Wydawca: Novaeres Kategoria: Fantastyka i sci-fi Język: polski Rok wydania: 2013

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 1027 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Wszystko wiecznie przed nami - Lena Claivenrow

Michael Cornerstone i jego wychowanka, mieszkający w ukrytym w chmurach Rose Castle, zostali sobie przeznaczeni na wieki przez świetlistego Rozmówcę znad Kaskady. Tylko oni na całej Ziemi mają w sobie dość miłości i mądrości, by nieustraszenie zwalczać zło, które na przestrzeni wieków przybiera coraz to nową postać. Nadal jednak pozostaje Moronem – uosobieniem ludzkiej głupoty i bezmyślnego okrucieństwa.

 

Lena Claivenrow, artystka, ma skłonności do mentalnego lądowania w nieistniejącym świecie. Pomaga jej to przetrwać uwierającą, brutalną rzeczywistość. Czy cudem przeżyty wypadek samochodowy w wyniku którego doznała rozległego urazu głowy spowodował u niej trwałe uszkodzenie mózgu? Czemu przypisać uporczywe objawy déjà vu, przywodzące coraz silniejsze skojarzenia z życiem, które niemożliwe przecież, żeby się wydarzyło…?

 

Kim tak naprawdę jest jej wybawca, neurochirurg, profesor Brian Crosentorne?

 

 

[…]„ Jest!” – Crosentorne zdecydowanie nacisnął ów blok. Kamienny element z jękiem niewidocznych zawiasów uchylił się w górę. Oczom obu mężczyzn ukazała się sporych rozmiarów, głęboka nisza. Nisza, z której pociągłe dłonie neurochirurga z nieopisanym pietyzmem wyjęły jakiś nieokreślony kształt, owinięty w miękką tkaninę.

Usiedli na podłodze. Crosentorne ostrożnie odwinął materiał…

– Jaki piękny… – westchnął duch.

– Tak… Rzeczywiście jest bardzo piękny i cenny.

– Nic dziwnego, że Rock…

– Ćśśśś… – stary lekarz przyłożył palec do ust.

– Profesorze, gdyby coś…

– Wiem, Hipokratesie. I dziękuję. Tym razem, jak mi się wydaje, musimy poradzić sobie sami.

– Ale…

– Zaufaj mi. To sprawa między mną a nim – w niebieskich oczach uczony dostrzegł stalowy błysk. I bardzo mu się ten błysk spodobał. […]

Opinie o ebooku Wszystko wiecznie przed nami - Lena Claivenrow

Fragment ebooka Wszystko wiecznie przed nami - Lena Claivenrow

Okładka

Strona tytułowa

Lena Claivenrow

Wszystko wiecznie przed nami

Strona redakcyjna

REDAKCJA: AdAstra

KOREKTA: Monika Pruska

OKŁADKA: Berenika Wilczyńska

SKŁAD: Monika Burakiewicz

© Lena Claivenrow i Novae Res s.c. 2014

Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie, reprodukcja lub odczyt jakiegokolwiek fragmentu tej książki w środkach masowego przekazu wymaga pisemnej zgody wydawnictwa Novae Res.

Wydanie pierwsze

ISBN 978-83-7722-998-9

NOVAE RES – WYDAWNICTWO INNOWACYJNE

al. Zwycięstwa 96/98, 81-451 Gdynia

tel.: 58 698 21 61, e-mail: sekretariat@novaeres.pl, http://novaeres.pl

Publikacja dostępna jest w księgarni internetowej zaczytani.pl.

Wydawnictwo Novae Res jest partnerem Pomorskiego Parku Naukowo-Technologicznego w Gdyni.

Konwersja do formatu EPUB:

Legimi Sp. z o.o. | Legimi.com

CZĘŚĆ PIERWSZA Czekając na miłość

Prolog

– Nie. Rozumiesz to? Nie wolno ci w żaden sposób wpływać na bieg wydarzeń.

– Więc co mam robić? Czego ty ode mnie chcesz? Jak długo jeszcze mam czekać? – cichy głos drżał od hamowanych emocji. – Jestem człowiekiem. Tylko człowiekiem...

Mężczyzna mówił przez zęby, zaciskając szczęki.

Znów, tak jak kiedyś, stał u stóp Kaskady. Jego szmaragdowobłękitna peleryna była już niemal całkowicie przemoczona. Nie widział tego. Wysoko nad sadzawką, do której wpadał wodospad, unosiła się tęcza. A na tej tęczy, w lśniącej bielą szacie, z dłońmi wspartymi na kolanach, siedział Ten Który Żąda Zbyt Wiele.

Tak myślał o nim w tej chwili zdesperowany mężczyzna, unosząc ku niemu okoloną srebrnym zarostem twarz. Twarz naznaczoną cierpieniem. Dobrą. Mądrą. Piękną.

Twarz, w której migotały nieprawdopodobnie niebieskie oczy.

Wiatr poruszał jego długimi włosami, które w blasku słońca przywodziły na myśl świetlistą aureolę. Mężczyzna drżał, nie czując zimna.

Zielone oczy nadal wpatrywały się w niebieskie oczy.

– Najlepszym z ludzi. Najmądrzejszym. I, jak słyszałem, podobno... czarodziejem – w beznamiętnym głosie pojawił się cień rozbawienia. Mężczyzna tego nie zauważył. Milczał nadal, kurczowo zaciskając szczęki.

„Czego jeszcze zażąda?”.

– Jest jedno wyjście... – usłyszał w końcu. Zielone oczy nadal wpatrywały się w jego oczy. Przenikliwie. Wpatrywały się z tak nieopisanym natężeniem, że w rozmigotanym niebieskim spojrzeniu pojawił się w końcu błysk zrozumienia. Pojął, że chyba zna już prawdę. Prawdę jednak tak absurdalną...

– Zaraz... Czy dobrze zrozumiałem? To znaczy, że...

– Tak. Oddacie za siebie życie.

– A potem?

– Och, to chyba logiczne – na gładkiej, niemal bezwłosej twarzy, twarzy ni to męskiej, ni to kobiecej („On nie ma płci?” – zdziwił się stary mężczyzna po raz nie wiadomo który), zakwitło echo uśmiechu. Milczeli dłuższą chwilę.

– Jak możesz być tak okrutny? – srebrnowłosy powiedział to bardzo cicho. Niebieskie oczy wpatrywały się w zielone oczy z niedowierzaniem. – Ty?

– Są rzeczy znacznie gorsze. Wiesz o tym, prawda? Musicie umrzeć – spokojny głos wyzuty był z wszelkich emocji.

– A... potem...?

– Zobaczysz... – docierało już jak przez mgłę. Biała postać robiła się coraz mniej rzeczywista. Aż znikła. Została tylko rozmigotana światłem tęcza.

Powrót do domu

Lubiła szybką jazdę. Jej ukochany mini cooper diesel osiągał na trasie co prawda tylko sto dziewięćdziesiąt siedem kilometrów na godzinę, nie – jak w przypadku wymarzonej wersji na benzynę – dwieście dwadzieścia, jednak przy otwartych oknach pęd wiatru w długich, jasnych włosach sprawiał, że czuła się, jakby frunęła w powietrzu. Wolna jak ptak i jak on radośnie lekka. Lekko jej było na duszy, po raz pierwszy od roku. Wiele sobie w tym czasie przemyślała i poukładała w głowie. I jeśli nawet nadal nie do końca wiedziała, czego chce od życia, na pewno wiedziała już, czego stanowczo nie chce.

„To i tak dużo” – uśmiechnęła się do siebie z dawno nieodczuwaną sympatią.

Wracała do domu. Do ludzi, z którymi tyle ją łączyło. Do szkoły, za którą tak tęskniła...

Gdy dyrektor zaproponował jej objęcie katedry sztuki, nie czuła się na to gotowa. Nie czuła się gotowa na wiele rzeczy, nie była nawet pewna, czy chce tu pozostać. Postanowiła zatem udać się w podróż po Europie, by od wszystkiego odpocząć. Od codzienności, od pracy i od nie zawsze wesołych, za to coraz bardziej niepokojących symptomów natury uczuciowej. I z dystansu kilometrów ocenić, czy w ogóle ma ochotę na przyjęcie propozycji dyrektora. Poprosiła o roczny urlop.

– Oczywiście, moja droga, masz do tego prawo. Jedź zatem, ale... mam nadzieję, że wrócisz tu za rok – powiedział z tym swoim ujmującym ciepłem, maskując uśmiechem coś na kształt... niepokoju? Żalu? A może tak jej się tylko wydawało? Tak, to pewnie gra świateł w szkłach okularów.

I tak Lena Claivenrow po rocznych wojażach wracała stęskniona i pełna wrażeń.

Malowała od najmłodszych lat, a w czasie bajecznej podróży, pod wpływem bieżących doznań, tworzyła wręcz maniacko. Efekt w postaci kilkudziesięciu kartonów o wymiarach siedemdziesiąt na sto centymetrów, zwiniętych pieczołowicie w rulony, zajmował cały bagażnik i większą część powierzchni z tyłu auta. Na podłodze, skromnie wciśnięta pod przednie siedzenie, stała nieduża walizka z rzeczami osobistymi, akcesoriami malarskimi i ukochaną powieścią – bajką, z którą Lena nigdy się nie rozstawała. Nawet w podróży. Uwielbiała bajki. Sama zresztą kilka napisała.

Lena Claivenrow malowała głównie twarze, a jej obsesją były oczy. Nigdy nie umiała jednak tworzyć na zawołanie i często odrzucała zamówienia, nie widząc powodu, dla którego niektórzy ludzie pragnęli uwiecznić na obrazie akurat swoje oblicze. Dla niej, Leny, ważny był sam proces tworzenia. Ta, pełna szczególnej magii, forma obcowania z malowaną osobą. Bo musiała czuć nić osobistego z nią porozumienia, by w ogóle rozpocząć pracę nad obrazem. A jeśli twarz wywarła na niej szczególne wrażenie, podświadomie stosowała charakterystyczny dla wielu jej portretów efekt powiększenia oczu.

Pewien stary hiszpański rybak, u którego przez jakiś czas mieszkała, na pożegnanie powiedział jej coś zaskakującego:

– Twoje twarze mają niezwykłe spojrzenie. Ich oczy są żywe, czasem wilgotne od łez. Jest w tobie jakiś smutek, dziecko.

– Ależ skąd to przypuszczenie, Enrique? – zaśmiała się, całując staruszka w policzek.

– Jest, dziecino, jest, nawet jeśli nie zdajesz sobie z tego sprawy – odparł ciepło. – Ten smutek jest w twoich oczach. Wybacz szczerość starego człowieka, który zna życie. Tęsknisz, dziecko, za czymś lub za kimś, nie wiesz jak mocno. Nie uciekaj od tego. Co ma być, to będzie. Będzie, jeśli tylko bardzo tego chcesz – pogłaskał ją po twarzy zniszczoną, stwardniałą i zaskakująco ciepłą dłonią.

Oczy Leny zwilgotniały pod wpływem wspomnienia. To właśnie słowa tego pięknego, mądrego, starego człowieka przekonały ją ostatecznie do powrotu. Zwiedziwszy zatem Niemcy, Francję, Włochy, Hiszpanię i Portugalię, wracała teraz przez całą Anglię do domu. Jeszcze kilka godzin i znajdzie się w okolicach Londynu.

Z głośników sączyła się muzyka. Bajeczne krajobrazy napawały duszę Leny takim zachwytem, że chłonęła wszystko roziskrzonym wzrokiem, zapominając o całym świecie.

Prawdopodobnie dlatego w pewnej chwili, całkowicie straciwszy poczucie rzeczywistości i odległości, usłyszała nagle przeraźliwy pisk opon, zobaczyła oślepiający błysk srebrzystego światła (zdążyła się tylko zdziwić: czemu jest tak absurdalnie srebrzyste?) i zapadła w ciemność...

***

Nie od razu dotarło do niej, co się dzieje. Ciemność była zbyt gęsta. Z oddali, jak przez warstwę grubej, miękkiej zasłony, dochodziły do świadomości dziewczyny odgłosy kroków, coś jakby szuranie, przyciszone szepty, których sens jeszcze do niej nie docierał poprzez obłędny szum w głowie. Skrzywiła się z bólu i poczuła, że ktoś delikatnie ujmuje jej nadgarstek.

– Puls wraca do normy. Wygląda na to, że pomału się wybudza.

