Opis

Poruszająca historia o niezwykłym chłopcu, który ocali niejedno życie

Baltazar rodzi się w małej księgarence pośród działu z legendami. Matka okrywa go kartkami wyrwanymi z „Najpiękniejszych baśni” i wkrótce po tym umiera. Chłopiec trafia do domu dziecka kochających Miezynków i już na zawsze ma czuć, że jego życie jest niezwykłe oraz czeka go jakieś zadanie, które musi wypełnić.

Tego samego dnia na świat przychodzi Wojtek. Chłopiec, którego rodzice będą krytykować i uczyć nienawiści do świata. Taki, który będzie uważał, że wszystko mu się należy i jest od innych lepszy. To on ma w przyszłości zadecydować o życiu Baltazara i trzech pokoleń dzieci wychowanych w domu Miezynków.

Z każdą chwilą drogi młodych mężczyzn zaczynają się ze sobą zbiegać. Czy Baltazar zdoła odwrócić bieg wydarzeń i odnajdzie klucz do przeznaczenia? Czy odkryje sekret zagubionego domu z fotografii matki? A może wszystko zostało przesądzone już w chwili, gdy się urodził?

___

O autorce

Marta Alicja Trzeciak – debiutowała powieścią psychologiczną pt. "Inframundo". Jest dwukrotną stypendystką Stypendium Kulturalnego Miasta Gdańska oraz zdobywczynią wyróżnienia w kategorii prozy pomorskiej i kaszubskiej COSTERINA (za dwie kolejne powieści: "Bliżej Dalej" oraz "Dwa życia Kiki Kain"). Dużą popularność zdobyła dzięki książce "Dwadzieścia siedem snów". Trenerka i sędzia Odysei Umysłu. Autorka artykułów naukowych i popularnonaukowych. Prowadzi warsztaty kreatywnego pisania – między innymi w Bibliotece Publicznej w Gdańsku oraz w Instytucie Kultury Miejskiej w Gdańsku.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 585

lub

Dedykuję tę książkę Wandzie, która bardzo mi pomagała w pisaniu: najpierw z wnętrza mojego brzucha, a potem podczas swoich pobudek o czwartej rano. Kochanie, dzięki Tobie mogłam od razu zasiąść do pisania, zamiast marnować czas na bezsensowne leżenie w łóżku ☺

Część pierwsza

Rozdział pierwszy, w którym rodzi się dziecko

Gdyby tamtej nocy nie urodził się pewien niezwykły chłopiec, Iga nie ocaliłaby setek kobiet z rakiem piersi. Kacper nie zostałby sławnym pisarzem, a Antek – najlepszym szefem kuchni na świecie. A co najważniejsze, cały trud, jaki Miezynkowie włożyli w wychowanie kolejnych pokoleń dzieci, poszedłby na marne. Bo żadne z nich nie dożyłoby do dziś.

Matka tego niezwykłego chłopca – Alicja Szafranek – prowadziła maleńką księgarnię. Była już w bardzo zaawansowanej ciąży, a nie miała nikogo bliskiego, dlatego kiedy poczuła pierwsze skurcze, udała się na tyły księgarni – do swojego ukochanego działu Baśnie i legendy – by tam przywitać swoje dziecko. Poród trwał bardzo długo i okazał się niezwykle męczący. Alicja urodziła pięknego, zdrowego chłopca, ale sama miała nie dość sił, by przeżyć. Rankiem następnego dnia odnaleziono ją zimną i sztywną. Była zupełnie naga, a na jej piersi leżał niezwykle spokojny noworodek. Zawinięty w to, co jego matka znalazła pod ręką – w ogromne płachty papieru wyrwane z wielkiego tomiska Najpiękniejsze baśnie. Ten urodzony między legendami, otulony w baśnie chłopiec już zawsze miał czuć, że jego życie jest zupełnie niezwykłe i że czeka go jakiś niejasny cel, który koniecznie musi zrealizować.

„Ma na imię Baltazar i nosi nazwisko po swojej matce” – głosił napis nagryzmolony na karcie baśni, w którą zawinięto dziecko. To jedyna wiadomość, jaką zostawiła po sobie jego matka. A przynajmniej jedyna fizyczna i namacalna, bo przecież Stefa twierdziła, że Alicja Szafranek zapewne wciąż wysyłała mu z zaświatów matczyne przestrogi i słowa miłości. No właśnie. Stefa.

Malutki Baltazar Szafranek trafił do domu Stefy Miezynek po serii procedur. Chłopca znaleziono na piersi matki, która od kilku godzin nie żyła. Mimo to noworodek był w dobrej kondycji – cieplutki, tłuściutki i spokojny. Kiedy na miejscu zjawiła się karetka, mały Baltazar spokojnie spał. Chłopca zawieziono do szpitala, gdzie przeszedł serię badań. Dostał dziesięć punktów, ważył cztery i pół kilo. Zdawał się silny, zdrowy, choć bardzo cichy. W ogóle nie płakał. Przebywał krótko w pogotowiu opiekuńczym, ale musiał czym prędzej trafić do normalnego domu, dlatego sąd rodzinny w trybie pilnym wydał decyzję o umieszczeniu chłopca w zaufanym, znanym z bardzo dobrej opinii rodzinnym domu dziecka prowadzonym przez państwa Miezynków.

W domu tym Baltazar miał oczekiwać, aż zostanie wszczęta procedura adopcyjna, aż jakieś młode małżeństwo zainteresuje się noworodkiem i zechce zaopiekować się nim jak własnym dzieckiem. Ale ku zdziwieniu Miezynków, sędziego, kuratora rodzinnego i wszystkich osób zaangażowanych zazwyczaj w adopcję nikt się nie zjawił, by wziąć do siebie Baltazara. Sprawa była dziwna. Jak mawiał sędzia, adopcja starszych dzieci graniczy z cudem, ale noworodki rozchodzą się jak ciepłe bułeczki (Stefa nienawidziła tego sformułowania). Tym razem tak się jednak nie stało. Baltazar nie rozszedł się jak ciepła bułeczka. Może dlatego, że działo się to u schyłku komuny – w późnych latach osiemdziesiątych; czasach dziwnych, niepewnych, pełnych zmian. Może to ze względu na wyż demograficzny, który wówczas utrzymywał się jeszcze w kraju. A może Baltazarowi po prostu nie było pisane wychowywać się gdzie indziej niż w domu Miezynków.

