Wydawca: Wydawnictwo BIS Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2015

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 429 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Wszystko czego pragnęła - Barbara Freethy

Przed dziesięcioma laty, podczas imprezy, która wymknęła się spod kontroli, piękna i pełna życia Emily skoczyła ku śmierci, zostawiając pogrążone w rozpaczy przyjaciółki - Natalie, Madison i Laurie. Żadna nie zapomniała tamtej nocy i roli, jaką mogła odegrać w tragedii, która się wówczas wydarzyła, zaś poczucie winy i straty nie przestało dręczyć ich aż do dziś.
I nagle na listach bestsellerów pojawiła się książka nieznanego nikomu autora, opisująca w niesamowicie dokładny sposób losy czterech młodych kobiet, ich losy. Kim jest ów pisarz? I dlaczego oskarża jedną z nich o morderstwo? Gdy zaczną poznawać zaskakującą prawdę o przyjaciółce, której młodzieńcze marzenia nie miały szansy się ziścić, każda  z kobiet odkryje dawno utraconą miłość i pozna tajemnicę, która odmieni na zawsze jej życie.

Opinie o ebooku Wszystko czego pragnęła - Barbara Freethy

Fragment ebooka Wszystko czego pragnęła - Barbara Freethy

Tytuł oryginału: All She Ever Wanted

Projekt okładki: Czartart, Izabela Surdykowska-Jurek, Magdalena Muszyńska

Copyright © Barbara Freethy 2004

All rights reserved

Copyright © for the Polish translation Wydawnictwo BIS 2015

ISBN 978-83-7551-458-2

Wydawnictwo BIS

ul. Lędzka 44a

01-446 Warszawa

tel. 22 877-27-05, 22 877-40-33; fax 22 837-10-84

e-mail:bisbis@wydawnictwobis.com.pl

www.wydawnictwobis.com.pl

Skład wersji elektronicznej: Marcin Kapusta

konwersja.virtualo.pl

Moim przyjaciółkom z Peninsula Tennis Club, które uwielbiają podsuwać mi pomysły, zwłaszcza zaś Lindzie Benwenuto, Patty Kunse, Lani Fregosi, Patti Rossi i wszystkim paniom z drużyny 4.0

Podziękowania

Serdeczne podziękowania należą się moim piszącym przyjaciółkom: Carol Grace, Candice Hern, Dianie Dempsey, Kate Moore, Lynn Hannie i Barbarze McMahon, które pomogły mi stworzyć intrygę. Chciałabym też podziękować mojej wspaniałej agentce, Andrei Cirillo, za niekończące się wsparcie oraz zachętę. Dziękuję wszystkim przyjaciółkom i koleżankom ze stowarzyszenia studentek – przypomniały mi dawne, dobre czasy i tych kilka szczególnych lat w college’u, gdy zawiązują się najtrwalsze przyjaźnie i wszystko wydaje się możliwe.

Rozdział 1

– Proszę wyciągnąć kartę, którąkolwiek.

Natalie Bishop wpatrywała się w talię w dłoniach starego mężczyzny.

– Naprawdę powinnam osłuchać pańskie serce, panie Jensen. Wspomniał pan, że miewał te bóle w klatce piersiowej już wcześniej?

Starszy pan zignorował pytanie i skinął głową, wskazując karty. Miał długie palce, a dłonie pomarszczone i pokryte starczymi plamkami. Ciemne oczy spoglądały błagalnie. Gabinet na oddziale ratunkowym szpitala St. Timothy’s w San Francisco to nieodpowiednie miejsce na sztuczki karciane. Natalie nauczyła się jednak podczas trzech spędzonych tu lat rezydentury, że w leczeniu nie zawsze chodzi o medycynę, a pacjenci nie pojawiają się wyłącznie dlatego, iż czują się chorzy. Czasami chodziło o to, że są po prostu starzy i samotni. Zrobiła zatem, o co ją poproszono i wyciągnęła kartę. As pik. Karta śmierci. Dreszcz przebiegł jej po plecach.

– Proszę nie mówić, jaka to karta, doktor Bishop, tylko ją trzymać.

Zamknął oczy i jął mamrotać pod nosem.

Natalie poczuła nagłą pokusę, by rzucić kartę na łóżko, co było śmieszne. Nie ulegała przesądom. Nie wierzyła we wróżenie z kart, w hokus-pokus ani żaden inny rodzaj magii. Nie wierzyła w nic, czego nie dało się udowodnić naukowo. As pik był jedynie kartą. Gdyby grała akurat w pokera albo blackjacka, ucieszyłaby się, że go wyciągnęła.

Pan Jensen otworzył oczy i wpatrywał się w Natalie, jakby jej nigdy przedtem nie widział.

– Czarny as – powiedział. – Pik.

Przełknęła mocno ślinę.

– Brawo. – Oddała mu kartę, pytając: – Jak pan to odgadł?

– Poczułem, że pani zadrżała. – Spojrzał na nią z tak ponurą miną, że poczuła się jeszcze bardziej nieswojo. – Boi się pani.

– Nieprawda.

Nie miała czasu się bać. Jako rezydentka pracowała najczęściej na dwie zmiany. Była przepracowana, przemęczona i w najwyższym stopniu zestresowana. Brakowało jej energii, żeby bać się czegokolwiek poza tym, że kiedy wreszcie po dziesięciu latach walki i ciężkiej harówki od uzyskania statusu lekarza dzielił ją ledwie miesiąc, coś się wydarzy, ona zawiedzie i poniesie klęskę. A klęska nie chodziła w grę. Praca była jej życiem.

– Szykuje się coś złego – kontynuował starszy pan. – Czuję to w kościach. A te stare kości nigdy się jeszcze nie pomyliły.

– Nie wiem, o czym pan mówi. Może teraz osłucham panu serce?

Przyłożyła stetoskop do piersi staruszka i wsłuchała się w rytm jego serca. Biło mocno i miarowo, przeciwnie niż jej. Za dużo kofeiny, powiedziała sobie, nic poza tym.

– Chyba wszystko w porządku – powiedziała, skupiając się na chwili obecnej. – Coś pana boli?

– Już nie.

Natalie nie była zaskoczona. Pan Jensen pojawiał się na oddziale regularnie i zawsze wyglądało to tak samo.

– Co jadł pan na lunch? – zapytała.

– Pizzę z pepperoni.

Tak podejrzewała.

– Znaleźliśmy winowajcę. Czy to było takie pieczenie tutaj? – Przyłożyła dłoń do piersi starszego pana.

Skinął głową.

– Dokładnie.

– Wygląda na niestrawność, taką samą jak w zeszłym tygodniu i tydzień wcześniej. Pora dać sobie spokój z pizzą. – Sięgnęła po bloczek z receptami. – Przepiszę panu coś na trawienie, lecz przede wszystkim powinien pan się postarać zmienić dietę.

– Może mógłbym trochę tu poczekać, upewnić się, że ból nie wróci.

Natalie wiedziała, że powinna go odesłać. Fizycznie nic mu nie dolegało, a łóżko będzie wkrótce potrzebne innemu pacjentowi. Był piątkowy wieczór, to zaś oznaczało gorączkowy ruch i chaos. Pan Jensen miał jednak prawie osiemdziesiąt lat i mieszkał sam. Zapewne potrzebował towarzystwa bardziej niż pomocy medycznej.

