12 osób interesuje się tą książką

Opis

Ewelina pragnie tylko jednego – zostać matką. Niestety, los nie daje jej takiej możliwości. Razem z mężem decydują się na adopcję. Jednak kiedy na ich drodze pojawia się dziewięcioletni Piotruś – szczęście przysłania obawa. Chłopiec cierpi na FAS – alkoholowy zespół płodowy. Kiedy się urodził, miał ponad promil alkoholu we krwi. Chłopiec całe dzieciństwo spędził w domu dziecka.

Czy teraz znajdzie dom, którego tak potrzebuje?

Czy pragnienie miłości okaże się silniejsze niż strach?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 401

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Au­tor: Mag­da­le­na Maj­cher

Re­dak­cja: Mał­go­rza­ta Ta­cza­now­ska

Ko­rek­ta: Zu­zan­na Wie­rus

Pro­jekt gra­ficz­ny okład­ki: Ka­ta­rzy­na Bor­kow­ska

Skład: IMK

Zdję­cia na okład­ce: shut­ter­stock/Lu­nov My­ko­la, Za­mu­ro­vic Pho­to­gra­phy, We­ro­ni­ka Smie­szek (zdję­cie Au­tor­ki)

Re­dak­tor pro­wa­dzą­ca: Agniesz­ka Gó­rec­ka

Re­dak­tor na­czel­na: Agniesz­ka Het­nał

© Co­py­ri­ght by Mag­da­le­na Maj­cher

© Co­py­ri­ght for this edi­tion by Wy­daw­nic­two Pas­cal

Ta książ­ka jest fik­cją li­te­rac­ką. Ja­kie­kol­wiek po­do­bień­stwo do rze­czy­wi­stych osób, ży­wych lub zmar­łych, au­ten­tycz­nych miejsc, wy­da­rzeń lub zja­wisk jest czy­sto przy­pad­ko­we. Bo­ha­te­ro­wie i wy­da­rze­nia opi­sa­ne w tej książ­ce są two­rem wy­obraź­ni au­tor­ki bądź zo­sta­ły zna­czą­co prze­two­rzo­ne pod ką­tem wy­ko­rzy­sta­nia w po­wie­ści.

Wszel­kie pra­wa za­strze­żo­ne. Żad­na część tej książ­ki nie może być po­wie­la­na lub prze­ka­zy­wa­na w ja­kiej­kol­wiek for­mie bez pi­sem­nej zgo­dy wy­daw­cy, za wy­jąt­kiem re­cen­zen­tów, któ­rzy mogą przy­to­czyć krót­kie frag­men­ty tek­stu.

Biel­sko-Bia­ła 2018

Wy­daw­nic­two Pas­cal sp. z o.o.

ul. Za­po­ra 25

43-382 Biel­sko-Bia­ła

tel. 338282828, fax 338282829

pas­[email protected]­cal.pl

www.pas­cal.pl

ISBN 978-83-8103-283-4

Przy­go­to­wa­nie eBo­oka: Ja­ro­sław Ja­błoń­ski

Zbi­gnie­wo­wi Sza­leń­co­wi z po­dzię­ko­wa­nia­mi za wiel­kie ser­ce oka­za­ne pod­czas 26. Fi­na­łu Wiel­kiej Or­kie­stry Świą­tecz­nej Po­mo­cy

PRO­LOG

Ewe­li­na spoj­rza­ła w górę. Mo­gła­by przy­siąc, że bez­chmur­ne błę­kit­ne nie­bo prze­cię­ła wła­śnie chma­ra ja­skó­łek. Ni­g­dy nie od­róż­nia­ła ga­tun­ków pta­ków i nie przy­wią­zy­wa­ła do tego więk­szej wagi, jed­nak tym ra­zem bar­dzo chcia­ła wie­rzyć, że na nie­bie­skim fir­ma­men­cie po­ja­wi­ły się wła­śnie ja­skół­ki. Nie od dziś wia­do­mo, że jed­na ja­skół­ka wio­sny nie czy­ni, ale już całe ich sta­do… Ewe­li­na mia­ła na­dzie­ję, że nad­cho­dzi wio­sna. Wio­sna od za­wsze ko­ja­rzy­ła jej się z no­wym ży­ciem. Mia­ła na­dzie­ję, że to do­bry znak.

Ad­rian wy­jąt­ko­wo dłu­go guz­drał się w sa­mo­cho­dzie.

– Die­sla trze­ba schło­dzić po tra­sie – mruk­nął pod no­sem, pró­bu­jąc uspra­wie­dli­wić swo­ją nie­chęć do opusz­cze­nia po­jaz­du.

Ale Ewe­li­na wie­dzia­ła, że wca­le nie cho­dzi o chło­dze­nie tur­bin w ich oplu. Ad­rian cho­dził jak stru­ty od kil­ku dni. Wła­ści­wie od mo­men­tu, kie­dy Ewe­li­na ode­bra­ła te­le­fon z ośrod­ka ad­op­cyj­ne­go. Wie­dzia­ła, że mąż się nie wy­co­fał. On po pro­stu się bał, czy po­do­ła­ją. Sam na­le­gał na wi­zy­tę w ośrod­ku, prze­ko­ny­wał, że sko­ro to ich je­dy­ny spo­sób na ro­dzi­ciel­stwo, mu­szą spró­bo­wać. Te­raz to Ewe­li­na par­ła do przo­du, a on jak­by zwol­nił. Dzie­wię­cio­let­ni chło­piec ze zdia­gno­zo­wa­nym al­ko­ho­lo­wym ze­spo­łem pło­do­wym? Obo­je wie­dzie­li, z czym to się wią­że. Na warsz­ta­tach dla kan­dy­da­tów na ro­dzi­ców ad­op­cyj­nych szcze­gó­ło­wo omó­wio­no wszyst­kie dys­funk­cje, któ­re mogą wy­stą­pić u dzie­ci.

– W pla­ców­kach nie ma sie­rot! – prze­ko­ny­wa­ła ich pani psy­cho­log, marsz­cząc gniew­nie czo­ło. – W do­mach dziec­ka umiesz­cza­ne są dzie­cia­ki z ro­dzin pa­to­lo­gicz­nych. To są dzie­ci al­ko­ho­li­ków, nar­ko­ma­nów. Mają za­bu­rze­nia funk­cjo­no­wa­nia ukła­du ner­wo­we­go, de­fi­cy­ty emo­cjo­nal­ne… Nie bę­dzie ła­two, mu­si­cie mieć tego świa­do­mość.

Ktoś z sali prych­nął gło­śno.

– Chce nas pani znie­chę­cić do ad­op­cji?

– Nie chcę roz­cza­ro­wań – od­po­wie­dzia­ła wy­mi­ja­ją­co psy­cho­log. – Pro­szę mi wie­rzyć, ta­kie pro­ble­my się zda­rza­ją, kie­dy dzie­ci są od­da­wa­ne. Czy są pań­stwo w sta­nie so­bie wy­obra­zić, jaki to dla nich dra­mat? Chce­my za­po­biec po­dob­nym sy­tu­acjom, dla­te­go wprost mó­wi­my, jak jest.

Ewe­li­na wes­tchnę­ła ze znie­cier­pli­wie­niem. Chcia­ła już wejść do środ­ka. Od­dech przy­spie­szył, ser­ce wy­bi­ja­ło nie­spo­koj­ny rytm. Cała była jed­nym wiel­kim pod­eks­cy­to­wa­niem. Myśl, że być może za tymi drzwia­mi, w tym bu­dyn­ku cze­ka na nią jej dziec­ko, do­da­wa­ła skrzy­deł. Mia­ła wra­że­nie, że gdy­by tyl­ko się po­sta­ra­ła, po­tra­fi­ła­by się wzbić wy­so­ko, zu­peł­nie jak te ja­skół­ki, któ­re, mo­gła­by przy­siąc, wi­dzia­ła przed chwi­lą. Nie po­dzie­la­ła wąt­pli­wo­ści Ad­ria­na. Ja­sne, bę­dzie trud­no, ale naj­waż­niej­sze było to, że w koń­cu otrzy­ma­li szan­sę na ro­dzi­ciel­stwo. Coś, co po­win­no być na­tu­ral­ne, przy­zna­wa­ne jak­by z au­to­ma­tu. Nie­ste­ty, to tak nie dzia­ła­ło. Nie w ich przy­pad­ku.

– Chodź już, bła­gam cię. Nie wy­trzy­mam dłu­żej tej nie­pew­no­ści! – po­na­gla­ła męża.

Ski­nął gło­wą, wy­łą­czył sil­nik i wy­jął klu­czyk ze sta­cyj­ki. Ewe­li­na cze­ka­ła na nie­go tuż obok sa­mo­cho­du. Z pa­nią Ma­rze­ną z ośrod­ka ad­op­cyj­ne­go umó­wi­li się na szczę­ście już na miej­scu, przed do­mem dziec­ka. Czu­ła się nie­co zmę­czo­na obec­no­ścią ob­cych lu­dzi, któ­rzy za­glą­da­li do ich ży­cia, miesz­ka­nia i sy­pial­ni, by spraw­dzić, czy na­da­ją się na ro­dzi­ców. Dla­cze­go nikt nie spraw­dza kwa­li­fi­ka­cji ko­biet, któ­re za­cho­dzą w cią­żę? Ko­le­żan­ka, któ­rą po­zna­ła w trak­cie kur­su, za­dzwo­ni­ła ostat­nio do Ewe­li­ny, aby po­chwa­lić się, że syn jest już z nimi w domu i po­wo­li uczą się funk­cjo­no­wać w no­wej, po­więk­szo­nej ro­dzi­nie. Opo­wie­dzia­ła jej, że pra­cow­ni­ca ośrod­ka to­wa­rzy­szy­ła im na­wet w dro­dze do domu dziec­ka, kie­dy je­cha­li na pierw­sze spo­tka­nie z chłop­cem. Sie­dzia­ła na tyl­nym sie­dze­niu i cały czas traj­ko­ta­ła, nie po­zwa­la­jąc przy­szłym ro­dzi­com po pro­stu po­być w świe­cie wła­snych my­śli.

Ewe­li­na chcia­ła, aby ta chwi­la była jak naj­bar­dziej in­tym­na. Nie mo­gła uro­dzić swo­je­go dziec­ka w jed­no­oso­bo­wej, kom­for­to­wej sali na blo­ku po­ro­do­wym. Nie prze­szła przez wszyst­kie eta­py po­ro­du. Nie ode­szły jej wody, nie roz­war­ła się szyj­ka. Zo­sta­ła tego bez­pow­rot­nie po­zba­wio­na. Nie bę­dzie pierw­sze­go kon­tak­tu skó­ra do skó­ry, tata sym­bo­licz­nie nie prze­tnie pę­po­wi­ny. Wie­dzia­ła, że jej po­ród bę­dzie do bólu ofi­cjal­ny. For­mal­no­ści, do­ku­men­ty, roz­mo­wa z dy­rek­to­rem domu dziec­ka, pe­da­go­giem, psy­cho­lo­giem, pie­lę­gniar­ką. Do­pie­ro wte­dy po­zwo­lą jej zo­ba­czyć dziec­ko. A to wszyst­ko w to­wa­rzy­stwie pra­cow­ni­ka ośrod­ka ad­op­cyj­ne­go, któ­ry bacz­nie bę­dzie śle­dził każ­dy gest, słu­chał każ­de­go sło­wa. Nie znio­sła­by obec­no­ści ob­cej oso­by w sa­mo­cho­dzie w dro­dze na „po­ro­dów­kę”. Dla­te­go po­pro­si­ła, aby spo­tka­li się na miej­scu.

Ad­rian, go­to­wy sta­wić czo­ła sy­tu­acji, wy­siadł w koń­cu z sa­mo­cho­du i pod­szedł do żony. Zła­pał ją moc­no za rękę i z nie do koń­ca prze­ko­nu­ją­cym uśmie­chem po­cią­gnął de­li­kat­nie w stro­nę wej­ścia do bu­dyn­ku. Na dole cze­ka­ła już na nich pani Ma­rze­na z ośrod­ka. To wła­śnie z nią od­by­li wstęp­ną roz­mo­wę, pod­czas któ­rej zde­cy­do­wa­li się zło­żyć wszyst­kie do­ku­men­ty i roz­po­cząć pro­ces kwa­li­fi­ka­cji na ro­dzi­ców ad­op­cyj­nych. Od tam­te­go spo­tka­nia do tej wi­zy­ty w domu dziec­ka mi­nął pra­wie rok. Ale dro­ga Ewe­li­ny i Ad­ria­na do upra­gnio­ne­go ro­dzi­ciel­stwa była o wie­le, wie­le dłuż­sza.

– Dzień do­bry, cie­szę się, że pań­stwa wi­dzę. – Ko­bie­ta spra­wia­ła wra­że­nie au­ten­tycz­nie ura­do­wa­nej. – Wszy­scy już na nas cze­ka­ją! Są pań­stwo go­to­wi?

Ad­rian tyl­ko ski­nął gło­wą, Ewe­li­na zdo­by­ła się na grzecz­no­ścio­we po­wi­ta­nie i ja­kiś ba­nal­ny ko­men­tarz na roz­ła­do­wa­nie at­mos­fe­ry. Za­cie­ka­wio­na ro­zej­rza­ła się wo­kół. Ko­ry­tarz wy­da­wał się czy­sty, cho­ciaż daw­no nie­od­na­wia­ny. Tu i ów­dzie ze ścian od­pry­snę­ła far­ba, a sta­ra wy­kła­dzi­na cza­sy świet­no­ści mia­ła już daw­no za sobą. Ża­rów­ka mi­ga­ła, sy­gna­li­zu­jąc, że za­raz się prze­pa­li, ale nikt nie za­przą­tał so­bie nią gło­wy. Gdzieś z głę­bi bu­dyn­ku do­cie­rał wzbu­rzo­ny głos opie­ku­na i śmie­chy dzie­ci.

– Pro­szę za mną! – W gło­sie Ma­rze­ny było coś ta­kie­go, że Ewe­li­na przy­pusz­cza­ła, iż jesz­cze nie zna­lazł się taki, któ­ry śmiał­by się jej sprze­ci­wić.

Obo­je bez za­jąk­nie­nia wy­ko­na­li jej proś­bę. Po­dą­ży­li za ko­bie­tą w stro­nę ciem­nych drzwi, na któ­rych wi­sia­ła sfa­ty­go­wa­na ta­blicz­ka z na­pi­sem „Ga­bi­net dy­rek­to­ra”.

– Za­zwy­czaj ten pierw­szy kon­takt z dziec­kiem na­stę­pu­je w ga­bi­ne­cie dy­rek­to­ra lub w po­ko­ju od­wie­dzin – po­in­for­mo­wa­ła ich pra­cow­ni­ca ośrod­ka, od­po­wia­da­jąc na nie­za­da­ne py­ta­nie.

Za­pu­ka­ła de­li­kat­nie i nie po­cze­kaw­szy na za­pro­sze­nie, we­szła do środ­ka, a Ewe­li­na i Ad­rian po­dą­ży­li jej śla­dem. W pra­wym rogu po­miesz­cze­nia stał duży pro­sto­kąt­ny stół, przy któ­rym sie­dzia­ły trzy ko­bie­ty i je­den męż­czy­zna. Kie­dy drzwi się otwo­rzy­ły, wszy­scy z za­in­te­re­so­wa­niem spoj­rze­li na nowo przy­by­łych. Ewe­li­na mia­ła nie­mi­łe wra­że­nie, że wła­śnie zo­sta­ła oce­nio­na przez tych lu­dzi. Mo­gła mieć tyl­ko na­dzie­ję, że oglę­dzi­ny wy­pa­dły po­myśl­nie.