Toteż tamtej wiosny zjawił się w pięciopokojowym mieszkaniu przy ulicy Leopolda Staffa osiemnaście przez dwa. I to właśnie wtedy zaczęła się historia chłopca. „Wszystko zawsze zaczyna się wiosną i zawsze kończy się zimą” – miał zauważyć Baltazar wiele lat później. „Tak już jest skonstruowany ten świat”.

Mieszkanie Miezynków znajdowało się w solidnej, poniemieckiej kamienicy przeznaczonej dla sześciu rodzin – po dwie rodziny na piętro (plus Cyganie notorycznie pomieszkujący na strychu). Rodzinny dom dziecka mieszczący się w jednym z tych mieszkań był prowadzony przez Stefę oraz jej męża – Witka. Państwo Miezynkowie mieli dwóch własnych synów, zaś w momencie, w którym Baltazar zjawił się w ich domu, mieszkała tam jeszcze trójka innych wychowanków. Razem z Baltazarem – szóstka dzieciaków.

Pozostali podopieczni Miezynków często tłumaczyli Baltazarowi, że miał wielkiego fuksa, bo trafił do Stefy w tak młodym wieku, że nie pamiętał swoich rodziców. Dlaczego tak mówili? O tym później. Grunt, że mieli rację. Z bardzo wczesnego dzieciństwa Baltazar pamiętał tylko Stefę i jeśli w ogóle da się wyodrębnić coś, co nazywa się pierwszym wspomnieniem, to dla chłopca z całą pewnością byłyby to jej ręce. Miała ona duże, choć niemasywne dłonie. Długie, chude palce sprawiały wrażenie nadspodziewanie silnych – jak i cała Stefa. Dłonie te zawsze pachniały jarzynami na zupę lub szarym mydłem, wyszorowane na błysk prezentowały króciutko przycięte paznokcie. Palce Stefy zdobiła tylko jedna, cieniuteńka obrączka ze złota. Baltazar – również później – często mawiał, że o człowieku wystarczy wiedzieć tylko jedno – jakie ma dłonie. One mówią o nim całą prawdę i zdradzają resztę jego fizjonomii. Sprawdzało się to również w przypadku Stefy. Zawsze pachniała kuchnią lub mydłem, była zdrowa, żylasta i pozbawiona wszelkich zbędnych dodatków. Gdy Baltazar zjawił się w jej domu, miała już pięćdziesiąt lat, ale nie wyglądała na swój wiek. Nosiła krótko, do granicy brody, przycięte włosy. Wiązała je na ogół, żeby nie przeszkadzały jej w pracy. Na nosie zwykła nosić okulary, których potrzebowała tylko do czynności wymagających precyzji, ale Stefie nie opłacało się ich ściągać. Opłacało jej się za to spuszczać je na sam koniec nosa i spoglądać srogo na któregoś z dzieciaków, gdy był o krok od kłamstwa lub gdy właśnie miał zrobić coś głupiego. Nie rozstawała się ze swoim fartuchem kuchennym, który dostała kiedyś w prezencie od jednego z wychowanków. Na materiale naszyto dość nieudolnie zieloną gruszkę oraz czerwone jabłko, a nad nimi widniał wiele mówiący napis: „Stefa”. Z wykształcenia była położną, ale od dawna już nie pracowała w zawodzie.

Niewiele więcej można powiedzieć o Stefie, bo i ona sama niewiele mówiła o sobie. Gdy któryś z dzieciaków zapytał ją o młodość, miłość czy dzieciństwo, machała zawsze ręką i mówiła: „Aj tam!” albo „Nie mam czasu na takie bzdety”. Bo może i faktycznie nie miała. Codziennie wstawała o szóstej i kładła się o północy. Świątek, piątek czy niedziela gotowała na każdy dzień dwa litry zupy (ewentualnie co drugi dzień cztery). Na obiad przygotowywała tuzin kotletów mielonych i dwa kilogramy ziemniaków albo lepiła pół setki pierogów ruskich. Mizeria z kilograma ogórków i dwóch śmietan (zawsze osiemnastek). Kompot ze śliwek – dwa litry. Na śniadanie i kolację łącznie czterdzieści bułek lub cztery chleby. I tak dalej.

Stefa gotowała bardzo dobrze, a porządne jedzenie było jej jedynym przykazaniem wobec dzieci. Porządne nie znaczy obfite. Porządne znaczy to, co sobie nałożysz na talerz i zjesz o przyzwoitych porach – czyli razem ze wszystkimi, gdy jest czas posiłku – a nie latanie do lodówki, kiedy ci się nudzi. Nie było trudno sprostać tym wymaganiom, zwłaszcza że jedzenie wszystkim smakowało i każdemu dopisywał apetyt (może tylko nie Markowi). Ale gotowanie Stefy miało też mroczną stronę.

Przyrządzała kilka specjałów, które budziły postrach. Niekwestionowanym liderem w tej kategorii był oczywiście syrop z cebuli trzymany przez Stefę w wielkim, litrowym słoiku na najwyższej półce w spiżarni. W składzie tego przerażającego specyfiku znajdował się poza cebulą i czosnkiem również miód, którego nikt jednak nie wyczuwał w tej zabójczej mieszance.

