Wydawca: Burda Książki Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 462 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Wszystko, co w Tobie kocham - Samantha Young

Witamy ponownie w Hartwell, spokojnym, nadmorskim miasteczku, idealnym miejscu, gdzie można uciec od wszystkiego i znaleźć uczucie, na które wcale nie czekałaś…

Bailey Hartwell ma wiele powodów do zadowolenia – odnosi sukcesy w interesach, ma grono oddanych przyjaciół i stałego chłopaka… chociaż po dziesięciu latach ich niezobowiązujący związek wydaje się nieco nudny i skostniały. Jedynym niepokojącym elementem w jej życiu jest przystojny biznesmen Vaughn Tremaine. Bailey uważa, że ten przybysz z Nowego Jorku patrzy na wszystkich z góry, a ją uważa za prowincjonalną gęś. Jednak kiedy doświadcza niespodziewanej zdrady ze strony bliskiej osoby, zaskoczona stwierdza, że Vaughn to całkiem przyzwoity facet.

Vaughn podziwia Bailey za fantazję, niezależność i lojalność. Im więcej budzi w nim namiętności, tym częściej wchodzi z nią w konflikty. Każdy jej gest i słowo działa na niego jak afrodyzjak. Jednak dramatyczne przeżycia z przeszłości sprawiają, ze Vaughn postanawia odejść, bojąc się, że ją skrzywdzi. Bailey, która przeżyła w życiu zbyt wiele rozczarowań, także rezygnuje z walki, wbrew swojej naturze.

Kiedy Vaughn zdaje sobie sprawę, że popełnił największy błąd swojego życia, postanawia za wszelką cenę przekonać Bailey, że taka miłość, jaka ich połączyła, zdarza się tylko raz w życiu.

Opinie o ebooku Wszystko, co w Tobie kocham - Samantha Young

Fragment ebooka Wszystko, co w Tobie kocham - Samantha Young

Tytuł oryginału: Every Little Thing

Copyright © 2017 by Samantha Young

All rights reserved including the right of reproduction in whole or in part in any form.

This edition published by arrangement with Berkley Books, an imprint of Penguin Publishing Group, a division of Penguin Random House LLC.

Copyright for the Polish edition © 2017 by Burda Publishing Polska Sp. z o.o.

02-674 Warszawa, ul. Marynarska 15

Dział handlowy: tel. 22 360 38 42

Sprzedaż wysyłkowa: tel. 22 360 37 77

Redaktor prowadzący: Marcin Kicki

Tłumaczenie: Ewa Górczyńska

Redakcja: Olga Gorczyca-Popławska

Korekta: Malwina Łozińska, Dorota Wojciechowska/Melanż

Skład i łamanie: Beata Rukat/Katka

Redakcja techniczna: Mariusz Teler

Projekt okładki: Eliza Luty

Zdjęcie na okładce: vectorfusionart/Shutterstock

ISBN: 978-83-8053-223-6

Wszelkie prawa zastrzeżone. Reprodukowanie, kopiowanie w urządzeniach przetwarzania danych, odtwarzanie w jakiejkolwiek formie oraz wykorzystywanie w wystąpieniach publicznych – również częściowe – tylko za wyłącznym zezwoleniem właściciela praw autorskich.

www.burdaksiazki.pl

Skład wersji elektronicznej:

konwersja.virtualo.pl

Dla mojego bratanka Masona

Pisałam tę książkę, kiedy się urodziłeś, zatem dedykuję ją Tobie.

Gdy dorośniesz, przeczytaj jednak tylko tę dedykację… inaczej będę się czuła dziwnie.

Kocham Cię.

Podziękowania

Moja mama przeczytała roboczą wersję pierwszego tomu tej serii, który nosi tytuł To, co najważniejsze, i po lekturze zapytała: „Czy opiszesz historię Bailey i Vaughna? Może już zaczęłaś? Kiedy będę mogła ją przeczytać?”.

Gdy wprowadzałam postacie Bailey i Vaughna na karty tamtej powieści, od razu wiedziałam, że chcę o nich napisać więcej. Dziękuję Ci, mamo, że utwierdziłaś mnie w słuszności mojej decyzji, ale przede wszystkim jestem Ci wdzięczna za szczere opinie i miłość do moich książek, chociaż jesteś zaprzysięgłą fanką Stephena Kinga, a ja przecież kieruję swoje powieści do trochę innej grupy odbiorców… To, że dałaś się wciągnąć w stworzone przeze mnie światy, naprawdę wiele dla mnie znaczy.

Jak każdego pisarza, czasami ogarnia mnie niemoc twórcza, ale zwykle po kilku dniach mija. Kiedy zaczęłam pracować nad Wszystko, co w Tobie kocham, niemoc dopadła mnie tak mocno jak nigdy wcześniej. Ciągnęła się tygodniami. Może stało się tak, ponieważ w tym czasie skończyłam trzydzieści lat? Nie mam pojęcia… Wiem tylko, że w przezwyciężeniu kryzysu pomogli mi przyjaciele, rodzina, moja agentka i dwa bardzo natarczywe głosy: Bailey i Vaughna. Ogromne podziękowania dla wymienionych tu niefikcyjnych postaci za ich niezmienne wsparcie dla rozgorączkowanej, sfrustrowanej autorki.

Chciałabym serdecznie podziękować mojej agentce, Lauren Abramo, która jest dla mnie niewyczerpanym źródłem wsparcia i rad oraz wspaniałą partnerką, kiedy potrzebuję burzy mózgów.

Dziękuję też mojemu cudownemu wydawcy z Berkeley Sensation, Kerry’emu Donovanowi, który wraz ze mną ciężko pracował nad tą książką. Dzięki Twojej intuicji i wnikliwości moja powieść przybrała najlepszą możliwą formę. Sprawiłeś, że uwielbiam współpracę z Wami.

Dziękuję też fantastycznemu zespołowi wydawniczemu z Berkeley, mojej specjalistce od reklamy, Jessice Brock, oraz działowi graficznemu za stworzenie kolejnej wspaniałej okładki.

Podziękowania należą się również pracownikom brytyjskiego wydawnictwa Piatkus i mojej redaktorce, Annie Boatman, za zapał, z jakim wspierali powstawanie tej serii. Jestem Wam bardzo wdzięczna! Dziękuję również działowi graficznemu za opracowanie pięknej okładki brytyjskiego wydania powieści.

Wreszcie najgorętsze ze wszystkich podziękowań:

dla Ciebie, mój Czytelniku.

1

Vaughn

Ranek był pochmurny, fale – bardziej wzburzone i gwałtowniejsze niż zazwyczaj – szybko mknęły do brzegu, a mewy szybowały po niebie, które swoją melancholijną szarością doskonale współgrało z kolorem wody.

Vaughn stał przy wielkim oknie luksusowego penthouse’u w swoim hotelu przy promenadzie, przyglądał się tej scenie i żałował, że nie może jej chłonąć wszystkimi zmysłami. Promenada, plaża i ocean wyglądały jak zaczerpnięte z filmu. Bez krzyku mew, którego nie słyszał przez potrójnie przeszklone okno, obraz wydawał się nierealny. Brakowało też zapachów – słonego powietrza, hot dogów, burgerów i ciepłego, słodkiego aromatu waty cukrowej.

To one sprawiały, że przy promenadzie czuł się jak w domu.

Dom.

Hmm…

Przybył do Hartwell, żeby uciec przed brzydotą Manhattanu. W Hartwell panował spokój. W lecie zjeżdżały się tu tysiące turystów i stale organizowano najróżniejsze festiwale i święta, ale nawet tłumy nie mogły zburzyć tej atmosfery.

Vaughn potrzebował ciszy. Początkowo zamierzał się nią nacieszyć, a potem, kiedy nadejdzie czas, wrócić do Nowego Jorku.

Jednak w którymś momencie Hartwell zmieniło się z tymczasowego schronienia w dom.

„Tam jest dom mój, gdzie jest moje serce”.

Wrócił spojrzeniem na spokojną promenadę i – choć go to zirytowało – poczuł, że serce podskoczyło mu w piersi, kiedy gdzieś w dole dostrzegł błysk kasztanowatych włosów. Pochylił się naprzód, żeby lepiej widzieć.

Oczywiście.

To była ona.

Bailey.

Szła promenadą od strony swojego pensjonatu, Hart’s Inn, a jej długie włosy unosiły się na wietrze. Vaughn przysunął twarz do szyby, by zobaczyć więcej, ale z tej wysokości nie było to możliwe.

Widział tylko, że dziewczyna ma na sobie dżinsy wsunięte w cholewki krótkich brązowych botków i zielony sweter, o wiele za cienki na chłód wczesnego poranka.

Zmarszczył brwi. Powinna sobie kupić jakąś kurtkę!

Uśmiechnęła się, najwyraźniej do zbliżającej się ku niej sąsiadki, Iris. Przez chwilę zazdrościł Iris tego uśmiechu. Uśmiechowi Bailey Hartwell trudno się było oprzeć. Robił na ludziach wielkie wrażenie.

Na nim też.

Niestety.

Niestety zwłaszcza dlatego, że nie przypominał sobie, żeby kiedykolwiek skierowała ten uśmiech bezpośrednio do niego.

Bailey i Iris zniknęły z jego pola widzenia.

Chciał podążyć za nimi wzrokiem, ale tylko uderzył głową o szybę.

– Cholera! – Rozmasował dłonią czoło i odwrócił się od okna.

Jego wzrok przyciągnęło wielkie łóżko stojące po drugiej stronie pokoju. Spała na nim szczupła, rudowłosa kobieta, której imienia nie mógł sobie przypomnieć.

Dokuczał mu pewien problem. Wszędzie widział Bailey.

Widział ją nawet w innych kobietach, mimo że zawsze próbował się skupiać na czym innym.

Starając się nie zwracać uwagi na dziwny ucisk w piersi, zaczął się ubierać. Zdjął z wieszaka białą koszulę, starannie wyprasowaną przez obsługę, i szybko włożył na siebie. Potem z kolekcji wybrał niebieski jedwabny krawat. Kamizelka i marynarka dopełniły całości. Gotowy do wyjścia podszedł do łóżka i szturchnięciem obudził rudzielca. Kobieta stęknęła i uniosła powieki. Jednak zamiast przejrzystych zielonych oczu, które sprawiały, że krew wrzała mu w żyłach, zobaczył brązowe.

– Muszę już iść – oznajmił i wyszedł.

Nawet się za siebie nie obejrzał.

2

Bailey

Wyznaczyłam sobie zadanie specjalne.

Postanowiłam zasypać przepaść, która nagle powstała między moim chłopakiem, Tomem, a mną. Spotykaliśmy się od dziesięciu lat, a teraz przechodziliśmy gorszy okres.

Trudno nie przyznać, że w związku jest jakiś problem, kiedy twój facet spycha cię z siebie w łóżku, gdy próbujesz się do niego zbliżyć.

