Wydawca: Pascal Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2017

Wszystkie pory uczuć. Zima ebook

Magdalena Majcher  

4.14285714285714 (14)

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 347 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Wszystkie pory uczuć. Zima - Magdalena Majcher

Rodzinna tajemnica i skomplikowane siostrzane relacje. 

Wciągająca opowieść na długie zimowe wieczory.

Róża całe życie poświęciła innym. Wychowankowie domu dziecka i niepełnosprawna siostra zajmowali ją bez reszty. Teraz ma szansę odmienić swoje życie – wychodzi za mąż z nadzieją, że wreszcie będzie szczęśliwa. Jednak niewyjaśniona sprawa sprzed lat nie daje jej spokoju… 

Czy Róża znajdzie w sobie odwagę, by rozliczyć się z przeszłością?

Czy złamie obietnicę złożoną przed laty?

Wszystkie pory uczuć  Magdaleny Majcher to cykl powieści poruszających ważne życiowe tematy. Miłość i nienawiść, trudne wybory, przeciwności losu i w końcu upragnione szczęście i spokój. Wszystko w rytmie czterech pór roku.

Cztery pory roku, cztery wciągające historie.

Wszystkie pory uczuć. Wiosna  już wkrótce!

 

Opinie o ebooku Wszystkie pory uczuć. Zima - Magdalena Majcher

Fragment ebooka Wszystkie pory uczuć. Zima - Magdalena Majcher

Au­tor: Mag­da­le­na Maj­cher

Re­dak­cja: Klau­dia Ty­li­ba

Ko­rek­ta: Ka­ta­rzy­na Zio­ła-Ze­mczak

Pro­jekt gra­ficz­ny okład­ki: Ka­ta­rzy­na Bor­kow­ska

Skład: Mar­ta Krze­mień-Ojak

Zdję­cia na okład­ce: shut­ter­stock/lu­liia pho­to­gra­pher, Za­mu­ro­vic Pho­to­gra­phy, We­ro­ni­ka Smie­szek (zdję­cie Au­tor­ki)

Re­dak­tor pro­wa­dzą­ca: Agniesz­ka Gó­rec­ka

Re­dak­tor na­czel­na: Agniesz­ka Het­nał

© Co­py­ri­ght by Mag­da­le­na Maj­cher

© Co­py­ri­ght for this edi­tion by Wy­daw­nic­two Pas­cal

Ta książ­ka jest fik­cją li­te­rac­ką. Ja­kie­kol­wiek po­do­bień­stwo do rze­czy­wi­stych osób, ży­wych lub zmar­łych, au­ten­tycz­nych miejsc, wy­da­rzeń lub zja­wisk jest czy­sto przy­pad­ko­we. Bo­ha­te­ro­wie i wy­da­rze­nia opi­sa­ne w tej książ­ce są two­rem wy­obraź­ni au­tor­ki bądź zo­sta­ły zna­czą­co prze­two­rzo­ne pod ką­tem wy­ko­rzy­sta­nia w po­wie­ści.

Wszel­kie pra­wa za­strze­żo­ne. Żad­na część tej książ­ki nie może być po­wie­la­na lub prze­ka­zy­wa­na w ja­kiej­kol­wiek for­mie bez pi­sem­nej zgo­dy wy­daw­cy, za wy­jąt­kiem re­cen­zen­tów, któ­rzy mogą przy­to­czyć krót­kie frag­men­ty tek­stu.

Biel­sko-Bia­ła 2018

Wy­daw­nic­two Pas­cal sp. z o.o.

ul. Za­po­ra 25

43-382 Biel­sko-Bia­ła

tel. 338282828, fax 338282829

pas­cal@pas­cal.pl

www.pas­cal.pl

ISBN 978-83-8103-245-2

Przy­go­to­wa­nie eBo­oka: Ja­ro­sław Ja­błoń­ski

Ma­cie­jo­wi.

Za­ko­pa­ne na za­wsze bę­dzie mi się ko­ja­rzyćz Tobą i z po­cząt­kiem na­szej wspól­nej dro­gi.

Tam­ten czas mnie za­in­spi­ro­wał…

CZĘŚĆ PIERW­SZA

ROZ­DZIAŁ 1

Wie­le moż­na było po­wie­dzieć o ślu­bie Róży i Ta­de­usza, ale na pew­no nie to, że był baj­ko­wy. W baj­kach księż­nicz­ki, wy­cho­dząc za księ­cia, mają co naj­wy­żej dwa­dzie­ścia lat i wszyst­ko przed sobą, a w przy­pad­ku Róży śmia­ło moż­na było rzec, iż więk­szość ży­cia ma już za sobą, na­wet gdy­by za­ło­żyć, że do­ży­je set­ki. Rów­nież jej przy­szły mąż od­bie­gał od wy­obra­żeń na te­mat ty­po­we­go pana mło­de­go, a i sama ce­re­mo­nia była wy­jąt­ko­wo jak na taką uro­czy­stość skrom­na i zwy­czaj­na. Na go­ści nie cze­kał bo­ga­to za­sta­wio­ny stół, wy­na­ję­ta do nie­przy­zwo­icie wcze­snych go­dzin po­ran­nych sala we­sel­na czy ka­pe­la, któ­rej człon­ko­wie, od­po­wied­nio za­chę­ce­ni wy­so­ko­pro­cen­to­wy­mi trun­ka­mi, mie­li­by za­ba­wiać to­wa­rzy­stwo szla­gie­ra­mi we­sel­ny­mi do mo­men­tu, aż ostat­ni bie­siad­nik chwiej­nym kro­kiem zej­dzie z par­kie­tu. Nie było Bia­łe­go mi­sia, Pra­we­go do le­we­go, przy­śpie­wek o gorz­kiej wód­ce ani ocze­pin, a jed­nak więk­szość go­ści była zgod­na co do tego, że była to jed­na z naj­pięk­niej­szych, o ile nie naj­pięk­niej­sza ce­re­mo­nia ślub­na, w ja­kiej uczest­ni­czy­li.

Tem­pe­ra­tu­ra na ze­wnątrz spa­dła zu­peł­nie nie­spo­dzie­wa­nie do mi­nus dzie­się­ciu stop­ni, a bia­ły puch sta­ran­nie przy­krył park Scho­ena, w oto­cze­niu któ­re­go znaj­do­wał się za­byt­ko­wy pa­łac, w nim zaś sala ślu­bów urzę­du sta­nu cy­wil­ne­go. Mimo bła­gal­nych wes­tchnień i stę­sk­nio­nych spoj­rzeń po­sy­ła­nych w stro­nę nie­ba zima po­sta­no­wi­ła spra­wić wszyst­kim psi­ku­sa i nie na­de­szła ani dwu­dzie­ste­go czwar­te­go, ani dwu­dzie­ste­go pią­te­go, ani na­wet dwu­dzie­ste­go szó­ste­go grud­nia. Po­sta­no­wi­ła za­wi­tać na po­łu­dnie kra­ju do­kład­nie dzień po świę­tach, w so­bo­tę, kie­dy Róża i Ta­de­usz mie­li przy­rze­kać so­bie, że „uczy­nią wszyst­ko, aby ich mał­żeń­stwo było zgod­ne, szczę­śli­we i trwa­łe”.

Kie­dy Róża wsta­ła z łóż­ka i spoj­rza­ła za okno, jęk­nę­ła gło­śno. Me­te­oro­lo­dzy za­po­wia­da­li, że zima przyj­dzie stop­nio­wo i ła­god­nie, tym­cza­sem tego, co dzia­ło się na ze­wnątrz, nie moż­na było na­zwać ina­czej niż jej ostrym ata­kiem. Róża moc­no po­wąt­pie­wa­ła, czy cien­ki płasz­czyk, któ­ry za­ku­pi­ła z my­ślą o tym wy­jąt­ko­wym dniu, ochro­ni ją przed po­dmu­cha­mi mroź­ne­go po­wie­trza. Ziew­nę­ła gło­śno i się­gnę­ła po pi­lo­ta od te­le­wi­zo­ra. Dzien­ni­karz, któ­re­go twarz po­ja­wi­ła się na szkla­nym ekra­nie, in­for­mo­wał wła­śnie o gi­gan­tycz­nych kor­kach spo­wo­do­wa­nych nie­spo­dzie­wa­ny­mi opa­da­mi śnie­gu.

– Zima po­now­nie za­sko­czy­ła dro­go­wców, cho­ciaż prze­cież dwu­dzie­ste­go siód­me­go grud­nia moż­na już było się jej spo­dzie­wać – pod­su­mo­wał mło­dy re­por­ter. – Jak wi­dać, na­sze służ­by nie uczą się na błę­dach z prze­szło­ści. Mar­nym po­cie­sze­niem mogą być ich za­pew­nie­nia, że do po­nie­dział­ku sy­tu­acja na pol­skich dro­gach po­win­na już wró­cić do nor­my.

Róża z nie­za­do­wo­le­niem po­krę­ci­ła gło­wą. Wpraw­dzie nie prze­wi­dy­wa­ła żad­nych utrud­nień na ki­lo­me­tro­wym od­cin­ku, któ­ry dzie­lił dom Ta­de­usza od blo­ku, gdzie wraz z sio­strą miesz­ka­ła od wie­lu już lat, jed­nak sy­tu­acja, jak za­pew­niał dzien­ni­karz, była na tyle po­waż­na, że wszyst­ko mo­gło się zda­rzyć. Prze­li­czy­ła w my­ślach dy­stans, jaki dzie­lił jej miesz­ka­nie od Pa­ła­cu Scho­ena. Dwa, może trzy ki­lo­me­try głów­ny­mi so­sno­wiec­ki­mi dro­ga­mi. Do­ja­dą, ale co z go­ść­mi? Róża nie chcia­ła, aby co­kol­wiek ze­psu­ło ten nie­zwy­kły dzień – w koń­cu cze­ka­ła na nie­go pra­wie sześć­dzie­siąt lat – jed­nak wszyst­ko wska­zy­wa­ło na to, że po­go­da upar­ła się po­psuć jej szy­ki. Po­sta­no­wi­ła obu­dzić Lud­mi­łę i po­dzie­lić się z nią swo­imi wąt­pli­wo­ścia­mi. W koń­cu, jak po­wszech­nie wia­do­mo, każ­dy pro­blem tra­ci na zna­cze­niu, kie­dy omó­wi się go z bli­ską oso­bą.

– Wasz ślub bę­dzie prze­pięk­ny – za­pew­ni­ła Różę sio­stra, uśmie­cha­jąc się sze­ro­ko. – Bę­dziesz jak Kró­lo­wa Śnie­gu! Ty, Ta­de­usz i zi­mo­wa sce­ne­ria… Zu­peł­nie jak w baj­ce!

Lud­mi­ła, na­zy­wa­na przez ro­dzi­nę i zna­jo­mych Mił­ką, wy­ka­zy­wa­ła nie­ty­po­wą dla swo­je­go wie­ku in­fan­tyl­ność i swe­go ro­dza­ju na­iw­ność. Nie­ty­po­wą jed­nak tyl­ko dla osób, któ­re nie zna­ły jej hi­sto­rii, bo­wiem Mił­ka uro­dzi­ła się z nie­do­tle­nie­niem i cho­ciaż na pierw­szy rzut oka trud­no było co­kol­wiek za­uwa­żyć, tru­dy zwią­za­ne z przyj­ściem na świat od­ci­snę­ły trwa­łe pięt­no na jej in­te­lek­cie. Rzecz ja­sna w cza­sach, w któ­rych przy­szła na świat, nikt nie za­wra­cał so­bie gło­wy ta­ki­mi drob­nost­ka­mi jak de­fi­cy­ty in­te­lek­tu­al­ne dziec­ka, to­też dziew­czyn­ka nie otrzy­ma­ła nie­zbęd­ne­go wspar­cia, a jej roz­wój nie był w ża­den spo­sób sty­mu­lo­wa­ny.

Róża z nie­cier­pli­wo­ścią zer­ka­ła na ze­ga­rek, ale wska­zów­ki jak­by upar­ły się zwol­nić, przy­po­mi­na­jąc ko­bie­cie, że sko­ro przez tyle już lat była sa­mot­na, kil­ka do­dat­ko­wych go­dzin ni­cze­go nie zmie­ni. Ale Róża nie chcia­ła już cze­kać. Na­cze­ka­ła się wy­star­cza­ją­co dłu­go. Prze­sie­dzia­ła swo­je ży­cie w po­cze­kal­ni, a czas prze­cie­kał jej przez pal­ce. Cza­sem ła­pa­ła się na tym, że pró­bo­wa­ła chwy­tać po­szcze­gól­ne mi­nu­ty i go­dzi­ny, ale czas – ni­czym woda – był nie­uchwyt­ny.