Baltazar doskonale pamiętał ów syrop – podobnie jak pamiętały go wszystkie dzieciaki wychowujące się w domu Miezynków. Za każdym razem, gdy któryś z podopiecznych zachorował (a przytrafiało się to najczęściej Markowi) lub gdy zdaniem Stefy był osłabiony (co również zdarzało się głównie wspomnianemu wychowankowi), rozpoczynała się istna rzeź niewiniątek. Każde dziecko miało obowiązek spożyć łyżkę syropu na wzmocnienie. Najlepiej było po prostu zamknąć oczy, zatkać nos i poddać się wyrokowi, bo Stefa w tej kwestii nie odpuszczała i gdy sytuacja tego wymagała, ganiała delikwenta po całym mieszkaniu ze słoikiem w jednej ręce i łyżką w drugiej. W tamtych czasach jedyną osobą, która nie godziła się na dobrowolne spożycie syropu, była Iga i to właśnie ona przyczyniła się pewnego dnia do tego, że Baltazar odkrył pierwszy ze swoich trzech niezwykłych darów. A oto, jak do tego doszło.

Baltazar miał tego pecha, że mieszkał w pokoju razem z Markiem. Mieszkanie Miezynków składało się – jak już ustaliliśmy – z pięciu pokoi. Wchodziło się do nich wszystkich z korytarza czy też z przedpokoju, który miał kształt litery L i prowadził od drzwi wejściowych aż do kuchni – zawsze otwartej i nieposiadającej drzwi. Najbliżej wejścia do mieszkania znajdował się tak zwany pokój starszych chłopców, dalej pokój młodszych chłopców, a za nim była położona sypialnia Stefy oraz Witka, która stanowiła salon, jadalnię i bawialnię jednocześnie. W głębi mieściły się dwa najmniejsze pokoiki pozbawione nazwy. W jednym z nich mieszkał w tamtym czasie Filip – najstarszy z wychowanków, który już niebawem miał się wyprowadzić na swoje – w drugim pokoiku spała zaś Iga – jedyna dziewczyna wśród podopiecznych. Zameldowanie w pokojach było względnie stałe, ale podlegało pewnym modyfikacjom, które uzależniono głównie od etapu rozwoju i płci dzieciaków, a także od pojawienia się w domu nowych ewentualnych wychowanków.

Gdy Baltazar po raz pierwszy pojął, że ma wyjątkowy dar, najmłodszymi chłopcami w rodzinie byli właśnie on i Marek. Dlatego mieszkali razem. Baltazar miał wtedy sześć lat, a Marek osiem, choć – zdaniem reszty dzieciaków – zachowywał się, jakby był młodszy o co najmniej trzy lata.

Marek bardzo chorował. Nigdy nie cierpiał na poważne schorzenia, ale Stefa twierdziła, że jest podatny. Dlatego tylko on łapał zapalenie oskrzeli, mimo że wszyscy pozostali skakali po kałużach aż do całkowitego przemoczenia butów. Dlatego tylko on przynosił z zerówki wszy, ze szkoły grypę, a z basenu grzybicę.

Tamtej wiosny Marek złapał katar, który przeszedł w zapalenie krtani, co z kolei przeistoczyło się w zapalenie oskrzeli. Wszystkie te nazwy anatomiczne brzmiały dla dzieciaków egzotycznie, ale były fascynujące i dlatego często je powtarzały. Domowe sposoby Stefy na nic się nie zdały – Marek wciąż gorączkował i polegiwał w łóżku. Doszło do tego, że Stefa – mimo swojej wielkiej krucjaty przeciwko antybiotykom – zgodziła się z radą lekarza i przystała na terapię. Za każdym razem, gdy przychodziła do Marka wręczyć mu dawkę leku, spoglądała jednak na opakowanie tak, jakby nie stanowiło blistra antybiotyku, lecz zabójczy pestycyd – najpewniej DDT, które od tej pory zacznie krążyć nie tylko w ustroju nieszczęsnego Marka, ale również w całym łańcuchu pokarmowym od planktonu począwszy, a na lisie, wilku i niedźwiedziu skończywszy.

Pomimo tej zaawansowanej terapii Stefa wciąż czuła, że nie robi wystarczająco wiele, by skutecznie wyleczyć Marka. W tamtych czasach nie mówiło się jeszcze o medycynie alternatywnej czy naturalnej. Istniał jedynie podział na to, czym leczył lekarz, i na to, czym kurowały wszystkie matki, babki oraz sąsiadki. I właśnie w tej drugiej metodzie terapeutycznej Stefa pokładała większą wiarę. Dlatego na potrzeby Marka i jego choroby została wezwana do domu niejaka pani Strugała. Była to sąsiadka Miezynków z najwyższego, drugiego piętra (czyli z trzeciej kondygnacji). Mieszkała tuż pod tym miejscem strychu, które bardzo chętnie zasiedlali Cyganie. Miała w domu pięć kotów rezydentów i dodatkowo trzy dochodzące z dachu, które u niej nie nocowały, lecz jadały rosół, który im wlewała do opakowań po margarynie. Ale do rzeczy.

Pani Strugała stawiała bańki. I to właśnie dlatego została wtedy wezwana do domu Miezynków. Bańki oczywiście nie były ani niczym bolesnym, ani nawet nieprzyjemnym, ale we wszystkich młodszych dzieciach budziły panikę. Wynikało to naturalnie ze sposobu ich przygotowywania. Pani Strugała przynosiła swoją specjalną torbę, wyciągała z niej dziewięć czy dwanaście szklanych kloszyków, podpalała tak zwany ogieniek i kręciła nim w środku przezroczystych, kopułowatych baniek. Rozgrzaną bańkę przykładała do pleców dziecka i dochodziło do magicznego procesu, w którym skóra nieszczęśnika zasysała się do środka i nabierała koloru zdrowej wiśni.

Ustrojony w bańki niczym jeż Marek leżał tego dnia na brzuchu i czekał, aż jego wyrok się wreszcie dokona i odessą mu szklane kopuły z pleców. Drzwi od pokoju zamknięto, a na twarzach zarówno Stefy, jak pani Strugały malowało się skupienie. Tylko Baltazarowi pozwolono uczestniczyć w tym procesie i to jedynie ze względu na to, że mieszkał razem z Markiem i musiał zrozumieć powagę sytuacji. Bo bańki to była poważna sprawa. Najświętsza zasada po wykonaniu bańkowego zabiegu stanowiła, że baniek nie wolno przewiać. Choćby nie wiem co, choćby się świat zawalił albo choćby tornado zerwało dach domu Miezynków, nie wolno było odkryć pleców Marka, żeby nie przewiać i nie zaziębić baniek.