Chciałam znaleźć rozwiązanie.

Najpierw długo na niego wrzeszczałam i wyzywałam od głupich dupków, bo przecież zachował się jak dupek.

Potem się uspokoiłam i zaczęłam myśleć. Planować, jak naprawić naszą sytuację.

Może dzięki seksownej bieliźnie i płaszczowi przeciwdeszczowemu?

Na początek potrzebna mi była nowa bielizna. Miałam w szafie kilka seksownych kompletów, ale Tom już je znał. Chciałam go olśnić czymś, czego jeszcze nie widział.

Mały butik Sherry’s Trousseau w pobliżu Main Street był drogi, ale żaden ze sklepów na głównej ulicy ani w centrum handlowym pod Dover nie oferował takiego wyboru. Problem z kupowaniem bielizny w małym miasteczku polega na tym, że wszyscy w sklepie, włącznie z samą Sherry, łatwo mogli się domyślić, iż zamierzam się z kimś zabawić, i swobodnie o tym rozmawiali, jakby mieli prawo do grzebania w moim życiu intymnym.

– Tom będzie miał niezłą frajdę podczas zdejmowania z ciebie tych fatałaszków – rzuciła Sherry, gdy nabijała na kasę cenę czerwonego satynowego stanika, pasujących majteczek, podwiązek i cieniutkich jedwabnych pończoch.

W szafie miałam czerwone szpilki, które planowałam włożyć do tego zestawu.

– No – przytaknęłam. – Mam nadzieję, że eksploduje z radości jak gejzer.

Wyszłam ze sklepu, chichocząc w duchu na wspomnienie czerwonej z zażenowania twarzy Sherry.

Najwyraźniej nie widziała nic złego w rozmowie o tym, co mój chłopak poczuje, kiedy zobaczy mnie w nowej bieliźnie, ale wzmianka o konsekwencjach jego odczuć wydawała jej się całkiem nie na miejscu. Cóż. Miała czas przywyknąć do moich niestosownych reakcji. To był mój sposób na przetrwanie w małym miasteczku. Mówiłam, co myślę, bez żadnej autocenzury, a miejscowe plotkary pokonywałam ich własną bronią, udzielając im aż nazbyt wielu informacji o sobie.

To była świetna zabawa.

Odwróciłam głowę i zerknęłam na sklep, żeby sprawdzić, czy Sherry już opowiada o moich szokujących słowach Ellen Luther, jedynej poza mną klientce, i…

– Auć! – Poczułam ból w podbródku, kiedy zderzyłam się z czymś twardym tak mocno, że aż straciłam równowagę i gwałtownie się zachwiałam.

Cienka rączka papierowej torby z nowo zakupioną bielizną pękła i zakupy wypadły na chodnik.

Patrzyłam na nie oszołomiona, a w podbródku czułam pulsujący ból. Nagle tuż obok leżącej na ziemi bielizny dostrzegłam parę butów.

Eleganckich i wypolerowanych do połysku.

Z czarnej wysokogatunkowej skóry.

Mogłam się założyć o wszystko, że były od Prady.

Tylko jeden facet w Hartwell potrafił nosić designerskie ubrania, jakby zostały zrobione specjalnie dla niego.

Z rezygnacją podniosłam wzrok.

Jak mogłam się spodziewać, to był Vaughn Tremaine. Patrzył na moją nową bieliznę, jakby to była uliczna latarnia albo coś równie nieciekawego.

Teraz pulsowanie ogarnęło całe moje ciało, nie tylko podbródek, którym uderzyłam o umięśnione ramię Tremaine’a. Jak zwykle miał na sobie trzyczęściowy garnitur, który leżał na nim jak ulał.

Z przerażeniem patrzyłam, jak rozpina guzik marynarki i przykuca, żeby pozbierać bieliznę z chodnika. Gdyby ktokolwiek inny jej dotykał, nic by mnie to nie obeszło. Ale Vaughn Tremaine nie był kimkolwiek.

Trzymając w ręce mój nowy stanik, spojrzał na mnie i pytająco uniósł brew.

Nie pierwszy raz poczułam się nieswojo pod spojrzeniem jego stalowoszarych oczu.

Cisza między nami dłużyła się niemiłosiernie, kiedy tak patrzyliśmy na siebie, a ja musiałam stłumić w sobie chęć porzucenia zakupów i ucieczki w przeciwnym kierunku, byle dalej od niego. Problem polegał na tym – cóż, nawet nie jeden, bo z tym facetem wiązało się wiele problemów – że: a) Vaughn Tremaine był nieziemsko przystojny i b) jak nikt inny umiał pozbawić mnie pewności siebie.

Na przykład teraz, chociaż bardzo się starałam odepchnąć od siebie tę myśl, musiałam zauważyć, z jaką obojętną miną trzyma moją seksowną bieliznę.

Byłam dla niego równie atrakcyjna jak rozgotowany makaron.

Ale przecież nie powinno mnie to obchodzić. Ten facet to palant!

– Wygląda na to, że Toma czeka dziś wieczór pełen atrakcji. – Vaughn podał mi stanik.

Wyrwałam mu go z ręki, czerwona jak burak. Najwyraźniej karma postanowiła się na mnie zemścić za to, co powiedziałam Sherry. Kiedy sięgnął po majtki i podwiązki, nie wytrzymałam.

– Zostaw to – warknęłam.

Wstał i wręczył mi pakunek.

Wściekła i zażenowana, chciałam wyrwać mu torbę z ręki, ale tylko potknęłam się i zachwiałam. Podtrzymał mnie, zaciskając mocno palce na moim ramieniu. Jego dotknięcie wywołało falę paniki, więc wyrwałam się i groźnie zmarszczyłam brwi.

Rok temu chyba tak bym na niego nie patrzyła.

Oczywiście, zrobiłabym nieprzyjazną minę, ale nie aż tak wrogą. Od pierwszego spotkania nasze stosunki były dość nieprzyjazne, ponieważ Vaughn dawał mi odczuć, że przy nim, kosmopolitycznym światowcu, jestem zwykłą niewykształconą prowincjuszką. Kpił ze mnie, kpił z Toma, a to mi się nie podobało. Przecież nie jest lepszy ode mnie.

Trzeba jednak przyznać, że sprzeczając się z nim i odpowiadając docinkami na docinki, czasami nieźle się bawiłam. Tak było do ostatniego lata, kiedy podczas jednej z wielu naszych bitew na złośliwości otwarcie powiedział przy Jess i wszystkich, których opinia się dla mnie liczyła, że mnie nie znosi. Być może zasłużyłam sobie na tak ostrą reakcję, ponieważ tego dnia, po kłótni z Tomem, byłam szczególnie wkurzona, ale… ale… cóż…

Drań uraził moje uczucia, a tego się nie wybacza.

– Wieczny dżentelmen, co? – stwierdziłam ironicznie.

– Wydawało mi się, że pozbieranie upuszczonych zakupów to rzeczywiście czyn godny dżentelmena.

– Nie. Dżentelmen oceniłby tę sytuację i szybko doszedł do wniosku, że dotykanie damskiej bielizny jest niegrzeczne, zignorowałby całe zajście i poszedł w swoją stronę, by dać mi możliwość dyskretnego schowania do torby intymnych części garderoby.

Prawy kącik jego ust uniósł się nieco z rozbawienia.

– Nigdy nie przyszło mi do głowy, że jest pani taka nieśmiała i dyskretna, panno Hartwell. Tak bardzo speszyło panią to, że zobaczyłem pani bieliznę? Nigdy bym się tego nie spodziewał.

– Sprytnie wymyślone. – Zignorowałam to, że nazywał mnie panną Hartwell. A przynajmniej się starałam.

Nie chciałam, żeby się domyślił, jak bardzo drażni mnie, że nigdy nie powiedział do mnie po imieniu. W odwecie nigdy nie mówiłam o nim inaczej niż „Tremaine”.

Jak widać, w swoim towarzystwie zachowywaliśmy się jak w pełni dojrzali, kulturalni ludzie.

Uśmiechnął się szeroko.

– To prawda, przy pani dowcip mi się wyostrza.

– Cóż, to normalne, kiedy ktoś chce się sprzeczać z osobą bardziej błyskotliwą od siebie.

Bywały chwile, jak ta, kiedy wydawało mi się, że w oczach Vaughna dostrzegam cień szacunku. Wiedziałam jednak, że to nie może być prawda. Po prostu widziałam coś, co bardzo chciałam zobaczyć.

– Jesteśmy dzisiaj w zadziornym nastroju.

– Nie mów do mnie na „wy”, Tremaine. Twoja wyniosła poza nie robi na mnie wrażenia. Prawdę mówiąc, wkurza mnie.

Podszedł krok bliżej i musiałam szybko się opanować, żeby się przed nim nie cofnąć. Vaughn Tremaine nie musiał wiedzieć, że jego bliskość zapiera mi dech w piersi. Zatrzymał wzrok na mojej twarzy. Zawsze tak robił, jakby z zachwytem chłonął każdy jej szczegół, ale wiedziałam, że jego jedynym celem jest wprawienie mnie w zakłopotanie.

Niestety, udało mu się.

Kanalia.

– Nie powinna mi pani mówić, co panią wkurza – powiedział. – To mnie tylko zachęca.

Gdyby to był ktokolwiek inny, po takiej ripoście roześmiałabym się z mimowolnym szacunkiem. Ponieważ jednak wypowiedział ją Vaughn, odebrałam to jako osobisty przytyk.

Początki były trochę inne. Vaughn to bystry człowiek. Często te nasze utarczki słowne sprawiały mi swoistą przyjemność. Ale po tym, jak oznajmił, że mnie nie lubi, każde jego słowo skierowane do mnie wydawało mi się obrazą. Co gorsza, mniej więcej w tym samym czasie, kiedy przyznał się do niechęci wobec mnie, zaczęłam w nim dostrzegać kogoś więcej niż tylko aroganckiego, samolubnego biznesmena, który uważa się za lepszego od innych.

W głębi duszy wiedziałam, że Vaughn nie jest złym człowiekiem. Odkryłam to w zeszłym roku, kiedy pomógł moim przyjaciołom, Jessice i Cooperowi. Gdy Jess doszła do wniosku, że między nią a Cooperem wszystko skończone, Vaughn umożliwił jej pozostanie w miasteczku, żeby Cooper miał czas uratować ich związek.

Prawdą jest też, że odkąd Vaughn zamieszkał w Hartwell, wszyscy czuliśmy się bezpieczniejsi, choć Ian Devlin i jego synowie nadal stanowili zagrożenie.