– Dzień do­bry – ode­zwa­ła się, gło­śno prze­ły­ka­jąc śli­nę.

– Dzień do­bry – za­wtó­ro­wał jej mąż.

Pani Ma­rze­na uśmiech­nę­ła się do nich za­chę­ca­ją­co. W ich stro­nę z wy­cią­gnię­tą ręką ru­szy­ła ni­ska, szczu­pła ko­bie­ta, ubra­na dość nie­for­mal­nie. Ewe­li­na od razu po­czu­ła do niej sym­pa­tię. Źle by się czu­ła, gdy­by pra­cow­ni­cy domu dziec­ka oka­za­li się sfik­so­wa­ni na punk­cie prze­strze­ga­nia za­sad dress code’u. Chcia­ła po­znać swo­je dziec­ko w swo­bod­nej at­mos­fe­rze. Bia­łe ko­szu­le ko­ja­rzy­ły jej się z urzęd­ni­ka­mi.

– Wi­tam ser­decz­nie, na­zy­wam się Jo­lan­ta Adam­ska i je­stem dy­rek­tor­ką tego domu dziec­ka. – Ko­bie­ta zde­cy­do­wa­nie uści­snę­ła Ewe­li­nie rękę, czym wpra­wi­ła ją w kon­ster­na­cję. Nie przy­pusz­cza­ła, że tak drob­na osób­ka może mieć tak moc­ny uścisk.

– Ad­rian Bar­tec­ki, miło mi – wy­mam­ro­tał Ad­rian, wy­cią­ga­jąc w stro­nę dy­rek­tor­ki otwar­tą dłoń.

Ewe­li­na od­po­wia­da­ła tyl­ko wy­mu­szo­ny­mi gry­ma­sa­mi, któ­re z za­my­słu mia­ły być uśmie­cha­mi. Stres zżarł ją w jed­nej chwi­li. Scho­wa­ła trzę­są­ce się ręce do kie­sze­ni płasz­cza, od­dy­cha­jąc głę­bo­ko. Mia­ła ocho­tę usiąść w ką­cie i pła­kać. Z ra­do­ści, z żalu, ze zmę­cze­nia, z bólu. Chcia­ła wie­rzyć, że wła­śnie nad­szedł kres jej pro­ble­mów, że od tej chwi­li nie­moż­ność uro­dze­nia dziec­ka prze­sta­nie być tym, co ją de­fi­niu­je. Już nie bę­dzie nie­peł­ną, wy­bra­ko­wa­ną ko­bie­tą. Bę­dzie mat­ką! Tego mu­sia­ła się trzy­mać. To nie była do­bra chwi­la, żeby siąść i się za­ła­mać. Żad­na nie jest od­po­wied­nia, ale ta była naj­gor­sza z moż­li­wych. Upra­gnio­ne ro­dzi­ciel­stwo cze­ka­ło za na­stęp­nym za­krę­tem. W tym bu­dyn­ku. Mu­sia­ła tyl­ko do­brze wy­paść na spo­tka­niu… A jed­nak sa­mot­na łza była zbyt nie­po­słusz­na i po­pły­nę­ła, wy­żła­bia­jąc ślad w sta­ran­nie na­ło­żo­nym ma­ki­ja­żu.

– Prze­pra­szam, ja… – za­czę­ła, ocie­ra­jąc ją.

Jo­lan­ta Adam­ska po­ło­ży­ła jej dło­nie na ra­mio­nach i spoj­rza­ła głę­bo­ko w oczy. W pierw­szym od­ru­chu Ewe­li­na mia­ła ocho­tę uciec. Nie po­do­ba­ło jej się, że obca ko­bie­ta po­zwa­la so­bie na ta­kie ge­sty, jed­nak sło­wa dy­rek­tor­ki spra­wi­ły, że w jej ser­cu roz­la­ło się cie­pło.

– Pro­szę się nie przej­mo­wać, ja już nie ta­kie rze­czy wi­dzia­łam! Pani Ewe­li­no, po­pra­wia­my ko­ro­nę i za­su­wa­my! – Po­trzą­snę­ła nią de­li­kat­nie. – To są ogrom­ne emo­cje, za­rów­no dla was, jak i dla nas, pro­szę mi za­ufać! Będą łzy, bę­dzie śmiech, to nor­mal­ne! To jest chwi­la dla was, my je­ste­śmy tu po to, żeby po­móc wam pod­jąć de­cy­zję. Pani jest mamą i to zro­zu­mia­łe, że tak bar­dzo to wszyst­ko pani prze­ży­wa. Za­raz wy­słu­cha pani in­for­ma­cji o swo­im synu, po­zna Piotr­ka… – urwa­ła.

Pani jest mamą.

Ewe­li­na scho­wa­ła twarz w dło­niach i ro­ze­śmia­ła się gło­śno. Nie pa­no­wa­ła nad emo­cja­mi, ale naj­wy­raź­niej wca­le od niej nie ocze­ki­wa­no, że bę­dzie ina­czej. Ta ko­bie­ta po­wie­dzia­ła jej, że jest mamą! Ma-mą!

– W po­rząd­ku. – Wy­pu­ści­ła gło­śno po­wie­trze. – Mo­że­my za­czy­nać! Prze­pra­szam, że…

– Pro­szę nie prze­pra­szać! – Dy­rek­tor­ka wbi­ła w nią twar­de spoj­rze­nie. – Chcia­ła­bym pań­stwu przed­sta­wić mo­ich pra­cow­ni­ków. To jest Se­ba­stian Ro­dzeń, wy­cho­waw­ca i opie­kun praw­ny Piotr­ka. On zna go naj­le­piej.

Wy­so­ki, bar­czy­sty męż­czy­zna spoj­rzał na nich z sym­pa­tią i wy­cią­gnął dłoń na po­wi­ta­nie.

– Po­zwo­li­łam so­bie jesz­cze za­pro­sić Ja­ni­nę Pi­sko­rek, na­szą pie­lę­gniar­kę, któ­ra jak nikt inny orien­tu­je się w pro­ble­mach zdro­wot­nych na­szych pod­opiecz­nych, oraz psy­cho­log spra­wu­ją­cą opie­kę nad wy­cho­wan­ka­mi pla­ców­ki Ali­nę Ko­wal­czuk… – wy­li­cza­ła dy­rek­tor, a Ewe­li­na i Ad­rian pró­bo­wa­li za nią na­dą­żyć. W koń­cu się pod­da­li, uzna­jąc, że per­so­na­lia tych osób nie są im do ni­cze­go po­trzeb­ne.

Ad­rian wbił spoj­rze­nie w wy­cho­waw­cę Piotr­ka. Zdzi­wi­ło go, że opie­ku­nem dziec­ka jest męż­czy­zna. Za­wsze mu się wy­da­wa­ło, że w do­mach dziec­ka pra­cu­ją głów­nie ko­bie­ty. Ta pra­ca ko­ja­rzy­ła się z ty­po­wo ko­bie­cym za­ję­ciem, a tu, pro­szę, fa­cet. Ad­rian sam nie po­tra­fił roz­strzy­gnąć, jaki ma do tego sto­su­nek. Zresz­tą nie było już cza­su na roz­trzą­sa­nie bła­ho­stek, gdyż dy­rek­tor­ka wska­za­ła Ewe­li­nie i Ad­ria­no­wi miej­sca sie­dzą­ce i za­py­ta­ła, czy mają ocho­tę na coś do pi­cia. Do­pie­ro te­raz Ewe­li­na zwró­ci­ła uwa­gę na le­żą­ce na sto­le do­ku­men­ty. Wie­dzia­ła już, co znaj­du­je się w tecz­ce. Pra­cow­ni­ca ośrod­ka uświa­do­mi­ła ich wcze­śniej, jak bę­dzie prze­bie­gać ta­kie spo­tka­nie. Tuż obok Ewe­li­ny to­czy­ła się grzecz­no­ścio­wa wy­mia­na zdań, a ona mia­ła ocho­tę krzyk­nąć: „Daj­cie mi tę kar­tę, chcę wie­dzieć wszyst­ko o swo­im dziec­ku!”. Mu­sia­ła jed­nak cze­kać. Znów cze­kać! Ostat­nie mie­sią­ce jej ży­cia były na­zna­czo­ne cze­ka­niem. Mia­ła go po dziur­ki w no­sie!

– Może jed­nak kawy? – z za­my­śle­nia wy­rwał ją głos Adam­skiej.

– Nie, na­praw­dę, dzię­ku­ję, nie trze­ba! Nie piję kawy, a mąż wy­pił przed wyj­ściem – wy­tłu­ma­czy­ła się Ewe­li­na, pod­no­sząc wzrok na dy­rek­tor­kę, któ­ra wciąż krę­ci­ła się po po­ko­ju. Po­miesz­cze­nie było duże, Ewe­li­na po­my­śla­ła, że spo­koj­nie po­mie­ści­ło­by dwa, a na­wet trzy tego typu ga­bi­ne­ty.

– Nie pije pani kawy? – zdzi­wi­ła się Jo­lan­ta. – To jak pani, prze­pra­szam, funk­cjo­nu­je?

– Ja­koś daję so­bie radę, a kawa po pro­stu mi nie sma­ku­je – Ewe­li­na wzru­szy­ła ra­mio­na­mi. – Kie­dyś, jesz­cze jako mło­da dziew­czy­na, pra­co­wa­łam w knaj­pie w cha­rak­te­rze kel­ner­ki i zda­rza­ło mi się pod­czas noc­nej zmia­ny wy­pić kawę, ale ni­g­dy za nią nie prze­pa­da­łam.

– A czym się pani te­raz zaj­mu­je?

Punkt dla Adam­skiej. Pani Ma­rze­na ostrze­ga­ła, że w domu dziec­ka od­bę­dą ko­lej­ną z se­rii roz­mów kwa­li­fi­ka­cyj­nych, ale dy­rek­tor­ka ro­ze­gra­ła to cał­kiem spraw­nie. Te­mat wy­nik­nął po­nie­kąd na­tu­ral­nie.

– Pra­cu­ję w pry­wat­nej kli­ni­ce, asy­stu­ję przy za­bie­gach chi­rur­gicz­nych i tych z za­kre­su me­dy­cy­ny es­te­tycz­nej – wy­ja­śni­ła Ewe­li­na ta­kim to­nem, jak­by wy­gła­sza­ła wy­uczo­ną kwe­stię. – Ukoń­czy­łam pie­lę­gniar­stwo. A mój mąż jest gór­ni­kiem.

– O! – usta Jo­lan­ty uło­ży­ły się w kształt sa­mo­gło­ski, któ­ra się z nich wy­rwa­ła. – To cie­ka­we!

Na po­cząt­ku pro­ce­su kwa­li­fi­ka­cyj­ne­go Ewe­li­na bała się, że za­wód jej męża może się oka­zać po­wo­dem do od­rzu­ce­nia ich kan­dy­da­tu­ry. W koń­cu jest obar­czo­ny więk­szym ry­zy­kiem niż, daj­my na to, pra­ca sprze­daw­cy w skle­pie czy na­uczy­cie­la, ale oka­za­ło się, że za­ję­cie Ad­ria­na prze­ma­wia na jego ko­rzyść. Pra­ca w ko­pal­ni da­wa­ła gwa­ran­cję cią­gło­ści za­trud­nie­nia i – co za tym idzie – do­cho­dów. Mimo że cza­sy, kie­dy gór­ni­cy byli nie do ru­sze­nia, daw­no już mi­nę­ły, ten za­wód na­dal ko­ja­rzył się z do­bro­by­tem i sta­bi­li­za­cją.

– Za­wsze za­sta­na­wia­łam się, kto ko­rzy­sta z usług kli­nik me­dy­cy­ny es­te­tycz­nej – wy­zna­ła Adam­ska.

– Cóż… – za­wa­ha­ła się Ewe­li­na – klien­ci są prze­róż­ni! Zda­ję so­bie spra­wę, że pa­cjen­tów na­szej kli­ni­ki po­strze­ga się dość, hm… ste­reo­ty­po­wo. Ale nic bar­dziej myl­ne­go! – W koń­cu po­czu­ła się swo­bod­niej. Lu­bi­ła opo­wia­dać o swo­jej pra­cy. Po­zna­ła w niej na­praw­dę fa­scy­nu­ją­cych lu­dzi. – Ja­sne, zda­rza­ją się klient­ki, któ­re od nad­mia­ru bo­tok­su mają pro­blem ze swo­bod­nym uśmie­cha­niem się czy mru­ga­niem, ale nasi le­ka­rze kie­ru­ją się w pra­cy nie chę­cią za­rob­ku, ale przede wszyst­kim po­czu­ciem es­te­ty­ki. Za­le­ży im na na­tu­ral­nych efek­tach prze­pro­wa­dza­nych za­bie­gów. Cza­sem po pro­stu… – zro­bi­ła pau­zę, za­sta­na­wia­jąc się nad do­bo­rem słów – no, zda­rza się, że od­ma­wia­ją wy­ko­na­nia usłu­gi.

– Coś ta­kie­go! – Dy­rek­tor­ka cmok­nę­ła usta­mi. Wszy­scy po­zo­sta­li mil­cze­li, bacz­nie przy­słu­chu­jąc się roz­mo­wie obu ko­biet. Ad­rian ścią­gnął kurt­kę. Roz­glą­dał się za wie­sza­kiem i za­sta­na­wiał się, dla­cze­go nikt, do dia­bła, nie wziął od nich płasz­czy. – Kie­dyś na­wet my­śla­łam o ta­kim za­bie­gu, no, przy­zna pani sama, że per­spek­ty­wa od­mło­dze­nia się o kil­ka lat kusi, ale… Ja­koś ten bo­toks, jak sama pani za­uwa­ży­ła, źle się ko­ja­rzy!

– A nie­słusz­nie, bo sku­tecz­nie usu­wa zmarszcz­ki mi­micz­ne. Poza tym mamy w ofer­cie też inne, mi­ni­mal­nie in­wa­zyj­ne za­bie­gi… Nici li­ftin­gu­ją­ce, me­zo­te­ra­pię bez­i­gło­wą, ul­tra­dź­wię­ki, pla­zmę… – Ewe­li­na wy­mie­nia­ła na jed­nym wde­chu. Na­gle urwa­ła, jak­by przy­po­mi­na­jąc so­bie, z kim roz­ma­wia. – W każ­dym ra­zie za­pra­szam, na pew­no za­ła­twię ja­kiś ra­bat!

– Jak się w koń­cu zde­cy­du­ję, na pew­no sko­rzy­stam! – Dy­rek­tor­ka mach­nę­ła ręką. – Jak zdą­ży­łam się zo­rien­to­wać, miesz­ka­ją pań­stwo w Ka­to­wi­cach, praw­da?

– Tak. – Do roz­mo­wy wtrą­cił się Ad­rian. – Oba­wia­li­śmy się, że przy wjeź­dzie do So­snow­ca po­pro­szą nas o pasz­por­ty, ale na szczę­ście uda­ło się do­trzeć bez więk­szych przy­gód.

Uwa­ga Ad­ria­na roz­ła­do­wa­ła na­pię­cie, któ­re uno­si­ło się pod su­fi­tem. Swo­ją dro­gą, za­uwa­ży­ła w my­ślach Ewe­li­na, su­fit w tym po­miesz­cze­niu był w o wie­le lep­szym sta­nie niż w po­zo­sta­łej czę­ści bu­dyn­ku. Cały ga­bi­net pre­zen­to­wał się zresz­tą ko­rzyst­niej.

