Wydawca: Bukowy Las Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski

Wszystko, co piękne, zaczęło się potem ebook

Simon Van Booy

3 (16)

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 289 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Wszystko, co piękne, zaczęło się potem - Simon Van Booy

Rebecca jest młoda, piękna i zagubiona. Przyjechała do spieczonych słońcem Aten, by szukać natchnienia, rozwinąć swój talent artystyczny, ale także po to, by zrozumieć siebie i wyzbyć się strachu przed miłością. George, wychowanek szkół z internatem i absolwent renomowanych amerykańskich uczelni bada w greckiej stolicy języki starożytne. Jest samotny, większość czasu spędza wśród książek, a wieczorami snuje się po mieście. Henry, zdolny archeolog, pracuje przy wykopaliskach. Z pasją zgłębia przeszłość Aten, jednocześnie uciekając od własnej przeszłości, która skrywa mroczną tajemnicę.

Kiedy ich drogi przypadkiem się skrzyżują, życie całe trójki rozbłyśnie feerią barw i nabierze szalonego pędu. Razem zanurzą się w gorące lato, po którym nic już nie będzie takie samo jak dawniej

Opinie o ebooku Wszystko, co piękne, zaczęło się potem - Simon Van Booy

Fragment ebooka Wszystko, co piękne, zaczęło się potem - Simon Van Booy

Spis treści
Okładka
Skrzydełko
Karta tytułowa
Karta redakcyjna
Dedykacja
PROLOG
Część pierwsza. GRECKIE LATO
Rozdział 1
Rozdział 2
Rozdział 3
Rozdział 4
Rozdział 5
Rozdział 6
Rozdział 7
Rozdział 8
Rozdział 9
Rozdział 10
Rozdział 11
Rozdział 12
Rozdział 13
Rozdział 14
Rozdział 15
Rozdział 16
Rozdział 17
Rozdział 18
Rozdział 19
Rozdział 20
Rozdział 21
Rozdział 22
Rozdział 23
Rozdział 24
Rozdział 25
Rozdział 26
Rozdział 27
Rozdział 28
Rozdział 29
Rozdział 30
Rozdział 31
Rozdział 32
Rozdział 33
Koniec części pierwszej
Ostatnie chwile...
Część druga. NOC NASTAŁA GWIEŹDZISTA
Rozdział 34
Rozdział 35
Rozdział 36
Rozdział 37
Rozdział 38
Rozdział 39
Rozdział 40
Rozdział 41
Rozdział 42
Rozdział 43
Rozdział 44
Rozdział 45
Koniec części drugiej
Część trzecia
Rozdział 46
Rozdział 47
Rozdział 48
Rozdział 49
Rozdział 50
Rozdział 51
Rozdział 52
Rozdział 53
Rozdział 54
Rozdział 55
Rozdział 56
Rozdział 57
Rozdział 58
Rozdział 59
Rozdział 60
Rozdział 61
Rozdział 62
Koniec części trzeciej
Część czwarta
Rozdział 63
Rozdział 64
Koniec części czwartej
Dziewięć lat później. PARYŻ
Po niewielkich zakupach...
Podziękowania
Wydawnictwo Bukowy Las poleca
Skrzydełko
Okładka

Fragmenty poematu East Coker T.S. Eliota w przekładach Władysława Dulęby i Krzysztofa Boczkowskiego. Fragment Rozmyślań Marka Aureliusza w przekładzie Mariana Reitera.

Tytuł oryginału: Everything Beautiful Began After

Copyright © 2011 by Simon Van Booy All rights reserved. Wszelkie prawa zastrzeżone

Copyright © for the Polish edition and translation by Wydawnictwo Bukowy Las Sp. z o.o., 2013

ISBN 978-83-63431-49-5

Projekt okładki: Mariusz Banachowicz Redakcja: „Sztuka i Słowo”: Anna Rojkowska Korekta: Lidia Szagdaj Redakcja techniczna: Adam Kolenda

Wydawca: Wydawnictwo Bukowy Las Sp. z o.o. ul. Sokolnicza 5/76, 53-676 Wrocław www.bukowylas.pl, e-mail: biuro@bukowylas.pl

Wyłączny dystrybutor: Firma Księgarska Olesiejuk Spółka z ograniczoną odpowiedzialnością S.K.A. ul. Poznańska 91, 05-850 Ożarów Mazowiecki tel. 22 721 30 11, fax 22 721 30 01 www.olesiejuk.pl, e-mail: fk@olesiejuk.pl

Dla C

Jedynym prawdziwym rajem jest raj utracony.MARCEL PROUST

Ja to nie ja; ty to nie on ani ona; oni to nie oni.

PROLOG

Kiedy się urodziłam, wszystko już było.

Małe pytania krążą jej po głowie jak szybujące ptaki. Szkielety drzew, obdarte ze skóry przez mróz, znowu się zmieniają. Zielone koniuszki twardnieją w ostatnich tchnieniach minionego roku.

Czeka w dzikiej części ogrodu, oparta o furtkę, ubrana w płaszczyk – ten, którego nie chciała założyć. Ale teraz wszystko jej się w nim podoba, zwłaszcza guziki – malutkie kły przebarwione od tysięcy posiłków. Tajemniczość kieszeni.

Daleki, odludny kraniec lasu wyznacza początek i koniec jej świata.

Niedługo łąki za furtką utoną w powodzi świeżej trawy.

Dziś są jej urodziny. Kończy dziesięć lat; od teraz wolno jej samej chodzić do furtki po dzikiej stronie; leżeć w łóżku i słuchać oklasków deszczu o szyby. Nawet jej sny są bardziej dorosłe: w kaskadzie rozpuszczonych włosów szuka z tatą skarbów w dalekich krajach; potem ucieka przed chmurami wiedzy w światło poranka i wszystko zapomina.

Tata szuka jej po lesie. Obiad stygnie w garnku.

Mama jednym spojrzeniem wyczarowała płomyk i odpala od niego świeczki.

Tata woła ją po imieniu – tym, które jej nadano.

Ale jej prawdziwe imię znają tylko cisza poranka i robaki wypełzające spod nasiąkniętej wodą ziemi; lśnią i zgodnie kręcą ślepymi głowami. Tata budzi je, stukając kijem w ziemię. Myślą, że to deszcz.

Kiedyś tata twierdził, że ją też znalazł w ogrodzie – wtedy nie była jeszcze jego córką, lecz tajemniczym stworzeniem, które pojawiło się razem z kilkoma wczesnymi żonkilami. Mówił, że pewnie by jej nie znalazł, gdyby nie jego zapał i łut szczęścia – dwie rzeczy, które przydają mu się również w pracy na wykopaliskach.

Mama ma długie włosy. Wiąże je z tyłu głowy w miękkie gniazdo. Jej szyja ma w sobie coś z ciszy i rześkości poranka. Czas oplótł jej oczy zmarszczkami. Jej drobne usta są odbiciem wewnętrznej dobroci.

Rano tata powiedział, że spadnie śnieg.

W jej wyobraźni już zaczęło sypać, i to mocno. Nie może nic na to poradzić. Niedługo wszystkie obrazy w jej głowie pokryją się tym, co sobie wymarzyła. O północy odchyli róg zasłonki i będzie podziwiać lśniący całun.

Czasem w nocy zaczyna płakać i przychodzi do niej tata. Głaszcze ją po dłoni, aż oczy jej się zamkną i powoli zanurzy się w sen, pozostawiając na jego powierzchni małe pytania, które unoszą się tam aż do rana.

Wie, że to oni ją stworzyli.

Że uniesiono ją do góry – ciepłą, wrzeszczącą kulkę, wymachującą malutkimi rączkami.

Było dużo krwi.

Wie, że urosła w brzuchu. Bo ludzie rosną w brzuchach innych ludzi.

Kiedyś znalazła na drzewie coś, co rosło. Ruszało się w jedwabnym woreczku przytulonym do chropowatej kory. Biała torebka utkana z czarodziejskiej nici. Odwiedzała z oddaniem to magiczne dziecko. Szeptała do niego i nuciła piosenki ze szkoły.

Słowa w chwilach swej wielkości stają się czystym uczuciem.

Dziecko w białym kokonie rosło, a czasem, kiedy ogrzewała je oddechem, zdawało jej się nawet, że się porusza.

Wyobrażała sobie, że któregoś dnia ze środka wyjrzy zdziwiona twarz, a wtedy ona odklei dzidziusia od drzewa, nakarmi go mlekiem i schowa do pudełka od zapałek, aż urośnie i będzie mógł spać we własnym pokoju, i tak jak inne dzieci demaskować swoje psoty nieostrożnymi pytaniami. Wyobrażała sobie maleńkie ciałko wijące się w jej dłoni. Czarną kropkę otwartych ust.

Ale kiedy pewnego dnia po kolacji poszła odwiedzić swoje dziecko, zastała na drzewie tylko pusty kokon.

Zaczarowany jedwabisty woal rozerwał się pod jej nieobecność. Czekała do zmroku, aż wrony zaczęły pokrakiwać żałobnie w stronę dalekiej kuli ognia, której nie obejmowała rozumem. Jej oczy też były czerwone. Ruszyła powoli do domu przez ogród.

Tak jak wcześniej bała się powiedzieć komukolwiek, że urodziło jej się dziecko, tak teraz była zbyt dumna, by wyjawić swój żal.

Któregoś letniego dnia, kiedy z pustką w sercu leżała pod tym samym drzewem, usiadł jej na kolanie motyl.

Jego skrzydełka wznosiły się i opadały, dwoje oczu wpatrywało się w nią ślepo, a ona ślepo wpatrywała się w nie. Natura zawsze zwycięża.

Słyszy głos taty.

Czysty i dźwięczny, niesie się wśród mokrych drzew.

Był taki czas, że tata nie znał mamy.

To było, jeszcze zanim się narodziła.

Tamten świat był światem cieni, żywym, lecz bezkształtnym i pozbawionym sensu.

Nikt o niej wtedy nawet nie myślał. Była martwa, chociaż nie umarła.

Teraz tata stoi na skraju nocy i woła ją po imieniu, a ona zastanawia się, jak poznał mamę. Czy też wykrzykiwał jej imię w ciemnym lesie? Czy rozbrzmiało bezwiednie w jego duszy niczym jakaś prastara siła przyciągania?

Dzisiaj przy kolacji zapyta, jak to właściwie było.

Czy ta miłość była w nich od zawsze?

Wie tylko, że jej mama upadła – nie z nieba, jak nitki błyskawic nad cichymi wzgórzami, tylko w miejscu, które nazywa się Paryż. Roztrzaskany na kawałki aparat. Krople krwi na kamiennych schodach.