Otwo­rzy­ła sza­fę, w któ­rej cze­ka­ła kre­acja przy­go­to­wa­na spe­cjal­nie na ten wy­jąt­ko­wy dzień. Róża dłu­go za­sta­na­wia­ła się, co po­win­na za­ło­żyć. Myśl o tym, że mia­ła­by wci­snąć się w bia­łą, dłu­gą do zie­mi suk­nię, wy­da­wa­ła jej się ir­ra­cjo­nal­na.

– Już nie te lata – wy­ja­śni­ła Mił­ce, któ­ra pró­bo­wa­ła na­mó­wić ją na tra­dy­cyj­ną suk­nię ślub­ną. – Tyl­ko bym się ośmie­szy­ła!

– Niby dla­cze­go? – żach­nę­ła się młod­sza z sióstr. – Ślub wy­ma­ga spe­cjal­nej opra­wy, nie­waż­ne w ja­kim wie­ku się go bie­rze!

Ko­niec koń­ców Róża zde­cy­do­wa­ła się na kre­mo­wą su­kien­kę się­ga­ją­cą tuż za ko­la­no. Kie­dy uda­ło jej się wy­brać kre­ację, oka­za­ło się, że jesz­cze więk­szym wy­zwa­niem bę­dzie za­kup pa­su­ją­cych do niej bu­tów. Róża przez ży­cie szła w wy­god­nych trze­wi­kach na pła­skim ob­ca­sie i nie wy­obra­ża­ła so­bie, że mia­ła­by po­ko­nać na szczu­dłach – jak w my­ślach na­zy­wa­ła szpil­ki – dy­stans cho­ciaż­by jed­ne­go me­tra. Z dru­giej stro­ny nie mo­gła prze­cież wy­stą­pić na wła­snym ślu­bie w ba­le­rin­kach czy te­ni­sów­kach. Na szczę­ście z po­mo­cą przy­szła jej uro­cza sprze­daw­czy­ni ze skle­pu obuw­ni­cze­go, znaj­du­jąc dla niej wy­god­ne i ele­ganc­kie buty na ni­skim słup­ku.

Róża ubra­ła się, na­ło­ży­ła de­li­kat­ny ma­ki­jaż i cze­ka­ła. W tym cza­sie zdą­ży­ła ja­kieś sześć­dzie­siąt dwa razy zwąt­pić w po­wo­dze­nie ca­łe­go przed­się­wzię­cia i uznać, że Ta­de­usz na pew­no się roz­my­śli i wca­le nie przy­je­dzie po nią z kie­row­cą. Tak dłu­go była sa­mot­na, że nie mie­ści­ło jej się w gło­wie, iż te­raz ma za­cząć nowe ży­cie. Tak po pro­stu.

Ale Ta­de­usz, rzecz ja­sna, wca­le się nie roz­my­ślił. Nie po to prze­ła­mał swą wro­dzo­ną nie­śmia­łość i na­ra­ża­jąc się na po­śmie­wi­sko, ni stąd, ni zo­wąd po­pro­sił wie­lo­let­nią zna­jo­mą z pra­cy o rękę. Nie za­pro­sił jej na kawę, do kina czy te­atru. Nie. Po pro­stu uklęk­nął przed nią i oświad­czył, że jest w niej za­ko­cha­ny prak­tycz­nie od za­wsze, ale do­tych­czas był skoń­czo­nym idio­tą, któ­ry ukry­wał swo­je praw­dzi­we uczu­cia, oba­wia­jąc się od­rzu­ce­nia. Jego wy­zna­nie spra­wi­ło, że Róża onie­mia­ła. Po­trze­bo­wa­ła cza­su, aby dojść do sie­bie. Mil­cza­ła tak dłu­go, że Ta­de­usz zdą­żył już dojść do wnio­sku, iż do­stał ko­sza i wła­śnie miał zbie­rać się do wyj­ścia, kie­dy ochry­płym z wra­że­nia gło­sem wy­ją­ka­ła:

– Oczy­wi­ście, że za pana wyj­dę!

Na „ty” prze­szli nie­co póź­niej, kie­dy już Róża z dumą no­si­ła na pal­cu zło­ty pier­ścio­nek z nie­wiel­ką cyr­ko­nią. Ta­de­usz, tak jak i Róża, od wie­lu lat pra­co­wał w domu dziec­ka. Jego na­rze­czo­na była wy­cho­waw­czy­nią, on – zło­tą rącz­ką, czy­li czło­wie­kiem od ab­so­lut­nie wszyst­kie­go, cze­go nie do­wo­dzi­ła nie­ste­ty wy­so­kość jego pen­sji, dla­te­go pier­ścio­nek z cyr­ko­nią był je­dy­nym, na jaki mógł so­bie po­zwo­lić, ale Róża i tak uwa­ża­ła, że jest on naj­pięk­niej­szy i naj­cen­niej­szy na świe­cie.

Wy­na­ję­ty sa­mo­chód, z Ta­de­uszem w środ­ku, za­uwa­ży­ła przez okno, przy któ­rym sta­ła już od do­brej go­dzi­ny. Na­rze­czo­ny wy­siadł z auta, zer­k­nął w górę i ich spoj­rze­nia się skrzy­żo­wa­ły. Róża, za­wsty­dzo­na, że zo­sta­ła przy­ła­pa­na na go­rą­cym uczyn­ku, scho­wa­ła się za fi­ran­ką – na jej ustach błą­kał się nie­śmia­ły uśmiech. A więc przy­je­chał, nie roz­my­ślił się, na­dal chce się z nią oże­nić! Z nią, wła­śnie z nią, z Różą Do­bro­wol­ską!

Do miesz­ka­nia wpu­ści­ła go Mił­ka, z któ­rą przez krót­ki okres na­rze­czeń­stwa z Różą zdą­żył się po­lu­bić, cho­ciaż nie do koń­ca to­le­ro­wał dziw­ną, zbyt bli­ską i dość nie­zdro­wą re­la­cję przy­szłej żony z sio­strą. Te­raz jed­nak nie za­mie­rzał za­przą­tać so­bie tym gło­wy – do przed­po­ko­ju wła­śnie we­szła ONA. Naj­pięk­niej­sza, naj­uko­chań­sza, ta wy­jąt­ko­wa.

Kil­ka płat­ków śnie­gu za­plą­ta­ło się w jego wciąż gę­ste, cho­ciaż cał­kiem już siwe wło­sy. Róża mo­gła­by przy­siąc, że w jego le­wym oku po­ja­wi­ła się łza wzru­sze­nia, ale może jed­nak to tyl­ko zbłą­ka­ny śnie­żek za­trzy­mał się na rzę­sie? Sama nie po­tra­fi­ła ukryć po­ru­sze­nia i emo­cji, któ­re nią za­wład­nę­ły. Po­de­szła do uko­cha­ne­go i wtu­li­ła się w nie­go moc­no, wcią­ga­jąc przez noz­drza jego za­pach, jak­by sta­ra­ła się na­uczyć go na pa­mięć. Nie zwa­ża­ła na obec­ność sio­stry i ko­le­gi Ta­de­usza, któ­ry zgo­dził się zo­stać jego świad­kiem.

– Mój ko­cha­ny… – wy­szep­ta­ła, czu­jąc, jak szczę­ście wy­peł­nia ją całą, od stóp do głów.

Sta­rość prze­sta­ła być aż taka strasz­na, od­kąd mia­ła ją spę­dzić w ra­mio­nach tego męż­czy­zny.

Re­mi­giusz, ko­le­ga Ta­de­usza, chrząk­nął zna­czą­co.

– Nie chciał­bym prze­ry­wać tej jak­że pięk­nej sce­ny, ale oba­wiam się, że je­śli za­raz nie wy­je­dzie­my, mo­że­my się spóź­nić. Zima ode­bra­ła kie­row­com ro­zu­my!

Re­mi­giusz za­zdro­ścił ko­le­dze i z nie­pew­no­ścią zer­kał w przy­szłość. Zna­li się z Ta­de­uszem od dziec­ka, wy­cho­wa­li się na tej sa­mej uli­cy i tak się ży­cie po­to­czy­ło, że ża­den z nich się nie oże­nił, czę­sto więc spo­ty­ka­li się, aby ra­zem za­bić czas. Wie­dział, że przy­ja­ciel, z wia­do­mych wzglę­dów, już nie bę­dzie od­wie­dzał go tak czę­sto jak do­tych­czas i to na­pa­wa­ło go lę­kiem. Nikt nie chce być sa­mot­ny na sta­rość. Po­dzi­wiał ko­le­gę za to, że ten w koń­cu zdo­był się na szcze­rość i wy­znał Róży swo­je uczu­cia. Jak wi­dać, cza­sem opła­ca się po­sta­wić wszyst­ko na jed­ną kar­tę i za­ry­zy­ko­wać.

– Oczy­wi­ście, już się zbie­ra­my! – Róża nie­chęt­nie ode­rwa­ła się od przy­szłe­go męża i za­czę­ła przy­go­to­wy­wać się do wyj­ścia.

Jesz­cze tyl­ko Mił­ka trzy razy spraw­dzi­ła, czy na pew­no za­bra­ła do­wód oso­bi­sty, Róża zdą­ży­ła spa­ni­ko­wać, że zgu­bi­ła port­fel, choć ten bez­piecz­nie spo­czy­wał tam, gdzie za­wsze, czy­li w jej to­reb­ce, a Re­mi­giu­szo­wi zro­bi­ło się go­rą­co, gdy nie wy­czuł w kie­sze­ni pu­de­łecz­ka z ob­rącz­ka­mi – oka­za­ło się, że wło­żył je do dru­giej – po czym ru­szy­li.

Tłum, jaki za­sta­li w Pa­ła­cu Scho­ena, prze­rósł naj­śmiel­sze ocze­ki­wa­nia Róży. Od­nio­sła wra­że­nie, że przed salą ślu­bów ze­bra­li się wszy­scy wy­cho­wan­ko­wie, któ­rzy prze­wi­nę­li się przez dom dziec­ka w cią­gu ostat­nich trzy­dzie­stu pię­ciu lat. Ślub ich uko­cha­nej wy­cho­waw­czy­ni i uwiel­bia­ne­go przez wszyst­kie dzie­cia­ki do­zor­cy przy­cią­gnął na­wet tych, dla któ­rych za­kład opie­kuń­czo-wy­cho­waw­czy był tyl­ko od­le­głym, mgli­stym wspo­mnie­niem, któ­re naj­chęt­niej wy­ma­za­li­by z pa­mię­ci. Nie­któ­rzy po opusz­cze­niu mu­rów pla­ców­ki od­ci­na­li się od prze­szło­ści, pró­bo­wa­li uda­wać ko­goś, kim nie byli, inni zaś o swo­im po­cho­dze­niu do­wia­dy­wa­li się zu­peł­nie przy­pad­ko­wo, po la­tach, gdyż ro­dzi­ce ad­op­cyj­ni po­sta­no­wi­li ukry­wać przed nimi praw­dę, uzna­jąc, iż jest ona zbyt wsty­dli­wa i trud­na, by o niej mó­wić. Róża mia­ła wra­że­nie, że na­wet ci spo­śród jej wy­cho­wan­ków, któ­rzy ni­g­dy nie przy­zna­li­by się gło­śno do tego, że do­ra­sta­li w bi­du­lu, przy­by­li tego dnia na jej ślub, aby dzie­lić z parą mło­dą ra­dość i ży­czyć im szczę­ścia. Więk­szość z obec­nych w neo­ba­ro­ko­wym pa­ła­cu osób za­wdzię­cza­ła Róży i Ta­de­uszo­wi na­praw­dę wie­le. Nic dziw­ne­go, że po­sta­no­wi­li zo­stać świad­ka­mi tak waż­ne­go w ich ży­ciu wy­da­rze­nia.

W pierw­szym rzę­dzie sta­ły Ha­nia w to­wa­rzy­stwie swo­jej ro­dzi­ny i Asia z no­wym part­ne­rem – pierw­szym i ostat­nim na dłu­giej li­ście męż­czyzn w jej ży­ciu, któ­ry za­po­wia­dał się co naj­mniej do­brze. Róża po­my­śla­ła, że pu­ste miej­sce obok przy­ja­ció­łek po­win­na za­jąć Mo­ni­ka. Wciąż nie od­cho­ro­wa­ła przed­wcze­snej śmier­ci by­łej wy­cho­wan­ki. Była taka mło­da, a po­zo­sta­wi­ła po so­bie tyl­ko żal, po­czu­cie pust­ki i… kil­ku­let­nie­go syn­ka, któ­ry po­dzie­lił los mat­ki i tra­fił pod opie­kę za­kła­du opie­kuń­czo-wy­cho­waw­cze­go.