– Jakie to szczęście, że Edward akurat tamtędy przejeżdżał do pracy. To istny cud, że na nią trafił.

„Edward? Do pracy?” – nic jej to nie mówiło, nie była nawet pewna, czy to jej dotyczy. Ciemność pomału ustępowała jasności i w tej jasności Lena dostrzegła coś... jakby błysk? Spróbowała się poruszyć.

– Rektorze, ona się obudziła.

– Leno? – ktoś z bliska wymówił jej imię ciepłym, kojącym głosem, który skądś dobrze znała.

Z trudem spróbowała unieść powieki. Znowu ten błysk. Obraz rozmywał się, to znów wyostrzał. Wszystko wirowało. Czuła się, jakby miała zwymiotować. Zdołała dostrzec szkła okularów, znad których badawczo wpatrywały się w nią oczy. Niebieskie. Rozmigotane.

– Profesorze – westchnęła z dawno nieodczuwaną ulgą.

– Leno, dziecko drogie, tak się cieszę, tak się cieszę... Twój wypadek... Jesteś jeszcze w szoku... – nie umiał znaleźć słów.

– No, ale Edward na szczęście akurat tamtędy przejeżdżał, to dzięki niemu pomoc przyszła tak szybko. Twoje obrażenia okazały się nie tak groźne, jak sądziliśmy z początku. Nic, czemu nasza medycyna nie dałaby rady – łagodnie poklepywał dłonie dziewczyny.

– Szybko doprowadziliśmy cię do porządku, więc za kilka dni będziesz mogła opuścić szpital. Bardzo się o ciebie martwiliśmy.

– Jak długo tu jestem, profesorze?

– Och, kilka godzin – spojrzał na zegarek. – Byłaś nieprzytomna, ale dojdziesz do siebie, zanim rozpocznie się semestr. Bo... rozumiem, że zdecydowałaś się przyjąć moją propozycję? – patrzył na nią rozradowany znad okularów, a jej serce zalała fala wdzięczności i poczucia bezpieczeństwa.

– Tak się cieszę, że wróciłam – dotknęła jego dłoni.

– Ooo, wróciłaś, i to z hukiem – roześmiali się oboje. – A... jak udała się podróż?

– Och, była fantastyczna, tyle mam panu do opowiedzenia, profesorze. Jednak... bardzo za wami wszystkimi tęskniłam – jej spojrzenie nabrało ciepła.

– A zatem witaj w domu, Księżniczko...

Po tygodniu Lena, doprowadzona pod troskliwą opieką do stanu używalności i szczęśliwa, zainstalowała się z powrotem w swoim dawnym mieszkaniu.

Niepojętym trafem wiezione w samochodzie obrazy prawie nie ucierpiały, a czyjaś troskliwa ręka oprawiła je w piękne złote ramy i rozwiesiła na amarantowych ścianach salonu, zdobionych złoconymi reliefami. Ściany sypialni miały spokojny, ciemnozielony kolor. Fantastycznie kontrastował z nim okazały baldachim ze złocistego aksamitu, na którym tak cudnie załamywały się promienie porannego słońca, wpadające przez otwarty na oścież balkon. Od baldachimu miękko aż do podłogi opadały obfite zasłony z tego samego materiału, w tej chwili rozsunięte tak, że widać było spomiędzy nich ukochaną pościel Leny – tę złocistozieloną, zdobioną haftowanym srebrną nicią motywem róż. W skromnie urządzonej, jasnej pracowni stały stare, wysłużone sztalugi.

Mieszkanie lśniło czystością, pościel w sypialni była świeżo zmieniona, pachnąca. A na konsolce, w kutej srebrnej czarze, stały kremowe róże. Największy bukiet, jaki kiedykolwiek widziała.

„Jaki miły gest” – pomyślała z wdzięcznością, chłonąc ich zapach i rozkoszując się pieszczotą pełnych życia, aksamitnych płatków, na których niepojętym cudem migotały dotąd kropelki porannej rosy.

„Jak dobrze być w domu” – pomyślała po raz setny.

Rose Castle był jej domem, odkąd ukończyła pięć lat.

***

Gdy pod wieczór zjawiła się na umówione spotkanie, w drzwiach gabinetu powitało ją rozradowane spojrzenie.

Michael Cornerstone, założyciel i od niepamiętnych czasów rektor Akademii, mimo iż cieszył się niekwestionowaną opinią największego współczesnego myśliciela i prekursora wielu nauk, dla niej, Leny, był przede wszystkim ukochanym opiekunem. To on zastępował jej oboje rodziców, od których uciekła jako pięcioletnia dziewczynka.

Widząc radość w niebieskich oczach, rozmigotanych tysiącem wesołych ogników, poczuła, że znów ogarnia ją fala ciepła.

– Wejdź, Księżniczko – ujął jej dłonie, prowadząc ją w kierunku fotela.

– Czego się napijesz? Wody? Brandy? Wina?

– Dziękuję, poproszę o wodę.

Z uśmiechem podał jej szklankę.

Gdy rozsiedli się już w przepastnych, obitych pachnącą mięsistą skórą fotelach, sącząc napój, rozglądała się nadal radośnie po pięknym, przestronnym wnętrzu, zbudowanym na planie ośmiokąta Baszty Wschodniej...

Rose Castle postawiono przed wiekami na najwyższym ze szczytów rozległego łańcucha gór. Od stóp zamku aż po widnokrąg rozciągały się błonia gęsto poprzetykane oczkami jezior, wstęgami rzek, pióropuszami wodospadów, fontannami gejzerów... Od północy zwieńczone ciemną ścianą Grającej Puszczy.

Zamek zawdzięczał swą nazwę pewnej roślinie.

Cornerstone kochał róże. Z pasją hodował niemal wszystkie ich odmiany. Kiedyś, jeszcze w młodości, posadził u stóp zamku maleńki krzak róży damasceńskiej, przywieziony z dalekiej wyprawy. Troskliwie go pielęgnował. Wdzięczna za dobroć roślina rozrosła się tak niebotycznie, że otulała teraz mury wysoko, niemal do samych szczytów czterech baszt: Północnej, Południowej, Zachodniej i Wschodniej. Kwitła, pachnąc odurzająco, niemal przez cały rok. Nie to było jednak najdziwniejsze. Kwiaty różanego drzewa miały jeszcze jedną, tajemną właściwość. Nie dało się ich zerwać ani ściąć. Można je było jedynie z wielkiej, prawdziwej i czystej miłości podarować. Nic więc dziwnego, że kwitły przez nikogo nie niepokojone.

U strony wschodniej Rose Castle przycupnął Rose Town. Tą nazwą określano zresztą cały obszar należący do zamku, który przed ciekawskim okiem zwykłych ludzi ukrywał się za grubą, nieprzebytą warstwą chmur. Mógł go zobaczyć tylko ktoś nieprawdopodobnie wrażliwy, o bujnej wyobraźni. Wiadomo jednak, że zwykli ludzie pozbawieni są i tego, i tego. Właśnie dlatego nazywa się ich zwykłymi albo Ludźmi z Nizin. I tylko najstarsi z nich mawiali, że gdzieś tam, w chmurach, dawno, dawno temu zbudowano tajemniczy, niedostępny zwykłym śmiertelnikom zamek.

– Zamek, w którym mieszkają oni - szeptali, pukając się w czoło.

Zamek ów, jak już wspomnieliśmy, był siedzibą Akademii: dziwnej uczelni, innej niż wszystkie na świecie. Skupiała ona najlepszych pedagogów, naukowców i artystów, jakich udało się Cornerstone’owi zwerbować. Nie było to łatwe. Odpowiednich kandydatów szukał bardzo, ale to bardzo długo. Sprawdzał, rzecz jasna, ich kwalifikacje, uważnie śledząc dotychczasowe osiągnięcia. Umawiał się potem na spotkanie. Spotkanie, podczas którego niebotycznie zdumiony delikwent słyszał jedno tylko pytanie:

– Czy zechciałby mi pan łaskawie opowiedzieć swój najciekawszy sen?

Bywają, rzecz jasna, ludzie, którym ani się śni. Albo tacy, których sny są czarno-białe. Takich kandydatów, choćby mieli najlepsze referencje, uśmiechnięty przepraszająco Cornerstone odprowadzał do drzwi.

– Spotkamy się innym razem, drogi kolego. Proszę... ehm... zażywać coś na sen. Dobry sen leczy duszę – puszczał do rozmówcy oko i, doszczętnie otumanionego, przyjaźnie klepiąc po plecach, wiódł w kierunku wyjścia. I niestrudzenie szukał dalej.

I tak stopniowo Akademia zapełniła się ludźmi nie z tego świata. W sensie poniekąd dosłownym.

Któregoś słonecznego popołudnia rektor wertował akurat opasłe tomisko Encyklopedii ziół. Pracując od kilku tygodni nad autorskim Eliksirem, spowalniającym procesy starzenia, natknął się bowiem na pewien problem. „Czegoś tu jeszcze brakuje... Ale czego?” – przygryzł wąsy.

– Ehm... – usłyszał za plecami.

– Wejdź, wejdź, Stan... Może ty mi podpo... – urwał, widząc unoszącą się mniej więcej na wysokości środkowego kandelabra, półprzeźroczystą postać. – Och, witaj Hipokratesie – zreflektował się błyskawicznie. – Czy... nietaktem będzie pytanie, czemu zawdzięczam twoją wizytę? – spytał serdecznie, tak po prostu, jakby codziennie gadał z duchami.

Uczony, mile zaskoczony tą reakcją, podfrunął bliżej. Zajrzał rektorowi przez ramię, uważnie studiując sporządzaną przezeń, skomplikowaną recepturę.

– Hmmm... – zamyślił się, gładząc brodę – osobiście dodałbym jeszcze korzeń chińskiej koszenili... Taaak. I sproszkowane rogi jelenia. Znakomicie stymulują krążenie krwi – dodał tonem wyjaśnienia.

– Tak myślisz? – z błyskiem w oczach Cornerstone bazgrał pośpiesznie na marginesie receptury.

– A... jeśli wolno spytać... Robisz ten Eliksir tak po prostu, czy konkretnie dla siebie?

– A co to ma do rzeczy? – zarumienił się rektor, wyraźnie speszony.

– Bo jeśli dla siebie – uczony uśmiechnął się pod wąsem – radziłbym również dodać lukrecję. Powoduje przyciemnienie siwych włosów. Podobno – dodał. – Nie wiem na pewno. Nie zdążyłem wypróbować – westchnął z żalem. – Przyjemnie tu – dodał po dłuższej chwili, wodząc wzrokiem wzdłuż oszklonych półek.

– Jesteś bardzo uprzejmy.

– Tam, dokąd trafiłem po śmierci, mieszkają sami święci – kontynuował duch pozornie bez związku. – Na dłuższą metę nie da się z nimi wytrzymać. Są tacy monotematyczni – polatywał tu i tam, rozglądając się po gabinecie z rosnącą przyjemnością. – Tak sobie właśnie pomyślałem, czy... nie miałbyś nic przeciwko...? – urwał wyraźnie onieśmielony, zaglądając z nadzieją w niebieskie oczy przyjaźnie uśmiechniętego rektora.

Nie mogąc dłużej znieść kłopotliwego sąsiedztwa Tomasza z Akwinu, Hipokrates próbował kiedyś zamieszkać w pewnej starej, przestronnej, od dawna do tego celu upatrzonej aptece. Nie chciał jednak tak bez wiedzy właściciela... Bez jego wyraźnej zgody. Długo więc czekał dogodnej chwili. Było to marzenie ściętej głowy. W miasteczku zapanowała akurat epidemia grypy. Jedyna w okolicy apteka była oblężona. Pełen najlepszych chęci Hipokrates zjawił się zatem w sypialni starego, łagodnego farmaceuty w środku nocy, gdy ten, nie mogąc zasnąć, liczył właśnie barany.

Tobias Heartburn czuł się ogólnie rozbity. Grypa rozprzestrzeniała się coraz szerzej, zbierając już śmiertelne żniwo. Przedwczoraj właśnie pochował kuzyna, starszego zaledwie o rok. Sam zaczynał już odczuwać charakterystyczne łamanie w kościach i stawach, bolała go głowa, chyba miał gorączkę... „Tylko nie to, na Boga... Tylko nie ta diabelska grypa...” – myślał, coraz bardziej rozbity i przerażony. Nic więc dziwnego, że nie mógł zasnąć.