Tata jest już bardzo blisko.

Przeszło jej przez myśl, żeby paść na ziemię, ale przypomina sobie swoje imię – ten haczyk, który niesie ją przez świat.

W drodze powrotnej przez szarość wieczoru poprosi tatę, żeby opowiedział jej, jak poznał mamę.

Pamięta tylko, że ktoś upadł – i że wszystko, co piękne, zaczęło się potem.

CZĘŚĆ PIERWSZA

1

Zawsze będą istniały miasta, w których ludzie zagubieni i samotni czują się jak w domu.

Miejsca, do których uciekają przed życiem, jakie dla nich wymyślono.

Ateny od dawien dawna przyciągają takich ludzi. To miasto skazane na wieczne odtwarzanie samego siebie, ciasno spięte ostrymi wstęgami dróg, wypełnione jednostajnym warkotem, który łatwo pomylić z ciszą. Ateńczycy żyją w chmurze dymu i pyłu, smog snuje się po mieście, tak jak włóczą się po jego zaułkach zdziczałe, spragnione psy, i tylko czasem rozwiewa go na chwilę świeży podmuch wiatru lub wonny aromat buchający z odkrytego garnka.

Spojrzeć Atenom w twarz znaczy wejrzeć w czaszkę świątyni wzniesionej na skale wysoko ponad miastem. Tłumy turystów przemierzają kruszejące korytarze, powłóczą nogami po przekładańcach z marmuru wyślizganych przez stulecia ludzkiej ciekawości.

Poza sferą wyobraźni Partenon jest tylko gruzowiskiem. I właśnie na tym polega sekret życia w mieście spustoszonym przez kult jego wczesnych dni. Ateny żyją w cieniu zamierzchłej przeszłości, która minęła bezpowrotnie.

Podobnie żyją niektórzy ludzie, i są wśród nich również mieszkańcy Aten.

W niedzielne poranki widuje się ich, jak idą powoli z torbami owoców przez pochyły betonowy labirynt, zanurzeni w skrytych myślach, przykuci do świata bezkształtnymi cieniami.

Większość ateńskich mieszkań posiada balkony. W skwarne dni miasto przymyka milion powiek, opadają markizy, ludzie znikają za cienistą kotarą snu.

Już z daleka uderza w oczy biel tynków. Ci, którzy przybywają do Aten od strony morza na zwalistych promach, widzą tylko olśniewająco białe zbocze, z detalami ukrytymi za parawanem ostrego słońca, które wisi nad miastem aż do wieczora, potem zatoka nagle oblewa się rumieńcem pomału przechodzącym w fioletowy zmierzch.

W mieście tym, będącym tysiącem małych miasteczek, rodziny gromadzą się na balkonach i opierają bose stopy na taboretach. W kawiarniach samotni mężczyźni, zgarbieni nad planszą do tryktraka i wpatrzeni w żar papierosów, nurzają się w poświacie wspomnień. Mieszkańcy tego miasta potrafią w jednym oddechu zmieścić uwielbienie i nienawiść.

Zagubione dusze nie przyjeżdżają tu, by odnaleźć siebie, lecz sobie podobnych.

W Atenach człowiek się nie starzeje.

Tutaj czas jest tym, co było, a nie tym, co będzie.

Wszystko już się wydarzyło i nie może się powtórzyć – a mimo to powtarza się.

W nowożytnych Atenach życie obraca się wokół prawdy, w którą wszyscy wierzą, lecz nikt jej nie pamięta. Każdy przybysz musi sam przetrzeć sobie szlak w gąszczu brudnych, spieczonych ulic, przywyknąć do widoku psów, które chodzą za nim jak cień, do murów powyszczerbianych bombami dawno minionych wojen.

Do wszechobecnego dymu i bieganiny, do osobliwej muzyki kataryniarzy, do bycia popychanym przez obcych ludzi.

Tutejsze muzea pełne są okruchów przeszłości niedających się odłożyć na swoje miejsce, odkopanych przez pługi, wyciągniętych ze studni, wyłowionych w rybackich sieciach. Omszałe głowy, kamienne dłonie pokryte pąklami, przegniłe wiosła śniące o miejscu, do którego płynęły.

Jest coś kojącego w tych przedmiotach, przypominają nam, że nie jesteśmy pierwszymi, którzy umrą.

Ale ci, którzy szukają w życiu jedynie uspokojenia, zawsze będą co najwyżej turystami, wzrokowcami próbującymi posiąść rzeczy, które można tylko poczuć. Piękno jest cieniem ułomności.

Zanim Rebecca zamieszkała w Grecji, by rozwijać się jako malarka, latała po świecie i podawała posiłki ludziom, którzy znajdowali ukojenie w jej urodzie.

Tysiące z nich do dziś noszą w pamięci jej dekolt, błękit uniformu, gładkie krawędzie wysokich obcasów i ciasno związany bukiet ognistych włosów.

Poruszała się w prostej linii jak mechaniczny łabędź, zawsze uśmiechnięta. Rano przed pracą spinała niesforne miękkie włosy przed lustrem. Trzymała spinki w ustach i wyjmowała jedną po drugiej niczym niewypowiedziane zdania. Jej włosy miały ciemnoczerwony kolor, jak gdyby były wiecznie zawstydzone.

Będąc z natury małomówna, zrobiła coś, co robi wiele nieśmiałych osób: patrząc w lustro, nauczyła się przybierać maskę i odpowiedni do niej ton. Używała ich tak, jak używa się narzędzi: by upewnić się, czy szanowny pan życzy sobie herbatę, a nie kawę, albo czy szanowna pani potrzebuje dodatkowej poduszki. Prawdziwa Rebecca chowała się głęboko w środku. Przemycona pod uniformem na pokład, czekała na właściwy moment, żeby się ujawnić.

Ale taki moment nigdy nie nadszedł. Jej prawdziwe ja było coraz bardziej zapomniane i niepostrzeżenie znikało z tego świata.

Nie znaczy to, że jej praca w ogóle nie miała jasnych punktów. Rebecca lubiła zwłaszcza samotnie podróżujące dzieci. W przerwach siadywała obok nich, trzymała je za dłonie, zaplatała im warkoczyki, patrzyła, jak kartka papieru ożywa pod dotykiem kredek. Marzyła o zostaniu artystką – chciała być kochana nie tylko za życia.

Wychowała się z siostrą bliźniaczką u dziadka. Całe jej dzieciństwo było daremnym wyczekiwaniem na powrót pewnej osoby. Z biegiem czasu ta osoba stała się dla Rebekki kimś obcym, kogo i tak pewnie by nie rozpoznała.

Gdy zaczęła stawać się kobietą, poczuła, że świat nie kończy się na jej smutku. Jej siostra też to czuła. Któregoś szarego popołudnia przyglądały się sobie w kąpieli niczym dwie porcelanowe lalki – bohaterki dwóch splecionych ze sobą opowieści.

Rzadko rozmawiały o nieobecnej matce. O ojcu – który, jak im powiedziano, zginął w wypadku samochodowym, zanim się urodziły – nie wspominały wcale. Gdy w telewizji padała jakakolwiek aluzja do macierzyństwa, obie sztywniały, bo nawet najmniejszy ruch byłby przyznaniem się do uczuć, o których wolały milczeć.

Potem w jej życiu pojawił się inny rodzaj miłości. Odkryła go w łóżku, gdy miała szesnaście lat. Ściskając kołdrę, obudziła w sobie coś dziwnego, coś żywego, sięgającego aż do skłębionego źródła jej istoty, a nawet jeszcze dalej – w przeszłość.

Dla tej cichej dziewczyny, chodzącej co dzień do szkoły przez aksamitne pola, której rude włosy tańczyły z wiatrem jak liście – dla niej pokochać kogoś bez lęku oznaczałoby tyle, co zanurzyć się w drugiej osobie. Pierwszy łyk, jej twarz znika, słońce zmienia kształt – jest jak jasna krawędź butelki, do której wpadła. Potem jej ciało napełnia się wodą i płynie z prądem.

Przełożoną Rebekki w Air France była czterdziestopięcioletnia rozwódka. Jej eksmąż mieszkał w Brukseli i pracował w tamtejszej administracji. Miała bardzo szczupłą twarz, poruszała się z szykiem, który dodawał jej kilka centymetrów wzrostu. Właśnie tak Rebecca wyobrażała sobie matkę.

Na pierwszym szkoleniu pokazano jej filmy instruktażowe: stewardesy pływały na morzu w pomarańczowych pontonach, malutkie twarze pasażerów wyglądały przez plastikowe szyby samolotu. Zapytano ją, czy miałaby odwagę ratować ludzi.

W sześć tygodni nauczyła się gasić pożary, wybijać okna i uwalniać pasażerów uwięzionych do góry nogami w fotelach. Wszystko to, rzecz jasna, w spódniczce i w szpilkach.

Nauczono ją rozbrajać terrorystów za pomocą buta na obcasie Diora i unieszkodliwiać odbezpieczony granat przy użyciu spinki do włosów. Oczekiwano od niej, że dokona tego, nie prując sobie rajstop – w przeciwnym razie rozlegał się gwizdek i musiała zaczynać od nowa.

Szkolenie odbywało się w ogromnym nieoznakowanym magazynie pod Paryżem. Uczestniczkom na każdym kroku przypominano, że praca stewardesy to zaszczyt, który spotyka tylko nielicznych. Słysząc to po raz setny, Rebecca zagryzała wargę. W jej odczuciu znaczna cześć szkolenia była całkowicie nieprzydatna.

Większość katastrof lotniczych kończy się śmiercią wszystkich pasażerów i członków załogi.

Tak naprawdę – o czym na szkoleniu mówiono niewiele – jej praca polegała na podawaniu posiłków i umiejętnym balansowaniu między stanowczością a seksapilem. Dawniej, w latach sześćdziesiątych, stewardesy mogły pracować w zawodzie do trzydziestego piątego roku życia, przy czym oczekiwano, że skorzystają z możliwości, jakie stwarza im praca, i dużo wcześniej złowią sobie męża.

Swojego małego renaulta clio trzymała na parkingu pracowniczym obok lotniska im. Charles’a de Gaulle’a. Płyn do spryskiwacza pachniał jak szampon. Tapicerka była szara. Dozorca garażu, muzułmanin, całymi dniami siedział w swoim kantorku, popijając herbatę i karmiąc przybłąkane koty.