Kil­ka me­trów za Ha­nią i Jo­asią sta­ła We­ro­ni­ka – ko­bie­ta bli­ska jej z wie­lu wzglę­dów. We­ro­ni­ka z mę­żem za­adop­to­wa­li tro­je dzie­ci z domu dziec­ka, w któ­rym pra­co­wa­ła Róża. Jed­na z dziew­czy­nek, któ­ra u Ka­miń­skich zna­la­zła dom, mi­łość i spo­kój, mia­ła ze­spół Asper­ge­ra, jed­nak od­kąd tra­fi­ła do no­wej ro­dzi­ny, zro­bi­ła ogrom­ne po­stę­py w roz­wo­ju. Róża utrzy­my­wa­ła sta­ły kon­takt z ad­op­cyj­ną mamą swo­ich daw­nych wy­cho­wan­ków. We­ro­ni­ka jako jed­na z nie­licz­nych ma­tek nie ukry­wa­ła przed dzieć­mi tego, że wy­cho­wa­ły się w bi­du­lu, wręcz prze­ciw­nie – uczy­ni­ła z tego fak­tu coś wy­jąt­ko­we­go. Róża jesz­cze ni­g­dy w swo­jej pra­cy nie spo­tka­ła tak mą­drej ko­bie­ty. Kie­dy We­ro­ni­ka ra­zem ze swo­ją naj­star­szą cór­ką, An­ge­li­ką, przy­szła do domu dziec­ka, aby dziew­czyn­ka mo­gła po­znać Lenę, Róża aż za­nie­mó­wi­ła z wra­że­nia.

– Ja też wy­cho­wa­łam się w tym domu dziec­ka? – za­py­ta­ła An­ge­li­ka, a z jej tonu moż­na było wy­wnio­sko­wać, że nie wi­dzi w tym ni­cze­go nad­zwy­czaj­ne­go czy wsty­dli­we­go.

– Tak, ko­cha­nie, cie­bie rów­nież spo­tka­li­śmy po raz pierw­szy wła­śnie w tym miej­scu – wy­ja­śni­ła ze spo­ko­jem We­ro­ni­ka. – By­łaś taka ma­lut­ka i cze­ka­łaś wła­śnie na nas! Kie­dy po raz pierw­szy wzię­łam cię na ręce, uśmiech­nę­łaś się sze­ro­ko, da­jąc mi tym sa­mym od­czuć, że mnie za­ak­cep­to­wa­łaś. By­ły­śmy so­bie prze­zna­czo­ne, wiesz?

We­ro­ni­ka o domu dziec­ka opo­wia­da­ła tak… pięk­nie. Dziew­czyn­ka z nie­ukry­wa­ną fa­scy­na­cją wsłu­chi­wa­ła się w hi­sto­rię, któ­rą opo­wia­da­ła jej mat­ka. We­ro­ni­ka pod­kre­śli­ła, że cho­ciaż An­ge­li­ka była w brzusz­ku u in­nej mamy, ona sama od daw­na no­si­ła ją w ser­cu.

Róża z miej­sca po­czu­ła do tej ko­bie­ty sym­pa­tię, a z bie­giem lat szcze­rze się za­przy­jaź­ni­ły. Więk­szość ro­dzi­ców trak­to­wa­ła pra­cow­ni­ków pla­ców­ki jak in­tru­zów, któ­rzy sta­ją po­mię­dzy nimi a dzieć­mi, przy­po­mi­na­jąc tyl­ko o smut­nej prze­szło­ści. Tym­cza­sem We­ro­ni­ka uwa­ża­ła, że więź, jaka po­wsta­ła mię­dzy dziec­kiem a wy­cho­waw­czy­nią z ośrod­ka, na­le­ży pie­lę­gno­wać, dla­te­go chęt­nie od­wie­dza­ła z An­ge­li­ką i Leną, a póź­niej tak­że z Da­wi­dem, Różę i in­nych opie­ku­nów.

– Oni już stra­ci­li ro­dzi­ców… Ich wia­ra w to, że w ży­ciu coś jest na za­wsze, zo­sta­ła za­chwia­na – tłu­ma­czy­ła onie­mia­łej Róży. – Ser­dusz­ka mo­ich dzie­ci są po­jem­ne, zmie­ści­my się tam wszy­scy! – żar­to­wa­ła.

Róża uwa­ża­ła, że gdy­by wszy­scy ro­dzi­ce mie­li ta­kie po­dej­ście do spra­wy jak We­ro­ni­ka, dzie­cia­kom z do­mów dziec­ka ła­twiej by­ło­by się przy­sto­so­wać do no­wych wa­run­ków.

Pisk, jaki roz­legł się na pra­wo od wej­ścia, sku­tecz­nie przy­wró­cił ją do rze­czy­wi­sto­ści. Al­do­na, Jola i Ela, ko­le­żan­ki z pra­cy, z pa­nią Ka­sią, dy­rek­tor­ką pla­ców­ki, na cze­le ska­ka­ły z pod­eks­cy­to­wa­nia jak dzie­ci i już po chwi­li cią­gnę­ły pan­nę mło­dą do sie­bie.

– Róża wy­cho­dzi za mąż! – krzy­cza­ły jed­na przez dru­gą.

Bar­dzo lu­bi­ły ko­le­żan­kę i od daw­na po ci­chu li­czy­ły na to, że i do niej w koń­cu uśmiech­nie się los. Róża całe ży­cie po­świę­ci­ła dzie­cia­kom z domu dziec­ka, za­po­mi­na­jąc o wła­snych po­trze­bach. Po praw­dzie każ­da z nich ofia­ro­wa­ła naj­młod­szym dużą część swo­je­go ser­ca, ale tyl­ko Róża po­da­ro­wa­ła im ab­so­lut­nie wszyst­ko, co po­sia­da­ła, zu­peł­nie nie dba­jąc o ży­cie pry­wat­ne, któ­re­go zresz­tą prak­tycz­nie nie mia­ła.

– Ta­de­uszu, masz sza­no­wać żonę, bo bę­dziesz miał ze mną do czy­nie­nia! – za­gro­zi­ła żar­to­bli­wie dy­rek­tor­ka.

Róża jesz­cze raz ro­zej­rza­ła się wo­kół z nie­do­wie­rza­niem. Oprócz Hani, Asi, We­ro­ni­ki i ko­le­ża­nek z pra­cy szyb­ko do­strze­gła rów­nież Mar­tę, Igę, Na­ta­lię, Fran­ka, Do­ro­tę, Ra­fa­ła, Klau­dię i… całe mnó­stwo zna­jo­mych twa­rzy. Naj­chęt­niej by ich wszyst­kich wy­ści­ska­ła, ale nie było już na to cza­su, bo urzęd­nicz­ka wła­śnie otwo­rzy­ła drzwi i za­pro­si­ła parę mło­dą wraz z go­ść­mi do sali, w któ­rej mia­ła od­być się uro­czy­stość.

Róża gło­śno wcią­gnę­ła po­wie­trze, spoj­rza­ła nie­pew­nie na Ta­de­usza i uśmiech­nę­ła się sze­ro­ko – nie tyl­ko usta­mi, ale całą twa­rzą.

– Idzie­my?

– Idzie­my!

Męż­czy­zna zła­pał na­rze­czo­ną moc­no za rękę i po­cią­gnął za sobą. Róża mia­ła wra­że­nie, jak­by to wszyst­ko, co wła­śnie mia­ło miej­sce w sali ślu­bów, dzia­ło się gdzieś poza nią. Zu­peł­nie jak­by oglą­da­ła uro­czy­stość w zwol­nio­nym tem­pie na ekra­nie te­le­wi­zo­ra. Roz­brzmia­ły pierw­sze tak­ty mar­szu Men­dels­soh­na, a urzęd­nicz­ka zgrab­nie we­szła w rolę pro­wa­dzą­cej całą ce­re­mo­nię. Róża i Ta­de­usz za­ję­li miej­sca z przo­du na środ­ku, obok pan­ny mło­dej usiadł Re­mi­giusz, a tuż przy panu mło­dym – Mił­ka. Wszy­scy go­ście stło­czy­li się za ple­ca­mi przy­szłych mał­żon­ków. Gdzieś po pra­wej bły­snął flesz, ktoś włą­czył opcję na­gry­wa­nia, a kie­row­nicz­ka Urzę­du Sta­nu Cy­wil­ne­go po­wi­ta­ła ze­bra­nych i za­czę­ła swo­ją stan­dar­do­wą prze­mo­wę o roli mał­żeń­stwa jako pod­sta­wo­wej ko­mór­ki spo­łe­czeń­stwa, tym sa­mym ob­dzie­ra­jąc całą uro­czy­stość z ma­gii. Pod­sta­wo­wa ko­mór­ka spo­łe­czeń­stwa, w oso­bach Róży i Ta­de­usza, uśmiech­nę­ła się do sie­bie po­ro­zu­mie­waw­czo.

Urzęd­nicz­ka po­pro­si­ła wszyst­kich o po­wsta­nie i za­py­ta­ła pań­stwa mło­dych, czy za­mie­rza­ją za­wrzeć mał­żeń­stwo. Ta­de­usz na­tych­miast po­twier­dził swo­ją go­to­wość, ale Róży wy­mó­wie­nie tego krót­kie­go sło­wa za­ję­ło dłuż­szą chwi­lę. Była tak nie­wy­obra­żal­nie szczę­śli­wa, że nie po­tra­fi­ła zwer­ba­li­zo­wać wła­snych my­śli.

– Tak! – wy­ją­ka­ła w koń­cu, a Ta­de­usz do­dał jej otu­chy, moc­no ści­ska­jąc za rękę.

Za­raz po­tem w sali roz­legł się jego zde­cy­do­wa­ny, do­no­śny głos, a oczy żeń­skiej czę­ści ze­bra­nych w po­miesz­cze­niu go­ści nie­mal na­tych­miast się za­szkli­ły.

– Świa­do­my praw i obo­wiąz­ków wy­ni­ka­ją­cych z za­ło­że­nia ro­dzi­ny, uro­czy­ście oświad­czam, że wstę­pu­ję w zwią­zek mał­żeń­ski z Różą Do­bro­wol­ską i przy­rze­kam, że uczy­nię wszyst­ko, aby na­sze mał­żeń­stwo było zgod­ne, szczę­śli­we i trwa­łe.

Te same sło­wa po chwi­li po­wtó­rzy­ła pan­na mło­da:

– Świa­do­ma praw i obo­wiąz­ków wy­ni­ka­ją­cych z za­ło­że­nia ro­dzi­ny, uro­czy­ście oświad­czam, że wstę­pu­ję w zwią­zek mał­żeń­ski z Ta­de­uszem Ma­jew­skim i przy­rze­kam, że uczy­nię wszyst­ko, aby na­sze mał­żeń­stwo było zgod­ne, szczę­śli­we i trwa­łe.

Urzęd­nicz­ka po­zwo­li­ła so­bie na de­li­kat­ny uśmiech i po­wie­dzia­ła:

– Wo­bec zgod­ne­go oświad­cze­nia obu stron, zło­żo­ne­go w obec­no­ści świad­ków, oświad­czam, że zwią­zek mał­żeń­ski pani Róży Do­bro­wol­skiej i pana Ta­de­usza Ma­jew­skie­go zo­stał za­war­ty zgod­nie z obo­wią­zu­ją­cy­mi prze­pi­sa­mi pra­wa. Jako sym­bol łą­czą­ce­go pań­stwa związ­ku wy­mień­cie, pro­szę, ob­rącz­ki.

Ktoś – prze­ję­ta Róża nie mia­ła na­wet po­ję­cia kto – po­dał im ob­rącz­ki, a Ta­de­usz jed­nym zgrab­nym ru­chem za­ło­żył jej zło­ty krą­żek na pa­lec. Za­zdro­ści­ła mu tego spo­ko­ju i opa­no­wa­nia, gdyż sama z po­wo­du trzę­są­cych się dło­ni mia­ła nie­ma­ły kło­pot, aby wsu­nąć mę­żo­wi ob­rącz­kę. Przez dłuż­szą chwi­lę za­sta­na­wia­ła się, na któ­ry pa­lec po­win­na mu ją za­ło­żyć, a prze­cież wie­dzia­ła, do­sko­na­le wie­dzia­ła jesz­cze na chwi­lę przed samą uro­czy­sto­ścią – Ta­de­usz pod­po­wie­dział jej te­atral­nym szep­tem, że cho­dzi o pa­lec ser­decz­ny, a cała sala ryk­nę­ła śmie­chem, roz­ła­do­wu­jąc tym sa­mym na­pię­cie. Róża w koń­cu po­ra­dzi­ła so­bie z ob­rącz­ką i szyb­ko cmok­nę­ła Ta­de­usza, bo nie była zwo­len­nicz­ką pu­blicz­ne­go oka­zy­wa­nia so­bie uczuć, na­wet z oka­zji ślu­bu – uwa­ża­ła, że czas na po­ca­łun­ki na­dej­dzie, kie­dy zo­sta­ną sami ze świe­żo po­ślu­bio­nym mę­żem.

