tę książkę pisać jakoś inaczej niżBoskiego Juliusza. Ale o tym pomówmy lepiej kiedy indziej, gdy już ta książka będzie gotowa1.

1965 Włodzimierz Maciąg

Włodzimierz Maciąg: Chodzi mi o wysondowanie opinii na temat dróg rozwoju literatury polskiej w najbliższej przyszłości. Co będzie interesować pisarzy?

Jacek Bocheński: Drogi panie, sam nie wiem, co mnie będzie interesowało za rok lub dwa. Cóż dopiero mówić o pisarzach polskich w ogóle! Jedno wydaje mi się pewne (przy czym to, co chcę powiedzieć, odnosi się tylko do dobrej literatury, ale zakładam, że nas inna w tej rozmowie nie obchodzi) — otóż pewne wydaje mi się, że pisarzy będą interesować rzeczy, których nikt przedtem nie określił.

W.M.: Dlaczego?

J.B.: Po prostu dlatego, że każdego piszącego artystę interesuje w istocie to, czym może on sprawić na kimś wrażenie, wywołać trudne do zdefiniowania poruszenie wewnętrzne, potocznie nazywane przeżyciem estetycznym. Jest to jedyna rzecz, która zawsze i naprawdę interesuje pisarzy. Nie zamierzam definiować, na czym polega przeżycie estetyczne, ów efekt będący w ogóle sensem istnienia wszelkiej sztuki, ale twierdzę, że dla wzbudzenia go jest w każdym razie nieodzowny element zaskoczenia, zdumiewania, jakiejś niespodzianki. Efekt ten nie będzie nigdy osiągnięty, jeśli pisarz przekaże swojej publiczności coś, co ta publiczność może sobie sama z góry wyobrazić. Jeśli więc mamy na myśli przyszły rozwój literatury — powtarzam: rozwój, a nie zastój — to nie ulega wątpliwości, że będzie to literatura inna niż jakikolwiek jej projekt, który byśmy tu ułożyli.