Po dwóch latach Rebecca odeszła z Air France i wróciła na wieś do dziadka. Jego znajomi rozjechali się po domach opieki w Paryżu i Tours, bo chcieli być bliżej swoich dzieci. Siostra Rebekki mieszkała na południu, niedaleko Auch, ze starszym mężczyzną, który czasem ją bił.

Długa rozłąka z bliźniaczką dała Rebecce poczucie odrębności. Przestała być jedną z dwóch, nie musiała już przejmować się dziwnymi wybuchami siostry, które w dzieciństwie przerażały ją i odpychały.

Gdy ktoś pytał, czy ma rodzeństwo, uczciwość nakazywała jej wspomnieć o siostrze. Zaraz jednak zmieniała temat. W końcu to było jej życie – i nie miała nic prócz niego.

Pod jej nieobecność dom dziadka w ogóle się nie zmienił: te same obrazy na ścianach; te same produkty w lodówce; te same dźwięki z telewizora; ptaki wijące gniazda na drzewach; odległe kasłanie traktora; chłodne cichuteńkie noce, a potem policzek poranka za szybą; szum wody z kranu; dziadek gwiżdżący w kuchni nad listkami świeżej mięty.

Rysowała rano lub późnym popołudniem. Dziadek patrzył przez kuchenne okno, czy jest w ogrodzie. Czasem przynosił jej kawę z magdalenką. Było bardzo cicho. Od czasu do czasu w górze przelatywał nieduży samolot. Czasem powiał wiatr i grzechotały klamerki na sznurze do wieszania bielizny.

Większość znajomych Rebekki wyjechała szukać pracy i przygody w dużych miastach. Niektórzy studiowali w mniejszych miejscowościach.

Co jakiś czas, ale niezbyt często, zaglądała do ciemnej szopy na tyłach ogrodu. Był tam czarny rower bez powietrza w kołach, puszki oleju, gnijące framugi okienne, pajęczyny oraz skrzynka z akwarelkami, na których widniały inicjały jej matki.

Siostra wiedziała o tych obrazach, ale mało ją obchodziły, bo już jako nastolatka wyzbyła się wszelkich ambicji artystycznych.

Za to Rebecca, kiedy na nie spoglądała, czuła bliskość osoby, która była bardzo daleko. Wszystkie bez wyjątku przedstawiały jezioro niedaleko domu. Na trawiastym brzegu stały dwie postacie, jak gdyby czekały, aż coś zmąci nieruchomą taflę wody. Niebo zasnute chmurami. Malutkie plamki polnych kwiatów – i zawsze te same czerwone inicjały w prawym dolnym rogu.

Po spokojnym roku na wsi – roku odpoczynku od latania i bycia ładną; roku zbierania sił, malowania i szukania w sobie odwagi – Rebecca postanowiła wydać ostatnie oszczędności na przeprowadzkę do Aten. Nie znała tam nikogo. Postanowiła, że weźmie tylko swój szkicownik, farby i parę innych rzeczy, które mogą jej się przydać.

Zamieszka sama ze swoimi pragnieniami. Będzie je malować – nikłe blaski gwiazd, budzące nadzieję, lecz bardzo odległe; piękne, lecz niezmienne.

2

Wkrótce po tym, jak Rebecca znalazła w Atenach swój własny kąt, poznała pewnego młodego mężczyznę. Miał na imię George, mieszkał sam i był bardzo zagubiony. Widywała go nieraz spacerującego przed stacją metra Monastiraki, niedaleko wąskiej bramy pchlego targu. Lubiła tam czasem usiąść i poobserwować ludzi.

Ubierał się zbyt elegancko jak na swój wiek i tutejszy klimat.

Dzieci ulicy chodziły za nim w drewniakach, przygrywały mu na małych akordeonach, ciągnęły za marynarkę i zachodziły drogę. Próbował się od nich uwolnić, ale nie był niemiły – przypominał trochę wujka, który ma mnóstwo siostrzeńców i bratanków, i choć słabo ich zna, kocha wszystkich.

Wyglądał na kogoś, kto przeczytał w łóżku całego Prousta. I kto chciałby wstawać wcześnie rano, ale rzadko kiedy mu się to udaje. Spacerował wolnym krokiem, zgarbiony nad papierosem.

Pewnego dnia przypadkiem usiadł obok Rebekki na marmurowym murku, na którym miejscowi lubią się wygrzewać z zamkniętymi oczyma. Ona siedziała nieruchomo i milczała. Jego buty były ciemnobrązowe. Uliczni chłopcy spostrzegli go i podbiegli, stukocząc głośno drewniakami o bruk.

Zerkali na nią nieufnie.

– To twoja dziewczyna? – zapytał któryś po angielsku.

George zarumienił się ze wstydu. Zmarszczki wokół jego ust były jak nawias otaczający niewypowiedziane słowa.

– Nie, to nie jest moja dziewczyna – odpowiedział cały czerwony.

– Ładna – zauważyła mała Romka.

– I pewnie właśnie dlatego nie jest moją dziewczyną.

Dzieci w milczeniu trawiły jego słowa. Jedno zaczęło ziewać.

– Ma pan dla nas cukierki, panie George?

George wyjął z teczki torebkę cukierków i wręczył ją chłopcu. Dzieci roześmiały się i uciekły.

– Kupiłeś je specjalnie dla nich? – zapytała Rebecca.

Wydawał się zaskoczony tym, że się do niego odezwała. Odparł, że nie wolno mu jeść cukru, więc tak naprawdę dzieci wyświadczają mu przysługę. Przez chwilę rozmawiali o pogodzie, potem o Grekach i o pchlich targach, na które oboje od czasu do czasu zaglądali. Byli zgodni, że najlepszy dzień na wizytę to niedziela, wtedy sprzedawcy rozkładają towary na kocach, a ludzie mają czas, żeby się zatrzymać.

Każdy taki koc to morze zagubionych przedmiotów – zauważył George. A każdy przechodzień swoim spojrzeniem układa je w inną całość.

Był Amerykaninem z Południa. Rebecca powiedziała, że czytała Przeminęło z wiatrem, ale dawno temu i po francusku. George odrzekł, że w tej książce pojawia się na moment jego dziadek – jako trzeciorzędna postać na ospałym koniu. Rozbawiło ją to. Mówił bez pośpiechu, jego usta długo żegnały się z każdym wypowiadanym słowem.

Rozmowa przechodziła z tematu na temat. Mijały godziny. Rebecca przyznała, że już wcześniej zwróciła na niego uwagę i że wydał jej się sympatyczny. George przyznał, że jest trochę nieśmiały.

– Ja też – powiedziała.

Po pewnym czasie George nagle wstał i oznajmił, że musi już iść. Nie pocałował jej na pożegnanie, tylko uniósł dłoń i uciekł. Obejrzał się jeszcze, żeby jej pomachać.

Parę tygodni później – żadne z nich nie umiałoby powiedzieć, ile dokładnie czasu minęło – wpadli na siebie na skraju kawiarni i tak jak poprzednio zamienili kilka słów. Luźna pogawędka szybko zamieniła się w rozmowę. Rebecca usiadła. Kelnerka wzięła ich za klientów i, nieco poirytowana, że wybrali najdalszy stolik, przyniosła dwie szklanki wody.

I tak oto przypadek sprawił, że zjedli pierwszy wspólny posiłek.

Był to początek niezamierzonego rytuału: spotykali się w pobliżu stacji metra Monastiraki, jedli obiad, pili dużo wina, a potem George odprowadzał Rebeccę do domu, niekiedy obejmując ją ramieniem.

Długie, nieśpieszne rozmowy, dym z papierosów, wieczorne drinki, leniwe spacery do domu – tak wyglądała ich przyjaźń dwa miesiące po pierwszym spotkaniu. George był zawsze dobrze ubrany i niezmiennie sympatyczny, choć miał słabą głowę. Pożegnania pod domem Rebekki, rozpięte gdzieś między zmęczeniem i zakłopotaniem, zawsze trwały dłużej, niż tego chciała.

Któregoś razu nachylił się i pocałował ją w policzek.

Pochyliła głowę jakby w modlitwie. Kiedy zbliżył usta do jej ust, cofnęła się. On także się cofnął, dość gwałtownie, jak gdyby nie do końca kontrolował swoje ciało. Utkwił wzrok w schodach, w gąszczu roślin, które porastały ścianę budynku, chłonąc ile się da z wyschniętej ziemi.

– Przepraszam – odezwał się. – Nie powinienem był.

– Nie, nie. Nic się nie stało.

Rebecca straciła dziewictwo w moskiewskim hotelu, w którym nocują pracownicy Air France, niedaleko Kremla. Miała wtedy dwadzieścia dwa lata.

Siedzieli na łóżku, śmiali się i pili wódkę. On miał białe skarpetki. Na dworze było bardzo zimno. Poznali się w autobusie dowożącym członków załóg z lotniska do hotelu. Był Holendrem. Kiedy było już po wszystkim, pocałował ją w czoło, wstał i otworzył okno. Mroźne powietrze wdarło się do środka. Wypalił papierosa, przytakując jej we wszystkim, co mówiła. Potem wzięli prysznic i się ubrali. Patrzył, jak Rebecca wymachuje suszarką wokół głowy. Jego żona też była Holenderką. Nie mieli dzieci. To nie był mężczyzna, którego mogłaby pokochać, ale pozwoliła swojemu ciału, żeby go zapragnęło.

Na George’a reagowało obojętnie. Nie czuła pożądania, tej delikatnej, ale potężnej siły, którą obudził w niej holenderski pilot. Tamto uczucie było czymś zewnętrznym, na co oboje wyrazili zgodę – specyficznym rodzajem głodu wywołanym po to, by go zaspokoić. Przy George’u nie doznawała tego dreszczu, za to czuła się bezpieczna, gdy obejmował ją ramieniem. Miał miękką klatkę piersiową. Był jak spokojne morze, po którym można dryfować bez końca i bez celu. Będzie musiała mu to powiedzieć, inaczej może go zranić.

– Zawsze nosisz krawat? – zapytała.

Wieczór zarzucał na miasto swoje sieci.

Latarnie jeszcze się nie zapaliły.

Ludzie wynosili śmieci w małych pozawiązywanych workach.

George był trochę bardziej pijany niż zwykle i miał kłopoty z utrzymaniem równowagi.

– Po prostu lubię krawaty.

– Ładnie ci w tym.

George uniósł koniec jasnopomarańczowego krawata. Był nadrukowany małymi klaszczącymi dłońmi.

– Biją brawo – uśmiechnął się i odwrócił do niej plecami. Rebecca zastanawiała się, czy płacze. Próbowała to sobie wyobrazić.