Urzęd­nicz­ka po­pro­si­ła ich o pod­pi­sa­nie aktu mał­żeń­stwa, co też ocho­czo uczy­ni­li. Róża po raz ostat­ni pod­pi­sa­ła się pa­nień­skim na­zwi­skiem i do­tar­ło do niej, że oto sta­li się z Ta­de­uszem jed­no­ścią, a jego przy­szłość jest jej przy­szło­ścią. Ni­g­dy do­tych­czas – co ja­sne – nie czu­ła ta­kie­go ze­spo­le­nia z dru­gim czło­wie­kiem. Na­pa­wa­ło ją to jed­no­cze­śnie ogrom­ną ra­do­ścią i nie mniej­szym prze­ra­że­niem. Czy po­do­ła­ją z Ta­de­uszem temu trud­ne­mu wy­zwa­niu? Czy stwo­rzą, tak jak so­bie przy­się­ga­li, mał­żeń­stwo zgod­ne, szczę­śli­we i trwa­łe? Róża wie­dzia­ła, że nie ist­nie­je ide­al­na re­cep­ta na uda­ny zwią­zek, a dro­ga do tej wła­snej, wy­pra­co­wa­nej tru­dem i dłu­gi­mi roz­mo­wa­mi, bę­dzie wy­bo­ista i nie­po­zba­wio­na prze­ciw­no­ści, ale wie­rzy­ła, że war­to.

Dal­szy ciąg uro­czy­sto­ści mi­nął bły­ska­wicz­nie – urzęd­nicz­ka zło­ży­ła mło­dej pa­rze gra­tu­la­cje, po czym za­koń­czy­ła ce­re­mo­nię. Ca­łość trwa­ła nie wię­cej niż pięt­na­ście mi­nut, co wpra­wi­ło Różę w nie­ma­łe zdu­mie­nie. Nie przy­pusz­cza­ła, że wy­star­czy kwa­drans, aby tak bar­dzo zmie­ni­ło się czy­jeś ży­cie. Już nie była sta­rą pan­ną, nie­co eks­tra­wa­ganc­ką Różą Do­bro­wol­ską. Te­raz była pa­nią Ma­jew­ską, żoną naj­szla­chet­niej­sze­go czło­wie­ka, ja­kie­go no­si­ła kula ziem­ska.

Gra­tu­la­cjom i ży­cze­niom nie było koń­ca. Ro­dzi­na, przy­ja­cie­le i naj­bliż­si zna­jo­mi za­pro­sze­ni na uro­czy­sty obiad cier­pli­wie cze­ka­li, aż gru­pa, któ­ra stło­czy­ła się wo­kół Róży i Ta­de­usza, się ro­zej­dzie. Pani mło­da ze wzru­sze­niem przy­tu­la­ła ko­lej­nych wy­cho­wan­ków i ado­pcyj­nych ro­dzi­ców swo­ich daw­nych pod­opiecz­nych. Ta­de­usz wier­nie tkwił przy boku swej świe­żo po­ślu­bio­nej żony, któ­ra była naj­bar­dziej lu­bia­ną wy­cho­waw­czy­nią w domu dziec­ka, ani tro­chę nie dzi­wi­ła go więc obec­ność tych wszyst­kich osób.

W koń­cu go­ście prze­sta­li ob­le­gać parę mło­dą. Róża i Ta­de­usz spoj­rze­li na sie­bie po­ro­zu­mie­waw­czo, po­da­li so­bie dło­nie i dziar­sko ru­szy­li w stro­nę wspól­nej przy­szło­ści. Wy­szli z bu­dyn­ku, by prze­ko­nać się, że na ze­wnątrz sza­le­je wła­śnie praw­dzi­wa śnie­ży­ca, im jed­nak nie­strasz­na była już żad­na za­wie­ru­cha. Płat­ki śnie­gu tań­czy­ły wo­kół za­ko­cha­nych, a go­ście się­gnę­li po apa­ra­ty fo­to­gra­ficz­ne, aby uchwy­cić i utrwa­lić tę wy­jąt­ko­wą chwi­lę. Na tle wi­ru­ją­cych śnie­ży­nek pań­stwo Ma­jew­scy pre­zen­to­wa­li się nie­sa­mo­wi­cie – jak­by żyw­cem wy­rwa­ni z ba­śni An­der­se­na.

Uśmiech­nę­li się do sie­bie i nie­mal rów­no­cze­śnie spoj­rze­li w tym sa­mym kie­run­ku, przed sie­bie – ku wspól­nej przy­szło­ści.

ROZ­DZIAŁ 2

Jesz­cze przed ślu­bem Róża prze­wio­zła kil­ka naj­po­trzeb­niej­szych rze­czy, swo­ich i Mił­ki – bo to, że sio­stra prze­pro­wa­dzi się ra­zem z nią, było ja­sne jak słoń­ce, przy­naj­mniej dla niej – do domu przy uli­cy, no­men omen, Zi­mo­wej. Za­mie­rza­ła wpro­wa­dzić się wraz z Lud­mi­łą do uko­cha­ne­go, a dwu­po­ko­jo­we miesz­ka­nie do­tych­czas zaj­mo­wa­ne przez nie przy Dą­browsz­cza­ków po­wie­rzyć w ręce pra­cow­ni­cy biu­ra nie­ru­cho­mo­ści, któ­ra mia­ła zna­leźć no­wych lo­ka­to­rów. Ta­de­usz nie­śmia­ło su­ge­ro­wał, aby wpro­wa­dzi­ła się do nie­go jesz­cze przed ślu­bem, ale Róża w tej aku­rat kwe­stii była tra­dy­cjo­na­list­ką i chcia­ła wejść do domu przy Zi­mo­wej już jako pani Ma­jew­ska.

Róża oba­wia­ła się tej pierw­szej nocy, któ­rą mie­li spę­dzić z Ta­de­uszem jako mąż i żona, jed­nak obo­je byli tak wy­czer­pa­ni mi­nio­nym, peł­nym wra­żeń dniem, że za­snę­li, le­d­wo przy­ło­żyw­szy gło­wy do po­du­szek. Wcześ­niej Róża od­by­ła nie­co krę­pu­ją­cą dla niej roz­mo­wę ze swo­ją wie­lo­let­nią przy­ja­ciół­ką An­to­ni­ną Rudz­ką, któ­ra, ku za­sko­cze­niu oto­cze­nia, w wie­ku pięć­dzie­się­ciu dwóch lat oznaj­mi­ła, że od­cho­dzi od męża, bo mał­żeń­stwo, w któ­rym tkwi od lat, nie sa­tys­fak­cjo­nu­je jej w naj­mniej­szym stop­niu, a ona chcia­ła­by jesz­cze w ży­ciu za­znać praw­dzi­we­go szczę­ścia i odro­bi­ny sza­leń­stwa, czym zresz­tą wpra­wi­ła swo­ją cór­kę w nie­ma­łą kon­ster­na­cję. Mar­ta, któ­ra sama była już żoną i mat­ką, nie ro­zu­mia­ła tego na­głe­go przy­pły­wu ego­izmu w wy­da­niu ro­dzi­ciel­ki. An­to­ni­na po­świę­ca­ła się dla ro­dzi­ny przez trzy­dzie­ści lat, dla­cze­go więc mia­ła­by nie ro­bić tego przez ko­lej­ne trzy­dzie­ści? Dla­cze­go nie mo­gła za­gryźć zę­bów i po pro­stu to­le­ro­wać swo­je­go mał­żon­ka?

– Mamo! – Mar­ta pró­bo­wa­ła prze­mó­wić krnąbr­nej mat­ce do ro­zu­mu. – Co ty wy­my­śli­łaś? Ja wiem, że oj­ciec jest da­le­ki od ide­ału, że nie oka­zu­je ci mi­ło­ści, że…

– Nie oka­zu­je mi mi­ło­ści? – prych­nę­ła wów­czas An­to­ni­na. – On mnie od daw­na nie ko­cha, tak jak i ja jego!

– Ma­cie dziec­ko. – Mar­ta zła­pa­ła się ostat­niej de­ski ra­tun­ku. – Nie chcę wy­cho­wy­wać się w roz­bi­tej ro­dzi­nie!

– O czym ty mó­wisz? – Rudz­ka po­sła­ła jej peł­ne zdu­mie­nia spoj­rze­nie. – Prze­cież już daw­no wy­pro­wa­dzi­łaś się z domu, za­ło­ży­łaś wła­sną ro­dzi­nę.

– Co nie zmie­nia fak­tu, że będę żyć z pięt­nem dziec­ka z roz­bi­tej ro­dzi­ny! – za­wy­ła Mar­ta.

– Dra­ma­ty­zu­jesz! – Star­sza z pań za­baw­nie wy­wró­ci­ła ocza­mi.

Sąd orzekł roz­wód mał­żon­ków już kil­ka do­brych lat temu, a Mar­ta wciąż nie usta­wa­ła w dą­że­niach do po­now­ne­go po­łą­cze­nia ro­dzi­ców świę­tym wę­złem mał­żeń­skim. Su­ge­ro­wa­ła ojcu, że po­wi­nien za­wal­czyć o mat­kę, wy­sy­ła­ła w jego imie­niu An­to­ni­nie kwia­ty, zda­rzy­ło jej się na­wet za­pro­sić obo­je do sie­bie w tym sa­mym cza­sie, aby po­tem bły­ska­wicz­nie ulot­nić się i zo­sta­wić ojca i mat­kę we dwo­je, li­cząc na to, że zwa­śnie­ni byli mał­żon­ko­wie w koń­cu osią­gną po­ro­zu­mie­nie. Nic z tego jed­nak nie wy­szło. An­to­ni­na nie za­mie­rza­ła wra­cać do męża, gdyż ży­cie po­nad pięć­dzie­się­cio­let­niej pan­ny z od­zy­sku po­chło­nę­ło ją bez resz­ty. Spo­ty­ka­ła się z męż­czy­zna­mi, po­dró­żo­wa­ła z ko­le­żan­ka­mi i w koń­cu mia­ła czas, by za­dbać tyl­ko o sie­bie. Ku zgor­sze­niu swo­jej cór­ki nie kry­ła się z tym, że upra­wia seks. Wła­śnie dla­te­go Róża uzna­ła ją za nie­kwe­stio­no­wa­ną eks­pert­kę w kwe­stii spraw łóż­ko­wych.

– No, to o czym chcia­łaś ze mną roz­ma­wiać? – za­py­ta­ła An­to­ni­na, kie­dy już wy­mie­ni­ły grzecz­no­ścio­we uwa­gi na te­mat po­go­dy i wnu­ków Rudz­kiej.

Na twa­rzy Róży wy­kwi­tły bor­do­we ru­mień­ce. Roz­mo­wy na tak in­tym­ne te­ma­ty nie­mal od za­wsze wpra­wia­ły ją w za­kło­po­ta­nie. Róża wy­cho­wa­ła się w cza­sach, kie­dy seks upra­wia­li wszy­scy, ale nikt o nim gło­śno nie mó­wił. Wła­dzom uda­ło się wte­dy, w okre­sie po­wo­jen­nym, za­że­gnać kry­zys spo­wo­do­wa­ny za­le­wa­ją­cą cały kraj epi­de­mią cho­rób we­ne­rycz­nych i znów moż­na było za­mieść kwe­stie zwią­za­ne ze współ­ży­ciem pod dy­wan. W la­tach sześć­dzie­sią­tych i sie­dem­dzie­sią­tych do­ra­sta­no w prze­ko­na­niu, że czer­pa­nie przy­jem­no­ści z sek­su jest czymś nie­wła­ści­wym, a kwin­te­sen­cją fi­zycz­nej mi­ło­ści jest ży­cie mał­żeń­skie zo­gni­sko­wa­ne na płod­no­ści. Wpraw­dzie w szko­le śred­niej Róża z wy­pie­ka­mi na twa­rzy i w ta­jem­ni­cy przed ro­dzi­ca­mi pod­czy­ty­wa­ła Sztu­kę ko­cha­nia Wi­słoc­kiej, ale na­dal tkwił w niej głę­bo­ko za­ko­rze­nio­ny po­gląd, że seks jest czymś wsty­dli­wym lub wręcz nie­wła­ści­wym, a w wie­ku pra­wie sześć­dzie­się­ciu lat – czymś już pra­wie nie­mo­ral­nym. An­to­ni­na, któ­ra wszak do­ra­sta­ła w tej sa­mej co Róża epo­ce, naj­wy­raź­niej nie mia­ła z tym żad­nych pro­ble­mów, bo wi­dząc za­że­no­wa­nie przy­ja­ciół­ki, uśmiech­nę­ła się kpią­co i te­atral­nie wy­wró­ci­ła ocza­mi.

