Wszystko zaczyna się wiosną - Marta Alicja Trzeciak - ebook
lub
Opis

Poruszająca historia o niezwykłym chłopcu, który ocali niejedno życie

Baltazar rodzi się w małej księgarence pośród działu z legendami. Matka okrywa go kartkami wyrwanymi z „Najpiękniejszych baśni” i wkrótce po tym umiera. Chłopiec trafia do domu dziecka kochających Miezynków i już na zawsze ma czuć, że jego życie jest niezwykłe oraz czeka go jakieś zadanie, które musi wypełnić.

Tego samego dnia na świat przychodzi Wojtek. Chłopiec, którego rodzice będą krytykować i uczyć nienawiści do świata. Taki, który będzie uważał, że wszystko mu się należy i jest od innych lepszy. To on ma w przyszłości zadecydować o życiu Baltazara i trzech pokoleń dzieci wychowanych w domu Miezynków.

Z każdą chwilą drogi młodych mężczyzn zaczynają się ze sobą zbiegać. Czy Baltazar zdoła odwrócić bieg wydarzeń i odnajdzie klucz do przeznaczenia? Czy odkryje sekret zagubionego domu z fotografii matki? A może wszystko zostało przesądzone już w chwili, gdy się urodził?

___

O autorce

Marta Alicja Trzeciak – debiutowała powieścią psychologiczną pt. "Inframundo". Jest dwukrotną stypendystką Stypendium Kulturalnego Miasta Gdańska oraz zdobywczynią wyróżnienia w kategorii prozy pomorskiej i kaszubskiej COSTERINA (za dwie kolejne powieści: "Bliżej Dalej" oraz "Dwa życia Kiki Kain"). Dużą popularność zdobyła dzięki książce "Dwadzieścia siedem snów". Trenerka i sędzia Odysei Umysłu. Autorka artykułów naukowych i popularnonaukowych. Prowadzi warsztaty kreatywnego pisania – między innymi w Bibliotece Publicznej w Gdańsku oraz w Instytucie Kultury Miejskiej w Gdańsku.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 585


Dedykuję tę książkę Wandzie, która bardzo mi pomagała w pisaniu: najpierw z wnętrza mojego brzucha, a potem podczas swoich pobudek o czwartej rano. Kochanie, dzięki Tobie mogłam od razu zasiąść do pisania, zamiast marnować czas na bezsensowne leżenie w łóżku ☺

Część pierwsza

Rozdział pierwszy, w którym rodzi się dziecko

Gdyby tamtej nocy nie urodził się pewien niezwykły chłopiec, Iga nie ocaliłaby setek kobiet z rakiem piersi. Kacper nie zostałby sławnym pisarzem, a Antek – najlepszym szefem kuchni na świecie. A co najważniejsze, cały trud, jaki Miezynkowie włożyli w wychowanie kolejnych pokoleń dzieci, poszedłby na marne. Bo żadne z nich nie dożyłoby do dziś.

Matka tego niezwykłego chłopca – Alicja Szafranek – prowadziła maleńką księgarnię. Była już w bardzo zaawansowanej ciąży, a nie miała nikogo bliskiego, dlatego kiedy poczuła pierwsze skurcze, udała się na tyły księgarni – do swojego ukochanego działu Baśnie i legendy – by tam przywitać swoje dziecko. Poród trwał bardzo długo i okazał się niezwykle męczący. Alicja urodziła pięknego, zdrowego chłopca, ale sama miała nie dość sił, by przeżyć. Rankiem następnego dnia odnaleziono ją zimną i sztywną. Była zupełnie naga, a na jej piersi leżał niezwykle spokojny noworodek. Zawinięty w to, co jego matka znalazła pod ręką – w ogromne płachty papieru wyrwane z wielkiego tomiska Najpiękniejsze baśnie. Ten urodzony między legendami, otulony w baśnie chłopiec już zawsze miał czuć, że jego życie jest zupełnie niezwykłe i że czeka go jakiś niejasny cel, który koniecznie musi zrealizować.

„Ma na imię Baltazar i nosi nazwisko po swojej matce” – głosił napis nagryzmolony na karcie baśni, w którą zawinięto dziecko. To jedyna wiadomość, jaką zostawiła po sobie jego matka. A przynajmniej jedyna fizyczna i namacalna, bo przecież Stefa twierdziła, że Alicja Szafranek zapewne wciąż wysyłała mu z zaświatów matczyne przestrogi i słowa miłości. No właśnie. Stefa.

Malutki Baltazar Szafranek trafił do domu Stefy Miezynek po serii procedur. Chłopca znaleziono na piersi matki, która od kilku godzin nie żyła. Mimo to noworodek był w dobrej kondycji – cieplutki, tłuściutki i spokojny. Kiedy na miejscu zjawiła się karetka, mały Baltazar spokojnie spał. Chłopca zawieziono do szpitala, gdzie przeszedł serię badań. Dostał dziesięć punktów, ważył cztery i pół kilo. Zdawał się silny, zdrowy, choć bardzo cichy. W ogóle nie płakał. Przebywał krótko w pogotowiu opiekuńczym, ale musiał czym prędzej trafić do normalnego domu, dlatego sąd rodzinny w trybie pilnym wydał decyzję o umieszczeniu chłopca w zaufanym, znanym z bardzo dobrej opinii rodzinnym domu dziecka prowadzonym przez państwa Miezynków.

W domu tym Baltazar miał oczekiwać, aż zostanie wszczęta procedura adopcyjna, aż jakieś młode małżeństwo zainteresuje się noworodkiem i zechce zaopiekować się nim jak własnym dzieckiem. Ale ku zdziwieniu Miezynków, sędziego, kuratora rodzinnego i wszystkich osób zaangażowanych zazwyczaj w adopcję nikt się nie zjawił, by wziąć do siebie Baltazara. Sprawa była dziwna. Jak mawiał sędzia, adopcja starszych dzieci graniczy z cudem, ale noworodki rozchodzą się jak ciepłe bułeczki (Stefa nienawidziła tego sformułowania). Tym razem tak się jednak nie stało. Baltazar nie rozszedł się jak ciepła bułeczka. Może dlatego, że działo się to u schyłku komuny – w późnych latach osiemdziesiątych; czasach dziwnych, niepewnych, pełnych zmian. Może to ze względu na wyż demograficzny, który wówczas utrzymywał się jeszcze w kraju. A może Baltazarowi po prostu nie było pisane wychowywać się gdzie indziej niż w domu Miezynków.

Toteż tamtej wiosny zjawił się w pięciopokojowym mieszkaniu przy ulicy Leopolda Staffa osiemnaście przez dwa. I to właśnie wtedy zaczęła się historia chłopca. „Wszystko zawsze zaczyna się wiosną i zawsze kończy się zimą” – miał zauważyć Baltazar wiele lat później. „Tak już jest skonstruowany ten świat”.

Mieszkanie Miezynków znajdowało się w solidnej, poniemieckiej kamienicy przeznaczonej dla sześciu rodzin – po dwie rodziny na piętro (plus Cyganie notorycznie pomieszkujący na strychu). Rodzinny dom dziecka mieszczący się w jednym z tych mieszkań był prowadzony przez Stefę oraz jej męża – Witka. Państwo Miezynkowie mieli dwóch własnych synów, zaś w momencie, w którym Baltazar zjawił się w ich domu, mieszkała tam jeszcze trójka innych wychowanków. Razem z Baltazarem – szóstka dzieciaków.

Pozostali podopieczni Miezynków często tłumaczyli Baltazarowi, że miał wielkiego fuksa, bo trafił do Stefy w tak młodym wieku, że nie pamiętał swoich rodziców. Dlaczego tak mówili? O tym później. Grunt, że mieli rację. Z bardzo wczesnego dzieciństwa Baltazar pamiętał tylko Stefę i jeśli w ogóle da się wyodrębnić coś, co nazywa się pierwszym wspomnieniem, to dla chłopca z całą pewnością byłyby to jej ręce. Miała ona duże, choć niemasywne dłonie. Długie, chude palce sprawiały wrażenie nadspodziewanie silnych – jak i cała Stefa. Dłonie te zawsze pachniały jarzynami na zupę lub szarym mydłem, wyszorowane na błysk prezentowały króciutko przycięte paznokcie. Palce Stefy zdobiła tylko jedna, cieniuteńka obrączka ze złota. Baltazar – również później – często mawiał, że o człowieku wystarczy wiedzieć tylko jedno – jakie ma dłonie. One mówią o nim całą prawdę i zdradzają resztę jego fizjonomii. Sprawdzało się to również w przypadku Stefy. Zawsze pachniała kuchnią lub mydłem, była zdrowa, żylasta i pozbawiona wszelkich zbędnych dodatków. Gdy Baltazar zjawił się w jej domu, miała już pięćdziesiąt lat, ale nie wyglądała na swój wiek. Nosiła krótko, do granicy brody, przycięte włosy. Wiązała je na ogół, żeby nie przeszkadzały jej w pracy. Na nosie zwykła nosić okulary, których potrzebowała tylko do czynności wymagających precyzji, ale Stefie nie opłacało się ich ściągać. Opłacało jej się za to spuszczać je na sam koniec nosa i spoglądać srogo na któregoś z dzieciaków, gdy był o krok od kłamstwa lub gdy właśnie miał zrobić coś głupiego. Nie rozstawała się ze swoim fartuchem kuchennym, który dostała kiedyś w prezencie od jednego z wychowanków. Na materiale naszyto dość nieudolnie zieloną gruszkę oraz czerwone jabłko, a nad nimi widniał wiele mówiący napis: „Stefa”. Z wykształcenia była położną, ale od dawna już nie pracowała w zawodzie.

Niewiele więcej można powiedzieć o Stefie, bo i ona sama niewiele mówiła o sobie. Gdy któryś z dzieciaków zapytał ją o młodość, miłość czy dzieciństwo, machała zawsze ręką i mówiła: „Aj tam!” albo „Nie mam czasu na takie bzdety”. Bo może i faktycznie nie miała. Codziennie wstawała o szóstej i kładła się o północy. Świątek, piątek czy niedziela gotowała na każdy dzień dwa litry zupy (ewentualnie co drugi dzień cztery). Na obiad przygotowywała tuzin kotletów mielonych i dwa kilogramy ziemniaków albo lepiła pół setki pierogów ruskich. Mizeria z kilograma ogórków i dwóch śmietan (zawsze osiemnastek). Kompot ze śliwek – dwa litry. Na śniadanie i kolację łącznie czterdzieści bułek lub cztery chleby. I tak dalej.