Tego wieczora w Atenach było bardzo cicho. Dobiegał ich tylko głuchy stukot pionków o planszę do tryktraka na jednym z balkonów.

Gdzieś dalej rozległo się szczekanie psa.

Hałas skutera, potem czyjeś kroki.

– Przytul mnie, George.

Sztywne ramiona objęły ją w talii i spoczęły delikatnie na jej biodrach. Prawie jej nie dotykał.

– Nie gniewaj się na mnie – szepnęła.

– Gniewam się na siebie – odparł.

Widziała, że jest pijany.

– Bo mnie pragniesz?

– Tak.

Niezgrabnie cofnął ręce, jakby odplątywał je z jej talii. Jego buty zaskrzypiały na bruku, drepcząc w miejscu, jakby śpieszno im było w drogę.

– Przez całe dzieciństwo uczyłam się samotności.

– Ja też.

– W takim razie nie możesz się gniewać na siebie ani na mnie – odparła z wdziękiem.

Powiedziała coś jeszcze, żeby rozwiać zakłopotanie, które w przeciwnym razie towarzyszyłoby im aż do następnego spotkania. Pocałowała go w policzek – kilka razy, lecz jej pocałunki były jak puste słowa, które nie niosą niczego prócz pocieszenia.

Czuła ciepło jego czoła, delikatny zapach soli.

Przejeżdżający samochód zwolnił na chwilę, a potem znów przyspieszył. Cokolwiek się wydarzy, będą musieli jakoś znieść żar nadchodzącego lata.

Rebecca utkwiła wzrok w kociaku drzemiącym pod kołem zaparkowanego auta.

– Gdybyś potrzebowała, żeby ktoś ci otworzył puszkę albo coś pomieszał, albo gdybyś chciała pożyczyć suszarkę, to mieszkam niedaleko.

– Dzięki, George.

– Chociaż akurat suszarki nie mam. Ale mam niesamowite nagrania suit Bacha.

Rebecca wzruszyła ramionami.

Nie wiedziała, kiedy znowu najdzie ją ochota na spotkanie. George był dla niej łatwą ucieczką od dotychczasowego życia: wiedział o niej tylko tyle, że jest francuską malarką w Atenach. Zamierzała tu dużo malować, a później wystawić swoje prace w Paryżu i zrobić furorę.

Może pewnego dnia matka przypadkiem wstąpi do galerii, nie zdając sobie sprawy, że wywieszone tam obrazy to nieoficjalna biografia jej córki. Historia samotności.

Zanim weszła po schodach do sypiącego się mieszkania, obejrzała się i zobaczyła, jak George wyjmuje kociaka, o którym zapomniała, spod samochodu. Postawił go przy krzaczku i odszedł.

Nagle poczuła ciężar pustki czekającej w mieszkaniu. Ciężkich nieruchomych przedmiotów, jakby zanurzonych w wodzie. Mieszkała w mieście, w którym znała tylko jedną osobę.

– George! – zawołała.

Odwrócił się do niej.

– Może wejdziesz na chwilę? – uśmiechnęła się słabo i zaprosiła go ruchem ręki. Wszedł za nią po schodach na górę.

Jej buty delikatnie stukały o marmurowe stopnie.

Siedzieli na balkonie, pijąc kawę. Ręce i nogi Rebekki powoli zasypiały. George zaczął masować jej kark i ramiona. Zamknęła oczy i głęboko westchnęła.

Podniósł się i stanął za nią. Czuła jego oddech z tyłu głowy. Miasto nagle ucichło – jeszcze nigdy nie wydawało się tak puste.

– Zostań.

Jego dłonie zamarły na jej ramionach.

– Na noc?

* * *

Wieczór był gorący.

George głaskał ją opuszkami palców po nagich plecach.

– Przyjemnie – szepnęła. Światło latarni rozlewało się po kołdrze.

Przysunął się do niej. Poczuła jego bliskość i półprzytomnie przylgnęła do niego tułowiem. Zamknęła oczy na kilka minut. Pomału, pieczołowicie całował jej plecy. Mimo otwartych okiennic było bardzo parno.

Obróciła się. Oczy miał szeroko otwarte, chwytał nimi każdą odrobinę światła w ciemnym pokoju. Napór jego ciała obudził w niej pragnienie. Rozchyliła uda. George wsunął się w nią, lecz po sekundzie przewrócił się na plecy, ciężko wzdychając.

Leżał nieruchomo przez parę minut. Potem z wolna nasunął na nią prześcieradło, jak gdyby przykrywając coś bardzo delikatnego – coś, co nieprędko będzie mu dane znowu zobaczyć. Pocałował ją w usta i położył się bez słowa.

Suszyło ją w gardle, ale była zbyt zmęczona, żeby wstać po coś do picia. Do poranka zostało już tylko kilka godzin.

3

Kiedyś, odkurzając, Rebecca znalazła pod łóżkiem dziadka pudełko po butach. W środku znajdowały się zdjęcia z wczasów w Cannes w 1957 roku. Zaskoczyło ją to, jak bardzo był przystojny.

Aż trudno było uwierzyć, że dziadek był kiedyś młody. Na wielu zdjęciach nosił czarny krawat i smoking. Na jednym – z papierosem w ustach składał dach starego porsche. Samochód był matowosrebrny, miał szwajcarskie tablice i wąskie opony.

Na każdym ze zdjęć dziadek coś robi: rozwija żagiel, otwiera szampana, zmienia koło w samochodzie, wyjmuje walizki z bagażnika, głaszcze psa.

Gdzieniegdzie pojawia się jego przyszła żona i babcia Rebekki. Cale dotychczasowe życie Rebekki było jedną wielką tęsknotą. Nie wiedziała nawet, jak nazywa się jej ojciec. Imię i nazwisko, które matka podała w akcie urodzenia, było zmyślone. Należało do popularnego francuskiego piosenkarza, który zginął w wypadku.

Zawartość schowanego pod łóżkiem pudełka to wszystko, co pozostało ze szczęśliwego małżeństwa dziadków.

Babcia była przepiękną kobietą, ale miała w oczach to samo dziwne spojrzenie, co siostra Rebekki. Na jednej z fotografii schodzi po schodach z małego samolotu. Mężczyzna w ciemnych okularach niesie za nią dwie walizki. Rebecca nie odłożyła tego zdjęcia z powrotem do pudełka. Rok później napisała do Air France. Nie mając pieniędzy ani wykształcenia, tylko w ten sposób mogła się zbliżyć do świata dziadków z lat ich młodości.

Ciekawiło ją, kto odkryje pudełko z jej pamiątkami. W miasteczku Linières-Bouton nie było eleganckich mężczyzn, nie licząc tych, którzy od czasu do czasu przyjeżdżali z żonami i dziećmi z Paryża na urlop albo odwiedzali starszych krewnych, z którymi zresztą nie wytrzymaliby dłużej niż kilka dni.

Gdy babcia się utopiła, życie dziadka musiało się zmienić nie do poznania. Został sam ze swoją córeczką, przyszłą matką Rebekki.

Czy uważał ten późniejszy czas za nieszczęśliwy? Obowiązki rodzicielskie uniemożliwiały mu podróżowanie. Wcześniej miewał duże kontrakty w Paryżu, Tours i Nantes, teraz był zdany wyłącznie na lokalne firmy. A najgorsze było to, że kobieta, którą kochał, zginęła bezsensowną śmiercią.

Sama myśl o tym sprawiała Rebecce ból. Czy on pamięta chwilę, w której wszystko się zmieniło, jakby pociemniało? Jasny poranek, a potem długie mroczne popołudnie.

Czy pozostał tym samym człowiekiem? Czy tamten mężczyzna jest uwięziony w ciele powolnego, wzdychającego ciężko starca o drżących rękach?

Rebecca była zbyt młoda, żeby rozumieć sprawy i uczucia, które przychodzą z wiekiem. Jej szkic do portretu dziadka, który wykonała pewnego popołudnia, nosił tytuł Skromna historia śpiącego mężczyzny. Gdy mu go pokazała, pokiwał głową i poklepał ją lekko po włosach. Potem zamknął się w łazience. Brzdęk paska o podłogę. Przeciągłe westchnienie. Szelest gazety.

Parę godzin później, gdy oglądali razem teleturniej, zapytał ją, czy nie chciałaby powiesić szkicu w przedpokoju.

– Weź gwoździe ze słoika w szopie. Jest ich dużo, wszystkie są jednakowe.

4

Ateny są otoczone pasem pustkowi. Ludzie czasami zapuszczają się tam w poszukiwaniu przedmiotów, które można potem sprzedać na pchlim targu w Monastiraki. Schylają się i odgarniają piach z kafelków, które ułożono przed dwoma tysiącami lat.

Czterysta lat później, u schyłku cesarstwa rzymskiego, jakieś dziecko stawia na tych kafelkach pierwsze kroki, ku wielkiej radości rodziców. Wieki potem dom wypełnia się opowieściami o nowym świecie, a głodny pies łapczywie zlizuje miód, który ulał się z dzbana.

W tamtych czasach było więcej drzew.

W powietrzu wisiał zapach wyschniętej trawy.

Przylatywały i odlatywały ptaki.

Teraz widać tylko żółte skały, kanapę i materac porzucone w środku nocy. Odłamki szkła błyskają w słońcu. Skrawek cienia pod resztką ściany, obluzowane szczątki muru niby spróchniałe zęby. Kiedyś był gładki – budowniczy dokładnie wygładził spojenia i zdmuchnął pył z dłoni. Jego koń czekał na zewnątrz, chłepcząc wodę z głębokiego wiadra.

Ateny to świat rozpaczy i olśnienia pięknem.

Rebecca w tych dwóch sprzecznych nastrojach odnalazła się jako kobieta.

Bardzo szybko pokochała to miasto.

A miłość do Aten, jak każda miłość, zależy bardziej od przybysza niż od miasta.

Grecka stolica współgrała z Rebeccą na każdym kroku. Jej nastroje znajdowały odbicie w otoczeniu: w sprzedawcy papierosów karmiącym koty kawałkami ryb, w przelotnym deszczu, którego nikt się nie spodziewał, w kalekich dzieciach siedzących cierpliwie na schodach przed kościołem, podczas gdy ich matki zaciskały pięści, wygrażając Bogu, to znów otwierały je na widok przechodzących turystów.

Rebecca poczuła się fizycznie związana z tym miastem, a ono doceniło to ślepe oddanie i wzięło ją pod swoje skrzydła.