Devlin był właścicielem wielu nieruchomości w Hartwell, włącznie z Grand Hotelem w centrum i wesołym miasteczkiem przy końcu promenady Hart’s Boardwalk. Nie miał jednak niczego przy północnej części promenady, gdzie wielu mieszkańców prowadziło swoje interesy. I jak uciekał się do niehonorowych i nieuczciwych wybiegów, żeby skupować nieruchomości wokół popularnej wśród turystów Main Street, tak też próbował swoich sztuczek, żeby zyskać jakąś własność przy nadmorskim deptaku, gdzie ziemia i domy były najdroższe. Za wszelką cenę chciał dołączyć do swojej kolekcji którąś nieruchomość przy promenadzie. Podejrzewałam nawet, że marzyło mu się, żeby kiedyś zostać właścicielem wszystkich budynków przy północnej części deptaka. Zamierzał przekształcić tę stronę miasta w luksusowy kurort, co w olbrzymiej części zniszczyłoby wszystko, co czyniło z Hart’s Boardwalk tak wyjątkowe, czarujące miejsce.

Kiedy wystawiono na sprzedaż stary hotel przy promenadzie, my, czyli zżyta ze sobą społeczność Hart’s Boardwalk, uznaliśmy, że wszystko stracone. Wydawało nam się, że Ian Devlin jest jedynym człowiekiem, którego stać na taki zakup.

Ale wtedy zjawił się Vaughn. Nieprzyzwoicie bogaty potentat przemysłu hotelarskiego, pochodzący z lepszej rodziny niż większość mieszkańców Manhattanu. Z bliżej niewyjaśnionych powodów kupił stary hotel przy deptaku, zburzył go i postawił własny.

Pozytywną stroną takiego rozwoju wypadków było to, że chociaż zbudowany przez niego hotel prezentował się nowocześnie, Vaughn lubił Hart’s Boardwalk w jego dotychczasowej postaci i nie starał się go odmienić. Poza tym nawet ja musiałam przyznać, że szczerze lubił i szanował Coopera. Kiedy więc pojawiło się niebezpieczeństwo, że Devlin wykupi położony przy samym deptaku bar Coopa – a to dzięki przekupieniu jakiegoś urzędnika w radzie miasta, żeby nie przedłużał Cooperowi licencji na sprzedaż alkoholu – Vaughn sprawił, że udało się temu zapobiec.

I chociaż właśnie wtedy oznajmił, że mnie nie lubi, musiałam w nim dostrzec coś, czego bardzo nie chciałam zobaczyć.

Zapewne Vaughn Tremaine był napuszonym, pewnym siebie, aroganckim bogatym biznesmenem, który uważał się za lepszego ode mnie, ale kiedy tego chciał, potrafił też być dobry i uczciwy.

Co więcej, jego pomoc w naszej walce z Ianem Devlinem zdawała się nie do przecenienia.

Cooper wyjawił, że Vaughn powiedział mu coś, dzięki czemu miał pewność, że Tremaine nigdy nie pozwoli Devlinowi zrujnować tego, co stworzyliśmy przy promenadzie.

A niewątpliwie dzięki pieniądzom i wpływom mógł powstrzymać Devlina.

– O co chodzi? Mam coś na twarzy? – zapytał Vaughn.

Dopiero wtedy zdałam sobie sprawę, że od dłuższej chwili patrzę w te jego niesamowite szare oczy. Posiadanie takich oczu powinno być zabronione. Vaughn na pewno wiedział, jak jego spojrzenie działa na kobiety.

Na kobiety. Inne kobiety. Nie na mnie.

– Nie. – Odstąpiłam o krok, chociaż w ten sposób dawałam mu przewagę.

– Co takiego? Żadnej ciętej riposty? Dobrze się pani czuje? – Przechylił głowę i uważnie mi się przyjrzał. Między jego brwiami pojawiła się zmarszczka. – Wygląda pani na zmęczoną.

Prychnęłam i przygładziłam dłonią włosy. Nie znosiłam, kiedy tak wnikliwie mi się przyglądał.

– Co za uroczy komplement, Tremaine. Aż dziw, że nie ciągnie się za tobą sznur wzdychających wielbicielek. A nie, zaraz! To wcale nie jest dziwne.

Patrzył na mnie w milczeniu, co z jakiegoś powodu wprawiło mnie w jeszcze gorszy nastrój, ponieważ miałam wrażenie, że potrafi przejrzeć mnie na wylot i zobaczyć, jaka jestem nieszczęśliwa…

– Nic dziwnego, że jesteś singlem – ciągnęłam, mierząc go wzrokiem, od którego mniej odważnemu facetowi skurczyłyby się jądra. – Jesteś zimny jak głaz. Nie masz nic do zaoferowania kobiecie. Nic oprócz bogactwa. A prędzej czy później każda zda sobie sprawę, że takie puste życie nie jest warte żadnych pieniędzy.

To było brutalne.

Straszne.

I odnosiło się bardziej do mnie niż do niego.

Natychmiast zapragnęłam cofnąć te słowa, ale było już za późno.

Czasami miałam ochotę odgryźć sobie język.

Przed chwilą oskarżyłam go, że jest zimny jak głaz, i rzeczywiście, teraz patrzył na mnie lodowato.

– Jestem singlem z własnego wyboru, panno Hartwell. W przeciwieństwie do pani mam tyle siły, żeby żyć w pojedynkę, zamiast zadowalać się byle czym. Ale w końcu ciągnie swój do swego, czyż nie?

Nawet nie przypuszczał, jak bardzo jego słowa trafiły w mój czuły punkt. Nic więcej nie dodał, tylko odszedł spokojnym krokiem, jakby nie doszło między nami do żadnej przykrej wymiany zdań.

Mnie nigdy nie udało się go poruszyć.

Przenigdy.

Ale jemu zawsze to wychodziło.

I niezmiennie mnie tym ranił.

Drań!

Wkurzona pomaszerowałam w przeciwnym kierunku, z powrotem do mojego hotelu. Starałam się wyrzucić z pamięci słowa Vaughna i otrząsnąć się z podłego nastroju, w jaki mnie wpędziły.

Przecież musiałam być w dobrym humorze, skoro chciałam naprawić swój związek z Tomem, kusząc go tak lubianym przez niego strojem – płaszczem przeciwdeszczowym, pod którym nie kryło się nic oprócz seksownej bielizny.

Vaughn

Nie po raz pierwszy Vaughn stłumił w sobie gwałtowną chęć, żeby odnaleźć tę kobietę, paść przed nią na kolana i błagać o wybaczenie.

Nikt nie działał na niego tak jak Bailey Hartwell. Zdarzało się już, że ludzie mówili mu gorsze rzeczy niż ona, ale zawsze robili to w pozornie uprzejmy, pasywno-agresywny sposób, którego nie znosił.

A jednak to Bailey była jedyną osobą, przy której tracił zimną krew. Zaczynał jej się odgryzać. Wybuchał niczym niedojrzały nastolatek.

I za każdym razem boleśnie ją ranił.

Nie przypominała kobiet, wśród których dorastał. Te od wczesnego wieku uczyły się maskować uczucia.

Bailey nie ukrywała ich, wszystkie jej emocje były widoczne jak na dłoni.

Na przykład… wiedział, że jej się podoba. Wiedział też, że jest za to zła na samą siebie, bo chociaż czuła do niego pociąg, to go nie lubiła. Nie lubiła go od chwili, kiedy spotkali się pierwszy raz, i częściowo dlatego on również zachowywał się wobec niej bardzo zaczepnie.

Czasami jednak, tak jak przed chwilą, posuwał się za daleko.

Skrzywił się na wspomnienie tego, co jej właśnie powiedział. Mimowolna tęsknota, którą czuł, kiedy Bailey była w pobliżu, zmieniła się w pulsujący w piersi nieprzyjemny ból żalu i skruchy. Bailey Hartwell na pewno nie można zarzucić przeciętności.

Prawdę mówiąc, musiał wytężyć całą siłę woli, żeby powstrzymać erekcję na widok bielizny wypadającej z jej torby z zakupami. Wyobraził sobie, jak by w niej wyglądała, i krew natychmiast napłynęła mu do penisa.

Nie chciał się zbłaźnić w miejscu publicznym, dlatego pomyślał o Tomie Suttonie i natychmiast ogarnęły go złość i frustracja. Co za niedorzeczność, że taki idiota jak Sutton będzie miał zaszczyt i przyjemność oglądania Bailey w skąpej bieliźnie. To zbrodnia, że taki ktoś może obejmować ją w nocy, przebywać z nią za dnia i być jedną z osób, które opromienia swoim światłem. Jasnym światłem. Jeszcze nigdy nie spotkał takiej kobiety. Każdą myśl, każde uczucie okazywała otwarcie, śmiało i bez ogródek. Przybyszowi ze świata, w którym kobiety rzadko mówią, co myślą, ponieważ wolą wdawać się w subtelne gierki, miło było znaleźć się w rzeczywistości, w której istniał ktoś taki jak Bailey Hartwell.

Bardzo się o wszystkich troszczyła.

Za bardzo.

Czasami chciał, żeby przestała się tak przejmować, bo bał się, że ktoś ją zbyt mocno zrani.

Słyszał, jak troskliwie zaopiekowała się Dahlią McGuire, kiedy ta sprowadziła się do Hartwell, żeby poprowadzić sklep z pamiątkami, przejęty po ciotecznej babce. Krążyły plotki, że Dahlia urządziła sobie nocną kąpiel w oceanie tuż po przybyciu do miasteczka i omal nie utonęła. Podobno Bailey uratowała jej życie. Zostały bliskimi przyjaciółkami.

Osobiście był świadkiem, jak Bailey otoczyła opieką Jessicę Huntington po jej przyjeździe do Hartwell. Zainteresowała się nią od pierwszego spotkania, jakby wiedziała, że Jessica skrywa jakiś sekret i bardzo potrzebuje przyjaciółki. Bailey zaoferowała jej swoją przyjaźń bez zadawania pytań.

Widział, że Bailey dba o swoje miasto i jego mieszkańców. Zdawał sobie sprawę, że uważała go za zagrożenie i jak tylko mogła, próbowała utrudnić mu życie, dopóki nie zrozumiała, iż on nie zamierza wyrządzić tu żadnego zła.

Gdyby okazało się inaczej, walczyłaby z nim do upadłego. Bailey, właścicielka małego hoteliku, mająca jedynie wsparcie ze strony przyjaciół.

Nie zawahałaby się mu przeciwstawić. Jemu, z całym jego majątkiem i ogromnymi wpływami.

Bez lęku.

Z ogniem.

Cholera, podziwiał ten jej ogień.

A Tom Sutton najwyraźniej nie zdawał sobie sprawy, że sypia z tak ognistą dziewczyną. Nie miał pojęcia, jak niezwykłą osobą jest Bailey Hartwell.

Niespotykanie lojalna.

Vaughn ją za to podziwiał. Chciał to wszystko mieć. Chciał jej. Chciał mieć ją w łóżku. Co noc.