– Czy w po­bli­żu miej­sca pań­stwa za­miesz­ka­nia znaj­du­je się szko­ła? Przy­chod­nia? Park? – Jo­lan­ta przy­bra­ła nie­co bar­dziej ofi­cjal­ny ton.

– Tak, tak, oczy­wi­ście! – za­pew­ni­ła gor­li­wie Ewe­li­na. – W od­le­gło­ści dwu­stu, może trzy­stu me­trów jest duży park z pla­cem za­baw. Nie­da­le­ko znaj­du­ją się też kino, sala za­baw, szko­ła… – Spoj­rza­ła w oczy dy­rek­tor­ce. – Na­praw­dę je­ste­śmy w sta­nie za­pew­nić chłop­cu god­ne wa­run­ki. Miesz­ka­nie jest prze­stron­ne, sło­necz­ne… – urwa­ła, bo po­czu­ła się głu­pio. Prze­cież dy­rek­tor­ka z pew­no­ścią o tym wszyst­kim wie­dzia­ła.

Jo­lan­ta za­wa­ha­ła się. Za­sty­gła na chwi­lę w bez­ru­chu, po czym spoj­rza­ła na Se­ba­stia­na, któ­ry w mig zro­zu­miał jej in­ten­cje i od­chrząk­nął zna­czą­co, czym zwró­cił na sie­bie uwa­gę Bar­tec­kich.

– Je­ste­śmy prze­ko­na­ni, że pra­cow­ni­cy ośrod­ka szcze­gó­ło­wo spraw­dzi­li pań­stwa sy­tu­ację miesz­ka­nio­wą, ży­cio­wą, ma­te­rial­ną… – zwró­cił się do Ewe­li­ny i Ad­ria­na, łą­cząc ko­niusz­ki pal­ców obu dło­ni w pi­ra­mi­dę. – Ale żeby przy­jąć do domu dziec­ko ta­kie jak Pio­trek… pro­szę mnie źle nie zro­zu­mieć. Ja chcę dla tego chło­pa­ka jak naj­le­piej. Prze­żył już nie­jed­no roz­cza­ro­wa­nie…

– Bied­ny chło­pak! – wy­rwa­ło się Ewe­li­nie.

– Nie je­ste­śmy ludź­mi, któ­rzy rzu­ca­ją sło­wa na wiatr – wtrą­cił Ad­rian.

– Wszy­scy tak twier­dzą… – mruk­nął Se­ba­stian.

– Cho­dzi o to – we­szła mu w sło­wo Jo­lan­ta – że de­fi­cy­ty Piotr­ka są na­praw­dę… znacz­ne. To jest trud­ne dziec­ko ze strasz­ną prze­szło­ścią. Tyl­ko ku­ra­cja wi­ta­mi­ną M może wy­pro­wa­dzić go z tych opóź­nień i za­bu­rzeń…

Ad­rian i Ewe­li­na spoj­rze­li na sie­bie, ale ze swo­ich twa­rzy wy­czy­ta­li to samo – obo­je nie mie­li naj­mniej­sze­go po­ję­cia, o czym mówi dy­rek­tor­ka.

– Wi­ta­mi­na M. M jak mi­łość. Mi­łość ro­dzi­ców – wy­tłu­ma­czy­ła Adam­ska.

Nie zdą­ży­li za­re­ago­wać, gdyż wy­cho­waw­ca Piotr­ka za­czął swój mo­no­log.

– Kie­dy Pio­trek przy­szedł na świat, miał we krwi po­nad pro­mil al­ko­ho­lu! Le­ka­rze roz­po­czę­li wal­kę o jego ży­cie, rów­no­cze­śnie po­wia­do­mio­no sąd ro­dzin­ny – Se­ba­stian wy­raź­nie emo­cjo­no­wał się hi­sto­rią swo­je­go pod­opiecz­ne­go. – Jego mat­ka, no cóż… Była już zna­na opie­ce spo­łecz­nej. To wy­cho­wan­ka domu dziec­ka, sama po­cho­dzi­ła z pa­to­lo­gicz­nej ro­dzi­ny, wpa­dła w pe­wien sche­mat. Ona… – urwał i spoj­rzał na Ewe­li­nę i Ad­ria­na, jak­by chciał spraw­dzić, ja­kie wra­że­nie wy­wo­ła­ły na nich te in­for­ma­cje. Obo­je wpa­try­wa­li się w nie­go nie­cier­pli­wie, chło­nąc każ­de sło­wo. – Ona chy­ba nie po­tra­fi­ła ina­czej. W każ­dym ra­zie sąd ro­dzin­ny wy­słał za­py­ta­nie do opie­ki spo­łecz­nej, a im oso­ba mat­ki Piotr­ka nie była obca. Nie ode­bra­no jej praw do dziec­ka, zde­cy­do­wa­no się na ich ogra­ni­cze­nie. To była chy­ba te­ra­pia szo­ko­wa dla tej ko­bie­ty, bo za­czę­ła się sta­rać. Pod­ję­ła le­cze­nie od­wy­ko­we, po ja­kimś cza­sie dziec­ko wró­ci­ło do domu. Byli pod nad­zo­rem ku­ra­to­ra, któ­ry szyb­ko zo­rien­to­wał się, że mat­ka znów leci w dół i… Pio­trek wró­cił do ośrod­ka. Taka sy­tu­acja po­wta­rza­ła się trzy­krot­nie, za­nim sąd zde­cy­do­wał o cał­ko­wi­tym po­zba­wie­niu mat­ki praw ro­dzi­ciel­skich.

W ga­bi­ne­cie za­pa­dła ci­sza. Ewe­li­na po­win­na my­śleć o bio­lo­gicz­nej mat­ce Pio­tru­sia ze zło­ścią, w koń­cu to ona była wi­no­waj­czy­nią de­fi­cy­tów dziec­ka. To ona spro­wa­dzi­ła na nie­go ten los! To przez nią chło­piec do­ra­stał w ośrod­ku opie­kuń­czo-wy­cho­waw­czym, nie zna­jąc cie­pła ro­dzin­ne­go domu. Ewe­li­na jed­nak nie po­tra­fi­ła się na nią zło­ścić, mimo iż, jak wie­dzia­ła, pło­do­wy ze­spół al­ko­ho­lo­wy to je­dy­ny ze­spół wro­dzo­nych wad, któ­re­mu moż­na za­po­biec. Wy­star­czy nie pić al­ko­ho­lu w cią­ży. To prze­cież tyl­ko dzie­więć mie­się­cy, moż­na się po­wstrzy­mać przez tak krót­ki czas. A mimo to w Pol­sce ro­dzi się wię­cej dzie­ci z al­ko­ho­lo­wym ze­spo­łem pło­do­wym niż z ze­spo­łem Do­wna. W tej chwi­li je­dy­ne, co Ewe­li­na czu­ła wo­bec mat­ki Piotr­ka, to współ­czu­cie.

– Zmar­ła trzy i pół roku temu – oznaj­mił bez­na­mięt­nie Se­ba­stian.

Ewe­li­na z gło­śnym ję­kiem wy­pu­ści­ła z sie­bie po­wie­trze, któ­re trzy­ma­ła w płu­cach sta­now­czo zbyt dłu­go.

– A oj­ciec? Co z nim? – za­in­te­re­so­wał się Ad­rian.

– Oj­ciec Piotr­ka jest nie­zna­ny, więc dziec­ko już od dłuż­sze­go cza­su ma ure­gu­lo­wa­ną sy­tu­ację praw­ną – wy­ja­śni­ła dy­rek­tor­ka.

– Dla­cze­go na­dal jest w ośrod­ku? Po­dob­no w dzi­siej­szych cza­sach to ro­dzi­ce cze­ka­ją na dziec­ko, a nie od­wrot­nie… – spoj­rzał zna­czą­co na pa­nią Ma­rze­nę, jak­by su­ge­ru­jąc, kto po­dał mu taką in­for­ma­cję.

– Zga­dza się, tyl­ko że dziec­ka w tym wie­ku, z ta­ki­mi de­fi­cy­ta­mi po pro­stu nikt nie chciał – ode­zwa­ła się po raz pierw­szy psy­cho­log Ali­na Ko­wal­czuk, przy­cią­ga­jąc uwa­gę ze­bra­nych. Na­tych­miast po­kry­ła się krwi­sto­czer­wo­nym ru­mień­cem, a Ewe­li­na po­my­śla­ła, jak to moż­li­we, że tak wsty­dli­wa oso­ba wy­bra­ła za­wód, w któ­rym bez­u­stan­nie ma się kon­takt z dru­gim czło­wie­kiem.

Za­pa­dła dłuż­sza ci­sza. Ze­bra­ne w ga­bi­ne­cie oso­by w ci­szy prze­tra­wia­ły wy­po­wie­dzia­ne przez psy­cho­loż­kę sło­wa. Co to za świat, w któ­rym dziec­ko jest nie­chcia­ne z uwa­gi na wiek czy cho­ro­by? Wła­śnie dla­te­go na py­ta­nie: „O ja­kim dziec­ku pań­stwo my­ślą?”, któ­re pa­dło pod­czas pierw­szej wi­zy­ty w ośrod­ku ad­op­cyj­nym, Ewe­li­na i Ad­rian od­po­wie­dzie­li: „O każ­dym”.

– A… – za­czę­ła Ewe­li­na, ale naj­wy­raź­niej za­bra­kło jej od­wa­gi. – A FAS*? – do­koń­czy­ła bez­gło­śnie. Tyl­ko z ru­chu jej warg roz­mów­cy mo­gli wy­czy­tać, o co py­ta­ła.

* FAS (Fe­tal Al­co­hol Syn­dro­me) – pło­do­wy ze­spół al­ko­ho­lo­wy.

– Nie wiem, czy po­win­ni­śmy roz­pa­try­wać to w ka­te­go­riach szczę­ścia, ale… – za­czę­ła ostroż­nie dy­rek­tor­ka. – Za­zwy­czaj dzie­ci z pło­do­wym ze­spo­łem al­ko­ho­lo­wym nie są pra­wi­dło­wo zdia­gno­zo­wa­ne. Pro­szę zwró­cić uwa­gę, że prze­waż­nie ro­dzą się one w ro­dzi­nach pa­to­lo­gicz­nych, w któ­rych świa­do­mość ist­nie­nia pew­nych de­fi­cy­tów jest nie­wiel­ka… Poza tym na pew­no pań­stwo wie­dzą, że FAS jest kon­se­kwen­cją spo­ży­wa­nia al­ko­ho­lu przez mat­kę – za­uwa­ży­ła, a Ewe­li­na i Ad­rian po­twier­dzi­li ski­nie­niem gło­wy. – Któ­ra ko­bie­ta przy­zna­ła­by się, że piła w cią­ży? Za­zwy­czaj zde­cy­do­wa­nie za­prze­cza­ją, ale mat­ka Piotr­ka… no cóż, uro­dzi­ła dziec­ko, bę­dąc pod wy­pły­wem al­ko­ho­lu. Poza tym chło­piec miał ty­po­we dla pło­do­we­go ze­spo­łu al­ko­ho­lo­we­go ce­chy mor­fo­lo­gicz­ne – ano­ma­lie w bu­do­wie twa­rzy, wadę ser­ca i dla­te­go – za­stu­ka­ła pal­ca­mi w blat sto­łu – dość szyb­ko po­sta­wio­no wła­ści­wą dia­gno­zę. Inne dzie­ci nie mają tego „szczę­ścia” – przy ostat­nim sło­wie po­ru­szy­ła pal­ca­mi wska­zu­ją­cym i środ­ko­wym obu dło­ni, da­jąc do zro­zu­mie­nia, że to iro­nia.

– A jak on się póź­niej roz­wi­jał? Jak sy­tu­acja wy­glą­da dzi­siaj? Czy jest pod opie­ką spe­cja­li­stów? – Ewe­li­na mia­ła mnó­stwo py­tań.

Wpraw­dzie otrzy­ma­ła pod­sta­wo­we in­for­ma­cje w oś­rod­ku ad­op­cyj­nym, ale chcia­ła usły­szeć o wszyst­kim od lu­dzi, któ­rzy naj­le­piej zna­li Piotr­ka, któ­rzy prze­by­wa­li z nim na co dzień. To­wa­rzy­szy­ła jej re­flek­sja, że mó­wią jej za mało, a ona chce wie­dzieć o swo­im dziec­ku wię­cej, wię­cej i wię­cej! Każ­dą in­for­ma­cję chło­nę­ła nie tyl­ko usza­mi, ale też skó­rą.

– To może pani Ja­ni­na… – Jo­lan­ta prze­ka­za­ła pa­łecz­kę pie­lę­gniar­ce. Ta tyl­ko kiw­nę­ła gło­wą i bez­na­mięt­nie spoj­rza­ła na Ewe­li­nę i Ad­ria­na.

– Chło­piec od po­cząt­ku roz­wi­jał się wol­niej od ró­wie­śni­ków, póź­no za­czął sia­dać, cho­dzić, mó­wić – wy­li­cza­ła. – Kie­dy był w ośrod­ku, sta­ra­li­śmy się za­pew­nić mu jak naj­lep­sze wa­run­ki roz­wo­ju, ale pro­szę też zro­zu­mieć na­szą sy­tu­ację… Mamy pod opie­ką nie jed­no czy dwo­je dzie­ci, dla­te­go za­wsze po­wta­rzam, że dzie­cia­ki naj­le­piej się roz­wi­ja­ją, kie­dy znaj­dą dom, tra­fią pod czu­łą opie­kę ro­dzi­ców. – Pie­lę­gniar­ka wzię­ła do ręki do­ku­men­ty i wy­cią­gnę­ła je w stro­nę Ewe­li­ny i Ad­ria­na. – Pio­trek ma duże pro­ble­my z na­uką i z pa­mię­cią krót­ko­trwa­łą. Do­dat­ko­wo tro­chę u nie­go na ba­kier z in­te­gra­cją sen­so­rycz­ną, ma licz­ne za­bu­rze­nia w od­czu­wa­niu bodź­ców, sko­lio­zę, ogra­ni­cze­nia ru­cho­mo­ści sta­wów… Cały czas jest pod opie­ką ge­ne­ty­ka i neu­ro­lo­ga, jeź­dzi­my z nim na okre­so­we kon­tro­le. – Wrę­czy­ła im do­ku­men­ty. – Jako mały chło­piec miał wpro­wa­dzo­ne wcze­sne wspo­ma­ga­nie, te­raz po­zo­sta­ją głów­nie wi­zy­ty u psy­cho­lo­ga i cią­gła pra­ca z dziec­kiem.

– Psy­cho­te­ra­pię z dziec­kiem nie­opóź­nio­nym w roz­wo­ju za­czy­na się wła­śnie oko­ło dzie­sią­te­go roku ży­cia, ale po­dej­rze­wam, że w przy­pad­ku Piotr­ka na­stą­pi to nie wcześ­niej niż w wie­ku trzy­na­stu, może pięt­na­stu lat – wtrą­ci­ła psy­cho­log. – Na ra­zie w grę wcho­dzą przede wszyst­kim za­ję­cia mo­to­rycz­ne, tre­ning re­lak­sa­cyj­ny.

Ewe­li­na i Ad­rian ski­nę­li gło­wa­mi, za­zna­cza­jąc, że przy­ję­li wszyst­ko do wia­do­mo­ści.