Gdy otwarła powieki, George już nie spał. Uśmiechnął się do niej i zaoferował kolejny masaż.

– Muszę niedługo usiąść do rysowania – powiedziała. – Ale napijmy się razem kawy.

George zaproponował, że pójdzie po świeży chleb, ale Rebecca stwierdziła, że nie ma na to czasu.

Biła od niego jakaś lekkość i rozmarzenie. Kiedy brał prysznic, zdawało jej się, że słyszy jego śmiech.

Potem wolno pił kawę i przyglądał się sprzętom w kuchni.

Kiedy otworzyła mu drzwi i życzyła udanego dnia, wyszedł tyłem, machając na pożegnanie. Potem wzięła długi prysznic.

Przez resztę dnia szkicowała, popijając rumianek. Po południu zrzuciła ubranie i pracowała w samej bieliźnie. Gdy upał stawał się nie do zniesienia, odkręcała piskliwe kurki prysznica i po chwili wchodziła do kabiny. Woda szybko znajdowała i wypełniała pęknięcia w żółtej ścianie, wnikała w odsłonięty cement, który momentalnie wysychał, mimo że słońce tam nie wpadało.

Powoli chłodziła każdą część ciała.

Grad kropli zdzierał z niej lepką warstewkę potu.

Napełniła usta.

Jej babcia utopiła się w zwykłe sierpniowe popołudnie. W jeziorze niedaleko domu.

Matka Rebekki widziała to na własne oczy. Była wtedy jeszcze dzieckiem. Pobiegła do domu zawołać tatę. Wypadł tylnymi drzwiami. Nie mogła za nim nadążyć i zgubiła się w lesie. Przestała biec. Była wystraszona. Rozpłakała się i posiusiała. Nogi ją szczypały. Gdy dotarła nad jezioro, ujrzała tylko spokojną przestrzeń wody. Dopiero po chwili wśród trawy na przeciwległym brzegu spostrzegła dwa ciała – jedno w rozpaczliwym ruchu, drugie całkiem nieruchome.

To był rok 1964. Matka Rebekki miała wtedy niecałe sześć lat.

Młody policjant usiadł z nimi przy stole w kuchni. Co chwila opierał dłoń na pasku. Poczęstowali go herbatą.

Jego czapka leżała na stole obok ciasta porzeczkowego.

– Co pan zamierza zrobić z jej ubraniami? – zapytał. Zegar w sieni tykał głośno, jakby próbował odpowiedzieć na zadane pytanie.

Potem żandarm wskazał ruchem głowy dziewczynkę siedzącą na kanapie z lalką.

– A z nią?

Jej ojciec milczał zapatrzony w pustą filiżankę. W zasadzie milczał przez resztę życia.

Policjant dopił herbatę i odjechał.

Po prysznicu włosy Rebekki były mokre i ciężkie. Nad Atenami zapadał zmierzch.

O tej szarej godzinie jej rysunki ożywały.

Miasto stygło, malał ruch na szerokiej ulicy. Za ścianą słychać było brzęk łyżek o garnki. Ktoś nakrywał do stołu. Ktoś wołał dzieci głosem na skraju złości.

Pomyślała o George’u i o jedynej nocy, jaką spędzili razem.

Próbowała sobie wyobrazić, o czym on teraz myśli. Miłość mężczyzny jest jak barwna kropla wpadająca do czystej wody.

Gdy Rebecca pracowała dla Air France, pewnego razu jeden starszy mężczyzna umarł w fotelu.

Większość pasażerów wtedy spała. Uwagę Rebekki zwróciły otwarte oczy. Przekartkowała jego paszport. Nie był żonaty. Miał eleganckie buty i pieprzyk na twarzy. Ciężki zegarek z jasnego złota lśnił w półmroku. Gdzieś daleko w dole byli jacyś ludzie, dla których wciąż był żywym człowiekiem.

Rebecca mieszkała głównie w hotelach. Czasem, leżąc w łóżku, spoglądała na swój uniform rozłożony na krześle.

To ja – myślała.

Taka właśnie jestem.

5

Gdy George miał siedem lat, jego ojciec uciekł od rodziny.

Odziedziczył po nim szeroką szczękę, przez co sprawiał wrażenie bardziej atletycznego, niż był w rzeczywistości. Jego zielone, głęboko osadzone oczy zatrzymywały się w miejscach, po których inni obojętnie przemykali wzrokiem.

Czasem, gdy odpływał w rajską krainę marzeń, wyobrażał sobie, że jest kolejnym wcieleniem Jana Sebastiana Bacha, który podobnie jak George był niedoceniany za życia, zwłaszcza przez rodzinę.

George lubił przesiadywać nocami w kawiarniach modnej ateńskiej dzielnicy Kolonaki. Czytał tam zagraniczne gazety, sączył gęstą grecką kawę i delektował się lepką baklawą, którą jadł nożem i widelcem. Gdy nikt nie patrzył, dolewał sobie do kawy alkoholu.

Zaczął pić jako czternastolatek. Uczył się wtedy w szkole z internatem w Portsmouth w stanie New Hampshire i lubił szwendać się po śródmieściu. Miasto było surowe, szare, pełne mgły, która podpełzała pod okna nadbrzeżnych domów. Wysoki rozświetlony nos kościoła wrzynał się w spienione niebo.

Picie dawało mu namiastkę szczęścia. Było odskocznią, pozwalało skupić się na tu i teraz, snuć szalone marzenia, które na trzeźwo nigdy nie przyszłyby mu do głowy. Kiedy był pijany, przeszłość jawiła się jako dalekie dymiące zgliszcza, które można było zbyć wzruszeniem ramion.

George uczęszczał do słynnej Exmouth Academy. Podłogi na korytarzach tej szkoły zawsze się błyszczały. Miał wielu kolegów, z którymi nieźle się dogadywał. Dzielili się wszystkim, co dostawali w paczkach i co dawało się zjeść. Pożyczali sobie poduszki i karty telefoniczne, a wieczorem, kiedy pogasły wszystkie światła, toczyli długie dyskusje.

W każdą niedzielę sznur chłopców wspinał się pod górę do kościoła, wszyscy w czarnych pelerynach, w których wyglądali jak duchy. Latem nosili białe koszule z przypinanym kołnierzykiem, pomarańczowe krawaty w prążki, brązowe marynarki z białą obszywką, brązowe szorty i brązowe skarpetki. Kasztanowe półbuty należały do dobrego tonu, ale nie były obowiązkowe.

Wieczorem chłopcy mogli oglądać telewizję w świetlicy i zjeść niewielki przydział słodkości.

Co niedziela każdy uczeń musiał napisać list do rodziców. Oto list George’a do matki:

Droga Matko,

jak się miewasz? Alex dał mi kasetę z breakdance’em i uczę się tańczyć. Złapałem już podstawy, teraz pora na prawdziwe wygibasy. Jak Ci się podobał pokaz fajerwerków z okazji Święta Niepodległości? Bo nam nie za bardzo. Przydałoby mi się nowe pióro. Dzięki za obcinacz do paznokci, jest super. Jeżeli możesz mi przysłać pióro, to czy mogłabyś to zrobić jeszcze w tym tygodniu? A jeśli Jeśli nie możesz, to trudno. Pani Otonen nazwała mnie dżentelmenem z Południa, bo mam akcent jak w Kentucky! Mieliśmy w internacie małą epidemię. Wszyscy oprócz mnie po kolei zarażali się wirusem. Już wyzdrowieli, a ja ciągle nie zachorowałem.

Mamy nową drużynę szermierczą.

Ale ja w niej nie jestem.

W przerwie na lunch walczę z kolegami na patyki.

Chwilowo noszę bandaż na nodze, bo poślizgnąłem się w drodze do kościoła.

ŚCISKAM,

GEORGE

PS U portiera są myszy!!!

PPS Mogę przyjechać do domu na ferie?

Z czasem George zaczął tracić entuzjazm dla surowych rygorów szkolnego życia. Jego koledzy stawali się zmechanizowanymi kopiami samych siebie. Jeden skoczył z dachu. Dyrektor powiedział, że umarł w drodze do szpitala.

W odróżnieniu od wielu rówieśników, którzy dorastając, zatracili do szczętu słodycz dzieciństwa, George nie utwierdził się w przekonaniu, że życie jest pasmem rozczarowań, bo:

Ludźmi kieruje próżność.Życie kończy się, zanim człowiek zdąży cokolwiek zrozumieć, a skoro tak, to raczej nie ma sensu.

George miał inne problemy: zrobił się nadwrażliwy, niechlujny i płaczliwy. W szkole średniej nauczyciele spoglądali na niego z umęczoną miną. Na ich prośbę personel internatu kilkakrotnie konfiskował znaleziony u niego w pokoju alkohol, nie czyniąc o tym jednak żadnej oficjalnej wzmianki w papierach. Kiedy George wymiotował, przykry zapach roznosił się po korytarzu, a następnego dnia młodsi chłopcy rozmawiali o tym głośno przy śniadaniu. W końcu jeden z dozorców poradził, żeby nie jadł przed ani w trakcie picia – przynajmniej nikt nie poczuje wtedy smrodu.

Inną drogą ucieczki od samotności była muzyka. Uwielbiał zwłaszcza Bacha – tę czułość zaklętą w formie, miłość wyrażoną za pomocą struktury. George potrafił go słuchać na okrągło. A było czego słuchać. Lubił podkreślać, iż Bach w ciągu całego życia skomponował tyle muzyki, że gdyby zlecono komuś przepisanie wszystkich jego utworów, zajęłoby mu to sześćdziesiąt trzy lata.

Poza tym Bach był dobrym ojcem. Za to George też go cenił. Jan Sebastian Bach nie porzucił syna nawet wtedy, kiedy mógł mu zapewnić jedynie dwa posiłki dziennie i posłanie ze słomy.

W wieku piętnastu lat, gdy inni chłopcy wymieniali się zdjęciami dziewczyn wydartymi z albumów fotograficznych w bibliotece albo kurzyli papierosy w jabłoniowym sadzie, George zapałał obsesyjną miłością do języka i historii antycznej. Nauczyciele na nowo zaczęli w niego wierzyć, a ojcowska troska, jaką mu okazywali, utrwaliła w nim wrodzoną poczciwość.