– Pięćset dwadzieścia dziewięć... Pięćset trzydzieści... Pięćset trzydzieści jeden... – mamrotał, co jakiś czas zapadając w płytki, niespokojny sen.

Liczone barany jawiły mu się w tym śnie jako pierzaste chmurki na niebie... To znów przybierały postacie tłustych, rozchichotanych amorków...

– Pięćset pięćdziesiąt osiem... Pięćset pięćdziesiąt dziewięć...

Sympatyczne amorki zmieniły się właśnie ponownie w stado baranów... Takich kudłatych...

– Sześćset dwadzieścia osiem... Sześćset dwadzieścia dziewięć...

Coraz bardziej kudłatych i coraz większych...

– Sześćset czterdzieści...

Jeszcze większych...

– Sześćset pięćdziesiąt dwa... Sześćset pięćdziesiąt trzy...

„Dlaczego one są takie ogromne, te barany...? Zaraz... jeden jakby odłączył się od stada...”.

– Sześćset pięćdziesiąt siedem...

„Rośnie w oczach... Stado się rozpierzchło... To jakiś tryk? Prowodyr...?”.

– Sześćset sześćdziesiąt... Sześćset sześćdziesiąt jeden... Sześćset sześćdziesiąt dwa...

„On czegoś ode mnie chce...? O co mu chodzi...?”.

– Sześćset sześćdziesiąt cztery...

„Jezu, leci na mnie...Co za...”.

– Sześćset sześćdziesiąt sześć... ZGIŃ, PRZEPADNIJ, SZATANIE!!! – Tobias Heartburn poderwał się jak rażony prądem. Zmierzwione włosy stanęły mu dęba na głowie. Dygotał. Chyba faktycznie miał gorączkę. Siedział, wpatrzony w wiszącą nad łóżkiem postać. I chyba nie był to baran.

„A może...?” – pomyślał Tobias z nadzieją. „No bo przecież nie duch...” – z całych sił próbował zaprzeczyć sam sobie. Postać była bowiem półprzeźroczysta i biała.

– Eee... jesteś baranem, prawda? – z całej duszy pragnął, żeby to była prawda.

– Nie jesteś zbyt uprzejmy.

– Kkkim jjjesteś? Ppo co tu ppprzyszedłeś...?

– Przyszedłem do ciebie, Tobiasie.

„Jezus Mario. Thanatos...?”.

– Oszczędź mnie, błagam! – jęczał nieszczęsny, klęcząc na łóżku i składając dłonie w błagalnym geście.

„Najwyraźniej wzięła go grypa. Chyba ma gorączkę. Majaczy...” – szczerze zaniepokojonym Hipokratesem targnęło współczucie.

– Ależ doprawdy... – poruszony cierpieniem mężczyzny, chciał jak najlepiej. – Proszę się łaskawie uspokoić, drogi panie. Chyba ma pan gorączkę... – pochylił się z troską, wyciągając rękę w kierunku czoła mężczyzny. – Znam się na tym. Proszę pozwolić sobie pomóc. Przyniosę panu ulgę... Wybawienie od wszelkich dolegliwości...- szeptał kojąco, pełen dobrych chęci, nadal zbliżając półprzeźroczystą dłoń do czoła mężczyzny. Czoła obficie już zroszonego zimnym potem.

Sceny, jaka się już po chwili rozegrała, nijak opisać nie sposób. Dość, że oszalały Tobias Heartburn wybiegł – jak stał, w koszuli nocnej – przed dom i bełkocząc coś niezrozumiale, znikł w mroku. Nikt już nigdy więcej o nim nie słyszał...

Hipokrates po dziś dzień czuł się winny. Naprawdę nie chciał nikogo przestraszyć. Wiedział już jednak od tej chwili, że z żywymi trzeba bardzo ostrożnie. „Najlepiej w ogóle się im nie pokazywać” – myślał z żalem. Cóż bowiem poradzić miał na to, że coraz bardziej nużyły go dotychczasowe lokum i sąsiedztwo? Cóż poradzić miał na to, że – mimo iż od tak dawna bezcielesny – nadal miał żywy umysł... Umysł ciekawy świata, nie zaświatów... Od dawna ukradkiem obserwując wymyśloną przez Cornerstone’a uczelnię, zapragnął zamieszkać właśnie tam. Tam, gdzie liczy się i umysł, i dusza...

– Tak sobie właśnie pomyślałem – powtórzył z nadzieją – że... bardzo chciałbym mieszkać w tym zamku...

– Naprawdę? – ucieszył się Cornerstone.

Od tego pamiętnego dnia zachwycony Hipokrates został tu rezydentem. Ale nie tylko on. Do Rose Castle przybywało coraz więcej uduchowionych myślicieli, naukowców, odkrywców i ludzi sztuki, którym atmosfera niezwykłego zamku odpowiadała daleko bardziej niż przereklamowane miejsce, okupowane przez psalmujące rzesze świętych... Jedni zatrzymywali się tu w przelocie, inni zaś zamieszkali na stałe. Otoczeni powszechnym szacunkiem i sympatią, odwdzięczali się uczelni duchową opieką...

Powróćmy jednak do samej Akademii. Wykładano tu dziedziny w świecie Ludzi z Nizin powszechnie uznawane za niepotrzebne. Filozofię, sztukę, etykę, kulturę, estetykę... Były zajęcia z hipnozy i radiestezji, i wiele, wiele innych. Były też przedmioty standardowe, bez których nawet taka, a może zwłaszcza taka uczelnia nie mogłaby istnieć. A więc: filologia, matematyka, fizyka, chemia, astronomia, medycyna, farmacja, biologia, sport... Sam rektor w ostatnich latach z młodzieńczym entuzjazmem prowadził badania na polu neuroestetyki, czyli nauki z pogranicza estetyki i biologii, próbującej odpowiedzieć na pytanie, co i dlaczego w ludzkim mózgu wydaje się piękne.

– Dobrze, że zamku strzegą chmury – chichotał nieraz w rozmowach z nauczycielami. – Czasami lepiej czegoś nie widzieć.

– Gdyby ci głupi ludzie wiedzieli, co my tu robimy, z całą pewnością by go podpalili – mistrz hipnozy, profesor Bluish nigdy nie darzył sympatią Ludzi z Nizin. Niegdyś cudem uniknął spalenia przez nich na stosie. Uratował go... Ale zostawmy na razie ten temat, bo to całkiem inna historia. – Ci tępi, zapyziali, ograniczeni, karłowaci...

– Nie mów o nich w ten sposób, Stanley – ucinał Cornerstone. Niebieskie oczy patrzyły w intensywnie granatowe oczy przyjaciela z wyraźną naganą. – To są po prostu zwykli ludzie, którym my, być może, powtarzam: byćmoże mądrzejsi, jesteśmy coś winni. Właśnie dlatego, że jesteśmy mądrzejsi. I nie znaczy to wcale, że jesteśmy przez to od nich lepsi. Pamiętajcie o tym. Zawsze – mawiał, podkreślając, że oba światy mają sobie wiele do zaofiarowania. – I dlatego – powtarzał często – stanowczo powinniśmy lepiej ich poznać, by stopniowo, niezauważenie wtapiać się w ich społeczność. Dla obopólnego dobra.

Sam obdarzony nieprawdopodobną wiedzą, o graniczącej z magią intuicji, biegle władający wszystkimi językami ludzi, zwierząt i roślin, o nadludzko silnej, charyzmatycznej osobowości, patrzył na świat zza nobliwych dwuogniskowych okularów z dobrotliwym uśmiechem w bajecznie rozmigotanych oczach. Jak każdy geniusz skromny, miał w sobie ogromnie dużo autoironii. Chadzał w długiej, zamaszystej, szmaragdowobłękitnej szacie, a na głowie nosił śmieszną czapeczkę, do której bardzo, ale to bardzo był przywiązany. Dostał ją kiedyś od swojej wychowanki na urodziny.

– Margot? Ile właściwie lat ma profesor Cornerstone? – spytała nauczycielkę biologii niespełna dziesięcioletnia Lena.

– Nikt tego nie wie, drogie dziecko. Wiadomo tylko tyle, że te najbliższe urodziny będą okrągłe.

Lena nie dopytała już, co to oznacza. Wiedziona skojarzeniem wzrokowym, własnoręcznie uszyła dla ukochanego opiekuna okrągłą, zieloną czapeczkę. Biedziła się nad nią w największej tajemnicy przez wiele nocy, troskliwie wyszywając nakrycie głowy opalizującymi, srebrnymi koralikami miyuki. Trzeba nadmienić, że dziewczynka od najmłodszych lat zadziwiała nieprzeciętnymi zdolnościami artystycznymi. Czapeczka wyszła zatem prześlicznie. Uśmiechając się figlarnie, Lena doszyła u jej boków skrzydełka: jedno z prawej, drugie z lewej strony.

– Żeby pan miał bardziej lotny umysł, profesorze – mrugnęła do niego łobuzersko. – Dużo szczęścia w dniu urodzin – zarzuciła mu ręce na szyję i serdecznie ucałowała okolony srebrną brodą policzek.

Odtąd zachwycony Cornerstone z dumą paradował po zamku w czapeczce ze skrzydełkami, z którą nigdy, ale to nigdy się nie rozstawał. Te skrzydełka stały się jego znakiem rozpoznawczym. Pukającym się w czoło nauczycielom wyjaśniał z krotochwilnym błyskiem w niebieskich oczach:

– To ta moja tajemna moc tak mnie uskrzydla.

Zżymał się nieodmiennie, gdy uparcie nazywano go czarodziejem.

– Taki sam ze mnie czarodziej, jak i z ciebie – mawiał każdemu, kto posądzał go o zdolności magiczne. – Ta cała magia, czy jak to tam nazywasz, to nic innego jak dużo silnej woli, popartej jeszcze większą pracą. Wysil się, a i ty również będziesz... Eee... czarodziejem – puszczał do rozmówcy oko.

Byli jednak tacy, których to pogodne gadanie rektora wcale, ale to wcale nie przekonywało. „No bo jak wytłumaczyć choćby fakt, że Cornerstone potrafił pojawiać się jednocześnie w dwóch miejscach?” – zastanawiali się.

– Zdolność bilokacji jest rzeczywiście rzadko spotykana – cierpliwie tłumaczył profesor – ale nie ma nic wspólnego z magią. Poczytaj właściwe książki. To nie boli. Wszystkie znajdziesz w zamkowej bibliotece.

Faktycznie – biblioteka, zajmująca całe trzy kondygnacje wiekowej budowli, była największym światowym zbiorem wszelkich przejawów słowa pisanego, począwszy od czasów najdawniejszych, a skończywszy na współczesności...

Siedząca w gabinecie rektora Lena rozglądała się, rozpoznając niebotycznie wysokie, szklone regały, pełne oprawionych w skórę książek. Część gablot zajmowały pojedyncze egzemplarze wszystkich możliwych instrumentów muzycznych. Inne znów pełne były pędzli, dłut, farb, piór kreślarskich. Jeszcze inne – tajemniczych, delikatnych przyrządów astrologicznych, których dokładnego przeznaczenia dziewczyna nigdy nie poznała... Modeli samolotów, okrętów, łodzi podwodnych, samochodów i statków kosmicznych... Globusów Ziemi i nieba... Lena z rozkoszą wdychała wszechobecny, cudownie znajomy cyprysowy zapach. Wszystko to tak dobrze pamiętała z dzieciństwa. Jakże kochała to miejsce...

– Czy mam prawo sądzić, Księżniczko, że zdecydowałaś się przyjąć moją propozycję?

– Och tak. Dziękuję, profesorze. Ten rok był doprawdy niesamowity, ale... Pozwolił mi zrozumieć, że tak naprawdę moje miejsce jest tutaj – uśmiechnęła się, zarumieniona, a z jednej z oszklonych szaf, w których drzemały instrumenty, dobiegła w tym momencie muzyka.

– Nie tylko ja się cieszę... – rektor popatrzył w szare oczy tak jakoś... inaczej. Dziwnie badawczo. Wsłuchana w cudną melodię, nie zwróciła na to uwagi.

– Och... Eee... cześć... Profesorze, nigdy dotąd nie słyszałam, żeby wiolonczela grała sama na sobie – wyjąkała, komicznie unosząc brwi.