Spełnienie tego marzenia uniemożliwiały mu nie tylko niechęć Bailey i jej związek z Tomem. Bał się, że mógłby ją zranić. Tak jak zrobił to zaledwie kilka chwil temu. Głównie jednak powstrzymywała go przed tym własna niechęć do związków. Vaughn poprzysiągł sobie nigdy więcej nie angażować się w żaden bliski związek i nawet Bailey Hartwell nie umiałaby sprawić, żeby zmienił zdanie, jeśli już raz podjął stanowczą decyzję.

Choć to więc dziwne, nienawidził Toma, ponieważ ten, mimo że zupełnie na to nie zasługiwał, miał Bailey, o której Vaughn mógł jedynie marzyć, ale jednocześnie cieszył się, że Tom istnieje.

Vaughn i Bailey. Nigdy nie będą parą.

Ale ta bielizna…

Bailey musiała wkładać seksowne fatałaszki, żeby podniecić Toma?

Cóż. Ta bielizna była śliczna.

A obraz ubranej w nią Bailey – dużo więcej niż śliczny.

Dla niego jednak nie miało to znaczenia. Bielizna skrywałaby to, co chciał zobaczyć najbardziej na świecie.

Bailey Hartwell. Nagą. W swoim łóżku. Z ogniem w oczach, ale uległym ciałem. Cały czas była względem niego tak wroga i w każdej chwili gotowa do utarczki. Nic nie podniecało go bardziej niż myśl, że mógłby kiedyś z nią wygrać, a ona pozwoliłaby mu przywiązać się do łóżka…

– Szlag – wymamrotał, bo poczuł, jak robi mu się gorąco.

Nie chciał się przecież podniecać na ulicy.

Sytuację uratowała komórka, która nagle zawibrowała w kieszeni marynarki, co wyrwało go z zamyślenia. Wyjął ją i na wyświetlaczu zobaczył napis „Tata”.

Wdzięczny za przywołanie do porządku, odebrał połączenie.

– Pewnie widziałeś w gazecie najnowsze wiadomości o Caroline – odezwał się William Tremaine bez żadnego wstępu.

– Widziałem.

– Wszystko w porządku?

Ta rozmowa była jednym z powodów, dla których powinien wracać do Nowego Jorku.

Matka Vaughna zmarła na skutek choroby serca, która nękała ją od dzieciństwa, chociaż nikt nic nie podejrzewał, dopóki nie zaatakowała z całą siłą. Od tego czasu ojciec zawsze był przy nim. Kiedy Vaughn stracił matkę, miał zaledwie pięć lat, a William Tremaine należał już wtedy do potentatów w nowojorskiej branży budowlanej. Miał mnóstwo obowiązków, ale zawsze udawało mu się znaleźć czas dla syna.

Owszem, Vaughnem opiekowały się nianie, ale nigdy nie czuł się niechciany czy niekochany, a kiedy dorósł, zdał sobie sprawę, jaka to rzadkość w ekskluzywnym świecie, w którym się urodził. Nie miał wątpliwości, że jego koledzy również byli kochani, ale tę miłość często miażdżył ciężar oczekiwań, jakie zrzucano na ich barki.

William wychowywał syna na pracowitego, obowiązkowego człowieka, ale nigdy nie próbował narzucić mu własnych ambicji i oczekiwań. W przeciwieństwie do rodziców kolegów. Ojciec był jego najlepszym przyjacielem. Człowiekiem, którego podziwiał i szanował bardziej niż kogokolwiek innego.

I dla niego powinien wrócić do Nowego Jorku.

Nie potrafił jednak zrobić nawet kroku w tym kierunku.

– Wszystko w porządku, tato – zapewnił.

– Nie wątpię w to, po prostu postanowiłem się odezwać. Wiesz… pomyślałem, że mógłbym się jutro zatrzymać w Delaware. Za kilka dni jadę w interesach do Londynu. Przyda mi się krótki odpoczynek.

Vaughn uśmiechnął się szeroko.

– Ale u mnie naprawdę wszystko w porządku.

– Chcę to zobaczyć na własne oczy.

– W takim razie już się cieszę na twój przyjazd.

Kiedy skończył rozmowę, pogrążył się w rozmyślaniach o zbliżającej się wizycie ojca i ostatnim spotkaniu z Bailey Hartwell. Zatrzymał się w pół kroku, gdy zdał sobie sprawę, że minął barek, w którym chciał kupić kanapkę na lunch.

Przypomniał sobie spojrzenie zranionej Bailey.

Szkoda, że nie wysłał po tę cholerną kanapkę kogoś z hotelowego personelu. Ale nie, zachciało mu się spaceru.

Mógłby sobie obiecać, że to ostatni jego spacer na długi czas, ale wiedział, że zwariuje, jeśli stale będzie siedział w hotelu. Jak więzień…

Poza tym… choć widok Bailey był dla niego niczym tortura, już się od niego uzależnił.

3

Bailey

Siadając za kierownicą w płaszczu przeciwdeszczowym, pod którym miałam jedynie seksowną bieliznę, czułam podniecenie i posmak wielkiej ryzykownej przygody. Ogarnęło mnie nieodparte wrażenie, że jeśli ktokolwiek mnie zobaczy, od razu się domyśli, jaki mam plan, więc do samochodu dotarłam biegiem, a ponieważ włożyłam czerwone szpilki, omal nie skręciłam kostki.

Śmiałam się sama z siebie, kiedy odjeżdżałam sprzed domu. Byłam przejęta i lekko stremowana, więc chichotałam nerwowo.

Lubię czasem zrobić coś niezwykłego.

Kiedy jednak zaparkowałam pod mieszkaniem Toma, ścisnęło mnie w żołądku. Nie byłam już tak radośnie podekscytowana, ponieważ przypomniałam sobie, jak minionej nocy odepchnął mnie w łóżku.

Spojrzałam w górę, na jego okno, w którym paliło się światło. Przez chwilę trwałam w bezruchu. Musiałam wygłosić sama do siebie krótką mowę dodającą otuchy.

– Masz na sobie tylko płaszcz i bieliznę. Nie ma mowy, żeby jakikolwiek facet pozostał obojętny na taki widok.

Wzięłam głęboki oddech i poczułam, że moja pewność siebie wróciła do normy. Wysiadłam z samochodu. Okazało się, że to był najtrudniejszy etap. Otworzyłam własnym kluczem drzwi do budynku i podekscytowana weszłam do środka. Na palcach pobiegłam schodami w górę, żeby stukanie szpilek nie ostrzegło Toma o moim przybyciu.

A szkoda, że nie stukałam szpilkami.

Szkoda, że nie stukałam głośno jak diabli.

Może gdyby Tom usłyszał, że nadchodzę, nie musiałabym oglądać jego gołego tyłka, poruszającego się w górę i w dół, oraz kobiety leżącej pod nim na kanapie.

Weszłam do jego mieszkania, zbudowanego na otwartym planie, i stanęłam jak wryta na progu części dziennej, próbując zrozumieć, co właściwie widzę i co tu się dzieje.

Leżeli tyłem do mnie, więc nie mieli pojęcia, że ich obserwuję, a ciało Toma przysłaniało mi widok na kobietę, więc widziałam jedynie jej pomalowane na czerwono paznokcie, które wbijała w jego pośladki, starając się wepchnąć go jeszcze głębiej w siebie.

– Tak! O Boże! Tak! – jęczała piskliwie.

Nie rozpoznawałam tego głosu.

– Erin! – wystękał Tom. – Kurde!

Erin?

Przyglądałam się im przez chwilę, aż natrafiłam wzrokiem na stopy Toma. Nadal miał na nich skarpety i zauważyłam, że są brudne. Tom w brudnych skarpetach przelatywał jakąś Erin na kanapie.

Spojrzałam na swój płaszcz przeciwdeszczowy i poczułam się jak idiotka. Poniżona idiotka.

Kiedy ja się martwiłam, jak przywrócić do życia nasz związek, on pieprzył się z kimś innym.

Totalna idiotka.

Nagle ogarnęła mnie furia i gwałtownie uniosłam głowę. Zdziwiłam się, że z moich oczu nie wystrzeliły w ich stronę błyskawice. To nie ja jestem idiotką! Nie ja jestem głupia! To ten palant, który mnie zdradza, jest skończonym idiotą.

Dziesięć cholernych lat!

Rozwścieczona zdjęłam szpilki i po cichu poszłam do kuchni. Zerknęłam przez ramię na kanapę i stwierdziłam, że zajęta sobą parka nadal mnie nie zauważyła. Otworzyłam lodówkę i wyjęłam dzbanek zimnej wody, który mój były chłopak zawsze tam trzymał.

– Co, do… – krzyknął Tom, zaniepokojony odgłosem zamykających się drzwi lodówki.

Kiedy podniósł wzrok, ja już stałam przy kanapie. Oczy rozszerzyły mu się z przerażenia, gdy wylałam cały dzbanek lodowatej wody prosto na niego i jego kumpelę do łóżka.

Erin zaczęła piszczeć, a Tom, przeklinając, zeskoczył z niej, jakby oblazły ją mrówki.

Kiedy wrzeszcząc, zeszli z kanapy i mokrzy miotali się po pokoju w poszukiwaniu ubrań, spostrzegłam torebkę Erin i szybko do niej podeszłam.

– Bailey, zaraz ci wszystko wytłumaczę! – powiedział Tom głosem piskliwym ze strachu.

Zerknęłam na niego, nie przerywając przeszukiwania torebki nieznajomej kobiety. Potykając się o własne stopy, wciągał dżinsy i przerażonym wzrokiem spoglądał to na mnie, to na Erin.

Ona natomiast stała, narzuciwszy na ramiona koc, który trzymałam przerzucony przez oparcie kanapy, żeby móc się nim okryć, kiedy oglądałam jakiś film. Wbiła zawstydzony wzrok w swoje nagie stopy, więc nie spostrzegła, że mam w dłoni jej telefon.

– Erin i ja…

– Jesteście podłymi zdrajcami! – dokończyłam za Toma.

Mój głos sprawił, że Erin uniosła głowę i chociaż wydawało mi się to niemożliwe, krew jeszcze gwałtowniej zakipiała mi w żyłach z wściekłości. W końcu ją rozpoznałam. Była dziewczyną jednego z kolegów Toma, Rexa McFarlane’a. Miłego, przystojnego dwudziestoczterolatka. A Erin… Erin miała dwadzieścia trzy lata!

Zdradził mnie z dziewczyną, która niedawno skończyła college.

Oto ja, z pogodną miną krocząca śmiało naprzód, w nadziei, że uda mi się naprawić związek, szukająca na to jak najatrakcyjniejszego sposobu, radosna i zdeterminowana, nagle z całą siłą zderzyłam się z wyrosłą nie wiadomo kiedy betonową ścianą nienawiści, obrzydzenia, rozczarowania, zdrady, urażonej dumy i furii!

Chciałam, żeby Tom i ta jego Erin poczuli wszystko to, co ja.

Moimi poczynaniami kierowała wściekłość.