– Chło­piec lubi czy­tać – wtrą­ci­ła dy­rek­tor­ka, jak­by to była naj­waż­niej­sza in­for­ma­cja o dziec­ku.

– Czy­tać to może zbyt wiel­kie sło­wo – zmie­szał się Se­ba­stian. – Wo­dzi wzro­kiem po tek­ście, oglą­da ilu­stra­cje. Kil­ka razy prze­wer­to­wał już w ten spo­sób całą książ­kę, bar­dzo lubi Har­ry’ego Pot­te­ra, oczy­wiś­cie to wy­da­nie z ilu­stra­cja­mi… – urwał. – Dzie­ci z FAS ro­zu­mie­ją wszyst­ko bar­dzo do­słow­nie, nie po­tra­fią wy­ła­py­wać z tek­stu czy roz­mo­wy po­je­dyn­czych in­for­ma­cji…

– To kar­ta Piotr­ka, tak? – prze­rwa­ła mu Ewe­li­na, wpa­tru­jąc się we wrę­czo­ny przez pie­lę­gniar­kę do­ku­ment.

– Zga­dza się, to jego kar­ta oso­bo­wa – wy­ja­śni­ła Ja­ni­na. – Tam znaj­du­ją się wszyst­kie in­for­ma­cje o Piotr­ku…

Za­pa­dła ci­sza. Pra­cow­ni­cy domu dziec­ka i pani Ma­rze­na po­sta­no­wi­li dać ro­dzi­com czas na za­po­zna­nie się z do­ku­men­tem. Ewe­li­na i Ad­rian sta­ran­nie śle­dzi­li tekst. Dane dziec­ka, dane ro­dzi­ców, sy­tu­acja praw­na, opie­kun praw­ny, sto­su­nek dziec­ka do przy­spo­so­bie­nia, ro­dzeń­stwo dziec­ka…

– Wła­śnie – zwró­ci­ła uwa­gę Ewe­li­na. – Ro­zu­miem, że Pio­trek nie ma ro­dzeń­stwa?

– Z tego, co wie­my, nie. Mat­ka mia­ła tyl­ko jego, a oj­ciec…

– Ro­zu­miem.

Opis po­by­tu w pla­ców­ce, stan zdro­wia i roz­wój dziec­ka… Tu Ewe­li­na za­trzy­ma­ła się na dłu­żej. Cią­ża, po­ród, ak­tu­al­ny stan zdro­wia, ba­da­nia spe­cja­li­stycz­ne. I wszę­dzie ten FAS. Na Boga, czy ta ko­bie­ta nie wie­dzia­ła, że sys­te­ma­tycz­nie wta­cza w krew swo­je­go nie­na­ro­dzo­ne­go dziec­ka tru­ci­znę? Kie­dy za­dzwo­nił te­le­fon i Ewe­li­na do­wie­dzia­ła się, że jest dla niej dziec­ko, chło­piec z pło­do­wym ze­spo­łem al­ko­ho­lo­wym, nie spa­ła przez całą noc. Prze­czy­ta­ła w sie­ci wszyst­ko, co tyl­ko na­pi­sa­no o FAS. Dys­po­no­wa­ła też wie­dzą z pro­wa­dzo­nych przez ośro­dek ad­op­cyj­ny warsz­ta­tów. Jed­no spo­tka­nie do­ty­czy­ło za­bu­rzeń, z ja­ki­mi mogą spo­tkać się u dzie­ci. Wie­dzia­ła, że al­ko­hol ma bar­dziej tok­sycz­ne dzia­ła­nie na płód niż ja­ki­kol­wiek nar­ko­tyk. Czy mat­ka Piotr­ka nie mia­ła tej świa­do­mo­ści? A może po pro­stu była tak zo­bo­jęt­nia­ła, tak bar­dzo po­trze­bo­wa­ła wód­ki, że nie za­przą­ta­ła so­bie tym gło­wy? Pol­skie pra­wo w ża­den spo­sób nie re­gu­lu­je kwe­stii spo­ży­wa­nia al­ko­ho­lu w cią­ży. Pi­ją­ce cię­żar­ne po­zo­sta­ją bez­kar­ne, ale prze­cież ist­nie­je jesz­cze coś ta­kie­go jak pra­wo mo­ral­ne. Mat­ka nie po­win­na wy­rzą­dzać ta­kiej krzyw­dy swo­je­mu nie­na­ro­dzo­ne­mu dziec­ku…

– Chy­ba wszyst­ko jest ja­sne – Ad­rian w koń­cu prze­rwał prze­dłu­ża­ją­cą się ci­szę.

– Czy pań­stwo są go­to­wi na­wią­zać kon­takt z dziec­kiem? – za­py­ta­ła ofi­cjal­nie dy­rek­tor­ka, a ser­ce Ewe­li­ny wy­ko­na­ło pi­ru­et.

Tak, tak, tak! Byli go­to­wi! Cze­ka­li na tę chwi­lę od wie­lu, wie­lu mie­się­cy, któ­re dłu­ży­ły się w nie­skoń­czo­ność.

– W ta­kim ra­zie pój­dę po Piotr­ka – za­pro­po­no­wa­ła psy­cho­log.

Ewe­li­na wpa­try­wa­ła się w drzwi, za któ­ry­mi znik­nę­ła Ali­na, a w któ­rych za chwi­lę miał się po­ja­wić Pio­trek. Była prze­ko­na­na, że bi­cie jej ser­ca jest sły­szal­ne nie tyl­ko dla wszyst­kich ze­bra­nych w tym po­ko­ju, ale też w ca­łym bu­dyn­ku. Ba! W ca­łej dziel­ni­cy, mie­ście, wo­je­wódz­twie! Cze­ka­ła. Ale tym ra­zem wie­dzia­ła, że od upra­gnio­ne­go szczę­ścia dzie­lą ją co naj­wy­żej mi­nu­ty.

ROZ­DZIAŁ 1

Rok przed spotkaniem w domu dziecka

Ewe­li­na opa­dła z gło­śnym ję­kiem na skó­rza­ny fo­tel. Tego dnia mie­li za­pla­no­wa­ny jesz­cze je­den za­bieg, ale do przyj­ścia pa­cjent­ki zo­sta­ło pół go­dzi­ny. Mo­gła zła­pać od­dech i zjeść obiad, któ­ry daw­no zdą­żył wy­sty­gnąć. Od­kąd An­ge­li­ka po­szła na ma­cie­rzyń­ski, Ewe­li­na pra­co­wa­ła w kli­ni­ce na dwa eta­ty, cho­ciaż oczy­wi­ście otrzy­my­wa­ła wy­na­gro­dze­nie za je­den. Za­stę­po­wa­ła ko­le­żan­kę w re­cep­cji i na­dal wy­ko­ny­wa­ła swo­ją pra­cę, asy­stu­jąc przy bar­dziej skom­pli­ko­wa­nych za­bie­gach, któ­re wy­ma­ga­ły obec­no­ści dru­giej, oprócz le­ka­rza, oso­by. Po­dej­rze­wa­ła, że sły­ną­cy z pa­zer­no­ści i skąp­stwa wła­ści­ciel kli­ni­ki na­wet nie za­czął szu­kać pra­cow­ni­ka na za­stęp­stwo, cho­ciaż utrzy­my­wał, że nie ma chęt­nych do pra­cy. An­ge­li­ka… No wła­śnie. Ewe­li­nie wy­da­wa­ło się, iż już daw­no po­go­dzi­ła się z my­ślą, że ni­g­dy nie zo­sta­nie mamą. Jed­nak każ­da ko­lej­na cią­ża czy na­ro­dzi­ny dziec­ka wśród jej zna­jo­mych spra­wia­ły, że po­pa­da­ła w ma­razm i zo­bo­jęt­nie­nie. „Po co to wszyst­ko?”, my­śla­ła. Kie­dyś wie­rzy­ła, iż moż­na wieść uda­ne ży­cie, nie ma­jąc dziec­ka, lecz z roku na rok utwier­dza­ła się w prze­ko­na­niu, że jej co­dzien­ność jest po­zba­wio­na więk­sze­go sen­su, a mał­żeń­stwo z Ad­ria­nem… w po­rząd­ku, jest uda­ne, ale bra­ku­je mu tego uko­ro­no­wa­nia mi­ło­ści. Tej wi­sien­ki na tor­cie. Dziec­ka.

Myśl o Ad­ria­nie skło­ni­ła ją, aby się­gnąć do to­reb­ki i spraw­dzić te­le­fon. Nic z tego. Żad­nych nie­ode­bra­nych po­łą­czeń i nie­od­czy­ta­nych wia­do­mo­ści. Bała się. Tak bar­dzo się bała. Już raz przez to prze­cho­dzi­ła. Nie prze­ży­ła­by tego po raz dru­gi. Nie te­raz, kie­dy tra­fi­ła w koń­cu na czło­wie­ka, któ­ry ją ro­zu­miał. A może tak jej się tyl­ko wy­da­wa­ło…

Wa­ha­ła się przez kil­ka se­kund. Przej­rza­ła li­stę ostat­nio wy­bie­ra­nych nu­me­rów i wy­bra­ła trze­cie od góry imię. Po chwi­li cze­ka­ła już na po­łą­cze­nie.

– No, cześć, ko­cha­nie! Jak mija dzień? – roz­legł się głos Ad­ria­na, a ona gło­śno ode­tchnę­ła z ulgą. Nie usły­sza­ła w nim roz­cza­ro­wa­nia czy wy­rzu­tu. Brzmiał cał­ko­wi­cie nor­mal­nie. Gdy­by nie wczo­raj­sza kłót­nia, któ­ra sta­no­wi­ła nie­zbi­ty do­wód po­gar­sza­ją­cej się w ich domu at­mos­fe­ry, po­my­śla­ła­by, że uro­iła so­bie wszyst­kie pro­ble­my.

– Cześć, stę­sk­ni­łam się za tobą – przy­zna­ła zgod­nie z praw­dą. Ro­zej­rza­ła się nie­spo­koj­nie wo­kół. Nie lu­bi­ła pro­wa­dzić oso­bi­stych roz­mów w pra­cy i za­wsze oba­wia­ła się, że ktoś po­stron­ny usły­szy o kil­ka słów za dużo. Bar­dzo strze­gła swo­jej pry­wat­no­ści. – Wy­obraź so­bie, że do­pie­ro te­raz mam chwi­lę, żeby zjeść obiad!

– Nie na­rze­kaj, przy­naj­mniej nie dłu­ży ci się czas w pra­cy. Za­wsze się ża­li­łaś, że po­mię­dzy za­bie­ga­mi się nu­dzisz, więc szef za­dbał o two­je do­bre sa­mo­po­czu­cie – za­uwa­żył ze śmie­chem.

– Niech on już le­piej nie dba o moje sa­mo­po­czu­cie!

– Chęt­nie się o nie za­trosz­czę dzi­siej­sze­go wie­czo­ru… – Ewe­li­na mo­gła­by przy­siąc, że w gło­sie Ad­ria­na za­brzmia­ła nuta na­mięt­no­ści. To wy­star­czy­ło, aby zro­bi­ło jej się go­rą­co! Kie­dyś seks ko­ja­rzył jej się tyl­ko z nie­po­myśl­ny­mi pró­ba­mi po­czę­cia dziec­ka. Ale to było w in­nym, po­przed­nim ży­ciu. Ewe­li­na so­bie z tym po­ra­dzi­ła. Na­praw­dę so­bie po­ra­dzi­ła! Tyl­ko cza­sem, kie­dy do­sta­wa­ła okre­su albo kie­dy ko­lej­na ko­le­żan­ka ob­wiesz­cza­ła, że spo­dzie­wa się dziec­ka… wte­dy so­bie nie ra­dzi­ła. Przez chwi­lę. Tyl­ko przez chwi­lę. Po­wra­ca­ło zna­jo­me ukłu­cie żalu i po­czu­cie pust­ki pod ser­cem. „Je­stem ja­ło­wa”, wy­rzu­ca­ła so­bie. Ad­rian do­sko­na­le zda­wał so­bie spra­wę z wąt­pli­woś­ci żony, dla­te­go wie­czo­rem udo­wad­niał jej w łóż­ku, że wbrew temu, co sama o so­bie my­śla­ła, jest bar­dzo ko­bie­ca. I bar­dzo, ale to bar­dzo go po­cią­ga.

– Umó­wi­łam się z Aga­tą na drin­ka – przy­po­mnia­ła mu, wa­chlu­jąc się tecz­ką z do­ku­men­ta­mi któ­rejś z pa­cjen­tek.

– Ale chy­ba nie wró­cisz bar­dzo póź­no? Mogę na cie­bie po­cze­kać – za­su­ge­ro­wał zna­czą­co.

– Ad­rian… – za­wa­ha­ła się. Wie­dzia­ła, że nie po­win­na prze­pro­wa­dzać ta­kich roz­mów przez te­le­fon, ale tak było ła­twiej. Zresz­tą po­przed­nie­go wie­czo­ru dys­ku­to­wa­li o tym na żywo, i co z tego wy­szło? Nie­po­trzeb­na kłót­nia. – Nie je­steś na mnie zły?

Ci­sza. Tego Ewe­li­na oba­wia­ła się naj­bar­dziej. Było miło, a ona jak zwy­kle po­psu­ła at­mos­fe­rę.

– Mo­żesz już so­bie nie za­przą­tać gło­wy wczo­raj­szą róż­ni­cą zdań? Było, mi­nę­ło – od­po­wie­dział w koń­cu, ale Ewe­li­na wie­dzia­ła, że jest spię­ty. Sły­sza­ła to w jego gło­sie. – Obo­je chy­ba po­wie­dzie­li­śmy o kil­ka słów za dużo. Cie­szę się, że umó­wi­łaś się na dziś z Aga­tą. Mu­sisz na­brać dy­stan­su i…

– Mia­łam na­praw­dę dużo cza­su, żeby na­brać dy­stan­su. Kil­ka lat – we­szła mu w sło­wo. Wie­dzia­ła, że jest wo­bec nie­go nie­spra­wie­dli­wa. Prze­cież ją wspie­rał! Ro­zu­miał ją! Ale… czy na­praw­dę moż­na zro­zu­mieć dru­gie­go czło­wie­ka w ta­kiej sy­tu­acji? To nie on był wi­nien. Mógł w każ­dej chwi­li odejść i mieć dziec­ko z inną ko­bie­tą. Tak jak Bar­tek. To zro­zu­mia­łe, że Ewe­li­na żyła w cią­głym lęku i mimo że ufa­ła Ad­ria­no­wi, to i tak… nie po­tra­fi­ła za­ufać mu do koń­ca. Tak, tak. Nie­źle to wszyst­ko po­krę­co­ne.

– Ko­cham cię, wiesz o tym, praw­da?

– Też cię ko­cham! – Uśmiech­nę­ła się bar­dziej do sie­bie niż do nie­go, bo prze­cież przez te­le­fon nie mógł zo­ba­czyć tego gry­ma­su, któ­ry po­ja­wił się na jej twa­rzy. – Wi­dzi­my się wie­czo­rem, praw­da?

– Do zo­ba­cze­nia, pa!

