Wydawca: WAB Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2008

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Wszystko jest iluminacją - Jonathan Safran Foer

Młody Amerykanin z podniszczoną fotografią w ręku przybywa na Ukrainę w poszukiwaniu kobiety, która w czasie wojny ukrywała jego dziadka. W towarzystwie wyjątkowo niekompetentnego tłumacza i starca nawiedzanego przez wojenne wspomnienia przemierza zaniedbaną okolicę, z każdym krokiem cofając się w przeszłość. Wszystko jest iluminacją to tragikomiczna, wirtuozerska pod względem literackim opowieść o poszukiwaniu: ludzi i miejsc już nieistniejących, prawd, które nie dają spokoju wielu rodzinom, opowieści, ulotnych, ale istotnych, które łączą przeszłość z przyszłością.

Jeden z najgłośniejszych debiutów współczesnej literatury amerykańskiej. Nagrodzona National Jewish Book i Guardian First Book Award powieść to błyskotliwe połączenie komizmu i głębokiej refleksji, które spotkało się z uznaniem krytyków i czytelników na całym świecie.

Na podstawie powieści nakręcono film z Elijahem Woodem w roli głównej.

Opinie o ebooku Wszystko jest iluminacją - Jonathan Safran Foer

Fragment ebooka Wszystko jest iluminacją - Jonathan Safran Foer

Jonathan Safran Foer

WSZYSTKO JEST ILUMINACJĄ

przełożył Michał Kłobukowski

Autorskie prawa osobiste do utworu zastrzeżone. Tekst ma charakter czysto literacki, a wszystkie przytoczone w nim imiona, osoby i zdarzenia – z wyjątkiem postaci i zdarzeń historycznych, które zostały jednak wykorzystane w sposób fikcyjny, no i oczywiście z wyjątkiem samego JSF – są tworem wyobraźni autora.

PODZIĘKOWANIA

Co najmniej raz dziennie, odkąd ją spotkałem, czuję, że znać Nicole Aragi to istne błogosławieństwo. Daje mi ona natchnienie nie tylko do bardziej ambitnego pisania, lecz i do tego, żeby się szerzej uśmiechać i mieć pełniejsze, lepsze serce. Jestem za to ogromnie wdzięczny (Atyab lee itha entee toukleha). Mam też przyjemność, a zarazem zaszczyt, myśleć o wspaniałych ludziach z wydawnictwa Houghton Mifflin jak o swojej rodzinie. Dotyczy to zwłaszcza Erica Chinskiego, którego rady w sprawach literatury i życia zawsze sprowadzają się do tego, żeby więcej czuć. Bo też właśnie to jest zawsze najlepszą radą. Miło mi również było zbliżyć się – choć z daleka – z cudownymi ludźmi z wydawnictwa Hamish Hamilton. Spośród nich Andrew Kidd ma wyjątkowy dar sprawiania, że wszystko wydaje się niezwykłe i takie też się staje. Dziękuję Abnerowi Steinowi za to, ż enie tylko oddał tę książkę w ręce idealnego wydawcy, ale zarazem traktował mnie jak starego przyjaciela. Dziękuję Paulowi Marshowi, w którego biurze ludzie dobrze pracują i pełni są życzliwości. I wreszcie dziękuję czytelnikom wcześniejszych szkiców, z których powstała ta książka.

Część książki została poprzednio opublikowana w piśmie „New Yorker”.

Tytuł oryginału: Everything Is lluminated

Copyright © Jonathan Safran Foer, 2002

Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo W.A.B., 2003

Copyright © for the Polish translation by Michał Kłobukowski, 2003

Wydanie II 

Warszawa 2008

Prosto i niemożliwie:

mojej Rodzinie

Uwertura do napoczęcia bardzo sztywnej podróży

Moje prawne imię jest Aleksandr Perczow. Ale wszyscy z moich wielu przyjacieli przezywają mnie Aleks, bo ta wersja mojego legalnego imienia gładczej się wymawia. Matka przezywa mnie Aleksij-Nie-Przypra-wiaj-Mnie-Już-Migreną!, bo ja rzeczywiście wciąż ją migreną przyprawiam. Jeśli chcesz znać, po czemu wciąż ją przyprawiam migreną, otóż po temu, że wciąż jestem gdzie indziej z przyjacielmi i rozsiewam tyle waluty, i wyczyniam tylu rzeczy, co mogą każdą matkę przyprawić migreną. Ojciec dawniej przezywał mnie Szapką z powodu futrzatej czapki, którą przywdziewałem nawet w letni miesiąc. Przestał mnie tak przezywać, bo mu zakaziłem dłużej przezywać mnie tak. Brzmiało mi to z chłopięca, a ja zawsze myślałem o sobie jako bardzo mocarnym i rozpłodnym. Mam dużo dziewczyn, wierz mi, i każda ma dla mnie inne imię. Jedna przezywa mnie Dzidzi, nie po temu, że jestem dzidzi, tylko po temu, że na mnie zważa. Druga przezywa mnie Cała Noc. Chcesz wiedzieć, po czemu? Mam dziewczynę, co mnie przezywa Waluta, bo rozsiewam przy niej tyle waluty. Po temu aż jej na mnie ślinka ciecze. Mam miniaturowego bratka, który przezywa mnie Alli. Nie bardzo mnie kręci to imię, ale za to on sam kręci mnie bardzo, więc OK, zezwalam mu przezywać mnie Alli. Co się dotycza jego imienia, jest one Igorek, ale Ojciec przezywa go Niezdarą, bo Igorek co chwila w coś musi się wspacerować. Tylko przede czteremi dniami zdziałał sobie granatowe oko, bo się nie skoordynował z cegielnym murem. Jeśli się zastanawiasz, jak imię mojej suki, tak one jest Sammy Davis, Junior, Junior. Dostała to imię, bo Sammy Davis, Junior był Dziadka najlubieńszy śpiewak, a suka jest jego, a nie moja, bo to nie mnie się wydaje, że jestem ślepy.

Co się dotycza mojego persony, tak spłodzono mnie w roku 1977 – w tymże samym, co gieroja tej historii. Prawdę zarzekłszy, życie mam całkiem ordynarne. Jak już wzmiankowałem, działam dużo dobrych rzeczy z sobą i z innymi ludźmi, ale te rzeczy są ordynarne. Rajcują mnie amerykańskie filmy. Rajcują mnie Murzyni, a już zawłaszcza Michael Jackson. Rajcuje mnie rozsiewanie mnówstwa waluty w sławnych klubach nocnych Odessy. Lamborghini Countache są super, tak samo jak cappucciny. Dużo dziewczyn chce się z mną ucieleśniać w wielu znakomitych aranżacjach, nie pomijając Wstawionego Kangura, Łaskotek Gorkiego i Nieuległego Dozorcy Zoo. Jeśli chcesz znać, po czemu tyle dziewczyn chce z mną być, otóż po temu, że ja jestem persona prima sort do współbycia. Jestem poczciwy, jak zarównież srodze śmieszny, a to są zdobywcze cechy. Ale tak a tak znam wielu ludzi, co ich rajcują błyskawiczne auta i sławne dyskoteki. Tylu wyczynia Umizgi Łońskich Sputników, które zawsze finalizuje się z zaślimaczoną potwarzą, że nie nadążam ich zakarbować na wszystkich swoich rękach. Są nawet tacy, co mają Aleks na imię. (Aż trzech choćby tylko w samym moim domu!) Właśnie po temu z takim szampańskim animuszem jechałem w Łuck tłumaczyć Jonathana Safrana Foera. Bo to miało być nieordynarne.

Na drugim roku angielskiego w uniwersytecie poradzałem sobie wręcz brawurowo. Było to bardzo majestatycznie od mojej strony, bo mój instruktor miał gówno pomiędzy mózgami. Matka taka była z mnie dumna, że aż powiedziała: „Aleksij-Nie-Przyprawiaj-Mnie-Już-Migreną! Napawiasz mnie taką dumą”. Prosiłem ją, żeby mi pokupiła skórne spodnie, ale odmówiła. „Szorty?” „Nie”. Ojciec też był dumny. „Szapka” – powiedział, a ja na to: „Przestań mnie tak przezywać”, no tak on: „Aleks, napawiasz matkę taką dumą”.

Matka to pokorna kobieta. Bardzo, bardzo pokorna. Haruje w małym barze godzinę odległości od naszego domu. Prezentuje tamtejszym klientom jedzenie i napoje, a do mnie mawia: „Dosiadam autobus przez godzinę, żeby cały dzień w pracy wyrabiać rzeczy, których nienawidzam. Chcesz wiedzieć, po czemu? Działam to dla ciebie, Aleksij-Nie-Przyprawiaj-Mnie-Już-Migreną! Kiedyś to ty będziesz dla mnie wyrabiał rzeczy, których nienawidzasz. Na tym właśnie spolega życie rodzinne”. Czego ona nie załapia, to tego, że ja już teraz wyrabiam dla niej rzeczy, których nienawidzam. Słucham, kiedy do mnie mówi. Wstrzymywam się od narzekań na swoje karłowate kieszenne. A czy już wzmiankowałem, że przyprawiam ją migreną dużo rzadziej, niż byłbym spragniony? Ale nie działam tego wszystkiego po temu, że jesteśmy rodziną. Działam to po temu, że tak nakaża najzwyklejsza przyzwoitość. Tego idiomu nauczył mnie gieroj. Działam te rzeczy po temu, że nie jestem wielki pierdolony gnój. To jeszcze jeden idiom, którego się nauczyłem od gieroja.