Stefa gotowała bardzo dobrze, a porządne jedzenie było jej jedynym przykazaniem wobec dzieci. Porządne nie znaczy obfite. Porządne znaczy to, co sobie nałożysz na talerz i zjesz o przyzwoitych porach – czyli razem ze wszystkimi, gdy jest czas posiłku – a nie latanie do lodówki, kiedy ci się nudzi. Nie było trudno sprostać tym wymaganiom, zwłaszcza że jedzenie wszystkim smakowało i każdemu dopisywał apetyt (może tylko nie Markowi). Ale gotowanie Stefy miało też mroczną stronę.

Przyrządzała kilka specjałów, które budziły postrach. Niekwestionowanym liderem w tej kategorii był oczywiście syrop z cebuli trzymany przez Stefę w wielkim, litrowym słoiku na najwyższej półce w spiżarni. W składzie tego przerażającego specyfiku znajdował się poza cebulą i czosnkiem również miód, którego nikt jednak nie wyczuwał w tej zabójczej mieszance.

Baltazar doskonale pamiętał ów syrop – podobnie jak pamiętały go wszystkie dzieciaki wychowujące się w domu Miezynków. Za każdym razem, gdy któryś z podopiecznych zachorował (a przytrafiało się to najczęściej Markowi) lub gdy zdaniem Stefy był osłabiony (co również zdarzało się głównie wspomnianemu wychowankowi), rozpoczynała się istna rzeź niewiniątek. Każde dziecko miało obowiązek spożyć łyżkę syropu na wzmocnienie. Najlepiej było po prostu zamknąć oczy, zatkać nos i poddać się wyrokowi, bo Stefa w tej kwestii nie odpuszczała i gdy sytuacja tego wymagała, ganiała delikwenta po całym mieszkaniu ze słoikiem w jednej ręce i łyżką w drugiej. W tamtych czasach jedyną osobą, która nie godziła się na dobrowolne spożycie syropu, była Iga i to właśnie ona przyczyniła się pewnego dnia do tego, że Baltazar odkrył pierwszy ze swoich trzech niezwykłych darów. A oto, jak do tego doszło.

Baltazar miał tego pecha, że mieszkał w pokoju razem z Markiem. Mieszkanie Miezynków składało się – jak już ustaliliśmy – z pięciu pokoi. Wchodziło się do nich wszystkich z korytarza czy też z przedpokoju, który miał kształt litery L i prowadził od drzwi wejściowych aż do kuchni – zawsze otwartej i nieposiadającej drzwi. Najbliżej wejścia do mieszkania znajdował się tak zwany pokój starszych chłopców, dalej pokój młodszych chłopców, a za nim była położona sypialnia Stefy oraz Witka, która stanowiła salon, jadalnię i bawialnię jednocześnie. W głębi mieściły się dwa najmniejsze pokoiki pozbawione nazwy. W jednym z nich mieszkał w tamtym czasie Filip – najstarszy z wychowanków, który już niebawem miał się wyprowadzić na swoje – w drugim pokoiku spała zaś Iga – jedyna dziewczyna wśród podopiecznych. Zameldowanie w pokojach było względnie stałe, ale podlegało pewnym modyfikacjom, które uzależniono głównie od etapu rozwoju i płci dzieciaków, a także od pojawienia się w domu nowych ewentualnych wychowanków.

Gdy Baltazar po raz pierwszy pojął, że ma wyjątkowy dar, najmłodszymi chłopcami w rodzinie byli właśnie on i Marek. Dlatego mieszkali razem. Baltazar miał wtedy sześć lat, a Marek osiem, choć – zdaniem reszty dzieciaków – zachowywał się, jakby był młodszy o co najmniej trzy lata.

Marek bardzo chorował. Nigdy nie cierpiał na poważne schorzenia, ale Stefa twierdziła, że jest podatny. Dlatego tylko on łapał zapalenie oskrzeli, mimo że wszyscy pozostali skakali po kałużach aż do całkowitego przemoczenia butów. Dlatego tylko on przynosił z zerówki wszy, ze szkoły grypę, a z basenu grzybicę.

Tamtej wiosny Marek złapał katar, który przeszedł w zapalenie krtani, co z kolei przeistoczyło się w zapalenie oskrzeli. Wszystkie te nazwy anatomiczne brzmiały dla dzieciaków egzotycznie, ale były fascynujące i dlatego często je powtarzały. Domowe sposoby Stefy na nic się nie zdały – Marek wciąż gorączkował i polegiwał w łóżku. Doszło do tego, że Stefa – mimo swojej wielkiej krucjaty przeciwko antybiotykom – zgodziła się z radą lekarza i przystała na terapię. Za każdym razem, gdy przychodziła do Marka wręczyć mu dawkę leku, spoglądała jednak na opakowanie tak, jakby nie stanowiło blistra antybiotyku, lecz zabójczy pestycyd – najpewniej DDT, które od tej pory zacznie krążyć nie tylko w ustroju nieszczęsnego Marka, ale również w całym łańcuchu pokarmowym od planktonu począwszy, a na lisie, wilku i niedźwiedziu skończywszy.

Pomimo tej zaawansowanej terapii Stefa wciąż czuła, że nie robi wystarczająco wiele, by skutecznie wyleczyć Marka. W tamtych czasach nie mówiło się jeszcze o medycynie alternatywnej czy naturalnej. Istniał jedynie podział na to, czym leczył lekarz, i na to, czym kurowały wszystkie matki, babki oraz sąsiadki. I właśnie w tej drugiej metodzie terapeutycznej Stefa pokładała większą wiarę. Dlatego na potrzeby Marka i jego choroby została wezwana do domu niejaka pani Strugała. Była to sąsiadka Miezynków z najwyższego, drugiego piętra (czyli z trzeciej kondygnacji). Mieszkała tuż pod tym miejscem strychu, które bardzo chętnie zasiedlali Cyganie. Miała w domu pięć kotów rezydentów i dodatkowo trzy dochodzące z dachu, które u niej nie nocowały, lecz jadały rosół, który im wlewała do opakowań po margarynie. Ale do rzeczy.

Pani Strugała stawiała bańki. I to właśnie dlatego została wtedy wezwana do domu Miezynków. Bańki oczywiście nie były ani niczym bolesnym, ani nawet nieprzyjemnym, ale we wszystkich młodszych dzieciach budziły panikę. Wynikało to naturalnie ze sposobu ich przygotowywania. Pani Strugała przynosiła swoją specjalną torbę, wyciągała z niej dziewięć czy dwanaście szklanych kloszyków, podpalała tak zwany ogieniek i kręciła nim w środku przezroczystych, kopułowatych baniek. Rozgrzaną bańkę przykładała do pleców dziecka i dochodziło do magicznego procesu, w którym skóra nieszczęśnika zasysała się do środka i nabierała koloru zdrowej wiśni.

Ustrojony w bańki niczym jeż Marek leżał tego dnia na brzuchu i czekał, aż jego wyrok się wreszcie dokona i odessą mu szklane kopuły z pleców. Drzwi od pokoju zamknięto, a na twarzach zarówno Stefy, jak pani Strugały malowało się skupienie. Tylko Baltazarowi pozwolono uczestniczyć w tym procesie i to jedynie ze względu na to, że mieszkał razem z Markiem i musiał zrozumieć powagę sytuacji. Bo bańki to była poważna sprawa. Najświętsza zasada po wykonaniu bańkowego zabiegu stanowiła, że baniek nie wolno przewiać. Choćby nie wiem co, choćby się świat zawalił albo choćby tornado zerwało dach domu Miezynków, nie wolno było odkryć pleców Marka, żeby nie przewiać i nie zaziębić baniek.

Z tego względu Baltazar otrzymał od Stefy i od pani Strugały jasne instrukcje. Żadnego otwierania okna. Żadnego przeciągu. Drzwi od pokoju za każdym razem zamykać. Pomieszczenie ma prawo wietrzyć jedynie Stefa i to tylko zgodnie z ustaloną przez siebie procedurą.

– Szafranku, to jest bardzo ważne – powiedziała Stefa, patrząc na niego spod okularów. Wszyscy zwracali się do Baltazara po nazwisku, ponieważ uważali, że jego imię jest dziwaczne i jakoś niewygodnie im się je wymawiało. Jedna tylko Iga mówiła do niego per Bubu. Był to idiotyczny pseudonim i Baltazar nikomu innemu nie pozwoliłby, żeby tak do niego wołał. Ale Iga miała szczególne względy, o czym później.

– Czy rozumiesz? – Stefa chciała się upewnić.

Oczywiście, rozumiał.

Bańki Marka wymagały od Baltazara nie tylko nadzwyczajnej jak na sześciolatka dbałości o kwestie wietrzenia, temperatury, otwierania drzwi i tak dalej. Choroba współlokatora nakładała na Baltazara jeszcze jeden przykry obowiązek. Mianowicie musiał spożywać podwójną dawkę syropu z cebuli, ponieważ mieszkając z osobą chorującą, potrzebował podwójnego wzmocnienia.

To właśnie dlatego tamtego dnia, gdy Baltazar miał odkryć swój niezwykły dar, Iga skryła się nie gdzie indziej, lecz właśnie w pokoju najmłodszych chłopców.

– Najciemniej pod latarnią – powiedziała, wskazując na niemrawego Marka spoczywającego w łóżku.

– Czyli co? – spytał Baltazar.

– Jak pójdziesz do szkoły, to się dowiesz, dziecko.

Iga była starsza o rok od Baltazara, miała wtedy siedem lat, i jeszcze nie chodziła do szkoły – czekało ją to dopiero na jesień – ale twierdziła, że przeczytała już wszystkie podręczniki, które przeznaczono do pierwszej klasy i z tego względu wie lepiej, co i jak.

– Chodzi o to, że Stefa ciągle przychodzi tu z tym syropem. Dlatego nie wpadnie na pomysł, że mogłam się schować właśnie tutaj. Będzie mnie szukać wszędzie, Bubu. Wszędzie, tylko nie tu – wyjaśniła, wyciągając ku Baltazarowi palec wskazujący, który miał go pouczyć. Podobnie jak wszystkie inne dzieci, mówiła do Stefy po imieniu lub ewentualnie „ciociu”. Również do Witka zwracano się per Witku albo „wujku”. Była to zasada tak silnie ugruntowana, że nawet właśni synowie państwa Miezynków – Janek oraz Kacper – dużo częściej mówili do rodziców „Stefo” i „Witku” niż „mamo” czy „tato”.

Iga skakała po kołdrze Marka, nie bacząc na to, że ten spoczywa pod pierzyną z mocnym postanowieniem wypocenia wszystkich zarazków – jak zaleciła mu Stefa.

– Iga! – Usłyszeli wołanie z korytarza.

– O nie! – Twarz dziewczynki wykrzywiła się w wyrazie przerażenia. – Musimy spylać!

– Co musimy? – dopytywał się Baltazar.

– Spylać! Musimy spylać! – pisnęła Iga. – Syrop mnie goni!