Z tego względu Baltazar otrzymał od Stefy i od pani Strugały jasne instrukcje. Żadnego otwierania okna. Żadnego przeciągu. Drzwi od pokoju za każdym razem zamykać. Pomieszczenie ma prawo wietrzyć jedynie Stefa i to tylko zgodnie z ustaloną przez siebie procedurą.

– Szafranku, to jest bardzo ważne – powiedziała Stefa, patrząc na niego spod okularów. Wszyscy zwracali się do Baltazara po nazwisku, ponieważ uważali, że jego imię jest dziwaczne i jakoś niewygodnie im się je wymawiało. Jedna tylko Iga mówiła do niego per Bubu. Był to idiotyczny pseudonim i Baltazar nikomu innemu nie pozwoliłby, żeby tak do niego wołał. Ale Iga miała szczególne względy, o czym później.

– Czy rozumiesz? – Stefa chciała się upewnić.

Oczywiście, rozumiał.

Bańki Marka wymagały od Baltazara nie tylko nadzwyczajnej jak na sześciolatka dbałości o kwestie wietrzenia, temperatury, otwierania drzwi i tak dalej. Choroba współlokatora nakładała na Baltazara jeszcze jeden przykry obowiązek. Mianowicie musiał spożywać podwójną dawkę syropu z cebuli, ponieważ mieszkając z osobą chorującą, potrzebował podwójnego wzmocnienia.

To właśnie dlatego tamtego dnia, gdy Baltazar miał odkryć swój niezwykły dar, Iga skryła się nie gdzie indziej, lecz właśnie w pokoju najmłodszych chłopców.

– Najciemniej pod latarnią – powiedziała, wskazując na niemrawego Marka spoczywającego w łóżku.

– Czyli co? – spytał Baltazar.

– Jak pójdziesz do szkoły, to się dowiesz, dziecko.

Iga była starsza o rok od Baltazara, miała wtedy siedem lat, i jeszcze nie chodziła do szkoły – czekało ją to dopiero na jesień – ale twierdziła, że przeczytała już wszystkie podręczniki, które przeznaczono do pierwszej klasy i z tego względu wie lepiej, co i jak.

– Chodzi o to, że Stefa ciągle przychodzi tu z tym syropem. Dlatego nie wpadnie na pomysł, że mogłam się schować właśnie tutaj. Będzie mnie szukać wszędzie, Bubu. Wszędzie, tylko nie tu – wyjaśniła, wyciągając ku Baltazarowi palec wskazujący, który miał go pouczyć. Podobnie jak wszystkie inne dzieci, mówiła do Stefy po imieniu lub ewentualnie „ciociu”. Również do Witka zwracano się per Witku albo „wujku”. Była to zasada tak silnie ugruntowana, że nawet właśni synowie państwa Miezynków – Janek oraz Kacper – dużo częściej mówili do rodziców „Stefo” i „Witku” niż „mamo” czy „tato”.

Iga skakała po kołdrze Marka, nie bacząc na to, że ten spoczywa pod pierzyną z mocnym postanowieniem wypocenia wszystkich zarazków – jak zaleciła mu Stefa.

– Iga! – Usłyszeli wołanie z korytarza.

– O nie! – Twarz dziewczynki wykrzywiła się w wyrazie przerażenia. – Musimy spylać!

– Co musimy? – dopytywał się Baltazar.

– Spylać! Musimy spylać! – pisnęła Iga. – Syrop mnie goni!

Iga orzekła, że nie pozostaną długo bezpieczni w zamkniętym pokoju.

– Idziemy na rower! – rzuciła z przejęciem. – Musimy się wymknąć.

– Jak detektywi? – upewnił się Baltazar.

– Detektywi nie muszą się wymykać. – Pacnęła go delikatnie dłonią w czoło.

– Czasem muszą. Jak są otoczeni – wyjaśnił poważnie chłopiec.

W mieszkaniu Miezynków do każdego z pokoi można było wejść z korytarza. Ale wszystkie pomieszczenia połączono też między sobą w taki sposób, że z jednego z nich dało się przejść do kolejnego zgodnie z następującą kolejnością: pokój Igi – pokój najstarszego Filipa – sypialnia Stefy i Witka – pokój młodszych chłopców – pokój starszych chłopców. Tej właśnie drogi ucieczki zamierzali teraz użyć Iga i Baltazar.

W domu Miezynków panowała zasada, zgodnie z którą każde dziecko przed wyjściem z mieszkania musiało powiedzieć, dokąd idzie. Jeśli była to dalsza wyprawa, należało jeszcze ustalić godzinę powrotu. Starsi chłopcy mogli wracać choćby i późną nocą, ale wtedy zostawiali Stefie adres miejsca, do którego się wybierają, a nawet i numer telefonu domowego (oczywiście komórek wtedy jeszcze nie używano).

Powyższe zasady nie obowiązywały jednak wtedy, gdy wychodziło się po prostu na podwórko, zwane przez dzieci podwórem. Jego granicę wyznaczał zasięg głosu Stefy. To znaczy, podwóro kończyło się tam, gdzie nie było już jej słychać, kiedy to wychylona z okna wołała: „Dzieci Miezynków, kolacja!”. Wszędzie tam zaś, gdzie dało się usłyszeć Stefę (lub zawołać ją w razie potrzeby), można było przebywać bez pytania i o dowolnej porze – aż do zmroku.

Iga przestała skakać po łóżku Marka (i po nim samym). Znieruchomiała w niemym przerażeniu i zaczęła nasłuchiwać. Za drzwiami dało się słyszeć kroki Stefy (chadzała w chodakach, które uważała za najzdrowsze obuwie na świecie). Musiała stanąć pośrodku korytarza – tuż przy sekretarzyku z telefonem.