Nie trzeba było wpisywać hasła, żeby uruchomić telefon Erin. Pewnie w przyszłości rozważy kwestię zabezpieczenia.

– Co ty robisz? – Wysoki dziewczęcy głos drżał nerwowo.

Przewinęłam listę kontaktów.

REX.

Wybrałam numer.

– Nie! Tom, co ona robi? – piszczała żałośnie Erin.

Ton jej głosu był tak wysoki, że zapewne pies sąsiadów piętro niżej aż podskoczył zaalarmowany, jednak mnie nawet nie drgnęła powieka. Zamierzałam siać spustoszenie.

Po trzecim sygnale usłyszałam znajomy niski głos.

– Cześć, skarbie. Jesteś jeszcze w pracy?

Gdybym myślała nieco bardziej przytomnie, ciepłe uczucie, które zabrzmiało w jego słowach, powstrzymałoby mnie przed dalszym działaniem. Ale jak później zdałam sobie sprawę, nie byłam wtedy całkiem przy zdrowych zmysłach.

– Rex?

– Kto mówi? – zapytał, wyraźnie zdezorientowany i zaniepokojony o Erin.

– Tu Bailey Hartwell, dziewczyna Toma Suttona.

– Tom! Powstrzymaj ją! – krzyknęła Erin.

– Bailey, do cholery! – Tom ruszył w moją stronę.

Patrzył na mnie błagalnie.

Odwróciłam się na pięcie i wymknęłam z jego zasięgu, klucząc między meblami.

– Czy ja słyszałem tam Erin? Co się dzieje? – dopytywał Rex.

– Właśnie nakryłam Toma, jak pieprzył się z Erin na kanapie w swoim salonie. A ponieważ wczoraj wieczorem po powrocie do domu od razu wziął prysznic, a potem odepchnął mnie, kiedy chciałam się z nim kochać, domyślam się, że nie pierwszy raz tych dwoje zabawia się ze sobą.

– Co? – Głos Rexa stał się chropawy i odległy.

– Zostaliśmy zdradzeni. Doszłam do wniosku, że powinieneś o tym wiedzieć. – Rozłączyłam się i rzuciłam telefon Erin na pobliskie krzesło.

Stała ciasno otulona kocem, a jej ramiona drżały od płaczu.

Najwyraźniej bardzo cierpiała, ale na mnie nie robiło to najmniejszego wrażenia.

Ogarnęło mnie odrętwienie. Patrzyłam na człowieka, z którym spędziłam ostatnie dziesięć lat życia.

– Sądziłam, że jesteśmy dla siebie stworzeni. Ale tak nie jest. Zasługuję na coś lepszego. Nie mogę uwierzyć, że zmarnowałam na ciebie dziesięć lat. A tak na wszelki wypadek, gdybyś jeszcze miał jakieś wątpliwości: między nami wszystko skończone.

Włożyłam szpilki i ruszyłam do wyjścia. Odtrąciłam jego dłoń, gdy próbował mnie zatrzymać. Kiedy biegł za mną po schodach, ignorowałam jego głos, jego obecność, tak jak ignorowałabym natrętną muchę, której brzęczenie nad głową mi zobojętniało.

Nie docierało do mnie nic, co mówił. Nie czułam jego dotyku ani – jak sobie później przypomniałam – nie słyszałam błagań i przeprosin.

Usiadłam za kierownicą i odjechałam tak szybko, że omal go nie potrąciłam, jak przez mgłę świadoma, że zaklął i odskoczył na bok tuż przed maską samochodu.

– Zamorduję tego sukinsyna! – krzyknęła Jessica, moja najbliższa przyjaciółka.

Chodziła przy tym nerwowo tam i z powrotem po swoim salonie. Louis, szczeniak rasy labrador, podążał za nią krok w krok, więc co chwila potykali się o siebie.

Nie wiedziałam, dokąd jadę, dopóki nie zatrzymałam się pod domem Jess i Coopera. On jeszcze pracował w barze, ale ona była na miejscu.

Jakoś znalazłam słowa, żeby opowiedzieć, co się właśnie wydarzyło, a jej reakcja przebiła się przez otaczającą mnie chmurę odrętwienia.

W tej chwili czułam jedynie mdłości. Mdłości wywołane niepewnością i strachem, ponieważ nagle uświadomiłam sobie…

– Jess, ja mam trzydzieści cztery lata – odezwałam się, przerywając jej nerwowy spacer. Zatrzymała się i spojrzała na mnie uważnie. Widziałam, jak bardzo jest wzburzona. Do oczu napłynęły mi łzy. – Jak mam zacząć od nowa?

– Och, Bailey. – Usiadła obok mnie na kanapie i otoczyła mnie ramieniem. Louis oparł pysk na jej kolanie i patrzył na mnie z psim współczuciem. – Znajdziesz kogoś innego. Musisz po prostu dojść do siebie i wyleczyć złamane serce.

Nie tego się jednak obawiałam. Musiałam się zastanowić, czy gniew, jaki mnie ogarnął w mieszkaniu Toma, na pewno był skierowany przeciw niemu i Erin, czy raczej dużą jego część czułam do samej siebie.

– Jess, ja to wiedziałam – wyszeptałam, pozwalając płynąć łzom. Miałam pewność, że Jessica jest jedyną osobą, które nie osądzi mnie za to, co zaraz jej wyznam. – Wiedziałam już od jakiegoś czasu.

– Że Tom cię zdradza?

– Nie, nie o to chodzi. – Potrząsnęłam głową. – Wiedziałam… wiedziałam, że nie jest tym jedynym. – Patrzyłam na jej twarz, która wydawała mi się rozmazana przez łzy stojące w moich oczach. – Uznałam, że Tom to bezpieczna opcja. Dlatego go wybrałam. A okazało się, że nie jest nawet tym.

Przez chwilę Jess przytulała mnie w milczeniu.

Otarłam łzy i odsunęłam się od niej z westchnieniem.

– Powinnam być zrozpaczona. Powinnam mieć złamane serce. Prawda?

Skinęła głową.

– Ale nie jestem. Owszem, czuję się zraniona. Została urażona moja duma, zwłaszcza jeśli weźmiesz pod uwagę, że w tej chwili mam na sobie jedynie jedwabną bieliznę i płaszcz przeciwdeszczowy. – Posłałam jej blady, smutny uśmiech, a ona odpowiedziała tym samym. – I jestem zawstydzona, a nawet upokorzona. Ale nie mam złamanego serca… Nie. Czuję… – Wciągnęłam gwałtownie powietrze, jakby ktoś wymierzył mi cios w żołądek.

– Co czujesz?

– Ulgę – przyznałam. – Jestem przerażona, ale czuję ulgę. O Boże. – Wsparłam głowę na rękach, patrząc na szpilki, które niemiłosiernie mnie cisnęły.

Zdjęłam je.

– Dziesięć lat. Boże, straciłam dziesięć lat na Toma, chociaż wiedziałam, że nigdy się w nim nie zakocham do szaleństwa. Chciałam tylko… chciałam faceta, przy którym czułabym się bezpieczna i który dałby mi to, czego pragnę, czyli małżeństwo i dzieci. Kiedy rodzice się przeprowadzili i zostałam w miasteczku jako ostatnia z Hartwellów, tak bardzo za nimi tęskniłam, że najbardziej na świecie pragnęłam założyć własną rodzinę. Tom o tym wiedział. Wiedział, ile znaczą dla mnie dzieci i w ogóle rodzina. Sądziłam, że kocha mnie na tyle mocno, iż w końcu zdecyduje się dać mi szczęście. Ale nie potrafił się do tego zmusić, a ja uparcie czekałam, poświęcając mu najlepsze lata. Tymczasem ten gnojek mnie zdradził.

Czułam narastającą panikę i z trudem łapałam powietrze.

– Jak zacząć od nowa w wieku trzydziestu czterech lat? – wyrzuciłam z siebie.

Jess chwyciła mnie za ręce.

– Oddychaj głęboko – nakazała.

Zrobiła wdech, potem wydech i gestem nakazała mi, żebym ją naśladowała.

Mało brakowało, a połamałabym jej palce, tak mocno je ściskałam, starając się iść jej śladem i mimo paniki skoncentrować się na oddychaniu.

Po chwili poczułam, że rozluźniają mi się mięśnie, choć nawet nie miałam świadomości, że tak bardzo je napięłam.

Opadłam na kanapę, a łzy znów popłynęły ciurkiem.

– Boję się.

Jess również miała łzy w oczach.

– Wiem. Przeżyłam coś podobnego. Ale naprawdę można zacząć od nowa, bez względu na wiek. – Wzięła mnie za rękę. – Masz mnie, masz Coopera i wszystkich innych. To miasto cię kocha. Pomożemy ci przejść przez ten trudny czas.

– A co jeśli skończę samotna?

– Wykluczone. – Spojrzała na mnie i zmarszczyła czoło. – Nie rozważasz chyba powrotu do tego dupka tylko po to, żeby nie zostać sama?

– Nie! – odparłam błyskawicznie. – Wiesz, ostatniej nocy mnie odepchnął. Próbowałam się z nim kochać, a on zepchnął mnie z siebie. Oczywiście, że mnie zdradzał! Byłam idiotką, że tego nie zauważyłam. – Roześmiałam się ponuro. – Byłam przekonana, że żadne z nas nigdy nie znajdzie sobie nikogo lepszego i że on też tak sądzi. Nawet przez myśl mi nie przeszło, że mógłby mnie zdradzić.

– Co to znaczy „żadne z nas nigdy nie znajdzie sobie nikogo lepszego”? – Jess skrzyżowała ramiona na piersi.

Znów się spięłam. Nie chciałam się przed nią przyznać do swojej teorii, że Tom i ja stanowimy dobraną parę, ponieważ oboje jesteśmy przeciętni.

– Chodzi mi o to… że byliśmy sobie równi. No wiesz…

Jessica zmrużyła oczy, jakby nie wierzyła własnym uszom.

– Jeśli chcesz wiedzieć, to każdy z twoich znajomych z osobna i wszyscy razem uważają, że zasługujesz na kogoś lepszego niż Tom Sutton, a przez to, że cię zdradził, zasługuje na tytuł Dupka Roku.

Uśmiechnęłam się blado i skinęłam głową.

– Zdecydowanie. Dupek Roku Wszechświata.

Jessica prychnęła rozbawiona.

– Jess?

– Tak?

– Wiesz, że cię kocham, prawda?

W odpowiedzi ścisnęła moją dłoń.

– Damy sobie radę, Bailey. I wiesz co? Dzisiaj przyszłość jawi ci się jako coś przerażającego. Ale założę się o wszystko, co mam, że jutro ten nowy początek wyda ci się ekscytujący.

– Mam nadzieję.

Przysunęła się bliżej i znów otoczyła mnie ramieniem.