Roz­łą­czy­ła się i spoj­rza­ła na ze­ga­rek. Ko­lej­na pa­cjent­ka mia­ła się zja­wić za pięt­na­ście, może dwa­dzie­ścia mi­nut. Po­sta­no­wi­ła wy­ko­rzy­stać ten czas i w koń­cu zjeść obiad, cho­ciaż pora obia­do­wa już daw­no mi­nę­ła. Otwo­rzy­ła pu­deł­ko, któ­re przez kil­ko­ma go­dzi­na­mi przy­niósł do­staw­ca z lo­kal­ne­go bi­stro, i oce­ni­ła jego za­war­tość. Nie lu­bi­ła je­dze­nia od­grze­wa­ne­go w mi­kro­fa­lów­ce, dla­te­go za­ry­zy­ko­wa­ła i po­sta­no­wi­ła zjeść na zim­no ma­ka­ron z kur­cza­kiem, se­rem i bro­ku­ła­mi. Nie sma­ko­wa­ło może tak do­brze, jak na cie­pło, ale nie mia­ła cza­su, aby wy­brzy­dzać. Nie zdą­ży­ła po­łknąć ostat­nie­go kęsa, kie­dy ode­zwał się do­mo­fon. Przy­szła ostat­nia tego dnia pa­cjent­ka.

Ewe­li­na ni­ko­mu by się do tego nie przy­zna­ła, ale mia­ła w zwy­cza­ju ob­ser­wo­wać klient­ki kli­ni­ki i za­sta­na­wiać się, kim są i ja­kie ży­cie pro­wa­dzą. Ceny za za­bie­gi wca­le nie były ni­skie, dla­te­go ze zro­zu­mia­łych wzglę­dów pa­cjent­ka­mi były głów­nie ko­bie­ty o za­sob­nych port­fe­lach. Czy były przez to szczę­śliw­sze? Ewe­li­na by­ła­by skłon­na za­ry­zy­ko­wać, że nie­ko­niecz­nie. Nie pie­nią­dze de­cy­do­wa­ły o szczę­ściu czy nie­szczę­ściu czło­wie­ka, cho­ciaż po­dob­no o nie­bo le­piej pła­cze się w mer­ce­de­sie niż w au­to­bu­sie.

Pa­cjent­ka była za­pi­sa­na na za­bieg li­po­li­zy in­iek­cyj­nej. Ewe­li­na dość scep­tycz­nie pod­cho­dzi­ła do wszyst­kich re­we­la­cji me­dy­cy­ny es­te­tycz­nej, uwa­ża­ła, że naj­lep­szym spo­so­bem na po­zby­cie się tłusz­czu jest po pro­stu ogra­ni­cze­nie spo­ży­cia wy­so­ko­ka­lo­rycz­nych pro­duk­tów i ak­tyw­ność fi­zycz­na, jed­nak mu­sia­ła przy­znać, że od ja­kie­goś cza­su na­ukow­cy z co­raz lep­szym skut­kiem prze­ści­ga­li się w wy­naj­do­wa­niu mało in­wa­zyj­nych, in­no­wa­cyj­nych me­tod re­duk­cji tkan­ki tłusz­czo­wej. Jed­ną z naj­now­szych było ostrzyk­nię­cie miej­sco­wych otłusz­czeń pre­pa­ra­tem o wła­ści­wo­ściach roz­bi­ja­ją­cych ko­mór­ki tłusz­czo­we. Pa­cjent­ki za­rze­ka­ły się, że to dzia­ła, ale Ewe­li­na wciąż po­zo­sta­wa­ła nie­uf­na.

– Ewe­li­no, na po­czą­tek pro­szę przy­go­to­wać jed­ną am­puł­kę pre­pa­ra­tu – po­pro­sił ją dok­tor Kol­ski, z któ­rym naj­bar­dziej lu­bi­ła współ­pra­co­wać. Sama nie wie­dzia­ła dla­cze­go, po pro­stu wzbu­dzał w niej cie­płe uczu­cia. Może dla­te­go, że w prze­ci­wień­stwie do in­nych le­ka­rzy kli­ni­ki nie za­dzie­rał nosa i nie trak­to­wał osób spo­za per­so­ne­lu le­kar­skie­go jak lu­dzi niż­szej ka­te­go­rii.

Za­bieg był dość stan­dar­do­wy – pa­cjent­ka chcia­ła wy­mo­de­lo­wać so­bie brzuch. Pro­ce­du­ra na­le­ża­ła do sto­sun­ko­wo pro­stych i krót­ko­trwa­łych, dla­te­go już po trzy­dzie­stu mi­nu­tach ze­spół w oso­bach dok­to­ra Kol­skie­go i Ewe­li­ny za­koń­czył pra­cę. Ewe­li­na zdję­ła far­tuch i prze­bra­ła się w swo­je co­dzien­ne ubra­nia. Do dzie­więt­na­stej zo­sta­ły jesz­cze dwa kwa­dran­se, jed­nak Kol­ski uznał, że ni­ko­mu nie sta­nie się krzyw­da, je­śli tego dnia urwą się z pra­cy chwi­lę wcze­śniej.

– To świet­nie się skła­da! – ucie­szy­ła się. – Umó­wi­łam się dziś z ko­le­żan­ką w cen­trum. W ta­kim ra­zie na­pi­szę jej, żeby była tro­chę wcze­śniej…

Dok­tor Kol­ski ro­ze­śmiał się gło­śno.

– No ład­nie! Ja ci po­zwa­lam wcze­śniej wyjść z pra­cy, że­byś na skrzy­dłach mi­ło­ści wra­ca­ła do domu do męża, a tym­cza­sem ty za­mie­rzasz szla­jać się po mie­ście! – Zmru­żył oczy. Zmarszcz­ki wo­kół nich uwy­dat­ni­ły się. Kol­ski nie­mal co­dzien­nie ostrzy­ki­wał twarz któ­rejś z pa­cjen­tek tok­sy­ną bo­tu­li­no­wą, jed­nak sam nie ko­rzy­stał z do­bro­dziejstw der­ma­to­lo­gii es­te­tycz­nej. – A ład­na ta ko­le­żan­ka?

– Co też ci przy­cho­dzi do gło­wy? – Ewe­li­na uda­ła obu­rze­nie.

– My­śla­łem, że za­ła­pię się na wyj­ście z pięk­ny­mi ko­bie­ta­mi, ale wi­dzę, że nie je­stem mile wi­dzia­nym go­ściem. – Mru­gnął do niej zna­czą­co.

Gdy­by go nie zna­ła, po­my­śla­ła­by, że ją pod­ry­wa. Wie­dzia­ła jed­nak, że le­karz jest bez­na­dziej­nie za­ko­cha­ny w swo­jej żo­nie, któ­ra już ja­kiś czas temu wy­sta­wi­ła jego wa­liz­ki za drzwi. Nie wie­dzia­ła, o co im po­szło, ale po ci­chu ki­bi­co­wa­ła Kol­skim. Kie­dyś spo­tka­ła ich na im­pre­zie fir­mo­wej i choć roz­ma­wia­ła z żoną dok­to­ra tyl­ko przez chwi­lę, uzna­ła, że nie ma bar­dziej do­bra­nej pary niż Ra­dek i Ada. Szko­da, że tak się wszyst­ko skom­pli­ko­wa­ło… Wie­rzy­ła jed­nak, że do­pó­ki się nie roz­wie­dli, ist­nia­ła jesz­cze szan­sa, że do sie­bie wró­cą.

– Lecę już, do wi­dze­nia, dok­to­rze! – po­że­gna­ła się i wy­szła na klat­kę.

Kol­ski za­ofe­ro­wał, że tego dnia on za­mknie kli­ni­kę. Nie trze­ba jej było tego dwa razy po­wta­rzać. Po chwi­li była już na ze­wnątrz, gdzie przy­jem­ny, choć jesz­cze odro­bi­nę chłod­ny wie­trzyk opla­tał jej ra­mio­na. Słoń­ce już za­szło za ho­ry­zont, ale ciem­ność nie zdą­ży­ła za­pa­no­wać na uli­cach. W pół­mro­ku do­strze­gła pierw­sze list­ki, któ­re nie wie­dzieć kie­dy po­ja­wi­ły się na drze­wach. Wio­sna od za­wsze była jej ulu­bio­ną porą roku. Uwiel­bia­ła, kie­dy po zi­mo­wym le­tar­gu przy­ro­da bu­dzi­ła się do ży­cia. Cho­wa­ła wte­dy gru­be kurt­ki i ko­za­ki głę­bo­ko do sza­fy, za­kła­da­ła szpil­ki, zwiew­ną su­kien­kę i cien­ki płaszcz i z uśmie­chem su­nę­ła przez mia­sto. Aż chcia­ło się żyć!

W dro­dze na spo­tka­nie z Aga­tą roz­glą­da­ła się z za­cie­ka­wie­niem wo­kół. Zimą za­wsze cho­wa­ła się szczel­nie za kap­tu­rem, spusz­cza­ła gło­wę i ma­rzy­ła tyl­ko o tym, aby jak naj­szyb­ciej zna­leźć się w domu. Nie zno­si­ła mro­zu i chło­du. Wio­sną szła przed sie­bie z wy­so­ko unie­sio­ną gło­wą, kon­tem­plo­wa­ła oto­cze­nie, do­strze­ga­ła zmia­ny, ja­kie przez zimę do­ko­na­ły się w jej mie­ście. Wciąż nie mo­gła wyjść z po­dzi­wu, jak bar­dzo Ka­to­wi­ce zmie­ni­ły się w cią­gu ostat­nich lat. Kie­dyś ko­ja­rzo­ne z sza­ro­ścią, bru­dem i spu­ści­zną po­przed­niej epo­ki, dziś aspi­ru­ją do mia­na mia­sta no­wo­cze­sne­go, po­dą­ża­ją­ce­go z du­chem cza­su. Nie­przy­jem­ny smog, któ­ry draż­nił gar­dła zimą, daw­no już opadł, od­da­jąc miej­sce wio­sen­ne­mu, świe­że­mu po­wie­trzu. Ewe­li­na za­cią­gnę­ła się tą wio­sną, któ­ra na­de­szła do mia­sta. „Idzie nowe!”, po­my­śla­ła.

Aga­ta cze­ka­ła na nią przy wej­ściu do pubu Mały Kre­dens. Ewe­li­na ucie­szy­ła się na wi­dok przy­ja­ciół­ki, z któ­rą nie wi­dzia­ła się od kil­ku ty­go­dni. Od­kąd Aga­ta zo­sta­ła mamą, na­rze­ka­ła na chro­nicz­ny brak cza­su, a zor­ga­ni­zo­wa­nie wspól­ne­go wyj­ścia oka­za­ło się wy­zwa­niem na mia­rę za­pla­no­wa­nia wy­pra­wy na Mo­unt Eve­rest. Ewe­li­na ab­so­lut­nie nie mia­ła o to żalu do ko­le­żan­ki, przy­pusz­cza­ła, że gdy­by sama była mamą, rów­nie cięż­ko by­ło­by jej się wy­rwać z domu. Poza tym… wy­mów­ki Aga­ty były jej na rękę. Dziw­nie się czu­ła w to­wa­rzy­stwie przy­ja­ciół­ki, od­kąd ta za­si­li­ła gro­no mło­dych mam.

– O mój Boże, wy­szłam do lu­dzi! – wrza­snę­ła Aga­ta, kie­dy tyl­ko zo­ba­czy­ła Ewe­li­nę, nie zdo­by­wa­jąc się na­wet na po­wi­ta­nie. – Tak sto­ję tu, cze­kam na cie­bie, przy­glą­dam się lu­dziom i… aż nie mogę w to uwie­rzyć, że ja dzi­siaj też idę na im­pre­zę!

Ewe­li­na par­sk­nę­ła nie­po­ha­mo­wa­nym śmie­chem.

– A jesz­cze nie­daw­no to była dla cie­bie nor­mal­ka, co?

– Bez prze­sa­dy! – obu­rzy­ła się Aga­ta. – Nie mamy już prze­cież po dwa­dzie­ścia lat… To co, wcho­dzi­my? – upew­ni­ła się, nie­pew­nie zer­ka­jąc za sie­bie.

W pu­bie wła­śnie znik­nę­ło kil­ka mło­dych dziew­czyn. Zbyt mło­dych, je­śli ktoś chciał­by spy­tać Aga­tę o zda­nie. Czy one w ogó­le są peł­no­let­nie? Gdzie są ich ro­dzi­ce? Ona z pew­no­ścią nie wy­pu­ści swo­jej cór­ki na im­pre­zę przed trzy­dziest­ką, co to, to nie!

– Wcho­dzi­my. – Ewe­li­na dys­kret­nie po­pchnę­ła przy­ja­ciół­kę w stro­nę wej­ścia do knaj­py.

– O mój Boże! Czu­ję się jak di­no­zaur – mruk­nę­ła Aga­ta, kie­dy prze­ci­ska­ła się w stro­nę jed­ne­go z dwóch wol­nych sto­li­ków. Z gło­śni­ków pły­nę­ła ci­cha, spo­koj­na mu­zy­ka, a ko­lo­ro­we neo­ny świe­ci­ły w nie­na­tar­czy­wy spo­sób, nie za­kłó­ca­jąc wi­dze­nia.

– Prze­stań zwra­cać uwa­gę na in­nych lu­dzi! – upo­mnia­ła ją Ewe­li­na. – Sia­daj tu­taj! – Wska­za­ła wol­ny stol­nik, po czym szyb­ko za­ję­ła przy nim miej­sce.

Aga­ta ro­zej­rza­ła się nie­pew­nie i za­wa­ha­ła.

– No, nie wiem… Może znaj­dzie­my coś w bar­dziej ustron­nym miej­scu?

– Jest pią­tek, za­raz nie wci­śniesz tu na­wet pal­ca! Sia­daj i nie ma­rudź! Cze­go się na­pi­jesz?

Ewe­li­na już stu­dio­wa­ła kar­tę drin­ków. Przed wyjś­ciem z pra­cy wzię­ła dwie ta­blet­ki No-spy, wie­dzia­ła, że nie po­win­na pić al­ko­ho­lu, ale mach­nę­ła na to ręką. Zda­wa­ła so­bie spra­wę, że dro­ta­we­ry­na nie wcho­dzi w in­te­rak­cję z al­ko­ho­lem i po­sta­no­wi­ła za­ry­zy­ko­wać, uzna­jąc, że wą­tro­ba wy­ba­czy jej ten drob­ny grzech. Kie­dy o tym po­my­śla­ła, od­ru­cho­wo zła­pa­ła się za pła­ski brzuch. Niech to szlag! Że też or­ga­nizm po­sta­no­wił so­bie z niej za­drwić, czy­niąc każ­dą owu­la­cję nie­zwy­kle bo­le­sną. Jak­by chciał za­sy­gna­li­zo­wać, że wła­śnie te­raz, że może tym ra­zem… Nic bar­dziej myl­ne­go. Prze­sta­ła zwra­cać uwa­gę na złud­ne im­pul­sy wy­sy­ła­ne przez jej cia­ło. Za­gry­za­ła je ta­blet­ka­mi roz­kur­cza­ją­cy­mi.

Zde­cy­do­wa­ła się na piña co­la­dę. Za­mó­wi­ły drin­ki przy ba­rze i po chwi­li wró­ci­ły do sto­li­ka ze szklan­ka­mi wy­peł­nio­ny­mi po brze­gi ko­lo­ro­wą za­war­to­ścią.

– Jak mała prze­ży­ła to, że wy­szłaś z domu? – za­py­ta­ła Ewe­li­na.

– A wiesz, nie było tra­ge­dii, ale po­dej­rze­wam, że dra­mat się za­cznie do­pie­ro, jak Ra­fał za­cznie ją usy­piać… – Aga­ta za­chi­cho­ta­ła zna­czą­co. – Cóż, musi przejść chrzest bo­jo­wy! Nikt nie po­wie­dział, że bę­dzie ła­two!