Nie angażuj się, nakazała sobie. Zadaniem medycyny ratunkowej było rozwiązywanie bieżących problemów, a nie nawiązywanie z pacjentami emocjonalnej więzi. Dlatego wybrała tę specjalność. Była dobra w szybkim udzielaniu pomocy, ale nie tam, gdzie potrzebne było osobiste zaangażowanie.

– Pokażę pani jeszcze jedną sztuczkę – zaproponował, rozkładając karty w wachlarz. – Wie pani, byłem kiedyś magikiem, i to dobrym. Pracowałem nawet w Las Vegas.

– Nigdy tam nie byłam.

– I nie wierzy pani w magię – dodał, wzdychając.

– Nie, nie wierzę.

Przechylił w bok głowę i przyglądał się Natalie mądrymi, starymi oczami, aż poczuła się nieswojo.

– Kiedy pani przestała?

– Nie wiem, o co panu chodzi.

– Kiedy przestała pani wierzyć w Świętego Mikołaja, zębową wróżkę i krasnoludki?

– Nigdy w to nie wierzyłam.

– Nigdy? Nawet gdy była pani małą dziewczynką? – zapytał zdziwiony.

Otworzyła usta, by mu powiedzieć, że nigdy tak naprawdę nie była małą dziewczynką, gdy nagle wróciło do niej wspomnienie. Zobaczyła siebie w wieku około siedmiu lat. Ubrana w długą, różową nocną koszulę wieszała nad kominkiem pończochę, trzymana na rękach przez ojca. Na obramowaniu położyli zaś czekoladowe ciasteczka dla Świętego Mikołaja. To były ich ostatnie wspólne święta. Zalała ją fala smutku. Niemal o nich zapomniała. A teraz nie wiedziała, co było gorsze – to, że prawie zapomniała, czy że wspomnienie wróciło.

Spojrzała na bloczek z receptami i zmusiła się, aby dokończyć pisanie. Wyrwała receptę i podała staruszkowi.

– To powinno załatwić sprawę.

– Chyba nie czuję się jeszcze tak dobrze, żeby już iść do domu – powiedział powoli. Przyłożył dłoń do piersi, błagając wzrokiem o zrozumienie.

A ona rozumiała. Dobrze wiedziała, jak to jest być samotnym. Lecz ordynator miała bzika na punkcie przestrzegania zasad szpitalnej polityki, a podstawowa z nich głosiła, iż pacjentów należy pozbywać się z oddziału jak najszybciej. Z przyjemnością wezwałaby Natalie na dywanik i udzieliła jej nagany. Jeszcze tylko miesiąc, powtórzyła sobie w myślach. Musi zakończyć rezydenturę. O zmianę szpitalnej polityki będzie martwiła się później. Mimo to…

– Wie pan – powiedziała, spoglądając na karty w jego dłoni – jestem pewna, że dzieciaki na oddziale pediatrycznym chętnie zobaczyłyby kilka sztuczek. Może przyślę któregoś z wolontariuszy i jeśli czuje się pan na siłach, pójdziecie na górę i będzie pan mógł wziąć się do roboty.

Uśmiechnął się leciutko.

– Brzmi wspaniale. Dziękuję, doktor Bishop.

– Bardzo proszę.

Wyszła z gabinetu i skierowała się ku dyżurce pielęgniarek, gdzie zostawiła kartę pana Jensena. Poprosiła jedną z kobiet, aby znalazła kogoś, kto zaprowadzi staruszka na oddział pediatryczny.

– Nieźle panią urobił – zauważyła Gloria, oddziałowa, z wiele mówiącym błyskiem w oku.

Natalie wzruszyła ramionami.

– Obie strony tylko na tym zyskają. Dzieciaki chętnie obejrzą sztuczki, a on będzie miał z kim porozmawiać. Może zostanie stałym wolontariuszem i przestanie zaglądać tak często na izbę przyjęć?

– Próbuje pani zatrzymać walącą się tamę małym palcem. Co tydzień przychodzą tu setki takich jak pan Jensen. Zamierza pani wysłać ich wszystkich na oddział dziecięcy?

– Tylko jeśli potrafią robić sztuczki. Mam czas na przerwę? – spytała, sprawdzając notatki na tablicy.

– Krótką – odparła Gloria.

– Wiesz, gdzie mnie znaleźć.

Ruszyła korytarzem do pokoju socjalnego. Studentka medycyny, Karen Gregg, jadła tam samotnie kanapkę, wpatrując się w ekran małego telewizora. Uniosła dłoń, aby uciszyć Natalie, nim zdąży powiedzieć: „Cześć”. Natalie spojrzała na ekran, zastanawiając się, co tak zaintrygowało dziewczynę. Pokazywali akurat jeden z tych programów o książkach, kiedy to autor siedzi za biurkiem w księgarni, mając przed sobą otwartą powieść w twardej okładce. Tytuł tej akurat powieści brzmiał Upadły anioł, autorem zaś był niejaki Garrett Malone, mężczyzna po czterdziestce, z gęstą brodą, w modnych okularach i z poważnym wyrazem twarzy.

Już miała się odwrócić, gdy usłyszała jego głos. Brzmiał dziwnie znajomo. A może to słowa, które wypowiedział, pobudziły pamięć…

– Stały u wrót niebios, kandydatki po jednej stronie sali, członkinie korporacji po drugiej – czytał. – Piękne młode kobiety w białych sukienkach, z wiankami we włosach. Ich twarze jaśniały w blasku trzymanych w dłoniach świec. Szmer głosów tworzył pełne harmonii tło ceremonii nocnej inicjacji.

Jedna z dziewcząt różniła się od pozostałych. Zamiast poczucia przynależności odczuwała przemożną potrzebę, by uciec, lecz otaczały ją przyjaciółki. Nazywano je Wspaniałą Czwórką, ponieważ trzymały się razem od pierwszego dnia pobytu w college’u i później, przez cały czas kandydowania do stowarzyszenia. Jedna chciała zostać lekarką, druga modelką, trzecia pragnęła jedynie męża i dzieci. Tylko ta jedna nie była pewna, czego właściwie chce. Może poza tym, by przyjaciółki poznały ją taką, jaka jest naprawdę. By nie musiała udawać więcej kogoś, kim nie jest. Nie miała jednak dość odwagi, aby zdjąć maskę, pokazać prawdziwe „ja”. Bała się, że będą ją osądzać, i miała rację.

Garrett Malone zamilkł i spojrzał wprost w kamerę. Natalie głośno złapała oddech. Pomyślała o panu Jensenie i karcianej przepowiedni.

Za kilka chwil staną się siostrami – kontynuował Malone. – A nim nastanie świt, jedna z nich będzie martwa.

– Emily – wyszeptała Natalie, potrząsając z niedowierzaniem głową. To była historia Emily. Ich historia. To one były Wspaniałą Czwórką: Madison, Laura, Emily i Natalie. Poznały się w college’u i trzymały razem przez cały pierwszy i drugi rok nauki. Jednak mężczyzna czytał fragment powieści. To była fikcja, czyż nie? Oczywiście, że tak. Główny wątek przypominał po prostu ich historię. Dziwny zbieg okoliczności, nic innego. Prawda?

– Coś się stało, doktor Bishop? – spytała Karen.

Natalie uświadomiła sobie, że dziewczyna przygląda się jej zaniepokojona.

– Co takiego?

– Jest pani blada jak prześcieradło. Źle się pani czuje?

– Nic mi nie jest. Absolutnie.