Ojciec haruje w biurze wojaży popod nazwą Zwiedzanie Dziedzictwa. To biuro dla Żydów takich jak gieroj, którzy łakną opuścić Amerykę, ten uszlachcony kraj, i odwiedzić pokorne miasta w Polsce i Ukrainie. Ojcowskie biuro staluje tłumacza, przewodnika i szofera dla Żydów, którzy próbują wypodziemić miejsca, gdzie ongiś istniały ich rodziny. OK, nigdy nie spotkałem żydowskiego persony aż do ta podróż. Ale to była ich wina, nie moja, bo ja zawsze byłem chętny, można by nawet napisać letni, spotkać kogoś takiego. Znowu będę prawdomowny i zawzmiankuję, że poprzed tą podróżą byłem zdania, jakoby Żydzi mieli gówno pomiędzy mózgami. No bo zapłacają Ojcu mnówstwo waluty, żeby wyjechać na wakacje z Ameryki w Ukrainę. Ale potem poznałem Jonathana Safrana Foera i pogadam ci, on wcale nie ma gówna pomiędzy mózgami. To pomysłowiecki Żyd.

Obnośnie Niezdary, którego zanigdy zresztą nie przezywam Niezdarą, tylko zawsze Igorkiem, to z niego jest pierwszorzędny chłopiec. Mam już jasność, że wyrośnie na bardzo mocarnego i rozpłodnego mężczyznę o nader muskularnym mózgu. Nie gaworzymy w obfitości, bo taki to już z niego cichy persona, ale jestem pewien, że jesteśmy przyjacielmi, i chyba nie zakłamałbym, gdybym napisał, że jesteśmy przyjacielmi kapitalnymi. Wyuczyłem Igorka, jak być światowiec. I tak na ów przykład o trzy dni onegdaj eksponowałem mu jeden świniacki magazyn, żeby był powiadomiony o tych wielu pozycjach, w których się ucieleśniam. „To jest sześćdziesiąt dziewięć” – powiedziałem mu, prezentując poprzed nim magazyn. Położyłem palce – równo dwa – na akcji, żeby jej nie przeoczył. „A po czemu to się przezywa sześćdziesiąt dziewięć?” – zagadnął, bo jest on taki persona, co pała ognistą ciekawością. „Wynaleziono tą pozycję w sześćdziesiątym dziewiątym roku. Mój przyjaciel Gregory zna przyjaciela bratanka wynalazłcy”. „A co ludzie działali poprzed sześćdziesiątym dziewiątym rokiem?” „Zwykłe obciąganie i przeżuwanie puzdra, ale nigdy chórem”. Będzie jeszcze z niego VIP, jeśli mam w tej sprawie coś do pogadania.

I tu właśnie poczyna się fabuła.

Najpierw jednakowszem mam obwiązek wyrecytować swoją dobrą prezencję. Otóż jestem jednoznacznie wysoki. Nie znam żadnych kobiet wyższych ode mnie. Te kobiety, które znam, co są wyższe ode mnie, są lesbijki i dla nich 1969 był bardzo doniosły rok. Mam przystojne włosie, rozłupione poprzez środek. To po temu, że Matka dawniej rozłupiała je z boku, jak byłem mały, więc żeby ją przyprawić migreną, teraz rozłupiam je pośrodku. „Aleksij-Nie-Przyprawiaj-Mnie-Już-Migreną! – powiedziała. – Wyglądasz mentalnie rozbalansowany, jak masz włosie rozłupione tak, jak masz”. Wcale tego nie intencjowała, wiem. Matka bardzo często wymawia rzeczy, których wiem, że nie intencjuje. Mam arystokratyczeski uśmiech i lubię rozdawać ludziom fangi. Mój brzuch jest bardzo mocny, chociaż obecnie bryka mu muskułów. Ojciec to tołsty mężczyzna i Matka też. Wcale mnie to nie bezpokoi, bo mój brzuch jest bardzo mocny, chociaż wygląda bardzo tołstym. Jeszcze opiszę swoich oczu i zaraz pocznę fabułę. Moje oczy są niebieskie i przepyszne. A teraz już pocznę fabułę.

Ojciec otrzymał telefon z amerykańskiego biura Zwiedzania Dziedzictwa. Wymagali szofera, przewodnika i tłumacza dla jednego młodego czełowieka, który przyjeżdża w Łuck w zaraniu miesiąca lipca. Była to kłopocząca suplika, bo w zaraniu lipca Ukraina miała obłazić pierwsze urodziny swojej ultranowoczesnej konstytucji, co zbudza w nas bardzo nacjonalistyczne czucia, toteż wiadomo było, że wielu ludzi powyjeżdża na wakacje w cudzoziemskie strany. Była to niemożliwa sytuacja, coś jak olimpiada w 1984 roku. Ale Ojciec to zastraszający mężczyzna i zawsze otrzymuje to, czego jest spragniony. „Szapka – powiedział telefonem do mnie, który siedziałem w domu, rozkoszując się najwspanialszym ze wszystkich filmów dokumentnych, utytułowanym Jak kręcono Thriller – jaki język studniowałeś w tym roku w szkole?” „Przestań mnie przezywać Szapka” – odparłem. „Aleks – powiedział – jaki język studniowałeś w tym roku w szkole?” „Język angielski” – powiedziałem mu. „Jesteś w nim dobry i świetny?” – zagadnął mnie. „Jestem ciekły” – powiedziałem mu z nadziei, że uczyni się dosyć dumny, żeby mi pokupić pokrowce na siedzenia z zebrzej skóry, moje wymarzane. „Znakomicie, Szapka” – powiedział. „Przestań mnie tak przezywać” – odparłem. „Znakomicie, Aleks. Znakomicie. Musisz unicestwić wszelakie plany, jakie u ciebie są na pierwszy tydzień miesiąca lipca”. „U mnie nie ma nijakich planów” – powiedziałem mu. „Owszem, są” – wyrzekł.

Teraz nadciąga stosowna pora, żeby zawzmiankować Dziadka, który też jest tołsty, i to jeszcze bardziej niźli moi rodzice. OK, zawzmiankuję go. Ma złote zęby i hoduje bujne włosie sobie na twarzy, żeby je czesać ku zmierzchowi każdego dnia. Pięćdziesiąt lat harował w rozmaitych zatrudnieniach, głównie rolniczych, a potem manipulował maszynami. Jego finalne zatrudnienie było w Zwiedzaniu Dziedzictwa, gdzie począł harować w 1950 roku i wytrwał aż do niedawno. Ale teraz jest zreumerytowany i żyje na naszej ulicy. Moja Babka zmarła o dwa lata onegdaj na raka w mózgu i Dziadek uczynił się bardzo melancholiczny, a także, jak twierdzi, ślepy. Ojciec jemu nie wierzy, ale pokupił mu jednakowszem Sammy Davis, Junior, Junior, bo Przewodnia Suka jest nie tylko dla ślepich, ale i dla takich, co usychają z tęsknoty za negatywem samotności. (Nie powinien byłem pisać „pokupił”, bo w całej prawdzie Ojciec wcale Sammy Davis, Junior, Junior nie pokupił, tylko ją pozyskał z domu dla zapominalskich psów. I po temu ona nie jest prawdziwa Suka Przewodnia, a na dodatku jest mentalnie obłąkańcza.) Dziadek rozprasza większość dnia u nas w domu, widokując telewizję. Często na mnie wrzeszczy. „Sasza! – wrzeszczy. – Sasza, nie bądź z ciebie taki leń! Nie bądź taki do niczego! Rób coś! Rób coś godnego!” Zanigdy mu nie repliczę ani go z intencją nie przyprawiam migreną i nigdy nie zrozumiewam, co znaczy „godnego”. Nie miał tego bezapetycznego zwyczaju, żeby wrzeszczeć na Igorka i na mnie, dopóty Babka nie zmarła. Właśnie stąd jesteśmy pewni, że on tego wcale nie intencjuje, i po temu potrafiamy mu wybaczać. Raz go odkryłem, jak rozpłaczał poprzed frontem telewizora. (Jonathan, ta partia o Dziadku musi pozostać pośród tobą a mną, tak?) Akurat wystawiali prognostyk pogody, więc byłem pewien, że to nie żadne coś melancholiczne w telewizji tak go rozpłaczyło. Zanigdy tego nie wzmiankowałem, bo najzwyklejsza przyzwoitość zakażała to wzmiankować.

Imię Dziadka też jest Aleksandr. Nawiasowo Ojca też. Wszyscy jesteśmy pierworodzkie dzieci w swoich rodzinach, co wnosi nam ogromny honor, na skalę sportu w baseball, który wynaleziono w Ukrainie. Swoje pierwsze dziecko też przezwę Aleksandr. Jeśli chcesz znać, co się wydarzy, jeśli moje pierwsze dziecko będzie dziewczyna, otóż ci powiem. On nie będzie dziewczyna. Dziadka spłodzono w Odessie w roku 1918. Nigdy się nie wydalił z Ukrainy. Najodleglej jak w życiu wojażował, to w Kijów, poprzez to, że mój stryj akurat ślubił się z Krową. Jak byłem mały, Dziadek nauczał, że Odessa to najpiękniejsze miasto świata, bo wódka tu tania i kobiety też. Zanim Babka zmarła, wytwarzał z nią śmieszności o tym, jak to zakochuje się z innymi kobietami, które nie są Babką. Wiedziała, że to tylko śmieszności, bo śmiała się obficie. „Anna – mawiał – poślubię tą w różowym kapeluszu”. A ona na to: „Komu ją poślubisz?” No to on: „Sobie”. Śmiałem się bardzo na zadnim siedzeniu, a ona mówiła do niego: „Przecież nie jesteś pop”. A on jej: „Dzisiaj jestem”. Na co ona: „Dzisiaj wierzysz w Boga?” A on: „Dzisiaj wierzę w miłość”. Ojciec skomenderował mi zanigdy nie wzmiankować Dziadku o Babce. „Uczyni się poprzez to melancholiczny, Szapka” – powiedział Ojciec. „Przestań mnie tak przezywać” – ja na to. „Uczyni się poprzez to melancholiczny, Aleks, i będzie myślał, że jest jeszcze ślepszy. Niech zapomni”. No więc zanigdy nie wzmiankuję o Babce, bo zawsze działam, co Ojciec kazi, chyba że akurat mi się nie chce. On zresztą pierwszorzędnie rozdaje fangi.