– Boże! – wykrzyknęłam nagle, przerywając tę chwilę milczenia, ponieważ z przerażeniem uświadomiłam sobie, co narobiłam. Zalało mnie poczucie winy. – Co ja najlepszego zrobiłam Rexowi! – Znów się rozpłakałam, tym razem ze wstydu. – To było okropne. Straszne. Jestem samolubną suką.

– Nie mów tak! Przecież nie rozumowałaś jasno. A w ogóle to wyświadczyłaś temu chłopakowi przysługę. Powinien się dowiedzieć, że dziewczyna go zdradza.

– Ale nie w ten sposób. Przeze mnie został poniżony tak samo jak ja. Będę musiała go przeprosić.

– Jeśli chcesz, zrób to. Tylko nie dzisiaj, dobrze? Dzisiaj zostaniesz tutaj, będziesz oglądała głupie filmy i jadła niezdrowe jedzenie w moim towarzystwie.

– Nie chcę ci przeszkadzać.

– Nawet tego nie skomentuję. – Wstała z kanapy. – Przyniosę ci jakieś ciuchy, żebyś się mogła przebrać.

Uśmiechnęłam się do niej z wdzięcznością. Kiedy tylko zniknęła na górze, a Louis w podskokach pobiegł za nią, pozbawiając mnie swojej kojącej obecności, znów się rozpłakałam, tym razem gwałtowniej. Będę musiała powiadamiać wszystkich, że rozstałam się z Tomem, co mnie przerażało. Trzeba będzie zadzwonić do mamy i taty, i do brata, Charliego… Muszę powiedzieć o tym Dahlii i Emery. Iris i Irze.

O Boże, dopiero zaczną się domysły.

Litość.

I jeszcze Vaughn Tremaine.

Trudniej mi będzie odpierać jego drwiące uwagi na temat mojego życia. Po prostu będę musiała pamiętać, że chociaż straciłam pewność jutra, nadal mam ukochany deptak i ludzi z nim związanych, którzy są dla mnie jak rodzina. Dzięki nim moje życie nadal jest niezwykłe i ani zdrada Toma, ani opinie Vaughna tego nie zmienią. Nie pozwolę na to.

Zdałam sobie sprawę, że łatwiej to sobie powiedzieć, niż w to uwierzyć. Strach ścisnął mnie za gardło. Objęłam się ramionami i zaszlochałam jeszcze głośniej, aż ciasny węzeł, który oplatał mi pierś, zaczął się nieco rozluźniać.

Po chwili poczułam, że Jess obejmuje mnie i przyciąga do siebie, żebym mogła wesprzeć głowę na jej ramieniu. Zwinęłam się w kłębek i przylgnęłam do niej, szlochając w jej sweter, a Louis lizał mnie po dłoni, znów oferując swoje psie pocieszenie.

4

Bailey

Około czwartej trzydzieści nad ranem obudziłam się na kanapie Jess i Coopera. Nie udało mi się z powrotem zasnąć.

Kilka godzin wcześniej ocknęłam się z drzemki i zdezorientowana patrzyłam na oparcie kanapy. Nie wiedziałam, gdzie jestem. Dopiero kiedy usłyszałam ciche szczekanie Louisa i głos Coopera, przypomniałam sobie, że oglądałam z Jess jakieś filmy. Pewnie zasnęłam w trakcie, a Jessica wolała zostawić mnie śpiącą na kanapie, niż obudzić.

– Tak, widzę, że Bailey śpi na kanapie, ale chciałbym wiedzieć dlaczego – powiedział Cooper ściszonym i zatroskanym głosem. – Louis, spokój!

– Nakryła Toma z inną kobietą – odpowiedziała szeptem Jess.

W jej tonie było słychać mieszaninę gniewu, smutku i troski.

– Co takiego? – wykrzyknął Cooper.

Louis szczeknął cicho.

– Ciii! Uciszcie się obaj.

– Co? – powtórzył Coop głośnym szeptem.

Nawet w tym jednym słowie wyraźnie dało się wyczuć furię.

Leżałam spięta i przygnębiona. Kiedyś, jako naiwna nastolatka, szaleńczo podkochiwałam się w Cooperze i nie dawałam mu żyć. Kiedy dorosłam, Coop niepostrzeżenie zmienił się w kogoś na kształt starszego brata i wspaniałego przyjaciela. Był wobec mnie niewiarygodnie opiekuńczy.

– Zabiję sukinsyna!

Usłyszałam, jak drzwi się otwierają, i już miałam wstać, żeby go powstrzymać, ale odezwała się Jess.

– Niczego takiego nie zrobisz. – Drzwi się zamknęły. – Bailey wcale by tego nie chciała. Bardziej potrzebuje naszej obecności i wsparcia.

– Sądzę, że gdybym rozkwasił nos temu dupkowi, to też liczyłoby się jako wsparcie.

Przepełniło mnie ciepłe uczucie względem Coopera i znów zebrały mi się łzy pod powiekami.

– Być może – odrzekła szeptem Jess. – Ale odłóżmy to na później. Chodź na górę, żebyśmy nie obudzili Bailey.

Cooper już się nie odezwał. Usłyszałam tylko skrzypienie schodów, kiedy wraz z Louisem wspinali się na piętro. Zaraz potem pokonało mnie znużenie, a kiedy znów się ocknęłam, mój zegarek wskazywał czwartą trzydzieści. Leżąc bezsennie, myślałam o wydarzeniach sprzed dwóch dni, które doprowadziły do tego, że zjawiłam się w mieszkaniu Toma ubrana w tę głupią czerwoną bieliznę.

Dezorientacja.

Głównie to czułam, gdy leżałam wtedy po swojej stronie łóżka i gapiłam się na ścianę w ciemnościach nocy. Byłam zdezorientowana, ponieważ nie mogłam zrozumieć, dlaczego udaję, że śpię, chociaż tak naprawdę nasłuchiwałam powrotu Toma do mojego mieszkania. Słyszałam, jak wchodzi, przez kwadrans kręci się po kuchni, a potem idzie korytarzem w stronę mojego pokoju, żeby skorzystać z prysznica. Udawałam, że śpię, nawet kiedy wszedł do łóżka i położył się obok mnie.

Nie mieszkaliśmy razem. Ja miałam mały domek z jedną sypialnią, a Tom swoje mieszkanie. Nie działo się tak z mojego wyboru. Przez lata irytowało mnie, że Tom nie chce się ze mną związać kupnem wspólnego domu. A jednak tamtej nocy, kiedy leżał obok mnie, a ja udawałam, że śpię, zastanawiałam się, dlaczego, u diabła, po prostu nie wrócił do siebie. Po co przyjeżdżał do mnie po takim długim dniu pracy?

A potem zastanowiło mnie, czemu nie odwróciłam się i nie pocałowałam go na powitanie. Ile razy w czasie naszego związku, zwłaszcza podczas ostatnich lat, on czekał na mnie, kiedy musiałam do późna pracować w swoim hotelu?

Odwróciłam się na bok, oparłam na łokciu i położyłam głowę na dłoni. Patrzyłam na mojego śpiącego chłopaka.

Jakaś nieznany bolesny smutek ścisnął mi pierś.

Ponieważ przeważającym uczuciem nie była jednak dezorientacja.

To był strach.

Może zabrzmi to dziwnie, ale zawsze lubiłam za kimś tęsknić. Oczywiście nie chodziło o samą tęsknotę, bo to przykre uczucie. Chodziło o ten moment, kiedy znów kogoś widzisz po rozłące. Uwielbiam to. W takich chwilach wszystkie skomplikowane, niejasne uczucia, które czasem żywimy wobec innych, ulatują, gorycz znika i zmienia się w popiół, a zostaje sama słodycz – miłość. Przy ponownym spotkaniu czuję tylko słodką tęsknotę za ukochaną osobą i radość z tego, że znów mogę ją wziąć w ramiona.

Lubię tęsknić za rodzicami – rodzicami, którzy sprzedali wszystkie swoje nieruchomości w mieście założonym przez naszych przodków, wszystkie oprócz Hart’s Inn. Pensjonat zostawili mnie i mojemu rodzeństwu. Bratu, który zupełnie nie był nim zainteresowany. Bratu, za którym uwielbiałam tęsknić. Mojej siostrze, która również nie pasjonowała się hotelarstwem i za którą również uwielbiałam tęsknić, ale po spędzeniu pięciu minut w jej towarzystwie to uczucie natychmiast mijało.

A jednak… wcale nie lubiłam tęsknić za Tomem. Co jest najgorsze, kiedy za kimś tęsknisz? To, że kiedy go spotkasz, nadal czujesz nieokreśloną tęsknotę.

Tom spał, a ja przyglądałam się jego twarzy i przypominałam sobie, jaka się czułam szczęśliwa, gdy obserwowałam go śpiącego dawno, dawno temu, na początku naszej znajomości. Gdybym była szczera wobec samej siebie, przyznałabym, że na widok Toma nigdy nie uginały się pode mną kolana ani nie czułam podniecającego, nieopanowanego drżenia. To właśnie mnie do niego przyciągało. Czułam się przy nim bezpieczna. Potrafiłam kontrolować swoje emocje.

Ostatnio przestałam się tak czuć.

Skończyłam trzydzieści cztery lata. Chciałam wyjść za mąż. Urodzić dzieci.

Mężczyzna, z którym spędziłam dziesięć lat, mężczyzna, z którym miałam nadzieję założyć rodzinę, leżał tuż obok… a równie dobrze mógł być tysiące kilometrów ode mnie.

Pięć lat temu przysunęłabym się bliżej i obudziła go pieszczotami. Tom twierdził, że to jedna z tych rzeczy, które we mnie kocha – brak opanowania. Mówiłam i robiłam, co tylko chciałam. Wszyscy wokół mnie wiedzieli, co w danej chwili myślę. Tom dziwił się, że jestem tak dobra w prowadzeniu hotelu. Ale moja matka przyuczała mnie do pracy w hotelarstwie, odkąd nauczyłam się mówić, więc kiedy zjawiałam się w pracy, stawałam się inną osobą. Profesjonalną i opanowaną.

Być może w życiu prywatnym byłam taka pyskata, ponieważ w pracy musiałam być słodką, disnejowską wersją samej siebie – sympatyczną, wesołą i łagodną – nawet jeśli trafił się wyjątkowo upierdliwy gość.

Tomowi nie zawsze podobały się moje bezczelne odzywki, ale był typowym facetem, więc uwielbiał moje żywiołowość i pewność siebie w sypialni.

Nie wiedział jednak, że jestem taka tylko z nim.