– Czytała już pani tę książkę? – Karen skinęła głową w kierunku telewizora.

– Nie mam czasu na czytanie.

– Ja też nie, ale kryminały to moja grzeszna przyjemność. A ten dostał wspaniałe recenzje w „Tribune”.

„Tribune”? Gazeta Parishów? Nie zamieściliby recenzji książki, w której pisano by o śmierci ich córki, zatem powieść nie mogła być o Emily. Natalie zmusiła się, żeby miarowo oddychać.

– Czytałam dzisiaj, że mają zrobić z tego film – kontynuowała Karen. – I wiem dlaczego. Zaczęłam czytać wczoraj i wsiąkłam. Nie mogę się doczekać, żeby się dowiedzieć, co było dalej.

– O czym to jest? – spytała Natalie i natychmiast tego pożałowała. Nie chciała wiedzieć, jaka jest treść książki. Nie chciała wiedzieć nic więcej. Było już jednak za późno, by cofnąć pytanie.

– O morderstwie w domu stowarzyszenia studentek. Dziewczyna imieniem Ellie traci życie w noc wstąpienia do bractwa. Spada z dachu.

Natalie poczuła, że kurczy się jej żołądek. Ellie, nie Emily, ale imiona były podobne.

– Nikt spośród przyjaciół ani rodziny nie wie, co się wydarzyło. Przynajmniej tak twierdzą. Nie jestem pewna, jakie będzie zakończenie, myślę jednak, że jedna z tych dziewcząt ją zabiła.

Natalie się odwróciła. Serce waliło jej w piersi, a słowa studentki dudniły w głowie.

Jedna z dziewcząt ją zabiła.

Madison, Laura lub… ona.

• • •

Cole Parish w piątkowy wieczór przemierzał newsroom „San Francisco Tribune”, witając się skinieniem głowy z reporterami i researcherami, którzy będą pracowali do późna w nocy, wykonując telefony, śledząc doniesienia i przeglądając Internet w poszukiwaniu gorących historii mających zapełnić strony weekendowego wydania gazety. Ożywiona atmosfera pomieszczenia jakoś nie udzieliła się Cole’owi, a po tym, jak spędził popołudnie ze specjalistami od cięcia kosztów, każda dawka energii byłaby mile widziana. Jako jeden z szefów odpowiadał za to, żeby gazeta przynosiła dochód, co było niełatwym zadaniem w czasach dominacji mediów elektronicznych.

Studiowanie zysków i strat stanowiło najmniej przyjemną część jego profesji. Był z duszy i serca reporterem, nie biznesmenem, jednak poczucie obowiązku wobec rodziny zmusiło go, by zasiadł na dobre za wielkim biurkiem, zamiast przebywać tam, gdzie działo się coś ważnego, co od zawsze było jego marzeniem. Trudno, ten statek odpłynął dawno temu. Nie ma co się użalać.

Sekretarka, Monica, podniosła wzrok, kiedy nadchodził. Starsza kobieta o ciemnych włosach i bystrych, brązowych oczach pracowała na swoim stanowisku za czasów jego dziadka, a potem ojca i wuja. Prawdopodobnie o tym, jak prowadzić gazetę, wiedziała tyle samo co Cole. Na szczęście potrafiła zachować tę wiedzę dla siebie.

– Jakieś wiadomości? – zapytał.

– Pański ojciec dzwonił, by potwierdzić, że oczekują pana na kolacji w środę, gdy wrócą z wycieczki.

Cole skinął głową. Jego rodzice, podobnie jak ciotka i wuj, spędzili miesiąc w podróży po Europie i podejrzewał, że obaj panowie chętnie dowiedzą się z pierwszej ręki, co działo się z gazetą podczas ich nieobecności.

– Powiedziałam mu, że wszystko idzie gładko – zapewniła Monica. – Dzwoniła też pańska kuzynka Cindy i… – Zmarszczyła brwi, wpatrując się w notatkę. – Nie zrozumiałam dokładnie, o co jej chodziło, ale wspomniała o recenzji książki w wydaniu niedzielnym. Ma zadzwonić jeszcze raz. Wydawała się mocno zdenerwowana, burknęła nawet coś o lojalności wobec rodziny.

– Kiedy zadzwoni, przyjmij wiadomość. Mówiłem jej, że nie mam wpływu na to, jakie książki recenzuje nasz krytyk, i nie chcę znów o tym dyskutować. Coś jeszcze?

– Ma pan gościa. Uparła się, żeby wejść – dodała z błyskiem dezaprobaty w oczach. – Kiedy znajdzie pan sobie miłą dziewczynę i wreszcie się ustatkuje?

– Gisela jest bardzo miła.

– Jest bardzo… Cóż, słowo „miła” nieszczególnie do niej pasuje.

Rzeczywiście, pomyślał, wchodząc. Nasuwały się inne określenia: gorąca, uderzająco atrakcyjna i seksowna. Prawdę mówiąc, jego umysł przestał pracować, kiedy otarła się o niego bujnymi piersiami i obdarzyła długim, wilgotnym pocałunkiem.

– Tęskniłam za tobą, kochanie. Gdzie byłeś? – spytała głosem małej dziewczynki, który natychmiast ochłodził jego pożądanie. Dlaczego kobiety sądzą, że coś takiego jest sexy?

– Miałem przez cały dzień spotkania – powiedział, odsuwając się.

– Wiesz, co mówią o mężczyznach, którzy tylko pracują i zapominają o zabawie. Stają się nudni.

Uśmiechnęła się zalotnie. Jest naprawdę śliczna, pomyślał, z tymi popielatoblond włosami, ciemnobrązowymi oczami i krągłościami we wszystkich właściwych miejscach. Wolałby tylko, by poza sypialnią łączyło ich choć trochę więcej. Nie to, by pragnął długotrwałego związku. Zrezygnował z takich pomysłów już dawno temu.

– Zapytaj, co dziś robiłam – kontynuowała.

– Co dziś robiłaś?

– Pojechałam z Margaritą do SPA w Napa Valley. Było niesamowicie. Zafundowałyśmy sobie błotną kąpiel i maseczkę, a potem owinęli nas wodorostami…

Cole usiadł za biurkiem, słuchając jednym uchem, jak Gisela paple na temat wyprawy z przyjaciółką, także modelką reklamującą bieliznę. Włączył rząd monitorów na przeciwległej ścianie i przebiegał wzrokiem po kanałach, sprawdzając, co też wydarzyło się na świecie, gdy był zajęty. Główne wiadomości ze stref wojennych wyglądały w ostatnich czasach bardziej dramatycznie, ponieważ reporterzy przemieszczali się wraz z wojskiem. Było to niebezpieczne, a zarazem diabelnie ekscytujące.

– Słyszałeś, co powiedziałam? – spytała Gisela niecierpliwie.

– Słucham? – zapytał, wpatrując się w symbol na jednym z ekranów, zapowiadający pojawienie się istotnej wiadomości. Nie był w stanie przeczytać słów, lecz widok szalejącej wichury i kotłujących się fal wskazywał, iż nad wybrzeże Karoliny Północnej nadciąga sztorm.

– To po prostu śmieszne. Wcale mnie nie słuchasz.

Uderzyła dłonią w blat biurka – lekkie klepnięcie, które nie mogło sprawić nawet, aby od jej pomalowanych na czerwono paznokci odskoczył lakier. Jednak samo to, iż uderzyła w cokolwiek, ryzykując zniszczenie świeżo położonego manikiuru, powiedziało mu, że jest naprawdę zirytowana. Nic w tym nadzwyczajnego, była bowiem istną królową dramatu.