– Syrop! – zawołała Stefa.

Oczy Igi urosły do rozmiarów ówczesnych dziesięciozłotówek.

– W nogi! – zarządziła.

Rzucili się do drzwi łączących pokój Baltazara z pokojem starszych chłopców dokładnie w tym samym momencie, w którym Stefa nacisnęła klamkę od strony korytarza. Ominęli biegiem zaskoczonego Janka, przeskoczyli przez łóżko Kacpra i wypadli na korytarz tuż na wysokości drzwi wyjściowych. Baltazar rzucił się do swoich tenisówek, Iga wsuwała na nogi buty, które nosiła po Kacprze. Już mieli wybiegać z mieszkania, gdy uwagę dziewczynki przykuł pewien obiekt. Spojrzała w stronę korytarza – tam, gdzie wisiał na ścianie telefon i gdzie znajdował się sekretarzyk. Na tymże właśnie sekretarzyku dostrzegła swojego wroga. Pysznił się lśniącym szkłem i straszył swoją wonią nawet z takiej odległości. Stefa postawiła słoik z syropem cebulowym na sekretarzyku i zapewne poszła najpierw do Marka, by zobaczyć, jak ten się czuje i czy już wypocił wszystkie zarazki.

W oczach Igi coś zalśniło.

– Iga, szybciej! – wyszeptał nerwowo Baltazar.

Jednak Iga nie słuchała w tym momencie głosu rozsądku. Pewnym krokiem (o ile krok w za dużych o rozmiar butach może być pewny) przeszła przez korytarz, podeszła do sekretarzyka i – zawahawszy się ledwie na sekundę – chwyciła wielki słój pod pachę, po czym rzuciła się w kierunku drzwi wyjściowych.

Baltazar wybiegł za nią.

– Oszalałaś?! – spytał takim tonem, jakby Iga właśnie skradła z Luwru Mona Lisę. Albo gorzej – jakby wykradła reaktor jądrowy.

Stali przy drzwiach wyjściowych z klatki schodowej. Już na podwórku – niby bezpieczni, a jednak pełni niepokoju. Iga trzymała w dłoniach słój z syropem, dysząc ciężko i czując się jak Balladyna, której piętno zbrodni zaraz ujawni się na środku czoła.

– Musimy go zniszczyć! – zawołała w końcu.

– Nie możemy go zniszczyć. – Baltazar sprowadził ją na ziemię. – Nie da się zniszczyć tego syropu.

– Prawda – przyznała. – Czegokolwiek z nim nie zrobimy, będzie tak śmierdział, że Stefa natychmiast się dowie.

– Musimy go schować – zaproponował Baltazar.

– Tak! Schować! – Zaśmiała się diabolicznie.

Oczywiście wedle opinii kilkulatków jedynym rozsądnym miejscem do schowania czegokolwiek są krzaki. Nie ma przecież takiej siły we wszechświecie, która umożliwiłaby odkrycie tak ukrytego przedmiotu, toteż Baltazar i Iga pobiegli właśnie ku pobliskim krzakom – wielkim, zdziczałym chaszczom, które za czasów niemieckich robiły prawdopodobnie za żywopłot. Od tamtego czasu minęło jednak pół wieku i niepilnowane zielsko przywykło już do samodzielnego decydowania o swoim kształcie oraz rozmiarze.

Zagłębili się w krzaczaste czeluści i włożyli smrodliwy słój do zagłębienia w ziemi. W panice zbierali garście piachu, którym próbowali przykryć metalową zakrętkę (nawet z daleka lśniła jak latarnia nawołująca Stefę).

I wtedy właśnie ich uwagę przykuło coś dziwnego.

To Baltazar zauważył go pierwszy.

Nieopodal ich słoikowej kryjówki, utytłany nieco w brązowym piachu i błocie, leżał płasko na ziemi maleńki ptak.

Baltazar zakrył usta dłonią i szturchnął Igę.

– Pisklak – szepnął do niej.

Nie był to oczywiście żaden pisklak, lecz dorosły wróbel, tyle że martwy.

Iga zaprzestała zrywania liści i zbliżyła się do ptaka. Leżał na boku, miał zamknięte oczy, jego maleńki dzióbek był półprzymknięty.

– Nie żyje. – Dziewczynka się zasmuciła. – Ale nie jest jeszcze całkiem zimny, zobacz, Bubu.

Baltazar mrugnął zawstydzony, w jego oczach pojawiły się łzy. Oczywiście Stefa twierdziła, że nie ma różnicy, chłopak czy dziewczyna, każdy ma prawo sobie czasem popłakać. Ale Baltazar wiedział swoje. Nie wypada ryczeć jak baba. Tak mówili wszyscy starsi chłopcy.

Pociągnął mocno nosem. Przejął od Igi maleńkie ciało wróbla. Przyjrzał mu się uważnie, na brązowe piórka opadła łza.

Baltazar zamknął w dłoniach martwego wróbelka i poczuł, że po policzkach płynie mu gorący strumień.

– Nie becz. – Iga pociągnęła nosem i wytarła rękawem to, co wypływało dziurkami, bo sama też płakała.

– Tak bardzo bym chciał, żeby ożył – powiedział Baltazar i z całej siły zacisnął powieki. A trzeba wiedzieć, że jego oczy były bardzo wyjątkowe. W przeciwieństwie do ciemnej oprawy twarzy chłopca jego tęczówki zdawały się tak jasne, że niemal świeciły w ciemności. Do złudzenia przypominały przekrojony owoc kiwi, były niemal równie zielone, centralnie położoną źrenicę otaczały zaś całe gwiazdozbiory maleńkich, ciemnych punkcików.