Iga orzekła, że nie pozostaną długo bezpieczni w zamkniętym pokoju.

– Idziemy na rower! – rzuciła z przejęciem. – Musimy się wymknąć.

– Jak detektywi? – upewnił się Baltazar.

– Detektywi nie muszą się wymykać. – Pacnęła go delikatnie dłonią w czoło.

– Czasem muszą. Jak są otoczeni – wyjaśnił poważnie chłopiec.

W mieszkaniu Miezynków do każdego z pokoi można było wejść z korytarza. Ale wszystkie pomieszczenia połączono też między sobą w taki sposób, że z jednego z nich dało się przejść do kolejnego zgodnie z następującą kolejnością: pokój Igi – pokój najstarszego Filipa – sypialnia Stefy i Witka – pokój młodszych chłopców – pokój starszych chłopców. Tej właśnie drogi ucieczki zamierzali teraz użyć Iga i Baltazar.

W domu Miezynków panowała zasada, zgodnie z którą każde dziecko przed wyjściem z mieszkania musiało powiedzieć, dokąd idzie. Jeśli była to dalsza wyprawa, należało jeszcze ustalić godzinę powrotu. Starsi chłopcy mogli wracać choćby i późną nocą, ale wtedy zostawiali Stefie adres miejsca, do którego się wybierają, a nawet i numer telefonu domowego (oczywiście komórek wtedy jeszcze nie używano).

Powyższe zasady nie obowiązywały jednak wtedy, gdy wychodziło się po prostu na podwórko, zwane przez dzieci podwórem. Jego granicę wyznaczał zasięg głosu Stefy. To znaczy, podwóro kończyło się tam, gdzie nie było już jej słychać, kiedy to wychylona z okna wołała: „Dzieci Miezynków, kolacja!”. Wszędzie tam zaś, gdzie dało się usłyszeć Stefę (lub zawołać ją w razie potrzeby), można było przebywać bez pytania i o dowolnej porze – aż do zmroku.

Iga przestała skakać po łóżku Marka (i po nim samym). Znieruchomiała w niemym przerażeniu i zaczęła nasłuchiwać. Za drzwiami dało się słyszeć kroki Stefy (chadzała w chodakach, które uważała za najzdrowsze obuwie na świecie). Musiała stanąć pośrodku korytarza – tuż przy sekretarzyku z telefonem.

– Syrop! – zawołała Stefa.

Oczy Igi urosły do rozmiarów ówczesnych dziesięciozłotówek.

– W nogi! – zarządziła.

Rzucili się do drzwi łączących pokój Baltazara z pokojem starszych chłopców dokładnie w tym samym momencie, w którym Stefa nacisnęła klamkę od strony korytarza. Ominęli biegiem zaskoczonego Janka, przeskoczyli przez łóżko Kacpra i wypadli na korytarz tuż na wysokości drzwi wyjściowych. Baltazar rzucił się do swoich tenisówek, Iga wsuwała na nogi buty, które nosiła po Kacprze. Już mieli wybiegać z mieszkania, gdy uwagę dziewczynki przykuł pewien obiekt. Spojrzała w stronę korytarza – tam, gdzie wisiał na ścianie telefon i gdzie znajdował się sekretarzyk. Na tymże właśnie sekretarzyku dostrzegła swojego wroga. Pysznił się lśniącym szkłem i straszył swoją wonią nawet z takiej odległości. Stefa postawiła słoik z syropem cebulowym na sekretarzyku i zapewne poszła najpierw do Marka, by zobaczyć, jak ten się czuje i czy już wypocił wszystkie zarazki.

W oczach Igi coś zalśniło.

– Iga, szybciej! – wyszeptał nerwowo Baltazar.

Jednak Iga nie słuchała w tym momencie głosu rozsądku. Pewnym krokiem (o ile krok w za dużych o rozmiar butach może być pewny) przeszła przez korytarz, podeszła do sekretarzyka i – zawahawszy się ledwie na sekundę – chwyciła wielki słój pod pachę, po czym rzuciła się w kierunku drzwi wyjściowych.

Baltazar wybiegł za nią.

– Oszalałaś?! – spytał takim tonem, jakby Iga właśnie skradła z LuwruMona Lisę. Albo gorzej – jakby wykradła reaktor jądrowy.

Stali przy drzwiach wyjściowych z klatki schodowej. Już na podwórku – niby bezpieczni, a jednak pełni niepokoju. Iga trzymała w dłoniach słój z syropem, dysząc ciężko i czując się jak Balladyna, której piętno zbrodni zaraz ujawni się na środku czoła.

– Musimy go zniszczyć! – zawołała w końcu.

– Nie możemy go zniszczyć. – Baltazar sprowadził ją na ziemię. – Nie da się zniszczyć tego syropu.

– Prawda – przyznała. – Czegokolwiek z nim nie zrobimy, będzie tak śmierdział, że Stefa natychmiast się dowie.

– Musimy go schować – zaproponował Baltazar.

– Tak! Schować! – Zaśmiała się diabolicznie.

Oczywiście wedle opinii kilkulatków jedynym rozsądnym miejscem do schowania czegokolwiek są krzaki. Nie ma przecież takiej siły we wszechświecie, która umożliwiłaby odkrycie tak ukrytego przedmiotu, toteż Baltazar i Iga pobiegli właśnie ku pobliskim krzakom – wielkim, zdziczałym chaszczom, które za czasów niemieckich robiły prawdopodobnie za żywopłot. Od tamtego czasu minęło jednak pół wieku i niepilnowane zielsko przywykło już do samodzielnego decydowania o swoim kształcie oraz rozmiarze.

Zagłębili się w krzaczaste czeluści i włożyli smrodliwy słój do zagłębienia w ziemi. W panice zbierali garście piachu, którym próbowali przykryć metalową zakrętkę (nawet z daleka lśniła jak latarnia nawołująca Stefę).

I wtedy właśnie ich uwagę przykuło coś dziwnego.

To Baltazar zauważył go pierwszy.

Nieopodal ich słoikowej kryjówki, utytłany nieco w brązowym piachu i błocie, leżał płasko na ziemi maleńki ptak.

Baltazar zakrył usta dłonią i szturchnął Igę.

– Pisklak – szepnął do niej.

Nie był to oczywiście żaden pisklak, lecz dorosły wróbel, tyle że martwy.

Iga zaprzestała zrywania liści i zbliżyła się do ptaka. Leżał na boku, miał zamknięte oczy, jego maleńki dzióbek był półprzymknięty.

– Nie żyje. – Dziewczynka się zasmuciła. – Ale nie jest jeszcze całkiem zimny, zobacz, Bubu.

Baltazar mrugnął zawstydzony, w jego oczach pojawiły się łzy. Oczywiście Stefa twierdziła, że nie ma różnicy, chłopak czy dziewczyna, każdy ma prawo sobie czasem popłakać. Ale Baltazar wiedział swoje. Nie wypada ryczeć jak baba. Tak mówili wszyscy starsi chłopcy.

Pociągnął mocno nosem. Przejął od Igi maleńkie ciało wróbla. Przyjrzał mu się uważnie, na brązowe piórka opadła łza.

Baltazar zamknął w dłoniach martwego wróbelka i poczuł, że po policzkach płynie mu gorący strumień.

– Nie becz. – Iga pociągnęła nosem i wytarła rękawem to, co wypływało dziurkami, bo sama też płakała.

– Tak bardzo bym chciał, żeby ożył – powiedział Baltazar i z całej siły zacisnął powieki. A trzeba wiedzieć, że jego oczy były bardzo wyjątkowe. W przeciwieństwie do ciemnej oprawy twarzy chłopca jego tęczówki zdawały się tak jasne, że niemal świeciły w ciemności. Do złudzenia przypominały przekrojony owoc kiwi, były niemal równie zielone, centralnie położoną źrenicę otaczały zaś całe gwiazdozbiory maleńkich, ciemnych punkcików.

Te właśnie niezwykłe oczy otworzyły się szeroko w chwilę po tym, jak Baltazar wypowiedział swoje życzenie. Temperatura jego dłoni znacznie wzrosła od płaczu i emocji, w utworzonym z palców koszyczku zrobiło się ciepło, wręcz gorąco, a na opuszkach Baltazar poczuł trzepotanie. Najpierw delikatne, potem silniejsze. W końcu spostrzegł, jak wnętrza jego dłoni dotykają delikatne, lecz ostre pazurki, które wykonują serię niecierpliwych ruchów. Raz jeszcze zacisnął powieki i powtórzył:

– Tak bardzo bym chciał, żeby ożył.

Zawahał się na moment, po czym rozchylił obie dłonie.

Ledwo zdążyli zrozumieć, co się stało, kiedy zobaczyli brązowy punkt, który przeleciał im przed oczyma natychmiast po tym, jak Baltazar rozwarł palce rąk.

Spojrzeli oniemiali w ślad za wróblem.

Iga otworzyła szeroko usta, po czym zakryła je dłonią.

Baltazar kątem oka dostrzegł, jak firanka w oknie na parterze się porusza, a przez parapet wychyla się ich sąsiadka zwana przez Igę Kostuchą.

– Co wy tam robicie, bachory? – wrzasnęła. – Męczycie zwierzęta?

– Proszę pani, on właśnie ożywił wróbla! – krzyknęła Iga z krzaków.

– Ach tak? – Kobieta skrzywiła się w dziwnym uśmiechu.

– No naprawdę. Bubu jest uzdrowicielem!

Kostucha się zaśmiała.

– Jesteś uzdrowicielem, Szafranku? – spytała, gdy już wyszli z chaszczy.

Baltazar nadal pozostawał pod wrażeniem minionej chwili, kiedy to wróbel niczym pierzasta kometa przemknął mu przed oczyma.

– No jesteś czy nie? – dopytywała się sąsiadka.

Baltazar zamyślił się na moment. Spojrzał na kobietę poważnie. Przytaknął.

– Tak.

Kostucha wychyliła się bardziej przez parapet, poduszka i dwa koce, z których zrobiła sobie stanowisko do wyglądania z okna, omal nie wypadły na zewnątrz.

– W takim razie rób dobry użytek ze swojej umiejętności – powiedziała tajemniczo.

Baltazar zachował milczenie. I taki milczący pozostał już do końca tego dnia.

Za to Iga nie przestawała mówić. Każdą napotkaną osobę informowała o tym, że Bubu jest uzdrowicielem, że właśnie ożywił wróbla. Podtykała Baltazarowi pod nos zdechłe muchy i przepołowione dżdżownice. Wygrzebała spod kuchennej ławy pajęczaka na chudych nogach, wzięła go pod kapeć i zapytała Baltazara, czy dałby radę ożywić zwierzątko.