Najmniejsza trudność, jakiej doświadczała, przeradzała się momentalnie w wielki dramat.

– O co chodzi tym razem? Za mało kawioru w maseczce?

– To ty stanowisz problem.

Cole westchnął. Słyszał to już przedtem – niejeden raz. Potem następowało zwykle: Nie spędzasz ze mną dość czasu albo: Nie czuję, że się naprawdę znamy. Zawsze miał wtedy ochotę odpowiedzieć: A czy musimy? Nie możemy spędzać po prostu miło czasu, no wiesz: trochę śmiechu, mnóstwo seksu i na tym koniec? Nie powiedziałby jednak czegoś takiego. Dobrze wiedział, że lepiej nie machać czerwoną płachtą przed bykiem. Lub rozgniewaną kobietą.

Zanim Gisela zdążyła wyjaśnić, co ją zdenerwowało, zapukano do drzwi i do pokoju wszedł Josh Somerville. Wyglądał jak typowy kalifornijski surfer: smukłe, żylaste ciało, piaskowoblond włosy, zawsze rozczochrane, piegi, bardziej liczne po lecie, i szeroki uśmiech na wiecznie radosnej twarzy. Dzięki ci, Boże, za Josha, pomyślał. Jego radar pracuje nadal bez zarzutu. Ponieważ dorastali po sąsiedzku – Cole, Josh i jego brat bliźniak, Dylan – umówili się, że jeśli któryś będzie miał problem z dziewczyną i sytuacja zrobi się gorąca, pozostali pospieszą mu na ratunek.

– W samą porę, Josh. – Spojrzał znacząco na przyjaciela.

Josh zerknął na ewidentnie zirytowaną Giselę.

– Widzę. Cześć, Gertie, jak leci?

Cole jęknął w duchu. Gisela, a tak naprawdę Gertrude Hamilstein, zmieniła przed kilkoma laty imię, lecz Josh, sprawozdawca sportowy gazety, dowiedział się o tym i nie potrafił oprzeć się pokusie, żeby jej nie podokuczać.

– To prywatna rozmowa, jeśli pozwolisz – powiedziała.

– Absolutnie. Dalej, kontynuujcie. – Rozsiadł się na krześle przed biurkiem Cole’a i wyciągnął długie nogi. – O czym rozmawiacie?

– O miłości – odparła.

– Mój ulubiony temat.

– Powiedziałam: o miłości, nie seksie. Nie odróżniasz jednego od drugiego.

– Jak większość mężczyzn – zareplikował Josh żartobliwie. – Prawda, Cole?

– Do licha! – zaklął Cole, zaabsorbowany sceną na jednym z monitorów. – Uderzyli na ambasadę w Jordanii.

Podniósł słuchawkę i wybrał numer wewnętrzny do redaktora działu spraw zagranicznych i swego młodszego kuzyna, Randy’ego. Na szczęście Randy siedział akurat przy biurku.

– Hal jest nadal w Jordanii?

– Właśnie wraca – odparł Josh. – Jego żona będzie wkrótce rodzić.

– Kogo tam jeszcze mamy?

– Anita jest w Libanie, właśnie próbuję się z nią skontaktować.

– Doskonale. – Odwiesił słuchawkę i zobaczył, że Gisela zdegustowana potrząsa głową. – Co?

– Jesteś uzależniony – powiedziała. – Wiadomości są dla ciebie jak narkotyk. Nigdy nie masz dość.

– W takiej branży pracuję, a to jest gazeta. Mamy pisać o tym, co dzieje się na świecie.

– A tym, co dzieje się w twoim życiu, nie jesteś zainteresowany?

– O czym ty, u licha, mówisz?

Josh chrząknął.

– Chyba nie jestem wam potrzebny. Wpadnę później, Cole.

– Och, możesz zostać – powiedziała Gisela, potrząsając głową gestem pełnym frustracji. – Mam dość. Odchodzę.

– W porządku, zobaczymy się później – powiedział Cole, kiedy Gisela chwyciła torebkę od znanego projektanta.

Potrząsnęła znów głową, tym razem z pełnym niedowierzania zdumieniem.

– Nie sądzę. Nie usłyszałeś nic z tego, co powiedziałam?

– Eee… – zaczął czujnie. O czym ona, do diaska, mówiła?

– Boże! – wykrzyknęła zdesperowana. – Ty naprawdę nie słuchasz. Zrywam z tobą! Nie chcę cię więcej widzieć. Dotarło? A może potrzebujesz, by tona cegieł spadła ci na głowę?

Chwyciła ciężki zszywacz i rzuciła nim w Cole’a, po czym wyszła.

Uchylił się, lecz nie dość szybko i zszywacz uderzył go w skroń. Zobaczył gwiazdy, czemu towarzyszyła eksplozja bólu w głowie. Przyłożył palce do skroni i zobaczył krew.

– Co, u diabła?

Ledwie zarejestrował gorączkową krzątaninę, jaka nastąpiła potem. Ktoś podał mu ręcznik. Josh pomógł mu dojść do windy i zjechać do garażu, gdzie zapakował rannego do samochodu i zawiózł do najbliższego szpitala. Najwidoczniej na personelu izby przyjęć oddziału ratunkowego St. Timothy’s rana nie zrobiła wielkiego wrażenia, ponieważ wręczono mu paczkę lodu i kazano usiąść w poczekalni pełnej ludzi, z których większość nawet nie mówiła po angielsku.

– To może zająć godziny – mruknął Cole. – Dajmy sobie spokój.

– Nie możemy. Potrzebujesz zapewne kilku szwów. – Josh usiadł na sąsiednim krzesełku. – Naprawdę potrafisz zdenerwować kobietę, trzeba ci to przyznać. Jak twoja głowa?

– Boli jak cholera.

Pulsujący ból był tak silny, że Cole ledwie mógł mówić.

– Następnym razem, gdy będziesz zrywał z kobietą, upewnij się, że w pobliżu nie ma ciężkich przedmiotów.

– Nie wiedziałem, że zrywamy.

– Właśnie na tym polegał problem – zauważył Josh z uśmiechem.

Cole poruszył głową i jęknął, kiedy ból przeszył mu skroń.

– Cholera! Tylko tego mi dzisiaj trzeba. Muszę stąd wyjść. Mam mnóstwo do zrobienia.

– Co mianowicie? Jest piątek wieczór.

– Wiadomości nie przestają napływać dlatego, że mamy weekend. Na wypadek gdybyś nie zauważył: świat zmierza ostatnio w szybkim tempie ku szaleństwu.

Josh pochylił się ku niemu.

– Na wypadek gdybyś nie zauważył: twój świat także ku niemu zmierza.

– A co to miało niby znaczyć?

– Na przykład to, że powinieneś zwracać uwagę na rzeczy, które dzieją się bliżej domu, na przykład uczucia twojej dziewczyny. Mógłbyś zapewne odzyskać Giselę, gdybyś jeszcze dziś do niej zadzwonił.

– Dlaczego miałbym tego chcieć? O mało mnie nie zabiła.

– Gdybyś ruszał się szybciej, toby cię nie trafiła. Robisz się powolny, Parish.