Kiedy się poznaliśmy, uważałam się za całkiem przeciętną osobę. Zanim spotkałam Toma, ktoś podeptał mnie tak mocno, że nie odważyłam się nawet myśleć o sobie jako o kimś choć trochę wyjątkowym. Wywodziłam się z rodziny, która założyła to miasto, ludzie mnie lubili, cieszyłam się popularnością. Czułam, że jestem niezwykła. A ten facet wszystko mi odebrał. Nie zdołał jednak pozbawić mnie miłości do Hartwell. Sprawił, że sama miałam się za kogoś niczym się niewyróżniającego, ale nadal uważałam, że moje życie przy promenadzie jest nadzwyczajne, ponieważ mieszkam w pięknym miejscu, otoczona przez ludzi, których kocham.

I dopóki wszystko wokół mnie było takie niezwykłe, ja sama mogłam czuć się przy boku Toma jak szary przeciętniak. Byliśmy sobie równi. Warci siebie nawzajem.

Nie miałam więc przy nim żadnych kompleksów ani w życiu, ani w łóżku.

Kiedy tylko miałam ochotę, mogłam zrobić pierwszy ruch i wiedziałam, że on zawsze zareaguje pozytywnie. Tak mi się przynajmniej wydawało.

Nasz seks zawsze był niezły. Nie najlepszy, jaki zdarzyło mi się mieć, ale całkiem niezły. Tom robił wrażenie szczęśliwego. W każdym razie ja tak to odbierałam. Miałam więcej fantazji niż on, więc nasze sprawy łóżkowe mogły wyglądać lepiej, ale było dobrze. Wystarczająco dobrze.

Ostatnimi czasy nasze życie seksualne zamarło.

Przez ostatnie dwa lata pracowałam w Hart’s Inn jak szalona, ponieważ mój menedżer odszedł i nie udało mi się znaleźć nikogo na jego miejsce. Tom również zaczął pracować do późna, co uznałam za rodzaj odwetu.

Prawie ze sobą nie rozmawialiśmy, o seksie nawet nie wspomnę.

Wpatrywałam się w jego znajomą twarz, niemal tak znajomą jak moja, i czułam ogarniającą mnie straszną tęsknotę. Przesunęłam dłoń w dół jego brzucha i przywarłam do niego mocniej. Starając się nie myśleć o swoich obawach, zrzuciłam z niego kołdrę. Wymamrotał coś przez sen i poruszył się lekko, a ja ostrożnie usiadłam na nim okrakiem. Patrzyłam na swoje dłonie, przesuwające się po jego skórze. Dziesięć lat wspólnego życia pozwoliło mi na większą śmiałość. Ciało Toma się zmieniło, tak samo jak moje. Kiedy się poznaliśmy, miał szczupłą i umięśnioną sylwetkę atlety. Teraz jego tors nie był już tak twardy i sprężysty. Nie przeszkadzało mi to. Te zmiany to była część naszej wspólnej historii.

Na podbrzuszu miał blizny po operacji wyrostka robaczkowego, przebytej cztery lata wcześniej. Sama niemal na sygnale odwiozłam go do szpitala. Mała szrama nad pępkiem, druga po prawej, na biodrze, i duża poprzeczna poniżej pępka. Teraz były już mało widoczne, ale nadal czułam je pod palcami i pamiętałam, jak bardzo się o niego martwiłam, kiedy czekałam pod salą w szpitalu na koniec operacji.

Tom poruszył się pod moim ciężarem i zorientowałam się, że dostaje wzwodu. Poczułam lekkie mrowienie między nogami i pochyliłam się, żeby obsypać delikatnymi pocałunkami jego brzuch. Tak jak moje piersi nie były już tak sterczące jak dawniej, tak też brzuch Toma przestał być płaski i twardy jak skała. Nie zwracałam na to większej uwagi i miałam nadzieję, że mój biust, inny niż u dwudziestoczterolatki, również mu nie przeszkadza.

Ha.

Niezły dowcip.

Jednak dwie noce wcześniej mocno wierzyłam, że dla niego takie drobne zmiany nie mają znaczenia. Odpędziłam więc od siebie wątpliwości i obawy. Sunęłam wargami w górę po jego ciele, a palce przesuwałam coraz niżej.

Jęknął i znów się poruszył.

– Tom – wyszeptałam mu do ucha, leciutko skubiąc je zębami.

Smakował świeżo i czysto, ponieważ niedawno wyszedł spod prysznica.

– Bails? – jęknął.

Podniosłam głowę i zobaczyłam, że otwiera oczy. Patrzył na mnie sennym, półprzytomnym wzrokiem. Wiedziałam, w którym momencie wrócił do pełnej świadomości, ponieważ jego oczy nagle się zwęziły, a ciało spięło się pode mną.

Jakieś nieprzyjemne uczucie ścisnęło mi żołądek.

– Co ty wyprawiasz? – burknął.

Uśmiechnęłam się, chociaż wcale nie było mi wesoło.

– A jak ci się wydaje?

Przetarł oczy i uniósł głowę na poduszce, żeby spojrzeć na budzik.

– Bailey, cholera jasna! Za cztery godziny muszę wstać.

Chwycił mnie mocno za biodra i zepchnął z siebie.

Upadłam na bok, zupełnie zaszokowana.

– Idź spać. – Odwrócił się do mnie plecami.

Gorące łzy napłynęły mi do oczu.

Zrobił to, czego się bałam.

Sięgnęłam po niego namiętnie, a on nie zareagował.

Nawet gorzej… odepchnął mnie od siebie.

Ogarnął mnie gniew.

– Pieprz się! – krzyknęłam i wyskoczyłam z łóżka.

– Bailey! – jęknął.

Nawet się nie obejrzałam. Jak huragan przebiegłam przez sypialnię, wyjęłam z komody czystą bieliznę, zdjęłam dżinsy z krzesła i poszukałam w szafie czystej bluzki.

– Przepraszam! OK? Jestem po prostu zmęczony. Wracaj do łóżka.

Słyszałam, że jego głos się zbliża, ale ja już zbiegłam na parter i wypadłam z domu.

Roztrzęsiona pociągnęłam klamkę drzwi do samochodu.

Tom był jednak szybszy, niż się spodziewałam, ponieważ drzwi natychmiast zatrzasnęły się z hukiem, a on stał obok mnie, bosy, ubrany tylko w bokserki. W świetle ulicznych latarni dostrzegłam skruchę w jego ciemnych oczach.

– Przepraszam, maleńka. – Chwycił mnie mocno za przedramię. – Zachowałem się jak ostatni gnojek. Byłem zaspany. Marudny ze mnie dupek.

Miałam wielką chęć wybuchnąć płaczem, ale się powstrzymałam. Tom nigdy nie doprowadzał mnie do łez i nie zamierzałam mu na to pozwolić.

– Tak, jesteś gnojkiem.

– Jestem – zgodził się. – A teraz wrócisz do łóżka?

– Myślisz, że jak mi przyznasz rację, to wystarczy, żeby wszystko naprawić?

– Jasne, że nie – odpowiedział szeptem. – Ale nie chcę się o to kłócić na ulicy w środku nocy. Możemy obudzić twoich sąsiadów.

Miałam ochotę krzyknąć: „W dupie mam sąsiadów!”, ale tylko skinęłam głową i wróciłam za nim do domu.

Próbował mnie prowadzić za rękę, ale nie chciałam, żeby mnie dotykał.

Wróciliśmy do łóżka, ale nawet kiedy przytulił się do mnie „na łyżeczkę” i oparł głowę na moim ramieniu, nie mogłam się uspokoić i patrzyłam na ścianę po swojej stronie, słuchając, jak oddech Toma się zmienia, a ciało – odpręża. Wkrótce zaczął chrapać na całego.

Zalała mnie fala gniewu wymieszanego ze strachem.

Nie dlatego, że Tom mnie odepchnął, ale w związku z tym, jak się przez to czułam…

Powinnam się czuć głęboko, boleśnie zraniona.

Tymczasem uraził tylko moją dumę.

Przede wszystkim byłam wkurzona.

Tak samo czułam się teraz, gdy leżałam na kanapie w salonie Jess i Coopera. Już wtedy wiedziałam, że między mną a Tomem koniec. Po prostu nie chciałam uwierzyć, że spędziłam dziesięć ważnych lat życia z mężczyzną, który zupełnie nie był dla mnie.

Znów owładnął mną lęk, ten lęk przed zaczynaniem wszystkiego od nowa. Serce ścisnęło mi się w piersi. Wciągnęłam głęboko powietrze i usiadłam. Chociaż dochodziła dopiero czwarta czterdzieści pięć rano, zdecydowałam, że skoro i tak nie śpię, mogę rozpocząć dzień. Napisałam wiadomość do Jess i Coopera, w której obiecałam, że później się do nich odezwę, i podziękowałam za wsparcie. Potem wsiadłam do samochodu i pojechałam do domu.

Nie byłam senna, ale czułam się tak, jakbym miała potwornego kaca, chociaż nie wypiłam ani kropli alkoholu. Ssało mnie w żołądku i zbierało mi się na wymioty, a całe ciało ogarnęła jakaś niemoc, czego nienawidziłam, ponieważ należałam do tych szczęściarzy, których zwykle rozsadza nieokiełznana energia.

Nie byłam w nastroju do spotkań z kimkolwiek, ale bez względu na wszystko prowadziłam interes i musiałam się nim zająć. Zamierzałam wrócić do domu, wziąć prysznic i pojechać do swojego hoteliku.

Na pewno nie miałam zamiaru spotykać się z Tomem.

Choć nie było to realne, oczekiwałam, że przyjmie do wiadomości, iż wszystko między nami skończone, i będzie schodził mi z oczu. Niestety, zobaczyłam jego samochód zaparkowany na podjeździe mojego maleńkiego domu. Tom miał klucze, więc wiedziałam, że czeka w środku.

Rozgniewało mnie to z wielu powodów, ale przede wszystkim dlatego, że podjęłam już decyzję – choćby była nie wiem jak przerażająca. Chciałam zacząć od nowa, bez Toma Suttona w moim życiu. Zaraz. Bez zwłoki. A to znaczyło, że Tom ma natychmiast zniknąć. Nie chciałam, żeby plątał się po moim domu, zabierał w nim miejsce, dotykał moich rzeczy.

Oczywiście wiedziałam, że to nierealne. Musiałam wysiąść z samochodu i stawić mu czoło.

Żołądek podszedł mi do gardła i żeby zwalczyć mdłości, wzięłam głęboki oddech.

Prosto z frontowych drzwi wchodziło się do salonu. Tom siedział na mojej narożnej kanapie, blady jak ściana, z ciemnymi kręgami pod oczami. Patrzył na mnie udręczony i zmizerniały.

Moja urażona duma zyskała nieco satysfakcji, kiedy zobaczyłam, że sprawiłam mu ból.

– Zwróć mi klucze – nakazałam.

Spojrzał na mnie błagalnie.

– Skarbie, proszę, nie podejmujmy żadnych nieprzemyślanych kroków. Zbadajmy nasze możliwości.

Najwyraźniej wydawało mu się, że mogę mu wybaczyć zdradę. Na samą myśl o tym znów wpadłam w gniew. W ciągu dziesięciu lat nie poznał mnie nawet na tyle, żeby wiedzieć, iż w każdym związku lojalność jest dla mnie największą wartością.