Kiedy Ojciec już natelefonował do mnie, zatelefonował Dziadku, żeby mu powiadomić, że będzie szofer naszej podróży. Jeśli chcesz znać, kto miał być przewodnik, odpowiedź brzmi, że nie miało być żaden przewodnik. Ojciec powiedział, że przewodnik to nie jest coś nieodzowne, bo Dziadek posiada sutą wiedzę po tylu latach harówki w Zwiedzaniu Dziedzictwa. Ojciec przezwał go ekspertem. (Wtedy brzmiało to bardzo sensownie. Ale co ty teraz na to, Jonathan, w światłości wszystkiego, co się wydarzyło?)

Kiedy tamtego wieczoru wszystka trzej, trzej mężczyźni imieniem Aleks, zebraliśmy się w domu Ojca, żeby obrozmówić wojaż, Dziadek powiedział: „Nie chcę tej roboty. Jestem zreumerytowany i nie po to przelazłem na reumeryturę, żebym musiał wyczyniać takie zasraństwo. Skończyłem z tym”. „Nie obchadza mnie twoje chcenie” – powiedział mu Ojciec. Dziadek dał fangę w stół z wielkim gwałtem i krzyknął: „Nie zapominaj, kto jest kto!” Myślałem, że to będzie koniec konwersacji. Ale Ojciec powiedział coś dziwaczne. „Proszę”. A potem dodał coś jeszcze dziwaczniejsze. Powiedział: „Ojcze”. Muszę zeznać, że tylu jest rzeczy, których nie zrozumiewam. Dziadek zawrócił na swoje krzesło i powiedział: „To już finalny raz. Zanigdy więcej tego nie zdziałam”.

No więc poknuliśmy zamysły, żeby sprokurować gieroja na lwowskim dworcu kolejnym drugiego lipca o godzinie 1500 po południu. Potem dwa dni mieliśmy przepędzić w okolicy Łucka. „Łuck? – powiedział Dziadek. – Nic nie mówiłeś, że to Łuck”. „To Łuck” – przytwierdził Ojciec. Dziadek uczynił się cały w myślach. „On szuka za miastem, z którego wyszedł jego dziadek – powiedział Ojciec – i za jedną taką, mówi na nią Augustyna, co wyłowiła jego dziadka z wojny. Spragniony jest napisać książkę o wiosce swojego dziadka”. „O – powiedziałem – znaczy jest inteligentny?” „Nie – skorygował Ojciec. – Ma niskiej klasy mózg. Amerykańskie biuro powiadamia mi, że on codziennie do nich telefonuje i wytwarza liczne niespełna rozumne dociekania co do tego, żeby znajść odpowiedzialne jedzenia”. „Na pewno będzie kołbasa” – przetrąciłem. „Oczewidno – zgodził się Ojciec. – On jest rozumny tylko niespełna”. Tu przywtórzę, że gieroj to bardzo pomysłowiecki Żyd. „Gdzie jest to miasto?” – zagadnąłem. „Nazywa się ono Trachimbrod”. „Trachimbrod?” – przywtórzył Dziadek. „Prawie pięćdziesiąt kilometry od Łucka – zaprecyzował Ojciec. – On posiada mapę i jest ufny we współrzędne. Powinno się powieźć bez problemów”.

Kiedy Ojciec spoczął, Dziadek i ja jeszcze poprzez kilkoro godzin widokowaliśmy telewizję. Obaj jesteśmy tacy ludzie, co zostają świadomi do wielce późna. (Mało brykło, a byłbym wypisał, że obaj lubimy zostać świadomi do wielce późna, ale to nie jest nawierne.) Widokowaliśmy amerykański program telewizyjny z rosyjskimi słowami na dnie ekranu. O jednym Chińczyku, co był zaradny z panzerfaustem. Widokowaliśmy też prognostyk pogody. Prognostyk zapowiedział, że pogoda w nazajutrz będzie bardzo anormalna, ale w nazajutrz po nazajutrzu wynormalnieje. Pośród Dziadkiem a mną władało takie milczenie, że można by je krajać jataganem. Nikt się nie odzywał, tylko raz Dziadek zwyobracał się w moją stronę, jak pokazywali reklamy McPorkburgerów McDonald’sa, i powiedział: „Nie chcę jechać dziesięciu godzin w jakieś brzydkie miasto, żeby nadsługiwać jakiemuś bardzo zepsutemu Żydu”.

Początek świata często nadchodzi

Był osiemnasty marca 1791 roku, kiedy ośmiokołowy wóz Trachima B. przygwoździł go albo i nie przygwoździł do dna rzeki Brod. Młode bliźniaczki W. pierwsze zauważyły wypływające na powierzchnię osobliwe drobiazgi: rozpełzłe węże białego sznurka, wyprostowane palce rękawiczki z wygniatanego aksamitu, ogołocone szpulki, binokle o zapaćkanych szkłach, maliny i jeżyny, fekalia, falbanki, okruchy stłuczonego rozpylacza do perfum, krwawiące czerwonym atramentem litery oświadczenia: Chcę... Chcę....

Hanna zaczęła rozpaczliwie zawodzić. Chana weszła do zimnej wody, podciągnąwszy wyżej kolan zwisające u nogawek pantalonów troczki z przędzy, rozgarnęła odpadki czyjegoś życia, których coraz więcej wypływało na powierzchnię, i weszła jeszcze głębiej. Co ty tam robisz! – zawołał zhańbiony lichwiarz Jankiel D., kuśtykając w stronę dziewcząt z takim pośpiechem, że nadrzeczne błoto tryskało mu spod stóp. Wyciągnął do Chany rękę, drugą (jak zwykle) zasłaniając kompromitujące kółko z liczydeł, które zgodnie z proklamacją sztetla musiał nosić na szyi, przewleczone sznurkiem. Nie wchodź do wody! Źle się to skończy!

Poczciwy handlarz gefiltefisz, Bicl Bicl R., śledził to zamieszanie ze swojej łódki, która stała przy jednym z jego więcierzy, przywiązana szpagatem. Co się tam wyprawia? – zawołał w stronę brzegu. To ty, Jankiel? Dzieje się coś złego?

Bliźniaczki Rabina Wielce Poważanego bawią się w wodzie! – odkrzyknął Jankiel. A ja się boję, że którejś stanie się krzywda!

Najprzedziwniejsze rzeczy wypływają na wierzch! – zawołała ze śmiechem Chana, z pluskiem rozgarniając zbieraninę różnych różności, która wyrastała wokół niej jak ogród. Wyciągnęła z wody ręce lalki naguska i wskazówki zegara ściennego. Szkielet parasola. Wytrych. Rozmaite przedmioty wypływały, unosząc się na całych koronach bąbelków, które natychmiast pękały, wyłoniwszy się na powierzchnię. Nieco młodsza z dwóch bliźniaczek – i mniej ostrożna – przeczesywała palcami wodę, za każdym razem wydobywając z niej nowe znalezisko: żółty dziecinny wiatraczek, zabłocone ręczne lusterko, płatki zatopionej niezapominajki, muł i spękane ziarna czarnego pieprzu, paczkę nasion...

Ale jej nieco starsza i ostrożniejsza siostra, Hanna – pod każdym zresztą innym względem identyczna, pominąwszy zrośnięte brwi – patrzyła na to z brzegu i płakała. Zhańbiony lichwiarz Jankiel D. objął ją, przytulił jej głowę do piersi, szepnął: No... no..., i krzyknął na Bicla Bicla: Płyń do Rabina Wielce Poważanego i przywieź go tu swoją łódką. Zabierz też lekarza Menaszę i Izaaka, znawcę praw. Spiesz się!

Szalony szlachetka Sofijówka N., pod którego imieniem sztetl miał później figurować na mapach i w mormońskich spisach ludności, wyszedł zza drzewa. Dokładnie widziałem, co się stało – rzekł histerycznym tonem. Każdy szczegół, na własne oczy. Wóz jechał za szybko, jeśli wziąć pod uwagę stan tej błotnistej drogi – a jedyne, co może być gorsze od spóźnienia na własny ślub, to zbyt późno zjawić się na ślubie swojej niedoszłej żony – i nagle się przewrócił, a jeśli ten opis niezupełnie odpowiada prawdzie, to owszem, wóz nie przewrócił się sam, lecz od uderzenia wiatru wiejącego z Kijowa, z Odessy czy skądinąd, a jeśli i ta wersja brzmi nie całkiem przekonująco, to w rzeczywistości zdarzyło się – klnę się własnym, jak lilia nieskalanym imieniem – że z kamiennym szumem swych nagrobnych skrzydeł anioł zstąpił z niebios, aby porwać w nie Trachima, albowiem Trachim za dobry był jak na ten świat. Bo i kto nie jest? Każdy z nas jest przecież taki dobry, że inni nie są go warci.

Trachim? – spytał Jankiel, pozwalając Hannie pomacać kompromitujący krążek z liczydeł. Czy to aby nie ten szewc z Łucka, który pół roku temu zmarł na zapalenie płuc?

Patrzcie no!- zawołała Chana i chichocząc, podniosła wysoko rękę, a w niej kartę ze świńskiej talii: waleta z koloru minet.

Nie – odparł Sofijówka. Tamtemu było Trachum na imię, przez „u”. A ten tutaj pisał się przez „i”. No i tamten umarł w Noc Najdłuższą Spośród Nocy. Nie, zaraz Nie, zaraz. Umarł na artyzm.

Albo i to! – przenikliwie zabrzmiał radosny okrzyk Chany, która właśnie podniosła do góry wypełzłą mapę wszechświata.

Wyłaź z wody! – wrzasnął na nią Jankiel, choć byłby wolał nie zwracać się tak podniesionym tonem do córki Rabina Wielce Poważanego, ani zresztą do żadnej młodej dziewczyny. Jeszcze ci się cos stanie!

Chana pobiegła w stronę brzegu. Zielona toń zakryła zodiak, gdy gwiezdna mapa osunęła się na dno rzeki, aby spocząć niby woal na końskim czole.