– Nieprawda. – Choć musiał spędzać przy biurku długie godziny, i tak co dzień sumiennie ćwiczył. – Szczerze mówiąc, dobrze się stało. Ten jej dziecinny głosik! Miałem ochotę rwać sobie włosy z głowy, gdy go słyszałem!

– Dzięki Bogu, przejrzałeś wreszcie na oczy. Doprowadzała mnie do szału od tygodni, choć była z niej niezła laska.

– Cole Parish? – spytała pielęgniarka, przerywając im. – Proszę za mną.

Cole wstał.

– Możesz tu zaczekać, jeśli chcesz – powiedział do Josha.

– Wolę pójść z tobą. To istne zoo – odparł Josh, kiedy do poczekalni weszła grupka drag queens.

Pielęgniarka poprowadziła ich korytarzem do salki z trzema łóżkami oddzielonymi cienką zasłoną. Na jednym leżał starszy mężczyzna, drugie było puste.

– Lekarz wkrótce przyjdzie – obiecała. Ledwie zdążyła wyjść, gdy na korytarzu wybuchło zamieszanie.

Gromadka ludzi w białych fartuchach przemknęła obok drzwi, wykrzykując medyczne terminy i pchając nosze na kółkach. Reporterski instynkt zadziałał bezbłędnie mimo bólu głowy. Cole wyciągnął szyję, próbując dojrzeć, co się dzieje.

– Sprawdzę – powiedział Josh.

Cole ściągnął brwi, zirytowany tym, że musi pozostać z boku, kiedy ktoś inny, choćby i przyjaciel, rusza do akcji. Usiadł na łóżku, przycisnął do rany lód i pożałował, że w sali nie ma telewizora. Skoro na pomoc trzeba czekać tak długo, można byłoby umilić pacjentom czas oczekiwania. Postarać się, by mogli zająć czymś umysł i zapomnieć o bólu.

Josh wrócił po kilku minutach.

– Ofiara strzelaniny – powiedział. – Napad na sklep w dzielnicy Mission. Właściciel postrzelił włamywacza, siedemnastoletniego dzieciaka.

– Przeżyje?

– Zabrali go na chirurgię.

– Powinienem zadzwonić do Blake’a – powiedział Cole, mając na myśli redaktora działu miejskiego, który dyżurował w piątkowe noce.

– Jestem pewien, że już o tym słyszał.

– Gdzie moja komórka?

– Kto to wie? Odpręż się, chłopie. Możesz mieć wstrząśnienie mózgu.

– Nie mam i nie chcę, żeby „Tribune” przegapiła tę historię. Mam dość problemów, zważywszy że „Herald” przymierza się do porannego wydania.

– Poradzimy sobie z konkurencją. – Josh usiadł na krześle obok łóżka. – Poza tym pracuje dla ciebie kilkaset osób. Pozwól im robić swoje. – Odchylił się w tył i zaczął bawić rurką zwisającą z jakiegoś urządzenia. – Co o tym myślisz?

– Nie mam pojęcia. Gdzie ten przeklęty lekarz? Mógłbym wykrwawić się na śmierć.

– „Zamordowany zszywaczem” – roześmiał się Josh. – To by dopiero był tytuł! Albo: „Szalona supermodelka uderza”?

– To nie jest zabawne – jęknął Cole.

– Ależ jest, w pewnym sensie.

Josh miał rację. Jego życie osobiste stało się właśnie pośmiewiskiem. Pożegnalny rzut Gisele przyciągnął z pewnością jego uwagę. Może powinien skupić się na czymś więcej niż tylko wiadomości. Ale nie na Giseli. To skończone. Wiedział, że tak jest już od jakiegoś czasu, był tylko zbyt zajęty, żeby zakończyć sprawę. Teraz, kiedy to ona zerwała, odczuwał przede wszystkim ulgę.

Do pokoju weszła kobieta i Cole podniósł wzrok.

– Dobry wieczór, panie… – Zatrzymała się nagle, spoglądając na niego spoza podkładki z kartą szeroko otwartymi, szokująco znajomymi oczami. – Cole?

Natalie? Serce zabiło mu mocniej w piersi. To nie mogła być Natalie. Nie teraz, po wszystkich tych latach. Nie tu, nie w jego mieście.

Weszła głębiej do sali, poruszała się powoli, małymi kroczkami, jakby nie była pewna, czy chce podejść bliżej. Ciemnorude włosy, związane ciasno, uwydatniały owal twarzy. Oczy miała jaskrawobłękitne, wargi tak miękkie i pełne, jak je zapamiętał, ale to kilka drobniutkich piegów w kąciku ust sprawiło, że zaczerpnął gwałtownie tchu. Całował te wargi. I te usta. Boże! Natalie Bishop. Jedyna kobieta, którą kiedykolwiek… Nie, nie mógł o tym myśleć, a tym bardziej tego powiedzieć.

Spotkanie nie powinno być tak trudne. Nie po dziesięciu latach. Tymczasem wydawało się, jakby minęły zaledwie minuty.

Była teraz starsza – kobieta, nie dziewczyna. Wokół jej oczu i ust dostrzegł kilka cienkich linii. Nabrała nieco ciała, dorosła, i wróciła. Nie był gotowy, żeby ją znowu zobaczyć. I wyglądało na to, że z nią sprawa ma się podobnie.

Nagle uświadomił sobie, że Natalie ma na sobie biały fartuch, na szyi stetoskop, a w dłoniach podkładkę z kartą. Była lekarką. I przyszła, żeby go zbadać!

– Cóż, czy to nie spotkanie po latach? – wymamrotał Josh, przerywając ciszę. – Pamiętasz mnie?

Natalie przyglądała mu się przez chwilę, nim go poznała.

– Oczywiście. Jesteś Josh, brat bliźniak Dylana i sąsiad Cole’a.

– Dobra pamięć.

Natalie odwróciła się z powrotem do Cole’a.

– Przyszedłeś z powodu książki? Naprawdę jest o Emily? – Podniosła wzrok i spojrzała na jego głowę. – Och, jesteś ranny. Masz skaleczenie. To dlatego przyszedłeś. Oczywiście, że tak – dodała, potrząsając głową.

– Jaka znów książka? O czym ty mówisz?

Otwarła usta, a potem je zamknęła.

– O niczym. Boli cię?

– Bywało lepiej. Naprawdę jesteś lekarką?

– Tak, jestem. Co się stało?

Trzymała przed sobą podkładkę jak tarczę.

– Ktoś czymś we mnie rzucił – odparł Cole, nie wdając się w szczegóły.

– Dziewczyna. Zszywaczem – podsunął Josh usłużnie. – Próbowała zwrócić na siebie jego uwagę.

– I podziałało? – spytała Natalie bystro. Jej zachowanie zmieniło się, gdy usłyszała o dziewczynie. A może zdołała opanować w końcu zaskoczenie spowodowane tym, że znaleźli się niespodziewanie w jednym pomieszczeniu. Jakikolwiek był powód, jej twarz nie wyrażała teraz żadnych uczuć.

– Zdecydowanie przerzucam się na spinacze – odparł Cole.

Wpatrywała się w niego przez dłuższą chwilę. Ciekawe, co widzi, co myśli, zastanawiał się w duchu. Choć przecież go to nie obchodziło. Dlaczego miałby przejmować się tym, co o nim myśli Natalie? Wiedział, co on o niej myśli. Nic dobrego.

– Może trzeba będzie założyć kilka szwów – powiedziała.