Ale chłopiec nie potrafił przywrócić im życia. Zdechła mucha nie zaczęła latać, dżdżownica nie scaliła się na powrót w jedną część. Nie mówiąc o pajęczaku, który pod kapciem Igi nie tylko stracił większość nóg, ale również swoją trójwymiarowość.

Iga była tak zaaferowana wydarzeniem z wróblem, że nawet nie chciało jej się kłamać, gdy Stefa zapytała, co się stało ze słojem syropu.

– Schowaliśmy go w krzakach. A potem Bubu ożywił wróbla.

Stefa słyszała już tę historię. Wszyscy ją już słyszeli.

– Czy za karę będę musiała wypić cały ten słój? – Iga przeraziła się nagle.

– Oczywiście, że nie. Picie syropu nie jest karą. Każde mądre dziecko powinno zrozumieć, że daję wam syrop, bo chcę was wzmocnić, a nie za karę – obruszyła się Stefa.

– No to jaka będzie kara? – dopytywała się Iga podczas kolacji.

– Powiedzmy, że wystarczy, jak posprzątacie razem ze stołu i zmyjecie naczynia po kolacji. Po wszystkich – odparła Stefa, patrząc na Igę i Baltazara. Ten jednak nadal był milczący, jakby nieobecny. Ledwo spojrzał na Stefę, niemrawo i bez protestu przytaknął na jej propozycję.

– A ty, Igo – dodała Miezynkowa – dostaniesz jeszcze zadanie dodatkowe. Proszę cię, żebyś dziś przed snem każdemu dziecku w tym domu podała łyżkę syropu. Bo znacznie trudniej jest was nim częstować, niż go pić, uwierz mi.

Idze nie zamykała się buzia ani podczas zbierania talerzy, ani w czasie zmywania. Mówiła o tym, jak to spróbują jutro wypróbować niezwykły dar Baltazara. Pamiętała, że na rogu Staffa i Słowackiego ze dwa dni temu samochód huknął kota. Zapewne nadal leżał na poboczu i może jeszcze nie zżarły go robaki.

Baltazar tylko przytakiwał. Tak, jutro pójdą i spróbują. Tak, może go jeszcze nie zżarły.

Z zamyślenia został wyrwany dopiero przez Witka Miezynka. Wychylił się przez framugę drzwi kuchennych i z tajemniczym uśmiechem oświadczył, że w salonie odbywa się właśnie męskie zebranie.

– Jak to męskie? A ja to co? Pies? Też chcę wiedzieć, co knujecie! – fuknęła Iga.

– Męskie to męskie. – Miezynek wzruszył ramionami.

– No Wiiitkuuu – zawyła Iga.

Próbowała protestować, jęczeć i tupać nogą. Jej krótkie blond kiteczki jak dwa diabelskie różki podskakiwały na głowie za każdym razem, gdy uderzała kapciem o podłogę. Witek próbował jej tłumaczyć, w jakiś sposób negocjować, ale dopiero gdy w drzwiach kuchni stanęła Stefa, Iga się uspokoiła.

– Dość! – syknęła Miezynkowa. – Do łóżka i spać.

Iga doskonale zdawała sobie sprawę, że ze Stefą długo można prowadzić pertraktacje, ale kiedy mówi „dość”, to znaczy, że naprawdę trzeba przestać. A kiedy padają słowa „do łóżka i spać”, znaczy to, że za chwilę miarka naprawdę się przebierze.

Baltazar poszedł w milczeniu za Witkiem. W salonie czekali już pozostali chłopcy, wszyscy usadzeni wokół stołu, przy którym cała rodzina jadała obiady.

– O co tu chodzi? – zapytał Marek. Przypominał teraz poczwarkę gąsienicy zawiniętą w kokon z pierzyny (Stefa pozwoliła mu się udać na naradę tylko pod warunkiem, że nie zdejmie z siebie kołdry).

Filip, który był oczywiście najstarszy – miał już wtedy szesnaście lat – wywrócił oczyma na znak tego, że jest doskonale zorientowany i wie, co zaraz zajdzie.

– Nic – odpowiedział więc znudzonym tonem. – Jutro jest dzień kobiet. Tyle na ten temat. Zapewne Witek chce z nami przedyskutować jakąś – tu zamachał znacząco rękoma – niezwykłą niespodziankę, której Stefa się w ogóle nie spodziewa.

– Podobno kobiety wcale nie lubią tego święta – zauważył drugi najstarszy chłopiec, czyli Janek. Liczył wtedy czternaście lat. Podobnie jak Stefa, jego matka, nosił okulary, które nadawały mu zawadiackiego i sympatycznego wyrazu. Prostokątne, czarne oprawki sprawiały, że jego twarz wydawała się dojrzała, lecz i chłopięca zarazem. Podobnie jak Stefa, był chudy, żylasty, ale i silny.

Witek zamknął za sobą drzwi od salonu i również usiadł przy stole. Poprawił sobie nieco zaokrąglony brzuch okiełznany parą szarych szelek. W przeciwieństwie do swojej żony nie należał ani do chudych, ani do żylastych. Wyróżniała go raczej masywna budowa ciała, przywodząca na myśl rubasznego szlachcica, który lubi zabawę i dobry humor, ale gdy trzeba, to potrafi się zerwać do bitki. Jak przystało na szlachcica, Witek miał również rozsądnych rozmiarów wąsa, który częściowo zakrywał jego górną wargę. Policzki Miezynka były lekko zaokrąglone i zawsze rumiane. Zwłaszcza wtedy, gdy się śmiał, czyli często. To właśnie po nim drugi syn Miezynków, Kacper, odziedziczył budowę ciała. Chłopiec ten (mający w tamtej chwili dziewięć lat) ani trochę nie odznaczał się kanciastością w przeciwieństwie do Janka i jego matki. Podobnie jak ojciec Kacper był wiecznie rumiany i raczej krępej, choć silnej budowy.

Gdy wszyscy chłopcy siedzieli już względnie spokojnie na swoich miejscach, Witek rozparł się w fotelu, zerknął na mały notatnik i przedstawił plan na następny dzień. Do wykonania były następujące zadania. Raz: pobudka przed Stefą, przygotowanie dla wszystkich śniadania, a dla Stefy jej ulubionych bez i kawy z grubą warstwą śmietanki. Natomiast dla Igi kakao z trzema łyżeczkami miodu i posypką. Dwa: zmywanie i sprzątanie po wszystkich posiłkach. Trzy: przygotowanie kolacji plus świeczki i inne bajery. Cztery: podarowanie Stefie kwiatka (doniczkowego, ciętych nie znosi), a Idze jadalnej biżuterii – bransoletek z drażetkami zamiast koralików – i opakowania gum balonowych Donald Duck z minikomiksami. Pięć: zebranie się wszystkich razem rano, jeszcze przed szkołą i pracą, przy śniadaniu, by złożyć życzenia.

– Czy plan jest jasny?

– Jasny – odparł Kacper.

– Niejasny – rzucił Janek.

– Co jest niejasnego w tym planie? – spytał syna Witek.

– Tato, przecież one nie znoszą tego święta. Stefa sama mówi, że jest komunistyczne. Że rajstopy i badyle, wiesz, o co chodzi.

– To bez sensu – dodał najstarszy Filip. – Za każdym razem, jak robimy coś za nie, one zamiast się cieszyć, mówią, że tak powinno być codziennie, a nie tylko raz w roku.

– Poza tym Stefa nienawidzi, jak jej się ktoś plącze po kuchni, i sama woli robić wszystkie posiłki. – Janek wzruszył ramionami, poprawiając okulary.

– Z tymi posiłkami to nieprawda – zauważył Witek. – To się tyczy tylko obiadu. Śniadanie i kolacja nie mają prohibicji.

– Co to jest prohibicja? – spytał Marek.

– Że możesz kogoś zastrzelić, jak ma wódę – odparł Janek.

– No to jak jest z tym badylem i tymi rajstopami? – dopytywał się Kacper.

– Panowie. – Witek pogładził się po wąsie. – Zapamiętajcie raz na zawsze, lepiej dać badyl i przyznać, że to głupie święto, niż nie dać wcale. To samo się tyczy walentynek, mikołajek, urodzin, imienin i czego tam jeszcze chcecie. Lepiej dać walentynkę i przyznać, że to komercyjne święto, niż nie dać wcale. Lepiej dać prezent na mikołajki i zgodzić się, że przyszły z Zachodu i są napędzane przez galerie handlowe, niż przyjść z niczym. Lepiej przytaknąć na to, że lat się kobiecie nie liczy, i dać jej prezent, niż nie złożyć życzeń. I tak dalej, i tak dalej. Jeśli to sobie utrwalicie, będzie wam łatwiej, wierzcie mi.

– To bez sensu – powtórzył Filip.

– To nielogiczne – oświadczył Janek.

– Kobiety nie są logiczne. – Witek się uśmiechnął. – Nawet Stefa.

Marek zaczął dopytywać się, co to znaczy, że coś jest komercyjne albo nielogiczne. Zniecierpliwiony jego pytaniami Kacper oświadczył, że gęba Marka jest nielogiczna i jeśli chce, to Kacper może mu pomóc rozwiązać ten problem. Janek próbował bronić Marka, ale zwrócił się do Kacpra per smarku, za co ten kopnął go pod stołem. Filip zawołał, że ma dosyć tej dziecinady, na co Janek odparł, że jeśli go ona nudzi, to może wrócić do swoich obowiązków, czyli do walenia konia co pięć minut. Filip zerwał się na równe nogi, Marek zapytał, co znaczy „walić konia”, a Kacper – dumny z tego, że wie – wykonał serię obscenicznych gestów, które miały charakter objaśniający.

– Oblech – rzucił Filip.

– Zbok – odparł Janek.

– Prawiczek – syknął Filip.

I tak dalej.

Ostatecznie jakimś cudem Witkowi udało się ich uciszyć i rozdzielić, a także ustalić podział obowiązków na następny dzień. Wysłał wszystkich do swoich pokoi i poprosił, aby w salonie został z nim tylko Baltazar.

– Szafranku, co ci jest? – spytał Witek, biorąc chłopca na kolana.

– Nic – odparł, wzruszając ramionami.

– Nie odezwałeś się ani słowem podczas naszego spotkania. Zwykle się tak nie zachowujesz – zauważył Miezynek.

Baltazar błądził wzrokiem po wzorzystym dywanie. Opowiedział Witkowi historię o syropie cebulowym i ożywieniu wróbla.

– Mógł być po prostu osłabiony – zauważył Witek. – Wczesną wiosną zdarza się, że ptaki łatwo padają, bo nie mają jeszcze dość pożywienia. A może uderzył o coś w locie, upadł na ziemię i stracił przytomność. Czasem wystarczy takiego osłabionego ptaka wziąć w dłonie i go po prostu ogrzać. Wtedy nabiera sił i znowu może latać. Nie sądzisz, że mogło się tak stać i tym razem?