Mieszkańcy sztetla zaczęli otwierać okiennice, zaintrygowani harmidrem (ciekawość była bowiem jedyną wspólną im wszystkim własnością). Wypadek zdarzył się nieopodal małego wodospadu – w miejscu, w którym biegła ówczesna granica między dwiema dzielnicami sztetla: Kwartałem Żydowskim i Trzema Ludzkimi Kwartałami. Wszystko, co uchodziło za święte – studia religijne, koszerne rzezactwo, dobijanie targu itp. – uprawiano w Kwartale Żydowskim. Natomiast czynności związane z pospolitością codziennego bytowania – studia świeckie, komunalny wymiar sprawiedliwości, kupno i sprzedaż – odbywały się w Trzech Ludzkich Kwartałach. Na granicy stała Synagoga Strzelista. (Arkę ustawiono dokładnie wzdłuż linii uskoku, żeby w każdej z dwóch dzielnic spoczywał jeden zwój Tory.) W miarę jak zmieniały się proporcje między świętością a świeckością – choć zazwyczaj bywały to wahnięcia zaledwie o włos w jedną lub w drugą stronę, jeśli pominąć ten wyjątkowy moment z roku 1764, tuż po Pogromie Bitych Piersi, kiedy to sztetl na bitą godzinę zupełnie zeświecczał – przemieszczała się też linia uskoku, nakreślona kredą od Lasu Radziwiłłów aż do rzeki. Przy każdej takiej okazji podnoszono i przesuwano synagogę. W roku 1783 przyprawiono jej koła, dzięki czemu pilnowanie wiecznie chwiejnej równowagi między Żydowskością a Ludzkością stało się dla sztetla mniejszym mozołem.

Rozumiem, że zdarzył się wypadek – sapnął Szloim W., skromny handlarz antyków, który trzymał się przy życiu wyłącznie dzięki cudzej dobroczynności, bo odkąd żona przedwcześnie go odumarła, nie umiał się rozstać z choćby jednym kandelabrem, figurynką czy klepsydrą.

Skąd wiesz? – zdziwił się Jankiel.

Bicl Bicl krzyknął do mnie z łódki, kiedy płynął po Rabina Wielce Poważanego. Idąc tutaj, zastukałem do tylu drzwi, do ilu tylko zdołałem.

To dobrze – powiedział Jankiel. Sztetl będzie musiał wydać proklamację.

Czy on aby na pewno nie żyje? – spytał ktoś.

Niewątpliwie – zaręczył Sofijówka. Nie żyje tak samo, jak nie żył, zanim jego rodzice się spotkali A może jeszcze bardziej, bo wtedy był przynajmniej pestką w chuju swojego ojca i pustką w brzuchu matki.

Próbowaliście go ratować? – spytał Jankiel.

Nie.

Zasłoń im oczy – polecił Jankielowi Szloim, wskazując gestem dziewczęta. Szybko się rozebrał, obnażając kałdun, okazalszy niż większość brzuchów, oraz plecy, porośnięte spilśnioną gęstwą czarnych kędziorów, i dał nura do wody. Na skrzydłach wezbranych fal przemknęły po nim pióra. Perły z rozerwanego sznura i wybite zęby. Przepłynęły krwawe skrzepy, merlot i pęknięty wisiorek z żyrandola. Wznoszące się ku górze pokłosie katastrofy coraz bardziej gęstniało, aż w końcu pływak nie widział przed sobą nawet własnych dłoni. Gdzie? Gdzie?

Znalazłeś go?– spytał Izaak, znawca praw, kiedy Szloim wreszcie z powrotem się wynurzył. Wiadomo, jak długo już leży pod wodą?

Jechał sam czy z żoną? – spytała nieutulona w żalu SzandaT., wdowa po filozofie Pinchasie T., który w swoim jedynym zasługującym na uwagę artykule, pod tytułem Do pyłu: z człowiekaś powstał i w człowieka się obrócisz, twierdził, że – teoretycznie rzecz biorąc – życie i sztuka mogłyby zamienić się rolami....

Przez sztetl przebiegł podmuch wiatru tak potężny, że aż zaświszczało. Ci, co w słabo oświetlonych izbach studiowali niejasne pisma, podnieśli głowy znad ksiąg. Kochankowie, uwikłani we wzajemne przeprosiny i obietnice, błędów naprawianie i wymówek szukanie, zamilkli. Samotny świecarz Mordechaj C. zanurzył dłonie w kadzi ciepłego, niebieskiego wosku.

To prawda, że miał żonę – wtrącił Sofijówka, wbijając lewą rękę głęboko do kieszeni spodni. Dobrze ją pamiętam. Miała takie przepyszne cycki. Boże, jakie wspaniałe cyce! Któż mógłby je zapomnieć? Były, o mój Boże, jakie one były wspaniałe! Oddałbym wszystkie słowa, jakich od tamtej pory się nauczyłem, bylebym tylko mógł z powrotem odmłodnieć, och, tak, tak, i do syta sobie possać te jej cycuszki. Oddałbym! Oddałbym, a jakże!

Skąd wiesz to wszystko? – spytał ktoś.

W dzieciństwie pojechałem raz do Równego, ojciec wysłał mnie tam w jakiejś sprawie. Właśnie do domu tego Trachima. Jego nazwisko czmycha mi z języka, ale całkiem wyraźnie pamiętam, że pisał się przez „i” – Trachim – i miał młodą żonę z dwojgiem wspaniałych cycków, małe mieszkanko pełne bibelotów i bliznę od oka do ust, a może od ust do oka. Jedno z dwojga.

WIDZIAŁEŚ JEGO TWARZ, KIEDY MIJAŁ CIĘ WOZEM?! – gromko spytał Rabin Wielce Poważany, do którego właśnie podbiegły córki, żeby skryć się pod przeciwnymi końcami jego szala modlitewnego. I TĘ BLIZNĘ?

A potem, aj jaj jaj, znów go zobaczyłem, kiedy jako młody człowiek byłem na praktyce we Lwowie. Trachim przyjechał akurat wtedy z dostawą brzoskwiń, jeśli mnie pamięć nie myli, a może śliwek, do stancji dla uczennic, która mieściła się po drugiej stronie ulicy. A może był listonoszem? Tak, roznosił listy miłosne.

To oczywiste, że nie mógł już być żywy – powiedział lekarz Menasza, otwierając swoją torbę medyka. Wyjął z niej kilka kartek z wypisanymi aktami zgonu, a kolejny podmuch wiatru porwał je i rzucił w korony drzew. Niektóre spadły wraz z liśćmi jeszcze tego samego roku, we wrześniu. Inne spadły, gdy runęły drzewa, po upływie całych pokoleń.

A choćby nawet żył, i tak nie zdołalibyśmy go oswobodzić – dodał Szloim, wycierając się do sucha za wielkim głazem. Nie da rady dostać się do wozu, póki cały bagaż nie wypłynie.

SZTETL MUSI WYDAĆ PROKLAMACJĘ! – proklamował Rabin Wielce Poważany, zdobywszy się na jeszcze bardziej niż przedtem władczy okrzyk.

No więc jak on się właściwie nazywał?- spytał Menasza, przytykając do języka gęsie pióro.

Czy możemy z całą pewnością twierdzić, że miał żonę? – zatroskała się nieutulona w żalu Szanda, kładąc dłoń na sercu.

Czy dziewczęta coś widziały? – zapytał Awrum R., szlifierz drogich kamieni, który sam nie nosił pierścionków (chociaż Rabin Wielce Poważany zaręczył mu, że wie o pewnej młodej kobiecie z Łodzi, która może go uszczęśliwić [na zawsze]).

Dziewczęta nic nie widziały – odparł Sofijówka. Widziałem, że nic nie widziały.

Bliźniaczki – tym razem obie jednocześnie – wybuchnęły płaczem.

Ale przecież nie możemy w tej sprawie polegać wyłącznie na jego słowach – rzekł Szloim, gestem wskazując Sofijówkę, który ze swej strony też znalazł odpowiedni gest, żeby zrewanżować się Szloimowi za tę uprzejmość.

Nie pytajcie dziewcząt – powiedział Jankiel. Dajcie im spokój. Dosyć już przeszły.

Tymczasem prawie wszyscy obywatele sztetla, w sumie trzysta ileś osób, zgromadzili się, żeby debatować nad czymś, o czym nic nie wiedzieli. Im mniej kto wiedział, tym zapalczywiej dowodził swojej racji. Nie była to żadna nowość. Zaledwie miesiąc wcześniej wyłoniła się kwestia, czy nie wywarłoby to lepszego wpływu na dzieci, gdyby tak wreszcie zaszpuntować dziurę w bajglu. Przed dwoma miesiącami odbyła się okrutna, a zarazem komiczna dysputa w kwestii pracy zecera, przedtem zaś roztrząsano kwestię polskiej tożsamości, co wiele osób doprowadziło do łez, wiele innych rozśmieszyło, a wszystkich dyskutantów skłoniło do podnoszenia dalszych kwestii. W przyszłości miano jeszcze rozważać inne kwestie, a po nich jeszcze inne: kwestie wyłaniające się od zarania czasu, który nie wiadomo kiedy zaczął płynąć, aż po jego kres, który nie wiedzieć kiedy nastąpi. Z popiołu? W popiół?

A MOŻE – zaproponował Rabin Wielce Poważany, jeszcze wyżej podnosząc ręce, jeszcze bardziej podnosząc głos – WCALE NIE MUSIMY ROZSTRZYGAĆ TEJ SPRAWY. A GDYBYŚMY TAK W OGÓLE NIE WYPEŁNILI AKTU ZGONU? GDYBYŚMY TYLKO POCHOWALI CIAŁO JAK NALEŻY, SPALILI WSZYSTKO, CO RZEKA WYRZUCI NA BRZEG, I POZWOLILI ŻYCIU TOCZYĆ SIĘ DALEJ W OBLICZU TEJ OTO ŚMIERCI?

Ale przecież musimy wydać proklamację – sprzeciwiła się Froida J., co robiła cukierki.

Chyba że sztetl proklamuje zbędność proklamacji – sprostował Izaak.

Może powinniśmy porozumieć się z jego żoną – powiedziała nieutulona w żalu Szanda.

Może powinniśmy zacząć zbierać szczątki – powiedział dentysta Eliezar Z.