– Przej­dziesz w koń­cu do sed­na? – po­na­gli­ła ko­le­żan­kę.

– Ehm, oczy­wi­ście! Jak wiesz, wkrót­ce wy­cho­dzę za mąż – za­czę­ła ostroż­nie Róża.

– Tak?

– Za­sta­na­wiam się, jak… no wiesz. – Ze zde­ner­wo­wa­nia przy­gry­zła we­wnętrz­ną stro­nę po­licz­ka. – Oba­wiam się, że nie mam zbyt du­że­go do­świad­cze­nia w spra­wach łóż­ko­wych, no! W na­szym wie­ku to jesz­cze w ogó­le moż­li­we?

An­to­ni­na par­sk­nę­ła śmie­chem.

– Oczy­wi­ście, moja dro­ga! Ale za­raz, za­raz! – Zmarsz­czy­ła brwi, uwy­dat­nia­jąc tym sa­mym głę­bo­ką zmarszcz­kę po­mię­dzy nimi. – Su­ge­ru­jesz, że wy jesz­cze ze sobą nie spa­li­ście? Bie­rzesz ślub z męż­czy­zną, z któ­rym… nie upra­wia­łaś sek­su?

Do­kład­nie w tym mo­men­cie Róża po­ża­ło­wa­ła, że w ogó­le po­ru­szy­ła ten te­mat w roz­mo­wie z ko­le­żan­ką. Li­czy­ła na cen­ne rady i wska­zów­ki, a za­miast tego wpa­ko­wa­ła się w nie­złą ka­ba­łę, pro­wo­ku­jąc An­to­ni­nę do nie­dy­skret­nych py­tań. No tak! Mo­gła się była tego spo­dzie­wać. Nie od dziś prze­cież zna­ła Rudz­ką. Jed­ną z wro­dzo­nych cech jej cha­rak­te­ru była cie­ka­wość i właś­nie z tego nie­chlub­ne­go przy­mio­tu sły­nę­ła An­to­ni­na jesz­cze za­nim w wie­ku pięć­dzie­się­ciu dwóch lat dała się po­znać jako ko­bie­ta wy­zwo­lo­na.

– Ja­koś nie było oka­zji – przy­zna­ła ze wsty­dem Róża, spusz­cza­jąc gło­wę.

An­to­ni­na za­cmo­ka­ła z nie­sma­kiem.

– Nie bie­rze się, ko­cha­na, kota w wor­ku i my­śla­łam, że komu jak komu, ale ra­czej to­bie nie po­win­nam tego tłu­ma­czyć!

– Komu jak komu? – obu­rzy­ła się Róża. – Czy coś in­sy­nu­ujesz?

Rudz­ka wy­ko­na­ła nie­okre­ślo­ny gest dło­nią, jak­by od­ga­nia­ła na­tręt­ną mu­chę.

– Do­tych­czas my­śla­łam, że je­steś sa­mot­na ra­czej z wy­bo­ru, a te­raz, kie­dy już zde­cy­do­wa­łaś się z kimś zwią­zać, zro­bi­łaś to, bo do­szłaś do wnio­sku, że wła­śnie z tym męż­czy­zną czu­jesz się naj­le­piej. Nie spo­dzie­wa­łam się, że zgo­dzi­łaś się wyjść za pierw­sze­go lep­sze­go, któ­ry ci się oświad­czył! – oznaj­mi­ła, ale wi­dząc minę Ma­jew­skiej, bły­ska­wicz­nie do­da­ła: – No, już do­brze, do­brze! Wiem, że Ta­de­usz nie jest pierw­szym lep­szym, to tyl­ko tak nie­for­tun­nie za­brzmia­ło. Co chcesz wie­dzieć?

Róża była cie­ka­wa, czy upra­wia­nie sek­su w ta­kim wie­ku jest tech­nicz­nie moż­li­we, ale kie­dy An­to­ni­na usły­sza­ła py­ta­nie, aż za­krztu­si­ła się kawą.

– W pew­nym mo­men­cie mo­je­go ży­cia, kie­dy by­łam bar­dzo mło­da, moi ro­dzi­ce i dziad­ko­wie wy­da­wa­li mi się di­no­zau­ra­mi, two­ra­mi z po­przed­niej epo­ki, któ­re wła­ści­wie nie mia­ły żad­nej ra­cji bytu – za­czę­ła swój nie­co przy­dłu­gi wy­wód Rudz­ka. – Gdy za­czę­łam upra­wiać seks, na myśl, że mat­ka i oj­ciec też mogą to ro­bić, wło­sy sta­wa­ły mi dęba na gło­wie! A dziad­ko­wie? Nie, ab­so­lut­nie, to nie wcho­dzi­ło w ra­chu­bę! Sama myśl o tym wy­da­wa­ła mi się obrzy­dli­wa. Tacy sta­rzy lu­dzie? – Uśmiech­nę­ła się pod no­sem. – Wi­dzisz, dzi­siaj je­stem nie­wie­le młod­sza od mo­ich dziad­ków w tam­tym mo­men­cie i po pro­stu nie wy­obra­żam so­bie ży­cia bez sek­su! Może nie mam już ta­kie­go tem­pe­ra­men­tu czy po­trzeb jak trzy­dzie­ści lat temu, ale fi­zycz­na mi­łość na­dal jest dla mnie waż­na – zro­bi­ła pau­zę i spoj­rza­ła pro­sto w oczy na­dal nie­co za­wsty­dzo­nej, ale rów­nież bar­dzo za­cie­ka­wio­nej Róży. – Py­tasz, czy seks w na­szym wie­ku jest tech­nicz­nie moż­li­wy. Nie tyl­ko! Jest przede wszyst­kim sza­le­nie przy­jem­ny!

O tej wła­śnie roz­mo­wie z przy­ja­ciół­ką roz­my­śla­ła Róża pierw­sze­go po­ran­ka, kie­dy obu­dzi­ła się jako żona. Za­sta­no­wi­ła się, kie­dy po raz ostat­ni ko­cha­ła się z męż­czy­zną i na­wet ona sama nie mo­gła uwie­rzyć w to, że z ni­kim nie była bli­sko od po­nad dwu­dzie­stu lat. Pod­czas pa­mięt­nej roz­mo­wy An­to­ni­na za­py­ta­ła ko­le­żan­kę, czy ta nie od­czu­wa­ła cza­sem zwy­kłej po­trze­by fi­zycz­nej mi­ło­ści. Róża zby­ła wów­czas przy­ja­ciół­kę zdaw­ko­wą od­po­wie­dzią, bo sama nie była pew­na, jak to wy­tłu­ma­czyć. Mia­ła wra­że­nie, że za­głu­szy­ła nie tyl­ko swo­je ser­ce, ale też ko­bie­cość, do­bro­wol­nie re­zy­gnu­jąc z uczu­cia i jego du­cho­wych i fi­zycz­nych aspek­tów. Uzna­ła, że musi od­po­ku­to­wać winy, a wy­rze­cze­nie się mi­ło­ści mia­ło być swo­istym za­dość­uczy­nie­niem za to, że tam­tej pa­mięt­nej zimy nie do­pil­no­wa­ła, by nie do­szło do tra­ge­dii. Po­świę­ci­ła się pra­cy so­cjal­nej, po­dej­mu­jąc he­ro­icz­ną wal­kę z trud­ną prze­szło­ścią i dys­funk­cyj­ny­mi ro­dzi­na­mi wie­lu mło­dych lu­dzi. Czy bi­lans wy­szedł w koń­cu na plus, że osta­tecz­nie po­zwo­li­ła so­bie na uczu­cie i szczę­ście? A może po pro­stu nie po­tra­fi­ła już dłu­żej być sama?

Ze świa­ta wła­snych my­śli wy­rwa­ło ją po­ja­wie­nie się w sy­pial­ni Ta­de­usza. Kie­dy zo­rien­to­wał się, że żona już nie śpi, uśmiech­nął się do niej sze­ro­ko i po­ło­żył obok, przy­tu­la­jąc ją moc­no. Nie za­mie­rzał wy­pusz­czać z ra­mion swo­je­go skar­bu.

– Dzień do­bry, do­brze spa­łaś?

– Aż za do­brze! – zre­flek­to­wa­ła się Róża, zer­ka­jąc na ze­ga­rek. – Patrz, któ­ra jest go­dzi­na!

– Jest nie­dzie­la, mamy wol­ny dzień – przy­po­mniał jej. – Chy­ba mo­że­my tro­chę po­le­niu­cho­wać?

– A Mił­ka? – za­py­ta­ła, okry­wa­jąc się szczel­niej koł­drą. Myśl o znaj­du­ją­cej się w po­bli­żu sio­strze w ze­sta­wie­niu z ko­sma­ty­mi sko­ja­rze­nia­mi i wspo­mnie­nia­mi roz­mo­wy z An­to­nią, któ­re to­wa­rzy­szy­ły jej bez­po­śred­nio po prze­bu­dze­niu, bar­dzo ją za­wsty­dzi­ła.

– Jest już po śnia­da­niu, oglą­da po­wtór­kę od­cin­ka ulu­bio­ne­go se­ria­lu – po­wie­dział zgod­nie z praw­dą Ta­de­usz.

– No tak, wczo­raj prze­ga­pi­ła przez to za­mie­sza­nie zwią­za­ne ze ślu­bem! – Róża ode­zwa­ła się ta­kim to­nem, jak­by po­waż­nie za­sta­na­wia­ła się nad prze­pro­sze­niem sio­stry za to, że w związ­ku z jej we­se­lem stra­ci­ła od­ci­nek „swo­je­go” se­ria­lu. – A ty od daw­na nie śpisz? – zmie­ni­ła te­mat.

– Nie mo­głem spać, ma­jąc taką pięk­ną ko­bie­tę u boku – przy­znał z uśmie­chem Ta­de­usz. – Całą noc le­ża­łem obok i po pro­stu na cie­bie pa­trzy­łem!

– Bar­dzo gło­śno chra­pa­łam? – prze­ra­zi­ła się Róża.

– Ba­aar­dzo.

– O mój Boże! To już wiesz, dla­cze­go tak dłu­go zwle­ka­łam z wyj­ściem za mąż!

– Nie chcia­łaś, by kto­kol­wiek poza Mił­ką do­wie­dział się, ja­kie od­gło­sy wy­da­jesz w nocy? – do­my­ślił się, par­ska­jąc śmie­chem.

– Do­kład­nie tak. – Róża prze­cią­gnę­ła się, po­sta­na­wia­jąc wstać w koń­cu z łóż­ka i roz­po­cząć dzień. – Zro­bić ci śnia­da­nie?

– Ja­dłem już i zo­sta­wi­łem dla cie­bie.

– Na­praw­dę? – za­mar­ła w bez­ru­chu.

– A wi­dzisz! Nie uwie­rzy­łaś, kie­dy mó­wi­łem, że będę cię roz­piesz­czał. – Ści­snął moc­no jej dłoń. – Po po­łu­dniu będę miał dla cie­bie nie­spo­dzian­kę.

– Nie­spo­dzian­kę? Ale dla­cze­go do­pie­ro po po­łu­dniu? – jęk­nę­ła gło­śno. – Bar­dzo nie lu­bię nie­spo­dzia­nek! Po­wiedz mi na­tych­miast, o co cho­dzi! Ta­de­usz! – krzyk­nę­ła jesz­cze za nim, ale on już jej nie słu­chał, z uśmie­chem wy­cho­dząc z sy­pial­ni i wy­ko­nu­jąc przy tym dło­nią gest, jak­by sznu­ro­wał usta.

Ze­szła scho­da­mi na par­ter, gdzie, zgod­nie z za­po­wie­dzią Ta­de­usza, za­sta­ła sio­strę w sa­lo­nie. Uchwy­ci­ła zdzi­wio­ne spoj­rze­nie Mił­ki, któ­ra przy­ci­skiem na pi­lo­cie za­trzy­ma­ła se­rial.

– No, no, no! Mał­żeń­stwo ci słu­ży – za­uwa­ży­ła. – Za­wsze by­łaś ran­nym ptasz­kiem.

– Po­dej­rze­wam, że ju­tro wszyst­ko wró­ci do nor­my. – Róża wzru­szy­ła ra­mio­na­mi. – By­łam wy­czer­pa­na po wczo­raj­szym dniu.

Mił­ka ski­nę­ła gło­wą na znak, że ro­zu­mie.

– Ju­tro idziesz już do pra­cy? – za­py­ta­ła.

– Tak – po­twier­dzi­ła star­sza z sióstr. – Przed wyj­ściem wy­sko­czę do kio­sku i przy­nio­sę ci two­je ulu­bio­ne cza­so­pi­sma.