– Je­steś okrop­na, wiesz o tym? – wy­sa­pa­ła Ewe­li­na, trzy­ma­jąc się za brzuch. By­naj­mniej nie z bólu. – Po­dej­rze­wam, że mak­sy­mal­nie za pół go­dzi­ny od­bie­rzesz te­le­fon z bła­gal­ną proś­bą: „Aga­ta, ra­tuj!”.

– Smart­fon mi za­raz pad­nie – wy­zna­ła Aga­ta z sze­ro­kim uśmie­chem. – Za­po­mnia­łam na­ła­do­wać przed wyj­ściem z domu! Każ­de­mu się może zda­rzyć, praw­da?

– Ależ oczy­wi­ście! Ja… – Ewe­li­na wy­raź­nie spo­chmur­nia­ła. Za­wa­ha­ła się. Po­cią­gnę­ła spo­ry łyk drin­ka, po czym szcze­rze wy­zna­ła: – Mu­szę w koń­cu cię od­wie­dzić. By­łam u was tyl­ko raz, jak mała mia­ła dwa ty­go­dnie, a te­raz…

– Nie mam do cie­bie żalu – za­pew­ni­ła Aga­ta, przy­kry­wa­jąc dłoń przy­ja­ciół­ki swo­ją ręką. – Prze­cież wiem, jak bar­dzo pra­gniesz mieć dziec­ko…

– To mnie nie tłu­ma­czy! – we­szła jej w sło­wo Ewe­li­na. – Zna­my się od lat, nie mogę cię uni­kać tyl­ko dla­te­go… Prze­pra­szam! Wiem, że je­stem do dupy! Za­wo­dzę wszyst­kich wo­kół. Bart­ka, cie­bie, Ad­ria­na…

– Hola, hola, moja dro­ga! – za­opo­no­wa­ła Aga­ta, po­sy­ła­jąc przy­ja­ciół­ce gniew­ne spoj­rze­nie. – Dla­cze­go w ogó­le roz­ma­wia­my o tym dup­ku? – Zde­cy­do­wa­nym ru­chem od­sta­wi­ła szklan­kę z drin­kiem, nie zwra­ca­jąc uwa­gi na to, że uro­ni­ła kil­ka kro­pli. – My­śla­łam, że te­mat Bart­ka mamy już za­ła­twio­ny! Mo­żesz mi wy­tłu­ma­czyć, cze­mu te­raz na­gle…

– Cze­mu o nim mó­wię? – Ewe­li­na wes­tchnę­ła. – Bo my­ślę o nim co­raz czę­ściej.

– Słu­cham?! – Aga­ta nie wie­rzy­ła wła­snym uszom. Przez dłuż­szą chwi­lę pa­trzy­ła na przy­ja­ciół­kę wy­cze­ku­ją­co, aż ta w koń­cu się pod­da­ła i za­czę­ła mó­wić.

– Nie tę­sk­nię za nim, nic z tych rze­czy! Tyl­ko… cóż. Oba­wiam się, że moje ko­lej­ne mał­żeń­stwo roz­pad­nie się z tej sa­mej przy­czy­ny – przy­zna­ła gorz­ko Ewe­li­na, na­ka­zu­jąc so­bie w du­chu: „Tyl­ko nie płacz, nie waż się ro­bić scen!”.

– Co ty bre­dzisz? Ad­rian miał­by cię zo­sta­wić? Chy­ba nie w tym ży­ciu! Prze­cież to non­sens! – Aga­ta wy­ko­na­ła nie­cier­pli­wy gest ręką. – On świa­ta poza tobą nie wi­dzi!

Ewe­li­na za­pa­trzy­ła się gdzieś w dal, za­ta­cza­jąc pal­cem kó­łecz­ka wo­kół brze­gu szklan­ki. Roz­trzą­sa­ła sło­wa przy­ja­ciół­ki. Nie mo­gła nie zgo­dzić się z Aga­tą. Wie­dzia­ła, że uczu­cie, ja­kie po­łą­czy­ło ją i Ad­ria­na, zda­rza się raz w ży­ciu. Ko­cha­ła Bart­ka, ale to Ad­rian był męż­czy­zną jej ży­cia. Do­pie­ro przy dru­gim mężu prze­ko­na­ła się, co zna­czy praw­dzi­wa, zwa­la­ją­ca z nóg mi­łość. Nie mia­ła wąt­pli­wo­ści, że Ad­rian czu­je to samo, ale… czy mia­ła mo­ral­ne pra­wo po­zba­wiać go ro­dzi­ciel­stwa? Te­raz ża­ło­wa­ła, że pięć lat temu, kie­dy go po­zna­ła, nie zmu­si­ła się, aby pójść w inną stro­nę. Że z nie­go nie zre­zy­gno­wa­ła.

– To ze mną jest coś nie w po­rząd­ku… – po­wie­dzia­ła w koń­cu wy­mi­ja­ją­co.

– Mo­żesz roz­wi­nąć, czy mam zga­dy­wać, co masz na my­śli? – prych­nę­ła Aga­ta.

– Co­raz czę­ściej mam wąt­pli­wo­ści – przy­zna­ła nie­chęt­nie Ewe­li­na, marsz­cząc brwi. – Prze­cież on był­by naj­lep­szym oj­cem na świe­cie! Za­słu­gu­je na to, żeby… – urwa­ła, spusz­cza­jąc bez­rad­nie gło­wę. Upi­ła so­lid­ny łyk i skrzy­wi­ła. Drink był sta­now­czo zbyt moc­ny.

– Za­słu­gu­je na to, żeby być oj­cem? – do­koń­czy­ła za nią Aga­ta. – A ty za­słu­gu­jesz, żeby być mat­ką! Ży­cie nie za­wsze jest spra­wie­dli­we! Po­staw się na jego miej­scu – po­pro­si­ła. – Czy chcia­ła­byś stra­cić uko­cha­ną oso­bę, bo jej się wy­da­je, że wie, co jest dla cie­bie naj­lep­sze? To ab­surd! Zda­jesz so­bie spra­wę, że tak to wy­glą­da z ze­wnątrz?

– Tak, wiem, ale wi­dzę, z jaką czu­ło­ścią on zer­ka na cu­dze dzie­ci, i szlag mnie tra­fia na myśl, że nie mogę dać uko­cha­ne­mu męż­czyź­nie tego, cze­go on pra­gnie! Pięć lat temu… on nie był tego wszyst­kie­go świa­do­my, ro­zu­miesz? Wie­dział, że nie mogę mieć dzie­ci, ale dla nie­go to była to­tal­na abs­trak­cja, bo sam nie czuł wte­dy po­trze­by, żeby zo­stać ro­dzi­cem! – Ewe­li­na zre­flek­to­wa­ła się, że mówi odro­bi­nę za gło­śno. Zo­rien­to­wa­ła się, kie­dy wy­ła­pa­ła zdzi­wio­ne spoj­rze­nia męż­czyzn przy sto­li­ku obok. Zni­ży­ła głos. – Te­raz sy­tu­acja się zmie­ni­ła, a ja za­sta­na­wiam się, czy mam pra­wo wy­ma­gać od nie­go, żeby… żeby zre­zy­gno­wał z ro­dzi­ciel­stwa.

Aga­ta pod­par­ła twarz dło­nią. Spra­wia­ła wra­że­nie, jak­by za­sta­na­wia­ła się nad ostat­ni­mi sło­wa­mi przy­ja­ciół­ki.

– Moim zda­niem nie masz ra­cji – za­wy­ro­ko­wa­ła w koń­cu. – Ad­rian zwią­zał się z tobą świa­do­my tego, że ni­g­dy nie dasz mu dziec­ka. Nie po­pie­ram tego, co zro­bił Bar­tek, ale kie­dy brał z tobą ślub, nie miał o ni­czym po­ję­cia, zresz­tą ty też nie mia­łaś! To go oczy­wi­ście nie uspra­wie­dli­wia, du­pek po­zo­sta­nie dup­kiem, no ale… Nie­waż­ne! – Aga­ta ude­rzy­ła w bła­gal­ne tony. – Nie po­dej­muj de­cy­zji za Ad­ria­na. On wie­dział, na co się pi­sze, i wiem, że jest z tobą szczę­śli­wy. Ewe­li­na, on ma to wy­pi­sa­ne na twa­rzy!

– Mhm, z pew­no­ścią zre­kom­pen­su­ję mu brak dziec­ka… – burk­nę­ła bez za­sta­no­wie­nia Ewe­li­na.

– Nie każ­dy… – za­czę­ła Aga­ta, ale urwa­ła w po­ło­wie zda­nia.

Co ona mo­gła wie­dzieć o dra­ma­cie, jaki prze­ży­wa Ewe­li­na? W grud­niu po­sta­no­wi­li z Ra­fa­łem, że za­czną sta­rać się o dziec­ko. Nie zdą­ży­ła wy­ko­nać pro­fi­lak­tycz­nych ba­dań, kie­dy w stycz­niu oka­za­ło się, że jest w cią­ży, a dzie­więć mie­się­cy póź­niej bez żad­nych kom­pli­ka­cji na świat przy­szła Ola. Oczko w gło­wie mamy. Te­raz cór­ka mia­ła pra­wie pół roku, a Aga­ta nie wy­obra­ża­ła so­bie ży­cia bez niej.

– Chcia­łaś po­wie­dzieć, że nie każ­dy musi być ro­dzi­cem, tak? – do­my­śli­ła się Ewe­li­na, a ci­sza po­twier­dzi­ła jej sło­wa. – Kie­dyś też tak my­śla­łam, ale te­raz wiem, że to tak nie dzia­ła… Nie wiem, może inni bez­dziet­ni lu­dzie po­tra­fią od­na­leźć sens w ży­ciu, ale ja go nie wi­dzę.

– Może po­wtó­rzy­ła­byś ba­da­nia? Me­dy­cy­na po­szła do przo­du… – za­su­ge­ro­wa­ła nie­śmia­ło Aga­ta, ale szyb­ko po­ża­ło­wa­ła tych słów.

Ewe­li­na prych­nę­ła gło­śno i z bo­le­snym gry­ma­sem twa­rzy za­czę­ła szyb­ko po­ru­szać gło­wą w pra­wo i w lewo, co mo­gło ozna­czać tyl­ko jed­no: nie ma ta­kiej moż­li­wo­ści.

– Nie aż tak bar­dzo do przo­du! Za­po­mnia­łaś, że w moim przy­pad­ku nie cho­dzi o nie­płod­ność idio­pa­tycz­ną czy ja­kieś za­bu­rze­nia hor­mo­nal­ne? W ra­zie gdy­byś za­po­mnia­ła, przy­po­mi­nam ci, że zdia­gno­zo­wa­no u mnie po­waż­ną wadę ma­ci­cy, któ­ra…

– Wy­star­czy – Aga­ta przy­sto­po­wa­ła ją ru­chem dło­ni. – Ja o tym wszyst­kim wiem. Cho­dzi­ło mi ra­czej o to, że le­ka­rze nie są nie­omyl­ni i je­śli…

– Kon­sul­to­wa­łam mój przy­pa­dek z trze­ma nie­za­leż­ny­mi le­ka­rza­mi – przy­zna­ła gorz­ko Ewe­li­na. – Szan­se na to, że zaj­dę w cią­żę, są nie­wiel­kie, a na to, że uro­dzę zdro­we dziec­ko… nie ma ta­kiej moż­li­wo­ści. To mu­siał­by być cud, zda­jesz so­bie z tego spra­wę?

Aga­ta przy­tak­nę­ła. Wie­dzia­ła, jaką przy­ja­ciół­ka prze­szła dro­gę, aby zo­stać mat­ką.

– Jest jesz­cze ad­op­cja – za­su­ge­ro­wa­ła Aga­ta, ukry­wa­jąc swo­je praw­dzi­we emo­cje.

Już daw­no uzna­ła, że naj­lep­szym wyj­ściem dla Ewe­li­ny i Ad­ria­na jest przy­spo­so­bie­nie dziec­ka, jed­nak nie za­mie­rza­ła im ni­cze­go su­ge­ro­wać. Wie­dzia­ła, że to trud­na de­cy­zja, któ­rą mał­żon­ko­wie mu­szą pod­jąć sami. Nikt nie po­wi­nien im ni­cze­go na­rzu­cać, ale sko­ro już roz­ma­wia­ły…

– No co ty po­wiesz? – iro­ni­zo­wa­ła Ewe­li­na. Oso­ba po­stron­na z pew­no­ścią uzna­ła­by, że te dwie ko­bie­ty nie da­rzą się sym­pa­tią. Tym­cza­sem obie po pro­stu mia­ły taki spo­sób by­cia. Moc­no iro­nicz­ny, cza­sem wręcz ką­śli­wy. Żad­na z nich się z tego po­wo­du nie ob­ra­ża­ła. – Nie mia­łam po­ję­cia! Oświe­ci­łaś mnie wła­śnie, o ty, wspa­nia­ła!

– Na­praw­dę, nie mu­sisz…

– Aga­ta, ja wiem, że je­dy­nym wyj­ściem dla nas jest ad­op­cja i za­rę­czam ci, że in­ten­syw­nie my­śli­my nad tą moż­li­wo­ścią, ale obo­je z Ad­ria­nem mu­si­my być cho­ler­nie pew­ni, że wła­śnie tego chce­my – przy­zna­ła Ewe­li­na, ucie­ka­jąc wzro­kiem. Naj­wy­raź­niej wciąż nie po­tra­fi­ła roz­ma­wiać bez skrę­po­wa­nia o ma­cie­rzyń­stwie, a ra­czej jego bra­ku. – To dziec­ko, któ­re tra­fi­ło­by do na­sze­go domu… ono nie może być za­miast na­sze­go bio­lo­gicz­ne­go syna czy cór­ki, ro­zu­miesz? Aby ad­op­to­wać, mu­si­my być prze­ko­na­ni, że wła­śnie tego chce­my, że ad­op­cja jest na­szym spo­so­bem na ro­dzi­ciel­stwo, a na to po­trze­ba cza­su!

Aga­ta za­wtó­ro­wa­ła Ewe­li­nie, tłu­ma­cząc, że do­sko­na­le to ro­zu­mie i po­dzi­wia ją za doj­rza­łą po­sta­wę. Obie spoj­rza­ły zna­czą­co na swo­je pu­ste szklan­ki.

– To co, jesz­cze po jed­nym? – za­pro­po­no­wa­ła Ewe­li­na.

– Sama nie wiem… – za­wa­ha­ła się Aga­ta. – Za­sta­na­wiam się, jak Ra­fał i Ola ra­dzą so­bie beze mnie w domu…

Ewe­li­na wy­bu­chła szcze­rym i gło­śnym śmie­chem.

– Wie­dzia­łam, że tak bę­dzie! Wiesz, że je­steś ty­po­wym przy­kła­dem mat­ki kwo­ki?

– A skąd! – obu­rzy­ła się Aga­ta. – Po pro­stu…

– No, już się nie de­ner­wuj! Sama bym taka była. Na pew­no wła­śnie taka bym była… – za­sę­pi­ła się Ewe­li­na. Szyb­ko jed­nak się zre­flek­to­wa­ła. – To co, dzwo­ni­my po tak­sów­kę?