Nie skończywszy jeszcze szesnastu lat (o których to urodzinach jego matka zapomniała), George spędzał niedziele, tłumacząc całe rozdziały łaciny na współczesny angielski. Pokochał również greckie mity o bogach i herosach. Lubił sobie wyobrażać, że wszyscy bohaterowie tych legend tańczą razem na scenie do jakiegoś XVIII-wiecznego utworu organowego Bacha. Próbował nawet zbudować niewielki teatr z kartonu, ale zarzucił ten projekt, gdy niechcący skleił sobie palce i musiał spędzić cały dzień u szkolnej pielęgniarki, która pracowała kiedyś w wojsku i nie lubiła muzyki klasycznej.

Greccy bogowie ciekawili go dlatego, że nikt w nich już nie wierzył.

Kiedy pielęgniarka zapytała, co lubi robić w wolnym czasie, zaczął rozprawiać o języku. Tłumaczył, że istnienie i tożsamość języka opierają się w całości na tym, czym język być nie może, a co potrafi jedynie wskazywać. Dźwięki języka są bowiem ucieleśnieniem pragnienia. Toteż nawet przy najlepszych wysiłkach język jest skazany na porażkę. Pielęgniarka długo kiwała głową, aż w końcu zapytała, czy pił alkohol.

– Nie będę pani okłamywać – odparł. – Piłem.

Pokręciła głową z wyrzutem.

– Jak cię przyłapie dyrekcja, nie skończy się na jednym bandażu.

George kochał język we wszystkich przejawach. Uwielbiał czytać słowo pisane, słuchać ludzkiej mowy, smakować jej dźwięki własnym podniebieniem. Poprzez język mógł poczuć wszystko to, czego nie dane mu było poznać w prawdziwym życiu – wczuć się w cudze przeżycia wyrażone znakami na papierze. Wydawało się to niewiarygodne, a jednak działało.

„Wynaleźliśmy sposób zapisywania…” – zaczął kiedyś jedno ze swoich wypracowań. „Od pięciu tysięcy lat nieprzerwanie snujemy nić, która łączy całą ludzkość. Możemy wejrzeć w duszę człowieka, z którym nie mieliśmy osobistej styczności…”.

Jako że czuł się swego rodzaju ekspertem, George lubił analizować krótkie listy od matki. Wymagały wnikliwej lektury, ponieważ (jak sobie powtarzał) w sposób zawoalowany wyrażały miłość.

Jego rodzice byli jak układanka, w której brakowało najważniejszych części.

Od czasu do czasu zamiast iść na zajęcia, robił sobie wolne popołudnie. Lubił przesiadywać na przykościelnym cmentarzu z widokiem na morze. Jego szkoła stała na wzgórzu na obrzeżach miasta, obok pól, które opadały ku jabłoniowemu sadowi. Cmentarz był jeszcze dalej, za murami sadu, w którym starsi chłopcy szeptali kłamstwa miejscowym dziewczynom. Za cmentarzem znajdowało się miasto Portsmouth, a za miastem – nieznane pola i doliny.

George uwielbiał biec długimi susami na drugi koniec sadu. Wczesną jesienią drzewa złociły się od słońca. Dopadał do muru, przedostawał się na pole, a stamtąd na cmentarz.

Nawet gdy robiło się zimno i widział swój oddech, jasne słońce ogrzewało nagrobki, jak gdyby namaszczając zamilkłych na wieki mieszkańców. Najstarsze groby były płaskie. Najwygodniej siedziało się na tablicach zmarłych dzieci. George palił papierosy i czasem zagadywał do jakiegoś małego nieboszczyka. Mówił na przykład: „Jeśli kiedyś będziesz się uczył w mojej szkole, na francuski zapisz się koniecznie do pani Corday”.

Im dłużej przesiadywał na tych nagrobkach, tym bardziej czuł się związany z pochowanymi tam dziećmi. Jego najlepszy przyjaciel z cmentarza zmarł w roku 1782. W kamieniu wyryto napis:

1778 – 1782

TU LEŻY NASZ SYN,

TOM COPTHORNE,

ZMARŁY W WIEKU CZTERECH LAT,

OŚMIU MIESIĘCY, DWÓCH TYGODNI,

TRZECH DNI I CZTERNASTU GODZIN.

KAŻDA CHWILA Z NIM SPĘDZONA

BYŁA NASZYM RAJEM NA ZIEMI.

George był ciekaw, czy ktoś kiedyś policzy co do minuty długość jego życia.

Czasem wykradał ze stołówki kartonik mleka czekoladowego i wylewał obok mogiły, żeby Tom mógł się napić.

Niektóre płaskie kamienie nagrobne popękały od wiatru i deszczu. Na jednym upływający czas zatarł napis w kilku miejscach. Na innym nie było już ani jednej litery. George wyobrażał sobie, że to jego grób.

Latem wylegiwał się nieruchomo w suchej trawie. Muskające twarz promienie słońca były jak gorący policzek nagiej dziewczyny. Gdy zamykał oczy, widział rozjarzoną zasłonę ciepłej krwi.

Zastanawiał się, co teraz robi jego ojciec. George czuł się winny jego odejścia, mimo że miał wtedy zaledwie siedem lat. Z matką wiązało go poczucie wybrakowania. Nie potrafił tego wytłumaczyć, ale czuł podskórnie, że wszyscy troje ponieśli porażkę jako rodzina.

Raz przyszło mu do głowy, że może ojciec nie żyje, a jego owiana tajemnicą ucieczka za granicę to tylko zmyślona historia mająca zatuszować fakt, że George w jakiś sposób przyczynił się do jego śmierci. Ale zapewne było inaczej: ojciec wybrał szczęśliwe życie z dala od nich i teraz pracuje dla koncernu naftowego w Arabii Saudyjskiej, a jeśli ma tam syna, to pewnie jest on bystrzejszy, przystojniejszy i nieco wyższy od George’a. Prawdę o ojcu George miał poznać dopiero kilka lat później.

O wyjeździe do Aten postanowił kilka lat wcześniej. Czuł, że poznał to miasto za pośrednictwem tekstów, które tłumaczył.

Na krótko przed ukończeniem nauki w Exmouth napisał matce, że zamierza w dwa lata zdobyć dyplom wyższej uczelni, a następnie przeprowadzić się do Aten i pracować jako badacz języków starożytnych. Tłumaczył, że odkrycia archeologów wzbogacają współczesną kulturę. Podał przykład srogiej pustyni Negew w Izraelu, gdzie badacze natrafili na ślady stosowanej przez starożytnych Nabatejczyków metody nawadniania ziemi za pomocą systemu kanałów irygacyjnych i pojemników zbierających wodę podczas ulewnych deszczy. Dzięki temu odkryciu na obszarze uważanym przez współczesnych mieszkańców za jałowy na nowo rozkwitło rolnictwo.

W kolejnym liście George opisał jeszcze cudowniejszy przypadek krainy górskich jezior na pograniczu Peru i Boliwii, gdzie po latach nieudanych prób z uprawami na wysokości czterech tysięcy metrów archeologowie odkryli technikę, którą starożytni z powodzeniem wykorzystywali do uprawy roślin na dwustu tysiącach akrów.

Matka nie odniosła się do żadnej z tych historii. Pisała, co jadła na śniadanie, narzekała na pogodę, która krzyżowała jej plany, na stan domu, brak pieniędzy i zbliżające się nieuchronnie urodziny. Raz oznajmiła, że idzie do szpitala na operację i przez trzy miesiące nie będzie mogła pisać, ale niech się o nią nie martwi, bo to nic poważnego.

Po ukończeniu Exmouth, a przed wyjazdem do Aten, George studiował na niewielkiej uczelni niedaleko swojej starej szkoły. Mieszkał w akademiku zwanym Lisią Jamą. Miał swoje łóżko, biurko, krzesło, lampkę i mały, niebezpiecznie przeciążony książkami regał.

Jego współlokator, Joshua, pochodził z wyspy w stanie Maine, nosił przezroczysty aparat na zębach i jeździł na rowerze z lat pięćdziesiątych.

W sobotnie wieczory George przepisywał całe ustępy Iliady i Odysei w języku starogreckim. Po pierwszych zajęciach z angielskiego wręczył wykładowcy teczkę z kilkoma swoimi przekładami. Wykładowca, człowiek podeszły w latach, zajrzał do środka i przez chwilę nie wiedział, co powiedzieć, aż w końcu rzekł:

– Chrystusie.

Raz przez dwie noce z rzędu George słuchał na okrągło partit Bacha – bez słuchawek.

Kiedy tydzień później wrócił do akademika, szafki Joshuy były puste, a na łóżku został sam materac. Na swojej poduszce George znalazł list:

George,

przeprowadziłem się! Ale niedaleko. Gdybyś kiedyś potrzebował pogadać, mieszkam kilka pokoi obok… Joshua B

George zapakował płyty z suitami francuskimi Bacha i przewiązał wstążką. Otworzył butelkę ginu i pociągnął z niej kilka łyków, po czym nalał trochę do szklanki i wymieszał z tonikiem.

Potem wyjął notes i pióro.

Spoglądał to na drinka, to w okno, za którym łagodnie chybotały się wysokie drzewa. Parę minut później wyszedł z pakunkiem na korytarz i zostawił go pod drzwiami Joshuy wraz z listem:

Mając dziewięć lat, Jan Sebastian Bach skopiował całą bibliotekę muzyki. Wymykał się ukradkiem z pokoju, schodził po schodach, po cichu przekręcał metalowe kółko podnoszące zasuwkę w drzwiach i pracował niestrudzenie w blasku księżyca. Dopiero gdy ulegamy pasji, jesteśmy naprawdę sobą. Ze wszystkich naszych namiętności najbardziej określają nas te, których nie potrafimy okiełznać.

G.

Kilka dni po nocy z Rebeccą George usiadł w kawiarni niedaleko swojego mieszkania i wrócił wspomnieniem do tamtego wieczoru. Próbował odtworzyć każdy szczegół – o czym rozmawiali, co jedli na kolację. Żałował, że nie ma jej zdjęcia albo pukla włosów, jakiegoś namacalnego dowodu, że to się naprawdę stało – i że jest zakochany.

6

Nazajutrz była niedziela. Rebecca po przebudzeniu wzięła prysznic. Potem posprzątała pracownię. Kiedy już wszystko było na swoim miejscu, zachciało jej się wyjść z domu, postanowiła więc przespacerować się wąskimi uliczkami pchlego targu na Monastiraki. Włożyła na siebie parę zwyczajnych białych spodni, niezbyt obcisłych, żeby łysiejący handlarze nie wołali za nią. Dawno wyrosła z potrzeby bycia podziwianą przez mężczyzn, którymi nie była zainteresowana.