– Prze­cież sama mogę to zro­bić – za­uwa­ży­ła Mił­ka, a jej uwa­ga nie była po­zba­wio­na sen­su.

Róża się za­wa­ha­ła. Usia­dła przy sto­le w ja­dal­ni, któ­ra wraz z sa­lo­nem sta­no­wi­ła jed­no duże, otwar­te po­miesz­cze­nie, i spoj­rza­ła na sio­strę. Upi­ła łyk osty­głej już her­ba­ty i sta­ran­nie do­bie­ra­jąc sło­wa, po­wie­dzia­ła:

– Ow­szem, ale nie znasz jesz­cze do­brze tej oko­li­cy.

– Wy­cho­wa­ły­śmy się rap­tem kil­ka ulic da­lej. Na­praw­dę my­ślisz, że zgu­bię się w dro­dze do kio­sku i z po­wro­tem? – wes­tchnę­ła Mił­ka. – A może ra­czej oba­wiasz się, że mogę zro­bić coś głu­pie­go?

Róża za­ka­sła­ła, aby ukryć zde­ner­wo­wa­nie spo­wo­do­wa­ne ostat­nią uwa­gą sio­stry.

– Chcia­łam do­brze. – Wzru­szy­ła ra­mio­na­mi. – Po co masz wy­cho­dzić z domu na ta­kie zim­no?

– Po­ra­dzę so­bie – za­pew­ni­ła ją Lud­mi­ła. – Je­steś pew­na, że to do­bry po­mysł, że­bym tu z wami miesz­ka­ła?

– A niby gdzie mia­ła­byś miesz­kać? – za­po­wie­trzy­ła się Róża, prze­ły­ka­jąc kęs buł­ki.

– W na­szym miesz­ka­niu? Boję się, że będę wam prze­szka­dzać.

– My­ślę, że ten te­mat jest już za­koń­czo­ny. Tu­taj jest two­je miej­sce!

Mił­ka uśmiech­nę­ła się z sa­tys­fak­cją, ale tego Róża już nie do­strze­gła. Młod­sza z sióstr wró­ci­ła do prze­rwa­ne­go se­ria­lu, a Róża za­pa­trzy­ła się na świa­teł­ka na cho­in­ce. Część jej zna­jo­mych roz­bie­ra­ła drzew­ko nie­dłu­go po świę­tach, za­raz po No­wym Roku, ale ona wo­la­ła, by cho­in­ka sta­ła jak naj­dłu­żej – naj­le­piej do dru­gie­go dnia lu­te­go. To wła­śnie wte­dy, w świę­to Ofia­ro­wa­nia Pań­skie­go, roz­bie­ra­no drzew­ko sto­ją­ce na pla­cu Świę­te­go Pio­tra w Wa­ty­ka­nie, a tak­że to znaj­du­ją­ce się w jej ro­dzin­nym domu. Róża kon­ty­nu­owa­ła tę tra­dy­cję. Lu­bi­ła, kie­dy świa­tło z cho­in­ki roz­świe­tla­ło miesz­ka­nie, a obłęd­ny za­pach uno­sił się po ca­łym domu. Bo Róża uwa­ża­ła, że jak cho­in­ka, to tyl­ko żywa. Nie uzna­wa­ła sub­sty­tu­tów w po­sta­ci sztucz­nych drze­wek. Na­wet w tych naj­gor­szych la­tach w jej domu sta­ła naj­praw­dziw­sza, za­wsze zie­lo­na jo­dła, bę­dą­ca sym­bo­lem siły ży­cio­wej, nie­złom­nej i nie­zwy­cię­żo­nej na­wet w naj­gor­sze mro­zy.

Po­zmy­wa­ła na­czy­nia po śnia­da­niu, na­wet nie za­szczy­ca­jąc spoj­rze­niem zmy­war­ki, któ­rą uwa­ża­ła za zbęd­ny luk­sus, i po­sta­no­wi­ła do­łą­czyć do Ta­de­usza, któ­ry wła­śnie od­śnie­żał pod­jazd przed do­mem. Spoj­rza­ła na ter­mo­metr, któ­ry wska­zy­wał aż szes­na­ście stop­ni po­ni­żej zera, i wzdry­gnę­ła się na samą myśl o tym, że jej przy­jem­nie ogrza­ne przez ogień z ko­min­ka cia­ło bę­dzie mu­sia­ło zmie­rzyć się z tak ni­ską tem­pe­ra­tu­rą. Za­ło­ży­ła płaszcz, ob­wią­za­ła się szczel­nie sza­li­kiem, czap­kę na­cią­gnę­ła nie­mal na same oczy i wsu­nę­ła spra­co­wa­ne, znisz­czo­ne dło­nie w gru­be rę­ka­wicz­ki z jed­nym pal­cem.

– Brr, ale zim­no! – jęk­nę­ła, jak tyl­ko zna­la­zła się na ze­wnątrz.

– Jest zima, więc musi być zim­no! – za­uwa­żył Ta­de­usz.

– A ty jak zwy­kle nie­wzru­szo­ny! Cza­sem mam wra­że­nie, że wy­cho­wa­łeś się gdzieś na Sy­be­rii i na­sze kil­ku­na­sto­stop­nio­we mro­zy nie ro­bią na to­bie wra­że­nia.

Ta­de­usz na­brał śnie­gu na ło­pa­tę i wy­rzu­cił go na cał­kiem po­kaź­ną już gór­kę.

– Po pro­stu je­stem przy­zwy­cza­jo­ny do pra­cy w róż­nych wa­run­kach. – Wzru­szył ra­mio­na­mi.

Jego uwa­ga wca­le nie była po­zba­wio­na sen­su, jako że w domu dziec­ka zaj­mo­wał się ab­so­lut­nie wszyst­kim: po­cząw­szy od na­pra­wy ze­psu­te­go kra­nu, po­przez kon­ser­wa­cję bar­dziej skom­pli­ko­wa­nych urzą­dzeń i sprzę­tów, aż po pra­ce na ze­wnątrz – gra­bie­nie li­ści czy od­śnie­ża­nie wła­śnie.

– Może ci po­mo­gę? – za­su­ge­ro­wa­ła Róża, ale męż­czy­zna po­słał jej groź­ne spoj­rze­nie.

– Moja żona nie bę­dzie pra­co­wać fi­zycz­nie! Sam po­tra­fię za­dbać o dom – obu­rzył się. – A ty, ko­cha­nie, wra­caj do domu, bo za­raz zmar­z­niesz i się za­zię­bisz!

Róża chęt­nie do­trzy­ma­ła­by mę­żo­wi to­wa­rzy­stwa, ale po­go­da na­praw­dę nie za­chę­ca­ła – wiał sil­ny wiatr, przez co od­czu­wal­na tem­pe­ra­tu­ra była jesz­cze niż­sza niż rze­czy­wi­sta – dla­te­go sko­rzy­sta­ła z pro­po­zy­cji.

– Co to za nie­spo­dzian­ka? – za­py­ta­ła jesz­cze, za­nim znik­nę­ła w domu.

– Co za cie­kaw­ska ko­bie­ta! – za­chi­cho­tał.

Róża przed wej­ściem do środ­ka otrze­pa­ła buty i strą­ci­ła płat­ki śnie­gu z płasz­cza.

– Ktoś do cie­bie dzwo­nił – za­uwa­ży­ła Mił­ka, nie od­ry­wa­jąc wzro­ku od te­le­wi­zo­ra.

Ma­jew­ska zdję­ła płaszcz i ro­zej­rza­ła się za no­wo­czes­nym te­le­fo­nem z do­ty­ko­wym ekra­nem, na jaki na­mó­wi­ła ją sprze­daw­czy­ni w fir­mo­wym sa­lo­nie jed­ne­go z ope­ra­to­rów sie­ci ko­mór­ko­wych, a któ­re­go ob­słu­gi Róża wciąż nie po­tra­fi­ła się na­uczyć, mimo wie­lu pod­ję­tych już prób. W koń­cu uda­ło jej się od­blo­ko­wać wy­świe­tlacz i ze zdzi­wie­niem od­kry­ła, że oso­bą, któ­ra pró­bo­wa­ła się z nią skon­tak­to­wać, była Mar­ta, cór­ka An­to­ni­ny. Po­sta­no­wi­ła na­tych­miast od­dzwo­nić. Za­nim po dru­giej stro­nie roz­legł się głos mło­dej ko­bie­ty, zdą­ży­ła już po­rząd­nie się prze­ra­zić, że coś złe­go przy­tra­fi­ło się jej przy­ja­ciół­ce, co w ich wie­ku wca­le nie by­ło­by aż ta­kie nie­zwy­kłe czy nie­spo­dzie­wa­ne.

– Słu­cham?

– Dzwo­ni­łaś do mnie, Mar­tu­siu – ode­zwa­ła się peł­nym nie­po­ko­ju gło­sem Róża.

– Dzień do­bry! – Z tonu gło­su Mar­ty Róża wy­wnio­sko­wa­ła, że An­to­ni­nie na szczę­ście nie sta­ło się nic złe­go. – Mam ta­kie nie­dy­skret­ne py­ta­nie: czy jest pani na dziś umó­wio­na z moją mamą?

– Co, pro­szę? – zdzi­wi­ła się Róża.

– Tak my­śla­łam! – wes­tchnę­ła Mar­ta. – Wi­dzi pani, pani Różo, moja mama mnie oszu­ku­je i już sama nie wiem, co jest w tym wszyst­kim naj­gor­sze: że roz­wio­dła się z tatą czy to, że ukry­wa przede mną praw­dę.

– Ale… jaką praw­dę? – Róża nie na­dą­ża­ła za spo­so­bem ro­zu­mo­wa­nia mło­dej ko­bie­ty. – Poza tym two­ja mama roz­wio­dła się z two­im oj­cem do­brych kil­ka lat temu.

– I na­dal nie do­tar­ło do niej, że po­peł­ni­ła błąd – mruk­nę­ła Mar­ta. – Prze­cież oni z tatą są so­bie pi­sa­ni!

Ma­jew­ska mia­ła nie­co inne zda­nie na ten te­mat, ale nie za­mie­rza­ła po­le­mi­zo­wać z cór­ką przy­ja­ciół­ki, dla­te­go w mil­cze­niu cze­ka­ła na ciąg dal­szy, za­sta­na­wia­jąc się, w ja­kim kie­run­ku po­dą­ży ta roz­mo­wa.

– Jest tam pani jesz­cze? – za­nie­po­ko­iła się Mar­ta.

– Ow­szem.

– Czy­li nie za­pro­si­ła pani na dziś mo­jej mamy?

Róża wa­ha­ła się przez chwi­lę.

– Nie. Wczo­raj wzię­łam ślub i prze­nio­słam się do mo­je­go męża, nie zdą­ży­łam się jesz­cze za­do­mo­wić, dla­te­go…

– Wszyst­kie­go do­bre­go na no­wej dro­dze ży­cia! – we­szła jej w sło­wo Mar­ta. – Pro­si­łam mamę, aby prze­ka­za­ła pani gra­tu­la­cje, ale sko­ro jest oka­zja zło­żyć je oso­bi­ście, po­zwo­li pani, że to uczy­nię.

– Dzię­ku­ję bar­dzo – wy­mam­ro­ta­ła Róża. Była zdu­mio­na całą roz­mo­wą, cho­ciaż po­win­na so­bie z nią po­ra­dzić, w koń­cu była już za­pra­wio­na w bo­jach, gdyż Mar­ta cha­rak­ter z pew­no­ścią odzie­dzi­czy­ła po mat­ce. – Czy coś złe­go dzie­je się z two­ją mamą?

– Ow­szem, już od ład­nych paru lat, a te­raz zgłu­pia­ła do resz­ty! – prych­nę­ła Mar­ta. – Ale niech sama pani o tym opo­wie, zresz­tą ja nie­wie­le wiem, poza tym, że coś przede mną ukry­wa i że z pew­no­ścią ma to zwią­zek z ja­kimś męż­czy­zną. Bied­ny tato… No nic, nie będę pani dłu­żej za­wra­cać gło­wy. Do wi­dze­nia i jesz­cze raz wszyst­kie­go do­bre­go – po­wie­dzia­ła, po czym się roz­łą­czy­ła.

Wie­le moż­na było po­wie­dzieć o by­łym mężu An­to­ni­ny, ale na pew­no nie to, że był „bied­ny”. To ra­czej Rudz­ka była stro­ną po­szko­do­wa­ną po la­tach mał­żeń­stwa.

Róża przez chwi­lę biła się z my­śla­mi, roz­wa­ża­jąc, czy nie za­dzwo­nić do An­to­ni­ny, by za­py­tać, o co wła­ści­wie cho­dzi­ło Mar­cie, w koń­cu uzna­ła jed­nak, że je­śli przy­ja­ciół­ka bę­dzie mia­ła ocho­tę po­dzie­lić się z nią swo­imi ta­jem­ni­ca­mi, sama to zro­bi.