– To sztuka zarezerwowana na specjalne okazje – mrugnął do niej Cornerstone, patrząc już normalnie.

Pierwszego października Lena obudziła się, czując radosne podniecenie i... tremę. Po raz pierwszy wystąpi w nowej roli. Że jej podoła – nie miała wątpliwości, ale w końcu miał to być jej debiut.

Wieczorem w refektarzu zasiadły setki studentów. Gdy umilkły już hałaśliwe powitania i pokrzykiwania, rektor z młodzieńczą energią wskoczył na mównicę.

– Witam, witam wszystkich – rozpostarł ramiona, ogarniając tym gestem obecnych. – Dziś pragnę przedstawić naszą nową nauczycielkę, profesor Lenę Claivenrow. Witamy panią profesor!

Lena wstała wśród burzy oklasków, kłaniając się z wdziękiem.

– Profesor Claivenrow zgodziła się objąć od tego roku akademickiego katedrę sztuki. Odtąd to właśnie pod jej kierunkiem zgłębiać będziecie tajniki muzyki, kompozycji, malarstwa i historii sztuki. Sztuki Ludzi z Nizin – podkreślił ostatnie zdanie. – Ludzie z Nizin, na przestrzeni wieków tak niesprawiedliwie przez nas niedoceniani, mają nam bowiem wiele do zaofiarowania. Dlatego stanowczo powinniśmy lepiej ich poznać. Nie jest dla nikogo tajemnicą, że do niedawna jeszcze nasze Władze Najwyższego Szczebla nie pochwalały takiego stanowiska. Jednak obecny minister, Johny Order, zdecydowanie je popiera. Nauczanie tych przedmiotów w naszej Akademii to pierwszy krok do – mam nadzieję – wielkich i dobrych zmian w naszych wzajemnych relacjach ze światem zwykłych ludzi. Myślę, że wszyscy życzymy pani profesor powodzenia – znów rozległy się gromkie brawa. – A teraz do roboty! – Cornerstone usiadł za stołem i refektarz zaroił się od tłumu odświętnie ubranych kelnerów, roznoszących gigantyczne półmiski, pełne najprzeróżniejszych potraw, na które wszyscy rzucili się z entuzjazmem.

– I jak się czuje nasza nowa wschodząca gwiazda? – głos Stanley’a Bluisha dobiegający poprzez ogólny gwar przypomniał Lenie, że nie ze wszystkimi jeszcze zdążyła się przywitać.

– Witaj, Stan. Gwiazda czuje się, jakby spadła z nieba bez asekuracji w sam środek trąby powietrznej – skrzywiła się komicznie.

– Będzie dobrze – życzliwy, choć zasadniczy głos Margot O’Proud zawsze dodawał jej otuchy.

– Nasza mała Księżniczka nauczycielką w Akademii! – profesor filozofii przyrody, Anthony Mild otarł wilgotne oczy chustką, wywracając przy tym puchar. Jabłkowy poncz opryskał twarz Fedelmy Santon.

– Nic nie widzę! Nic nie widzę! – jąkała nauczycielka psychologii, próbując wytrzeć oczy.

Profesor matematyki, Elias Dainty, skupił się, nadął, zrobił się czerwony jak burak (wyglądał przy tym, jakby siedział właśnie na... nieważne zresztą), po czym machnął ręką z rezygnacją, wyjmując z kieszeni chusteczkę. Troskliwie jął osuszać twarz sąsiadki i już po chwili Fedelma wyglądała, jakby właśnie wyszła spod woniejącego ponczem prysznica.

– Nigdy nie opanuję tych sztuczek Cornerstone’a – warczał pod nosem Dainty, chowając chusteczkę. – Zamyka oczy i już pędzą do niego wszystkie szklanki i sztućce. A ja ćwiczę, ćwiczę i nic.

– Słyszeliście, że niedawno znalazł w Grającej Puszczy kolejny podziemny strumień? – pytała ściszonym szeptem opanowana już Santon. – Szedł sobie z tą swoją śmieszną różdżką, a ona nagle jak nie zacznie mu szaleć w dłoniach... – głos Fedelmy pełen był niekłamanego podziwu. – A ja... zupełnie tego nie przewidziałam – dokończyła z żalem. Powszechnie wiedziano, że maniacko para się tarotem. A że wiecznie przytrafiały jej się pechowe sytua-cje, była tematem wielu żartów.

– Moja droga, zawsze mogłaś użyć... ehm... Oczu Wyobraźni – mruknął jakiś nieznajomy Lenie, obficie wypomadowany sąsiad Fedelmy.

– Wiesz przecież, że Cornerstone to najlepszy na świecie radiesteta – dodała Margot.

– Z ostatniego słowa rozumiem tylko jego drugi człon – skrzywił się lekko Dainty, poprawiając nienagannie zawiązaną muszkę.

Księżniczka śmiała się ze wszystkimi. Tak bardzo ich kochała. Była taka szczęśliwa...

Wykończona nadmiarem emocji, zasnęła kilka godzin później, ledwie przyłożyła głowę do poduszki. Miała dziwny sen. Oślepiające srebrzyste światło... Przeraźliwy huk... Ciemność... I w tej ciemności znajomy, ciepły głos:

– Pamiętaj, Księżniczko, to nie śmierć jest najgorszym, co może nas spotkać.

Obudziła się zlana zimnym potem. Rano nie pamiętała już tego snu.

Pierwsze tygodnie w nowej pracy okazały się doprawdy fascynujące. Duża klasa, przydzielona Lenie do prowadzenia zajęć, dosłownie pękała w szwach. Profesor Claivenrow musiała zatem podzielić studentów na grupy. Rzecz jasna, nauka gry na instrumentach odbywała się indywidualnie. Lena słyszała, co prawda, że w świecie Ludzi z Nizin, w myśl nowego rozporządzenia ich ministra, lekcje gry na instrumencie uczniowie odbywają parami. A nawet trójkami. Myślała z początku, że to prima aprilis, czyli takie idiotyczne święto, z okazji którego te stworzenia płatają sobie różnego rodzaju psikusy. Następnie krzyczą: „Prima aprilis!” i wszystko sobie wyjaśniają. Z jakichś powodów bardzo głośno się przy tym śmieją. Sprawdziwszy jednak datę wydania owego dziwnego rozporządzenia, Lena, srodze zdumiona, mimo całej żywionej do Ludzi z Nizin sympatii musiała przyznać, że ich minister kultury z całą pewnością zwariował.

– To palant, profesorze – zaśmiewała się w gabinecie Cornerstone’a, parodiując walącą głową o ścianę wytrawną pianistkę, której kazano zmagać się przy jednym instrumencie równocześnie z trójką tępych, całkowicie pozbawionych słuchu i poczucia rytmu uczniów. – I w ogóle po co im aż tylu ministrów? – popukała się palcem w czoło.

– Masz zupełną rację, Księżniczko. Choć ja nie użyłbym tu akurat słowa... ehm... palant.

Ryknęli śmiechem.

– My od zawsze mamy tylko jednego ministra i faktycznie, odkąd jest nim Johny Order, wszystko działa bez zarzutu.

Chichotali nadal. Rektor musiał na chwilę zdjąć okulary, by wytrzeć oczy.

– No właśnie – szare oczy rozbłysły. – Profesorze, czy my nie moglibyśmy ich jakoś...

– Nawet o tym nie myśl – Cornerstone w jednej chwili spoważniał, stanowczo wchodząc wychowance w słowo. – Ich świat, świat Ludzi z Nizin, rządzi się zupełnie innymi prawami. I nawet jeśli nie do końca są one dla nas zrozumiałe, musimy je uszanować. Bo to są ich prawa. Poza tym – zachichotał ponownie – oni najwyraźniej lubią wybierać tych swoich ministrów, premierów, prezydentów. Im częściej, tym bardziej są zachwyceni. Wiesz? Bywa nawet, że funkcję premiera pełnią u nich w jednym roku kolejno dwie lub trzy osoby.

– Dziwni oni jacyś...

– Księżniczko, uwierz mi, to naprawdę fascynujące stworzenia. Spójrz tylko na ich sztukę: malarstwo, muzykę, literaturę, teatr, film...

Niechętnie musiała przyznać opiekunowi rację. Sama przecież tej właśnie sztuki nauczała. Maniacko kolekcjonowała filmy, nieustannie słuchała muzyki... Z powodu nawału zajęć niewiele czasu miała dla siebie. Nadal jednak w wolnych chwilach malowała. I tak nie wiedzieć kiedy mijał słoneczny październik.

Lena szła właśnie przez błonia obładowana materiałami plastycznymi. Pełna świeżych jeszcze wrażeń z podróży, przez całe popołudnie malowała nad brzegiem jeziora. Tuż przed zachodem, poczuwszy chłód, postanowiła na dzisiaj skończyć. Zmierzając w stronę zamku, przystawała co chwila i cieszyła oczy widokami, za którymi podświadomie cały rok tęskniła. Gdy w pysznym blasku udającego się z ociąganiem za horyzont słońca, w oddali dojrzała imponującą burzę poruszanych wiatrem długich, srebrnych włosów, pomachała spontanicznie ręką.

– Hej!

– Dobry wieczór, Księżniczko – rektor szedł w jej kierunku energicznym, sprężystym krokiem, unosząc dla bezpieczeństwa skraj długiej, zamaszystej szaty.

– Cześć, profesorze – dziewczyna roześmiała się radośnie.

– Swędzenie w palcach? – uśmiechnięty Cornerstone wskazał ruchem głowy gruby, kartonowy rulon, który ledwie mieścił jej się pod pachą. – Daj, pomogę ci – wziął go od niej.

– Dzięki. Tak – zaśmiała się znowu.

„Jak ona często się śmieje. Jest taka radosna” – myślał z rozrzewnieniem.

– Od powrotu palce mnie swędzą niemal bez przerwy. Mam w sobie tyle... wrażeń, tyle kolorów, pomysłów, taki power, że... – sapnęła tylko, komicznie spoglądając w niebo. Szare oczy w zarumienionej twarzy aż lśniły z euforii. Niebieskie oczy rektora lśniły radością.

– Odkąd pamiętam, zawsze miałaś power.

Zauważyła, że opiekun przygląda się jej z rosnącą uwagą.

– Profesorze, czy... coś nie tak?

Unosząc komicznie srebrne brwi, podał jej lusterko. Zachichotała, widząc biegnący skosem przez całą niemal długość policzka kolorowy ślad.

– Jak zwykle wkładasz w swoją pracę... eee... całą siebie – podał dziewczynie chusteczkę.

– Wyglądam okropnie – śmiała się, jeszcze bardziej rozmazując smugę. Teraz cały już policzek miała sinoczerwony.

– Wyglądasz jak zwykle...ehm... pięknie. No, może tylko coraz bardziej kolorowo.

Wziął od Leny chusteczkę, starannie złożył na czworo i zbliżył jej do ust jak małej dziewczynce.

– Pluj.

– Tfu!

Znów ryknęli śmiechem.

Bardzo dokładnie przetarł jej policzek. Spojrzał na sinoczerwoną chusteczkę, wzdychając z udawaną rezygnacją.

– A taki byłem do niej przywiązany – komicznie uniósł srebrne brwi. – Dostałem ją od... – zastanowił się. – A wiesz? Nie pamiętam od kogo.

Lena zawyła.

– A pamięta pan, z jakiej okazji? – ledwie mogła mówić.

– Pamiętam! – ucieszył się. – Z okazji urodzin... eee... nie pamiętam których.

Lena dostała czkawki.

– Profesorze – hik! – a pamięta pan, jak profesor Carrot podarował panu te – hik! – śmierdzące kaktusy?

– One jeszcze wtedy nie śmierdziały. Dopiero w nocy... Błeee, a ja myślałem... – znów ryknięcie śmiechem. Stopniowo ich spontaniczna, przerywana co chwila wybuchami nieopanowanej wesołości rozmowa ginęła w rosnących porywach wiatru. Słychać było tylko jakieś oderwane fragmenty: – ...się wtedy rozpłaszczył na ziemi jak dłuuugi! – znów śmiech.

– W tym błocku! – Lena ze śmiechu ponownie dostała czkawki.

– A wściekły... chichichichi... Dustpan o mało mu nie powyrywał nóg z... eee... – rozchichotany Cornerstone po mistrzowsku parodiował woźnego, trzymającego za kark jakiegoś nieszczęśnika. I zmierzali tak w stronę zamku, co chwila wybuchając śmiechem.