Ciekawe, skąd wie, skoro nie przyjrzała się ranie. Prawdę mówiąc, zatrzymała się o metr od niego i wyglądało na to, że nie jest w stanie się zmusić, by podejść bliżej.

– Jak długo tu pracujesz? – zapytał.

– Kilka lat.

– Kilka lat? – powtórzył. Mieszkała w San Francisco od kilku lat, pracując w szpitalu odległym od redakcji zaledwie o parę przecznic?

– St. Timothy’s to wspaniały szpital. Zaproponowali mi znakomite warunki, lepsze niż gdzie indziej. Dlatego wróciłam do San Francisco – odparła nieco obronnym tonem. – To nie miało nic wspólnego z tobą. Muszę przynieść narzędzia. Zaraz wrócę.

Wyszła, a Josh zagwizdał.

– Tego się nie spodziewałem.

– Ani ja – wymamrotał Cole. Widocznie był tego dnia skazany na niespodzianki ze strony kobiet.

– Wygląda dobrze.

– Nie zauważyłem.

– Taaa… Powiedz to komuś, kto nie pamięta, jak za nią szalałeś.

– Nie mogę uwierzyć, że mieszka w San Fracisco od lat. Dlaczego wróciła po tym, co wydarzyło się z Emily i ze mną?

– Zawsze uwielbiała tutejsze tramwaje.

Coś ścisnęło Cole’a w piersi. Natalie kochała tramwaje i jachty w marinie, świeże kraby na Fisherman’s Wharf, długie spacery po moście Golden Gate. Czasami zastanawiał się, czy nie kocha tego miasta równie mocno jak jego. Nie to, żeby dziś o to dbał. Była jak wczorajsze wiadomości. A nie ma nic gorszego niż wczorajsze wiadomości. Ani nudniejszego.

– O jakiej książce mówiła? – zapytał Josh.

– Nie mam pojęcia.

Przypomniał sobie, że to już druga osoba wspomniała tego dnia o jakiejś książce.

Zamilkli na dłuższą chwilę. Wreszcie Cole zapytał:

– Myślisz, że zamierza wrócić?

Rozdział 2

Nie zamierzała. Nie mogła wrócić, zszywać rany Cole’a, jakby między nimi nic się nigdy nie wydarzyło. Jakby nie byli kiedyś przyjaciółmi, nie całowali się, nie kochali…

Oparła się o ścianę i próbowała oddychać. Nie czuła się tak wytrącona z równowagi, odkąd zobaczyła pierwszy raz zwłoki. Była dwudziestodziewięcioletnią lekarką, nie dziewiętnastoletnim podlotkiem zakochanym bez pamięci w najprzystojniejszym mężczyźnie, jakiego kiedykolwiek widziała. Nie była już naiwna. Lekkomyślna. Ani głupia. Prawda?

Nie. Nie mogła tam wrócić – ani do tego pokoju, ani do przeszłości. Pozbierała się i miała własne życie. Ciężko na nie zapracowała. Cole Parish nie był już jego częścią. Tego chciał wówczas i teraz ona też tego chciała.

Dlaczego wszystko musiało wydarzyć się jednego dnia? Najpierw autor czytający w telewizji powieść, która mogła być o Emily, a teraz Cole. Czy to za sprawą pełni księżyca? Mieszkała i pracowała w San Francisco od trzech lat i ani razu ich ścieżki się nie skrzyżowały. Niemal o nim zapomniała, lub udawała, że zapomniała. Nie było to łatwe, skoro szefował największej gazecie w mieście. A dzisiaj oto stanął przed nią – całe metr osiemdziesiąt Cole’a Parisha.

Był masywniejszy, niż go pamiętała, dorosły mężczyzna o szerokich barkach, silnych ramionach i długich, smukłych nogach. Jednak nie wszystko się zmieniło. Jego włosy zachowały głęboki, brązowy odcień, a oczy były równie ciemne i nieodgadnione jak kiedyś. W przeszłości te oczy spoglądały na nią oskarżycielsko. A jego głos… niski baryton mówił wpierw, że ją uwielbia, a potem, że nie chce jej więcej widzieć.

Kochała Cole’a bardziej niż kogokolwiek w życiu, a on ją zranił. Nawet teraz czuła w sercu ból, kiedyś palący i wręcz nie do zniesienia. Nie sądziła, aby zdołała przejść przez to jeszcze raz. Ani że da radę wrócić do gabinetu.

– Steve – powiedziała do mijającego ją młodszego rezydenta – w dwójce jest pacjent, który wymaga szycia. Możesz się tym zająć? Muszę pilnie zadzwonić.

– Jasne. Zaraz tam pójdę.

Skinęła głową i szybko odeszła. Była tchórzem, bez wątpienia. I dobrze. Cole zostanie jak należy opatrzony, a ona zajmie się ludźmi, których nie zna. I którzy nie złamali jej serca.

• • •

Cole przyglądał się młodemu mężczyźnie szykującemu się, by zszyć mu ranę.

– Gdzie Natalie?

– Doktor Bishop? Musiała zadzwonić. Jestem doktor Fisher. Zajmę się panem.

Zapewne uwierzył, że Natalie musi pilnie z kimś porozmawiać, lecz Cole wiedział, że tak nie było.

– Mógłby się pan nie ruszać? – poprosił lekarz.

Wytrwanie w bezruchu wymagało całej siły woli, na jaką mógł się zdobyć. Jego umysł dryfował w różnych kierunkach, a wszystkie prowadziły do Natalie. Mieszkała i pracowała w San Francisco. Mogli wpaść na siebie przy byle okazji. Może widzieli się nawet w tłumie, mignęli jedno drugiemu w sklepie spożywczym lub kinie.

Dlaczego wybrała pracę w San Francisco? Mogła pojechać dokądkolwiek. St. Timothy’s to dobry szpital, lecz w stanie – a nawet w kraju – było takich mnóstwo. Czy miała inny powód, aby zdecydować się na rezydenturę akurat w jego mieście? Ponieważ nie ulegało wątpliwości, że San Francisco jest miastem Parishów. Jego rodzina wydawała tu największą gazetę i nic nie działo się bez nich. Od zawsze. Natalie o tym wiedziała. Spędzała z nimi wakacje i weekendy. Musiała zdawać sobie sprawę, że prędzej czy później gdzieś się na niego natknie. Może właśnie tego chciała… zobaczyć go znowu.

Odepchnął tę myśl. Nie obchodziło go, czego chce Natalie. Nie było dla niej miejsca w jego życiu, i to od dawna. Za kilka minut opuści szpital i jeśli dopisze mu szczęście, nie spotkają się przez dziesięć następnych lat.

Doktor Fisher skończył opatrywać ranę, wypisał receptę na środek przeciwbólowy i zostawił ich samych.

Cole wstał. Czuł się cokolwiek niepewnie. Podejrzewał, że ma to więcej wspólnego z Natalie niż raną na głowie. Kiedy wyszli na korytarz, przystanął, niezdolny się powstrzymać. Dookoła kręciło się kilka osób w białych fartuchach, lecz żadna nie miała rudych włosów. Ani błękitnych oczu. Ust, których smak niemal czuł na wargach…

– Chcesz porozmawiać z nią, zanim wyjdziemy? – spytał Josh.

– Nie, nie chcę. Dlaczego miałbym chcieć? To ostatnia osoba, z którą chciałbym rozmawiać – dodał, nim zdążył się powstrzymać.

Sądząc z rozbawionej miny Josha, robił z siebie durnia.