Po trzy­dzie­stu mi­nu­tach była już w domu. Od­głos klu­cza wsu­wa­ne­go do zam­ka wy­wa­bił z po­ko­ju Ad­ria­na, zdzi­wio­ne­go tak wcze­snym po­wro­tem żony. Kie­dy Ewe­li­na otwo­rzy­ła drzwi wej­ścio­we, stał w przed­po­ko­ju i uśmie­chał się zna­czą­co.

– No, no! Wy­sze­dłem po­śmiać się z cie­bie, a tym­cza­sem ty wra­casz ze spo­tka­nia z przy­ja­ciół­ką kom­plet­nie trzeź­wa! Czy­li że co, przed­sta­wie­nia nie bę­dzie? – za­żar­to­wał.

– Nie­ste­ty, mu­szę cię roz­cza­ro­wać – fuk­nę­ła, po czym po­ka­za­ła mu ję­zyk.

Pod­szedł do niej z uśmie­chem na twa­rzy. Od­gar­nął jej wło­sy z czo­ła i wsu­nął ko­smyk za ucho.

– Moja ko­cha­na zło­śni­ca! – Przy­cią­gnął ją do sie­bie. – Jak do­brze, że je­steś.

Ewe­li­na cała ze­sztyw­nia­ła. Mo­gła tyl­ko przy­pusz­czać, że Ad­rian wca­le nie ma na my­śli jej wcze­śniej­sze­go po­wro­tu do domu…

– A te­raz przy­znaj się, co prze­skro­ba­łaś, że po­sta­no­wi­łaś wró­cić o przy­zwo­itej po­rze? Już ja cię znam i wiem, że tak wcze­sne po­wro­ty nie na­le­żą do two­ich zwy­cza­jów, a już na pew­no nie po spo­tka­niu z Aga­tą…

– Aga­ta po pro­stu zdzia­dzia­ła! – za­żar­to­wa­ła Ewe­li­na. – Cóż, po jed­nym drin­ku stwier­dzi­ła, że pora wra­cać do domu, bo pew­nie Ra­fał nie ra­dzi so­bie z Olą.

– A wi­dzisz! To jesz­cze je­den po­wód, dla któ­re­go nie war­to mieć dzie­ci! – ode­zwał się, za­nim do­brze się za­sta­no­wił nad tym, co za­mie­rza po­wie­dzieć.

Ewe­li­nę zmro­zi­ło. Uwa­ga Ad­ria­na wy­da­ła jej się co naj­mniej nie­wła­ści­wa w ich sy­tu­acji. Co on so­bie my­ślał!?

– Czy­li chcesz mi po­wie­dzieć, że ist­nie­ją w ogó­le ja­kieś po­wo­dy ku temu, aby nie mieć dzie­ci? Oświeć mnie w ta­kim ra­zie, bo jesz­cze ich nie zna­la­złam!

Ci­snę­ła z im­pe­tem swe­ter na pół­kę i ze zło­ścią skie­ro­wa­ła się do ła­zien­ki. Od­gro­dzi­ła się od Ad­ria­na za­mknię­ty­mi drzwia­mi. Jed­nym ru­chem ścią­gnę­ła su­kien­kę i wrzu­ci­ła ją do ko­sza na pra­nie. Uda­wa­ła, że nie sły­szy na­tar­czy­we­go pu­ka­nia, któ­re szyb­ko jed­nak usta­ło. Wie­dzia­ła, że Ad­rian nie rzu­cił tej uwa­gi, żeby ją zde­ner­wo­wać, ale za­bo­la­ło. Była szcze­gól­nie wy­czu­lo­na na wszyst­kie wzmian­ki o dzie­ciach. Ja­kie­kol­wiek kpi­ny czy na­rze­ka­nia zwią­za­ne z ro­dzi­ciel­stwem były w ich domu za­ka­za­ne. Z po­mi­nię­ciem tych, w któ­rych ona sama ża­li­ła się, że nie może być mat­ką.

We­szła pod prysz­nic. Woda zmy­ła z niej emo­cje i po­czu­ła się głu­pio. Nie­po­trzeb­nie tak wy­bu­chła i za­mknę­ła się w ła­zien­ce przed Ad­ria­nem. Prze­cież na do­brą spra­wę nie zro­bił nic złe­go… Tak jak i kil­ka mie­się­cy temu, kie­dy sta­rał się ją prze­ko­nać, że nie ma­jąc dziec­ka, mogą re­ali­zo­wać się w pa­sji czy w po­dró­żach. Chciał do­brze, a że wy­szło jak zwy­kle, to już inna spra­wa.

Wzię­ła szyb­ki prysz­nic i owi­nię­ta ręcz­ni­kiem wy­szła z ła­zien­ki. Za­sta­ła Ad­ria­na w kuch­ni, mie­sza­ją­ce­go spa­ghet­ti. W se­kun­dzie do­pa­dły ją pa­skud­ne wy­rzu­ty su­mie­nia.

– Zro­bi­łeś spa­ghet­ti? – zdzi­wi­ła się.

– Tak, chcia­łem, że­byś zja­dła coś cie­płe­go…

– Je­stem okrop­na. – Ewe­li­na jęk­nę­ła gło­śno. – Prze­pra­szam! Mam wra­że­nie, że ostat­nio nic in­ne­go nie ro­bię, tyl­ko cię prze­pra­szam.

– A ja bar­dzo lu­bię, kie­dy mnie prze­pra­szasz… – spoj­rzał zna­czą­co na jej ską­pe odzie­nie, a wła­ści­wie jego brak. – Może zje­my za chwi­lę? Naj­pierw od­da­my się przy­jem­niej­szym czyn­no­ściom… – Pod­szedł bli­sko i ob­jął ją w pa­sie.

– A są ja­kieś przy­jem­niej­sze rze­czy od je­dze­nia? – za­py­ta­ła, ale nie uzy­ska­ła od­po­wie­dzi.

Za­mknął Ewe­li­nie usta po­ca­łun­kiem, a przez jej pod­świa­do­mość prze­mknę­ła upo­rczy­wa, wra­ca­ją­ca co mie­siąc myśl, że wła­śnie ma owu­la­cję, jed­nak szyb­ko się jej po­zby­ła. Prze­cież to było już bez zna­cze­nia.

ROZ­DZIAŁ 2

Pięć lat przed spotkaniem w domu dziecka

Ewe­li­na po­sta­wi­ła koł­nierz wy­so­ko, szu­ka­jąc schro­nie­nia przed po­ran­nym chło­dem. Zima tak ła­two nie chcia­ła od­dać wio­śnie pa­no­wa­nia nad przy­ro­dą. Mimo że dnie były już cie­płe i sło­necz­ne, no­ca­mi wciąż od­no­to­wy­wa­no lo­kal­ne przy­mroz­ki. Rów­nież po­ran­ki i wie­czo­ry nie na­le­ża­ły do naj­przy­jem­niej­szych. Ewe­li­na naj­chęt­niej za­szy­ła­by się pod koł­drą i nie wy­ściu­bia­ła spod niej nosa do dzie­sią­tej, jed­nak psi pę­cherz rzą­dził się swo­imi pra­wa­mi i o siód­mej trzy­dzie­ści Faj­da obu­dzi­ła swo­ją pa­nią gło­śnym skom­le­niem, sta­now­czo do­ma­ga­jąc się pierw­sze­go tego dnia spa­ce­ru.

Naj­wi­docz­niej chłód nie był strasz­ny sucz­ce, gdyż bie­ga­ła i ska­ka­ła w naj­lep­sze po par­ku Bud­nio­ka, za nic ma­jąc ni­ską tem­pe­ra­tu­rę w tym jed­nym z pierw­szych dni wio­sny. Faj­da była już wie­ko­wa, a mimo to mia­ła w so­bie tyle ener­gii, że z pew­no­ścią ob­dzie­li­ła­by nią kil­ko­ro szcze­niąt. Uwiel­bia­ła lu­dzi i z uf­no­ścią pod­bie­ga­ła do każ­de­go, kto tyl­ko po­ja­wił się w pro­mie­niu kil­ku­set me­trów, lek­ce­wa­żąc na­wo­ły­wa­nia swo­jej pani.

Ewe­li­na mo­gła za­ry­zy­ko­wać stwier­dze­nie, że ta sucz­ka ją ura­to­wa­ła. W chwi­lach naj­więk­szej roz­pa­czy i zwąt­pie­nia wtu­la­ła się w jej sierść i na­tych­miast na ser­cu ro­bi­ło jej się lżej. To wła­śnie Faj­da za­pew­nia­ła Ewe­li­nie cie­pło i bli­skość w dłu­gie zi­mo­we wie­czo­ry i jesz­cze dłuż­sze sa­mot­ne week­en­dy. Od odej­ścia Bart­ka mi­nę­ło pół roku i do­pie­ro te­raz, kie­dy na­de­szła wio­sna, Ewe­li­na mia­ła wra­że­nie, że po­wo­li, ma­ły­mi krocz­ka­mi za­czy­na zbie­rać się w so­bie i wra­cać do świa­ta ży­wych. Obec­nie, pa­trząc z dy­stan­su na tam­te burz­li­we wy­da­rze­nia, ro­zu­mia­ła już, że bar­dziej od roz­wo­du za­bo­la­ła ją jego przy­czy­na. Ale wczo­raj wie­czo­rem nad­szedł ko­lej­ny, nie­spo­dzie­wa­ny cios. Wy­da­wa­ło jej się, że jest już od­por­na, że pan­cerz, w któ­rym się scho­wa­ła, jest wy­star­cza­ją­co gru­by i ochro­ni ją przed każ­dym ude­rze­niem. Po­my­li­ła się.

W kie­sze­ni jej płasz­cza za­wi­bro­wał te­le­fon. Ro­zej­rza­ła się, pró­bu­jąc na­mie­rzyć Faj­dę. W po­rząd­ku, sucz­ka mig­nęła jej za drze­wa­mi.

– Aga­ta? – zdzi­wi­ła się, sły­sząc w słu­chaw­ce głos przy­ja­ciół­ki. – Nie żar­tuj, że po­sta­no­wi­łaś wstać w so­bo­tę tak wcze­śnie!

– Nie wchodź na Fa­ce­bo­oka! Za­bra­niam ci się tam lo­go­wać! – Aga­ta nie za­wra­ca­ła so­bie gło­wy ta­ki­mi szcze­gó­ła­mi jak po­wi­ta­nie.

– Za póź­no – bąk­nę­ła Ewe­li­na pod no­sem.

Usły­sza­ła dziw­ny dźwięk, coś jak­by za­ssa­nie po­wie­trza przez ła­pią­ce­go ostat­ni od­dech czło­wie­ka.

– Aga­ta? Wszyst­ko w po­rząd­ku? – za­nie­po­ko­iła się.

– Za­po­mnij, że to wi­dzia­łaś! Po pro­stu wy­maż to z pa­mię­ci!

Ewe­li­na wy­wró­ci­ła ocza­mi.

– Nie wy­wra­caj te­raz ocza­mi! – za­żą­da­ła Aga­ta.

– Skąd wiesz, że to ro­bię? – zdzi­wi­ła się Ewe­li­na.

– Bo cię znam! To co? Zdą­ży­łaś już za­po­mnieć, co zo­ba­czy­łaś?

Faj­da pod­bie­gła do swo­jej pani, pod­ska­ku­jąc ze szczęś­cia. Ewe­li­na mia­ła dziw­ne wra­że­nie, że w ostat­nim cza­sie sucz­ka jest je­dy­ną isto­tą, któ­ra cie­szy się na jej wi­dok.

– Zu­peł­nie nie wiem, o co ci cho­dzi! – od­pa­ro­wa­ła Ewe­li­na. – Cze­kaj, cze­kaj… Czyż­by o to, że mój były mąż za­le­d­wie pół roku po swo­jej wy­pro­wadz­ce przed­sta­wił świa­tu swo­ją nową na­rze­czo­ną, a nasi wspól­ni zna­jo­mi za­sy­pa­li go gra­tu­la­cja­mi i ży­cze­nia­mi? Prze­cież to nie­istot­ny szcze­gół! Nie zwró­ci­łam na to więk­szej uwa­gi, więc nie mam po­ję­cia, po co ten te­le­fon z sa­me­go rana i…

– No już! – znie­cier­pli­wi­ła się Aga­ta. – Nie mu­sisz się cho­wać za swo­im sar­ka­zmem i cy­ni­zmem. Nie przede mną…

Te­raz to Ewe­li­na wcią­gnę­ła gło­śno po­wie­trze. Pró­bo­wa­ła uśmiech­nąć się do wpa­tru­ją­cej się w nią Faj­dy. Twarz naj­wy­raź­niej nie za­mie­rza­ła współ­pra­co­wać, to­też po­ja­wił się na niej tyl­ko nie­wy­raź­ny gry­mas.

– Pa­mię­taj, co ci za­wsze po­wta­rzam! – Aga­ta prze­rwa­ła prze­dłu­ża­ją­cą się ci­szę.

– Ta­aak – mruk­nę­ła Ewe­li­na. – Du­pek za­wsze po­zo­sta­nie dup­kiem!

– Do­kład­nie tak! I na­praw­dę nie czy­taj tych wszyst­kich ko­men­ta­rzy… – urwa­ła zna­czą­co. – To świń­stwo!

– Daj spo­kój, na­praw­dę mam po­waż­niej­sze zmar­twie­nia niż to, co wy­pi­su­ją w sie­ci kom­plet­nie obo­jęt­ni mi lu­dzie…

– Do­bra, do­bra! A tak na­praw­dę, jak się czu­jesz? – Aga­ta w koń­cu prze­szła do rze­czy.

– Nie­na­wi­dzę go, wiesz? Oba­wiam się, że jak­bym spo­tka­ła go te­raz na uli­cy, na­ko­pa­ła­bym mu po tył­ku i…

– No, na­resz­cie pra­wi­dło­wa re­ak­cja! – ucie­szy­ła się Aga­ta. – Je­steś na spa­ce­rze z Faj­dą?

– Mhm – mruk­nę­ła Ewe­li­na, roz­glą­da­jąc się za sucz­ką, któ­ra po­dą­ża­ła wła­sny­mi ścież­ka­mi. – Zno­wu za­cze­pia ja­kie­goś fa­ce­ta z psem! Mu­szę koń­czyć!

– Faj­da pró­bu­je zor­ga­ni­zo­wać ci ja­kie­goś przy­stoj­nia­ka!

– Po moim tru­pie! – obu­rzy­ła się Ewe­li­na. – Ni­g­dy wię­cej nie po­peł­nię tego błę­du!

– Ni­g­dy nie mów ni­g­dy! Paaa! – po­że­gna­ła się Aga­ta, prze­cią­ga­jąc ostat­nią sa­mo­gło­skę.

Ewe­li­na wsu­nę­ła te­le­fon do kie­sze­ni i pod­bie­gła w kie­run­ku Faj­dy, któ­ra wy­raź­nie z sie­bie za­do­wo­lo­na ska­ka­ła wo­kół nie­co prze­stra­szo­ne­go męż­czy­zny, pro­wa­dzą­ce­go na smy­czy nie­wiel­kie­go psa. Par­sk­nę­ła od­ru­cho­wo, w du­chu dzię­ku­jąc opatrz­no­ści, iż fa­cet znaj­du­je się na tyle da­le­ko, że nie mógł zo­stać świad­kiem jej we­so­ło­ści. Ewe­li­na nic nie mo­gła po­ra­dzić na to, że jego wi­dok tak bar­dzo ją roz­ba­wił – męż­czy­zna miał pra­wie dwa me­try, był sze­ro­ki w ra­mio­nach, do­brze zbu­do­wa­ny i… pro­wa­dził na smy­czy nie­wiel­kie­go pie­ska ka­na­po­we­go, te­rie­ra szkoc­kie­go.