ROZ­DZIAŁ 3

Cho­ciaż zi­mie, któ­rej na­gły atak spa­ra­li­żo­wał po­łu­dnie kra­ju, da­le­ko było do tej z prze­ło­mu ty­siąc dzie­więć­set sie­dem­dzie­sią­te­go ósme­go i dzie­wią­te­go roku na­zwa­nej zimą stu­le­cia, Róża mia­ła wra­że­nie, że jesz­cze ni­g­dy nie do­świad­czy­ła aż tak przej­mu­ją­ce­go chło­du. Może dla­te­go, że wów­czas była mło­dą dziew­czy­ną i wraz z przy­ja­ciół­mi czer­pa­ła ra­dość z rzu­ca­nia się śnież­ka­mi, prze­ko­py­wa­nia przez po­nad me­tro­we za­spy i zjeż­dża­nia z gó­rek na ab­so­lut­nie wszyst­kim – po­cząw­szy od sa­nek, po­przez jabł­ka do zjeż­dża­nia, któ­re do­syć nie­ele­ganc­ko na­zy­wa­li „du­po­lo­ta­mi”, aż po zwy­kłe re­kla­mów­ki – i nie zwra­ca­ła uwa­gi na ta­kie nie­do­god­no­ści, jak ni­ska tem­pe­ra­tu­ra czy pa­da­ją­cy bez prze­rwy śnieg?

Wy­szła z domu tyl­ko na chwi­lę – kie­dy zo­rien­to­wa­ła się, że w kuch­ni bra­ku­je kil­ku naj­czę­ściej uży­wa­nych przez nią przy­praw – a po po­wro­cie przez dłu­gi czas nie mo­gła się roz­grzać. Ta­de­usz do­rzu­cił drew­na do ko­min­ka, dzię­ki cze­mu przy­jem­ne cie­pło w koń­cu roz­la­ło się po ca­łym cie­le Róży, od skost­nia­łych pal­ców dło­ni po sztyw­ne z zim­na sto­py.

– Dzwo­ni­ła do mnie Mar­ta – oznaj­mi­ła mę­żo­wi pod­czas kro­je­nia ogór­ków na mi­ze­rię.

– Cór­ka An­to­ni­ny? – Ta­de­usz zdą­żył już po­znać nie­co eks­tra­wa­ganc­ką przy­ja­ciół­kę żony i sam nie po­tra­fił okre­ślić, ja­kie uczu­cia do niej żywi: po­zy­tyw­ne czy też ra­czej ne­ga­tyw­ne. Jed­ne­go nie mógł An­to­ni­nie od­mó­wić – żyła w zgo­dzie z samą sobą, cze­go jej cza­sem za­zdro­ścił. Sam zbyt czę­sto ro­bił w ży­ciu to, co po­wi­nien, a nie to, cze­go na­praw­dę chciał.

– Wy­glą­da na to, że pro­wa­dzi pry­wat­ne śledz­two – za­chi­cho­ta­ła Róża, wsy­pu­jąc cien­kie pla­ster­ki ogór­ka do żół­tej mi­secz­ki.

– An­to­ni­na? – za­py­tał nie­przy­tom­nie Ta­de­usz.

– Czy ty mnie słu­chasz? – zde­ner­wo­wa­ła się. – Prze­cież mó­wi­łam o Mar­cie.

– W po­rząd­ku – burk­nął pod no­sem, lecz szyb­ko się zre­flek­to­wał i do­dał lżej­szym już to­nem: – Cze­go to śledz­two ma do­ty­czyć?

– No­we­go męż­czy­zny w ży­ciu jej mat­ki – przy­zna­ła Róża. Zmarsz­czy­ła brwi i spoj­rza­ła na męża. – Co wy w ogó­le my­śli­cie o ta­kich ko­bie­tach jak An­to­ni­na?

– My? – zdzi­wił się.

– No, męż­czyź­ni! – do­pre­cy­zo­wa­ła.

Ta­de­usz od­ru­cho­wo zro­bił krok w tył, jak­by te­mat roz­mo­wy za­czy­nał go prze­ra­stać. Nie chciał ura­zić Róży, w koń­cu An­to­ni­na była jej do­brą zna­jo­mą, a z dru­giej stro­ny nie za­mie­rzał prze­sa­dzić z po­chleb­stwa­mi, by jego świe­żo po­ślu­bio­na żona nie po­czu­ła się, broń Boże, za­gro­żo­na.

– Nie mam po­ję­cia, co inni męż­czyź­ni my­ślą o da­mach po­kro­ju An­to­ni­ny, ale za to wiem, co ja my­ślę: ta­kie ko­bie­ty mnie prze­ra­ża­ją, ot co! Wy­uz­da­nie i wy­zwo­le­nie nie są tym, cze­go szu­kam, a ra­czej szu­ka­łem, w płci prze­ciw­nej – uśmiech­nął się do niej nie­śmia­ło. – Za­wsze po­do­ba­ły mi się ko­bie­ty skrom­ne, uło­żo­ne, a na­wet tro­chę na swój spo­sób nie­do­stęp­ne. Ta­kie jak ty!

Na­wet ogień w ko­min­ku nie ogrzał jej tak, jak te sło­wa wy­po­wie­dzia­ne przez Ta­de­usza. Po­sła­ła mu peł­ne wdzięcz­no­ści i mi­ło­ści spoj­rze­nie, któ­re wy­ra­ża­ło wię­cej niż ty­siąc słów – i czu­ła, że w tym przy­pad­ku okre­śle­nie to nie jest pu­stym fra­ze­sem.

Tę in­tym­ną chwi­lę prze­rwa­ło po­ja­wie­nie się Mił­ki. Ta wpraw­nym spoj­rze­niem ogar­nę­ła bul­go­cą­cą za­war­tość garn­ków i sta­rym zwy­cza­jem, li­cząc na ne­ga­tyw­ną od­po­wiedź, za­py­ta­ła sio­strę, czy może jej ja­koś po­móc. Róża, rów­nie tra­dy­cyj­nie, od­mó­wi­ła, na co Ta­de­usz tyl­ko zgrzyt­nął zę­ba­mi. To nie tak, że nie lu­bił sio­stry uko­cha­nej. Wręcz prze­ciw­nie – Mił­ka od razu zdo­by­ła jego sym­pa­tię, ale… No wła­śnie. Chciał­by cza­sem spę­dzić kil­ka chwil sam na sam z Różą, a tym­cza­sem miał wra­że­nie, że sio­stra była ni­czym jej cień. Czy też ra­czej Róża była cie­niem Mił­ki. Jak­kol­wiek by na to pa­trzeć, Lud­mi­ła była obec­na przy każ­dym ich spo­tka­niu, za­wsze wte­dy, kie­dy Ta­de­usz od­wie­dzał przy­szłą żonę w jej miesz­ka­niu, i wy­glą­da­ło na to, że po ślu­bie na­dal bę­dzie zmu­szo­ny zno­sić współ­uczest­nic­two Mił­ki w ich co­dzien­nym ży­ciu.

Po obie­dzie Róża po­pro­si­ła Ta­de­usza, by pod­je­chał z nią do jej pa­nień­skie­go – jak­kol­wiek to brzmia­ło w od­nie­sie­niu do nie­mal sześć­dzie­się­cio­let­niej ko­bie­ty – miesz­ka­nia. Mu­sia­ła za­brać stam­tąd jesz­cze tro­chę ubrań, kil­ka ko­sme­ty­ków i waż­ne do­ku­men­ty. Ta­de­usz je­chał ostroż­nie, a kie­dy kie­row­ca ja­dą­cy przed nim wpadł w po­ślizg, le­d­wo uni­ka­jąc stłucz­ki, Ma­jew­ski zwol­nił do ja­kichś dwu­dzie­stu ki­lo­me­trów na go­dzi­nę. Krą­żą­ca sa­mot­nie pia­skar­ka nie była w sta­nie za­bez­pie­czyć ca­łe­go mia­sta, dla­te­go Ta­de­usz po­dej­rze­wał, że sy­tu­acja ule­gnie zmia­nie do­pie­ro w po­nie­dzia­łek, co jego w za­sa­dzie nie­wie­le in­te­re­so­wa­ło, bo ju­tro mie­li być da­le­ko stąd. Cie­kaw był, jak Róża za­re­agu­je na tę wia­do­mość.

Kie­dy wró­ci­li do domu, ze­ga­rek wska­zy­wał pra­wie sie­dem­na­stą i Ta­de­usz uznał, że naj­wyż­sza już pora, aby po­pro­sić żonę, by się spa­ko­wa­ła. Kie­dy wszedł do sy­pial­ni, Róża wła­śnie prze­glą­da­ła ja­kieś pa­pie­ry.

– Co ro­bisz? – za­gad­nął.

– Chcia­ła­bym po­roz­ma­wiać ju­tro z na­szą dy­rek­tor­ką na te­mat jed­ne­go dziec­ka i mu­szę się przy­go­to­wać – wy­ja­śni­ła, od­ry­wa­jąc wzrok od do­ku­men­tów i wbi­ja­jąc py­ta­ją­cy wzrok w męża, jak­by chcia­ła za­py­tać: „Coś jesz­cze?”. Pra­ca była dla Róży świę­to­ścią i nie lu­bi­ła, kie­dy ktoś prze­ry­wał jej roz­my­śla­nia nad lo­sem pod­opiecz­nych czy wy­peł­nia­nie do­ku­men­tów.

– Oba­wiam się, że bę­dziesz mu­sia­ła to prze­ło­żyć na sty­czeń – po­wie­dział męż­czy­zna swo­bod­nym to­nem, a Róża spoj­rza­ła na nie­go ze zdzi­wie­niem.

– Jak to? Dy­rek­tor­ka wzię­ła urlop? Nic mi o tym nie wia­do­mo!

Ta­de­usz ostroż­nie usiadł obok żony, za­sta­na­wia­jąc się, jak prze­ka­zać wia­do­mość w spo­sób, któ­ry nie roz­sier­dzi ko­bie­ty bez resz­ty po­świę­co­nej swo­jej pra­cy. W koń­cu uznał, że naj­le­piej bę­dzie wy­ło­żyć kawę na ławę i wy­łusz­czyć, w czym rzecz.

– Ty go wzię­łaś.

– Nie przy­po­mi­nam so­bie! – Oczy Róży za­mie­ni­ły się w wą­skie szpar­ki. Nic z tego nie ro­zu­mia­ła!

– To jest wła­śnie ta nie­spo­dzian­ka, o któ­rej mó­wi­łem. Je­dzie­my w po­dróż po­ślub­ną – oznaj­mił za­do­wo­lo­ny z sie­bie.

Róża za­sty­gła w bez­ru­chu. Tego się nie spo­dzie­wa­ła. Kie­dy Ta­de­usz wspo­mniał rano o nie­spo­dzian­ce, my­śla­ła, że przy­go­tu­je jej od­prę­ża­ją­cą ką­piel lub że ku­pił z my­ślą o niej nową po­wieść jej ulu­bio­nej au­tor­ki, ale w żad­nym wy­pad­ku nie była przy­go­to­wa­na na wia­do­mość tego ka­li­bru! „Za­ła­twi­łem ci urlop w pra­cy i je­dzie­my w po­dróż po­ślub­ną” – ta­kich de­cy­zji nie po­dej­mu­je się bez uzgod­nie­nia z dru­gą oso­bą!

Nie wie­dzia­ła, od cze­go za­cząć, dla­te­go za­da­ła pierw­sze py­ta­nie, któ­re przy­szło jej na myśl:

– Do­kąd?

– Do Za­ko­pa­ne­go.

– Ale… – Mia­ła do po­wie­dze­nia tak dużo, że nie po­tra­fi­ła w ża­den spo­sób zwer­ba­li­zo­wać swo­ich my­śli.

– No, sama po­myśl. – Ta­de­usz nie­co myl­nie od­czy­tał jej re­ak­cję. – W Za­ko­pa­nem po raz ostat­ni by­łaś pew­nie wte­dy, gdy w dro­dze na Rysy, przy Mor­skim Oku tu­ry­stom za­bie­ra­no do­wo­dy oso­bi­ste, któ­re od­da­wa­no do­pie­ro po po­wro­cie.

Róża zmarsz­czy­ła nos. Rze­czy­wi­ście, w Ta­trach nie była od cza­sów szkol­nej wy­ciecz­ki, pod­czas któ­rej jej kla­sa za­li­czy­ła obo­wiąz­ko­wą w tam­tych cza­sach wi­zy­tę w Mu­zeum Le­ni­na w Po­ro­ni­nie. Ani ucznio­wie, ani na­uczy­cie­le nie mie­li naj­mniej­szej ocho­ty na od­wie­dzi­ny w tym miej­scu, ale wpi­sa­nie do pla­nu wy­ciecz­ki wi­zy­ty w mu­zeum, któ­re po­świę­co­ne było wo­dzo­wi re­wo­lu­cji, sta­no­wi­ło swo­istą gwa­ran­cję uzy­ska­nia zgo­dy na or­ga­ni­za­cję wy­jaz­du.