– Skoro tak mówisz, niech ci będzie – odparł przyjaciel. – Zawiozę cię do domu.

• • •

Domem Natalie było małe mieszkanko na poddaszu trzykondygnacyjnej wiktoriańskiej kamienicy, odnowionej z wierzchu, lecz mocno zniszczonej od wewnątrz. Lecz kiedy wślizgiwała się po północy do łóżka, nie myślała o San Francisco, ale o Cole’u i Emily. Nie była w stanie wyrzucić z głowy żadnego z nich. Podczas przerwy obiadowej wymknęła się do pobliskiej księgarni i kupiła egzemplarz Upadłego anioła. Była pewna, że książka nie ma nic wspólnego z Emily. Gdyby było inaczej, gazeta Cole’a nie zamieściłaby recenzji. A gdy wspomniała o niej w szpitalu, Cole zdawał się nie wiedzieć, o czym mowa.

Mimo to nie mogła przestać się zastanawiać. Otworzyła tom i zaczęła czytać. Pierwsza scena rozgrywa się w akademiku poza kampusem. Ellie poznaje Nancy oraz dwie inne współlokatorki, Lindę i Maggie. Oparła się o poduszki i zagłębiła w lekturze.

Ich przyjaźń zaczęła się pewnego słonecznego dnia pod koniec września, gdy Ellie zjechała wraz z rodzicami na uniwersytet Santa Cruz, odległy o półtorej godziny drogi na południe od ich rodzinnego San Francisco i położony malowniczo na urwistym brzegu nad Pacyfikiem, skąd roztaczał się widok na niesławny deptak Beach Boardwalk i starą, troskliwie odrestaurowaną kolejkę rollercoaster.

Przybywała pełna radości i podekscytowania, lecz także niepokoju. Martwiła się, jaka też będzie jej współlokatorka, odkąd dostała przydział do pokoju 232 w akademiku zwanym Fontana Garden, trzykondygnacyjnym budynku odległym o pół mili od kampusu. Wiedziała tylko, że dziewczyna ma na imię Nancy i pochodzi z Los Angeles. Ellie po raz pierwszy w życiu miała dzielić z kimś pokój. A prawdę mówiąc, nie tylko pokój. Rodzice rozpuścili ją do niemożliwości. Wiedziała, że tak jest, nawet jeśli oni nie zdawali sobie z tego sprawy.

Miała nadzieję, że Nancy ją polubi, bo choć nie brakowało jej niczego, co można kupić za pieniądze, nie miała dotąd przyjaciółki. I ponad wszystko pragnęła, aby została nią Nancy.

Natalie wzięła głęboki oddech i zamknęła książkę. Serce biło jej niczym po długim biegu. Imiona zostały zmienione, ale to była ich historia. Akademik, Paloma Garden, wziął nazwę od ulicy, przy której był usytuowany.

Ellie była Emily, a ona Nancy. Współlokatorki, z którymi bohaterki dzieliły korytarz oraz łazienkę: Maggie i Linda to w rzeczywistości Madison i Laura. Doskonale pamiętała też pierwszy dzień w akademiku. Martwiła się wówczas o to, jaka okaże się Emily, równie mocno, jak Emily przejmowała się Natalie.

Odłożyła książkę. Nie musiała czytać następnej strony. Wystarczyło położyć się na wznak i powspominać. Podciągnęła kołdrę aż pod brodę i zapatrzyła się na sufit. Nie wiedzieć czemu bała się zamknąć oczy. Czy chciała przywołać wspomnienia? Wrócić do Paloma Garden, do Emily i dnia, kiedy się wszystko zaczęło? Oczy ją piekły, gdyż próbowała utrzymać je otwarte. Mimo to przeszłość wracała. Poczuła, że opadają jej powieki i poddała się pragnieniu, aby zobaczyć to znowu.

Pokój był mniejszy, niż się spodziewała. Nagie ściany wręcz prosiły się, aby powiesić na nich plakaty. Obok każdego z bliźniaczych łóżek stała tandetna toaletka. Więc tak to wygląda?, pomyślała. To jest college? Pracowała ciężko, by się tu dostać, harując wieczorami na dwóch, a czasami trzech posadach i walcząc o jak najlepsze stopnie. I skończyła w sypialni wyglądającej niewiele lepiej niż ta, którą dzieliła z matką w byle jakim mieszkanku w Los Angeles. Lecz pokój nie miał tak naprawdę znaczenia.

Była wolna. Zaczynała nowe życie i nie mogła się tego doczekać. To życie będzie inne. Nikt tu jej nie znał, nie wiedział, skąd się wzięła i co zostawia za sobą. Nikt nie musi poznać jej, pożal się, Boże, matki, na ogół pijanej. Nie musi wiedzieć, że aby się tu dostać, jechała pięć godzin autobusem i że nikt jej nie żegnał, nie wyprawił w drogę. Ani tego, że niemal cały jej majątek mieścił się w dwóch walizkach stojących obok jednego z łóżek.

Mogła zostać, kimkolwiek zechce, a chciała być lekarzem. Pragnęła, by ojciec był z niej dumny. Powiedział kiedyś, że najbardziej w życiu pragnął się kształcić, pójść do college’u. Jego rodziców nie było na to stać, został więc kierowcą ciężarówki. Powiedział, że z nią będzie inaczej. I będzie, ale nie dzięki niemu. Umarł, gdy miała zaledwie osiem lat. Lecz jego marzenie nadal płonęło w sercu Natalie, choć matka, jak mogła, starała się je stłumić. To marzenie, ten sen zaczynał się dzisiaj. Miała nadzieję, że koleżanka z pokoju, Emily Parish, nie okaże się dziwaczką ani zapamiętałą imprezowiczką. Natalie udało się co prawda dostać do college’u, lecz był to zaledwie pierwszy krok w dziesięcioletnim planie zdobycia tytułu lekarza, a by w całości go urzeczywistnić, potrzebowała ciszy i miejsca do nauki.

Drzwi otwarły się gwałtownie i do pokoju wpadła dziewczyna emanująca takim entuzjazmem oraz energią, że Natalie aż się cofnęła. Długie, falujące brązowe włosy, iskrzące się wesołością brązowe oczy i niewiarygodny uśmiech. Emily Parish dosłownie rozjaśniła pomieszczenie.

– Natalie Bishop? – spytała. – Jesteś moją współlokatorką?

Natalie skinęła głową i powiedziała:

– Tak.

Emily natychmiast porwała ją w objęcia i uścisnęła.

– Rany! Możesz uwierzyć, że naprawdę tu jesteśmy? – spytała, kiedy puściła wreszcie Natalie.

– Nie do końca.

– Będziemy doskonale się bawiły. Czekałam na to od dawna. Nie potrafię powiedzieć, jak bardzo.

– Ja też – przyznała cicho Natalie, gdy do pokoju weszli rodzice Emily. Richard i Janet Parishowie wyglądali w każdym calu na bogatych i wyrafinowanych, co podkreślały jeszcze drogie ubrania i biżuteria. Potraktowali Natalie uprzejmie, lecz widać było, że perspektywa zostawienia córki w akademiku mocno ich niepokoi. Z pomocą kilku silnych chłopaków rozpakowano samochód i wniesiono bagaże Emily. Gdy wszystkie znalazły się już na miejscu, w pokoju ledwie można się było obrócić.

– Nie martw się – szepnęła Emily. – Gdy tylko wyjadą, urządzimy wyprzedaż.