Wśród splotu sprzecznych zdań mało kto usłyszał, co powiedziała młoda Hanna, wyjrzawszy głową spod frędzli, którymi obszyte było skrzydło ojcowskiego tałesu.

Coś widzę.

CO? – zapytał ojciec, uciszając pozostałych. CO WIDZISZ?

Tam – rzekła, wskazując palcem spienioną wodę.

W kłębowisku sznurków i piór, wśród świec i przemoczonych zapałek, krewetek, krawatek i jedwabnych kutasów kucających jak meduzy, leżała maleńka dziewczynka, wciąż jeszcze lśniąca od śluzu, wciąż jeszcze różowa niczym wnętrze śliwki.

Bliźniaczki skryły się jak widma pod ojcowskim tałesem. Na dnie rzeki koń pod całunem zatopionych nocnych niebios zamknął ciężkie powieki. Prehistoryczna mrówka w pierścieniu Jankiela, znieruchomiała w miodobarwnym bursztynie już na długo przedtem, zanim Noe przybił pierwszą deskę, skryła głowę w gęstwie własnych odnóży, zawstydzona.

Loteria, 1791

Bicl Bicl R. zdołał po kilku dniach wydobyć wóz przy pomocy grupy silnych mężczyzn z Kołek, a w jego więcierzach panował większy ruch niż kiedykolwiek. Lecz gdy ratownicy przeszukali szczątki, nie znaleźli topielca. Odtąd przez sto pięćdziesiąt lat w sztetlu odbywały się coroczne zawody „poławiaczy Trachima”, chociaż w roku 1793 na mocy proklamacji zaniechano fundowania nagrody dla zwycięzcy, przychylając się do zdania Menaszy, który twierdził, że każdy normalny trup zacząłby się rozkładać, gdyby przeleżał dwa lata w wodzie, toteż dalsze poszukiwania nie tylko są bezcelowe, ale w dodatku mogą zaowocować dosyć odrażającymi znaleziskami lub – co gorsza – spowodować konieczność wypłacenia kilku równorzędnych nagród. Zawody zmieniły odtąd charakter, stając się czymś w rodzaju festynu, z okazji którego kolejne generacje porywczych piekarzy P. przygotowywały szczególnie smakowite ciasta, a dziewczęta ze sztetla ubierały się tak, jak owego fatalnego dnia ubrane były bliźniaczki: w wełniane pantalony z troczkami z przędzy i płócienne bluzki z szerokimi kołnierzami w kształcie motyli, obszytymi niebieską lamówką. Z odległych stron zjeżdżali się mężczyźni, żeby nurkować za płóciennymi workami: Królowa Tratw ciskała je do Brodu, a wszystkie prócz jednego – tego ze złotem – wypełnione były ziemią.

Niektórzy twierdzili, że Trachima nigdy nie uda się odnaleźć, bo rzeczny nurt namiótł na jego ciało grubą warstwę mułu i sprawił mu pod nią należyty pochówek. Ilekroć ludzie ci ruszali w comiesięczny obchód cmentarza, kładli na brzegu rzeki kamienie i mówili na przykład:

Biedny Trachim, niezbyt dobrze go znałem, ale przecież mogłem znać go lepiej.

Albo:

Tęsknię za tobą, Trachimie. Chociaż nigdy się nie spotkaliśmy, brak mi ciebie.

Czy wreszcie:

Spoczywaj, Trachimie, spoczywaj. I spraw, żeby nasz młyn był bezpieczny.

Jeszcze inni podejrzewali, że Trachim wcale nie leży przygwożdżony własnym wozem do dna rzeki, lecz wypłynął z jej prądem ku pełnemu morzu, na zawsze unosząc w sobie sekrety swojego życia, niby list miłosny, który podróżuje w butelce, i pewnego dnia jakaś niczego niepodejrzewająca para znajdzie go podczas romantycznej przechadzki wzdłuż plaży. Całkiem możliwe, że wyrzuciło go – lub jakąś jego część – na piaszczysty brzeg Morza Czarnego albo w Rio, a może dotarł aż na Ellis Island.

Możliwe też, że znalazła go i przygarnęła jakaś wdowa: kupiła mu szezlong, co rano zmieniała sweter, goliła brodę i wąsy, póki nie przestały odrastać, co noc wiernie zabierała go ze sobą do łóżka, szeptała słodkie bajdurki w ogryzek ucha, śmiała się wraz z nim przy czarnej kawie, płakała wraz z nim nad żółtymi fotografiami, opowiadała zielone historyjki o tym, że sama też chciałaby urodzić dzieci, zaczęła za nim tęsknić, nim jeszcze się rozchorowała, zapisała mu wszystko w testamencie, umierając myślała wyłącznie o nim, zawsze wiedziała, że jest zmyślony, lecz mimo to w niego wierzyła.

Istniał też pogląd, jakoby żadnych zwłok nigdy nie było. Trachim chciał umrzeć, nie umierając, szachraj jeden. Cały dobytek załadował na wóz i przyjechał do bezbarwnego, bezimiennego sztetla – który miał jednak niebawem zasłynąć na całą wschodnią Polskę dzięki dorocznemu festynowi, Dniowi Trachima, i niczym osierocone niemowlę nosić jego imię (wszędzie z wyjątkiem map i mormońskich spisów ludności, tam bowiem funkcjonował jako Sofijówka) – ostatni raz poklepał swojego bezimiennego konia i pognał go prosto w przeciwprąd. Czy uciekał przed wierzycielami? Przed niefortunnie zaaranżowanym małżeństwem? Przed kłamstwami depczącymi mu po piętach? Czyżby własna śmierć stanowiła w jego życiu ważny etap pośredni?

Oczywiście są i tacy, co podkreślają szaleństwo Sofijówki, zwracając uwagę, że potrafił on nago przesiadywać w fontannie z syreną na płask rozciągniętą, pieszcząc niby ciemiączko noworodka jej łuskowaty tuches, pieszcząc własną lepszą połowę, jakby nie było nic a nic złego w tym, że człowiek wali kapucyna na każdym miejscu i o każdej porze. A kiedy pewnego razu na trawniku przed domem Rabina Wielce Poważanego znaleziono go całego omotanego białym sznurkiem, wyjaśnił, że najpierw obwiązał sobie palec wskazujący, bo chciał zapamiętać coś strasznie ważnego, a z obawy, że zapomni o wskazującym, oplątał też mały palec, po czym przeciągnął sznurek od pasa do szyi, a żeby nie zapomnieć o tym konkretnym odcinku, poprowadził następny: od ucha do zęba i dalej przez mosznę aż do pięty, i w ten to sposób posłużył się własnym ciałem, aby własne ciało zapamiętać, w końcu jednak pamiętał tylko o sznurku. Czy zatem opowieść kogoś takiego zasługuje na wiarę?

A niemowlę? Moja prapraprapraprababka? Trudniejszy to problem, względnie łatwo jest bowiem wydedukować, w jaki sposób ktoś mógł w rzece postradać życie, ale niby jak miałoby się ono z niej wyłonić?

Chaim W., największy w całym sztetlu logik, a zarazem miejscowy zboczeniec – ten, co od niewyobrażalnie wielu lat i z niewyobrażalnie małym powodzeniem pracował nad swoim magnum opus, zatytułowanym Występny zastęp, w którym obiecał zawrzeć najściślejszy ze ścisłych dowodów logicznych na to, że Bóg niewybredną miłością ukochał niewybrednego kochanka – przedstawił długachną argumentację na rzecz obecności drugiej osoby w pechowym wozie: otóż miałaby nią być żona Trachima. Może – dowodził Chaim – wody jej odeszły, podczas gdy ona i jej mąż zajadali faszerowane jajka na łące między dwoma sztetlami, lub też Trachim niebezpiecznie rozpędził wóz, żeby dowieźć ją do doktora, zanim dziecko wywinie się niby trzepocząca flądra z garści rybaka. Kiedy fale pływowych skurczów jęły rozstępować się nad głową kobiety, mąż obrócił się ku niej i może złożył na jej delikatnej twarzy sękatą dłoń, może oderwał spojrzenie od pokancerowanej drogi, może całkiem niechcący wjechał do wody. Możliwe, że wóz przekoziołkował w niej, swoim ciężarem spychając małżonków na dno rzeki, i że gdzieś między ostatnim tchnieniem matki a ostatnim zrywem ojca, który usiłował wydostać się spod wozu, urodziło się dziecko. Lecz nawet Chaim w żaden sposób nie umiał wyjaśnić braku pępowiny.

Smudzy z Ardiszt – rzemieślniczy klan namiętnych palaczy z Równego, którzy tyle kopcili, że nawet wtedy, kiedy zdarzało im się akurat chwilowo nie kopcić, i tak z nich się kopciło, aż sztetl wydał w końcu proklamację, nakazującą im pędzić na dachach żywot dekarzy i kominiarzy – wierzyli, że moja prapraprapraprababka jest kolejnym wcieleniem Trachima. Gdy w zaświatach odbywał się nad nim sąd, gdy jego z każdą chwilą coraz bardziej rozmiękłe ciało zaprezentowano Strażnikowi chwalebnych i kolczastych Bram, coś poszło nie tak. Wyłoniła się jakaś niedopięta sprawa. Dusza nie była gotowa wzbić się w wyższe rejony, odesłano ją więc z powrotem, dając jej szansę naprawienia szkód wyrządzonych przez wcześniejsze pokolenie. Oczywiście nijak nie trzyma się to kupy. Ale co się trzyma?

Przejęty większą troską o przyszłość aniżeli o przeszłość dziecka, Rabin Wielce Poważany nie przedstawił żadnej oficjalnej wykładni jego pochodzenia – ani na użytek sztetla, ani gwoli wpisu do Księgi antecedensów – lecz przygarnął maleństwo, biorąc za nie odpowiedzialność, póki nie zapadnie decyzja, gdzie dziewuszkę ulokować na stałe. Zaniósł ją do Synagogi Strzelistej – klął się bowiem, że nawet niemowlę nie powinno przestąpić progu Synagogi Rozlazłej (niezależnie od tego, gdzie akurat mieściła się danego dnia) – i utknął prowizoryczną kołyskę w arce, podczas gdy mężczyźni w czarnych chałatach modlili się co sił w płucach. ŚWIĘTY, ŚWIĘTY, ŚWIĘTY JEST PAN ZASTĘPÓW! ŚWIAT CAŁY PRZEPEŁNIA CHWAŁA JEGO!