– Ależ to wca­le nie o to cho­dzi! – obu­rzy­ła się. – Ow­szem, nie by­łam w Za­ko­pa­nem od lat, ale to nie jest po­wód, by wszyst­ko za­ła­twiać za mo­imi ple­ca­mi. Wy­star­czy­ło­by za­py­tać o zgo­dę!

– Wte­dy nie by­ło­by nie­spo­dzian­ki – pod­su­mo­wał Ta­de­usz.

Róża scho­wa­ła twarz w dło­niach. Wie­dzia­ła, że mąż chciał do­brze, ale ona nie mo­gła je­chać. Po pro­stu nie mo­gła! Nie wy­obra­ża­ła so­bie, że mia­ła­by tak nie­spo­dzie­wa­nie zo­sta­wić swo­ich pod­opiecz­nych z domu dziec­ka i… Mił­kę.

– Ta­de­uszu, za­sko­czy­łeś mnie – przy­zna­ła zgod­nie z praw­dą. – I przy­pusz­czam, że wy­jazd mógł­by oka­zać się bar­dzo miły, ale ja nie mogę so­bie na to te­raz po­zwo­lić! W pra­cy…

– W pra­cy do­sta­łaś urlop. Z po­ca­ło­wa­niem ręki.

– Ale ja o ni­czym nie wie­dzia­łam! Może nie chcia­łam brać te­raz urlo­pu? Dla­cze­go pod­ją­łeś de­cy­zję za mo­imi ple­ca­mi?

Ta­de­usz po­czuł lek­kie ukłu­cie żalu. Na po­mysł za­bra­nia Róży w po­dróż po­ślub­ną wpadł za­le­d­wie kil­ka dni temu. Nie mógł po­zwo­lić so­bie na wy­jazd do eg­zo­tycz­nych kra­jów, a gdzie moż­na za­brać ko­bie­tę w grud­niu? Do zi­mo­wej sto­li­cy Pol­ski! Nie spo­dzie­wał się, że uda mu się jesz­cze zna­leźć wol­ny po­kój w tak go­rą­cym – oczy­wi­ście nie do­słow­nie – okre­sie, ale szyb­ko oka­za­ło się, iż w jed­nym z pen­sjo­na­tów zwol­ni­ło się miej­sce, bo ktoś zre­zy­gno­wał z przy­jaz­du w ostat­niej chwi­li. Oba­wiał się rów­nież tego, że współ­pra­cow­ni­cy Róży nie będą po­tra­fi­li do­trzy­mać ta­jem­ni­cy i wy­ga­da­ją się, że jej przy­szły mąż po­ro­zu­miał się z dy­rek­tor­ką i za­ła­twił dla niej kil­ka dni urlo­pu, jed­nak nikt nie pi­snął ani słów­ka. Na­wet Mił­ka była wta­jem­ni­czo­na w cały plan i ani sło­wem się nie za­jąk­nę­ła! Wszyst­ko szło jak z płat­ka do cza­su, aż o ca­łym pla­nie po­wie­dział Róży. Miał te­raz tak po pro­stu zre­zy­gno­wać?

– Chcia­łem cię uszczę­śli­wić! Pra­cu­je­my ra­zem od po­nad trzy­dzie­stu lat, a jesz­cze ni­g­dy nie sły­sza­łem, że­byś gdzieś wy­je­cha­ła.

– Bo ja nie mogę ni­g­dzie wy­jeż­dżać! – W jej gło­sie po­ja­wi­ła się roz­pacz.

– Dla­cze­go? Wy­tłu­macz mi, dla­cze­go przez nie­mal całe swo­je ży­cie od­bie­ra­łaś so­bie pra­wo do szczę­ścia, a te­raz nie po­zwa­lasz so­bie na krót­ki wy­jazd. Świat się nie za­wa­li, je­śli po­je­dziesz w góry, po­od­dy­chasz świe­żym po­wie­trzem i na­bie­rzesz dy­stan­su do co­dzien­nych spraw! – Po­krę­cił z nie­za­do­wo­le­niem gło­wą i wstał z łóż­ka, kie­ru­jąc się w stro­nę drzwi, ale Róża w ostat­niej chwi­li go za­trzy­ma­ła.

– Zro­zum, nie mogę wy­je­chać ze wzglę­du na Mił­kę – po­wie­dzia­ła bar­dzo ci­cho, aby mieć pew­ność, że sio­stra nie usły­szy jej ostat­nich słów.

– Ależ two­ja sio­stra wie o ca­łym pla­nie i ucie­szy­ła się, że w koń­cu od­pocz­niesz! – za­pro­te­sto­wał sta­now­czo.

Róża wy­co­fa­ła się w głąb sy­pial­ni.

– Nie zro­zu­miesz tego – stwier­dzi­ła bez­na­mięt­nie.

– Oczy­wi­ście, że nie zro­zu­miem, je­śli mi na to nie po­zwo­lisz!

– Opo­wia­da­łam ci prze­cież o pro­ble­mach Mił­ki – przy­po­mnia­ła mu, z nie­po­ko­jem zer­ka­jąc w stro­nę ko­ry­ta­rza, jak­by oba­wia­ła się, że za chwi­lę w drzwiach po­ja­wi się jej sio­stra. – Kie­dy się uro­dzi­ła, było na­praw­dę źle. Jed­ną nogą była już na tam­tym świe­cie. Prze­ży­ła, ale ma pew­ne ogra­ni­cze­nia… in­te­lek­tu­al­ne – do­koń­czy­ła szep­tem.

– Uwa­żam, że prze­sa­dzasz – skwi­to­wał Ta­de­usz. – Mił­ka do­sko­na­le so­bie ra­dzi. Li­to­ści, ona jest prze­cież do­ro­słą, a na­wet doj­rza­łą ko­bie­tą! Nie mo­żesz jej niań­czyć przez całe ży­cie.

– Mogę – oznaj­mi­ła twar­do Róża. – Wcze­śniej ro­bi­ła to na­sza mama, a przed jej śmier­cią obie­ca­łam, że te­raz to ja zaj­mę się Mił­ką i mu­szę do­trzy­mać sło­wa.

Ta­de­usz miał nie­od­par­te wra­że­nie, że ta spra­wa ma ja­kieś dru­gie, o wie­le głęb­sze dno i że żona coś przed nim ukry­wa, ale te­raz nie za­mie­rzał po­ru­szać tej kwe­stii. Jesz­cze nie.

– Ku­pi­łem bi­le­ty na po­ciąg, któ­ry od­jeż­dża ju­tro o siód­mej z Dwor­ca Głów­ne­go. Nie chcę, aby się zmar­no­wa­ły – ude­rzył w bła­gal­ne tony – a wąt­pię, czy będę mógł je od­dać.

– Mo­głeś za­py­tać mnie o zda­nie, za­nim pod­ją­łeś de­cy­zję za nas dwo­je! – żach­nę­ła się Róża, po­sy­ła­jąc mu peł­ne żalu spoj­rze­nie.

Ta­de­usz wes­tchnął gło­śno. Nie chcia­ła po do­bro­ci, bę­dzie mu­siał po­sta­wić spra­wę ina­czej.

– W po­rząd­ku, jak wo­lisz – oznaj­mił non­sza­lanc­ko, a Róża po­my­śla­ła, że bar­dzo, ale to bar­dzo nie po­do­ba jej się ton jego gło­su. – Chcia­łem spę­dzić z tobą syl­we­stra i Nowy Rok w gó­rach, ale wi­dać, że sta­rym zwy­cza­jem mogę li­czyć tyl­ko na do­brze so­bie zna­ne, wła­sne to­wa­rzy­stwo.

– Po­je­dziesz beze mnie? – za­py­ta­ła, to­tal­nie osłu­pia­ła.

– My­ślę, że naj­da­lej o szó­stej będę mu­siał wyjść z domu – od­po­wie­dział wy­mi­ja­ją­co i wy­szedł z po­ko­ju, któ­ry do­tych­czas zaj­mo­wał sam, a któ­ry od wczo­raj­sze­go wie­czo­ru był ich sy­pial­nią mał­żeń­ską.

No, pięk­nie! Róża od­pro­wa­dzi­ła męża wzro­kiem. Nie spo­dzie­wa­ła się, że tak szyb­ko zdą­żą się po­róż­nić, bo re­gu­lar­ną kłót­nią ra­czej tego, co przed chwi­lą się wy­da­rzy­ło, na­zwać nie mo­gła. Nie­mniej jed­nak Róża po­czu­ła na­ra­sta­ją­cą złość do­pra­wio­ną nut­ką smut­ku. Po­sta­wił ją pod mu­rem!

Ale… może miał ra­cję? Na pew­no chciał do­brze, a Mił­ka po­win­na po­ra­dzić so­bie przez kil­ka dni sama, jed­nak Róża wciąż no­si­ła w ser­cu tę daw­ną nie­pew­ność, któ­ra spra­wia­ła, że nie po­tra­fi­ła za­ufać sio­strze. Na wszel­ki wy­pa­dek wo­la­ła czu­wać nad Lud­mi­łą. Tak było bez­piecz­niej, a jed­nak wszyst­ko wska­zy­wa­ło na to, że tym ra­zem bę­dzie mu­sia­ła ob­da­rzyć Mił­kę kre­dy­tem za­ufa­nia.

Gło­śno wy­pu­ści­ła po­wie­trze, wy­cią­gnę­ła z sza­fy śred­niej wiel­ko­ści wa­liz­kę i za­czę­ła się pa­ko­wać. W ca­łym domu pa­no­wa­ła głu­cha ci­sza.

ROZ­DZIAŁ 4

Kra­jo­braz za oknem tra­cił na ła­god­no­ści i Róża mia­ła nie­od­par­te wra­że­nie, że im bar­dziej od­da­la­ją się od sta­cji po­cząt­ko­wej, tym ostrzej­sza zima kró­lu­je na ze­wnątrz. Ostroż­nie, aby się nie po­pa­rzyć, upi­ła z ter­mo­su łyk her­ba­ty, któ­rą za­pa­rzy­ła przed wyj­ściem z domu. Ro­zej­rza­ła się z za­in­te­re­so­wa­niem wo­kół, pró­bu­jąc przy­po­mnieć so­bie, kie­dy po raz ostat­ni je­cha­ła po­cią­giem. Nie mo­gła od­szu­kać w pa­mię­ci żad­nej kon­kret­nej daty, jed­no było jed­nak pew­ne: Pol­skie Ko­le­je Pań­stwo­we od tam­tej pory prze­szły gi­gan­tycz­ną trans­for­ma­cję. W cza­sach, kie­dy Róża ostat­nio ko­rzy­sta­ła z usług prze­woź­ni­ka, ni­ko­mu nie śni­ły się ta­kie luk­su­sy. Lu­dzie cie­szy­li się, kie­dy uda­ło im się za­jąć miej­sce sie­dzą­ce! O ogrze­wa­niu na­wet nikt nie śmiał­by po­my­śleć. Tym­cza­sem Róża po­dró­żo­wa­ła w przy­jem­nej, po­nad dwu­dzie­sto­stop­nio­wej tem­pe­ra­tu­rze, pod­czas gdy na ze­wnątrz sza­la­ła śnie­ży­ca. Coś ta­kie­go!

– O czym my­ślisz? – za­gad­nął Ta­de­usz, któ­ry od dłuż­szej chwi­li przy­pa­try­wał się żo­nie, pró­bu­jąc od­gad­nąć jej my­śli.

.

.

.

…(fragment)…

Całość dostępna w wersji pełnej

SPIS TREŚCI

Karta tytułowa

Karta redakcyjna

CZĘŚĆ PIERW­SZA

ROZ­DZIAŁ 1

ROZ­DZIAŁ 2

ROZ­DZIAŁ 3

ROZ­DZIAŁ 4

ROZ­DZIAŁ 5

ROZ­DZIAŁ 6

ROZ­DZIAŁ 7

ROZ­DZIAŁ 8

CZĘŚĆ DRU­GA

ROZ­DZIAŁ 9

ROZ­DZIAŁ 10

ROZ­DZIAŁ 11

ROZ­DZIAŁ 12

ROZ­DZIAŁ 13

ROZ­DZIAŁ 14

ROZ­DZIAŁ 15

ROZ­DZIAŁ 16

CZĘŚĆ TRZE­CIA

ROZ­DZIAŁ 17

ROZ­DZIAŁ 18

PO­DZIĘ­KO­WA­NIA