Te właśnie niezwykłe oczy otworzyły się szeroko w chwilę po tym, jak Baltazar wypowiedział swoje życzenie. Temperatura jego dłoni znacznie wzrosła od płaczu i emocji, w utworzonym z palców koszyczku zrobiło się ciepło, wręcz gorąco, a na opuszkach Baltazar poczuł trzepotanie. Najpierw delikatne, potem silniejsze. W końcu spostrzegł, jak wnętrza jego dłoni dotykają delikatne, lecz ostre pazurki, które wykonują serię niecierpliwych ruchów. Raz jeszcze zacisnął powieki i powtórzył:

– Tak bardzo bym chciał, żeby ożył.

Zawahał się na moment, po czym rozchylił obie dłonie.

Ledwo zdążyli zrozumieć, co się stało, kiedy zobaczyli brązowy punkt, który przeleciał im przed oczyma natychmiast po tym, jak Baltazar rozwarł palce rąk.

Spojrzeli oniemiali w ślad za wróblem.

Iga otworzyła szeroko usta, po czym zakryła je dłonią.

Baltazar kątem oka dostrzegł, jak firanka w oknie na parterze się porusza, a przez parapet wychyla się ich sąsiadka zwana przez Igę Kostuchą.

– Co wy tam robicie, bachory? – wrzasnęła. – Męczycie zwierzęta?

– Proszę pani, on właśnie ożywił wróbla! – krzyknęła Iga z krzaków.

– Ach tak? – Kobieta skrzywiła się w dziwnym uśmiechu.

– No naprawdę. Bubu jest uzdrowicielem!

Kostucha się zaśmiała.

– Jesteś uzdrowicielem, Szafranku? – spytała, gdy już wyszli z chaszczy.

Baltazar nadal pozostawał pod wrażeniem minionej chwili, kiedy to wróbel niczym pierzasta kometa przemknął mu przed oczyma.

– No jesteś czy nie? – dopytywała się sąsiadka.

Baltazar zamyślił się na moment. Spojrzał na kobietę poważnie. Przytaknął.

– Tak.

Kostucha wychyliła się bardziej przez parapet, poduszka i dwa koce, z których zrobiła sobie stanowisko do wyglądania z okna, omal nie wypadły na zewnątrz.

– W takim razie rób dobry użytek ze swojej umiejętności – powiedziała tajemniczo.

Baltazar zachował milczenie. I taki milczący pozostał już do końca tego dnia.

Za to Iga nie przestawała mówić. Każdą napotkaną osobę informowała o tym, że Bubu jest uzdrowicielem, że właśnie ożywił wróbla. Podtykała Baltazarowi pod nos zdechłe muchy i przepołowione dżdżownice. Wygrzebała spod kuchennej ławy pajęczaka na chudych nogach, wzięła go pod kapeć i zapytała Baltazara, czy dałby radę ożywić zwierzątko.

Ale chłopiec nie potrafił przywrócić im życia. Zdechła mucha nie zaczęła latać, dżdżownica nie scaliła się na powrót w jedną część. Nie mówiąc o pajęczaku, który pod kapciem Igi nie tylko stracił większość nóg, ale również swoją trójwymiarowość.

Iga była tak zaaferowana wydarzeniem z wróblem, że nawet nie chciało jej się kłamać, gdy Stefa zapytała, co się stało ze słojem syropu.

– Schowaliśmy go w krzakach. A potem Bubu ożywił wróbla.

Stefa słyszała już tę historię. Wszyscy ją już słyszeli.

– Czy za karę będę musiała wypić cały ten słój? – Iga przeraziła się nagle.

– Oczywiście, że nie. Picie syropu nie jest karą. Każde mądre dziecko powinno zrozumieć, że daję wam syrop, bo chcę was wzmocnić, a nie za karę – obruszyła się Stefa.

– No to jaka będzie kara? – dopytywała się Iga podczas kolacji.

– Powiedzmy, że wystarczy, jak posprzątacie razem ze stołu i zmyjecie naczynia po kolacji. Po wszystkich – odparła Stefa, patrząc na Igę i Baltazara. Ten jednak nadal był milczący, jakby nieobecny. Ledwo spojrzał na Stefę, niemrawo i bez protestu przytaknął na jej propozycję.

– A ty, Igo – dodała Miezynkowa – dostaniesz jeszcze zadanie dodatkowe. Proszę cię, żebyś dziś przed snem każdemu dziecku w tym domu podała łyżkę syropu. Bo znacznie trudniej jest was nim częstować, niż go pić, uwierz mi.

Idze nie zamykała się buzia ani podczas zbierania talerzy, ani w czasie zmywania. Mówiła o tym, jak to spróbują jutro wypróbować niezwykły dar Baltazara. Pamiętała, że na rogu Staffa i Słowackiego ze dwa dni temu samochód huknął kota. Zapewne nadal leżał na poboczu i może jeszcze nie zżarły go robaki.

Baltazar tylko przytakiwał. Tak, jutro pójdą i spróbują. Tak, może go jeszcze nie zżarły.

Z zamyślenia został wyrwany dopiero przez Witka Miezynka. Wychylił się przez framugę drzwi kuchennych i z tajemniczym uśmiechem oświadczył, że w salonie odbywa się właśnie męskie zebranie.

– Jak to męskie? A ja to co? Pies? Też chcę wiedzieć, co knujecie! – fuknęła Iga.

– Męskie to męskie. – Miezynek wzruszył ramionami.

– No Wiiitkuuu – zawyła Iga.

Próbowała protestować, jęczeć i tupać nogą. Jej krótkie blond kiteczki jak dwa diabelskie różki podskakiwały na głowie za każdym razem, gdy uderzała kapciem o podłogę. Witek próbował jej tłumaczyć, w jakiś sposób negocjować, ale dopiero gdy w drzwiach kuchni stanęła Stefa, Iga się uspokoiła.

– Dość! – syknęła Miezynkowa. – Do łóżka i spać.

Iga doskonale zdawała sobie sprawę, że ze Stefą długo można prowadzić pertraktacje, ale kiedy mówi „dość”, to znaczy, że naprawdę trzeba przestać. A kiedy padają słowa „do łóżka i spać”, znaczy to, że za chwilę miarka naprawdę się przebierze.