Bardzo im tego w ciągu minionego roku brakowało. Najwyraźniej więc postanowili nadrobić zaległości hurtem jednego popołudnia.

– Oooo – jęczała Lena – brzuch mnie już rozbolał.

Cornerstone tylko co chwila ocierał policzki, po których aż na brodę kapały mu łzy.

Tymczasem zaczął siąpić deszcz. Profesor wziął od Leny sztalugi i pudło z kredkami, by mogła okryć peleryną głowę. Deszcz był ciepły, pachnący, a zza chmur uśmiechało się już do nich półgębkiem wielkie, zarumienione słońce. Wracali więc nieśpiesznie, rozkoszując się chwilą. Lenie ani na moment nie zamykała się buzia. Właśnie, co chwila parskając śmiechem, opowiadała jakąś wesołą historyjkę o pobycie w paryskim Luwrze:

– I, profesorze, da pan wiarę? I wtedy oni wszyscy zaczęli w podnieceniu szeptać: „Cud, cud, Święta Magdalena płacze!”. Jakby nie słyszeli przed chwilą jego potężnego kichnięcia! – zaśmiewali się oboje z gapowatego pracownika muzeum, który, wydmuchując nos, uciekł na korytarz, niepomny, że zostawił na świętym obliczu swoje...

– Fuj! – skrzywił się komicznie Cornerstone, a Lena wyła ze śmiechu.

Nie wiedzieć kiedy znaleźli się w jej mieszkaniu. Profesor pomógł dziewczynie wnieść rzeczy do pracowni. Nie przerywając pogodnego monologu, któremu Cornerstone przysłuchiwał się z dawno nie odczuwaną radością, rozplotła wilgotne włosy, by je osuszyć. Z szuflady konsolki wyjęła szczotkę, prezent urodzinowy od Margot. Był to piękny przedmiot. W bogato kutej, srebrnej oprawie osadzono sześć kamieni księżycowych: po jednym dla uczczenia każdego roku życia Leny. Część użytkową wykonano z włosia z ogona srebrnego pegaza.

Pod wpływem impulsu, nie wiedząc czemu to robi, Cornerstone zapytał:

– Pozwolisz?

Jak wieki temu, z uśmiechem podała mu szczotkę. Przez moment czuła się znów małą dziewczynką, która rozczochrana, z radosnym uśmiechem na umorusanej buzi, wróciwszy z jakiejś mrożącej krew w żyłach konnej wyprawy z Mildem, stawała przed Cornerstone’em. A profesor z udawanym niezadowoleniem mruczał:

– Muszę przywołać do porządku tego bałwana, zanim pozwoli, by jakiś wstrętne, drapieżne ptaszysko porwało moją małą Księżniczkę! A ty, młoda damo, naucz się, że księżniczki nie włóczą się po Grającej Puszczy! – i brał się za doprowadzanie jej wyglądu do porządku, rozczesując tą właśnie szczotką jej jasne loki.

Uśmiechnęła się do dawno minionych chwil...

Jego dotyk nie był jednak taki jak dawniej. Ostrożnie, niemal z czcią dzielił długie, lekko wilgotne włosy na cienkie pasma. Czesał każde z nich bez pośpiechu, a każdy gest graniczył z pieszczotą. Wstrzymała oddech, nie mając odwagi spojrzeć w lustro, by nie dostrzegł wyrazu jej twarzy. Nie padło żadne słowo. W absolutnym milczeniu ofiarowywali sobie wzajemnie ten rytuał, będący dla obojga źródłem nieznanej dotąd, dziwnie niepokojącej radości. Poczucia... nieuchronności? Bo choć właściwie nie wydarzyło się nic, wiedzieli, że oto przekroczyli jakąś granicę. I nie odczuwali z tego powodu najmniejszego wzajemnego skrępowania, skupieni bez reszty na tym szczególnym akcie bliskości...

– Obawiam się, że powinienem już iść – głos starego nauczyciela brzmiał bardzo miękko. Czuł, że chwilę później jeszcze trudniej będzie mu odejść.

– Tak, powinien pan...

Łagodnie zwróciła się twarzą do niego. A gdy odkładał szczotkę, uniosła ku niemu dziwnie jasne, szare oczy.

– Profesorze...

– Co, Księżniczko?

– Tak mi żal, że nie jestem już dzieckiem... – powiedziała to cicho i jakoś... smutno.

Poczuł dreszcz na karku: „Co miała na myśli?”. I jak wieki temu, gdy objaśniał jej świat, znów próbował tłumaczyć – tym razem bardziej sobie niż jej:

– Bycie dorosłym ma oczywiście swoje dobre strony. Ale... wspomnienie dzieciństwa wiąże się z odczuwaniem straty, mam rację?

– Zawsze miał pan rację – uśmiechnęli się oboje.

– I mnie żal twojego dzieciństwa, Księżniczko – westchnął. – Wszystko było wtedy takie... proste. Takie oczywiste. Takie... bezpieczne.

Teraz ona poczuła dreszcz. „O czym on mówi?”.

– Wybacz, ale naprawdę powinienem już iść. – Przetarł dłonią oczy, westchnąwszy, jakby budził się niechętnie ze snu. Pochylił srebrną głowę i ucałował jej dłoń, choć tak pragnął raz jeszcze pogłaskać te włosy... I utulić ją, tak jak wieki temu utulał małą dziewczynkę, oddaną mu w opiekę. – Dobranoc...

– Dobranoc, profesorze – w szarych oczach dostrzegł łzy. I prawie uciekł, by nie dojrzała drżenia warg pod długą brodą. A Lena opadła na fotel. „Co się dzieje? Co się ze mną dzieje?!”.

Cornerstone szedł energicznie długim, ciemnym korytarzem. Myśli w srebrnej głowie dosłownie szalały. „Co ja robię? Co ja jej robię? Mieszam jej w głowie, ja przecież... przecież ja... prawie ją napastowałem!” – myślał przerażony, gdy wtem...

– Kto tu jest? Ach to ty, Michaelu? – w blasku kandelabra pojawiła się szczupła, przystojna twarz, okolona jadowicie granatowymi włosami.

„Że też, do wszystkich diabłów, w tej właśnie chwili musiałem się nadziać akurat na tego pawiana!”.

– Szedłem właśnie do toalety, gdy usłyszałem kroki i...

– I zobaczyłeś mnie wracającego z wieczornej przechadzki. Zauważyłem to. Dobranoc, Bluish.

„Przechadzki. Akurat” – granatowe oczy, patrzące za odchodzącym szybko rektorem, rozbłysły. „Damska część mieszkalna to rzeczywiście idealne miejsce na wieczorną przechadzkę”.

Mijały tygodnie. Drzewa na stokach gór, jak to zwykle w listopadzie, zgubiły już liście. Zaczął się sezon przygotowań do zimowej sesji egzaminacyjnej. Cornerstone wysłał właśnie pilną depeszę do Johny’ego Ordera z niepokojącą wieścią, że pokonany ponad dwadzieścia lat temu Moron zamierza powrócić z wygnania, by zebrać potęgę i ponownie ruszyć na Rose Castle. Zamek był bowiem znienawidzonym gniazdem jedynego wroga Morona: OdwiecznejMiłości, Światła Umysłu i Natchnienia Duszy. Te zaś, podstępnie przez tych z zamku wśród ludzi krzewione, stawały się coraz większym zagrożeniem jego potęgi. Michael Cornerstone otrzymał wiadomość zaledwie wczoraj. Nosiła co prawda bardzo nikłe znamiona prawdopodobieństwa, jednak stary, doświadczony i bardzo mądry nauczyciel nigdy nie lekceważył żadnej informacji. Zwłaszcza jeśli mogłaby ona dotyczyć bezpieczeństwa ludzi i jego ukochanej uczelni. Zbyt dobrze pamiętał, do czego doprowadzało wielokrotne już lekceważenie potęgi Morona przez poprzednie Władze Najwyższego Szczebla.

„Na szczęście na razie to tylko niesprawdzone przypuszczenia”. Cornerstone postanowił to jednak zbadać.

Uwadze studentów i nauczycieli, a zwłaszcza Leny, nie umknęła zatem częsta nieobecność rektora w zamku.

– Stan, nie widziałeś gdzieś Cornerstone’a? – zaczepiła pewnego dnia nauczyciela hipnozy.

– Dał mi to tłumaczenie, ale część tekstu jest tak nieczytelna... Jakby... zniszczona jakąś substancją? Wyżarta? Wypalona? – wzruszyła ramionami. – Myślałam, że może on...

Bluish pokręcił głową.

– Rektora nie ma. Wróci w środę.

– Kurczę...

– Jeżeli chcesz, pokaż mi ten tekst. Może będę umiał ci go...

– Nie, dzięki, Stan – stanowczo pokręciła głową. – Cornerstone wyraźnie powiedział, że mam to zrobić samodzielnie – rozłożyła ręce z uśmiechem. – I tego będę się trzymać.

Hipnotyzer przyglądał się dziewczynie z szacunkiem. Przez tyle lat ani na moment nie przyszło jej nawet do głowy, by złamać jakikolwiek nakaz czy zakaz opiekuna. Nie żeby była aniołkiem. Ooo, co to, to nie. Wręcz przeciwnie. Jako dziecko płatała różne figle, niekiedy wywracając spokojne życie Cornerstone’a do góry nogami.

„A swoją drogą ten samotny stary ramol rozpuszczał ją do granic możliwości” – zachichotał w duchu. Nigdy jednak nie zawiodła zaufania, jakie pokładał w niej Michael. Zawsze wierna jego naukom i ideom, gotowa była stanąć przy swoim mistrzu ramię w ramię, choćby przyszło im walczyć z całym światem... „A może jeszcze dojść do walki...” – Bluish wspomniał powód nieobecności Cornerstone’a.

Do dziś nie miał pojęcia, jakim cudem ten niesamowity człowiek ponad dwadzieścia lat temu przeżył, cudownie się odrodził, czy diabli wiedzą co. Dotąd nie był o tym uprzejmy jego, Stana Bluisha, poinformować. Jego, który przecież stał przy nim właśnie wtedy, na Szczycie... Który na własne oczy widział, jak Cornerstone stacza się w Otchłań. Rozjarzył się wtedy jakimś dziwnym, srebrzystym blaskiem i znikł. Znaleziono potem jego szczątki na dnie przepaści...

Od tamtej pory (a konkretnie od momentu, kiedy dużo wcześniej uroczyście i z honorami pogrzebany rektor stanął sobie jak gdyby nigdy nic w drzwiach refektarza i życzliwie patrząc tymi cholernie rozmigotanymi niebieskimi oczami, powiedział: „Dzień dobry wszystkim”) ich dotychczasowa wzajemna sympatia przerodziła się w głęboką przyjaźń. Darzyli się bezgranicznym zaufaniem. Dlatego o ostatnich powodach niepokoju rektora wiedział obecnie Bluish i tylko on. Czekał na jego powrót jeszcze bardziej niż rozgorączkowana Lena. Wiedział, że natychmiast, gdy tylko w oknach pięknego gabinetu rozbłyśnie światło, on, Stan Bluish, uzyska bardziej lub mniej niepokojącą wiedzę wprost z pierwszej ręki...

– Mam nadzieję, że to jednak tylko plotki – mruknął posępnie, mrużąc granatowe oczy. Odpłynął myślami tak daleko, że na śmierć zapomniał o stojącej tuż obok rozmówczyni.

– Stan...? Czy dzieje się coś, o czym powinnam...

– Powinnaś posiedzieć nad tym tekstem. No już, zmykaj.

***

Wydarzenia codzienne pozwoliły naszym bohaterom nie tyle zapomnieć o pewnym niepokojącym incydencie z udziałem srebrnej szczotki do włosów, ile całkowicie odwróciły od niego uwagę. Codzienność była zbyt pochłaniająca.

Lena żyła swoją pracą i swoją twórczością. No i miała na głowie to piekielne tłumaczenie, które okazało się naprawdę bardzo trudne. („Chyba przecenia moje możliwości”).

Niekiedy tylko nawiedzały ją wspomnienia tamtego wieczoru, tak jednak odległe i nierzeczywiste, że z czasem przestała sobie nimi zaprzątać uwagę. No i był Everard...