Pchli targ przyciągał rzeszę najrozmaitszych ludzi. Słabo sytuowanych robotników, szukających rzeczy, które można odsprzedać z niewielkim zyskiem. Artystów (głównie cudzoziemców) zafascynowanych obfitością różnorakich przedmiotów. Diasporę, u której można się było zaopatrzyć na przykład w radzieckie lornetki wojskowe (z hologramem sierpa i młota). Był też element przestępczy odwiedzający wszystkie plenerowe imprezy w Atenach – ci rozglądali się wśród tłumu, jak gdyby szukali nowych twarzy do swych okrutnych fantazji.

Dla Rebekki najważniejszym członkiem targowej społeczności był grecki kataryniarz z pudłem grającym na kółkach pochodzącym z połowy XIX wieku. Przystawał co chwila na rogu, kręcił korbą i śpiewał głosem starym i popękanym jak trzewia katarynki. Przypominał mityczną postać z innej epoki. Zachwycał Rebeccę, mimo że nic nie rozumiała z jego śpiewu.

W ateńskim metrze było jak w ukropie. Staruszki wachlowały się zwiniętymi gazetami. Pasażerowie siedzieli naprzeciwko siebie na drewnianych siedziskach, przy stołach, jak gdyby czekając na posiłek.

Przed wyjściem Rebecca zjadła na śniadanie dwa croissanty i wygrzała się w słońcu na patio. Potem, stojąc boso, piła z miseczki lodowate kozie mleko i patrzyła, jak samochody omijają martwego psa.

Teraz wychodziła po schodach ze stacji metra, mijając dwóch brudnych nastolatków wstrzykujących sobie heroinę. Monastiraki była zatłoczona – głównie za sprawą turystów, którzy wylewali się z pobliskiej Plaki. Dziesiątki kieszonkowców podążały za Amerykanami i Niemcami, którzy oddalili się od swoich grup.

Na uliczkach Monastiraki było ciemno i gorąco. Handlarze wywieszali towary na każdym wolnym skrawku chodnika. Wąskie zaułki kończyły się schodami, a te wiodły do pomieszczeń pełnych francuskiej zastawy, lalek z porcelany, rodzinnych zdjęć, srebrnego reflektora cichcem wykręconego z rolls royce’a Silver Ghost zaparkowanego pod Akropolem w 1937 roku. Były i inne rzeczy, o bardziej ponurym rodowodzie. Jeden z handlarzy wystawił stertę nazistowskich hełmów z gotyckimi literami „SS” po boku, nazistowskie srebra, kubki pełne różnych pocisków, noże, kajdanki oraz stare, przeżarte rdzą pułapki na myszy.

Kto chciał, mógł kupić przybory lekarskie z lat trzydziestych, zestaw kart do gry z hoteli w południowej Francji, maski chirurgiczne, maski weneckie, a także noże do masła z monogramem.

Rebecca powiodła wzrokiem po górach rupieci zalegających koce, za którymi stały uchodźczynie w chustach. Wszystkie twarze lśniły potem. Tu i ówdzie w jakimś zakamarku gotowano na gazowych kuchenkach włókniste mięso.

Nagle rzuciła jej się w oczy czyjaś twarz. Mężczyzna z zarostem, o czarnych włosach i ciemnych oczach. Rebecca zmrużyła oczy. Nie mogła się oprzeć wrażeniu, że skądś go zna.

Wstrzymała oddech i przykucnęła, szukając prześwitu w tłumie, by móc się lepiej przyjrzeć. Jakaś kobieta, węsząc w niej złodziejkę, krzyknęła coś po rosyjsku. Rebecca wstała i oddaliła się w pośpiechu.

Godzinę później, przeglądając niezliczone starocie (i wciąż przeżywając tamto zdarzenie), spostrzegła książkę w miękkiej oprawie. Schyliła się odruchowo, by wydobyć ją z gąszczu obszarpanych ubrań, gdy nagle cudza dłoń zacisnęła się na grzbiecie tego samego tomu. Nie puszczając, Rebecca podniosła wzrok i ujrzała nad sobą twarz mężczyzny, pełną surowej urody, jaką kiedyś posiadał jej dziadek. Zastygła pod spojrzeniem tych ciemnych oczu. Nieznajomy uśmiechnął się, ale wciąż ściskał książkę w dłoni.

Rebecca puściła i wstała. Mężczyzna przyglądał jej się bez słowa.

– Ja pierwsza ją zobaczyłam – rzuciła pod wpływem impulsu.

– Skąd wiesz, czy za nią nie zapłaciłem? – zapytał spokojnie.

Rebecca próbowała złowić spojrzenie cudzoziemki, lecz ta była zbyt zajęta wymachiwaniem pięściami chłopcu, który załatwiał się pod murem.

Nieznajomy otworzył książkę. Było to pierwsze wydanie Colette, z nierozciętymi kartkami, przy czym mniej więcej połowa stronic świeciła pustką. Wręczył ją Rebecce.

– Chyba zapomnieli wydrukować drugą połowę – zauważyła.

Cudzoziemka chciała za książkę parę groszy. Mężczyzna dał jej dziesięć funtów brytyjskich.

– Pozer – skwitowała Rebecca.

– Karma – odparł.

Potem, choć wcale tego nie uzgadniali, oboje ruszyli w stronę starożytnej agory. Klucząc w tłumie przechodniów i labiryncie wiekowych zaułków, parę razy niechcący otarli się o siebie dłońmi.

Mężczyzna przystanął i przedstawił się jako Henry. Kiedy Rebecca powiedziała swoje imię, powtórzył je kilka razy, jak gdyby smakował w ustach każdą sylabę.

Opowiedział jej pokrótce o swojej pracy – był archeologiem specjalizującym się w szczątkach ludzkich. Potem rzekł:

– To są te same ulice, po których przechadzał się Platon.

– Platon był po Sokratesie, ale przed Arystotelesem, prawda?

– Wszyscy mieli długie brody.

– Brody? – uśmiechnęła się.

– Jak święty Mikołaj.

– I co mówił?

– Niech pomyślę. Chyba „Ho, ho, ho”?

Zaśmiała się.

– Pytałam o Sokratesa. O czym pisał?

– Prawdę mówiąc, nie wiem.

– Nie wierzę.

– Bo on nie pisał, tylko mówił.

– To tak jak my – zauważyła.

U bramy agory wylegiwały się zbite w kupkę wychudzone psy. Nad ich głowami krążyły muchy.

– To dawny plac targowy – rzekł Henry. – Zenon wymyślił tu kilka swoich sentencji.

– Aha.

Rebecca nie miała pojęcia, kim był Zenon, ale wyobraziła sobie zamaskowanego człowieka w woderach i z mieczem w ręku. Henry zatrzymał się i wydeklamował coś do psa, który siedział skulony pod krzakiem.

– Każdy człowiek posiada całkowitą wolność, o ile potrafi się wyzwolić od przyziemnych pragnień.

Pies podniósł głowę i zasapał.

Rebecca się uśmiechnęła.

– Chyba chce mu się pić.

Przed nimi rozpościerało się marmurowe rumowisko starożytnej agory.

Każdy kopiec był ogrodzony sznurem. Pomiędzy nimi biegły zakurzone żółte ścieżki. Pleniące się wokół posągów chwasty zasłaniały ich podstawy. Kilku turystów kręciło się bez celu, nie wiedząc, czy pochodzić jeszcze trochę, czy wrócić do hotelu i odpocząć.

Na ocienionych ławkach, pod gałęziami drzew oliwnych, siedziały pary kochanków bardziej zainteresowanych sobą niż otaczającymi ich ruinami.

I wtedy Rebecca zrobiła coś, co nie było w jej stylu.

Kiedy Henry wziął ją za rękę i poprowadził przez agorę, nie tylko nie protestowała, ale nawet zacisnęła swoją dłoń na jego dłoni. Niewątpliwie był przystojnym mężczyzną, jednak miał w sobie coś więcej – każdy jego ruch, każde słowo i gest przyprawiały ją niemalże o drżenie, jak gdyby rzucono na nią czar i sama tylko obecność tego człowieka napełniała ją nieprawdopodobnym szczęściem, które nie podlegało żadnym warunkom ani nakazom rozumu.

Henry objaśniał jej znaczenie poszczególnych rumowisk. Przy okazji mówił trochę o swojej pracy i o różnych odkopanych przez siebie kościach.

Przeszli tam i z powrotem Drogą Panatenajską – główną ulicą starożytnych Aten.

Henry opowiadał o statuach jak o własnych bliskich.

Gdy zwróciła uwagę, że ruiny wyglądają jak ponadgryzane ogromnymi zębami, odparł, że większość pierwotnych budowli zniszczyli religijni fanatycy, wojna oraz najskuteczniejsza metoda destrukcji, czyli zaniedbanie.

* * *

Usiedli w jedynym zacienionym miejscu, jakim była stoa Attalosa – długi marmurowy portyk prowadzący do muzeum. Rebecca zdjęła sandały i położyła stopy na chłodnej posadzce. Obok na cokole stał jeden z fragmentów, które posłużyły za wzorzec w trakcie odbudowy. Zachowało się kilka kamiennych schodków – ludzkie stopy na przestrzeni wieków wyżłobiły w nich głębokie uśmiechy. Rebecca widziała cienie osób przechodzących za jej plecami. Henry opowiadał, że posągi, na które patrzą, uznano za nie dość wartościowe, by przenieść je do któregoś z prestiżowych muzeum, a zarazem zbyt ciekawe, by sprzedać je w prywatne ręce.

Rebecca pomyślała, że to im dodaje szczególnego, realistycznego piękna. Ale nie powiedziała tego na głos. Milcząco wodziła wzrokiem po okazałych torsach Odyseusza i Achillesa. Dopiero po pewnym czasie postanowiła otworzyć usta. Była w końcu artystką mieszkającą w Atenach, a nie tylko biedną, porzuconą przez matkę dziewczyną z francuskiej wioski.

– Bardzo mi się podobają.

– Dlaczego? – zaciekawił się Henry.

– Bo są takie niedoskonałe.

– I to sprawia, że są wyjątkowe?

– To sprawia, że są bardziej realistyczne.

Henry utkwił w nich wzrok.

– Ładnie powiedziane – rzekł. – Nie wpadłem na to.

Rebecca nie znała się na sztuce klasycznej. Wykształcili ją pragmatyczni nauczyciele w średnim wieku, czytający na głos z książek w szarych, ziejących pustką salach lekcyjnych z uchylnymi oknami. Pamiętała wietrzne pola w różnych odcieniach brązu, długie spacery do szkoły, gryzące rajstopy, uczucie ciepła w żołądku po śniadaniu, wlokący się traktor i ptaki, które podążały za nim jak małe latawce.