– Faj­da, nie wol­no! – krzyk­nę­ła, kie­dy już stłu­mi­ła chi­chot i po­de­szła nie­co bli­żej.

– Nic nie szko­dzi, niech się po­ba­wią! – spo­koj­nie za­pew­nił ją męż­czy­zna, cho­ciaż jego mina nie wy­ra­ża­ła zbyt­niej pew­no­ści.

Ewe­li­na się za­wa­ha­ła. Jej la­bra­dor­ka wa­ży­ła tyle, co do­ro­sły przed­sta­wi­ciel rasy płci mę­skiej. Wy­my­ka­ła się wszel­kim sche­ma­tom, a we­te­ry­narz swe­go cza­su na­wet za­le­cił jej die­tę od­chu­dza­ją­cą, co spo­tka­ło się z roz­ba­wie­niem Ewe­li­ny. Upie­rał się, że suka po­win­na wa­żyć oko­ło trzy­dzie­stu ki­lo­gra­mów, pod­czas gdy Faj­da do­bi­ja­ła do czter­dzie­stu. Nie była jed­nak gru­ba. Była po pro­stu duża, dla­te­go Ewe­li­na oba­wia­ła się tego spo­tka­nia z dwu­dzie­sto­kil­ku­cen­ty­me­tro­wym te­rier­kiem.

– No, nie je­stem prze­ko­na­na… Faj­da jest psem ener­gicz­nym i, jak wi­dać, dość spraw­nym – za­wa­ha­ła się.

– Na­praw­dę, wszyst­ko jest w po­rząd­ku – upie­rał się męż­czy­zna. – Dra­gon lubi się ba­wić i oglą­dać za więk­szy­mi sucz­ka­mi! Jej wzrost na pew­no nie jest dla nie­go pro­ble­mem!

Ewe­li­na spoj­rza­ła na psa z roz­ba­wie­niem.

– Dra­gon? A wy­glą­da tak nie­po­zor­nie!

– Nie ja nada­łem mu to kre­tyń­skie imię! – ob­ru­szył się. – Gdy­by to ode mnie za­le­ża­ło, był­by po pro­stu Mak­sem czy in­nym Azo­rem…

Faj­da tym­cza­sem zdą­ży­ła za­przy­jaź­nić się z Dra­go­nem. Pies rze­czy­wi­ście nic nie ro­bił so­bie z tego, że jego nowa ko­le­żan­ka jest od nie­go czte­ro­krot­nie więk­sza. Szcze­kał gło­śno, mer­dał ogo­nem i ska­kał wo­kół sucz­ki.

– Ro­zu­miem – mruk­nę­ła Ewe­li­na, cho­ciaż wca­le nie ro­zu­mia­ła. – Przy­gar­nął pan psa, któ­ry był już przy­zwy­cza­jo­ny do swo­je­go imie­nia?

– A skąd! – wy­co­fał się męż­czy­zna. Ewe­li­na wpa­try­wa­ła się w nie­go z za­cie­ka­wie­niem. – To nie mój pies, tyl­ko po­ży­czo­ny.

– Po­ży­czo­ny? – zdzi­wi­ła się. – Pan wy­ba­czy, ja ro­zu­miem po­ży­czać so­bie książ­ki, pły­ty czy pie­nią­dze, ale psa?

– To nie tak, chy­ba nie wy­ra­zi­łem się dość ja­sno… Dra­gon na­le­ży do mo­je­go bra­ta, a ja cza­sem się nim opie­ku­ję i… – urwał i klep­nął się w czo­ło. – Pro­szę mi wy­ba­czyć, na­wet się nie przed­sta­wi­łem! Ad­rian Bar­tec­ki, miło mi. – Uśmiech­nął się do niej, a Ewe­li­na mia­ła wra­że­nie, że śmie­je się cała jego twarz. Nie tyl­ko usta, ale też po­licz­ki, na któ­rych po­ja­wi­ły się głę­bo­kie doł­ki, i ciem­ne, ozdo­bio­ne gę­sty­mi rzę­sa­mi oczy. Ona tak nie po­tra­fi­ła. Cza­sem jej war­gi wy­krzy­wia­ły się w uśmie­chu, ale po­zo­sta­ła część twa­rzy po­zo­sta­wa­ła nie­wzru­szo­na. Kie­dyś śmia­ła się całą sobą, ale mia­ła wra­że­nie, że to było bar­dzo, bar­dzo daw­no temu.

– Ewe­li­na So… uhm, to zna­czy Wer­ner! – przed­sta­wi­ła się. Tak jak na po­cząt­ku mał­żeń­stwa nie mo­gła się przy­zwy­cza­ić do na­zwi­ska męża, tak te­raz wciąż zda­rza­ło się jej za­po­mi­nać, iż wró­ci­ła do pa­nień­skie­go. Do­strze­ga­jąc zdzi­wie­nie Ad­ria­na, szyb­ko do­da­ła: – Nie­daw­no zmie­ni­łam na­zwi­sko i wciąż nie mogę się przy­zwy­cza­ić.

– Och! – Czy jej się wy­da­wa­ło, czy na jego twa­rzy do­strze­gła roz­cza­ro­wa­nie? Nie spodo­ba­ło jej się to. – Czy­li ro­zu­miem, że jest pani świe­żo po­ślu­bio­ną mę­żat­ką? Moje gra­tu­la­cje!

– Ra­czej świe­żą roz­wód­ką – prych­nę­ła. – Cho­ciaż zde­cy­do­wa­nie wo­la­ła­bym opcję z wdów­ką… – do­da­ła, za­nim zdą­ży­ła ugryźć się w ję­zyk.

Nowo po­zna­ny męż­czy­zna zmie­szał się, nie wie­dząc, co od­po­wie­dzieć na jej wy­zna­nie.

– Mu­siał pani nie­źle zajść za skó­rę, sko­ro wo­la­ła­by pani wi­dzieć go w gro­bie.

Ewe­li­na za­czę­ła szyb­ko ma­chać rę­ka­mi, wy­co­fu­jąc się z tego, co po­wie­dzia­ła. Faj­da na­dal w naj­lep­sze har­co­wa­ła z Dra­go­nem.

– To nie tak, pan mnie mu­siał źle zro­zu­mieć! Ja ni­ko­mu źle nie ży­czę, po pro­stu… no cóż, naj­chęt­niej udu­si­ła­bym skur­wie­la go­ły­mi rę­ka­mi, ale prze­cież to nie pana pro­blem, dla­te­go będę się już zbie­rać, bo… o! – Spoj­rza­ła na goły nad­gar­stek, gdzie inni lu­dzie no­si­li ze­ga­rek. Inni, ale nie ona. – Zro­bi­ło się póź­no! Tak, bar­dzo póź­no! Do wi­dze­nia, spie­szę się! Faj­da, do nogi! – za­wo­ła­ła psa. Sucz­ka ze smut­kiem zwie­si­ła ogon, wpa­tru­jąc się oskar­ży­ciel­sko w swo­ją pa­nią. – No, już nie rób ta­kiej miny, idzie­my! Do wi­dze­nia, wszyst­kie­go do­bre­go! – po­że­gna­ła się, za­pię­ła psu smycz i już jej nie było.

Ad­rian wpa­try­wał się ze zdu­mie­niem w od­da­la­ją­cą się ko­bie­tę. Zro­bi­ła na nim pio­ru­nu­ją­ce wra­że­nie i sam już nie wie­dział, czy to spraw­ka tego „skur­wie­la”, któ­re­go udu­si­ła­by go­ły­mi rę­ka­mi, czy ze­gar­ka, któ­ry wi­dzia­ła tam, gdzie go nie było, czy może ra­czej ca­ło­kształ­tu, ale ob­sta­wiał to ostat­nie. Roz­ma­wiał z Ewe­li­ną za­le­d­wie kil­ka mi­nut, a zdą­żył po­czuć, że z ja­kie­goś dziw­ne­go po­wo­du jest mu bli­ska i nie ob­ra­ził­by się za ko­lej­ne przy­pad­ko­we spo­tka­nie…

Tym­cza­sem Ewe­li­na wró­ci­ła do domu, prze­kli­na­jąc się w du­chu za wła­sną głu­po­tę. Wy­krzy­cza­ła całą swą złość Bogu du­cha win­ne­mu męż­czyź­nie, któ­re­go wi­dzia­ła po raz pierw­szy w ży­ciu. Cho­ciaż z dru­giej stro­ny… oni wszy­scy mają coś na su­mie­niu, ot co! Je­den lep­szy od dru­gie­go! Na pew­no skrzyw­dził kie­dyś ja­kąś ko­bie­tę. Była wię­cej niż pew­na, że w prze­szło­ści ktoś przez nie­go pła­kał. A może wła­śnie te­raz, kie­dy on bez­tro­sko spa­ce­ro­wał so­bie z Dra­go­nem, ja­kaś nie­wia­sta oczy so­bie za nim wy­pła­ki­wa­ła? Wszy­scy oni są tacy sami, bez wy­jąt­ku!

ROZ­DZIAŁ 3

Każ­da mi­nu­ta ocze­ki­wa­nia zda­wa­ła się cią­gnąć w nie­skoń­czo­ność. Ewe­li­na spoj­rza­ła ze znie­cier­pli­wie­niem na wi­szą­cy nad drzwia­mi ze­gar. Wy­da­wa­ło jej się, że psy­cho­log wy­szła z ga­bi­ne­tu co naj­mniej kwa­drans temu, jed­nak upły­nę­ło do­pie­ro kil­ka mi­nut. Ewe­li­na wsu­nę­ła rękę do swo­jej tor­by i za­ci­snę­ła dłoń na znaj­du­ją­cej się w środ­ku fi­gur­ce Bat­ma­na. Py­ta­ła w ośrod­ku ad­op­cyj­nym, co chło­piec lubi, ale nie otrzy­ma­ła żad­nych szcze­gó­ło­wych wy­tycz­nych, jed­nak na zdję­ciu, któ­re do­sta­ła, Pio­trek miał na so­bie blu­zę z wi­ze­run­kiem tego su­per­bo­ha­te­ra.

– Aha, jesz­cze jed­no! – nie­zno­śną ci­szę prze­rwał Se­ba­stian.

Ewe­li­na spoj­rza­ła na nie­go nie­przy­tom­nie. Za­po­mnia­ła o po­zo­sta­łych oso­bach, któ­re znaj­do­wa­ły się w po­miesz­cze­niu. Byli tyl­ko ona, Ad­rian i ocze­ki­wa­nie na ich dziec­ko.

– Tak? – za­chę­cił go Ad­rian.

– Nie wiem, czy to istot­ne – za­wa­hał się wy­cho­waw­ca.

– Dla nas wszyst­ko, co do­ty­czy Piotr­ka, jest waż­ne – wy­ja­śni­ła Ewe­li­na.

– Piotr­ka w na­szej pla­ców­ce od­wie­dza­ła pew­na… – w jego gło­sie wy­czu­wal­ne było wa­ha­nie. – Pew­na cio­cia – do­koń­czył wresz­cie.

Ewe­li­na i Ad­rian za­mar­li. Spoj­rze­li na sie­bie po­ro­zu­mie­waw­czo. W ośrod­ku ad­op­cyj­nym nie było mowy o żad­nej cio­ci. Ewe­li­na prze­nio­sła oskar­ży­ciel­ski wzrok na pa­nią Ma­rze­nę, któ­ra w obron­nym ge­ście skrzy­żo­wa­ła przed sobą dło­nie i ode­zwa­ła się po raz pierw­szy w trak­cie tego spo­tka­nia.

– Ja o ni­czym nie wie­dzia­łam!

– Prze­pra­szam, może nie­pre­cy­zyj­nie się wy­ra­zi­łem. – Se­ba­stian po­spie­szył z wy­ja­śnie­nia­mi. – Pio­trek nie wie­dział, że ta pani go od­wie­dza, bo… – urwał, wi­dząc zdzi­wio­ne spoj­rze­nia zgro­ma­dzo­nych. – Pani Ha­nia była przy­ja­ciół­ką jego mat­ki. Obie wy­cho­wa­ły się w domu dziec­ka, po­zna­ły się jesz­cze w pla­ców­ce i po­tem utrzy­my­wa­ły ze sobą kon­takt. Mama Piotr­ka, no cóż, jak już pań­stwo wie­dzą, sto­czy­ła się na samo dno, ale pani Ha­nia… W ży­ciu nie po­wie­dział­bym, że jest z bi­du­la! – W jego oczach po­ja­wił się błysk za­in­te­re­so­wa­nia. – W każ­dym ra­zie od cza­su do cza­su dzwo­ni­ła do mnie, py­ta­ła, cze­go Pio­trek po­trze­bu­je i w mia­rę moż­li­wo­ści po­ma­ga­ła chłop­cu. Przy­no­si­ła dla nie­go ubra­nia, za­baw­ki, gry, książ­ki, przy­bo­ry szkol­ne – wy­li­czył na jed­nym wde­chu. – Ni­g­dy jed­nak nie chcia­ła się z nim zo­ba­czyć.

Ewe­li­na unio­sła wy­so­ko brwi. Zdzi­wi­ły ją ostat­nie sło­wa opie­ku­na Piotr­ka. Gdy­by ona za­da­ła już so­bie tyle tru­du, żeby do­wie­dzieć się, cze­go dziec­ko po­trze­bu­je, po­je­chać na za­ku­py i przy­wieźć pre­zen­ty do ośrod­ka, na miej­scu tej ko­bie­ty na pew­no chcia­ła­by zo­ba­czyć Piotr­ka. Za­cho­wa­nie Hani wy­da­wa­ło jej się ir­ra­cjo­nal­ne.

– Nie ro­zu­miem. – Po­pra­wi­ła się nie­spo­koj­nie na krześ­le, z dło­nią wciąż za­ci­śnię­tą na fi­gur­ce. – Dla­cze­go nie chcia­ła się z nim zo­ba­czyć?

– Po co więc te wszyst­kie pre­zen­ty? – wtrą­cił Ad­rian, ma­su­jąc skro­nie. Od nad­mia­ru in­for­ma­cji roz­bo­la­ła go gło­wa.

– Za­cho­wa­nie pani Hani wca­le nie jest po­zba­wio­ne sen­su, zwłasz­cza dla oso­by, któ­ra wy­cho­wa­ła się w domu dziec­ka i wie, jak wy­glą­da rze­czy­wi­stość na­szych wy­cho­wan­ków – oce­nił ze smut­kiem Se­ba­stian. – Ona nie chcia­ła ro­bić mu na­dziei. Wie­dzia­ła, że każ­da oso­ba in­te­re­su­ją­ca się kon­kret­nym dziec­kiem… cóż, po­zwa­la mu uwie­rzyć, że znaj­dzie dom.

Dłoń Ewe­li­ny jesz­cze moc­niej za­ci­snę­ła się na Bat­ma­nie. Su­wak od to­reb­ki bo­le­śnie wży­nał jej się w nad­gar­stek, ale zi­gno­ro­wa­ła ból.

– A czy te­raz bę­dzie chcia­ła mieć z dziec­kiem kon­takt? – Ad­rian wy­po­wie­dział na głos ich wspól­ne oba­wy. Chcie­li, żeby Pio­trek za­czął wszyst­ko od nowa, z nimi, w ich domu. Nie prze­wi­dzie­li w nim miej­sca dla ja­kiejś ob­cej ko­bie­ty.