– Nie możesz sprzedać swoich rzeczy.

– W ogóle nie chciałam ich zabierać, lecz się uparli. Są trochę zbyt opiekuńczy.

I rzeczywiście tak było. Nim wyjechali, udzielili obu dziewczętom dokładnych instrukcji, jak powinny się zachowywać, aby nic złego się im nie przydarzyło. Pani Parish odciągnęła w ostatniej chwili Natalie na bok i powiedziała: „Czuwaj nad naszą Emily. Jest taka niewinna. Nie wie nawet, czego nie wie”.

Natalie przyrzekła, bo co innego mogłaby zrobić? Poza tym przywykła opiekować się matką, a z Emily sprawa z pewnością okaże się łatwiejsza.

Ledwie za Parishami zamknęły się drzwi, Emily pogłośniła podłączone dopiero co stereo, wskoczyła na łóżko i zaczęła tańczyć. Długie włosy fruwały wokół jej twarzy.

– No, dalej! – powiedziała zachęcająco.

– Żartujesz? – spytała Natalie z powątpiewaniem. – Możemy połamać łóżka.

– I co z tego? Nie wiem jak ty, ale ja po raz pierwszy w życiu mogę robić, co chcę. Czekałam na to od wieków!

Nie minęła chwila, a Natalie próbowała już tańca na łóżku. Nie pamiętała, kiedy ostatni raz czuła się tak niemądra, tak po dziewczęcemu beztroska. I właśnie ten moment wybrały sobie Laura i Madison, by poznać pozostałe współlokatorki.

Laura: niska, nieco zbyt pulchna, o włosach w odcieniu brudnego blondu, przyniosła ciasteczka z czekoladą. Madison, wysoka, smukła blondynka o ciele i twarzy modelki, zaproponowała piwo, które jej chłopakowi udało się schować w walizce. Po kilku minutach Emily ochrzciła je Wspaniałą Czwórką i był to początek przyjaźni, która miała przetrwać całe życie.

Przetrwała zaś ledwie półtora roku.

Natalie otworzyła gwałtownie oczy. Przesunęła dłonią po policzkach i uświadomiła sobie, że płacze. Zamknęła wspomnienia na dziesięć lat w odległym zakamarku pamięci, a teraz wracały. Nie wiedziała: cieszyć się czy martwić? Westchnęła, wzięła do rąk książkę i odwróciła ją, by spojrzeć na zdjęcie autora. Garrett Malone. Kim był i skąd tyle o nich wiedział?

Emily nie mogła mu powiedzieć. Czyżby rozmawiał z nim któryś z jej krewnych? Nie miałoby to sensu. Śmierć Emily wprawiła ich w rozpacz. Nie życzyliby sobie, by o ich córce pisano, zwłaszcza gdyby książka nie była fikcją i traktowała o… morderstwie.

Na samą myśl o tym wywrócił się jej żołądek. Emily zmarła w wyniku tragicznego wypadku. Spadła z dachu podczas imprezy w budynku stowarzyszenia studentek. Wszyscy o tym wiedzieli. Gdyby było inaczej, rodzina Cole’a dopilnowałaby, żeby ktoś został ukarany. Musi przeczytać książkę, dowiedzieć się, dokąd zmierza intryga. Czy jeśli autor miał rację w kilku sprawach, oznacza to, że nie mylił się też w kwestii śmierci Emily? Czy było w tym coś więcej, niż ktokolwiek podejrzewał? Otworzyła książkę i zaczęła czytać.

• • •

Kilka godzin później obudziło ją natarczywe pukanie. Narzuciła szlafrok na spodnie od dresu i cienki podkoszulek i powlokła się ku drzwiom, zdając sobie niejasno sprawę, że musi być już rano, a jej udało się przespać zaledwie kilka godzin. Spodziewała się zobaczyć sąsiadkę z dołu, panią Bailey, która wpadała często w sobotni ranek z bajglami. Tymczasem na progu stał Cole.

– Dlaczego sobie poszłaś? – zapytał stanowczo.

– Co takiego?

– Słyszałaś.

Wparował do mieszkania z zawziętą miną.

Ubrany w niebieskie dżinsy i czarny sweter wydawał się jeszcze bardziej męski niż w garniturze i krawacie. A może w zwyczajnym ubraniu bardziej przypominał chłopaka, którego znała i w którym się zakochała?

Zamknęła za nim drzwi, nakazując sobie zachować spokój. Niestety, bijące mocno serce i spocone dłonie za nic nie chciały współpracować. Zawsze tak było: wystarczyło, że na nią spojrzał, a miała wrażenie, że płonie. Ta chemia między nimi powinna już zniknąć. Z pewnością oboje zrobili wiele, by ją pogrzebać. Stało się jednak inaczej. Cole nadal bardzo na nią działał i nie wolno jej było tego okazać.

– Co ty tu robisz? – spytała.

– Chcę wiedzieć, dlaczego wczoraj nie wróciłaś.

– Byłeś w dobrych rękach, a ja miałam innego pacjenta.

– Kłamstwo!

– Doskonale. Nie chciałam cię widzieć, a ty z pewnością nie chciałbyś, żebym się tobą zajmowała. Mam rację?

W jego ciemnych oczach zabłysło coś, czego nie była w stanie rozszyfrować. Czy myślał o niej w ciągu tych dziesięciu lat? Zastanawiał się, gdzie jest, co robi i z kim? A może potrafił o niej zapomnieć – dokładnie tak, jak zapowiedział?

Przesunęła dłońmi wzdłuż nogawek, żałując, że nie ma na sobie czegoś stosowniejszego, bardziej oficjalnego. Była boso, a nie wypolerowała nawet paznokci. Zdecydowanie przydałaby się jej para butów. Obuta czuła się zawsze wyższa i bardziej pewna siebie.

– Nie powinnaś tak odchodzić – powiedział szorstko.

– Dlaczego? Chciałeś zrobić to pierwszy? – Dostrzegła w jego spojrzeniu błysk niepokoju i już wiedziała, że się nie pomyliła. – A tak w ogóle, jak udało ci się mnie znaleźć?

– Szefuję gazecie. Potrafię znaleźć każdego.

Rozejrzał się po kawalerce, odnotowując zapewne niedostatek mebli, tapczan kupiony z drugiej ręki, skrzynkę zastępującą szafkę pod telewizor i dwie inne, służące jako stoliki. Zza kupionego na pchlim targu, orientalnego parawanu wystawało niepościelone łóżko. Jedynym, co w mieszkaniu można byłoby uznać za choćby w niewielkim stopniu inspirujące, były plakaty filmowe na ścianach. Od dawna dokuczała jej bezsenność, a stare filmy umilały wlokące się w nieskończoność samotne nocne godziny.

Nie zamierzała przepraszać za to, jak mieszka. Studia i rezydentura pochłonęły wszystkie jej zasoby, pozostawiając dług wielkości Everestu. Używane meble to najmniejszy problem. Poza tym i tak nie spędzała w domu zbyt wiele czasu. Nie było też wcale przesądzone, że będzie mieszkała w tym samym miejscu za kilka tygodni. Mogła zatrudnić się gdziekolwiek, propozycji nie brakowało. A odkąd wpadła poprzedniego dnia na Cole’a, perspektywa przeprowadzki na drugi koniec stanu nabrała nieoczekiwanego powabu. Przycupnęła na oparciu sofy i czekała, przyglądając się, jak Cole przemierza pokój.