Baltazar milczał ze spuszczoną głową.

– Jak to było z moją mamą? – spytał.

Witek westchnął.

– Co masz na myśli? Twoja mama umarła, gdy cię rodziła. Przecież znasz tę historię.

– No, ale… jaka była, zanim to się stało?

Baltazar już kiedyś o to pytał. A Witek nie mógł mu powiedzieć nic ponad to, co już raz przytoczył, ponieważ sam niewiele wiedział. Powtórzył więc, że Alicja Szafranek prowadziła księgarnię, że na zapleczu urządzono maleńki pokoik z łazienką, w którym spędzała większość czasu. Nie miała żadnej rodziny, żadnych krewnych. Żadnych znajomych, którzy byliby kimś więcej niż tylko stałymi klientami. Księgarnia należała wyłącznie do niej i niczego w niej nie zmieniano od czasu, kiedy Baltazar przyszedł na świat. Drzwi zamknięto na kłódkę, zakratowano okna.

– Gdy skończysz osiemnaście lat, ta księgarnia będzie należała do ciebie, wiesz? – Witek próbował go pocieszyć.

– A ty tam byłeś?

Witek poprawił wąsa.

– Szczerze mówiąc, nie. Ale Stefa była.

– Czy moglibyśmy tam pójść?

– Teraz?! – Zdziwił się.

– No.

– Nie, Szafranku, teraz nie. Pora iść spać, a nie błądzić po zamkniętych księgarniach.

– No, a kiedy indziej? – Baltazar nie odpuszczał.

Miezynek się zawahał.

– Kiedy indziej? Nie wiem… Sam nie wiem. Przypuszczam, że… W zasadzie dlaczego by nie? Myślę, że da się to załatwić.

Witek odprowadził Baltazara do pokoju. Chłopiec rozchmurzył się wyraźnie. Bez protestów przyjął łyżkę syropu z cebuli i pogrążył się w spokojnym śnie.

– Nie ma tam żadnego listu czy czegoś w tym stylu – oświadczyła Stefa, gdy mąż opowiedział jej o rozmowie z Baltazarem. – Nie ma żadnej wiadomości od jego matki, nie ma niczego, co przybliżyłoby mu jej osobę. Sprawdzałam, szukałam.

Byli już sami w sypialni. Stefa przyszywała do sztruksowych ogrodniczek Igi oderwany guzik.

– Myślę, że on po prostu chce zobaczyć… jak to miejsce wygląda.

Stefa przytaknęła. Odgryzła końcówkę nitki, obejrzała efekt swojej pracy.

– Zostaw to już – wyszeptał Witek i wciągnął ją do siebie pod kołdrę. – Zajmij się wreszcie czymś pożytecznym. – Zaśmiał się i wtulił jej twarz w swoją koszulę od piżamy.

– Zastanawiam się jeszcze nad…

– Ćśśś – przerwał jej Witek.

– Rano musimy koniecznie…

– Ćśśś – powtórzył.

– Trzeba będzie…

– Ćśśś… Ćśśś.

Rozdział drugi Baltazar ratuje Witkowi życie i odkrywa cząstkę tajemnicy o swoim pochodzeniu

Wraz z nastaniem lata dla dzieciaków Miezynków rozpoczynał się magiczny okres. Całe ich życie kręciło się teraz wokół podwórka, na którym spędzały zdecydowaną większość czasu. Żywiły się lodami, jedzonymi na sucho oranżadkami w proszku, kanapkami z masłem i cukrem. I nawet Stefa przymykała na to oko, wiedząc, że lato rządzi się własnymi prawami („O ile do obiadu wszyscy zjedzą całą surówkę. Całą, Iga!” – mówiła).

Wszystkie patyki w kształcie litery L zamieniały się w pistolety, skrzydełka nasienne klonu stawały się noskami, które każde dziecko dumnie obnosiło przyczepione do własnego nosa. Rozkwitał handel wymienny na kapsle i zdjęcia samochodów z obrzydliwych w smaku oraz plastikowych w konsystencji gum Turbo. Rozrastały się kolekcje komiksów z gumy donaldówy. Chłopcy składali samolociki (nigdy nie latały tak daleko, jak powinny); wszystkie dzieciaki zbierały po kieszeniach resztę ze sklepu. Stefa pozwalała im zostawić sobie parę groszy w ramach bonusu za sprint po śmietanę do zupy, bieg po cukier do kisielu, wyprawę po ziemniaki czy eskapadę po mleko i jajka. Z takiej reszty – zbieranej niekiedy i całymi tygodniami – robiło się później prawdziwe imprezy godne dworu królewskiego. Oranżady wypijane na miejscu (odkapslowane otwieraczem przywiązanym sznurkiem do lady w sklepie) lały się strumieniami. Co bardziej skrupulatni w oszczędzaniu pili nie tylko lokalne orange, ale i pepsi-colę ze szklanej butelki. Lody ciekły po łokciach i barwiły języki na przerażające kolory. Żyło się!

Baltazar z Igą spędzali na podwórku niemal całą dobę (tylko oni dwoje nie chodzili jeszcze do szkoły), Kacper i Marek dołączali zaś do nich natychmiast po powrocie z lekcji. Starsi chłopcy rzadko bawili się z młodszymi dziećmi. Nawet jeśli mieli ochotę pograć od czasu do czasu w zbijaka lub chowanego, robili wszystko, by okazać pogardę względem takich zajęć dla dzieciaków. Jednak tamtego dnia nawet Janek z Filipem wyszli na dwór. Wszyscy byli podekscytowani tym, co miało niedługo nastać. Zbliżała się noc kupały i nie chodziło wcale o to, że dzieciaki Miezynków tak bardzo przeżywały najkrótszą noc roku, ale o to, co czekało na nie nazajutrz. Zgodnie ze świętą, praktykowaną od lat zasadą Stefy dopiero po nocy kupały wolno im było bowiem kąpać się w pobliskiej rzece. Urządzono tam prymitywne, ale funkcjonalne kąpielisko – koryto rzeki odbijało w tym miejscu od głównego nurtu, tworząc płytki basenik, w którym woda była ciepła i spokojna. Niezależnie od tego, jakie upały panowały na początku czerwca lub jakie chłody naszły w jego ostatnie dni, Stefa pilnowała, by przestrzegano wspomnianej zasady – kąpać się wolno dopiero po nocy kupały. Koniec kropka. Reguła ta była dla niej tak uświęcona, że dzieciaki Miezynków do pewnego wieku wierzyły, że przed równonocą włożenie choćby stopy do rzeki skończyłoby się zapaleniem płuc, a może i śmiercią. I odwrotnie – wykąpanie się w rzece po nocy kupały było traktowane niemal jak obowiązek. Nawet gdyby wodę ściął lód, a temperatura powietrza odmrażałaby stopy, wszyscy jak jeden mąż wskoczyliby do rzeki, by poczuć, że lato i wakacje naprawdę nadchodzą.

Toteż tego dnia wszystkie dzieciaki Miezynków czuły prawdziwą ekscytację. Była sobota, co znaczyło, że następnego dnia już od samego rana będą mogły pobiec nad rzekę z kocami, ręcznikami oraz piłkami i wskakiwać do wody w ramach próby sił – kto wytrzyma dłużej. Nawet najstarszy Filip nie bawił się w udawanie, że go to nie rusza. Janek trajkotał z młodszymi dzieciakami o tym, że trzeba będzie skombinować długą linę i powiesić ją wysoko na gałęzi drzewa, które pięło się tuż nad kąpieliskiem. Tylko skąd ją wziąć, skąd ją wziąć…? W tym swoim zaaferowaniu zgodził się nawet robić za stojak na gumę dla Igi, co zawsze stanowiło wielki problem. Guma ta to nieodzowny rekwizyt podwórkowy każdej dziewczyny w tamtych czasach. W istocie tworzyła ją zwykła gumka połączona w zamknięty okrąg – na tyle długa, że do jego wnętrza mogły wejść dwie osoby. Naciągały ją na swoich kostkach czy kolanach w taki sposób, by trzecia osoba mogła po tej naprężonej, ale i giętkiej lince skakać.

Iga była jedyną dziewczyną na podwórku (nikt z sąsiadów nie miał dzieci, więc małe Miezynki bawiły się zwykle we własnym gronie), dlatego zawsze cierpiała z powodu braku manekinów do trzymania gumy. Jednego zapewniała sobie bez problemu, a zostawał nim niezmiennie Marek. Gorzej sprawa się miała z drugim statystą. Nikt nie palił się do tej roli, bo czy może istnieć nudniejsza zabawa niż stanie w miejscu i patrzenie, jak ktoś skacze po gumie…? Wedle reguł tej zabawy dzieciaki skaczące i przytrzymujące wymieniały się ze sobą, ale chłopców nie zainteresowało również skakanie w gumę, więc do zamiany nigdy nie dochodziło. Iga musiała sobie radzić innymi metodami – z jednej strony gumy ustawiała zwykle Marka, z drugiej owijała ją o podwórkowy rekwizyt, na przykład ławkę czy trzepak.

Tamtego dnia nastała więc dla Igi prawdziwa idylla skakania w gumę. Z jednej strony ustawiła sobie jak zwykle Marka, z drugiej stał niewzruszony Janek, który rozważał na głos różne opcje załatwienia liny. Igę tak pochłonęło skakanie (chciała się wyskakać na zapas), że na policzki wypłynął jej gorący rumieniec, blond kitki podskakiwały jak opętane, a ona sama przypominała teraz wyścigowego charcika, którego przy odrobinie zaangażowania można zabiegać na śmierć.

– Iga, zatrzymaj się na moment, bo wyplujesz płuca. – Witek zaśmiał się. Ni z tego, ni z owego pojawił się między trzepakiem a ławkami, dokładnie tam, gdzie właśnie urzędowały dzieciaki.

Witek na podwórku? Witek upominający Igę? Zabawa ustała, dzieciaki zamilkły. Nikt dorosły nigdy tu się nie zjawiał, bo i po co? Wszystkie sprawy załatwiało się przez okno.

– Pewnie nie możecie się doczekać jutra, co? – zagadał z uśmiechem Witek.

Wszyscy przytaknęli podejrzliwie.