Bywalcy Synagogi Strzelistej wrzeszczeli tak już od ponad dwustu lat, odkąd Rabin Wielebny oświecił, że nieustannie toniemy, a nasze modlitwy są jedynie błaganiami o wyratowanie z głębiny, spod odmętów ducha. A WIĘC SKORO LOS NASZ JEST TAK ROZPACZLIWY – powiedział (zawsze bowiem zaczynał zdanie od „a więc”, jak gdyby wypowiadane słowa były logiczną kontynuacją jego najskrytszych myśli) – CZY NIE POWINNIŚMY ZACHOWYWAĆ SIĘ JAK LUDZIE ZROZPACZENI? A WIĘC CZY W GŁOSACH NASZYCH NIE POWINNA ROZBRZMIEWAĆ ROZPACZ? Wrzasnęli zatem i przez lat dwieście wrzeszczeć nie przestali.

Teraz też wrzeszczeli, nie dając dziecku chwili wytchnienia, zwisając – z jedną dłonią na księdze modlitewnej, a drugą na sznurze – z bloczków przy paskach spodni, ocierając główkami czarnych kapeluszy o sufit. A WIĘC SKORO PRAGNIEMY ZBLIŻYĆ SIĘ DO BOGA – oświecił Rabin Wielebny – CZY NIE POWINNIŚMY POSTĘPKAMI SWYMI DAĆ ŚWIADECTWA TEMU PRAGNIENIU? A WIĘC CZYNIE POWINNIŚMY RZECZYWIŚCIE DO BOGA SIĘ ZBLIŻYĆ? Brzmiało to dosyć sensownie. A w wigilię Jom Kipur, najświętszego z dni świętych, mucha wleciała przez szparę pod drzwiami synagogi i zaczęła dokuczać wiszącym wiernym. Przelatywała z twarzy na twarz, brzęcząc, przysiadając na długich nosach, włażąc do włochatych uszu i znów z nich wyłażąc. A WIĘC SKORO TO JEST PRÓBA – oświecił Rabin Wielebny, usiłując ocalić spójność swojej kongregacji – CZY NIE POWINNIŚMY JEJ SPROSTAĆ? A WIĘC NALEGAM: SPADNIJCIE NA ZIEMIĘ, ZANIM WYPUŚCICIE Z RĄK WIELKĄ KSIĘGĘ!

Jakże jednak dokuczała im mucha, łaskocząc w najbardziej łaskotliwe z łaskotliwych miejsc. A WIĘC TAK JAK BÓG POLECIŁ ABRAHAMOWI, ŻEBY TEN POKAZAŁ IZAAKOWI OSTRZE NOŻA TAK TERAZ ZABRANIA NAM DRAPAĆ SIĘ PO TYŁKACH! AWIĘC JEŚLI JUŻ KONIECZNIE MUSIMY, TO TYLKO LEWĄ RĘKĄ Połowa wiernych postąpiła zgodnie z oświeceniem Rabina Wielebnego i najpierw puściła sznur, a dopiero potem Wielką Księgę. Od nich to właśnie wywodzili się ci spośród bywalców Synagogi Strzelistej, którzy przez następne dwieście lat ostentacyjnie utykali na jedną nogę, żeby nieustannie przypominać sobie – a zwłaszcza postronnym – jak zachowali się w obliczu Próby: tak mianowicie, że Święte Słowo zwyciężyło. (PRZEPRASZAM, RABBI, O KTÓRYM DOKŁADNIE SŁOWIE TU MOWA? Rabin Wielebny stuknął ucznia urzędowym końcem jadu: A WIĘC SKORO MUSISZ PYTAĆ!...) Niektórzy Strzeliści posunęli się aż do tego, że w ogóle odmawiali chodzenia, co miało sugerować jeszcze bardziej dramatyczny upadek. Skutkiem tego nie mogli, rzecz jasna, przyjść do synagogi. MODLIMY SIĘ BRAKIEM MODLITWY – twierdzili. WYPEŁNIAMY PRAWO WŁAŚNIE PRZEZ TO, ŻE JE ŁAMIEMY.

Ci, co woleli upuścić księgę modlitewną aniżeli spaść, stali się protoplastami kongregacji z Synagogi Rozlazłej, której nazwę tę nadali Strzeliści. Rozlaźli bawili się frędzlami przy mankietach koszul, przyszytymi tam gwoli przypomnienia – sobie, a zwłaszcza postronnym – jaką z Próby wynieśli naukę: tę mianowicie, że sznurki człowiek wszędzie nosi ze sobą, a zwyciężać zawsze powinien duch Świętego Słowa. (Przepraszam, czy ktoś może wie, o co tu w ogóle chodzi z tym całym Świętym Słowem? Postronni wzruszali ramionami i wracali do przerwanej dyskusji o tym, jak najlepiej podzielić trzynaście knyszów między czterdzieści trzy osoby.) Rozlaźli przyjęli nowe obyczaje: bloczki zastąpili poduszkami, a hebrajską księgę modlitewną bardziej przystępnym modlitewnikiem w języku jidysz; zrezygnowali też z rabina i odtąd całą grupą odprawiali nabożeństwo połączone z dyskusją, po którym – a zazwyczaj jeszcze podczas niego – jedli, pili i plotkowali. Członkowie kongregacji Strzelistych patrzyli z góry na Rozlazłych, ci bowiem sprawiali takie wrażenie, jakby gotowi byli poświęcić każde żydowskie prawo dla dobra tego, co określali niepewnym mianem wielkiego i niezbędnego pogodzenia religii z życiem. Strzeliści obrzucali ich wyzwiskami i straszyli, że Rozlazłych czeka na tamtym świecie wiekuiste cierpienie – kara za skwapliwość, z jaką w życiu doczesnym dbają o własne wygody. Ale Rozlaźli (w przeciwieństwie do Szmula S. – tego mleczarza, co miał niedrożność jelit) srali na to rzadkim gównem. Oni i Strzeliści widywali się tylko w tych rzadkich momentach, kiedy z przeciwnych stron napierali na synagogę – jedni po to, żeby sztetl bardziej uświęcić, a drudzy, żeby go bardziej zeświecczyć. W pozostałym czasie nauczyli się ignorować nawzajem.

Przez sześć dni obywatele sztetla – Strzeliści na równi z Rozlazłymi – wystawali w kolejkach przed Synagogą Strzelistą, pragnąc skorzystać z nadarzającej się okazji, żeby zobaczyć moją jakże zamierzchłą prababkę. Wielu wracało po wielekroć. Mężczyźni mogli obejrzeć dziecko, dotknąć go, mówić do niego, a nawet wziąć je na ręce. Kobiet oczywiście nie wpuszczano do Synagogi Strzelistej, Rabin Wielebny dawno już bowiem oświecił, co następuje: A WIĘC JAK MAMY UMYSŁAMI I SERCAMI TRWAĆ PRZY BOGU, KIEDY INNA CZĘŚĆ KAŻDEGO Z NAS WSKAZUJE NAM DROGĘ KU NIECZYSTYM MYŚLOM O WIADOMYCH SPRAWACH?

Wyglądało na to, że osiągnięto rozsądny kompromis, gdy w roku 1763 pozwolono kobietom modlić się w wilgotnej i ciasnej izbie pod specjalnie zamontowaną podłogą ze szkła. Niebawem jednak dyndający pod sufitem mężczyźni oderwali spojrzenia od Wielkiej Księgi, aby napawać się widocznym w dole chórem śródpiersi. Czarne spodnie zrobiły się nagle opięte, a ich właściciele zaczęli się zderzać i huśtać jak nigdy przedtem, bo owe inne części sterczały, nabrzmiałe fantazjami o wiadomych sprawach, do przenajświętszej zaś modlitwy mimowiednie wstawiono nadliczbowe słowo, brzmiała więc odtąd tak: ŚWIĘTY, ŚWIĘTY, ŚWIĘTY, ŚWIĘTY, ŚWINTUCH JEST Z PANA ZASTĘPÓW! ŚWIAT CAŁY PRZEPEŁNIA CHWAŁA JEGO!