Everarda McKinleya poznała, zerwawszy kiedyś wyjątkowo drażniącą próbę z kwartetem smyczkowym. Należy wyjaśnić, że nauczyciel matematyki i kompozytor, profesor Dainty, prowadził szkolny chór i dużą orkiestrę. Lena natomiast w ramach nowych obowiązków dostała pod swoją batutę zespół kameralny, składający się zresztą z naprawdę świetnych muzyków. Miał tylko jedną wadę. Altowiolistę. Nie żeby był kiepski. Wręcz przeciwnie. Biegły i wrażliwy muzyk. Profesjonalista w każdym calu. Dopóki grał. Niestety, gdy tylko przestawał grać, natychmiast zaczynał mówić. Dużo i głośno. Miał swój leitmotiv.

– Sztuka Ludzi z Nizin? Świat schodzi na psy! – dowodził każdemu, kto chciał go słuchać, czyli samemu sobie. – Jak tak dalej pójdzie, stary Cornerstone niedługo zatrudni jakiegoś w Akademii! A potem Żyda! O! I może jeszcze komunistę? Bo oni wszyscy tam, na Nizinach, to komuniści! Albo Żydzi! Wszyscy! Ja wyślę pismo do ministra! Niech z tym zrobi porządek! O, światły Konfucjuszu, miej nas w opiece!

Sam jednocześnie w wolnych chwilach z upodobaniem słuchał jednej tylko, nizinnej właśnie, stacji radiowej. Akurat z Konfucjuszem niewiele mającej wspólnego. Na imię miał Angello. Dziwnym trafem Lena jakoś nigdy nie zdołała zapamiętać jego nazwiska. Może nie bardzo się starała? Mówiła o nim Kierownik, bo faktycznie – jako najlepszy w zespole muzyk – pełnił wewnętrznie tę funkcję. Zastępował Lenę, gdy z jakichś powodów nie mogła być na próbie. Gdyby nie to, już dawno by go wylała. Nie lubiła polityki, niemającej ze sztuką nic wspólnego. I nie mogła znieść, gdy ktokolwiek ośmielał się w jej obecności krytykować osobę Cornerstone’a. Po którejś zatem z kolei wypowiedzi altowiolisty trzymająca dotąd nerwy na wodzy Lena zamknęła z hukiem partyturę i – gniewnie zamiatając długimi, jasnymi włosami – opuściła salę prób. Nadal wzburzona, zmierzała właśnie w kierunku błękitnej tafli Śpiewającego Jeziora. Szum fal zawsze koił jej nerwy. Nie miała ochoty na towarzystwo, słysząc więc za plecami zbliżające się energicznie kroki, odwróciła się zniecierpliwiona.

– Witam piękną koleżankę!

Rozpoznała tego śmiesznego, nadętego faceta, który siedział przy stole nauczycielskim zawsze obok Fedelmy Stanton. Zawsze przesadnie elegancko ubrany i ufryzowany. – Jeszcze nas sobie nie przedstawiono – zbliżył się z wyciągniętą, starannie wypielęgnowaną dłonią. – Everard McKinley, od roku nauczyciel gimnastyki... ehm... synchronicznej. Z elementami błyskawicznych uników – dodał szybko, ze znaczącym uśmiechem.

Na błyskawiczny unik, z racji osoby altowiolisty, Lena nieraz miała ochotę. Niekoniecznie jednak synchroniczny. „A już zwłaszcza nie w synchro z tym wypielęgnowanym pajacem” – pomyślała rozdrażniona. Odebrała jednak z rąk Cornerstone’a bardzo staranne wychowanie, wyciągnęła więc rękę:

– Witaj, Everardzie. Lena Claivenrow – uścisnęli sobie dłonie.

– Szedłem właśnie nad jezioro. Widzę, że najwyraźniej zmierzamy w tę samą stronę. Może mógłbym ci towarzyszyć? – już ujmował jej łokieć.

I tak jakoś zaczęli sobie towarzyszyć coraz częściej.

Rozterki rektora

Zawalona pracą profesor Claivenrow dopiero w którąś niedzielę znalazła czas na wizytę w uwielbianym przez nią przestronnym apartamencie, usytuowanym na czwartym piętrze zamku, od strony dziedzińca wewnętrznego.

Puk, puk...

– Tony, mogę wejść?

– Momencik, już otwieram.

Drzwi uchyliły się z jękiem zawiasów.

– O, to ty, Księżniczko – bursztynowe oczy rozbłysły radością. – Wejdź, wejdź – już się krzątał, zaparzając kawę. – Tak sobie nieraz myślałem, kiedy mnie odwiedzi moja dawna ulubiona studentka – sapał, szczęśliwy i wyraźnie wzruszony.

Profesor filozofii przyrody i – mimo podeszłego wieku – wciąż jeszcze zawodowo czynny instruktor konnej jazdy był wysoki i chudy. Obficie wytatuowany, z rozrośniętą na wszystkie strony zaniedbaną, szpakowatą brodą, okalającą łysą jak kolano głowę, przypominał wysłużonego mopa. Łagodny jak gołąb, z byle powodu wzruszał się do łez w wiecznie wilgotnych oczach. Podobnie jak Cornerstone nazywał Lenę Księżniczką i jak on rozpieszczał i rozpuszczał niegdyś małą dziewczynkę do granic możliwości.

– I jak tam w nowej pracy? – z uśmiechem podał jej antyczną filiżankę zdobioną wzorem cebulowym.

– Dzięki – przyjęła z wdzięcznością kawę. – Tak się cieszę, że wróciłam, Tony. Nie wiesz nawet, jak tęskniłam do tego miejsca. Do ciebie, Margot, Cor... Cornerstone’a – zająknęła się wbrew woli. Kędzierzawa broda zatrzęsła się nieznacznie.

– Cornerstone niejedno widział i przeżył. Ale powiem ci, Księżniczko, tęsknił za tobą jak ten pies, biedaczysko. Nie mówił nic, on na to za twardy w sobie. Ale serce ma miękkie. A już do ciebie... A – machnął ręką, strącając przy tym łyżeczkę. – Szkoda gadać, jak się tu truł i zamartwiał – stękając, schylił się po łyżeczkę i długo polerował ją chustką.

– A... – Lena poczuła gwałtowną potrzebę zmiany tematu – jak twoja stadnina, Tony?

– Chodź – wstał, gwałtownie odsuwając krzesło – pokażę ci coś pięknego. Pegaza – dodał szeptem z tajemniczym błyskiem w oczach. Wyszli na zewnątrz.

– Młody, niewyrośnięty, nie lata jeszcze – kontynuował ciepło staruszek już na korytarzu.

– Skrzydła pegaza...

– Ależ profesorze, coś tam jeszcze pamiętam z lekcji poezji i plastyki – dygnęła już w hallu z miną grzecznej uczennicy. I zaśmiewali się oboje, idąc przez łąki i snując wspomnienia.

Aż doszli do padoku, na którym pasł się skrzydlaty koń.

Patrzyła jak urzeczona na cudne zwierzę. Przypominał wyrośniętego kucyka. Był srebrzysty i... taki delikatny. Spojrzał na nią ogromnymi oczami i wolno, bardzo wolno, podszedł. Obwąchał ją ostrożnie i trącając nosem, włożył głowę pod jej dłoń, jakby domagając się pieszczoty. Mild patrzył na tę scenę oniemiały.

– Pierwszy raz... – szeptał, z niedowierzaniem kręcąc głową. – Pierwszy raz coś takiego... Bo widzisz, Księżniczko, on zawsze był bardzo nieśmiały... Żeby tak sam z siebie do kogoś szedł – nadal kręcił głową z niedowierzaniem – tego jeszcze nigdy nie widziałem... – patrzył na Lenę z podziwem i szacunkiem w bursztynowych oczach.

Lena niemal bezwiednie pieściła dłonią kark tulącego się do niej zwierzęcia.

Myślami odbiegła w przeszłość...

Wstęp do Grającej Puszczy był od pewnego czasu oficjalnie zakazany.

Puszcza była kiedyś całkiem, ale to całkiem zwyczajnym lasem. Może tylko większym, starszym i bardziej gęstym niż większość europejskich lasów.

Znany z ekscentrycznych pomysłów Cornerstone zamówił w 1907 roku u przebywającego wówczas gościnnie w Rose Castle znakomitego malarza, Celnika Rousseau, obraz. Należy nadmienić, że to właśnie profesor, człowiek o niezwykłej wrażliwości i intuicji, odkrył w Rousseau geniusza. Rozradowany malarz podarował swojemu dobroczyńcy ogromny (sto sześćdziesiąt dziewięć na sto osiemdziesiąt dziewięć i pół centymetra) olej na płótnie, zatytułowany „Lacharmeuse de Serpens”. Zachwycony rektor godzinami przesiadywał wpatrzony w ogromne płótno, zapominając o całym, ale to całym świecie.

– To wprost niewiarygodne... – nie mógł wyjść z podziwu. – Ten obraz działa jak hipnoza...

Uznawszy w końcu, że tej klasy dzieło sztuki należy się światu, wielkodusznie podarował je Musee d’Orsay. Zanim to jednak zrobił, długo, bardzo długo mamrotał coś pod nosem w nieopisanym skupieniu. Nikt nie wie, co to były za słowa.

Od tego pamiętnego dnia jednak las Rose Town zamienił się w puszczę z obrazu Rousseau. Cornerstone z jakichś, sobie tylko znanych powodów ochrzcił ją mianem Grającej Puszczy.

– Ależ mój drogi, z pewnością masz halucynacje po tej swojej herbacie z wkładem. Przejdź na wodę mineralną – uśmiechał się pod wąsem, uspokajająco klepiąc rozdygotane plecy Milda, który, wróciwszy pewnego dnia z lasu, stanął przed obliczem rektora i ledwie mógł mówić.

– Tttto jakieś czary, czy co? Niech liśćmi porosnę! – szczękał zębami.

Grająca Puszcza była bowiem miejscem budzącym grozę. Pełnym tajemnic. Śmiałek, który mimo zakazu rektora zapuścił się w jej ostępy, w jednej chwili tracił rezon. A jednak... marzył, by tam wrócić. Jeszcze raz... I kolejny... Brakowało mu niestety odwagi. I tylko w snach błądził w gąszczu nieprzebytym...

Było to przedziwnie bajeczne skrzyżowanie trzeciorzędowego lasu z legendarnym Celidonem i puszczą tropikalną. Zaraz po przekroczeniu pierwszej linii drzew zapadało się w duszną ciemność. Roślinność była tak gęsta, że nie docierał tu najmniejszy bodaj promień słońca.

Mała Lena, jak już wspomnieliśmy, aniołkiem nie była. Wpatrzona w swojego opiekuna jak w obraz, szanowała jednak jego zakazy i nakazy. Ale pewnego dnia, biegnąc za piłką, która potoczyła się aż za pierwszą linię drzew, znalazła się nagle w zupełnym mroku... Poczuła niepokojący dreszcz. Była odważną dziewczynką, nigdy jednak nie lubiła ciemności. Niezwykle bujna wyobraźnia podsuwała jej wówczas czające się w mroku, niesamowite, absurdalne w swej grozie obrazy. Mała Lena rozglądała się trwożnie, czując na ciele gęsią skórkę.

„W takiej ciemności nawet najbardziej pluszowa przytulanka może stać się potworem” – ponownie zadrżała, gdy wtem w nadnaturalnie wielkiej i gęstej kępie orchidei coś nagle rozbłysło...

Oczy?

Rzuciła się biegiem na oślep. Z trudem łapiąc oddech, brnęła przez jadowicie kłujące, tryskające jakimś wonnym sokiem chaszcze, raniąc dłonie i stopy. W biegu zgubiła buciki. Grube pnącza chłostały pobladłą buzię oszalałej ze strachu dziewczynki, chwytały jej ramiona i włosy, szarpały ubranie... Nie wiedziała, w którą stronę biegnie. Nie miała pojęcia, jak trafić do zamku... Małe serduszko tłukło się jak serce ściganego ptaka... Było tak ciemno... Jednak po kilku chwilach zdyszana Lena dostrzegła jakieś źródło światła.

I jeszcze jedno. I kolejne... Rozglądając się dokoła z nieopisanym przerażeniem, widziała coraz więcej paroczu.Pozbawionych twarzy. Oczu wpatrujących się w jej szare oczy z takim natężeniem... Takich złowrogich... Usłyszała makabrycznie zwielokrotniony echem śmiech...