Baltazar poszedł w milczeniu za Witkiem. W salonie czekali już pozostali chłopcy, wszyscy usadzeni wokół stołu, przy którym cała rodzina jadała obiady.

– O co tu chodzi? – zapytał Marek. Przypominał teraz poczwarkę gąsienicy zawiniętą w kokon z pierzyny (Stefa pozwoliła mu się udać na naradę tylko pod warunkiem, że nie zdejmie z siebie kołdry).

Filip, który był oczywiście najstarszy – miał już wtedy szesnaście lat – wywrócił oczyma na znak tego, że jest doskonale zorientowany i wie, co zaraz zajdzie.

– Nic – odpowiedział więc znudzonym tonem. – Jutro jest dzień kobiet. Tyle na ten temat. Zapewne Witek chce z nami przedyskutować jakąś – tu zamachał znacząco rękoma – niezwykłą niespodziankę, której Stefa się w ogóle nie spodziewa.

– Podobno kobiety wcale nie lubią tego święta – zauważył drugi najstarszy chłopiec, czyli Janek. Liczył wtedy czternaście lat. Podobnie jak Stefa, jego matka, nosił okulary, które nadawały mu zawadiackiego i sympatycznego wyrazu. Prostokątne, czarne oprawki sprawiały, że jego twarz wydawała się dojrzała, lecz i chłopięca zarazem. Podobnie jak Stefa, był chudy, żylasty, ale i silny.

Witek zamknął za sobą drzwi od salonu i również usiadł przy stole. Poprawił sobie nieco zaokrąglony brzuch okiełznany parą szarych szelek. W przeciwieństwie do swojej żony nie należał ani do chudych, ani do żylastych. Wyróżniała go raczej masywna budowa ciała, przywodząca na myśl rubasznego szlachcica, który lubi zabawę i dobry humor, ale gdy trzeba, to potrafi się zerwać do bitki. Jak przystało na szlachcica, Witek miał również rozsądnych rozmiarów wąsa, który częściowo zakrywał jego górną wargę. Policzki Miezynka były lekko zaokrąglone i zawsze rumiane. Zwłaszcza wtedy, gdy się śmiał, czyli często. To właśnie po nim drugi syn Miezynków, Kacper, odziedziczył budowę ciała. Chłopiec ten (mający w tamtej chwili dziewięć lat) ani trochę nie odznaczał się kanciastością w przeciwieństwie do Janka i jego matki. Podobnie jak ojciec Kacper był wiecznie rumiany i raczej krępej, choć silnej budowy.

Gdy wszyscy chłopcy siedzieli już względnie spokojnie na swoich miejscach, Witek rozparł się w fotelu, zerknął na mały notatnik i przedstawił plan na następny dzień. Do wykonania były następujące zadania. Raz: pobudka przed Stefą, przygotowanie dla wszystkich śniadania, a dla Stefy jej ulubionych bez i kawy z grubą warstwą śmietanki. Natomiast dla Igi kakao z trzema łyżeczkami miodu i posypką. Dwa: zmywanie i sprzątanie po wszystkich posiłkach. Trzy: przygotowanie kolacji plus świeczki i inne bajery. Cztery: podarowanie Stefie kwiatka (doniczkowego, ciętych nie znosi), a Idze jadalnej biżuterii – bransoletek z drażetkami zamiast koralików – i opakowania gum balonowych Donald Duck z minikomiksami. Pięć: zebranie się wszystkich razem rano, jeszcze przed szkołą i pracą, przy śniadaniu, by złożyć życzenia.

– Czy plan jest jasny?

– Jasny – odparł Kacper.

– Niejasny – rzucił Janek.

– Co jest niejasnego w tym planie? – spytał syna Witek.

– Tato, przecież one nie znoszą tego święta. Stefa sama mówi, że jest komunistyczne. Że rajstopy i badyle, wiesz, o co chodzi.

– To bez sensu – dodał najstarszy Filip. – Za każdym razem, jak robimy coś za nie, one zamiast się cieszyć, mówią, że tak powinno być codziennie, a nie tylko raz w roku.

– Poza tym Stefa nienawidzi, jak jej się ktoś plącze po kuchni, i sama woli robić wszystkie posiłki. – Janek wzruszył ramionami, poprawiając okulary.

– Z tymi posiłkami to nieprawda – zauważył Witek. – To się tyczy tylko obiadu. Śniadanie i kolacja nie mają prohibicji.

– Co to jest prohibicja? – spytał Marek.

– Że możesz kogoś zastrzelić, jak ma wódę – odparł Janek.

– No to jak jest z tym badylem i tymi rajstopami? – dopytywał się Kacper.

– Panowie. – Witek pogładził się po wąsie. – Zapamiętajcie raz na zawsze, lepiej dać badyl i przyznać, że to głupie święto, niż nie dać wcale. To samo się tyczy walentynek, mikołajek, urodzin, imienin i czego tam jeszcze chcecie. Lepiej dać walentynkę i przyznać, że to komercyjne święto, niż nie dać wcale. Lepiej dać prezent na mikołajki i zgodzić się, że przyszły z Zachodu i są napędzane przez galerie handlowe, niż przyjść z niczym. Lepiej przytaknąć na to, że lat się kobiecie nie liczy, i dać jej prezent, niż nie złożyć życzeń. I tak dalej, i tak dalej. Jeśli to sobie utrwalicie, będzie wam łatwiej, wierzcie mi.

– To bez sensu – powtórzył Filip.

– To nielogiczne – oświadczył Janek.

– Kobiety nie są logiczne. – Witek się uśmiechnął. – Nawet Stefa.