– Skoro mowa o badaniu… – Oparłam dłonie na biodrach i spojrzałam na niego z furią. – Pewnie będę musiała się przebadać w przychodni wenerologicznej, ponieważ pieprzyłeś się z inną kobietą, jednocześnie pieprząc się ze mną; wiem, że miniona noc to nie był jednorazowy błąd i pewnie pieprzysz ją od dłuższego czasu. A tak w ogóle, z iloma jeszcze mnie zdradzałeś? – paplałam bez opamiętania.

Zdarzało mi się to, kiedy byłam podekscytowana lub wściekła.

Chyba nigdy nie użyłam słowa „pieprzyć” tyle razy w jednym zdaniu. Sądzę jednak, że w tych okolicznościach powinno mi to być wybaczone.

Tom patrzył na mnie wybałuszonymi oczami.

– Popełniłem błąd.

Nie była to odpowiedź na moje pytanie.

– Poszedłeś do łóżka z dwudziestodwuletnią dziewczyną. Tak, to zdecydowanie był błąd.

– Ma dwadzieścia trzy lata.

– A, w takim razie wszystko w porządku! – krzyknęłam.

Ten facet chyba upadł na głowę.

Skrzywił się nerwowo.

– Skarbie, przepraszam. Mówię szczerze. To był błąd. Proszę, uwierz mi. Postąpiłem głupio. Nawet nie wiem, co sobie wyobrażałem. Ona kocha Rexa. Ja kocham ciebie. To była skończona głupota.

– Ile razy wykazałeś się tą skończoną głupotą?

Słysząc to konkretne pytanie, spojrzał na mnie czujnie.

– Na pewno zrobiłeś to dwa dni temu, kiedy odepchnąłeś mnie od siebie w łóżku, prawda?

W jego oczach pojawiło się poczucie winy.

Jakże go w tamtej chwili nienawidziłam. Nie spodziewałam się, że mogłabym kiedykolwiek poczuć coś takiego do Toma. Ale wtedy po prostu nienawidziłam go za to, co mi zrobił. Za to, że w ogóle był zdolny tak postąpić. Ja nigdy nie mogłabym kogoś tak okrutnie zranić. Bez względu na to, jak pociągałby mnie inny mężczyzna, nie umiałabym zdradzić. Po prostu nie leżało to w moim charakterze.

Nienawidziłam go za taki nonszalancki stosunek do moich uczuć i lojalności wobec niego.

– Wynoś się – rzuciłam wyczerpana. – Po prostu się stąd wynoś. Nie chcę mieć z tobą nic wspólnego.

– Bailey, dziesięć lat. – Ruszył w moją stronę. Tym razem nie uciekłam, tylko stałam jak skamieniała, kiedy ujął moje dłonie i mocno ścisnął. – Chyba nie wyrzucisz na śmietnik dziesięciu lat?

Patrzyłam na niego z niedowierzaniem.

– Ja nie. Ty to zrobiłeś.

– Przecież to był zwykły błąd!

Wyrwałam ręce z jego uścisku.

– Nie waż się nigdy więcej wypowiedzieć tego słowa! To nie był błąd, Tom. Błąd to jednorazowe potknięcie. To była wykalkulowana zdrada. Brak lojalności. Nie potrafię już na ciebie patrzeć tak samo jak kiedyś. – Potrząsnęłam głową. – To nie jest tylko twoja wina – przyznałam. – Moja również. Za długo trwałam w tym związku, oddałam ci najlepsze lata swojego życia, czekałam, aż zobowiążesz się na serio, utknęłam w martwym punkcie… a tak naprawdę od początku wiedziałam, że nie jesteśmy dla siebie stworzeni.

– Nie wierzę w to.

Prychnęłam szyderczo.

– Bails, masz rację, przyznaję. Bałem się poważnych zobowiązań, ale jeszcze bardziej się boję, że cię stracę. Zrobię, co zechcesz. Obiecuję. Dom. Małżeństwo. Dzieci.

– Dlaczego?

– Bo cię kocham.

– Dlaczego?

– Jak to dlaczego?

– Dlaczego mnie kochasz?

– Ponieważ… – Patrzył na mnie zmieszany. – No bo tak.

Jego odpowiedź mnie zasmuciła.

– Wiesz, dlaczego ja ciebie kochałam? – Skrzywił się, gdy usłyszał czas przeszły. – Ponieważ czułam się przy tobie bezpiecznie. Ale już się tak nie czuję.

Na jego twarzy pojawił się ból.

– Bailey – wyszeptał.

Podeszłam do drzwi i je otworzyłam.

– Odeślę ci twoje rzeczy. Byłabym wdzięczna, gdybyś odwzajemnił mi się tym samym.

Przez chwilę myślałam, że nigdy nie ruszy się z miejsca, tak długo stał i patrzył na mnie. W końcu, ku mojej uldze, podszedł do mnie, wyjął z kieszeni klucz, podniósł moją dłoń i ułożył go na niej. Zacisnął na nim moje palce, a potem uniósł moją zaciśniętą pięść do swoich ust. Pozwoliłam mu ją pocałować, chociaż łzy rozczarowania i żalu zbierały mi się pod powiekami.

– Zasłużyłaś na coś lepszego. – Głos miał drżący z emocji. – Przepraszam.

Dopiero kiedy drzwi się za nim zamknęły i usłyszałam warkot odjeżdżającego samochodu, pozwoliłam sobie na płacz.

Spazmy, które wstrząsnęły moim ciałem, samą mnie zaskoczyły. Zaskoczył mnie smutek, który poczułam. Od wczoraj tyle myśli przeleciało mi przez głowę, miotało mną tyle lęków, doświadczyłam tyle bólu, ale ani razu nie pomyślałam, że kończąc związek z Tomem, usuwając go ze swojego życia, żeby zacząć od nowa, nieodwracalnie tracę jednego z przyjaciół.

Vaughn

Vaughn wiedział, jak będzie wyglądał w wieku sześćdziesięciu lat, ponieważ każdy mu powtarzał, że jest wypisz wymaluj jak ojciec. Od ciemnych włosów i stalowoszarych oczu po wzrost i budowę ciała.

William Vaughn Tremaine nadal był wpływowym i powszechnie szanowanym człowiekiem. Wiek tego nie zmienił – wręcz przeciwnie, wraz z upływem czasu coraz więcej ludzi darzyło go szacunkiem. Na dodatek wciąż był zabójczo przystojny. Ubrany w granatowy garnitur stał z rękami w kieszeniach przy oknie apartamentu Vaughna na ostatnim piętrze i spoglądał na fale.

Kiedy zakończono budowę Paradise Sands, William stanął dokładnie w tym samym miejscu i powiedział:

– Już rozumiem, dlaczego wybrałeś ten punkt.

Teraz odwrócił się do syna, a w jego oczach zabłysły wesołe iskierki.

– Mogę się założyć, że ten widok nigdy się nie zestarzeje.

– Zgadzam się.

– Czy to dlatego mieszkasz w tym apartamencie, a nie w swoim domu nad oceanem?

– W hotelu jest mi wygodniej – odparł Vaughn, wzruszając ramionami.

Ojciec przyjrzał mu się uważniej.

– A może po prostu nie chcesz być sam w dużym domu?

Udzielanie odpowiedzi nie miało sensu. Ojciec miał rację. Jak zwykle.

– Wiesz, jak ja wyleczyłem się z samotności? Znalazłem sobie towarzyszkę życia.

Vaughn uśmiechnął się na taki dobór słów.

– Jak się czuje Diane, kiedy słyszy, że po dwunastu wspólnie spędzonych latach nazywasz ją towarzyszką?

William rzucił mu spojrzenie z ukosa.

– W moim wieku nie wypada jej nazywać dziewczyną.

Vaughn ze śmiechem skinął głową.

– Pewnie masz rację. A co z jej wiekiem?

– Jest ode mnie piętnaście lat młodsza. To żadna różnica.

– Wiem, tato. Ale to nie wyjaśnia, dlaczego mówisz o niej „towarzyszka życia”, a nie na przykład… „żona”.

Nie po raz pierwszy zastanawiał się, dlaczego ojciec jeszcze nie ożenił się z Diane. Lubił ją. Owdowiała w wieku trzydziestu czterech lat, nie miała dzieci i choć wiele kobiet w podobnej sytuacji zasiadało w różnych komitetach dobroczynnych tylko dla zabicia czasu, ona podchodziła do swojego wolontariatu w organizacjach charytatywnych z pasją i zaangażowaniem. Była życzliwa i bezpretensjonalna. I Vaughn wiedział, że ojciec ją kocha. Ale kiedy tylko wspominał o ślubie, William zamykał się w sobie i zmieniał temat.

Ku jego zaskoczeniu, tym razem ojciec spojrzał mu prosto w twarz i powiedział smutnym głosem:

– Miałem żonę. Odeszła.

Vaughn poczuł w piersi bolesny ucisk.

– Tato…

– Diane miała męża i jego też już nie ma. Zależy nam na sobie. Bardzo. Ale żadne z nas nie może zastąpić tego, kto odszedł, i oboje nie chcemy tego robić. Moja żona nie żyje. Nigdy jej nie odzyskam. Zatem Diane jest moją towarzyszką życia, obojgu nam ta sytuacja odpowiada i nie zamierzamy niczego zmieniać.

Zaskoczony nagłą szczerością ojca, Vaughn ostrożnie dobierał słowa.

– Ale przecież ludzie powtórnie się żenią i wychodzą za mąż. To wcale nie umniejszy tego, co istniało między tobą a mamą.

– Nigdy jednak nie będzie tak samo. Z nikim innym. Wiem, że ludzie nieustannie zawierają ponowne małżeństwa. Ja jednak tak nie umiem. Twoja matka była miłością mojego życia.

Ze wzruszenia ścisnęło Vaughna w gardle. Spuścił wzrok na trzymaną w ręku szklankę z wodą, żeby to ukryć przed ojcem.

– Taką mam naturę, że nie potrafię pokochać nikogo innego tak mocno, jak ją kochałem – ciągnął ojciec. – I podejrzewam, że mój syn pod tym względem wrodził się we mnie. Ale ta mała Dunaway… – W głosie ojca nagle pojawił się twardy ton. Słysząc to, Vaughn uniósł wzrok i ich stalowoszare spojrzenia się spotkały. – Ty jej nie kochałeś, Vaughn. Przestań więc zachowywać się tak, jakbyś stracił bratnią duszę, i żyj dalej.

Te krytyczne słowa zabolały tak bardzo, że chwytające go za gardło wzruszenie gdzieś wyparowało. Zerwał się na równe nogi. Kiedy ojciec prawił mu kazania, znów czuł się jak dziesięciolatek.

– Wcale się tak nie zachowuję!