Miezynek w ogóle rzadko ingerował w ich zabawy. Stefa mówiła, że to dlatego, że sam był jedynakiem – nawet gdy przebywał z nimi wszystkimi, stwarzał wokół siebie jakąś niewidzialną, własną przestrzeń, w której poświęcał się swoim sprawom. Często szeptał sam do siebie, szkicując w swoim notesiku jakieś projekty. Z zawodu był stolarzem, ale nie pracował na pełen etat już od wielu lat. Większość czasu zajmowały mu sprawy związane z prowadzeniem rodzinnego domu dziecka. Załatwiał formalności, przyjmował wizyty, kontrole, chadzał na spotkania z przedstawicielami sądu rodzinnego, opieki społecznej, policji i tak dalej. Robił zakupy, naprawiał bieżące usterki. Odkurzał, mył okna, obierał ziemniaki. I codziennie wychodził na kilka godzin do swojego warsztatu stolarskiego. Mimo że nie prowadził go już w pełnym wymiarze godzin, zawsze miał kilka przyjętych zleceń. Czasem naprawdę drobnych, ale zdarzały się też spore zamówienia – na szafę do garderoby czy nawet zestaw mebli. Witek jako uzdolniony stolarz zawsze sam wykonywał swoje projekty. A pomysły na nie przychodziły mu w najdziwniejszych momentach, toteż nosił przy sobie notes i ołówek. A kiedy notował, to i szeptał do siebie, bo tak było mu łatwiej wszystko zaplanować.

Lecz tego dnia Witek nie szeptał ani niczego nie notował. Stał pod trzepakiem i niezdarnie zagadywał dzieciaki o ich zabawę. W końcu przemógł się i oświadczył:

– Szafranku, mam dla ciebie niespodziankę.

Rzadko się zdarzało, by niespodziankę przeznaczono tylko dla jednego z dzieciaków. Chyba tylko wtedy, gdy akurat obchodził on urodziny czy inne święto. Toteż wszyscy wychowankowie Miezynków spojrzeli teraz w milczeniu na Baltazara.

Chłopiec siedział na trzepaku, machając chudymi łydkami do przodu i do tyłu. Jego ciemne, wiecznie niepokorne włosy ułożyły się w kształt twórczego rozgardiaszu. Patrzył na Witka swoimi ogromnymi, jasnymi oczyma i uśmiechał się nieznacznie, bo domyślał się, na czym ta niespodzianka może polegać.

– Chodzi o księgarnię? – zapytał od razu.

– Tak. – Witek ucieszył się i z zadowoleniem poklepał po brzuchu. – Załatwiłem klucz. Pomyślałem, że taka magiczna noc to dobry moment na odwiedziny.

Baltazar zeskoczył z trzepaka i jednym susem doskoczył do Witka. Złapał delikatnie za jego szare szelki i pociągał je, podskakując. Był gotowy. Tu, teraz, już. Mogą iść?

Witek zaśmiał się rubasznie.

– Po kolacji. Jak się ściemni. Zrobi się bardziej magicznie, co ty na to?

Chłopiec oczywiście się zgodził.

Aż do zmroku Baltazar pozostał milczący, choć niezwykle podekscytowany. Nie mógł się doczekać, aż zobaczy, jak jego matka żyła, pracowała; z całą pewnością od razu pojmie, jaka była.

– Fajnie masz – szepnęła Iga, która przyszła za Baltazarem do jego pokoju. W przeciwieństwie do niego Iga straciła cały animusz i chęć do zabawy. Nawet gra w gumę przestała ją bawić.

– Fajnie, dlaczego? – Zdziwił się Baltazar. – Przecież moja mama nie żyje, a twoja tak. Możesz ją odwiedzić, kiedy chcesz, i dowiedzieć się wszystkiego na jej temat.

– No właśnie. Twoja mama nie żyje. Dlatego masz lepiej.

Baltazar cofnął się o krok poruszony do głębi tymi słowami.

Iga natomiast milczała. Milczała, ponieważ jej siedmioletni umysł nie znajdował odpowiednich pojęć, by wyjaśnić, co czuje. Milczała, bo nie mogła ułożyć ze słów sformułowań adekwatnych do jej nienazwanych uczuć.

Owszem, mama Igi żyła i dziewczynka doskonale ją pamiętała, mimo że została od niej zabrana, gdy miała cztery latka. Iga nie rozumiała wprawdzie, że matka była ćpunką i że prostytuowała się za alkohol, narkotyki, a w końcu i za klej, który bezpowrotnie wyżarł jej mózg. Ale rozumiała doskonale, że matka jej nie kocha. Może nie przypominała sobie wszystkiego. Pamiętała jednak z najdrobniejszymi szczegółami konkubenta matki, który uzależnił się nie tylko od ćpania, ale też od przemocy. Mimo młodego wieku Iga zawsze zdawała sobie sprawę z tego, kiedy dostanie łomot. Nawet czterolatka potrafi połączyć takie fakty i wie, że jeśli ktoś wraca do domu zaćpany lub zapity w trupa, śmierdzi moczem oraz kałem i drze mordę w niebogłosy, to zaraz zacznie bić. Ale Iga czuła wdzięczność, bo to właśnie dzięki niemu ktoś z sąsiadów w końcu wezwał policję, a sine od uderzeń ciało dziewczynki stało się przyczyną, dla której sprawę załatwiono w trybie pilnym. Matka Igi nie była nawet świadoma, że jej córkę zabiera właśnie patrol. Leżała wtedy pod stołem, otępiała przez klej. Kiedy mundurowi wtargnęli do mieszkania, konkubent matki skończył już bić Igę i opadł bezwładnie na ciało swojej partnerki. Funkcjonariusze mieli ogromny problem z interpretacją tego, co zobaczyli. Jeden z nich napisał później w swoim raporcie: „Matka dziecka była gwałcona?”, stawiając przy notatce ogromy znak zapytania.

Ojca Igi nie znaleziono. Jej matka zaś zaczęła dopominać się o swoje prawa rodzicielskie, dopiero kiedy wytrzeźwiała na tyle, by pojąć, co się stało, czyli mniej więcej po tygodniu. Również w tym czasie po raz pierwszy udało się ustalić, jak dziewczynka się w ogóle nazywa. Nie znaleziono żadnych jej dokumentów, a mała nie odzywała się ani słowem. Dopiero wtedy okazało się, że Iga przyszła na świat jako Dżesika Gadzina, której narodziny jakimś cudem zostały zgłoszone do urzędu stanu cywilnego.

Najdziwniejszym elementem całej historii Igi było właśnie jej imię. Matka, Andżelika Gadzina (zwana Andżelą), zadecydowała, że córka będzie nosić godne miano Dżesika, jednak Iga po zabraniu od matki nie pozwoliła tak na siebie powiedzieć ani razu. Już pierwszego dnia, gdy znalazła się w domu Miezynków, wybuchała niepohamowanym płaczem, kiedy Stefa próbowała zwrócić się do niej per Dżesika, Dżesi lub jakimkolwiek innym zdrobnieniem czy spolszczeniem.

– Ćśśś… – szeptała Stefa. – Nie płacz, kochanie. Jak do ciebie mówić?

Ale Iga milczała jak zaklęta. Pół roku zajęło jej ośmielenie się na tyle, by zaczęła mówić tak, nie i nie chcę. Dopiero po tym czasie odkryła mięśnie twarzy odpowiedzialne za grymas uśmiechu. A na następnym etapie wypowiedziała słowo, które miało się później stać jej imieniem.

– Iga – szepnęła wtedy przy stole.

Stefa wstrzymała widelec pośrodku drogi do jej ust.

– Iga? – zapytała.

– Iga – odparła pewniej dziewczynka.

Stefa uśmiechnęła się i spytała łagodnie?

– Ty jesteś Iga?

Dziecko przytaknęło. Stefa łyknęła łzy tak, by spłynęły do gardła, a nie pojawiły się w oczach.

– Jesteś Iga? – Witek się zaciekawił.

– Iga. – Przytaknęła i uśmiechnęła się.

Tamtego dnia doszło do jakiejś magicznej inicjacji. Wraz z nadaniem sobie tego imienia Iga naprawdę stała się Igą. Milcząca, przerażona dziewczynka gdzieś przepadła, gdzieś się zagubiła. Odnalazło się dziecko aktywne, łobuzujące, psotne, radosne, wszędobylskie. Odnalazła się Iga.

Stefa stoczyła prawdziwe batalie z urzędnikami na różnych szczeblach w walce o zmianę imienia dziewczynki. Jednym z powodów mogących stać się przyczyną takiej zmiany jest to, że imię uważa się za ośmieszające lub że działa na szkodę osoby je noszącej. Stefa argumentowała bez końca, że tak właśnie jest i w tym przypadku, ale dopiero wizyta Witka w urzędzie zakończyła się sukcesem. Trudno powiedzieć, co poskutkowało – wazelina czy kawa, bombonierka i rajstopy przyniesione do urzędu. Grunt, że Dżesika ostatecznie poszła w niepamięć i w domu Miezynków zamieszkała nowa osoba – Iga Gadzina.

Oczywiście Baltazar nie miał zielonego pojęcia na temat tego, jak wyglądało wcześniejsze życie Igi. Wśród dzieciaków Miezynków krążyły naturalnie zdawkowe informacje na temat przeszłości poszczególnych wychowanków, ale były to tylko informacje pochodzące z dziecięcej bazy danych, dorośli na ten temat nie puszczali bowiem pary z gęby. Jeżeli któreś z dzieci zdecydowało się powiedzieć, co pamięta, to mówiło. Ale niepisana zasada głosiła, że o przeszłość nie wolno pytać, jeśli nikt cię o to nie prosi.

– Możesz iść z nami – powiedział Baltazar, obejmując dziewczynkę ramieniem. – Żeby zobaczyć księgarnię mojej mamy.

Ale Iga nie chciała. Z jakiegoś niejasnego dla siebie powodu była zła na Baltazara. Wstydziła się tej złości, lecz nie potrafiła jej okiełznać. Kopnęła z całej siły w plecak Marka i pobiegła do swojego pokoju.

Po kolacji Stefa zapytała, kto chce iść na sobótkę do centrum Miasteczka. Tuż nad rzeką odbywały się co roku z tej okazji przedstawienia, puszczanie wianków na wodę, pojawiała się też wata cukrowa, balony i inne atrakcje tego typu. Oczywiście iść chcieli wszyscy. Jedynie Filip oświadczył, że ma ważniejsze sprawy do roboty i że wróci do domu dopiero o północy. Młodsze dzieciaki próbowały pojąć, jak można zrezygnować z waty cukrowej, lampionów i przedstawień na rzecz ważniejszych spraw do roboty. Nie mogły przecież wiedzieć, że Filip umówił się ze swoją pierwszą w życiu dziewczyną. Obiecała się z nim spotkać o zmroku w samym środku parku miejskiego, tuż za wzgórzem, które porastały kasztanowce.

Filip pakował właśnie plecak – najciszej, jak się dało – wkładając do niego chrupki orzechowe i dwie butelki piwa (każdą z nich wsunął do wełnianej skarpety od Stefy, żeby nie brzęczały), gdy w drzwiach do jego pokoju stanął Witek. Chłopiec zmieszał się i nieporadnie ukrył za plecami dwie wielkie skarpety naciągnięte na butelki.