Poruszyła drętwiejącymi stopami.

Henry nadal mówił, lecz ona miała przed oczyma dłoń swojego dawnego nauczyciela zapisującą coś na tablicy.

Niedługo zadzwoni dzwonek i pójdzie do domu.

Jej nozdrza wypełnił zapach duszonych warzyw dziadka.

Mętny blask wtorkowego popołudnia.

Rebecca nie znała mitycznej Francji, tej krainy, z której współcześni młodzi ludzie zostali po cichu wykluczeni. Choć marzyła o zostaniu artystką, nigdy nie była w centrum Paryża, w jego słynnych muzeach. Bała się, że spotka tam matkę i odstraszy ją na dobre albo, co gorsza, że ona jej nie pozna. Widziała za to wieżę Eiffla w telewizji w sylwestrowy wieczór.

Muzeum Agory mieściło się w długim żółtym korytarzu z wysokimi gablotami. Strażniczki pilnujące zbiorów spoglądały krzywo na wchodzących.

Henry zaprowadził Rebeccę do gabloty, która na pierwszy rzut oka zdawała się pusta.

W środku była płytka skrzynia wypełniona piaskiem, z którego wystawały kawałki kości. Henry wskazał ostrą linię szczęki, delikatną kość udową i kilka leżących luzem zębów.

– To grób małej dziewczynki – wyjaśnił. – Umarła w wieku trzech lat. Widzisz te bransoletki?

Rebecca pokiwała twierdząco głową.

– Miała je na nadgarstkach, kiedy chowano ją do trumny. Leżą w tym samym miejscu, co wtedy.

– Kiedy umarła?

– Około trzech tysięcy lat temu.

Rebecca długo wpatrywała się w szczątki. Ludzie przechodzili za jej plecami.

– Dlaczego to takie smutne? – odezwała się w końcu. – Przecież nawet gdyby dożyła starości, to i tak byłaby już martwa.

Henry skinął głową. Nie odszedł pierwszy od gabloty, tylko poczekał, aż Rebecca będzie gotowa.

Nie śpiesząc się, mijali kolejne przedmioty: kamienne figurki, garnki, miski, dziecięcą komodę, biżuterię. Zatrzymali się przed skrzynią z szeregiem oznakowanych pokrywek.

– Ostraka – powiedział Henry. – Imiona ludzi, których Ateńczycy chcieli wygnać.

– Dlaczego?

– Nie wiem. Może byli palantami.

Henry przeczytał na głos imiona palantów:

Onomastos

Perykles

Arystydes

Kallias

Kalliksenos

Hipparchos

Temistokles

Boutalion

– Jeżeli ktoś został wskazany przez wiele osób, musiał opuścić miasto na dziesięć lat.

– Ciekawe, co się z nim działo – zastanawiała się Rebecca.

– Nareszcie stawał się wolny, jak każdy wygnaniec.

– Pięknie powiedziane.

– Podoba ci się?

– Tak. Bo to o nas.

Henry się zaśmiał.

– Jesteśmy wygnańcami?

Skinęła głową.

– Nie mamy żadnych obowiązków wobec losu.

Uśmiechnął się.

– To piękne.

Przeszli obok witryny z przedmiotami znalezionymi na dnie studni. Były tam lampy oliwne, Henry zgadywał, że wpadły do środka, gdy ktoś nabierał wody po zmroku. Były też kawałki misek i naczyń – okoliczni mieszkańcy zapewne nosili w nich wodę – oraz mała waza w kształcie dziecka, która w swoim czasie musiała być bardzo wartościowa. Rebecca powiedziała Henry’emu, że spośród wszystkich eksponatów właśnie waza podoba jej się najbardziej.

– Bo nie potrafię zrozumieć, dlaczego ludzie wyrzucają różne cenne rzeczy – wyjaśniła.

– Prawda? – odparł cicho, zastanawiając się nad jej słowami. – Chodźmy gdzieś i porozmyślajmy o tym.

Na zewnątrz znaleźli wolną ławkę z marmuru. Henry otworzył swoją zakurzoną skórzaną teczkę. W środku była butelka wody, cienka książka i kilka znalezionych kamieni, które go zaciekawiły.

Otworzył butelkę i poczęstował Rebeccę. Ona jednak ni stąd, ni zowąd sięgnęła po jego notes, otworzyła i przeczytała na głos:

– „Dlaczego niebytu nie ma?”

– Powiedz, czy to nie najciekawsze pytanie, jakie słyszałaś?

Rebecca uśmiechnęła się szeroko.

– Owszem. Ty to napisałeś?

– Przepisałem. Masz tu coś, co na pewno istnieje – podał jej butelkę wody.

Gdy piła, kilka kropli spłynęło jej między piersi, zostawiając wilgotny ślad na spoconej, zakurzonej skórze.

Zobaczyła, że Henry na nią spogląda. Ich spojrzenia skrzyżowały się na ułamek sekundy, ale to wystarczyło.

Wokół kładły się promienie powoli zachodzącego słońca, a wąskie uliczki Monastiraki wzbierały tłumem głodnych przechodniów.

7

Henry mieszkał w robotniczej dzielnicy obok torów metra. Miał niewiele mebli, ale dzięki stertom książek mieszkanie było przytulne. Siedzieli na balkonie z widokiem na fontannę. Pary zakochanych przysiadywały na jej krawędzi, pochylały się nad wodą i zanurzały dłonie. Kilka ciemnych liści opadło na dno i tkwiły tam nieruchomo, przyparte do kafelków strumieniem wody. Dzieci ostrożnie opuszczały swoje drobne ciała w chłodną głębię. Potem z któregoś balkonu dobiegło gniewne wołanie i rozpierzchły się jak szklane kulki.

Przed nimi na chybotliwym stoliku leżały dwie całe ryby, które Henry przed upieczeniem natarł czosnkiem i cytryną.

Jeden z sąsiadów zostawił je w pudełku pod jego drzwiami, wraz z instrukcją przyrządzania.

Henry pokroił też na cienkie plasterki kostkę fety i poprzetykał je listkami mięty i bazylii.

– Mocz je w oliwie, o tak – pokazywał.

Potem otworzył kolejne greckie wino, ściskając butelkę między kolanami. Opowiedział Rebecce, dlaczego przyjechał do Aten.

Tak jak ona wychował się w domku na wsi, tyle że w Walii, na zboczu wzgórza.

– To było jak całoroczny biwak. W domu pachniało mokrymi czasopismami. Dzieliłem łóżko z tuzinem zwierząt.

– Z tuzinem?

– Co najmniej.

– Znasz francuski?

– Szczątkowo.

– Dużo tych szczątków w twoim życiu.

– Otóż to. Skąd wiedziałaś?

– Na agorze wspominałeś o kościach.

– A.

I Henry, posługując się resztkami ryby na talerzu, wyjaśnił, jak rosną i zmieniają się kości, omawiając przy okazji kilka niuansów swojego fachu.

Rebecca stwierdziła, że artysta nie jest w stanie narysować osoby, której ani razu nie widział żywej.

Henry z wyrazem zaciekawienia skrzyżował ramiona na piersi.

– Tylko Michał Anioł potrafił wskrzesić zmarłych – ciągnęła dalej. – Podobno pewnego razu znaleziono rzymski posąg liczący jakieś tysiąc pięćset lat. Był w dobrym stanie, ale bez jednej ręki. Poproszono Michała Anioła, żeby ją dorobił. Nowa ręka była ułożona pod dziwnym kątem w stosunku do reszty ciała, ale Michał Anioł upierał się, że z anatomicznego punktu widzenia nie popełnił żadnego błędu – że wyrzeźbił dokładną replikę brakującej ręki. Kilkaset lat później jakiś rolnik spod Rzymu znalazł na swoim polu kawał marmuru. Okazało się, że to właśnie ta zaginiona ręka.

– I co? – zapytał niecierpliwie Henry, gasząc papierosa.

– Miała identyczny kształt i wymiary jak ta, którą dorobił Michał Anioł.

– Niesamowita historia.

– Nie wiem, czy kiedykolwiek będę mogła utrzymać się z malowania, ale jeśli się postaram, to powinnam przynajmniej osiągnąć jakiś przyzwoity poziom. Taki, który pozwoli mi wystawiać obrazy w Paryżu.

– Pozazdrościć – odparł Henry.

– Czego?

– Pasji. Większość ludzi nie ma takiej pasji w życiu. Ale jeśli ktoś ją ma, zwykle to po nim widać.

Rebecca zapytała, czy wyjmowanie ludzkich kości z ziemi wydaje mu się czymś intymnym.

– Nie myślałem o tym w ten sposób, ale pewnie masz rację. Jestem ich ostatnim punktem stycznym ze światem.

– Myślałam, że powiesz „nadzieją”, ich ostatnią nadzieją.

Henry zastanowił się.

– Jestem naukowcem. Nie mógłbym tak powiedzieć. Ludzie zawsze umierają z jakiegoś powodu, zwykle bardzo prozaicznego. Nie ma się co rozczulać.

Wyjrzał przez balkon. Obok fontanny jakiś mężczyzna czesał psa, który siedział nieruchomo z wywieszonym językiem.

– A te ludzkie szczątki? – zapytała Rebecca.

Henry się uśmiechnął.

– Ciekawe, co się stanie z moimi – zaśmiała się. – Co zostanie z mojego życia. Kto znajdzie moje ciało.

Henry pokiwał głową.

– Czy ktoś będzie się zastanawiał, co czułam?

Wygrzebała widelcem ostatnie kawałeczki mięsa spod kręgosłupa ryby

Henry zabrał talerze.

– Zaraz wrócę.

Zniknął w jasnej kuchni, a Rebecca została sama na balkonie. Robiło się ciemno. Przy fontannie zbierało się coraz więcej ludzi. Trzech starszych mężczyzn zdjęło buty i zapaliło papierosy. Dym unosił się nad nimi, szeroko rozpościerał cienkie ramiona, aż sięgnął balkonu i Rebecca poczuła delikatną woń ognia.

– Zamierzasz kiedyś wrócić do Walii? – zawołała w głąb mieszkania.

– Nie – odkrzyknął Henry. – Napijesz się jeszcze trochę wina?

– Oui, oui, oczywiście! Bycie Francuzką zobowiązuje.

Henry wrócił z nową butelką i paczką greckich papierosów.

– Dlaczego właściwie przyjechałeś do Aten?

– Jestem archeologiem. Ciągnie mnie w takie miejsca jak to.