– Profesorze... – łkała. – Profesorze... Ja chcę do domu... Ratuj...

Stała z zaciśniętymi powiekami. Sparaliżowana strachem. Instynktownie, jakby podświadomie broniąc się przed szaleństwem, które już, już niemal ją ogarniało, przywołała w myślach obraz tej jedynej twarzy, okolonej srebrnym zarostem. I tych jedynych, dobrych, mądrych, rozmigotanych, niebieskich oczu. Oczu patrzących na nią z miłością. Dodających otuchy.

I poczuła nagle, że tonie w tych oczach...

Cornerstone przemierzał właśnie gabinet od ściany do ściany. Czuł narastający niepokój. Jeszcze pół godziny temu, wyglądając przez okno komnaty, widział maleńką postać w lawendowej sukieneczce, pędzącą w podskokach za piłką. Tylko na kilkanaście minut usiadł przy biurku, by skończyć zaczęty wczoraj artykuł. Gdy ponownie wyjrzał przez okno, Księżniczki nie było już na błoniach...

– Dziecino, co się dzieje? – przygryzał wąsy. W tym momencie coś kazało mu odwrócić się w stronę drzwi. Spojrzał i skamieniał.

Wzamkniętych drzwiach stał pegaz, a na jego srebrzystym grzbiecie, między skrzydłami, siedziała ona. Lena. Trzęsła się ze strachu. Szare oczy były wielkie jak spodki i pełne łez.

– Profesorze... Profesorze... Ja chcę do domu... Ratuj... – postać wyciągała ku niemu małe, drżące rączki. – Jestem w... w puszczy... – i znikła.

Zamknął oczy, próbując się opanować. Serce waliło mu jak oszalałe. Stężał w nadludzkim skupieniu i... już po chwili, w lesie, tulił rozdygotaną Lenę, głaszcząc uspokajająco jasne włosy.

– Dziecino – szeptał. – Jestem tu... Jesteś już bezpieczna...

Wtulała się całą sobą w jego cyprysami pachnącą brodę. Brodę, która od zawsze kojarzyła się jej z niczym niezmąconym, dziecięcym poczuciem bezpieczeństwa.

– Dziękuję, czarodzieju... – chlipała. Często nazywała go właśnie tak. Był dla niej uosobieniem nadludzkiej mocy, siły.

Ułożywszy Księżniczkę w fotelu i otuliwszy kocem (w drodze powrotnej do zamku usnęła mu na rękach), Cornerstone nadal niespokojnie krążył po gabinecie.

„Dlaczego polazła sama do lasu?” – myślał, szarpiąc wąsy. Nie będzie na nią krzyczał, to przecież jasne, ale muszą o tym jutro porozmawiać.

„Ona musi zrozumieć...”.

Jeszcze bardziej intensywnie myślał o czymś zupełnie innym. O pojawieniu się Leny w jego gabinecie, gdy tak naprawdę dziewczynka, skrajnie przerażona, uwięziona była w puszczy...

„Czyżby ona również?...”.

Koniecznie musi to sprawdzić.

– Skupiłaś się? Oczyściłaś umysł? – pytał następnego dnia wychowankę, udzieliwszy jej przedtem niezbędnych instrukcji. Kiwnęła jasną główką, do granic możliwości skupiona.

Zamknęła oczy. Napięła się. I... już za pierwszym razem pojawiła się równocześnie w drugim końcu klasy, galopując na grzbiecie srebrnego pegaza.

– Widział pan? Profesorze, widział pan? Udało mi się! Za pierwszym razem! – spojrzała radośnie na swojego mistrza. W niebieskich oczach ujrzała jednak dziwny błysk. Zdumienia? Zaniepokojenia? Stary nauczyciel błyskawicznie się zreflektował i entuzjastycznie zaklaskał w dłonie. Pegaz wraz z dżokejką przegalopował w powietrzu przez całą długość komnaty i rozpłynął się w powietrzu.

– Brawo, Księżniczko!

– Jesteś ze mnie dumny? – podskakiwała podniecona. Jasne loki tańczyły wokół zarumienionej buzi jak sprężynki. – Jesteś ze mnie dumny, profesorze? – podbiegła do ukochanego mistrza, który, kucnąwszy przy niej, przytulił ją serdecznie i mocno.

– To, czy ja jestem dumny, jest dużo, dużo mniej ważne od tego, co ty sama czujesz, Księżniczko – ucałował jej główkę, głaszcząc jasne włosy. – Pamiętaj o tym. Zawsze.

Nie mogła wiedzieć, że, odprowadziwszy ją, nadal podskakującą radośnie, do mieszkania, myślał o czymś bardzo, ale to bardzo długo. Nie były to wesołe myśli.

Od dawna wiedział już, że w małej Lenie coś drzemie... Coś tajemnego... „Kim tak naprawdę jest to dziecko? To samo dobro. Samo światło”. Co do tego mądry stary nauczyciel nie miał najmniejszych wątpliwości. Nigdy nie mylił się w ocenie ludzi. „Co jednak oznacza tak niespotykana moc w umyśle małej, delikatnej dziewczynki? Ten jej dwukrotny wyczyn z bilokacją... Przecież to bardzo zaawansowana sztuka. A Księżniczka dokonała tego bezbłędnie, bez najmniejszego wysiłku już za pierwszym razem. Nie ma jeszcze dziesięciu lat. Nie chodzi jeszcze do szkoły...”. Nawet jemu, Michaelowi Cornerstone, udało się to dopiero w drugiej klasie...

I na dodatek ten pegaz... Co takiego drzemie w tej małej istotce?

Istotka tymczasem dorosła. I przysparzała opiekunowi coraz to nowych powodów do zadziwienia. I do niepokoju...

***

Któregoś dnia o świcie rektor zapukał do jej komnaty. Nad ranem otrzymał wreszcie niecierpliwie oczekiwaną przesyłkę. Była to brakująca część dokumentów dotyczących tego starołacińskiego tekstu, nad tłumaczeniem którego ślęczeli wspólnie od kilku tygodni.

Nie usłyszawszy odpowiedzi, wszedł. Sądził, że dziewczyna maluje w swojej pracowni.

Idąc przez ogromny salon, mijał kolekcję naprawdę dobrych obrazów, których od powrotu Leny przybyło tyle, że na niektórych ścianach brakowało już wolnego miejsca. Bił z nich jakiś szczególny rodzaj magii. Z każdego portretu patrzyły oczy tak żywe, jakby namalowana postać oddychała...

Rektor poczuł nagły powiew wiatru od wschodniego okna komnaty. Spojrzał w tamtą stronę i zamarł. Na balkonie (właściwie była to głęboka, ogromna loggia, podtrzymywana od zewnątrz przez wspaniałe kamienne gargulce) stała Lena. Malowała. Właśnie odeszła nieco od sztalug i przygryzając dolną wargę, patrzyła w skupieniu na jakiś szczegół, który najwyraźniej zamierzała poprawić. Długie włosy, związane byle jak, z jednej strony opadały jej na twarz, dmuchnęła więc niecierpliwie. Wreszcie odgarnęła je, nieposłuszne, zostawiając na policzku ciemnozieloną smugę. Zapomniała o bożym świecie, a tym bardziej nie miała pojęcia o obecności rektora. Stała w lekkim rozkroku, uginając jedno kolano, boso. Najwyraźniej zerwała się o świcie i – widząc znakomite światło (w tej części zamku światło najlepsze było właśnie wczesnym rankiem) – od razu wzięła się do pracy. Tak jak stała. W koszuli nocnej. Uszytej z czegoś tak delikatnego i przeźroczystego, że padające przez nią na wskroś promienie słońca nie pozostawiały zbyt wielkiego pola dla wyobraźni. Prawdę mówiąc, wyobraźnia nie miała tu nic do roboty...

Najciszej jak umiał, Cornerstone wycofał się na korytarz. Nie wiedział, jak i kiedy dotarł do jakiejś fontanny. Wsparty dłońmi o cembrowinę, próbował uspokoić oddech. Zanurzył obie dłonie w cudownie chłodnej wodzie i napił się. Obmył twarz. Napił się znowu. Przysiadł na kamiennej podmurówce i oparł się plecami o zimną ścianę. Drżały mu kolana, a nogi odmawiały posłuszeństwa. Odczuwał grozę. Nie, wcale nie z powodu tego, co zobaczył. Grozę wzbudziła w nim jego własna reakcja na ten widok. Ukrył twarz w dłoniach o pięknych, długich palcach. „Przecież to dziecko, które wychowywałeś od małego jak swoje” – mówił oskarżycielski głos w jego głowie. „Ale nie jest twoje” – mówił inny, niepokojący. „Nie, i co z tego? Jest nietykalna”. I znów ten drugi głos: „Nie jest już dzieckiem. Jest w pełni dojrzałą kobietą i nie oszukuj się, to nie przyszło nagle”.

Uświadomił sobie, że Lena, dorastając pod jego troskliwą opieką, stopniowo roztaczała nad nim nieuchwytną moc. Moc, z jaką tylko kobieta owładnąć może mężczyzną...

„Czyżby przeznaczył mi właśnie ją?”.

Poczuł się zarazem tak oszołomiony i zdruzgotany, że...

– Ta-ta-ta – taaam! – aż podskoczył, usłyszawszy w prawym uchu złowieszczy motyw Piątej Symfonii. Złapał się za serce.

– Przestraszyłeś mnie, Ludwiku – w głosie rektora słychać było delikatną wymówkę.

– Ta-ta-ta – taaam! – usłyszał w lewym uchu.

„Ten bałwan z tym swoim cholernym motywem losu! Chyba zabronię mu wstępu na teren uczelni!”.

Nie całkiem jeszcze przytomny profesor dopiero po chwili zauważył półprzeźroczystą postać wiszącego nad nim w powietrzu Ludwiga van Beethovena, który wymownie wskazywał dłonią ucho:

– Nie słyszałem, co pan powiedział.

– Powiedziałem, że mnie przestraszyłeś – powtórzył głośniej Cornerstone.

– Dziękuję, nie używam. Dobrze się pan czuje, profesorze? – spytał kompozytor z troską. – Wygląda pan, jakby zobaczył ducha.

***

– Przecież widzę, że coś cię z samego rana wytrąciło z równowagi. I to nieźle.

Hipnotyzer wodził wzrokiem za przechadzającym się tam i z powrotem po gabinecie rektorem. Cornerstone zatrzymał się wreszcie przy okiennej niszy. Z rękami założonymi do tyłu, z wzrokiem wlepionym w dalekie zarysy tafli Śpiewającego Jeziora... Nie zdradzał najmniejszej ochoty na rozmowę. Co zresztą miałby powiedzieć? Bo chyba nie to, że on, Michael Cornerstone, o którym przecież powszechnie wiedziano, że jest niereformowalnym, zatwardziałym kawalerem, niemal stracił przytomność na widok półnagiej kobiety?!

– Wybacz, Stan ale to... ehm... prywatna sprawa.

– Wiesz co, Cornerstone? Gdybym cię nie znał aż tak dobrze, wysnułbym przypuszczenie, że twój... eee... niecodzienny stan ma związek z płcią przeciwną.

Cornerstone głośno zaczerpnął powietrza. Bluish skwitował to uniesieniem brwi.

– Michaelu, zaufaj mi. Akurat na tych sprawach znam się lepiej od ciebie.

Nie do końca wiedząc dlaczego, rektor zaczął mówić. Być może w nadziei, że pomoże mu to uporządkować myśli? Spojrzeć na wszystko z dystansu? Nadal odczuwał grozę.

Jego relacja nie zrobiła jednak na Stanie szczególnego wrażenia.

– Zobaczyłeś ładny kawałek kobiecego ciała i zareagowałeś wreszcie jak stuprocentowy mężczyzna. Nadal nie rozumiem, co w tym dziwnego, a tym bardziej niestosownego.

– A to – Cornerstone odwrócił się gwałtownie od okna i Bluish zobaczył rozpacz w niebieskich oczach – a to, że... że tą kobietą była... Lena – dokończył dramatycznie.

Stan gwizdnął cicho.

– Nnno tak. To... eee... rzeczywiście nieco komplikuje sprawę.

Milczenie.

– Chociaż z drugiej strony... może w ogóle nie ma żadnej sprawy?

– Co masz na myśli, Stan?