– Co tam słychać, Filipie? – spytał Witek, udając, że niczego nie widzi.

– Nic. – Wzruszył ramionami, siląc się na spokój.

– Słuchaj, synu… – szepnął Witek, jednak nie powiedział nic więcej. Zamiast tego wrzucił do plecaka chłopca nieduże, prostokątne opakowanie. Trudno powiedzieć, kto był bardziej zażenowany, Witek czy Filip. – Nigdy o tym nie zapominaj, dobra?

– Dobra, przecież wiem – mruknął czerwony jak burak Filip.

Witek się rozchmurzył.

– Weź też to. – Wyciągnął ku niemu ciepły, puchaty koc i pomógł go upakować do plecaka.

Stanęli naprzeciwko siebie zawstydzeni. Witek się uśmiechnął. Wyciągnął rękę – chciał nią zmierzwić włosy Filipa, jak to czynił w przeszłości, ale się zawahał. Zamiast tego sięgnął do jego ramienia i delikatnie poklepał go po nim.

Nie powiedział nic więcej. Odwrócił się i wyszedł. Zawołał swoją żonę do kuchni i zaczął wypytywać o sprawy związane z jutrzejszym obiadem. Zrobił to oczywiście po to, aby odciągnąć uwagę Stefy od korytarza, przez który musiał przejść Filip, aby opuścić mieszkanie. Gdyby Stefa zobaczyła chłopaka z wypchanym po brzegi plecakiem, zamęczyłaby go pytaniami – dokąd idzie, z kim się umówił i co zamierzają robić. Stefa nie zaakceptowałaby oczywiście prawdy. Była praktykującą katoliczką i wierzyła w to, że na drodze ku szczęściu trzeba przestrzegać pewnych zasad. Witek też był katolikiem, ale praktykował po swojemu.

Baltazar cieszył się z atrakcji, jakie czekały na nich w centrum. Jednak ani przedstawienie, ani sztuczne ognie, ani nawet lampiony czy wata cukrowa nie wydawały mu się dziś tak ekscytujące jak to, co miało nadejść po zakończeniu imprezy. Witek obiecał, że gdy cała rodzina będzie wracać do domu, oni dwaj zboczą z trasy i pójdą obejrzeć księgarnię Alicji Szafranek.

Tak też się stało. Baltazar przebierał nogami tak prędko, że Witek ledwo za nim nadążał. Uspokoił się dopiero, gdy już stanęli naprzeciwko zamkniętego i zakratowanego wejścia do dawnej księgarni. Wyglądała raczej niepozornie. Znajdowała się na parterze w budynku pokrytym szarą farbą. Wyżej mieściły się jakieś nieciekawe biura. Witryna księgarni została zasłonięta od wewnątrz ciemnym materiałem, nad wejściem wisiał szyld, który skrzypiał przeciągle przy każdym podmuchu wiatru. Głosił: „Mała Księgarenka”. Był zniszczony, odrapany i raczej szpetny. Stworzony w czasach PRL-u nie przedstawiał sobą szczególnej wartości estetycznej. Lecz to wszystko nie miało dla Baltazara najmniejszego znaczenia.

Witek wyciągnął z kieszeni nieduży pęk kluczy. Jeden solidny do zewnętrznej kłódki, drugi do zamknięcia kraty. Dwa kluczyki od zamka drzwi. Nacisnął klamkę. Prąd pozostał nadal podłączony – światło zapaliło się, gdy Witek odnalazł już włącznik.

Baltazar czuł podniecenie i strach.

Jarzeniowe lampy, które oświetliły księgarnię, nie dawały szczególnie urokliwego światła. Jedna z jarzeniówek mrugała, co sprawiało nieco upiorne wrażenie. Regały z książkami zostały okryte dużymi kawałkami płótna – zapewne żeby zapobiec całkowitemu zakurzeniu i zniszczeniu.

Baltazar i Witek stali więc pośrodku niedużej przestrzeni, którą wypełniały jasne słupy poprzykrywanych regałów. Od ścian odklejała się pożółkła tapeta wątpliwej urody. Podłogę pokrywało gumoleum. Jedynie nieduża lada, która mieściła się w głębi sklepiku, wydawała się w miarę urokliwa. Niemal zniknęła pod grubą warstwą kurzu; nosiła w sobie pamięć czasów dawniejszych niż nieszczęsne dla architektury i wystroju wnętrz lata siedemdziesiąte. Z jakiegoś powodu tylko ta lada naprawdę zainteresowała Baltazara. Ta lada i niepozorny kącik, który utworzył się za jednym z regałów na książki. Witek odkrył płachtę okalającą mebel.

– Baśnie i legendy – przeczytał.

Baltazar obejrzał dokładnie to miejsce, przyjrzał się grzbietom stojących tu książek i poszedł dalej. Na tyłach księgarni znajdowały się niepozorne drzwi ze zdobioną i szronioną szybą, jakie w czasach komuny wstawiało się pomiędzy pokojami. Chłopiec zerknął niepewnie na Witka, po czym nacisnął klamkę. Drzwi z chęcią poddały się jego naciskowi i otworzyły przed Baltazarem malutki, raczej obskurny pokoik, w którym musiała kiedyś mieszkać matka chłopca. Pokoik ten niewiele różnił się od samej księgarni – pod każdą ze ścian ustawiono regały z prywatnymi zbiorami bibliotecznymi Alicji Szafranek. Nad biurkiem i nad niedużym łóżkiem zawieszono również półki na książki. Baltazar umiał już wtedy czytać, choć robił to nadal nieporadnie – literując po cichu każdy wyraz. Jedna tylko książka zwróciła jego uwagę i zaciekawiła go na tyle, by przeliterował jej tytuł. Nie znajdowała się ona ani na żadnym z regałów, ani na półce. Chłopiec znalazł ją w szufladzie biurka, która poza egzemplarzem była pusta.

– Porwanie Baltazara Gąbki – przeczytał, przeliterowawszy uprzednio tytuł książki.

Spojrzał z niedowierzaniem na Witka. Do tej pory zachodził w głowę, dlaczego ktoś mógłby wpaść na pomysł nadania komukolwiek imienia Baltazar.

Miezynek zaśmiał się pod nosem.

– Porwanie Baltazara Gąbki – powtórzył. – To musiała być ulubiona książka twojej mamy – powiedział.

Chłopiec pogładził dłonią powierzchnię okładki.

– Czy mógłbym to sobie wziąć? – spytał.

Witek zmierzwił jego niesforną czuprynę i uśmiechnął się dobrodusznie.

– Myślę, że tak.

Baltazar obejrzał książkę – wydano ją w zupełnie nieatrakcyjny sposób, pokryto zgniłozielonym materiałem, opatrzono prostym, granatowym nadrukiem. Wyglądało na to, że kiedyś miała obwolutę, która zapewne gdzieś przepadła.

Witek przyglądał się właśnie trzem fotografiom zawieszonym nad biurkiem Alicji. Wszystkie te zdjęcia – w formacie A4 – umieszczono w ramkach tuż obok siebie. Zauważył, że nie są to gotowe fotografie kupione w jakimś sklepie. Jakość zdjęć okazała się zbyt słaba, obraz zbyt ziarnisty, a przekaz nazbyt osobisty. Bo na zdjęciach widniał czyjś dom. Pierwsza fotografia przedstawiała jego front. Druga – tył. W trzeciej ramie zamknięto jedno ujęcie wnętrza.

Dom był prosty i lekko zaniedbany, ale ewidentnie zamieszkany w momencie robienia zdjęcia – z komina unosiła się strużka dymu. Podstawa budynku została wykonana z dużych, solidnych kamieni dopasowanych do siebie i sklejonych zaprawą. Górne dwie trzecie domu zbudowano z drewna – poziome deski pokrywały go z zewnątrz i przebiegały przez całą długość ścian. Zamontowano nieduże okienka z okiennicami i solidny komin. Drzwi prowadzące do środka zaokrąglono na górnej krawędzi – nie tworzyły typowego prostokąta.

Po samym tylko wyglądzie domu nie dało się rozpoznać typu architektury, kraju czy nawet czasów, w jakich wykonano fotografie. Zdjęcia były czarno-białe, ale to o niczym nie świadczyło. Witek dopiero od kilku lat zaczął używać kolorowych filmów.

Jedynie otoczenie domu mogłoby coś… Jednak budynek ten mieścił się ewidentnie w samym środku lasu. Na każdej z fotografii w tle widać było drzewa – mnóstwo drzew, które zagęszczały krajobraz tak, że nie dało się dostrzec horyzontu. Widok na las rozciągał się również z wnętrza domu – na ujęciu zrobionym ze środka ukazywały się uchylone drzwi wejściowe, a dalej niezliczone pnie drzew.

Z fotografii zrobionej w środku domu można było wnioskować, że cała dolna kondygnacja jest w istocie jednym pomieszczeniem – równie prostym i surowym jak budynek z zewnątrz. Podłoga i ściany wyłożone drewnem, na posadzce futro niedźwiedzia (prawdziwe czy sztuczne?). Poza tym w kadrze zmieścił się tylko wieszak na ubrania postawiony przy wejściu i trzy obrazki zawieszone na ścianie. Witka zaciekawiły zwłaszcza te obrazki.

Zmrużył oczy i przybliżył twarz do zdjęcia na taką odległość, że niemal dotykał go nosem. Jakość była za słaba, by mieć pewność, ale Witkowi wydawało się, że trzy fotografie widoczne na zdjęciu to… te same, które wisiały właśnie przed jego nosem.

Poczuł się dziwnie, nieswojo. Zdjął ramki ze ściany. Na odwrocie nie znalazł żadnego napisu, niczego. Posunął się nawet do tego, by wyjąć zdjęcia z ram i zobaczyć, czy na ich rewersie nie widnieje jakiś podpis. Nic. Pusto.

Baltazar chciał już iść do domu. Obejrzał, co miał obejrzeć. Witek nawet się zdziwił, że tak krótko tu zabawili, sądził, że chłopiec będzie chciał dłużej buszować między regałami, a tymczasem on obejrzał tylko ten jeden kącik za regałem „Baśnie i legendy”, przyjrzał się ladzie, przy której zapewne pracowała Alicja, i otworzył szufladę jej biurka z zaplecza. Reszta zdawała się go nie interesować. A może po prostu – jak przystało na sześciolatka – był niecierpliwy i już mu się nudziło…?

– Idziemy? – spytał Baltazar.

– Tak, tak – mruknął Witek i poprawił wąsa. Miał nieodpartą ochotę zabrać stąd te fotografie, ale w zasadzie nie mógł przedstawić żadnego uzasadnienia. Zdjęcia nie należały przecież do niego, były pamiątką po matce Baltazara. Chłopiec póki co nie zdradzał zaś zainteresowania nimi. Może gdy będzie trochę starszy, wybiorą się tu znowu.