Rabin wielebny zajął się tą niepokojącą sprawą w jednym z licznych kazań popołudniowych. A WIĘC WSZYSTKIM NAM MUSI BYĆ ZNANA TA NAJDONIOŚLEJSZA SPOŚRÓD BIBLIJNYCH PRZYPOWIEŚCI, W KTÓREJ MOWA JEST O DOSKONAŁOŚCI NIEBA I PIEKŁA. AWIĘC, JAK WSZYSCY WIEMY, A PRZYNAJMNIEJ POWINNIŚMY WIEDZIEĆ, DRUGIEGO DNIA BÓG ANASZ PAN STWORZYŁ PRZECIWSTAWNE REJONY NIEBA I PIEKŁA, DO KTÓRYCH WYSŁANI ZOSTANIEMY ZARÓWNO MY (NA GÓRĘ), JAK I ROZLAŹLI (NA DÓŁ), I OBY ZAPAKOWALI TYLKO SWETRY. A WIĘC NIE WOLNO NAM JEDNAK ZAPOMINAĆ O KOLEJNYM DNIU, CZYLI TRZECIM, KIEDY TO BÓG UJRZAŁ, ŻE NIEBO NIE JEST AŻ TAKIE NIEBIAŃSKIE, JAKIE CHCIAŁBY SOBIE WYMODLIĆ, AI PIEKŁO NIE WYDAJE SIĘ TAK ZNÓW CAŁKIEM PIEKIELNE. A WIĘC JAK DOWIADUJEMY SIĘ Z POMNIEJSZYCH PISM, KTÓRE TRUDNIEJ JEST WYSZPERAĆ, ON, OJCIEC OJCA OJCÓW, USUNĄŁ ZASŁONĘ ROZDZIELAJĄCĄ OWE PRZECIWSTAWNE REJONY, POZWALAJĄC, ABY ZBAWIENI I POTĘPIENI UJRZELI SIĘ NAWZAJEM. AWIĘC ZIŚCIŁA SIĘ NADZIEJA, JAKA MU PRZY TYM PRZYŚWIECAŁA, ZBAWIONYCH URADOWAŁA BOWIEM MĘKA POTĘPIEŃCÓW I O TYLEŻ UROSŁA ICH RADOŚĆ W OBLICZU CUDZEGO SMUTKU. A WIĘC POTĘPIEŃCY UJRZELI ZBAWIONYCH, UJRZELI OGONY HOMARÓW I SZYNKĘ PROSCIUTTO NA ICH TALERZACH, UJRZELI, CO ZBAWIENI WTYKAJĄ W TUCHESY MIESIĄCZKUJĄCYM SIKSOM, I ZARAZ O TYLEŻ GORZEJ SAMI SIĘ POCZULI. AWIĘC UJRZAŁ BÓG, ŻE JEST TO LEPSIEJSZE. A WIĘC POKUSA, JAKĄ STRĘCZYŁO OKNO, STAŁA SIĘ NIEBAWEM ZBYT SILNA. AWIĘC ZAMIAST CIESZYĆ SIĘ KRÓLESTWEM NIEBIESKIM, ZBAWIENI ULEGLI FASCYNACJI OKRUCIEŃSTWAMI PIEKŁA. A WIĘC ZAMIAST CIERPIEĆ OD TYCH OKRUCIEŃSTW, POTĘPIENI NAPAWALI SIĘ JAK GDYBY Z DRUGIEJ RĘKI NIEBIAŃSKIMI ROZKOSZAMI. AWIĘC Z CZASEM OWE PRZECIWSTAWNE REJONY OSIĄGNĘŁY STAN WZAJEMNEJ RÓWNOWAGI, WPATRZONE KAŻDY W SWOJE VIS-À-VIS, A ZARAZEM W SIEBIE. AWIĘC OKNO LUSTREM SIĘ STAŁO, OD KTÓREGO ZARÓWNO ZBAWIENI, JAK I POTĘPIENI NIE MOGLI ANI ZRESZTĄ NIE CHCIELI SIĘ ODERWAĆ. A WIĘC BÓG Z POWROTEM SPUŚCIŁ ZASŁONĘ, NA WIEKI WIEKÓW ZAMYKAJĄC WROTA MIĘDZY DWOMA KRÓLESTWAMI, AWIĘC I MY W OBLICZU NASZEGO AŻ NAZBYT KUSZĄCEGO OKNA MUSIMY SPUŚCIĆ ZASŁONĘ MIĘDZY KRÓLESTWEM MĘŻCZYZNY A KRÓLESTWEM KOBIETY.

Do piwnicy napuszczono wody, którą specjalnie w tym celu doprowadzono z Brodu, a w tylnej ścianie synagogi wycięto otwór wielkości jajka, żeby kobiety mogły przez niego pojedynczo zaglądać, widziały jednak tylko arkę oraz stopy dyndających mężczyzn – niektóre (na domiar zniewagi) oblepione zaschniętym gównem.

I przy tym to właśnie otworze stawały jedna po drugiej kobiety ze sztetla, żeby przyjrzeć się mojej prapraprapraprababce. Wiele z nich doszło do przekonania – być może z powodu zupełnie już dorosłych rysów jej twarzy – że nosi ona w sobie zło i jest znakiem od samego diabła. Owe mieszane uczucia prawdopodobnie wzbudzał w nich jednak sam otwór. Z tak dużej odległości – z dłońmi przyciśniętymi do ściany, z okiem w nieobecnym jajku – nie mogły ani trochę zaspokoić swoich macierzyńskich zapędów. Przez mały otworek nie miały nawet szans zobaczyć całego dziecka naraz, musiały więc w wyobraźni klecić kolaże z fragmentarycznych migawek, łącząc palce z dłonią przytwierdzoną do nadgarstka, tkwiącego na końcu ręki wpasowanej drugim końcem w staw barkowy... Z czasem znienawidziły dziewczynkę za tę jej niepoznawalność, niedosiężność – za to, że była kolażem.

Siódmego dnia Rabin Wielce Poważany dał cztery ćwierćkrajcary i garść szlifowanych niebieskich kulek z chryzoberylu za zamieszczenie w cotygodniowej gazetce Szymona T. następującego anonsu: otóż z nie całkiem ściśle wiadomych przyczyn trafiło do sztetla niemowlę, bardzo piękne i dobrze ułożone, bynajmniej też nie smrodliwe, rabin zaś postanowił – zarówno dla jej, jak i własnego dobra – oddać małą pierwszemu lepszemu porządnemu człowiekowi, który zgodzi się uznać ją za córkę.

Nazajutrz rano znalazł pod drzwiami Synagogi Strzelistej pięćdziesiąt dwie kartki, ułożone w wachlarz podobny do pawiego ogona.

Od wytwórcy bibelotów z miedzianego drutu, niejakiego Peszla S., który stracił żonę w czasie Pogromu Podartych Szat, zaledwie dwa miesiące po ślubie: Jeśli nie ze względu na dziewczynkę, to ze względu na mnie. Jestem porządny człowiek i coś mi się w życiu należy.

Od Mordechaja C. – samotnego świecarza, którego dłonie tkwiły w niezmywalnych rękawicach z wosku: Tak mi doskwiera samotność, kiedy po całych dniach przesiaduję w swojej pracowni. Nie będzie już po mnie świecarzy. Czy nie jest to wyjście w jakiś sposób rozsądne?

Od Rozlazłego Lumpla W., który był bezrobotny i wylegiwał się w Paschę wcale nie dlatego, że przestrzegał religijnego obyczaju, tylko po prostu nie widział powodu, żeby akurat ten jeden wieczór jakoś szczególnie wyróżniać spośród innych: Nie jestem najwspanialszym człowiekiem wszech czasów, ale byłbym dobrym ojcem i rabin też to wie.

Od nieboszczyka filozofa Pinchasa T., który we młynie dostał w głowę spadającą belką: Wrzućcie ją z powrotem do wody i niech zostanie ze mną.

Rabin Wielce Poważany wprost niebywale znał się na wielkich, większych i najnajwiększych zagadnieniach żydowskiej wiary, potrafił odwoływać się do najbardziej zapoznanych i nieczytelnych pism, aby roztrząsać na pozór nierozwiązywalne dylematy religijne, lecz o życiu nie wiedział nic prawie i właśnie dlatego (ponieważ narodziny dziecka z wody nie miały w pismach żadnych precedensów, a on nikogo nie mógł spytać o radę – no, bo jak by to wyglądało, gdyby samo źródło rad wszelkich zaczęło nagle szukać cudzej rady?), właśnie dlatego, że dziecko pochodziło ze sfery życia i samo życiem było, nie umiał znaleźć wyjścia z sytuacji. WSZYSTKO TO SĄ PORZĄDNI LUDZIE – myślał. WSZYSCY CO PRAWDA MOŻE TROCHĘ PONIŻEJ PRZECIĘTNEJ, ALE W GŁĘBI DUSZY CAŁKIEM ZNOŚNI. KTÓRY Z NICH JEST NAJMNIEJ NIEGODNY?

NAJLEPSZA DECYZJA TO BRAK DECYZJI – zadecydował w końcu i włożył wszystkie listy do kołyski, przysięgając oddać moją prapraprapraprababkę – a w pewnym sensie i mnie – autorowi tego, po który dziewczynka najpierw sięgnie. Ale ona nie sięgnęła po żaden. Nie zwracała na nie najmniejszej uwagi. Przez dwa dni nie drgnęła, nie zapłakała ani nie otworzyła ust, domagając się pokarmu. Mężczyźni w czarnych kapeluszach wciąż wykrzykiwali modlitwy, zwisając z bloczków (ŚWIĘTY, ŚWIĘTY, ŚWIĘTY...), wciąż huśtali się nad przetransplantowaną rzeką Brod, wciąż mocniej trzymali się Wielkiej Księgi aniżeli sznura, modląc się, ażeby istniał jednak ktoś, kto słuchałby ich modłów, aż tu nagle w samym środku jednego z wczesnych późnowieczornych nabożeństw poczciwy handlarz gefiltefisz, Bicl Bicl R., wykrzyczał dokładnie to, co myśleli wszyscy członkowie kongregacji: ten smród jest nie do zniesienia! jak mam swoim postępowaniem dawać świadectwo bliskości boga, skoro tak wyraźnie odczuwam bliskość srajdy!

Rabin Wielce Poważany nie sprzeciwił się tej opinii. Zarządził przerwę w modlitwie, zjechał po sznurze na szklaną podłogę i otworzył arkę. Buchnął z niej najstraszliwszy odór – wszechogarniający fetor, którego nie sposób było zignorować, nieludzki, niewybaczalny smród, w najwyższym stopniu odrażający. Wydobył się z arki, zalał całą synagogę, potoczył się wszystkimi ulicami, wszystkimi zaułkami sztetla, wsączył się pod każdą poduszkę w każdej sypialni, wnikając w nozdrza śpiących, i zabawił tam dość długo, aby sprowadzić ich sny na manowce, zanim wydostał się wraz z kolejnym chrapnięciem – i wreszcie spłynął do Brodu.

Dziecko wciąż leżało w absolutnym milczeniu, w absolutnym bezruchu. Rabin Wielce Poważany postawił kołyskę na podłodze, wyciągnął z niej jedną jedyną przemoczoną karteczkę i zawrzasnął: WYGLĄDA NA TO, ŻE DZIECKO WYBRAŁO SOBIE JANKIELA NA OJCA!

Trafiliśmy w dobre ręce.

20 lipiec 1997

Drogi Jonathan!