– To, że jesteśmy dorośli. W końcu każdy mężczyzna ma prawo poczuć chwilowy... ehm... pociąg do kobiety, niezależnie od tego, kim ona jest. Nic w tym złego ani sprzecznego z naturą. Gdybym zadręczał się za każdym razem, gdy mnie to spotyka, już dawno popadłbym w paranoję.

– Nie rozumiesz, Stan – rektor skrzywił się niecierpliwie. – To coś więcej niż... niż... jak mówisz... pociąg. Och, cóż to za prostackie słowo! Nigdy dotąd nie dopuszczałem do siebie takich myśli. Tej... prawdy. A ona we mnie żyła. Nie w ciele – dodał niecierpliwie. – To byłoby zbyt, daruj, prymitywne. Żyła w duszy. W sercu. To dziecko to jedyna istota ludzka, którą miałem tylko dla siebie.

– Dopóki była dzieckiem – mruknął Bluish.

Cornerstone tylko machnął ręką. Niebieskie oczy patrzyły w przestrzeń.

– Byliśmy dla siebie całym światem. Księżniczka i ja. Była promykiem w moim życiu. Kiedy wyjechała... – nieświadomie nerwowo obracał pierścień na palcu. – Myślałem... miałem nadzieję, że tęsknię za córką... Ale po jakimś czasie... Panowałem nad tymi myślami. W dzień. Ale po każdym dniu przychodziła noc. A z nocą sen. A we śnie... Nie, jesteś naprawdę niemożliwy! – spojrzał gniewnie na Bluisha, który dusił się ze śmiechu. – Mylisz się. Nawet we śnie nigdy nie zbliżyłem się do niej inaczej, niż pozwalałaby na to nasza relacja opiekun – wychowanka.

Poczuł nagłe uderzenie gorąca na wspomnienie długich, lekko wilgotnych włosów Leny.

– Nigdy nie przekroczyłem granicy – rozpaczliwie próbował zaprzeczyć sam sobie. – Nigdy – powtórzył cicho i tak jakoś bezradnie, że Stan spoważniał.

– A... wybacz... ehm... szczerość, Michaelu... Nie wydaje ci się, że ty ją w takim razie po prostu... kochasz?

– Po prostu?! A co w tym jest prostego?! Chyba tylko to, że ja – mówił z goryczą – stary dureń, kocham, tak, Stan, kocham kobietę, która jest całkowicie poza moim zasięgiem...

– Nie dramatyzuj, Cornerstone – Bluish rozlał whisky do dwóch szklanek, jedną z nich podając przyjacielowi. – Masz, to ci dobrze zrobi.

Drugą, krzywiąc się niemiłosiernie, opróżnił jednym haustem.

***

Godzinę później przy śniadaniu Lena, nieświadoma burzy, jaką wywołała, serdecznie dotknęła przez stół dłoni Cornerstone’a.

– Profesorze, czy mogę prosić o dżem pomarańczowy?

Dłoń pod jej palcami zesztywniała. Cofnął ją tak gwałtownie, że pierścień z zielonym onyksem zadzwonił o talerz.

„Co, u licha? Uraziłam go?”.

Poczuł za sprawą tego dotyku mrowienie w całym ciele, a włoski na dłoni stanęły mu dęba.

„Opanuj się, stary pierniku” – skarcił się w myślach, widząc pełne wyrzutu i zaskoczenia oczy Leny. Z najwyższym trudem przywołując na twarz zwykły dobrotliwy uśmiech, podał jej dżem:

– Leno, jak się masz? Dawno cię... eee... nie widziałem.

Bluish parsknął w swoją owsiankę i – niemal biegiem, otrzepując szatę – wypadł z refektarza, ścigany zaciekawionymi spojrzeniami studentów. Na korytarzu, zgięty wpół, ocierając łzy, rechotał:

– Cornerstone, ty sieroto! – bił się otwartymi dłońmi po udach. – Ty niepoprawny, kochany, stary durniu!

***

Tymczasem zbliżały się święta. Całą okolicę otulił śnieg. Rose Castle tonął w bożonarodzeniowych dekoracjach. Kilkanaście pachnących choinek jak co roku stanęło już w hallu, refektarzu i auli. Młodsi studenci wieszali na nich właśnie złociste i srebrne bombki. Z kuchni dobiegały oszałamiające zapachy: kucharze prześcigali się w przyrządzaniu najbardziej wymyślnych potraw.

Zaczęły się ferie świąteczne. Ci studenci, którzy zostali na święta w akademiku, mnóstwo czasu spędzali na dworze, jeżdżąc na nartach. Dziewczęta przesiadywały w salonach lub grupkami snuły się korytarzami, szepcząc zarumienione i chichocząc co chwila. I nawet wśród mieszkających w zamku duchów wyczuwało się radosne podniecenie: zbliżał się bal sylwestrowy.

Kolejny powód, dla którego Michael Cornerstone stawał się z dnia na dzień coraz bardziej rozdrażniony.

– Co się z nim dzieje? – szeptali zaniepokojeni nauczyciele.

– Nigdy się tak nie zachowywał – profesor Dumpy mruczał z dezaprobatą, widząc, że Cornerstone nieoczekiwanie ostro beszta jakiegoś czwartoroczniaka za odpalenie na korytarzu diabełka. – Czyżby starość nawet jego w końcu dopadła?

– Jego? – prychnął drwiąco Bluish, jedyny, który znał powód niecodziennego stanu rektora. – Zapewniam cię, Soames, nastrój Cornerstone’a nie wynika ze starości. Wręcz przeciwnie – granatowe oczy rozbłysły. – Uwierz mi, ma w sobie... ehm... wigor, którego my dwaj razem wzięci możemy mu pozazdrościć.

– Doprawdy, nigdy nie rozumiałem twojego poczucia humoru, Stan – skrzywił się Dumpy, wkładając do ust maleńki koreczek śledziowy na wykałaczce. Zawsze miał na podorędziu talerzyk z wonnymi koreczkami anchois.

– Bo masz sadło zamiast mózgu – lekceważąco machnął dłonią hipnotyzer.

– No nie, doprawdy! – nalana twarz grubasa przybrała barwę karmazynu, gdy z oburzeniem prychał w sumiaste wąsy. Nagle oko mu błysnęło. – Halo, panno Danby, co by pani powiedziała na małą przechadzkę? Taki piękny dzień... – stopniowo głos nauczyciela estetyki tonął w ogólnym gwarze.

Stan, obserwując, jak spocony grubas prowadzi za łokieć niezbyt z tego zadowoloną studentkę, mruknął z niechętnym uznaniem:

– Ten to ma niespożytą energię. Ciekaw jestem, czy od tych śledzi, które tak nałogowo wcina...

Chwilę później kątem oka dostrzegł wychodzącą z sali za gromadką studentów Lenę.

– Witam piękne ciało pedagogiczne – podchodząc do niej rzekł jedwabiście.

– Kiedy zmienisz kolor włosów na czerwony? – trzepnęła go przyjaźnie w ramię zwiniętym w rulon arkuszem kartonu.

– Jak Cornerstone się ożeni – niemal natychmiast zakrył dłonią usta, komicznie wytrzeszczając granatowe oczy. Pojął, że biorąc pod uwagę stan, w jakim najwyraźniej znajduje się zwierzchnik, nie powinien tak lekko składać deklaracji. Zwłaszcza, że bardzo lubił swój kolor włosów i wcale, ale to wcale nie miał ochoty go zmieniać. Tym bardziej na czerwony.

– Bardzo śmieszne. Z kim idziesz na bal, Stan?

– Z dużą podwójną whisky, jak zwykle.

Zaśmiała się.

– Jesteś niemożliwy, ale lubię twój czarny humor.

– A ty? Otwierasz bal jak zwykle z rektorem, ale potem? Jesteś wolna, czy Everard już cię zaanektował?

– A daj ty mi spokój z Everardem.

– Sądziłem, że jesteś nim zainteresowana – granatowe oczy błysnęły badawczo.

– Tym smarkaczem?!

– O co ci chodzi? Jest w twoim wieku, no i, niechętnie przyznam, na swój sposób przystojny. I jak zauważyłem, nie odrywa od ciebie oczu.

– No właśnie – sapnęła komicznie, spoglądając w sufit. – Prześladuje mnie to jego cielęce spojrzenie. Nic tylko patrzy i namawia mnie na gimnastykę.

Należy nadmienić, że profesor Claivenrow gimnastyki jako takiej nie uznawała. Była wysportowana, jednak uprawiała wyłącznie konną jazdę i wschodnie sztuki walki. Sztukę samoobrony opanowała do perfekcji.

– A co chciałabyś, żeby robił? – granatowe oczy zwęziły się ironicznie, a kącik ust uniósł się w drwiącym grymasie.

– Och, wiesz co mam na myśli. Po prostu... nie mamy wspólnych tematów – wzruszyła lekceważąco ramionami. – Co z tego, że jest przystojny? Której kobiecie to wystarczy? Jeśli dwoje ludzi naprawdę coś łączy, mają sobie mnóstwo do powiedzenia – jej głos nabrał pasji, szare oczy błyszczały. – Chodzi o dzielenie się przemyśleniami, wzajemną inspirację. Taki na przykład Corners... – urwała, speszona. – Wiesz... eee... obawiam się, że mam nagłą próbę kwartetu – i nie zważając na osłupienie hipnotyzera, oddaliła się prawie biegiem.

To naturalne, że często wspominała niekończące się rozmowy, twórcze dyskusje, a nawet merytoryczne spory z Cornerstone’em. Dotychczas jednak nie miała pojęcia, że każdego mężczyznę podświadomie porównuje właśnie z nim. A teraz wie o tym i ona, i – niestety – również Bluish! Marzyła, by zapaść się pod ziemię.

Tymczasem osłupienie w granatowych oczach stopniowo ustępowało zrozumieniu i rozbawieniu.

„Chapeau bas, Cornerstone!” – Bluish z sadystyczną satysfakcją analizował zachowanie Leny. „Tak ustawić poprzeczkę, żeby żaden śmiertelnik jej nie przeskoczył, no, no” – kręcił głową z mieszaniną niedowierzania i uznania. Wtem uczuł dziwny niepokój. „Żaden śmiertelnik...”

Noc...

Szczyt Odwagi...

Upiorne zawodzenie Gwyllion...

Ostatnie spojrzenie Cornerstone’a...

I to coś, coś srebrnego, co na moment przesłoniło staczającą się w czarną otchłań, bezbronną postać...

– Brr... – wzdrygnął się. Wcale nie z powodu zimna. Lubił zimno.

***

– O nie, Michaelu. Zatańczysz z nią jak co roku.

– Stan, zrozum, nie mogę. Nie tym razem.

– A niby dlaczego?

– Ludzie zaczną gadać – rektor przygryzł wąsy. – Już i tak czegoś się chyba domyślają – dokończył szybko.

– Czyżby? A czy twój wielce uczony mózg nawiedziła myśl, że naprawdę gadać zaczną dopiero wtedy, gdy z nią nie zatańczysz? Co roku otwierałeś bal sylwestrowy w pierwszej parze ze swą wychowanką, odkąd ukończyła osiemnaście lat. To stało się już tradycją.

– Och nie dręcz mnie, Stan! Nie mogę. Nie zatańczę z nią i już. Koniec, kropka. Nie będę tego z tobą negocjował – wzburzony, szybkim krokiem przemierzał gabinet od okna do drzwi i z powrotem już blisko dziesięć minut. – Zrozum człowieku: obawiam się ją dotknąć. Obawiam się spojrzeć jej z bliska w oczy. Obawiam się, że odczyta moje myśli. Runie cały jej bezpieczny świat. Przecież zawsze byłem dla niej jak ojciec – w głosie rektora pobrzmiewała gorycz.

– Ale nie jesteś jej ojcem – ton Bluisha był chłodny, rzeczowy. – Spełniłeś już tę rolę. Najlepiej jak umiałeś. Dorosła. Jest częścią twojego personelu. I tak się składa – zachichotał w myślach na wspomnienie ostatniej rozmowy z Leną – że nie słyszałem, by kiedykolwiek szczerze się kimś zainteresowała. Choć, oczywiście, niejeden oddałby wiele za jedno jej spojrzenie – dokończył kwaśno.

– Podoba ci się? – spytał Michael ostrzej, niż zamierzał.

– A jakie to ma znaczenie? – prychnął Bluish. – Dawno już przestałem się łudzić.