Marek zaczął dopytywać się, co to znaczy, że coś jest komercyjne albo nielogiczne. Zniecierpliwiony jego pytaniami Kacper oświadczył, że gęba Marka jest nielogiczna i jeśli chce, to Kacper może mu pomóc rozwiązać ten problem. Janek próbował bronić Marka, ale zwrócił się do Kacpra per smarku, za co ten kopnął go pod stołem. Filip zawołał, że ma dosyć tej dziecinady, na co Janek odparł, że jeśli go ona nudzi, to może wrócić do swoich obowiązków, czyli do walenia konia co pięć minut. Filip zerwał się na równe nogi, Marek zapytał, co znaczy „walić konia”, a Kacper – dumny z tego, że wie – wykonał serię obscenicznych gestów, które miały charakter objaśniający.

– Oblech – rzucił Filip.

– Zbok – odparł Janek.

– Prawiczek – syknął Filip.

I tak dalej.

Ostatecznie jakimś cudem Witkowi udało się ich uciszyć i rozdzielić, a także ustalić podział obowiązków na następny dzień. Wysłał wszystkich do swoich pokoi i poprosił, aby w salonie został z nim tylko Baltazar.

– Szafranku, co ci jest? – spytał Witek, biorąc chłopca na kolana.

– Nic – odparł, wzruszając ramionami.

– Nie odezwałeś się ani słowem podczas naszego spotkania. Zwykle się tak nie zachowujesz – zauważył Miezynek.

Baltazar błądził wzrokiem po wzorzystym dywanie. Opowiedział Witkowi historię o syropie cebulowym i ożywieniu wróbla.

– Mógł być po prostu osłabiony – zauważył Witek. – Wczesną wiosną zdarza się, że ptaki łatwo padają, bo nie mają jeszcze dość pożywienia. A może uderzył o coś w locie, upadł na ziemię i stracił przytomność. Czasem wystarczy takiego osłabionego ptaka wziąć w dłonie i go po prostu ogrzać. Wtedy nabiera sił i znowu może latać. Nie sądzisz, że mogło się tak stać i tym razem?

Baltazar milczał ze spuszczoną głową.

– Jak to było z moją mamą? – spytał.

Witek westchnął.

– Co masz na myśli? Twoja mama umarła, gdy cię rodziła. Przecież znasz tę historię.

– No, ale… jaka była, zanim to się stało?

Baltazar już kiedyś o to pytał. A Witek nie mógł mu powiedzieć nic ponad to, co już raz przytoczył, ponieważ sam niewiele wiedział. Powtórzył więc, że Alicja Szafranek prowadziła księgarnię, że na zapleczu urządzono maleńki pokoik z łazienką, w którym spędzała większość czasu. Nie miała żadnej rodziny, żadnych krewnych. Żadnych znajomych, którzy byliby kimś więcej niż tylko stałymi klientami. Księgarnia należała wyłącznie do niej i niczego w niej nie zmieniano od czasu, kiedy Baltazar przyszedł na świat. Drzwi zamknięto na kłódkę, zakratowano okna.

– Gdy skończysz osiemnaście lat, ta księgarnia będzie należała do ciebie, wiesz? – Witek próbował go pocieszyć.

– A ty tam byłeś?

Witek poprawił wąsa.

– Szczerze mówiąc, nie. Ale Stefa była.

– Czy moglibyśmy tam pójść?

– Teraz?! – Zdziwił się.

– No.

– Nie, Szafranku, teraz nie. Pora iść spać, a nie błądzić po zamkniętych księgarniach.

– No, a kiedy indziej? – Baltazar nie odpuszczał.

Miezynek się zawahał.

– Kiedy indziej? Nie wiem… Sam nie wiem. Przypuszczam, że… W zasadzie dlaczego by nie? Myślę, że da się to załatwić.

Witek odprowadził Baltazara do pokoju. Chłopiec rozchmurzył się wyraźnie. Bez protestów przyjął łyżkę syropu z cebuli i pogrążył się w spokojnym śnie.

– Nie ma tam żadnego listu czy czegoś w tym stylu – oświadczyła Stefa, gdy mąż opowiedział jej o rozmowie z Baltazarem. – Nie ma żadnej wiadomości od jego matki, nie ma niczego, co przybliżyłoby mu jej osobę. Sprawdzałam, szukałam.

Byli już sami w sypialni. Stefa przyszywała do sztruksowych ogrodniczek Igi oderwany guzik.

– Myślę, że on po prostu chce zobaczyć… jak to miejsce wygląda.

Stefa przytaknęła. Odgryzła końcówkę nitki, obejrzała efekt swojej pracy.

– Zostaw to już – wyszeptał Witek i wciągnął ją do siebie pod kołdrę. – Zajmij się wreszcie czymś pożytecznym. – Zaśmiał się i wtulił jej twarz w swoją koszulę od piżamy.

– Zastanawiam się jeszcze nad…

– Ćśśś – przerwał jej Witek.

– Rano musimy koniecznie…

– Ćśśś – powtórzył.

– Trzeba będzie…

– Ćśśś… Ćśśś.

Rozdział drugi Baltazar ratuje Witkowi życie i odkrywa cząstkę tajemnicy o swoim pochodzeniu

Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej

Redaktor prowadząca: Ewelina Sokalska

Opracowanie językowe tekstu: Studio Editio

Projekt okładki: designpartners.pl

Zdjęcie na okładce: © konradbak © Iakov ©mjth (Depositphotos.com)

Copyright © 2018 Marta Alicja Trzeciak

Copyright © 2018 for Polish edition by Wydawnictwo Kobiece Łukasz Kierus

Wszelkie prawa do polskiego przekładu i publikacji zastrzeżone. Powielanie i rozpowszechnianie z wykorzystaniem jakiejkolwiek techniki całości bądź fragmentów niniejszego dzieła bez uprzedniego uzyskania pisemnej zgody posiadacza tych praw jest zabronione.

Wydanie elektroniczne

Białystok 2018

ISBN 978-83-66074-48-4

Bądź na bieżąco i śledź nasze wydawnictwo na Facebooku:

www.facebook.com/kobiece

Wydawnictwo Kobiece

E-mail: [email protected]

Pełna oferta wydawnictwa jest dostępna na stronie

www.wydawnictwokobiece.pl

Na zlecenie Woblink

woblink.com

plik przygotowała Katarzyna Rek