Łaknę ten list, żeby był dobry. Jak już sobie wiesz, nie jestem pierwszorzędny z angielskim. W rosyjskim moje pomysły utwierdzają się z anormalną jasnością, ale mój drugi język nie jest taki znowu prima sort. Przedsięwziąłem wkluczyć rzeczy, które mi wkluczyć konsyliowałeś, i zgodnie z twoim konsylium mozoliłem ten słownik synonimów, co go mam od ciebie, ilokrotno moje słowa wydawały się nazbytnio zubożniałe lub niewsamraźne. Jeśli nie jesteś szczęśliwy poprzez to, co zdziałałem, komenderuję ci zwrócić mi je wspak. Będę wytrwale harował, dopóty cię nie zasycę.

Do niniejszej koperty wprzągłem też obiekty, o których się pytałeś, wkluczając pocztówki z Łucka, wyniki spisu ludzkości z tych sześciu wiosk spoprzed wojny, jak tudzież fotografie, które kaziłeś mi zachować dla celów ostrożnościowych. To był bardzo, bardzo, bardzo dobry pomysł, nie? Muszę skonsumować ropuchę za to, co cię napotkało w pociągu. Wiem, jak doniosłe to pudełko było dla ciebie, dla nas obu, i że jego ingrediencje były niewymienialne. Kradzież to rzecz sromotnikowa, ale bardzo powtarzalnie napotyka ona podróżnych pociągami w Ukrainie. Skoro nie masz na podorędzi nazwisko tego strasznika, co zakradł pudełko, niemożliwie będzie je odzyskać, więc musisz zaznać, że jest dla ciebie zatracone na zawsze. Ale proszę, niech twoje doświadczenie w Ukrainie nie zrani twojego o niej obrazu, bo na pewno ją sobie teraz obrażasz jako totalnie przeokropną ekssowiecką respublikę.

To mi jest okazja wymówić dziękuję tobie za twoją cierpiętliwość i stoicyzm z mną podówczas wojaży. Kalkulowałeś może na tłumacza, co miałby więcej wydolności, a ja jestem pewien, że spisiałem się na byle jak. Muszę skonsumować ropuchę za nie znajdzenie Augustyny, ale chyba załapiasz, jakie to było sztywne. Może jakbyśmy mieli więcej dni, tobyśmy ją odkryli. Moglibyśmy wtedy przestudniować wszystkie sześć wioski i odpytać wielu ludzi. Moglibyśmy dźwignąć każdy głaz. Ale przecież tyle raz już to wszystko wymówiliśmy.

Dziękuję ci za duplikację fotografii Augustyny z jej rodziną. Myślałem bez końca o tym, co powiedziałeś obnośnie zakochania z nią. Prawdę zarzekłszy, nie od razu zgłębiłem, kiedy to wymówiłeś w Ukrainie. Ale jestem pewien, że teraz już to zgłębiam. Egzaminuję ją raz, kiedy jest rano, i potem jeszcze raz, zanim pójdę wytwarzać drzem, i za każdą okazją wywidzam coś nowe, jakąś manierę, jak jej włosie rzuca cienie albo usta streszczają się z zakątków.

Taki jestem szczęśliwy, że cię zasyciła pierwsza dywizja tego, co ci posiliłem. Musisz wiedzieć, że wykonałem korekty, których domagałeś. Przepraszam za ostatnią frazę, jakoby jesteś bardzo zepsuty Żyd. Ulęgła zmianie i teraz pisze: „Nie chcę jechać dziesięciu godzin w jakieś brzydkie miasto, żeby nadsługiwać jakiemuś zepsutemu Żydu”. Bardziej rozwlokłem pierwszą partię o sobie i wygruziłem słowo „Murzyni”, jak mi kaziłeś, chociaż zaprawdę tak bardzo ich lubię. Szczęśliwi mnie, że spodobała ci się fraza: „Kiedyś to ty będziesz dla mnie działał rzeczy, których nienawidzasz. Na tym właśnie spolega życie rodzinne”. Ale muszę ci się jednakowszem zagadnąć, co to takowe truizm?

Długo czasu przetrawiłem nad tym, co mi powiedziałeś, żeby bardziej rozwlec partię o mojej Babce. Ponieważ czułeś w tej sprawie bardzo serio, pomyślałem, że będzie OK, jak wkluczę te partie, które mi posiliłeś. Nie mogę powiedzieć, żebym rozmyśliwał nad tymi kwestii, ale powiedzieć owszem mogę, że pragnę być takim wariacją persony, coby nad tymi kwestii owszem rozmyśliwał. Bardzo były piękne, Jonathan, i czułem ich prawdę.

I dziękuję ci, czuję się zadłużony wymówić, że nie wypomyknąłeś tej bezprawdy, rzekomo jestem wysoki. Myślałem, że to zdziała lepsze wyrażenie, jeśli będę wysokim.

Siliłem się wykonać następny oddział, jak mi kaziłeś, plasując na pierwszym miejscu pośród moich myśli wszystko, coś nauczał. Starałem się też unikować oczewidności albo zbędnej subtelności, zgodnie z twoją demonstracją. Jeśli się rozłazi o tę walutę, którą równolegle mi posiliłeś, musisz być powiadomiony, że wypisałbym to wszystko nawet w jej nieobecność. Pisać dla pisarza to dla mnie tytaniczny honor, zawłaszcza jeśli pisarz jest amerykański, taki jak Ernest Hemingway albo ty.

Jeśli się rozłazi o twoje pisanie, „Początek świata często nadchodzi” to był bardzo wzniosły początek. Nieskolkie partie nie zrozumiewam, ale domniemam, że to po temu, że były bardzo żydowskie, a tylko żydowski persona potrafia zrozumiewać coś tak żydowskie. Czy to po temu myślicie, że jesteście wybrani od Boga, bo tylko wy zrozumiewacie śmieszności, co je wytwarzacie na samych siebie? Mam o tej sekcji jedno małe zapytanie, a mianowicie, czy wiesz, że wielu z imion, które wyzyskujesz, nie są prawowite imiona jak na Ukrainę? Imię Jankiel owszem, słyszałem, tak jak i Hanna, ale reszta są bardzo dziwne. Sam je wynalazłeś? Dużo było takich potknięć, powiadamiam ci. Jesteś tu akurat pisarz humoryczny czy niedowiadomiony?

Nie mam żadnych więcej świetlistych uwag, albowiem muszę posiąść większą partię powieści, zanim pocznę dale świetlić. Póki teraz, bądź świadom, że jestem zachłystany. Dam ci konsylium, że nawet jak już mi zaprezentujesz więcej, mogę nie posiadać wielu inteligentnych rzeczy do wypowiedzi, ale może na jednakowszem coś się przydam. Może jak zaznam, że coś jest bardzo niespełna rozumne, to ci powiem, a wtedy będziesz mógł zdziałać, żeby było spełna rozumne. Tak już dużo mi o tym powiadomiłeś, że na pewno z radością przeczytam szczątki i pocznę myśleć o tobie jeszcze wynioślej, jeśli istnieje takowa ewentualność. Ach, racja, co to takowe mineta?

A teraz trochę sprawy osobiste. (Możesz rozreszyć nie czytać ta partia, jeśli stajesz się poprzez nią nudny persona. Zrozumiewałbym, chociaż proszę nie powiadamiaj mi.) Dziadek ostatnio nienazbyt jest zdrowotny. Przetaszczył się w naszą rezydencję na stale. Spoczął na łóżko Igorka wraz z Sammy Davis Junior, Junior, a Igorek spoczął na sofie. Wcale to Igorka nie przyprawia migreną, bo to dobry chłopiec i zrozumiewa dużo więcej spraw, aniżeli ktośkolwiek podejrzewia. Posiadam opinię, że to z melancholii Dziadek przestał być zdrowotny i że to poprzez nią jest ślepy, chociaż oczewidno nie ślepy zaprawdę. Ogromnie mu się zgorszyło, odkąd wróciliśmy wspak od Łucka. Jak wiesz, był bardzo przegrany w kwestii Augustyny, bardziej nawet, aniżeli ty czy ja byliśmy przegrani. Sztywno jest nie mówić z Ojcem o Dziadka melancholii, bo obaj napotkaliśmy go, jak rozpłaczał. Wczoraj wieczór grzędziliśmy się przy stole w kuchni. Jedliśmy czarny chleb i dysputowali o atletyce. Z góry dolazł jakiś odgłos. Akurat nad nami jest komnata Igorka. Byłem pewien, że to rozpłacz Dziadka, i Ojciec także samo był pewien. Dołaziło też ciche rap-rap-rap poprzez sufit. (Po normalnemu rap jest znakomity, na ów przykład Załoga z Dniepropietrowska są całkiem w poco, ale tego akurat stylu sponad sufitu wcale nie lubowałem). Sztywno sililiśmy się go zaniedbać. Ten odgłos wzruszył Igorka z spoczynku i Igorek przylazł do kuchni. „Cześć, Niezdara” – powiedział Ojciec, bo Igorek znowu się upadł i znowu zdziałał sobie granatowe oko, tym razem lewe.„ Też bym zjadł czarnego chleba” – wymówił Igorek, nie patrząc na Ojca. Chociaż ma dopiero trzynaście prawie czternaście lat, jest bardzo bystry. (Jesteś jedyny persona komu to powierzam. Proszę nie powierzaj to żadnemu innemu personie.)

Nadziewam się, że jesteś szczęśliwy, a twoja rodzina jest zdrowotna i prosperuje. Uczyniliśmy się jak przyjacieli, kiedy byłeś w Ukrainie, tak? W innym świecie moglibyśmy być prawdziwi przyjacieli. Będę w zawieszeniu poprzed twoim następnym listem i też w zawieszeniu będę poprzed nadchodzącą dywizją twojej powieści. Czuję się obwiązany znowu skonsumować ropuchę (oj, bo mi brzuch pęka) za tę nową sekcję, którą ci posilam, ale zrozumiej, że starałem się, jak mogłem, i działałem, co tylko moje najlepsze, i nic lepsze nie mogłem. Tak mi to sztywno lezie. Proszę, bądź prawdomowny, ale też, proszę, bądź dobroczynny, proszę.

Niewinnie,

Aleksandr