Wracali w milczeniu, Baltazar pędził przed siebie, jakby chciał pobić rekord w chodzie na kilometr. Witek zastanawiał się, czy powinien jakoś zagadać do chłopca – o jego uczucia, o to, czy potrzebuje rozmowy, czy ma jakieś pytania. Ale Miezynek nie był w tym najlepszy, a Baltazar wyglądał teraz, jakby niczego mu do szczęścia nie brakowało. Gdy dotarli na Staffa osiemnaście, po prostu wbiegł po schodach, zdjął buty w przedpokoju i rzucił krótkie „dobranoc!”, po czym zniknął w swoim pokoju przy akompaniamencie kaszlu Marka.

Baltazar padł brzuchem na swoje łóżko. Zapalił małą nocną lampkę. Marek obrócił się w swojej pierzynie, zakaszlał.

Baltazar nasłuchiwał. Miarowe oddechy starszych chłopców zza ściany. Rzężenie i świszczenie przez zapchany nos Marka. Pochrapywanie Witka. Upewniwszy się, że wszyscy śpią, chłopiec ześlizgnął się z łóżka i zakradł do swojej szafeczki nocnej. Z jakiegoś powodu nie chciał, by ktokolwiek widział, co robi. Sięgnął do małej szkatułki, którą trzymał w szafce, i wyciągnął z niej jedyne zdjęcie matki, jakim dysponował. Pochodziło z jakiegoś dokumentu, może dowodu. Chłopiec dostał tę niedużą fotografię od Stefy. Przyjrzał się teraz delikatnej twarzy Alicji Szafranek. Cieszyło go, że jest do niej podobny, choć nie wiedział, dlaczego czuł radość z tego powodu. Podobnie jak Baltazara, jego matkę wyróżniała ciemna oprawa twarzy – ciemne włosy, brwi, rzęsy. Wszystko poza oczyma. Czarno-białe zdjęcie Alicji nie pozwalało stwierdzić koloru jej oczu, ale z całą pewnością miała bardzo jasne tęczówki, a Stefa powiedziała kiedyś chłopcu, że według informacji w dowodzie oczy Alicji były zielonej barwy.

Baltazar schował ponownie zdjęcie do szkatułki i ułożył się do snu. W jakiś niewyjaśniony sposób jego ciekawość została zaspokojona na kolejnych kilka lat. Miał ich dopiero sześć, ale już teraz czuł, że jeśli chce zrozumieć więcej, dowiedzieć się czegoś jeszcze, musi trochę dojrzeć. Baltazar nie mógł wiedzieć, że już za parę lat w „Małej Księgarence” rozegra się tragedia, która całkowicie odmieni to miejsce. Dziś księgarnia jego matki wydawała się spokojna i bezpieczna, a Baltazar wspominając ją, usnął – wtulony w puchową poduszkę od Stefy.

Śnił mu się sen, który powracał do niego od kilku lat i miał się powtarzać jeszcze przez długi czas.

Baltazar stoi w nim u stóp gigantycznej, kamiennej góry. Wzniesienie to jest tak olbrzymie, że nie sposób dojrzeć jego szczytu, którego krawędź wydaje się niemal pionowa – nie przypomina kształtem stożkowatej góry. Przypomina raczej gigantyczny, kamienny prostopadłościan, który ktoś zrzucił na ziemię z samych niebios z takim impetem, że góra wbiła się głęboko w podłoże.

Baltazar stoi u stóp tejże góry i zdaje sobie sprawę z tego, jaki jest maleńki, a jak ogromne jest wzniesienie, na które – jak sądzi – ma się wspiąć. Nie czuje jednak przerażenia czy choćby lęku wywołanego tak dużym wyzwaniem. Chłopiec odczuwa raczej niedowierzanie, że może stać u stóp czegoś tak doniosłego i że czeka go tak daleka droga. Kiedy o tym myśli, kamień przemienia się w jakiś rodzaj kryształu, a ten z kolei – w lustro. Wtedy Baltazar dostrzega, że cała góra jest zbudowana z kawałków zwierciadła. Podchodzi bliżej, by przejrzeć się w jednym z załamań… i sen się urywa.

* * *

Nazajutrz wszystkie dzieciaki Miezynków szykowały się do wyprawy nad rzekę. Kąpielisko znajdowało się niedaleko, ale szło się pieszo, co zajmowało jakieś trzydzieści–czterdzieści minut. Wszystko układało się po ich myśli – nadszedł upalny, słoneczny dzień, jaki czasem zdarza się w czerwcu. Była niedziela, więc nikt nie musiał iść do szkoły. Czego chcieć więcej?

Stefa wybierała się z nimi czasami na pikniki i inne tego typu wypady, ale pierwsza kąpiel po nocy kupały nie znajdowała się w jej corocznym harmonogramie. Twierdziła, że już wystarczająco wiele razy się kąpała i nie musi rzucać się na każdą okazję do pływania w rzece.

Co innego Witek. Jeśli tylko mógł, nie odmawiał sobie dziecięcych uciech, ponieważ – jak twierdził – nigdy tak naprawdę nie stał się dorosły.

Stefa spakowała im kanapki, ogromny termos z herbatą, butlę z kompotem, jabłka, jajka na twardo, pomidory i apteczkę z opatrunkami. Gdyby wydarzyła się katastrofa naturalna czy nuklearna i musieliby się ukryć w jakimś schronie, prawdopodobnie przeżyliby na tych zapasach dwa miesiące.

Jedyną osobą, która nie weszła do wody, był oczywiście Marek. Dawno już zapomniał o swoim ostatnim zapaleniu oskrzeli, a nawet o bańkach stawianych wiosną przez panią Strugałę. Mimo to wciąż żył w przeświadczeniu, że czegoś mu nie wolno, że zapewne z jakiegoś względu on jeden nie może bawić się z innymi dziećmi i przeświadczenia tego nie zdołały zmienić nawet namowy Stefy. Próbowała go przekonać, że tak właśnie robią zdrowe dzieci – hartują się latem, kąpiąc w wodzie i biegając na podwórku, a zimą są dzięki temu odporne. Jednak Marek sprawiał wrażenie, jakby nie lubił się za bardzo z tą całą odpornością, jakby w jego oczach stanowiła ona jakąś nieprzyjemną wadę niczym wada wymowy, która nie pozwala ci wypowiedzieć litery R w poprawny sposób.

Tylko on pozostał zatem na brzegu, gdy cała reszta pluskała się w rzece, piszcząc bez opamiętania, gdyż woda była wciąż chłodna.

Ulica Staffa znajduje się w miejscu, które położone jest nieco niżej od okolicznych terenów, rzeka przebiegająca przez Miasteczko płynie zaś w korycie odgrodzonym od starego miasta stosunkowo wysokim wzniesieniem. Toteż, chcąc iść krótszą drogą, ekipa Miezynków musiała się wspiąć. Iga biegła przodem, za nią Kacper. Baltazar doganiał ich co jakiś czas, ale zawracał, by porozmawiać z Witkiem. Filip z Jankiem szli bokiem – szlakiem przeznaczonym dla starszych, statecznych dżentelmenów, którzy nie biegają ze smarkaczami.

U boku Witka kroczył również Marek, z którego pot lał się strumieniami, ponieważ uparł się, że to za wcześnie na ściąganie wełnianego szalika.

Baltazar ze zdziwieniem odkrył, że nie tylko Marek wydaje się zasapany i zalany potem. Witek, który zazwyczaj przez całą drogę opowiadał zabawne historyjki, szedł w milczeniu. Trzy guziki jego koszuli zostały rozpięte, ukazując zaokrągloną, owłosioną pierś. Wspiąwszy się na wzniesienie, Witek odetchnął nieco i znowu zaczął się śmiać, jednak dopiero nad samym kąpieliskiem odzyskał w pełni oddech.

Mieli najpierw przysiąść na kocu i zjeść kanapki, ale nikomu nie chciało się czekać z kąpielą. Wszystkie dzieciaki poza Markiem wskoczyły zatem do rzeki, wydzierając się w niebogłosy: „lód!”, „lodówka!”, „lodowata!”, „mózg mi zamarza!”, „jajka mi zassało!” i tak dalej.

Witek śmiał się pod wąsem na brzegu. Próbował raz jeszcze namówić Marka do kąpieli, ale ten pozostał niewzruszony. Owinął się jeszcze szczelniej kocem i siedział w cieniu z miną cierpiętnika.

Witek zdjął koszulę, skarpety i spodnie. Stanął na brzegu w swoich wielkich kąpielowych gaciach w surferów (z napisem „Florida”), po czym wszedł po kostki do rzeki.

Wtedy Baltazar poczuł coś dziwnego. Iga właśnie nachlapała mu dwie garście wody do nosa, ust i oczu, więc słabo widział, lecz mimo to odwrócił się w stronę Witka, próbując dostrzec coś, czego nie dało się jeszcze zobaczyć.

Miezynek wszedł po kolana do rzeki (a była naprawdę chłodna), potem po pas, potarł ramiona dłońmi, po czym zanurzył się cały w wodzie i wyskoczył z niej, prychając i sapiąc jak mors. Jego usta otworzyły się, jakby chciał się zaśmiać na całe gardło.

Ale Witek się nie zaśmiał. Baltazar uważnie obserwował teraz każdy jego gest. Twarz Miezynka miast w śmiechu wykrzywiła się w grymasie bólu. Skrajnego bólu, jaki przyprawia człowieka niemal o omdlenie.

Baltazar odwrócił się od Igi i podbiegł do Witka.

– Szybko! – krzyknął w stronę reszty dzieciaków.

Ale wszyscy inni również krzyczeli: „szybko!”, „zostaw!”, „ała, przestań!”, „a masz, ha, ha!” i tak dalej. Nikt nie zwrócił na niego uwagi.

Witek zamknął oczy i opadł w wodzie na kolana. Obiema dłońmi trzymał się teraz za klatkę piersiową. Z trudem łapał oddech.

– Szybko! – wrzasnął raz jeszcze Baltazar, bo Witek osunął się tam, gdzie poziom wody znajdował się nieco wyżej niż jego usta.

Baltazar podtrzymał tułów mężczyzny, ale nie miał dość siły, by wywlec go na płytszą wodę.

– Pomocy! Szybciej! – zawołał chłopiec i dopiero wtedy został usłyszany.

Wszyscy podbiegli do Witka i Baltazara, byli jednak tak oniemiali z powodu sytuacji, że przez chwilę stali w miejscu w niemym przerażeniu.

– Filip i Janek, wyjmijcie go z wody! – krzyknął Baltazar.